Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Nie wierzę - to on!
AutorWiadomość
Nie wierzę - to on! [odnośnik]24.06.18 18:51
"Dziurawy Kocioł", koniec lutego 1947
Frania nie wierzyła dotąd, że istnieją rzeczywiście miejsca, gdzie, kiedy poprosisz o piwo, po pierwszym łyku musisz zastanowić się, czy ktoś ci do kufla zwyczajnie nie oddał moczu. Dopiero kiedy postawiono przed nią szklankę czegoś, co miało być porterem, ale smakowało jak porter już raz przepuszczony przez czyjś przewód pokarmowy, musiała zaakceptować tę życiową prawdę i istnienie spelun. Była to jednak dość popularna spelunka w Londynie, słynąca na dodatek z tego, że bywają tam naprawdę znani zawodnicy. Wnętrze było obwieszone proporcami najlepszych brytyjskich drużyn i po umeblowaniu było widać jego dawną elitarną chwałę, ale z czasem miejsce spowszedniało, a gwiazdy widywano tylko na plakatach, albo gdy wyjrzało się przez okno. Frances, a nie miało to nic wspólnego z nadzieją na napotkanie któregoś z filarów świata jej zainteresowania qudditchem, postanowiła jednak odwiedzić pub. Przewodnik po magicznym Londynie, który zwiedzała na własną rękę korzystając z ostatnich ferii zimowych w Hogwarcie zdecydowanie radził wszystkim entuzjastom tego sportu zobaczyć, jak tam jest, zwłaszcza w sezonie. Wczorajszy mecz Jastrzębi z Armatami był, co prawda, okazją towarzyską, uczczeniem jakiegoś jubileuszu, ale Frances i tak nie posiadała się z radości, że udało jej się zdobyć bilety (nie miała serca znowu męczyć drogiej Hannah w tej sprawie). Za pieniądze podarowane jej w prezencie na siedemnaste urodziny mogła w sam raz opłacić jedno z najtańszych miejsc na trybunach, kilka dni w "Dziurawym Kotle" i jedną czy dwie książki, jakie upatrzyła jeszcze podczas wakacji w „Esach i Floresach”. Rzadko udawała się gdzieś sama, ale uznawszy, że skoro z początkiem ferii osiągnęła pełnoletniość i prawo do używania magii poza szkołą, nie ma się czego obawiać, postanowiła zafundować sobie taką atrakcję. Jak na razie bawiła się całkiem dobrze; oprócz zdartego podczas meczu gardła i dramatycznego fiaska, jakim były odwiedziny w marnym pubie miała wreszcie dość czasu, by pokręcić się po Pokątnej do woli, a potem też i innych miejscach, do których nie miała jeszcze czasu zawitać. Wszystkie jej wędrówki kończyły się jednak w pokoiku nad barem „Dziurawego Kotła”, gdzie Frani było bardzo przytulnie i bezpiecznie, pomimo mało zachęcającego wystroju. Przez pub przewijało się wielu jej znajomych ze szkoły, a uprzejmy barman okazał się bardzo rozmowny i świetnie wyedukowany w dziedzinach historii magii, w tym quidditcha, który nie mógł wyjść Frances z głowy, więc pogawędki z nim okazały się nadzwyczajnie ciekawe i nieraz ciągnące się długo w noc. Kiedy zawiedziona Frances wróciła do swojego pokoju, a potem zeszła na dół po kolację i kremowe piwo, barman nie był w humorze do rozmów, zabrała się więc za lekturę chwyconej po drodze książki. Było późno, wnętrze „Kotła” pustoszało. Przy stolikach została tylko jakaś podróżująca rodzina zajęta akurat jedzeniem potrawki z królika, dwie podstarzałe lokatorki z pokoju naprzeciwko niej i wiekowy pan wystukujący na starym pianinie jakąś niemrawą melodię. Robiło się tak cicho, że za każdym razem, gdy przy drzwiach brzmiał dzwonek, Frances podnosiła głowę znad książki. Brzęk dzwonka głównie odprowadzał wychodzących, aż w końcu przyszło mu powitać jakiegoś przybysza. Frances, gdy podniosła na niego wzrok, upuściła z wrażenia szklankę trzymaną akurat w dłoni. Trzask rozbitego szkła zabrzmiał w cichym wnętrzu pubu zdecydowanie za głośno, by nie zwróciła na siebie uwagi wszystkich obecnych.
Wright!, w jej mózgu zaczęła agresywnie migać czerwona lampka, a ręce gorączkowo rozłożyły okładki książki, w którą zapatrzyła się mruknąwszy tylko zbolałe „przepraszam” do barmana. Odwaga, dzięki której obiecywała sobie, że gdy tylko zobaczy Benjamina z tak bliska, weźmie rozbieg i rzuci się w jego ramiona, zniknęła w okamgnieniu. W jej miejscu pojawiła się panika – chyba jej nie rozpozna? Przecież nie miałaby pojęcia, co robić! Hannah nieraz już zapewniała ją, że jej sławny, przezdolny i zabójczo przystojny starszy brat wie już przecież o jej istnieniu, ale ignorując tę myśl, Frania spuściła głowę i udawała, że wcale jej nie ma.


Ostatnio zmieniony przez Frances Montgomery dnia 25.06.18 18:18, w całości zmieniany 1 raz
Frances Montgomery
Zawód : nauczycielka Zaklęć w Hogwarcie
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Would it be all right
If we just sat and talked for a little while
If in exchange for your time
I give you this smile?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5837-frances-montgomery https://www.morsmordre.net/t6040-listy-do-frani https://www.morsmordre.net/t5906-pani-prawie-profesor https://www.morsmordre.net/f164-pokatna-7-2 https://www.morsmordre.net/t6051-frances-montgomery
Re: Nie wierzę - to on! [odnośnik]25.06.18 16:15
Pojawianie się w miejscach publicznych od niedawna wiązało się z stałym zagrożeniem. Benjamin nie przywykł jeszcze do zainteresowania, które wzbudzał jako najjaśniejsza gwiazda tego sezonu Quidditcha, dlatego też raz po raz wpadał w tarapaty, o jakich radośnie rozpisywały się plotkarskie czasopisma. A to przywalił w twarz namolnemu kibicowi przeciwnej drużyny, gdy ten zaczął z nim dyskutować o taktyce, a to przyłapano go na dwuznacznej pozycji z rudowłosą dziennikarką, a to opisano burdę, jaką wywołał w eleganckim pubie. Większość tych informacji wysysano z palców nieśmiałka, lecz niektóre były zgodne z prawdą. Wright ściągał na siebie kłopoty, nie potrafiąc panować nad swym temperamentem, który - w połączeniu z potężnym ciałem - stanowił wybuchową mieszankę emocji oraz fizycznej siły. Po ostatniej bójce, o której magiczne media huczały przez cały tydzień, zaszył się w hotelowym pokoju. Nie z własnej woli, otrzymał bowiem szlaban od trenera, nakazującego mu się skupić na treningach a nie na kuszeniu losu. Bójki mogłyby skończyć się poważnym urazem, niemożliwym do szybkiego uleczenia nawet najbardziej skomplikowanymi eliksirami. Bezpieczniej było więc ograniczyć aktywność Jaimiego - przynajmniej pozornie, bowiem po udanym meczu Jastrzębi Wright faktycznie udał się grzecznie do hotelu, lecz zamierzał odbić sobie uwięzienie kolejnego wieczoru.
