Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 so this is goodbye, 1953

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Zawód : kochanica króla
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna


I've tasted blood and I want more


OPCM : 31
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 42
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: so this is goodbye, 1953   30.06.18 18:29

Tak wyglądało zawsze.
Szesnasta pięć. Trzask teleportacji, stukot obcasów na schodach prowadzących na trzecie piętro. Ciężar skórzanej aktówki w prawej dłoni, lewa sunąca po gładkiej balustradzie. Skrzypienie wejściowych drzwi, blask złotej liczby 21 w promieniach wpadającego przez okno zachodzącego powoli słońca. Zapach domu: terpentyny, nieco zwietrzałych farb i świeżej kawy. Szybki gest obutą w pantofelek stopą, by poprawić dywanik w przedpokoju. Wsunięcie wolnej dłoni w upięty wysoko kok, by rozpuścić włosy - i ciche westchnienie ulgi, gdy opadały na ramiona. Zgrabne zsunięcie ze stóp butów na wysokim obcasie, przesunięcie ich czubkiem palców tuż pod ścianę, równo, w tym samym miejscu, tuż obok odłożonej delikatnie aktówki. Rozproszone światło uciekające spod drzwi gabinetu Apollinare'a; trzask drzwi prowadzących do niego, miękka połać dywanu, na którym stąpała, już boso, witając go po całym dniu spędzonym w Ministerstwie Magii. Odgarnięcie złotych włosów, czuły pocałunek w kark, nieme zaproszenie do rozmowy - o tym, co zdarzyło się w ciągu kilkunastu godzin rozłąki.
Rutyna, która kiedyś sprawiała jej niewyobrażalną radość, zaczęła ją zabijać - sama nie wiedziała, od kiedy zamiast słodyczy, zalewała ją gorycz, kwaskowatość stabilizacji, marazmu. Uwiązania. Zatrzymania; jakby ktoś rzucił na jej całe życie bolesne Horatio, zamykając ją w więzieniu oczekiwań innych ludzi. Dobra praca, powolne awanse, przystojny narzeczony, jakiego zazdrościły jej wszystkie znajome. Długie pogawędki o życiu, przygotowania do ślubu, wieczorne wyjścia na skrzacie wino z przyjaciółkami z departamentu. Szare garsonki, stresujące wernisaże, stosy przeczytanych książek.
Zniknęła. A on pokazał jej inną drogę, drogę ku nieznanemu. Wyczuwała, że nie potrafił ją przez nią poprowadzić, czuła fałsz, nadchodzące zagrożenie, naiwność swych pragnień, których lord Black nie mógł spełnić - ale podążyłaby za każdym, nawet najsłabszym bodźcem, by w końcu przestać odgrywać we własnym życiu rolę marionetki. Pragnęła władzy, potęgi, siły; musiała przestać się bać tego, co skrywała w czarnym sercu, a co zasłaniała kurtyną idealnego życia. Zaplanowanego, przewidywalnego, umieszczonego w jasnych ramach. Sama ustaliła te granice - a teraz musiała je przełamać, by sięgnąć po więcej. Nie zdając sobie jeszcze sprawy, że ta gwałtowna i głupia decyzja sprowadzi na nią samozagładę.
Przyszłość pozostawała na razie zagadką a Deirdre naiwnie sądziła, że osiągnie to, o czym marzyła, paląc za sobą wszelkie mosty; rzucając słabości na ofiarny stos, mający dymem poświęcenia okadzić ją, niegodną - by stała się na tyle mocna, by sięgnąć po obiecywaną jej wiedzę. Decyzja nie była łatwa, ale musiała ją podjąć, właśnie dziś, właśnie w tym momencie; najgorszym z możliwych. Nic bowiem nie zapowiadało tragedii, pojawiła się w mieszkaniu o tej samej porze, w tym samym ubraniu, przestrzegając tych samych wytycznych. Nie zdjęła jedynie butów i pojawiła się w gabinecie Apollinare'a w wysokich szpilkach, przystając na sekundę dłużej w drzwiach.
- Apollinare - powitała go tak, jak zawsze, wpatrując się w jego skupioną twarz; przeglądał albumy, prace malarskie, nieistotne; po raz pierwszy nie zainteresowała się tym, co właśnie robił. Serce stało się ciężkie i obce, sprawiało ból, rozpychając się tuż pod żebrami. Nie pocałowała go, nie ruszyła za biurko - zrobiła tylko kilka kroków do przodu, pewnych, lecz w jej oczach, przesłoniętych długą grzywką, czaiło się coś obcego, nietypowego; coś, co zaliczało się do emocji, które nigdy do tej pory się między nimi nie pojawiły.
Czas się pożegnać, kochanie.