Jak na złość, miasto jakby opustoszało. Może przyczyniła się do tego niewesoła pogoda i śnieżne zamiecie, może późna pora a może coś, co wykraczało poza zdolności rozumowania Jaimiego. Przemknął przez kilka pubów, wypijając za dużo ognistej, by finalnie skierować swe kroki ku Dziurawemu Kotłowi. Przekroczył próg śmiało, strzepując pewnym ruchem dłoni płatki śniegu, widoczne na tle kruczoczarnych włosów. Falowały tuż nad czołem: wyglądały perfekcyjnie na plakatach a także zmysłowo prezentowały się w czasie lotu, lecz w statycznym ujęciu sprawiały wiele kłopotu i nie nadawały się do okiełznania. Barman od razu go rozpoznał, kilka dzierlatek siedzących w rogu także, ale Ben nic nie robił sobie z tych dość cichych, jak na jego standardy, oznak sympatii, zauważył bowiem znajomą twarz. A raczej sylwetkę, podkreśloną burzą jasnych włosów. Przez moment rozważał, czy dać dziewczęciu spokój, ale w końcu uległ słabości - koleżanki młodszej siostry zawsze dostarczały mu wyśmienitej zabawy, rumieniąc się, zacinając i okazując każdym młodocianym calem swego jestestwa jak wielkie robił na nich wrażenie. Takich doznań nigdy nie było mu mało, śmiało więc podszedł do stolika zajmowanego przez Frances, bez pytania zajmując miejsce naprzeciwko. Krzesło zaskrzypiało pod jego muskularnym ciężarem a kilka płatków śniegu spadło z rękawów kurtki na stolik.
- Montgomery, kto by przypuszczał - dziewczynka sama w wielkim mieście - powitał ją w swoim zblazowanym stylu, wygodniej rozpierając się na krześle. Obrzucił blondynkę uważnym spojrzeniem, a następnie uniósł w górę potężną dłoń w znajomym dla barmana geście, zamawiając dwie szklanki ognistej whisky - i całą butelkę tego wyśmienitego alkoholu. - Rozumiem, że jesteś na tyle dorosła, bym nie musiał bawić się w częstowanie cię kremowym piwem? - spytał prowokująco, uśmiechając się kącikiem ust - tak, jak robił to na wszystkich sesjach zdjęciowych, starając się nie mrużyć oczu w świetle magicznych fleszy.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Nie wierzę - to on! 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Nie wierzę - to on! [odnośnik]25.06.18 18:18
Zrobił kilka kroków w jej stronę zanim poczuła, że chyba osuwa się z krzesła na podłogę, bliska omdlenia. Naprawdę próbowała nie patrzeć. Realizowała ten plan, wychodząc przy tym dość głupio, bo nikt inny nie odmówił sobie ucieszenia oczu widokiem rosłej, perfekcyjnie wysportowanej postaci. Jego pewnego chodu i tego loczka zawijającego się buńczucznie nad czołem, który doprowadzał ją do białej gorączki.
Ile razy ta scena miała już miejsce w jej wyobraźni? Nie umiałaby zliczyć, ale pewnym było, że każda z tych urojonych prób generalnych przebiegała zupełnie inaczej niż potknięcie rzeczywistości, które akurat teraz postawiło przed nią wyśnionego mężczyznę całej Anglii. Z ładną niebieską sukienką zamiast burego sweterka, makijażem z żurnala, intrygującym uśmiechem i poufałym „Jaimie, co za niespodzianka” na ustach - tak powinno być. Oczywiście, nie było.
- Jen. – wydusiła z siebie z nadzieją, że przy krótkich słowach ryzyko ślinotoku będzie mniejsze. Zorientowawszy się, że zdrobnienia jej się pomieszały i spaprała taki drobiazg już na wejściu, spiekła raka i jęła nieporadnie się poprawiać. – Ben. Benjamin. – dlaczego usiadł? Czemu jej się przyglądał, kiedy pragnęła tylko ukryć twarz w dłoniach i spłonąć ze wstydu? I patrzył z tak bliska, że niezawodnie wyczuła mieszankę zapachów, jaką wniósł ze sobą. Dym, odrobina alkoholu i… woda kolońska? Jeśli to ona dodawała aurze gwiazdy Jastrzębi tej świeżej, cierpkiej nuty, Frances z satysfakcją zanotowała w myśli, że wcale nie jest to ciężki piżmowy „Pęd centaura”, o którego nałogowe wręcz używanie posądzała Wrighta redakcja „Czarownicy”. Nie żeby ta wiedza miała jej pomóc w przeprowadzeniu z nim rozmowy, jakiej oczekiwał od, bądź co bądź, dorosłej Frances.
- Nie sama. – bąknęła w końcu, nie wiedząc, jak inaczej odpowiedzieć. W ramach wyjaśnienia uniosła książkę za róg okładki, sugerując, że do tej pory fikcyjne postaci wystarczały jej za towarzystwo. To była ta łatwiejsza część. Prawdziwy problem pojawił się, gdy Benjamin bardzo jasno dał jej do zrozumienia, że będzie musiała dalej z nim rozmawiać.
Weź się w garść, dziewczyno. Wcale nie jest taki świetny.
Ale przecież był, wspaniały, prawdziwy i w tym piękniejszy od wszystkich pozowanych zdjęć, których kopie trzymała w szufladach w dormitorium i między stronami podręczników. Nie było bezzasadnym podejrzenie, że także gdzieś w trzymanej przez nią teraz książce znajdzie się jakaś pocztówka z Falmouth z wizerunkiem najlepszego pałkarza drużyny. Zdawało się jej, że już zna jego twarz na pamięć i wie o nim wszystko. Czytała wszystkie wywiady, plotki, wypytywała jego siostrę. Wszystko to zawiodło, jak wywnioskowała, nie wiedząc nawet, jak ma się do niego zwrócić. Per pan? Może tak powinna, w końcu nie znali się (prawie) wcale, lecz w ostatniej chwili uznała, że wyszłaby na dzieciaka. Nic to, że oficjalnie nie jest nim dopiero od dwóch tygodni.
- Nie musisz mnie niczym częstować… – speszyła się, ale w międzyczasie butelka stanęła już na stole i było za późno. Zrobiło jej się nagle bardzo gorąco i była wciąż zawstydzona, ale odważyła się w końcu zajrzeć swoimi lśniącymi emocją oczami w jego zaskakująco ciepłe, śmiejące się z tą ujmującą odrobiną bezczelności orzechowe tęczówki.
Frances Montgomery
Zawód : nauczycielka Zaklęć w Hogwarcie
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Would it be all right
If we just sat and talked for a little while
If in exchange for your time
I give you this smile?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5837-frances-montgomery https://www.morsmordre.net/t6040-listy-do-frani https://www.morsmordre.net/t5906-pani-prawie-profesor https://www.morsmordre.net/f164-pokatna-7-2 https://www.morsmordre.net/t6051-frances-montgomery
Re: Nie wierzę - to on! [odnośnik]26.06.18 20:36
Wright zdawał sobie sprawę z wrażenia, jakie wywiera na niewinnych młódkach, i gdy tylko mógł, wykorzystywał to do własnych celów, spijając śmietankę zachwytu. Żaden mężczyzna nie odmówiłby takiemu zadurzeniu; Ben był pewien, że na jego miejscu wielu zachowywałoby się jeszcze gorzej, wykorzystując niewieście serca brutalnie i dość fizycznie. Jego jednak wychowano na prostego dżentelmena, szanującego wzdychające do niego niewiasty. Przynajmniej te, które spotykał na Pokątnej, bo panienki wątpliwej moralności stanowiły zupełnie inną kategorię. Do jakiej Frances zdecydowanie się nie zaliczała - była koleżanką Hani, traktował ją więc z przymrużeniem oka, jak dziecko, trochę bawiąc się jej zakłopotaniem. Nie świadczyło to o nim najlepiej, powinien roztoczyć nad nią opiekę a nie czerpać radość z wpędzania jej w spiralę nastoletniej miłości. Cóż, nigdy nie mówił, że jest święty - a czasopisma plotkarskie często wykorzystywały ten motyw, jeszcze mocniej podkreślając otaczającą go aurę złego chłopca. Zawadiackiego, brutalnego, o ciemnych włosach, muskularnych ramionach i niekoniecznie czystym pochodzeniu.
- Czekasz tu na jakąś Jenny? - spytał, uznając, że na sam początek zagra kulturalnego i grzecznego, udając, że nie zauważył tego przejęzyczenia. Rozszerzone źrenice Frances jasno wskazywały na targające nią uczucia, tak samo jak drobne gesty i przejęcie, widoczne w najmniejszym drgnięciu mięśni. - Cóż, ta koleżanka byłaby lepszym towarzystwem od dość milczącej książki - podsumował nieco lekceważąco, przesuwając spojrzeniem przez okładkę trzymanego przed dziewczyną woluminu. Nie zainteresował go jego tytuł, nie przepadał za literaturą, stronił też od nauki, o ile nie wiązała się ona z opieką nad magicznymi stworzeniami. Tylko ta gałąź badań niezmiernie go ciekawiła, pochłaniając na wiele godzin, które z własnej woli spędzał nad rycinami niespotykanych istot oraz klasyfikacjami Ministerstwa Magii. - Chociaż, oczywiście, nie tak wspaniałym, jak moje - dodał z wrodzoną skromnością, pozwalając sobie na rozluźniony, głośny śmiech. Dudniący niskim brzmieniem, przyjemny dla ucha, uwielbiany przez słuchaczy radiowych wywiadów sportowych. - Nie muszę, ale chcę - sprostował, gdy kelner szybko postawił przed nimi szklankę i butelkę, zerkając na Benjamina z zachwytem. Wright uścisnął jego prawicę i wymienił kilka miłych zdań: nie był jak inne gwiazdy, doceniał pracę maluczkich i dla każdego miał dobre słowo, niezależnie, czy rozmawiał z supergwiazdą Os czy z portierem w hotelu. Po chwili powrócił jednak do poświęcenia całej uwadze panience Montgomery. Pochwycił butelkę w duże, poznaczone odciskami od trzymania pałki do Quidditcha, dłonie, i hojnie nalał trunku do obydwu szklanek, tą czystszą podsuwając na kobiecą stronę blatu. - Wydawało mi się, że widziałem cię wczoraj na meczu... - zagadnął, właściwie strzelając w ciemno; był zbyt zaaferowany rozgrywką i spuszczaniem srogiego manta przeklętym rywalom niż obserwowaniem trybun, ale wyczuwał, że Frances nie opuściłaby jego gry. Puścił do niej oczko, unosząc w górę własną szklankę - odrobina złocistego trunku wylała się na ścianki: oblizał je bez wahania i nie dbając o higienę, po czym odchrząknął, by zapowiedzieć toast. Absolutnie niepasujący do sytuacji ani spożywanego alkoholu. - Za zwycięstwa, te za boiskiem i te poza nim - zagrzmiał donośnie, stukając się z Frances szklanką, po czym wychylił ją nieelegancko, duszkiem, do dna, odstawiając na lekko lepiący się blat. Bez najmniejszego skrzywienia, lubił alkohol i pił go sporo, lubiąc odciąć się od dręczących go mar przeszłości.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Nie wierzę - to on! 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Nie wierzę - to on! [odnośnik]03.07.18 22:36
- Nie, nie, to… Nieistotne. – wymamrotała, wzywając w myślach do pomocy Merlina, Morganę i wszystkich świętych, jakich pamiętała ze szkoły dla dziewcząt w nadziei, że jeśli nie nawiąże więcej do tej pomyłki, Ben o niej zapomni. Jak mogła uraczyć go taką gafą? Zwykle zachowywała się inaczej; mimo spędzania długich godzin w bibliotece (jak inaczej miała poradzić sobie z owutemami?), starała się nie poddać stereotypowi i nie zostać nietowarzyskim mrukiem, co nie umie rozmawiać bez jąkania się. Przecież chciała mu tyle powiedzieć! Jak wspaniale kontroluje miotłę, z jaką gracją odbija tłuczki lewym bekhendem (zupełnie jak wczoraj, Frania miała niepowtarzalną okazję obserwować to z bliska, gdy jedna z piłek wyleciała nad trybuny)… Nawet kelnerowi jakoś się udało! Zapatrzyła się na tak nieprzystającą do wizerunku zadufanej w sobie gwiazdy serdeczność, z jaką Wright zagadnął pracownika pubu.
- Cóż… no dobrze, dziękuję. – jej głos nadal wahał się na granicy nieśmiałego przebąkiwania, ale z wolna jakby stawał się głośniejszy, bardziej pewny, a przy dobrych wiatrach Frania mogłaby się nawet uśmiechnąć, i to nie płaską miną zahukanego cielęcia, ale zwyczajnie, niemal swobodnie. Tak, by się przemóc i żeby wszystko już jakoś poszło, zwłaszcza że nie miała dotąd okazji omówić z nikim wczorajszego meczu. Nie mogła chyba trafić na lepszego partnera do dyskusji niż zawodnik, który wziął udział w grze?