there was an orchid

as beautiful as the
seven deadly sins
Powrót do góry Go down
Apollinare Sauveterre
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4149-apollinare-sauveterre https://www.morsmordre.net/t4299-rembrandt#90382 https://www.morsmordre.net/t4232-powidoki https://www.morsmordre.net/f208-horizont-alley-21-3 https://www.morsmordre.net/t4239-skrytka-bankowa-nr-1066#86886 https://www.morsmordre.net/t4236-apollinare-sauveterre#86874
Zawód : artysta, krytyk, dyrektor Galerii Sztuki
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Sztuka zawsze, nieustannie zajmuje się dwiema sprawami: wiecznie rozmyśla o śmierci i dzięki temu wiecznie tworzy życie.
OPCM : 5
UROKI : 18
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 20
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: so this is goodbye, 1953   12.07.18 23:43

Udało mu się.
Dokonać coś, czego nie dopiął nikt przed nim. Wspiął się na najwyższą górę, oswoił niebezpieczne stworzenie. Co najważniejsze - całkowicie oddał siebie, swoje serce, swoje życie w dłonie jednej jednostki. Nie sądził, że kiedykolwiek będzie w stanie. Od zawsze bowiem chciał jednego, własnego dobra, sukcesu, siły, osiągnięć. Był egoistą i był tego świadom - w innym wypadku zostałby w Nicei i pomagał przy rodzinnym biznesie. Wolał jednak dla siebie czegoś innego - lepszego.
I tak też znalazł się tutaj. W Londynie w którym wytrwale pracował jako stażysta, a potem asystent samej lady Avery. Był zadowolony z tego w jakim tempie rozwijała się jego kariera. Bardziej jednak zadowolony był z tego, dokąd zmierzało jego życie. Miał pracę, która go spełniała. I miał kobietę, która spełniała wszystkie jego wymagania.
Dziś jednak było inaczej - a może zwyczajnie, po nieprzespanej do końca nocy zdawało mu się, że tak właśnie jest. Może zwyczajnie sam doszukiwał się jakiś rys i zwad na życiu, które układało mu się nad wyraz dobrze. Ale smakował rano jej ust o kilka ułamków sekundy krócej niż zwykle. Niby nic, a jednak dziwne wrażenie, odczucie, osiadło na jego ramionach. Odgonił to jednak na tył głowy. Przecież byli szczęśliwi. Dnie upływały wśród ciężkiej pracy i słodkich powrotach do domu, owocujących w gorące noce i budzące ich zimne poranki. W smak kawy przy śniadaniu, które podawał bez znużenia i smaku wina, którym kończył wieczór. Nie, zdecydowanie musiało mu się wydawać.
Odrzucił więc od siebie to uczucie, zepchnął to na koniec własnej jaźni zatapiać się w kolejny dzień w galerii. Kolejne przygotowania do wystawy, dopilnowanie eksportu i importu kolejnych dzieł. Sprawdzenie, czy każdy z pracowników wie, co powinien robić. Niektórzy wykorzystywali czas, kiedy nie sprawdzało się ich co jakiś czas, na rzeczy inne, nie te, które należało robić.
W końcu jednak znów był w domu. Ich domu. Miejscu, które pachniało konkretną mieszanką zapachów. Dymu papierosa, czerwonego wina i kawy, jej perfum, które znał na pamięć, jej skóry, którego zapach wdychał co noc. Zasiadał w swoim fotelu, do którego podchodziła za każdym razem, gdy wracała po pracy - niezależnie od tego jak ciężki dzień miała na ramionach. Lekki, niczym mgiełka pocałunek, którego wyczekiwał i za którym tęsknił.
Drzwi zamknęły się, jak zwykle. Szmer mówiący o jej powrocie. Jednak odgłosy były inne. Wchodziła do mieszkania w butach, jak nigdy, jakby za chwilę miała wyjść. Może rzeczywiście wybierała się gdzieś, chcąc jedynie dać znać, że wróci dzisiaj później. Nie przerwał więc przeglądania jednego z portfolio artystów, których selekcji musiał dokonać. Odłożył je dopiero, gdy jego imię za lawirowało między nimi. Papiery wleciały na biurko, siepnął po filiżankę z kawą odchylając się do tyłu, opierając plecy o oparcie fotela. Uniósł spojrzenie wprost na jej oczy skrywane pod długą, ciemną grzywką.
I wtedy już wiedział.
Wiedział, że dzisiaj jest inne, od wszystkich innych dni. Nie wiedział jeszcze jak. Po raz pierwszy od dawna nie potrafił czytać z jej spojrzenia - a może zwyczajnie, nie chciał.