- Nie bujaj, akurat mnie? – cudem zdobyła się na ślad zaczepnego tonu. W tłumie ściśniętym na zatłoczonej trybunie nie mogła się niczym wyróżnić, nawet twarzą poznaczoną barwami ukochanej drużyny; wszyscy wpadli na ten pomysł, pozbawiając ją szans na oryginalność. – Nie mogłabym sobie odmówić. Cudowna gra, gratuluję. Fakt, że nowy obrońca Armat ma chyba leniwca w rodzinie, ale trzysta siedemdziesiąt punktów to wciąż imponujący wynik. – udało jej się powiedzieć całkiem składnie i już zaczynała być z siebie dumna i uniosła szklankę, by stuknąć się nią z Benem, gdy stało się nieoczekiwane. Zupełnie nie była gotowa na widok Benjamina Wrighta oblizującego cokolwiek. Gest w innych okolicznościach niechlujny i zwyczajnie brzydki, wydał się jej zmysłowy na granicy przyzwoitości i tajemnicą dziejów pozostanie, czy zakrztusiła się pod wpływem tych przemyśleń, czy po prostu whisky tak mocno podrażniła jej gardło. Na jej twarz, gdy już myślała, że da radę się opanować, ponownie wstąpił rumieniec, słodycz alkoholu przeminęła, a na jej miejscu znalazło się nieznośne ciepło. Nie jest żadną tajemnicą, że o ile Frania nie była przeciwniczką próbowania trunków niekoniecznie przeznaczonych dla nieletnich czarodziejów (uważała w końcu, że doświadczenia życiowe należy czasem zbierać niezależnie od niektórych bezsensownych zakazów), to nie wyrobiła sobie jeszcze tolerancji na alkohol (zarówno jego smak, jak i wpływ na ciało i umysł nazywany przez niektórych entuzjastów wręcz zbawiennym) i nie dotrzyma Wrightowi tempa za żadne skarby. Na własne szczęście nie pomyślała o tym, jak podobna nierównowaga mogłaby wyglądać z boku i jaki kontekst można by przypisać zwycięstwom, ku których czci wznosił toast. Wieczny blask myśli nieskalanych wątpliwością.
- To kiedy zamierzasz odnieść kolejny sukces? - Frances miała w głowie przede wszystkim silne przeświadczenie, że Ben, za co się nie chwyci, zwycięży bez wątpienia. Pytając, miała na myśli oczywiście kolejny mecz, bo o ile w cywilu Benjamin nadal zawracał jej w głowie i zapierał dech w piersi, dopiero w barwach Jastrzębi zyskiwał tę zdolność, by sięgnąć wprost do jej serca i wyciągnąć je spomiędzy żeber, gdyby tylko zechciał.
Frances Montgomery
Zawód : nauczycielka Zaklęć w Hogwarcie
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Would it be all right
If we just sat and talked for a little while
If in exchange for your time
I give you this smile?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5837-frances-montgomery https://www.morsmordre.net/t6040-listy-do-frani https://www.morsmordre.net/t5906-pani-prawie-profesor https://www.morsmordre.net/f164-pokatna-7-2 https://www.morsmordre.net/t6051-frances-montgomery
Re: Nie wierzę - to on! [odnośnik]04.07.18 19:57
Dokładne personalia tajemniczej Jenny miały już na wieki pozostać sekretem, który jednak nie spędzał Benjaminowi snu z powiek. Stracił zainteresowanie tym tematem już sekundę po jego podjęciu, woląc rozkoszować się doskonałym widokiem. Frances nie była klasycznie piękna, nie zapierała tchu w piersi jak imponujące półwile, ale w zwykłym rumieńcu zachwytu i zawstydzenia, nie mogła równać się z nikim innym. Oczy błyszczały, policzki różowiły się niczym soczyste jabłuszko a wargi drżały w zapowiedzi nerwowego chichotu lub absolutnie głupiego tekstu. Powoli przywykał do wrażenia, jakie robił na dziewczętach, lecz nie na tyle, by oszczędzić sobie przyjemności pogrywania z nimi. Niedawno zyskał status gwiazdy, czerpał więc z niego na wszelkie sposoby, nie odpuszczając żadnej okazji do podbudowania ego oraz zabawienia się kosztem czyjejś niewinności. Nie należało to do działań przesadnie honorowych, ale nie dbał o to, po prostu ciesząc się z perspektywy mile spędzonego wieczoru. - Akurat ciebie - potwierdził, nachylając się ku niej, jakby zdradzał jej wielki sekret. - Jak mógłbym przegapić te przepiękne - krótkie spojrzenie prosto w jej oczy, dla pewności - szaroniebieskie oczy? - spytał retorycznie, pewien, że wspominanie o kolorze tęczówek robi na kobietach wielkie wrażenie. Z jakiegoś niezrozumiałego dla mężczyzn powodu wolały słyszeć o barwie dziwnych gałek zamieszczonych w oczodołach niż wielkości piersi. Dziwne, te drugie przydawały się w życiu romantycznym znacznie bardziej. Postanowił nie dzielić się z Frances swą filozofią stosunków damsko-męskich, nie chcąc jej zbyt wcześnie wystraszyć. Noc była jeszcze młoda. - A co było w niej najbardziej cudownego? - spytał, nie tyle kontrolując stan faktycznej wiedzy na temat ubiegłego meczu czy też chcąc słuchać pochwał, co zastanawiając się, co też Montgomery miała na myśli. Jego siłę, gdy strącał z miotły dwóch ścigających? Widowiskowe zatrzymanie szukającego, wyciągającego już dłoń po znicza? Spisał się wczoraj na medal, pragnął więc rzeczowej odpowiedzi - mimowolnie pusząc się z dumy.
Pomagała w tym ognista, mile ocieplająca gardło. Przywykł do intensywnego picia, wyrobił sobie więc sporą odporność, dającą mu niewyobrażalną przewagę nad niewinną Frances, ściąganą na manowce przez diabolicznego pałkarza, już zdobywającego sławę liczbą brutalnych fauli, których dopuszczał się na przeciwnikach. Gdy sam wychynął szklankę i upewnił się, że i blondynka wypiła ją do końca, napełnił szkła ponownie, zachęcając do zapicia nerwowego kaszelku następną porcją alkoholu. - To znak, że dobry rocznik - zdradził jej kolejną sekretną informację, komentując chwilowe zakrztuszenie. - Sukces na boisku czy poza nim? - powtórzył żartobliwie, znów zmniejszając między nimi dystans. Oparł obydwa łokcie na blacie stolika, chyląc się ku jasnowłosej Frances, by spojrzeć na nią z bliska. Uwielbiał te rumieńce. - Na razie zamierzam odnieść sukces na polu zapewnienia pewnej słodkiej dziewczynie przyjemnego wieczoru - powiedział niskim tonem, wiedząc, jak działał on na kobiety. Jeśli chciał, potrafił bajerować - przynajmniej do czasu pierwszego żenującego faux pas, jakie to popełniał równie często, co dyskwalifikujące z dalszej gry faule. - Masz jakieś wskazówki, jak mógłbym to osiągnąć? - dopytał, uśmiechając się lekko, prowokująco; w niezmiernym zadowoleniu z samego siebie i z szczęścia, które posłało ich tej nocy akurat do tego samego przybytku alkoholu oraz swobody.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Nie wierzę - to on! 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Nie wierzę - to on! [odnośnik]05.07.18 17:16
Kobiety kochają słuchać o swoich oczach. Ryzykują codziennie ugodzenie się prosto w źrenicę dziwaczną pałeczką od tuszu, by nadać sobie samym odrobinę więcej… romantyzmu? Mówi się, że są zwierciadłem duszy, a to już brzmi zupełnie inaczej, aż ma się nadzieję, że jest w nich coś więcej niż tylko określone stężenie barwnika. Oczy błękitne, uposażenie wszystkich książąt z bajek, niechęć pisarzy do złamania schematu wyniosła już na piedestały. Frania powinna być im wdzięczna, bo dzięki temu nawet jej zwykłe, bure tęczówki, którym daleko do czystego błękitu, mogły zarobić na komentarz przychylniejszy niż „rozczarowująco średnie”, co musiałoby wystarczyć na osąd pod adresem jej skrytego skromnie pod sweterkiem biustu. Frances była świadoma niedociągnięć swej urody, ale można powiedzieć, że już pogodziła się z ich obecnością; tylko kiedy do ich oceny zabierał się Benjamin, w którym nie znalazła nawet z tak bliska żadnej wady – nie miała pojęcia, jak reagować na jego gadaninę.
- Gdybyś nie grał tak świetnie, łatwiej byłoby mi odpowiedzieć. – żywe wspomnienia meczu nie ułatwiały objaśnienia, co podobało jej się najbardziej.– Na przykład, po pierwszej bramce Armat, dwójka waszych ścigających zrobiła idealnie Porskową i błyskawicznie odrobili stratę. A potem ty  odbiłeś tłuczka do tyłu – do tyłu! Frances nigdy nie próbowała nawet zamachnąć się na tłuczek, gdy ubiegała się o miejsce w drużynie Krukonów, to jako ścigająca, ale wiedziała i widziała, jak trudna to sztuka. – i to tak, że trafił ich szukającego! No i kiedy zwaliłeś na ziemię tego Wilkinsa albo Wallace’a – niekoniecznie czysto, ale skutecznie, bardzo widowiskowo. – chciała jeszcze pochwalić jego zdolności aktorskie; wydawało jej się, że pod koniec meczu zamarkował prawy sierpowy w kierunku twarzy obrońcy Armat, ale po żadnym Jastrzębiu nie można było spodziewać się, że umiałby się zatrzymać na samym pozorze zadania ciosu. – Przepraszam, rozgadałam się, ale sam rozumiesz – trudno powiedzieć, co w tak dobrej grze było najlepsze. – mogłaby wspomnieć jeszcze o nieludzkiej zwrotności szukającego Jastrzębi czy wspaniałym zgraniu trójki ścigających, ale jeśli już z przypadku awansowała na fankę wartą jego szarmanckich wysiłków – chyba była mu winna takie zaślepienie?
Na kolejne z jego pytań odpowiedź znalazła się bardzo szybko, a Frania musiała się powstrzymywać, by wśród westchnień do jego bliskości, jakie udało jej się zachować dla siebie, nie palnąć zwyczajnie, że nic więcej nie musi robić, by wieczór był przyjemny. Wright zapewne dobrze to wiedział i serwował jej kolejny z wyćwiczonych tekstów, ale w jego ustach jeszcze większe banały brzmiałyby wiarygodnie. Wypowiedziane tym głębokim głosem, poza którym nie słyszała już nic, od dźwięczenia dzwonka przy drzwiach do anemicznej melodyjki w tle, nawet listy zakupów mogłyby przenieść ją w zupełnie odmienny stan umysłu. A czy nie powinna być już przyzwyczajona do takich chwytów? Miała w końcu tę wątpliwą przyjemność słuchać, jak młodszy z Wrightów – czyli jednak wszystko zostaje w rodzinie - ćwiczy swój urok osobisty na hogwarckich dziewczętach, nie mówiąc już o tym, że bez żalu dała się na niego złapać.
- Ty sam jesteś już wystarczającą atrakcją. – i powinno się takich jak on sprowadzać na ziemię z niebotycznych wysokości własnej samooceny, ale Frania, nawet gdyby całym swoim ciężarem uwiesiła się rękawa Bena, nie dałaby sobie z tym rady. Postanowiła więc obrócić ten betonowy podryw choć trochę w stronę żartu. – Kiedy już znajdziesz jakąś słodką dziewczynę, zrób z nią to, co ze mną, a wszystko się uda. A gdyby chciała jednak zwiać, pozostaje możliwość przekupienia jej autografem. – czego więcej mogła chcieć? Przyglądał się jej z tak bliska, że widziała każde pęknięcie, jakie na jego wargach zostawiło mroźne powietrze. Kolejnego westchnienia nie dało jej się ukryć; zupełnie rozanielona, odgarnęła włosy za ucho i oparła policzek o wnętrze dłoni ręki opartej na stole. Oddalając kolejny napad kaszlu o chociaż kilka minut (i próbując nie spalić się przy tym ze wstydu), zamiast podnosić szklankę do ust, zaczęła wodzić palcem drugiej ręki po jej krawędzi.
Frances Montgomery
Zawód : nauczycielka Zaklęć w Hogwarcie
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Would it be all right
If we just sat and talked for a little while
If in exchange for your time
I give you this smile?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5837-frances-montgomery https://www.morsmordre.net/t6040-listy-do-frani https://www.morsmordre.net/t5906-pani-prawie-profesor https://www.morsmordre.net/f164-pokatna-7-2 https://www.morsmordre.net/t6051-frances-montgomery
Re: Nie wierzę - to on! [odnośnik]07.07.18 15:12
Oczy Frances nabierały niezwykłego blasku, gdy mówiła o Quidditchu. Ta różnica pomiędzy po prostu zaaferowaną dziewczyną a prawdziwą fanką była aż nazbyt widoczna i jasna dla Benjamina; potrafił z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, z kim ma do czynienia, już po pierwszym rzucie oka. Panienki łaknące jedynie blichtru oraz sławy, skapującej na niewiasty związane ze znanymi graczami, niewiele wiedziały o technice i zasadach rządzących na miotlarskich boiskach, z meczy wyciągając głównie personalia najprzystojniejszych graczy, kolor ich szat oraz ewentualne urazy, niszczące nienaganny wizerunek bądź - w przypadku złych czarodziejów, do grona których zaliczał się Ben - dopełniające go. Frances natomiast celnie punktowała najważniejsze elementy wczorajszego meczu, wprowadzając Wrighta w wyjątkowo dobry nastrój.