Just wait and see, what am I capable of

Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Zawód : kochanica króla
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna


I've tasted blood and I want more


OPCM : 31
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 42
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: Re: so this is goodbye, 1953   14.07.18 10:48

W myślach ćwiczyła tę rozmowę wiele razy. Chociaż od podjęcia ostatecznej decyzji minęły zaledwie godziny, to po raz pierwszy sprzeniewierzyła się zasadom pracy, skupiając się na przeżyciach wewnętrznych a nie na oczekujących ją urzędniczych zadaniach. Przygotowywała się do wszelkich wyzwań, jakich stawiało przed nią życie, nawet tych najdrobniejszych, więc kilkukrotne przetrenowanie powiadomienia narzeczonego o zerwaniu zaręczyn w ogóle nie dziwiło. Próbowała wielu wersji. Czułej, w której podchodzi do jego ulubionego fotela, całuje Apollinare'a w kark, a potem siada na kolanach i - głaszcząc twarz - mówi o różnicy charakterów i o tym, że odejście od niego wiąże się dla niej z wielkim cierpieniem, ale tak będzie lepiej. Dla ich obojga. Wersji brutalnej, gdy kładła się z nim do narzeczeńskiego, niemoralnego łoża po raz ostatni, rano po cichu pakując niezbędne rzeczy do walizki i znikając bez słowa, na zawsze, nie pozostawiając po sobie żadnego wytłumaczenia, a jedynie setki pytań. Wersji rzeczowej, gdy zasiadała przed nim za biurkiem, wyciągając z kieszeni uprzednio przygotowaną listę za i przeciw, przedstawiając argumenty świadczące o wypaleniu się ich miłości. I wiele, wiele innych odcieni konwersacji, mających uczynić to rozstanie łatwiejszym. Dla niej, dla niego, dla nich. Wbrew pozorom, nie chciała go ranić; potrzebowała wolności, świeżego startu, wyrwania się z okowów oczekiwań wobec młodej czarownicy, mającej niedługo wyjść za mąż. Znajomi gratulowali jej idealnego życia - ale czuła się w nim coraz gorzej, niczym aktorka, zmuszona do odgrywania przydzielonej jej przez magiczne społeczeństwo roli. Apollinare był jej scenicznym partnerem, doskonałym w każdym calu, przeszkadzającym jednak w ucieczce z teatru spalonych marzeń.
Stała przed nim spokojna i poważna, jedynie nerwowe mrugnięcia zdradzały poddenerwowanie. - Apollinare - powtórzyła bez sensu, jakby starając sobie przypomnieć dalszą część kwestii, licząc na to, że umysł zaskoczy wchodząc na właściwe tory. Co miała powiedzieć po tym imieniu? Co znajdowało się na następnej stronie scenariusza? Uprzednio przygotowane plany rozpadły się pod spojrzeniem niebieskich oczu. Nie umykała spojrzeniem, ale pragnęła podbić jego rękę, sprawić, żeby gorąca kawa rozlała się na jego szacie, zniszczyła ważne dokumenty, zbezcześciła artystyczne dzieła. Pragnęła całkowitej destrukcji tego, co ich łączyło - bo to sprawiłoby jej mniej bólu, wyrzuciłaby wątpliwości, pozbyła się ich, przelała w głupie, dziecięce niemalże działanie. Stała za daleko, splatając ręce na podołku - błąd, nie mogła zachowywać się jak przestraszona uczennica; rozplotła dłonie, podchodząc do stojącego w rogu regału. Przesunęła palcami po wierzchu tytułów, musnęła opuszkami starą, niezwykle ważną dla Apollinare'a wazę, cenny relikt francuskiej przeszłości. Straci to wszystko. Mieszkanie, wsparcie, bezpieczeństwo, dom; pocałunki i dotyk delikatnych dłoni, obdzierających ją z przyzwoitości. Przełknęła ślinę, odwracając się ponownie w stronę siedzącego za biurkiem mężczyzny. Skupiła wzrok na jego ustach, tych samych, które całowała tego poranka, starając się nasycić ich smakiem: kawy, oparów farb i słodkiej marmolady.
- Odchodzę - powiedziała krótko, łamiąc scenariusz ostatniej sceny, epilogu dramatu w kilku przyjemnych aktach; nie spodziewał się tego, wiedziała o tym, nic nie wskazywało na to, by miała to na myśli. Cieszyła się ich ostatnimi dniami, decyzję podejmując dopiero dziś, pomimo wcześniejszych wątpliwości. To było jedyne słuszne rozwiązanie, dające im obojgu szansę na odnalezienie własnego szczęścia, w pełni oddanie się pasji - a nie budowaniu wspólnie rodziny, nie mającej prawa bytu. - Tak będzie lepiej - dodała sucho, przekonana, że mówi prawdę. Dla niej, bo zdoła poświęcić się zgłębianiu tajemnic, własnej karierze, drodze ku sukcesowi - dla niego, bo znajdzie kobietę, która pokocha go równie mocno, dając mu prawdziwy dom, rodząc dzieci i spełniając się jako żona zdolnego artysty i mentora młodych malarzy. Nie wiedziała, co na to odpowie, nie potrafiła przewidzieć jego reakcji. Po prostu czekała, nie odrywając spojrzenia od oczu, które pokochała, a które mogły sprowadzić na nią najgorszy los przeciętnej kobiety.




there was an orchid

as beautiful as the
seven deadly sins
Powrót do góry Go down
 

so this is goodbye, 1953

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Pijacka melina, Nokturn, 1953

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Caelan + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18