- Nadawałabyś się na komentatorkę, nie myślałaś o takiej ścieżce rozwoju po ukończeniu Hogwartu? - zagadnął, będąc szczerze pod wrażeniem wnikliwości osądu oraz pamięci do szczegółów. Podczas rozgrywek Jastrzębi działo się tak wiele, że on sam nie potrafił przywołać niektórych sytuacji, przez co podczas wywiadów z dziennikarzami wychodził na niezbyt inteligentnego troglodytę, puszczającego w niepamięć poszczególne uderzenia drewnianej pałki. - Masz gadane - skomplementował niezbyt romantycznie, wpatrując się w blondynkę bez mrugnięcia. Ładna była, nie dało się zaprzeczyć. I mądra - Hania nie trzymałaby się przecież z kimś o niższych inteligenckich lotach. Szkoda, że taka młoda, miewał opory, wiedząc o wieku kibicujących mu dzierlatek, ale właściwie - czy była to aż tak istotna przeszkoda? Na chwilę zapadł się w swych myślach i fantazjach, a czekoladowe oczy przesłoniła delikatna mgiełka. Rozproszona gwałtownym ściągnięciem na ziemię, a raczej wystrzeleniem jeszcze wyżej ku gwiazdom.
Frances nie szczędziła mu pochlebstw, nie naiwnie słodkich, ale trafiających w sedno. Był przecież atrakcją i - bez wątpienia - był atrakcyjny, wierzył w swoje umiejętności, ciało oraz zachwycający charakter, nie przyjmując do wiadomości, że ktoś mógłby mieć na ocenę jego nieskromnej osoby inny pogląd. Zawsze wierzył w siebie, a ostatnie sukcesy oraz popularność, nieco uderzyły do głowy. Dlatego też zachowywał się przy Montgomery tak nonszalancko. - Nie smakuje ci? - wtrącił troskliwie, uznając kokieteryjne pieszczoty, jakimi obdarzała szklankę whisky, za oznakę niechęci do samego trunku. Postanowił także bez pytania dopełnić naczynie prosto z butelki, by blondynce nie zabrakło motywacji do otwartego mówienia. - Autograf, mówisz - zastanowił się na głos, wspierając głowę na dłoni lewej ręki. - Nie mam przy sobie, niestety, ani pióra ani odpowiedniego kawałka pergaminu - zafrasował się szczerze, bowiem uwielbiał rozdawać autografy. W dedykacjach nakreślonych jego ręką mało kto potrafił się rozczytać, ale i to samo w sobie stanowiło o indywidualnym podejściu do każdego zagorzałego fana. - Jaka dedykacja mogłaby ująć za serce tą, teoretyczną, dziewczynę? - kontynuował prostolinijną prowokację, pochylając się ku niej jeszcze bardziej. Zerknął wyczekująco na twarz blondynki, potem na jej szklankę, potem na swoją, znów napełnioną, oczekując, że po raz kolejny wzniesie z nim toast. - Wiesz bardzo dużo o taktyce Qudditcha. Twoja sympatia gra może w szkolnej drużynie? - zgadywał na ślepo, ciekawy reakcji na wspomnienie o jakimś przystojnym chłopcu, z którym Frances wymienia nieśmiałe wiadomości podczas roku szkolnego. Może wcale nie chodziło tutaj o niego, o Bena; może po prostu chciała poznać idola swego wybranka? Odrobinę zirytowała go ta możliwość, ale wspaniałomyślnie oczekiwał odpowiedzi zanim zdążyłby się obrazić lub poczuć dotknięty.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Nie wierzę - to on! 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Nie wierzę - to on! [odnośnik]09.07.18 8:43
Pokraśniała zupełnie innym rodzajem radości, gdy Ben pochwalił jej orientację w quidditchu; w końcu to od niego wszystko się zaczęło. Sportu, oczywiście, nie Wrighta, choć odkąd ten drugi zaistniał w jej życiu stając się jednocześnie priorytetem w śledzeniu rozgrywek także minęło już więcej czasu, niż odczuła. Zdawało się, jakby zaczynał karierę zawodową wczoraj, a tymczasem siedział z nią otoczony aurą gwiazdy na stałe osadzonej już na sportowym firmamencie i wypowiadał się z odrobiną maniery nabranej przy dawaniu spiesznych wywiadów. Nim trafiły do gazet, z pewnością je korygowano, by podratować wizerunek graczy, ale Benjamin na żywo niewiele różnił się od prostolinijnych, ale zyskujących mu sympatię czytelnika, komentarzy.
- Nawet mi to nie przyszło do głowy. – odrzekła zupełnie szczerze, z zaskoczeniem w miejscu skromności, którą być może powinna się teraz wykazać. Jej wiedza brała się zwyczajnie z ciekawości zaspokajanej w miarę oglądania kolejnych meczy. Poza tym, chyba setkę treningów drużyny swego domu Frania przesiedziała na trybunach, na przemian przyglądając się ćwiczonym zagrywkom i wyklinając na kapitana za odrzucenie jej kandydatury do składu. Stąd więc pochodziła wiedza, ale gadane? Z tym musiała się chyba urodzić. – Chociaż to wcale niegłupi pomysł. Ktoś musiałby tylko być ze mną przy meczach Jastrzębi; ja gadałabym pewnie tylko o tobie. – jego sugestia zupełnie różniła się od rozważanych przez nią dotąd ścieżek kariery, ale co go obchodzą jej przemyślenia i nieśmiałe plany? Zwłaszcza tak nudne jak praca nauczyciela? Nawet jej pierwsze dorosłe wakacje zapowiadały się nudno; gdyby nie jego przypadkowa obecność w Kotle zbieżna z jej pobytem, cały rok minąłby jak flaki z olejem, ogromny ładunek stresu i emocji kumulując dopiero w czerwcu, w okresie egzaminacyjnym. Na semestr zimowy musiało jej wystarczyć wspomnienie rozmarzonych oczu Benjamina Wrighta i nie wątpiła, że wystarczy w zupełności.
Mogłaby bezwstydnie patrzeć na niego aż do wschodu słońca, czekać aż w jego oczach odbije się światło dnia, ogrzeje jego idealne kości policzkowe i osiądzie ciepłymi refleksami na niesfornych włosach. I wcale nie byłby to czas zmarnowany. W końcu wszystkie pochlebstwa, które mu podrzucała były szczerą prawdą; ale nie powie mu przecież, że nawet jego nos noszący ślady wielu bójek jej się podoba. To byłaby już przesada, chociaż czy dziewczyna zakochana nawet w jego pyszałkowatości może jeszcze z czymkolwiek przesadzić?
- Na pewno mają tu coś do pisania. – zasugerowała nieporadnie, chrząknięciem maskując brak komentarza na temat nietkniętego alkoholu. Owszem, nie smakował jej, ale nie o doznania smakowe przecież chodziło. Sam akt wznoszenia toastu, atmosfera świętowania – nic tak jej nie wzmacniało jak cała butelka ognistej i brzęk zderzających się szklaneczek. – A dedykacje najlepsze są wierszowane. Koniecznie z czymś o pięknych oczach, ma się rozumieć.
W przypływie animuszu, dźwignęła napełnioną przez niego szklankę i zetknęła jej brzeg z jego naczynkiem, czekając na kolejny błyskotliwy toast. Ma już w końcu dość żali związanych z quidditchem, by dopisać do listy jeszcze zmarnowanie okazji na wypicie kilku drinków z najprawdziwszą jego gwiazdą.
- Można tak powiedzieć, grał.w zeszłym roku skończył szkołę, okazał się w międzyczasie skończonym dupkiem, a w ogóle to jesteście spokrewnieni, dopowiedziała w myślach. Fascynacja zawodnikami quidditcha zostanie już chyba wiszącym nad nią fatum; to jednak, że jej ostatniej sympatii nie trzeba było Bena przedstawiać, nie oznacza, że starszy Wright nie mógł być jej własnym idolem; na wybranka – nie trzeba chyba nawet tego mówić – też by się świetnie nadawał. – Ale to już trochę stare dzieje, a dużo z teorii nauczyłam się sama. I bardzo żałuję, że nie wzięli mnie do drużyny, żebym mogła poćwiczyć w praktyce.
Frances Montgomery
Zawód : nauczycielka Zaklęć w Hogwarcie
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Would it be all right
If we just sat and talked for a little while
If in exchange for your time
I give you this smile?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5837-frances-montgomery https://www.morsmordre.net/t6040-listy-do-frani https://www.morsmordre.net/t5906-pani-prawie-profesor https://www.morsmordre.net/f164-pokatna-7-2 https://www.morsmordre.net/t6051-frances-montgomery
Re: Nie wierzę - to on! [odnośnik]09.07.18 20:08
Aż pokraśniał z dumy, słysząc, że wymyślił coś, na co nie wpadła sam Frances. Słynął z przymiotów ciała, nie ducha - a już z pewnością nie z zalet intelektu, nieco omszałego. Myślał szybko wyłącznie na boisku, analizując działania drużyny przeciwnej. Porzucał jednakże tą bystrość w momencie, w której opuszczał boisko, stając się przyziemnym, niezbyt bystrym stereotypem gracza Jastrzębi, gotowego do machania pałką i bójek a nie do wymyślania skomplikowanych strategii, mających pomóc w zwycięstwie jednej słusznej drużyny. Montgomery przywracała wiarę w rześki umysł, wymyślił przecież dla niej świetlaną ścieżkę kariery. Miał nadzieje, że ruszy tą drogą, gwarantując sobie sławę jako najlepsza komentatorka dekady - a jemu morze komplementów, zalewające go w momencie, w którym zasiadłaby na wieży dziennikarzy obserwujących starcia Jastrzębi.
- I co mówiłabyś o mnie? - zagadnął niefrasobliwie, nie spuszczając spojrzenia czekoladowych oczu z jej twarzy. Ładnej; z każdym wychylonym kieliszkiem podobała mu się coraz bardziej, do czego cnotliwie się nie przyznawał, czerpiąc sekretną radość z bezpośredniego przebywania w nieskrępowanej bliskości młodziutkiej kobiety. Wręcz dziewczęcia - nie czuł jednak żadnych wyrzutów sumienia, korzystając z przychylności losu. Zaśmiał się cicho, właściwie bez konkretnego powodu, po czym machnął znacząco ręką. Wkrótce pojawił się przy nich ten sam barman, którego tak jowialnie powitał - Jaimie szepnął mu do ucha kilka słów, a ten powrócił najszybciej jak potrafił, przynosząc pergamin oznaczony pieczęcią Dziurawego Kotła oraz mugolskie pióro. Szare, ale nadające się do pisania. Ben wzruszył ramionami na ewentualne zachwyty związane z szybkością zdobywania tego, czego potrzebował - przynajmniej rzeczy nieożywionych. Takie plusy posiadało życie gwiazdki; strzęp papieru i możliwość wykaligrafowania specjalnej dedykacji. - Nie potrafię pisać wierszy, w tym specjalizuje się mój przyjaciel. Postaram się więc wymyślić coś...bardziej w moim stylu - poinformował lojalnie, wkładając końcówkę pióra do ust. Spędził dłuższą chwilę w tym poetycznym zamyśleniu, z wzrokiem utkwionym w belce sufitowej gospody. Potrzebował natchnienia, a to nadeszło znienacka. Osłaniając pergamin drugą dłonią, zaczął kreślić koślawe słowa. Dla nęcącej Frannie - od Benjamina, liczącego na rychłe spotkanie. Nawet udało mu się umieścić zrymowane słowa. Przez chwilę wpatrywał się w krótką wiadomość, uśmiechając się do siebie. Nie była zbyt oryginalna, ale liczył na to, że wzruszy serce Frances. Naprawdę starał się napisać dla niej coś wyjątkowego - jak na swoje, mocno ograniczone, możliwości. - Twoje oczy to nie jedyne, co jest w tobie absolutnie piękne - sprostował, nie zdając sobie sprawy z romantyczności tego tekstu. Mówił li i jedynie prawdę, zwracając uwagę na inne rejony dziewczęcego ciała, odpowiednio przykryte materiałem ubrań. Znów przeniósł spojrzenie na pergamin. Zmarszczył krytycznie brwi, po czym dorysował na końcu krótkiego wierszyka trzy pytajniki - a później, w przypływie emocji, niezwykle koślawe serduszko. Zadowolony z efektu, jaki osiągnął, pieczołowicie złożył pergamin w nierówne prostokąty i przesunął go po blacie stolika w stronę Frances - tak, jakby znów miał czternaście lat i przesyłał zawadiackie, filuterne liściki koleżance z ławki. - Przeczytaj, gdy już pójdę - zażądał, mrugając do niej zawadiacko.
Temat chłoptasia, który zaprzątał jej serce, niezbyt go zainteresował. Prawie prychnął z lekceważeniem, gdy usłyszał historię tego strojnisia, święcącego triumfy w szkolnej drużynie Quidditcha. Nikt nie mógł się przecież równać z samym Benjaminem Wrightem. Pozostawał nieświadomy co do personaliów chłopca, mącącego w głowie panience Montgomery. - Stare dzieje. Doprawdy? - zdziwił się ironicznie, nie kryjąc niezadowolenia z istnienia kogoś jeszcze; bęcwała, który mieszał w głowie tak godnej dziewuszce, jaką była Frannie. Sapnął ciężko, wypijając ognistą whisky do dna, licząc, że dziewczyna pójdzie w jego ślady. - Mogę udzielić ci kilku praktycznych lekcji - zaoferował, mrugając do niej wspierająco - i mimowolnie: zalotnie. - Figur miotlarskich...technicznych sekretów mioteł...ba, mogę użyczyć ci nawet mojej szafki w szatni - zniżył głos, zbliżając się do niemoralnych rejestrów propozycji nie do odrzucenia. - Będę oczekiwał twojej sowy - urwał niefrasobliwie, wiedząc, że zapędził się w niemoralne rejestry. Polał Frannie jeszcze jeden kieliszek, po czym dopilnował, by go dopiła. Ku chwale dalszego wieczoru, jaki mieli spędzić w swym towarzystwie - lub osobno. Wahał się, czy zaproponować jej odprowadzenie na górę, ale szósty zmysł flirciarza sugerował, by zostawił ją w drżącej niepewności. Kobiety lubiły takie zagrywki - podobno. - Niecierpliwie i wygłodniale - szepnął, pochylając się tak, by usłyszała cichy ton głosu. Nie pocałował jej w policzek, nie był zdegenerowanym napaleńcem, ale musiała zauważyć w jego oczach blask zainteresowania. Kiwnął uprzejmie głową, po czym wstał, zasuwając za sobą krzesło. - Powinienem jutro rano pojawić się na treningu - wyjaśnił z żalem, zatrzymując na dłużej wzrok na błękitnych oczach Frances - a później na jej skromnym dekolcie. - Będę o tobie myślał, Frannie - rzucił nonszalancko, po czym odwrócił się, by zniknąć za drzwiami Dziurawego Kotła. Z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku wobec własnych potrzeb i pragnień.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Nie wierzę - to on! 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Nie wierzę - to on! [odnośnik]09.07.18 22:00
- Same wspaniałe rzeczy, wyobraź sobie. – obiecała, wiedząc, że mija się z prawdą. Gdyby miała opowiadać mecz na żywo, przeżywając po raz pierwszy wszystkie emocje towarzyszące grze, jej komentarz byłby nieskładną paplaniną pełną okrzyków i przekleństw niemile widzianych na antenie. Kiedy Ben obsadzał ją na komentatorskim stanowisku, robiła się z tego piękna wizja; dopiero gdy ona sama poświęciła temu choć jedną myśl, stała się nierealistycznym scenariuszem. Zupełnie jak to, że rzeczywiście kiedyś zabrałby ją na trening. Nie doszukiwała się w jego propozycji żadnych podtekstów; dosłowny jej wymiar był dość kuszący, by rzuciła wszystko, łącznie ze zdawaniem owutemów, by pobiec za nim i u jego boku choć na chwilę wzbić się w powietrze.
- Nie obiecuj, Benjaminie, bo będę trzymać cię za słowo. – zagroziła żartobliwie. W życiu tego nie zapomni, ale jakie miała szanse na to, że jeszcze kiedyś spotka go w tak prywatnych okolicznościach, by mogła nawiązać do tej rozmowy? Frances starała się nie mieć złudzeń, ale trudno oprzeć się prądom żywej wyobraźni, kiedy ktoś taki jak Wright z niebezpiecznie bliska niebezpiecznie ochrypłym głosem oznajmia o swojej wygłodniałości, tym bardziej związanej w jakiś sposób z jej osobą. Sposób, w jaki do niej mówił, nie mówiąc już o sugestywnym spojrzeniu nie powinien jej się wcale podobać, ale część jej mózgu, która to rozumiała, wyłączyła się od razu, gdy nachylił się nad nią, zbliżając na żadną odległość; znieruchomiała w oczekiwaniu na jego zniknięcie. Nie mogła wykrztusić z siebie ani słowa, gdy ruszył do wyjścia, odprowadziła go więc spojrzeniem.
Kiedy już przestała obawiać się o własną stabilność, zdecydowała się na heroiczny wysiłek wstania od stołu. Z pozostałością uśmiechu absolutnego szczęścia błąkającą się po twarzy, odnalazła spojrzeniem cwaniakowato uśmiechniętego barmana tylko pozornie zaabsorbowanego przez wycieranie szklanek.
- Pan też go widział, prawda? – zapytała śmiertelnie poważnie. – To wszystko mi się nie przyśniło?
W głowie jej szumiało, a Frania naiwnie myślała, że to od bliskości Benjamina, od jego głosu, ciepła oddechu na jej policzku, paraliżującej nadziei na to, że muśnie ustami jej skórę, spełniając tym samym wszystkie romantyczne pragnienia jej nastoletniego serca. Tylko że gdyby pożegnał ją całusem, to już musiałby być sen. Barman nie zaszczycił jej rozmarzonego niedowierzania odpowiedzią, kurczowo ścisnęła więc w dłoni dowód na to, że spędziła czas z nikim innym jak Benjamin Wright – świstek pergaminu, który rozkładała drżącymi dłońmi. Serce łomotało jej w piersi jakby miała tam znaleźć odpowiedzi na wszystkie nurtujące ludzkość pytania i receptę na wieczną młodość. Zamiast tego odczytała wymysły pijanego mężczyzny, przekonanego o swoim niebywałym talencie do zdobywania serc niewieścich.
Tego już było za wiele.
Rozchichotała się. Tworząc sobą obrazek wyjątkowo tragikomiczny zapatrzyła się w koślawy rysuneczek mający najpewniej wyobrażać serduszko, a zdrowe zmysły opuszczały ją zostawiając tylko niewyjaśnioną, nieznośną tęsknotę. Za nim, czy tylko za wyobrażeniem tego, co mogła zapowiadać głupawa kartka? Sama nie wiedziała, owładnięta po prostu tym przykrym uczuciem. Chwila, którą podarował jej przypadek, minęła już bezpowrotnie. Nie było sensu w pozostawaniu przy tym stoliku, w każdej chwili na jego miejsce mogła wśliznąć się zwyczajność.
Wchodząc po schodach i kierując się opustoszałym korytarzem do wynajmowanego przez siebie pokoiku nie mogła nie zastanawiać się, jak czułaby się, wiedząc że wspina się za nią, chcąc obdarować pożegnaniem pod drzwiami. W sferze wyobrażeń pozostało zestawianie Benjamina z wizerunkiem dżentelmena; po krótkim czasie, jaki z nim spędziła zrozumiała w mig, że charme delikatnych gestów, miękkich słów i pocałunków markowanych na grzbiecie dłoni pasuje do Wrighta jak pięść do nosa.
Zamknąwszy za sobą drzwi westchnęła głęboko i szybko opadła na łóżko. Emocje minionego dnia, ostatnich chwil w towarzystwie Benjamina dopiero teraz przygniotły ją ogromną falą. W tle do rozbieganych myśli lekko szumiał jej szybko wypijany alkohol; dzięki niemu zapadła w sen znacznie szybciej. Obiecał, że będzie o niej myśleć. Na razie to ona myślała o nim, przekonując się do uwierzenia w prawdziwość ostatniej godziny.

Koniec i bomba
Frances Montgomery
Zawód : nauczycielka Zaklęć w Hogwarcie
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Would it be all right
If we just sat and talked for a little while
If in exchange for your time
I give you this smile?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5837-frances-montgomery https://www.morsmordre.net/t6040-listy-do-frani https://www.morsmordre.net/t5906-pani-prawie-profesor https://www.morsmordre.net/f164-pokatna-7-2 https://www.morsmordre.net/t6051-frances-montgomery
Nie wierzę - to on!
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach