Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Cressida Fawley

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Cressida Fawley
Cressida Fawley

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-cressida https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Zawód : Malarka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : 12
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Zwierzęcousty

Cressida Fawley Empty
PisanieTemat: Cressida Fawley   Cressida Fawley I_icon_minitime21.07.18 16:54

Talia Tarota


Karty Tarota




Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Powrót do góry Go down
Cressida Fawley
Cressida Fawley

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-cressida https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Zawód : Malarka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : 12
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Zwierzęcousty

Cressida Fawley Empty
PisanieTemat: Re: Cressida Fawley   Cressida Fawley I_icon_minitime31.08.18 12:56

Głupiec
Charnwood V 1942 – VII 1943

V 1942

Dzieciństwo Cressidy wydawało się być prawdziwą bajką. Dorastała w dworku ukrytym pośród magicznego lasu, otoczona liczną rodziną. Była dzieckiem szczęśliwym i brakowało jej tylko jednego – uwagi skupionego na jej starszym rodzeństwie ojca. Dorośli rzadko poświęcali jej tyle czasu, ile by pragnęła, więc często szukała towarzystwa w postaci obrazów pokrywających ściany dworku. Siadała na podłodze przed malowidłami i mówiła do nich, a one odpowiadały jak żywi ludzie, dzieląc się tym, co widziały przez te wszystkie lata. Spragnione towarzystwa zauważały ją i nie baczyły na jej młody wiek, a ich opowieści były niezwykle interesujące. Obrazy wiedziały praktycznie o wszystkim, co działo się w dworku na przestrzeni minionych lat, na długo przed tym zanim narodziła się Cressida.
Kiedy miała sześć lat, dała sobie wmówić, że jeśli będzie wykonywać różne zadania, ojciec zwróci na nią większą uwagę.
Takiej rady udzielił jej jeden z wiszących na ścianach dworku portretów, z którymi rozmawiała całymi dniami, ilekroć czuła się niezauważana przez ojca. Ale portret młodej czarownicy, która żyła jakieś sto lat temu, poradził jej, co powinna robić, jeśli chce przyciągnąć uwagę rodziców na dłużej, tak, by patrzyli właśnie na nią, nie na jej starsze rodzeństwo. Naiwna Cressida uwierzyła, że to pomoże.
Namalowana czarownica poradziła jej, by udała się do szklarni i zerwała najpiękniejszy kwiat, jaki znajdzie – ale to niestety tylko zdenerwowało ojca, kiedy okazało się, że pozbawiła kwiatów jedną z jego cennych roślin, której nazwa w tamtym momencie była zbyt skomplikowana dla jej sześcioletniego umysłu. Próbowała też wspiąć się na regał w rodowej biblioteczce, skąd ściągnął ją starszy brat, obiecując jednak, że nic nie powie rodzicom. Któregoś dnia została nakryta na skakaniu na jednej nodze przez korytarz, innego – na przeskakiwaniu z mebla na mebel w salonie. Namalowana czarownica powiedziała jej, że powinna przedostać się z jednego końca pokoju na drugi nie dotykając podłogi, więc skakała po fotelach i kanapach, i tak właśnie zastała ją matka. Dopiero kilka lat później zrozumiała, że namalowana postać z portretu z nudów i dla zabawy kazała jej robić te wszystkie rzeczy, korzystając z naiwności niespełna sześcioletniego dziewczątka, które rozpaczliwie chciało doczekać uwagi i nie rozumiało jeszcze, że metody proponowane przez malowaną czarownicę są co najmniej dziwaczne i pozbawione głębszego sensu.
Ale poniekąd odniosły cel – Leander Flint zwrócił uwagę na najmłodszą córkę. Choć nie w dokładnie taki sposób, w jaki mogła tego pragnąć.
- Nie wiem, co się dzieje z tym dzieckiem – usłyszała któregoś dnia, przechodząc obok drzwi gabinetu ojca, w którym najwyraźniej rozmawiał z żoną. – Może ktoś powinien ją obejrzeć. Albo to wina tego, że dałaś jej zbyt wiele swobody. Z nudów przychodzą jej do głowy niedorzeczne pomysły – mówił ojciec, a Cressida zamarła pod drzwiami. Choć była jeszcze dzieckiem, zdała sobie sprawę, że rozmawiano o niej.
- Niedługo skończy sześć lat, a pani Pinkstone z pewnością dobrze zajmie się jej edukacją, niedługo zwiększymy jej ilość lekcji. Ale masz rację, Leanderze, będę mieć na nią baczenie w najbliższych dniach. Nie chciałabym, żeby zrobiła sobie krzywdę.
- Porozmawiaj z nią, Portio – rzekł ojciec poważnym tonem.
Cressida usłyszała wewnątrz gabinetu kroki zbliżające się do drzwi, więc czym prędzej uciekła i nie usłyszała dalszego ciągu rozmowy. Ale wieczorem do jej sypialni przyszła matka i Cressida przyznała się do rozmowy z namalowaną lady z portretu na piętrze, a mama przestrzegła ją, by nie wierzyła we wszystko, co usłyszy.
Ale Cressida jeszcze przez lata miała pozostać osóbką naiwną, a we wrażliwym serduszku miało narodzić się jeszcze więcej kompleksów.


VI 1943

Za oknami świeciło słońce, sprawiając, że pędy winobluszczu porastające ściany i kołyszące się za oknami rzucały na drewnianą podłogę niedużej i dusznej sali balowej rozedrgane cienie. Cressida odruchowo powiodła za nimi wzrokiem, myśląc tęsknie o tym, jak bardzo chciałaby się teraz znaleźć na zewnątrz, pobiec przez trawnik w kierunku lasu, zagłębić się między drzewa i wsłuchać w ptasie szepty... I stało się. Opuściła głowę, a książka, którą na niej niosła zsunęła się z płomiennych włosów i z trzaskiem wylądowała na podłodze.
- Cressido – odezwała się do niej guwernantka głosem pełnym przygany. Niespełna siedmioletnia Cressida westchnęła cicho i przygryzła usteczka, spoglądając w stronę kobiety w średnim wieku o włosach spiętych w ciasny kok, na którym odznaczały się już całkiem liczne siwe pasma. Pani Pinkstone odchowała i wyuczyła niejednego młodego Flinta, prawdopodobnie także jej ojca i jego rodzeństwo. Uczyła ich podstaw tańca balowego, historii magii, dobrego wychowania, języka francuskiego i innych umiejętności niezbędnych szlacheckim latoroślom. O ile ojciec przyuczał ją umiejętności typowych dla Flintów, jak tajniki zielarstwa czy szczegółowa historia rodu, pani Pinkstone zajmowała się wiedzą bardziej ogólną. Choć jeszcze niedawno mogła cieszyć się względnym spokojem, teraz większość jej dni wypełniała nauka – w końcu już za trzy lata miała wyjechać do Beauxbatons, nie mogła tam trafić nie potrafiąc tego, co powinna umieć młoda dama.
Cressida rozumiała wagę tego, kim jest, na swój dziecięcy, niedoskonały sposób pełen naiwnych wyobrażeń – a była młodą lady Flint. Rodzice powtarzali, że musiała umieć te wszystkie rzeczy, by pewnego dnia zostać prawdziwą damą, taką jak jej matka – choć w jej siedmioletnim umyśle bycie damą jawiło się po prostu jako bycie dorosłą i traktowaną poważnie, a nie jak dziecko, oraz noszenie pięknych sukni i brak konieczności ślęczenia na nudnych lekcjach z guwernantką. Oznaczało też posiadanie własnej różdżki. A także męża i potem dzieci, nawet jeśli teraz jeszcze nie rozumiała w pełni wagi posiadania męża i dzieci, bo postrzegała świat inaczej niż dorośli, rozumowała prostolinijnie, uważnie słuchając słów rodziców, dziadków i guwernantki, i przyswajając sobie kolejne informacje o świecie oraz swoim w nim miejscu. Tak więc kiedyś w przyszłości miała być taka jak jej matka – mieć męża takiego jak jej ojciec, garderobę pełną pięknych sukni, własną różdżkę i urodę godną dorosłej kobiety. Nie znała innego życia.
Teraz czuła się taka niedoskonała z tymi włosami koloru futerka wiewiórki (och, jak bardzo chciałaby mieć piękne, dostojne pukle jak jej siostra i kuzynki!), konstelacjami miodowych piegów pokrywającymi białe niczym mleko policzki i nosek oraz wzrostem niskim nawet jak na siedmiolatkę. Pocieszało ją tylko to, że rudość i piegi kojarzyły się z ukochaną babcią Ollivander, która na fotografiach z młodości wyglądała niezwykle podobnie. Była chuda, drobna i patykowata, i nie wyglądała ani w połowie tak ślicznie i dumnie jak jej siostra. Nic dziwnego, że to ją ojciec kochał bardziej, a Cressida zawsze czuła się tym gorszym dzieckiem.
Ale to właśnie ona potrafiła rozmawiać z ptakami.
Teraz jednak stała naprzeciwko guwernantki, czując jak na jej nakrapiane policzki wstępują rumieńce. Pochyliła się, podnosząc książkę, z którą na głowie ćwiczyła dobrą postawę. Jej siostra potrafiła już odpowiednio chodzić nawet bez książki, co też właśnie demonstrowała, poruszając się tanecznym krokiem przez salę.
Guwernantka znała kompleksy młodszej Flintówny i potrafiła w nie uderzyć, by zmobilizować dziewczynkę do większych starań.
- Twoja siostra zrobiła znacznie większe postępy. Powinnaś wziąć z niej przykład, jeśli chcesz nauczyć się dobrze tańczyć – powiedziała, wciąż spoglądając ganiąco na zawstydzoną Cressidę. – Jak chcesz w przyszłości oczarować jakiegoś kawalera, poruszając się w taki sposób?
Cressida spuściła wzrok. Na razie nie obchodziło jej żadne oczarowywanie kawalerów, poza tym nawet nie wiedziała, jak i po co powinna to robić, ale rozumiała, że dobra dama musi umieć się pięknie poruszać i tańczyć. I jak przystało na pokorną córkę grzecznie uczyła się wszystkiego, co jej kazano, pragnąc być dostatecznie dobra.
- Przepraszam – wybąkała, w drobnych dłoniach mocno ściskając książkę w twardej okładce. – Będę bardziej uważna, obiecuję.
Pani Pinkstone w gruncie rzeczy nie była złą kobietą, choć bywała oschła i zasadnicza. Była starą panną, a odpowiednie edukowanie młodych szlachcianek zdawało się jej życiową misją. Brat Cressidy chodził już do szkoły, poza tym, jako pierworodny, zawsze mógł liczyć na uwagę ojca, i to właśnie Leander Flint w każde wakacje trzymał czuwał nad rozwojem i umiejętnościami syna, córki pozostawiając pieczy matki oraz guwernantki.
- Patrz na mnie, Cressido. Tańczę! – odezwała się jej siostra, tanecznym krokiem ją mijając. Cressie miała wrażenie, że starsza Flintówna odrobinę zadzierała nosa, wywyższając się nad siostrą, która radziła sobie gorzej. W większości rzeczy była od Cressidy po prostu lepsza.
Drżącymi z przejęcia dłońmi znów umieściła książkę na głowie i wyprostowała chude plecy, robiąc kolejne kroki, starając się utrzymywać dobrą postawę. W odpowiednim momencie obracała się lub dygała, kiedy kazała jej to robić pani Pinkstone, choć dziecięce serduszko wciąż wyrywało się na zewnątrz, do lasu i ptaków. Młode ptaszki nie musiały uczyć się idealnie chodzić, dygać ani tańczyć, więc czasem odrobinę im zazdrościła, że mogły sobie latać po lesie dokąd tylko chciały. Och, o wiele bardziej wolałaby już zacząć uczyć się jeździć konno na prawdziwym koniu, nie na kucyku; ojciec obiecał, że zaczną jeszcze tego lata. Podobno była już wystarczająco duża, żeby zacząć dosiadać jednego z mniejszych koni w stajniach Flintów.
Po chwili pani Pinkstone zarządziła krótką przerwę, a potem ruchem różdżki wprawiła w ruch zaczarowane manekiny mające udawać tanecznych partnerów dziewcząt. Gdy wkrótce ich starszy brat wróci na letnie wakacje, być może zostanie zaangażowany w pomoc młodszym siostrom.
Czuła się dziwacznie, kiedy pani Pinkstone dyktowała odpowiednie kroki, mówiąc, jak powinna postawić nogę i w którym momencie się odwrócić. Była to pierwsza lekcja tego konkretnego tańca, więc co chwila myliła się, wysuwając do przodu nie tą nogę, którą powinna, a starsza kobieta cierpliwie ją poprawiała, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że Cressie była nieco oporna w tej materii. Tylko podczas lekcji sztuki radziła sobie lepiej od siostry, szybko zdradzając zaczątki talentu do malarstwa.
Poczuła ulgę, kiedy pozwolono im wreszcie wyjść z sali. Od razu zrzuciła niewygodne taneczne buciki i miała zamiar umknąć prosto na dwór, ale biegnąc przez jeden z korytarzy natknęła się na swoją matkę. Portia Flint zatrzymała ją lekkim ruchem dłoni, a Cressida natychmiast spokorniała. Przy rodzicach zawsze była bardzo grzeczna i pokorna, usilnie pragnąc być jak najlepszą córką. Ale czasem trudno było godzić pragnienie bycia grzeczną młodą damą ze zwykłymi potrzebami ciekawego świata dziecka, choć nigdy nie przekraczała najważniejszych granic. Akceptowała schematy, w które wdrażała ją rodzina, nie znając niczego innego. To od woli rodu zależała jej przyszłość i musiała to rozumieć.
- Skrzaty zaraz podadzą obiad, później pobawisz się w lesie – rzekła, wyraźnie wyczuwając, dokąd rwało się serce jej najmłodszej córki. Była niegdyś Ollivanderem, także kochała las i piękno natury. Wyczuła też, że Cressie czymś się trapi. – Domyślam się, że pani Pinkstone właśnie uczyła was tańczyć? – Cressida nigdy nie musiała dużo mówić, by jej matka wielu rzeczy potrafiła domyślić się sama. Nic dziwnego, w końcu często także brała udział w naukach córek i nadzorowała pracę pani Pinkstone, a Cressida o wiele bardziej wolała uczyć się tego wszystkiego z mamą niż z nią. Portia zawsze była pełna ciepła, troski i wyrozumiałości, a jej opowieści o leśnych skarbach i roślinach były dużo ciekawsze, niż wywody o historii magii czy tańce.
- Nie poszło mi najlepiej – przyznała cicho; nie miałaby odwagi wypowiedzieć takich słów do ojca, ale matka to zupełnie inna sprawa.
Portia uśmiechnęła się do niej ciepło, odgarniając z jej policzka zbłąkany kosmyk włosów.
- Nie szkodzi, Cressido. Masz jeszcze dużo czasu, żeby się tego nauczyć. Cierpliwości, moja droga. Twoja siostra też popełniała błędy.
- Pani Pinkstone ją uwielbia – westchnęła Cressie. – Przy niej czuję się taka... niezdarna.
Kompleksy silnie tkwiły w jej małym serduszku. Niełatwo było dorastać ze starszym rodzeństwem i kuzynostwem. Zawsze czuła, że od nich odstaje, nie jest dostatecznie dobra. A tak bardzo chciała, żeby ojciec mógł być z niej dumny, żeby kochał ją tak, jak jej starsze rodzeństwo.
- Wiele dziewcząt czuje podobnie, patrząc na swoje rodzeństwo – przyznała lady Portia. – Też doświadczałam podobnych uczuć, patrząc na moją siostrę. Doskonale wiem, co czujesz, ale pewnego dnia to minie, kiedy zrównacie się umiejętnościami.
Cressida poczuła się podniesiona na duchu, słysząc, że jej matka kiedyś przechodziła podobne dziecięce problemy i też nieobce były jej kompleksy. Z o wiele raźniejszą miną ruszyła w jej towarzystwie w stronę jadalni.
Niestety po obiedzie czekała ją z całą pewnością nudna lekcja historii. Jedyne czego teraz pragnęła to znalezienia się na zewnątrz i zaczerpnięcia świeżego powietrza.

*   *   *

Trawa uginała się miękko pod jej stopami, a w powietrzu unosił się balsamiczny zapach lasu. Gałęzie szeleściły na wietrze; mogła wychwycić szum liści, trzask łamanych gałązek... i ptasie głosy rozbrzmiewające w koronach drzew. Były jednak zbyt daleko, by mogła wychwycić słowa, niezrozumiałe dla żadnego innego mieszkańca dworu prócz niej. Była dziwadłem, ale może była to wyjątkowość? Jej brat, siostra ani kuzynki nie potrafili rozmawiać z ptakami. Nie potrafili tego też ich rodzice. Tylko Cressida wiedziała, o czym szeptały ptaki żyjące w lesie Charnwood. Ich opowieści były przeznaczone tylko dla niej. Były znacznie ciekawsze niż nudne wywody guwernantki o zamierzchłej historii czy nauka kolejnych kroków tańca balowego.
Wbiegła między drzewa, śmiejąc się cichutko. Długie, ciemnorude włosy podskakiwały na plecach w rytm szybkich kroków, a brzeg jasnej sukienki omiatał chude, blade łydki. Ale z tyłu głowy czaił się też lęk. Wymknęła się samowolnie zaraz po obiedzie, uciekając przed mającą się niedługo zacząć lekcją historii magii dla młodych latorośli rodu Flint. Oczywiście, że chciała kiedyś zostać prawdziwą damą i zasłużyć na aprobatę ojca – ale tak bardzo nie miała ochoty uczyć się na pamięć tych wszystkich skomplikowanych dat. Jej dziecięce serduszko rwało się do lasu, do ptasich przyjaciół, którzy mogli opowiedzieć jej coś o wiele ciekawszego!
Zdecydowała się na ten dziecięcy podryg buntu naiwnie licząc, że dzisiaj ominą ją kolejne lekcje. Czy nie wystarczyło już tańców i chodzenia z książką na głowie? Pobiegła leśną ścieżką do jednego ze swoich ulubionych miejsc. Nie oddalała się znacząco; ojciec nie pozwalał jej wyprawiać się głębiej w las samej, ale wcale nie musiała iść daleko, by znaleźć sporo interesujących kryjówek.
Miejsce to było dość niepozorne; przewrócony pień, na którym lubiła przysiadać, spory, płaski kamień który udawał stół, zwisające pędy wierzby stanowiące swego rodzaju zasłonę od świata i szemrzący nieopodal strumyk. We wnętrzu spróchniałego pnia znajdował się starannie zawinięty pakunek, w którym chowała różne drobne skarby; fragment ładnie pomalowanej i dawno stłuczonej zastawy, częściowo zaśniedziała srebrna łyżeczka, kilka kolorowych kamyków, ptasich piórek, koraliki i inne tego typu szpargały. W domu w swoim pokoju miała znacznie ładniejsze przedmioty, ale i te miały swój urok podczas zabaw w lesie, kiedy mogła wyobrażać je sobie jako coś specjalnego.
Nie musiała czekać długo, żeby obok niej przysiadł jeden z jej ptasich przyjaciół, mały rudzik o pomarańczowym brzuszku i bystrych, czarnych jak paciorki oczkach. Cressida lekko wyciągnęła w jego stronę dłoń, a ptaszek ufnie wskoczył na nią, siadając na przedramieniu dziewczynki. Odkąd obudził się w niej dar, ptaki często znajdowały ją same, czasem nawet przylatując do okna jej sypialni i mówiąc do niej.
- Co dzisiaj widziałeś, drogi przyjacielu? – zapytała, a z jej ust wydobyły się ćwierknięcia niezrozumiałe dla ludzi, za to doskonale rozumiane przez ptaszka. Było to dla niej równie naturalne jak mówienie po angielsku i bardziej naturalne niż francuski, którego uczyły ją matka wspólnie z guwernantką. – Mam nadzieję, że spędziłeś ten dzień przyjemniej niż ja. Miałam kolejną lekcję tańca balowego – mówiła dalej, spoglądając z sympatią na ptaszka wciąż siedzącego na jej ręce, wczepiającego się pazurkami w materiał rękawa jej sukienki. Naprawdę kochała swoich małych ptasich przyjaciół. – Obawiam się, że właśnie robię coś złego. Nie powinno mnie tu teraz być...
Zerknęła w stronę dworu, którego nie widziała przez krzewy i kołyszące się gałęzie wierzby, ale wiedziała, że tam jest. Pani Pinkstone zapewne niedługo zacznie się niecierpliwić, że Cressidy jeszcze nie ma, podczas gdy pozostałe dziewczynki już siedziały na miękkich fotelach i kanapie, gotowe do wysłuchania lekcji. Cressida naprawdę nie była małą buntowniczką. Na co dzień była grzeczną, posłuszną dziewczynką pragnącą spełnić oczekiwania rodziców, ale dzisiaj naprawdę już musiała wyjść do lasu, musiała pobyć chwilę sama, bez innych ludzi, za to wśród ptaków. Czy mama będzie bardzo zła? Nie chciała sprawić jej przykrości.
Ptaszek pocieszył ją, po czym zaczął opowiadać o kwiatach, które właśnie zaczęły kwitnąć na jednej z nieodległych polanek, a potem zaoferował, że może ją tam zaprowadzić.
- Chętnie bym je zobaczyła, ale... och, chyba nie dzisiaj – westchnęła, nagle słysząc głos wołający ją po imieniu. – Wybacz, chyba jednak muszę wracać. Postaram się przyjść później. Albo może raczej jutro – dodała, niepewna, czy za tę „ucieczkę” z lekcji pozwolą jej jeszcze dzisiaj tutaj przyjść. Pewnie nie, zaraz po lekcjach prawdopodobnie zostanie wysłana do swoich komnat.
Pozwoliła, by rudzik odleciał z jej ramienia, po czym wstała i odgarnęła wierzbowe witki. Ścieżką w jej stronę zmierzała pani Pinkstone.
- Och, tu się schowałaś, Cressido! Wszystkie na ciebie czekamy, czas na lekcję – odezwała się kobieta, ostrożnie, ale stanowczo łapiąc dziewczynkę za rękę i prowadząc ją w stronę dworku. – Najpierw obowiązki, potem przyjemności – przestrzegła ją kobieta, usilnie próbując wpoić jej słuszne wartości.
Razem weszły do komnaty, w której zazwyczaj odbywały się lekcje dla dzieci Flintów. Cressida, rumieniąc się pod piegami, usiadła obok siostry i przygładziła sukienkę, czując na sobie spojrzenia kuzynostwa. A kolejne dwie godziny spędziła, słuchając o zamierzchłej historii czarodziejskiego społeczeństwa i rozmyślając o szepczących wśród leśnych drzew ptakach.

*   *   *

VII 1943

Kolejne trzy tygodnie minęły Cressidzie pod znakiem kolejnych lekcji historii, etykiety, tańca i francuskiego, a także rozpoznawania ziół w rodowych szklarniach. Nawet ojciec potrafił odrywać się od swoich zajęć, żeby osobiście zapoznawać dzieci z rodowym dziedzictwem, najwyraźniej wychodząc z założenia, że guwernantka nie będąca Flintem nie zrobi tego tak dobrze, jak on sam. Najbardziej jednak ucieszył ją powrót brata ze szkoły; w drugiej połowie czerwca najstarszy z rodzeństwa przybył do Charnwood. Wydawał się Cressidzie taki dorosły i zaradny, kiedy wrócił po kolejnym dłużącym się w nieskończoność roku, ale z perspektywy siedmiolatki wszyscy, którzy chodzili już do szkoły, wydawali się tacy duzi i dojrzali, nie to co ona, niska dziewczynka z rudymi jak kita wiewiórki włosami.
Ojciec w każde wakacje puchł z dumy ze swojego pierworodnego i poświęcał mu o wiele więcej uwagi niż córkom. Nie inaczej było teraz; Leander Flint regularnie zabierał syna na konne przejażdżki i polowania, podczas gdy Cressie uczyła się tańca i innych niezbędnych umiejętności, z westchnieniem spoglądając w kierunku lasu i wyobrażając sobie, jak brat pędzi między drzewami na końskim grzbiecie, z pewnością bawiąc się dużo lepiej niż jego najmłodsza siostra.
Ale w końcu nadszedł ten dzień, na który czekała – ojciec miał zacząć ją uczyć jazdy na pełnowymiarowym koniu. Do tej pory Cressida dosiadała tylko kucyka, trzymanego w stajniach Flintów specjalnie na potrzeby najmłodszych potomków rodu. Skrzat domowy dostarczył jej starannie odprasowany strój do jazdy konnej, niegdyś należący do jej siostry, która już z niego wyrosła i niedawno otrzymała nowy. Cressie przywdziała go jednak z entuzjazmem i udała się w miejsce, gdzie miał czekać ojciec. I rzeczywiście czekał w towarzystwie swojego ukochanego pierworodnego oraz niedużej klaczy, która dumnie zarzucała grzywą.
Przez następną godzinę Leander Flint uczył Cressidy podstaw umiejętnego obchodzenia się z koniem (który zdawał się znacznie większy od niej samej) i objaśnił jej przeznaczenie każdego elementu oporządzenia. Dopiero później podniósł ją i posadził na grzbiecie zwierzęcia. Cressie nagle znalazła się dużo wyżej i spojrzała z niepokojem najpierw na ojca, a później na brata, który właśnie przyprowadził sobie własnego konia. Mieli jej towarzyszyć w tej pierwszej przejażdżce. Najstarszy z rodzeństwa dawno już miał za sobą te pierwsze lekcje i od dobrych paru lat uczestniczył we wszystkich tradycjach Flintów.
Drobnymi dłońmi złapała wodze, przypominając sobie podstawy jazdy które opanowała na kucyku. To przecież nie powinno się bardzo różnić, prawda? Tak jej się przynajmniej wydawało, że jedyną różnicą będą wymiary i szybkość zwierzęcia. Mała Cressida rzeczywiście wyglądała teraz jak płochliwa wiewiórka, która przysiadła w siodle, ale odczuwała coraz silniejszą ekscytację, bo czekała na tę lekcję od dawna i była pewna, że to spodoba jej się o wiele bardziej niż taniec.
Mieli okrążyć posiadłość i przejechać najłatwiejszą z leśnych tras na pobliską polanę. Ojciec miał jechać przed nią, a brat za nią. Początkowo wszystko szło dobrze. Cressida dopiero uczyła się wyczuwać to zwierzę, więc nie szarżowała, ostrożnie podążając za ojcem. Ale nie mogło być tak łatwo. W pewnym momencie coś zaszeleściło i z zarośli wypadła spłoszona sarna, przebiegając między Leanderem Flintem i jadącą kilka metrów za nim córką. Klacz dziewczątka spłoszyła się, kiedy sarna prawie wpadła pod jej kopyta i zarżała głośno, stając dęba. Nieposiadająca jeszcze wprawy Cressida nie zdążyła zareagować. Lejce wyślizgnęły się z jej dłoni, a ona sama spadła z grzbietu, mając wrażenie, że przez chwilę leci w powietrzu. Później nastąpiło bolesne uderzenie plecami o ziemię, które wydusiło jej z płuc powietrze. Rude włosy rozsypały się po ścieżce, a buzia pobladła. Jej brat natychmiast zeskoczył ze swojego wierzchowca i podbiegł do siostry, to samo zrobił ojciec, pobieżnie upewniając się, czy dziewczynka niczego sobie nie złamała. Jego spojrzenie było jednak chłodne i nieprzeniknione.
Na szczęście wyglądało na to, że skończyło się tylko na strachu i siniakach.
- Ojcze, przepraszam – wybąkała szybko Cressida. Bardziej niż ewentualnych uszkodzeń ciała bała się zawodu na twarzy ojca i czuła wyrzuty sumienia, że nie zapanowała nad koniem i spadła, mimo że przecież dopiero się uczyła jazdy na normalnym koniu. Pod powiekami zaczęły palić ją łzy, nie z bólu, a ze strachu, że Leander jest nią rozczarowany i nieprędko weźmie ją na kolejną lekcję. Przepraszam, przepraszam, przepraszam, myślała w duchu, a zielone oczy spoglądały na ojcowską twarz z trwogą, zwłaszcza gdy sobie pomyślała, że jej brat i siostra na pewno nie zaliczyli takiego niefortunnego upadku podczas pierwszej leśnej przejażdżki. Och, była taką niezdarą! Ale potem z pomocą brata wstała, bo chciała być silna – dla ojca. Chciała, by mógł być z niej dumny, a żeby był, musiała być tak dobra, jak jej rodzeństwo. Podczas upadku obiła sobie plecy, które wciąż pulsowały bólem od powstających już na białej skórze siniaków i pobrudziła tył stroju. Brzegiem rękawa otarła z buzi łzy i poprosiła brata, by pomógł jej znów wsiąść na koński grzbiet.
- Też kilka razy spadłem podczas pierwszych przejażdżek – wyszeptał do jej ucha brat. – Twoja siostra też. Głowa do góry, mała – rzucił do niej pocieszająco.
A Cressida poczuła się nieco lepiej z myślą, że może ten niefortunny początek niczego nie przesądza. Może któregoś dnia będzie tak dobra, jak oni i ojciec wreszcie będzie z niej dumny? Ten dzień miał dopiero nastąpić.

[bylobrzydkobedzieladnie]




Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?



Ostatnio zmieniony przez Cressida Fawley dnia 28.11.18 13:00, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Cressida Fawley
Cressida Fawley

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-cressida https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Zawód : Malarka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : 12
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Zwierzęcousty

Cressida Fawley Empty
PisanieTemat: Re: Cressida Fawley   Cressida Fawley I_icon_minitime28.11.18 12:46

Mag
CharnwoodVII-VIII 1949

VII 1949

W lipcu powietrze w szklarni było wyjątkowo parne. Kropelki wilgoci unosiły się w powietrzu, a kosmyk rudych włosów przykleił się do wilgotnego czoła Cressidy. Mimo całej swojej fascynacji ziołami hodowanymi w rodowych szklarniach marzyła teraz o tym, żeby znaleźć się na zewnątrz i zaczerpnąć świeżego, bardziej rześkiego powietrza. Ale w obecności ojca nawet nie ośmieliła się poskarżyć na duchotę, powoli podążając za nim na kolejną lekcję zielarstwa. Była Flintem i jak każdy członek swego rodu musiała w ponadprzeciętnym stopniu opanować wiedzę o magicznych roślinach. Jej ojciec był w końcu uznanym handlarzem ingrediencji i znawcą roślin, uczestniczącym w sprzedawaniu wyhodowanych przez ród ziół dla potrzeb Munga i magicznych aptek oraz ważnych klientów indywidualnych. Dusza Cressidy co prawda o wiele bardziej wyrywała się do malarstwa, ale ojciec zawsze stawiał na swoim. Niechętnie dzielił się swoją starannie gromadzoną przez całe życie wiedzą z obcymi, uważając, że co przynależne Flintom powinno u nich zostać, ale dzieci, a zwłaszcza syn, były inną sprawą.
Leander Flint wciąż niezmiennie budził w dziewczątku ogromny respekt i rozpaczliwą chęć spełnienia jego oczekiwań. Wciąż nie zgasło w niej dziecięce pragnienie dorównania w jego oczach rodzeństwu, choć nadal miała wrażenie, że była daleko w tyle za bratem i siostrą. Mogła zdobić rodowe zielniki najpiękniejszymi rysunkami, ale nawet to nie wystarczyło, by Leander ukochał ją równie mocno, jak swoje starsze dzieci. Takie przynajmniej było jej wrażenie, nacechowane kompleksami i poczuciem bycia mniej wartościową niż brat i siostra.
Dziecięce rysy już jakiś czas temu zaczęły powoli zmieniać się w bardziej nastoletnie, choć wciąż pozostawały łagodne i miękkie, a policzki i nosek nadal były obsypane konstelacjami piegów. Miała za sobą już trzy lata nauki w Beauxbatons i za trochę ponad miesiąc miała ukończyć trzynaście lat. Każdego lata powracała do Charnwood, kontynuując swoje nauki lady Flint. Uczyła się ziół i opieki nad nimi w szklarniach oraz w lesie, ilustrowała zielniki, jeździła konno i tańczyła, a w czasie wolnym malowała, wymykała się do lasu i rozmawiała z ptakami, a także, oczywiście, spędzała czas z siostrą i kuzynkami. Od maleńkości otaczała ją naprawdę liczna rodzina w postaci Flintów oraz innych krewnych powiązanych z Flintami bądź Ollivanderami, którzy czasem odwiedzali Charnwood. Nigdy nie czuła się samotna.
- Co widzisz przed sobą? – zapytał nagle ojciec, gdy zatrzymali się przy jednej z roślin. Jego czujne spojrzenie spoczęło na najmłodszej z córek.
Cressida spojrzała na liście i korę, od razu rozpoznając roślinę.
- To drzewo Wiggen – odpowiedziała. – Jego kora jest wykorzystywana w eliksirach leczniczych, na przykład w eliksirze wiggenowym. – Alchemiczką była w szkole nędzną, ale za sprawą ojca przynajmniej dobrze znała się na ingrediencjach roślinnych i ich zastosowaniu.
Leander Flint był niezwykle oddany rodowi, jego ideałom a także pasji do zielarstwa, dlatego był wymagającym nauczycielem i nie tolerował ignorancji. Ze swoim konserwatyzmem, powagą, stałością oraz rozległą wiedzą był ucieleśnieniem Flinta idealnego, starającego się wytyczyć dobry szlak dla trójki swoich dzieci, by godnie przedłużyły ród. Rzadko jednak otwarcie chwalił Cressidę, choć skinął lekko głową, gdy udzieliła poprawnej odpowiedzi. Zaraz potem wskazał kolejną roślinę.
- Figa abisyńska – odpowiedziała. – Główny składnik złotego eliksiru.
Poprawna odpowiedź. Od dzieciństwa spędzała w tych szklarniach na tyle dużo czasu, że ten sprawdzian nie był dla niej wyzwaniem. Ojciec każdego lata dbał jednak, by odświeżała wiedzę i zapamiętała niezbędne detale; w końcu tego lata miała zilustrować najnowszy zielnik ojca. Zapoznawał ją też z nowościami w rodowych szklarniach, które z pewnością należały do najlepiej wyposażonych w kraju i niewielu czarodziejów mogło się pochwalić podobnymi zbiorami. Leander Flint był z tego niezwykle dumny i dbał o to, by oddani naturze Flintowie pozostali zielarską potęgą.
Leander dalej sprawdzał jej wiedzę i zadawał pytania na temat roślin. Cressida musiała mu jeszcze opowiedzieć o gryfonii, mandragorach, moly, kłaposkrzeczkach, wnykopieńkach, czyrakobulwach, jemiole i kilkunastu innych roślinach, które minęli, przechodząc szklarniowymi alejkami.
- Pamiętasz, dlaczego to wszystko jest takie ważne, Cressido? – zapytał nagle ojciec, skupiając na niej poważny wzrok.
Dziewczątko uniosło na niego spojrzenie. Mimo wszystko zawsze była pod wrażeniem autorytetu ojca, dumnego lorda Flinta, który z taką starannością dbał o dziedzictwo swego rodu, nie tylko to materialne, ale też o tradycje, obyczaje i odpowiednie poglądy.
- Musimy dbać o dobro naszego rodu, by jego tradycje i wartości przetrwały nawet wtedy, kiedy nas już nie będzie – powiedziała cicho, przypominając sobie słowa, które wypowiedział już dość dawno. Ale jego nauki nie traciły ważności, przywoływał je regularnie, niezmiennie dbając o podtrzymanie w niej rodowej tożsamości i poczucia, że jest częścią większej całości, musi dbać o tradycje i wypełniać swoje obowiązki.
Ojciec skinął głową, rad, że córka z taką pokorą go słuchała i stosowała się do jego nauk.


VIII 1949

W dworku od rana panował ożywiony gwar. Lato było okresem kiedy Leander Flint szczególnie chętnie organizował polowania w które angażował także młodzież, we wrześniu wyruszającą już do magicznych szkół. Był to więc najważniejszy czas w roku kiedy mógł trzymać pieczę nad wychowaniem młodych. Rzecz jasna prócz Leandera w polowaniach uczestniczyli też inni Flintowie, a także bliscy przyjaciele rodu zaproszeni przez kogoś z Flintów. Szlachetnie urodzeni lubili tego typu aktywności, ale mała Cressida nie rozumiała, co w tym ekscytującego. Podczas każdego z polowań, na które ojciec ją zabierał (nie chcąc nawet słyszeć o odmowie), starała się trzymać w tyle a kiedy ojciec kazał jej strzelać do ptaków, celowo chybiała. Czuła jednak dużą presję i lęk, a także rozdarcie wewnętrzne: pragnęła zadowolić ojca i dostrzec na jego twarzy dumę, ale ogromnie brzydziła ją i przerażała przemoc, zwłaszcza wobec ptasich przyjaciół. Bo tym były dla niej ptaki, których mowę potrafiła zrozumieć – przyjaciółmi. Jak więc mogłaby z premedytacją pozbawić je życia, nawet w imię rodowej tradycji? Leander zdawał się nie rozumieć ogromnego wewnętrznego bólu zwierzęcoustej córki, którą widok martwych, przebitych strzałami ptaków doprowadzał do łez. Płakała też, kiedy na stole pojawiało się pieczone ptactwo i unikała jedzenia ich mięsa, czując się bardzo źle z myślą, że miałaby zjeść coś, z czym rozmawiała jak z człowiekiem. Ojciec mówił wtedy, że jest zbyt miękka i wydelikacona – choć czy jako dama nie powinna być wrażliwa i delikatna? Matka zawsze uczyła ją, że właśnie takie powinny być kobiety – delikatniejsze, wrażliwsze, będące niczym łagodząca woda w starciu z ognistymi temperamentami mężczyzn. Ojciec był konserwatywny i absolutnie nie chciał wychować córek na buntowniczki i chłopczyce, nie chciał by były jak mężczyźni i nigdy nie pozwalał im na tyle samo, co swojemu synowi, ale był wierny tradycjom Flintów, więc do lasu zabierał także córki, podobnie jak jego brat zabierał swoje. Nie chciał, żeby były wychuchanymi, omdlewającymi panienkami, które całymi dniami wylegiwały się na stosach miękkich poduszek i nie opuszczały swych komnat. Cressida wiedziała, że jej ojciec wolałby, żeby była bardziej jak Leandra, Morrigan i Rosemary – ale niestety na każdym kroku go rozczarowywała.
Korzystając z tego zamieszania i z tego, że ojciec był zajęty przygotowaniami wraz z innymi lordami, wymknęła się dyskretnie z dworku. W wieku lat trzynastu doskonale znała leśne ścieżki biegnące wokół dworu, ale i tak biegła co sił, by jak najszybciej skryć się między drzewami zanim ktoś spojrzy w okno i ją dostrzeże. Łamała właśnie ważną zasadę i posuwała się do jawnego buntu przeciw ojcu, biegnąc do lasu by ostrzec swoich przyjaciół przed nadchodzącym polowaniem. Choć bała się gniewu Leandera, robiła to gdy tylko mogła, ale miała smutną świadomość, że w czasie, kiedy była w szkole, ojciec i jego znajomi mogli do woli polować na ptactwo. Ale latem dziwnym trafem ilość ustrzelonych ptaków znacząco malała – i zapewne było kwestią czasu, kiedy ojciec domyśli się, że stała za tym właśnie jego córka, nie mogąca się pogodzić z cierpieniem przyjaciół.
Kiedy tylko dotarła do polanki, na drzewach w pobliżu niej przysiadło kilkanaście ptaków, a kilka sfrunęło bliżej niej, jeden nawet usiadł na jej ramieniu. Cressida zaczęła ćwierkać, w języku ptaków wypowiadając ostrzeżenia o tym, że jej ojciec wkrótce wyruszy do lasu wraz ze swoją świtą. A później, kiedy rozćwierkane ptaszyny rozfrunęły się po lesie, czmychnęła, biegnąc z powrotem w kierunku dworu, zamierzając niepostrzeżenie do niego wejść i udawać, że była tam cały czas. Nie wiedziała, że przez cały czas jeden z kuzynów obserwował ją z okna, wiedząc o jej małym leśnym wypadzie.

*   *   *

Godzinę później już wszyscy siedzieli na końskich grzbietach. Cressida, jej rodzeństwo, część kuzynostwa, ojciec, paru innych dorosłych krewnych oraz kilku przyjaciół ojca z równie konserwatywnych rodów. Cressie była w tym towarzystwie najmłodsza i najmniej rozentuzjazmowana. Kiedy inni rozmawiali z ekscytacją i sprawdzali swój sprzęt, młódka zamierzała zgodnie ze swoim zwyczajem celowo trzymać się z tyłu, pozwalając ojcu i innym mężczyznom wysunąć się na przód.
Ale ojciec miał dla niej inny plan.
- Wy będziecie jechać koło mnie – powiedział do trojga swoich dzieci, szczególnie znacząco patrząc na Cressidę. Wiedział, że podczas poprzedniego polowania, w lipcu, zniknęła gdzieś w lesie i niczego nie upolowała. Nie był z niej wtedy dumny, co Cressidę bolało, ale przynajmniej nie zrobiła wtedy niczego, co obciążyłoby ją poważnymi wyrzutami sumienia.
Jęknęła cicho, ale posłusznie poprowadziła konia w ślad za ojcem. Ostrzeżenie ptaków było wystarczającym aktem buntu, ale nie miałaby odwagi sprzeciwić się ojcu otwarcie, od zawsze uczona szanować jego autorytet jako głowy rodziny. Jedynie zdanie nestora rodu było bardziej znaczące niż zdanie pana ojca. Przynajmniej w teorii, bo nestor raczej nie miał w zwyczaju przesadnie interesować się dziećmi, zapewne ufając, że wychowanie ich leży w rękach rodziców, i nie ingerował w życie Cressidy.
Wszyscy czarodzieje i ich wierzchowce po kolei weszli w las, zagłębiając się między wiekowymi drzewami. Cressida potrafiła już jeździć całkiem nieźle, i gdyby to była zwykła przejażdżka po lesie, na pewno cieszyłaby się dużo bardziej. Co jakiś czas rozglądała się po mijanych drzewach, ale nie widziała zbyt wielu ptaków poza tymi najdrobniejszymi, które nie interesowały polujących mężczyzn, a więc były bezpieczne. Słyszała jedynie ich stłumione głosy dobiegające z góry. Lada moment mieli przyspieszyć, zmierzając ku głębszym i bardziej obfitującym w zwierzynę partiom lasu.
Cressida na końskim grzbiecie wyglądała jeszcze drobniej niż zwykle. Nawet ciemnozielony damski strój do jazdy konnej i upięte włosy nie maskowały nastoletnich, ale wciąż jeszcze dziecinnych rysów twarzy. Rozsiane po mlecznobiałej skórze piegi tylko podkreślały młodzieńczy wygląd dziewczątka, dodatkowo odróżniającego się od reszty czarodziejów rudą barwą włosów. Nadal wyglądała jak mała, ruda wiewiórka. Albo jak spłoszony ptaszek, który pragnął poderwać się do lotu i odlecieć daleko stąd.
Przyspieszyli. Końskie kopyta uderzały o ściółkę, a oczy kilkunastu czarodziejów przeczesywały gęstwinę, wypatrując zwierzyny. Rozbiegli się po większej przestrzeni, i wkrótce obok młódki galopowali już tylko jej ojciec, rodzeństwo i jeden z wujów, choć dalej słyszała odgłosy rżenia koni innych. Zanim się rozdzielili, dostrzegła jeszcze, że jeden z kuzynów przez dłuższą chwilę przyglądał jej się badawczo; nie wiedziała, że wcześniej widział, jak wychodziła z lasu krótko przed polowaniem.
Cressidzie nie zależało na tym, by cokolwiek wypatrzyć, liczyła na to że zwierząt będzie w tej okolicy jak najmniej. Jej doświadczony ojciec jako pierwszy z tej małej grupki dostrzegł umykającą sarnę i posłał w jej kierunku strzałę. Grot przebił lśniący bok zwierzęcia, które wydało z siebie bolesny pisk i wciąż próbowało uciekać. Była pewna, że ojciec potrafiłby powalić sarnę jedną strzałą, ale celowo tylko ją ranił i spowolnił, by uczynić ją celem dla najmłodszej córki.
- Dalej, Cressido, strzel do niej – ponaglił ją. Dziewczątku było tak bardzo szkoda cierpiącej sarny, że jej pierwsza strzała wbiła się w drzewo dobry metr od biegnącego chwiejnie stworzenia. Jej brat chciał już do niej strzelić, ale ojciec powstrzymał go gestem. – Cressido – powtórzył stanowczo, a w jego głosie zabrzmiała zasadniczość.
Nastolatka jęknęła cicho, z wahaniem kierując łuk w stronę sarny. Druga strzała również wbiła się w bok zwierzęcia, choć płycej niż ta ojca. Kiedy sarna znów wydała z siebie bolesny skowyt, Cressie pisnęła, czując ogromne wyrzuty sumienia. Z trudem powstrzymywała cisnące się do oczu łzy. To jej brat, widząc jakie to było trudne dla najmłodszej siostry, ukrócił cierpienia sarny, strzelając jej w gardło. Kiedy zwierzę padło na ściółkę, drżąc w konwulsjach zanim wyzionęło ducha, ojciec rzucił mu poważne spojrzenie, ale nie odezwał się. Wykrwawiającą się sarnę miał stąd zabrać domowy skrzat.
Nie było to pierwsze polowanie Cressidy, choć podczas tych poprzednich kilku, na których była, pozwalano jej się trzymać z tyłu. Ale im była starsza, tym więcej wymagał ojciec. Teraz oczekiwał, by posiadła konkretne umiejętności i wyzbyła się swojej przesadnej nawet jak na kobietę miękkości. Za dwa tygodnie miała skończyć trzynaście lat.
Leander był człowiekiem konkretnym i rzeczowym, i nie rozumiał dziewczęcych bolączek, tym bardziej że nie znał mowy żadnych zwierząt, choć robił to wszystko, bo bardzo zależało mu na odpowiednim wychowaniu swoich dzieci w duchu wartości Flintów. Ruszyli dalej w las; Cressie wśród koron drzew słyszała głosy ptaków, choć podążając za ojcem nie miała odwagi odpowiedzieć na żaden. Mogła jednak wyraźnie wyczuć niepokój i strach ptactwa. Ptaki zamierały w koronach drzew lub pospiesznie odlatywały, słysząc zbliżających się jeźdźców. Tylko Cressida potrafiła wychwycić ich słowa, i tylko ona przejmowała się ich strachem.
Cała jej postawa niemo krzyczała „Nie chcę tu być, nie chcę tego robić”, ale Leander Flint nieubłaganie zagłębiał się w las. Jej brat zdążył już ustrzelić zająca, teraz obaj pognali za jeleniem; Cressie wreszcie została z tyłu, nawet nie próbując ponaglać swojego wierzchowca do szybszego biegu. Nie uniosła też łuku, widząc umykającego bażanta, który krzyczał ze strachu. Bez ojca u boku próbowała całkowicie ignorować fakt trwającego polowania i wyobrażać sobie, że to tylko kolejna konna przejażdżka, które tak kochała.
Siostra i wuj również się oddalili, choć zapewne było kwestią czasu, aż ktoś zawróci po Cressidę i zapewne będzie to ojciec. Korzystając z chwili samotności wydała z siebie kilka stłumionych ćwierknięć, próbując skłonić nieliczne będące tu ptaki do pozostania w ukryciu.
- Znowu to robisz – usłyszała nagle; zza zarośli wynurzyła się sylwetka kilka lat starszego kuzyna, tego samego, który wcześniej ją obserwował i najwyraźniej teraz dogonił.
- Ja... N-niczego nie robię – wybąkała Cressida, jąkając się. – Zgubiłam się.
Ale nie potrafiła kłamać, więc młodzieniec od razu wyczuł, że to wcale nie było przypadkowe zagubienie się.
- Twój ojciec nie byłby zadowolony, gdyby się dowiedział, że mówisz do ptaków. Że je ostrzegasz – dodał.
Cressida wystraszyła się. Nie chciała, żeby ojciec się wściekał.
- Proszę, nic mu nie mów – poprosiła cichutko, ale jej krewniak tylko się roześmiał. Prawdopodobnie się z nią droczył, ale obawiała się, że byłby skłonny donieść jej ojcu o jej nieposłuszeństwie. Mężczyźni z rodu Flint traktowali tradycje niezwykle poważnie.
- Cressido! – usłyszała głos ojca, który najwyraźniej się wrócił i zmierzał prosto w ich stronę, klucząc między drzewami.
Kuzyn rzucił jej spojrzenie, ale nie powiedział nic. Zamiast tego pognał w las, a ojciec ponaglił Cressidę, by ruszyła za nim. Nie był zadowolony, że znowu się zawieruszyła, podczas gdy jej rodzeństwo poczynało sobie naprawdę dobrze. Dziewczątko było jednak spięte; bała się, że ojciec naprawdę dowie się o tym, że maczała palce w mniejszej niż zwykle ilości ptaków i będzie na nią zły. Kiedy dotarli do stawu, gdzie zwykle było pełno kaczek, nie zauważyli żadnej. Leander uwielbiał mięso dzikich kaczek i nie wyglądał na zadowolonego z ich braku, ale szybko ustrzelił lisa, który wynurzył się z wysokiej trawy. By nie uszkodzić pięknego futra, raził go strzałą prosto w oko, zabijając na miejscu.
Cressida odwróciła wzrok, nie chcąc patrzeć na tak przykry widok. Tylko udawała, że rozgląda się za zwierzyną, ale tak naprawdę z niecierpliwością oczekiwała końca polowania.

*   *   *

Przez kilka kolejnych dni po polowaniu trwała w niepewności. Czy ojciec wiedział, co zrobiła? Mimo jej ostrzeżeń polujący i tak ustrzelili parę bażantów i kaczek, a także trochę zajęcy, dwa lisy i kilka sztuk większej zwierzyny. Życie w dworze przebiegało tak jak zawsze. Przez kolejne dni na stole lądowały potrawy z upolowanych zwierząt (Cressida starannie unikała mięsa ptaków), a ojciec zajmował się swoimi sprawami. Młódka była też z matką i siostrą na Pokątnej w celu zakupienia książek i innych rzeczy niezbędnych na kolejny rok szkolny; na specjalne zamówienie do Esów i Floresów sprowadzano również francuskie książki dla uczniów Beauxbatons. Kolejny rok szkolny zbliżał się nieubłaganie i już pierwszego września świstoklik miał zabrać ją i Leandrę do Francji.
Ale jakiś tydzień po polowaniu w pokoju dziewczęcia pojawił się domowy skrzat, zawiadamiając, że pan ojciec oczekuje jej w swoim gabinecie.
Cressida odłożyła szkicownik, w którym właśnie rysowała. Posłusznie opuściła sypialnię i skierowała się w stronę ojcowskiego gabinetu. Drobną dłonią zapukała do drzwi, a kiedy usłyszała potwierdzenie, weszła do środka i usiadła na krześle przed biurkiem, w tym samym miejscu, co zawsze.
W powietrzu unosiły się drobinki kurzu. Cressida, wiercąc się na krześle przed biurkiem ojca, obserwowała je przez chwilę, by następnie zwrócić wzrok na wyposażenie gabinetu, do którego nie wolno jej było wchodzić bez pozwolenia. Widziała ciężkie, ciemne regały zastawione księgami i zielnikami i równie ciężkie biurko mające z pewnością ponad sto lat, kilka wypchanych głów leśnych zwierząt powieszonych nad kominkiem, grube, ciemnozielone zasłony zwisające aż do podłogi i wszechobecny zapach drewna i suszonych ziół. Było to królestwo jej ojca.
To pomieszczenie zawsze nurtowało Cressidę. W komnatach mamy była mile widziana o każdej porze, ale ojciec strzegł swojej samotni i nie chciał, by pałętające się dzieciaki zakłócały mu spokój, kiedy wertował stare woluminy lub uzupełniał księgi rozliczeniowe, pilnując rodowego interesu zielarskiego. Cressidzie te wszystkie rzędy cyferek nic nie mówiły, więc nawet nie dotykała ksiąg ojca ani nie korciło ją, by je przeglądać. Ale sam gabinet miał w sobie coś intrygującego, aurę dorosłości i powagi, którą wyczuwała gdy tylko przekraczała próg. To nie jest miejsce dla dzieci, mówiły wszystkie elementy wyposażenia odkąd sięgała pamięcią. I choć nie była już małą dziewczynką, którą ojciec regularnie wzywał tu, by przepytywać z przyswojonej wiedzy i przypominać o rodowych wartościach, nadal czuła, że to miejsce przynależne jej ojcu, którego nie należało kalać bez powodu.
Teraz zapewne również istniał powód, dla którego została wezwana, i zapewne miał on ścisły związek z niedawnym polowaniem.
Jej ojciec wyglądał jeszcze bardziej dostojnie i poważnie, kiedy zasiadał za swoim biurkiem, a ona siedziała przed nim, oddzielona od ojca przez mebel. Siedząc pośród tej scenerii wyglądała na jeszcze mniejszą i drobniejszą, a i tak była bardzo drobna i krucha nawet jak na swój wiek. Ich stosunki często były dość formalne i pozbawione obecnej w zwykłych rodzinach bliskości i poufałości – ale dorastająca w hermetycznym i odizolowanym środowisku Cressida nie znała innego życia i nie wiedziała, że relacje z ojcem mogą wyglądać inaczej niż miało to miejsce wśród Flintów. Jej rzeczywistością były ściany posiadłości w Charnwood, las, a także kilka posiadłości należących do krewnych i przyjaciół rodu, które odwiedzała. No i oczywiście szkoła, odkąd trzy lata temu zaczęła naukę, ale nawet tam była wierna temu, co wpojono jej w rodzinnym domu i nie zawierała niestosownych znajomości. Ojciec mógł znajdować się daleko, ale jego autorytet sięgał nawet tam, do jego córek, i Cressida nie buntowała się przeciwko rodowym zasadom, choć wiedziała, że dla wielu młodych ludzi wyjazd do szkoły to okazja do tego, by próbować robić rzeczy nieakceptowane w rodowych dworach. Nie dla Cressie – jeśli nie liczyć ostrzegania ptactwa przed polowaniami, nie posiadała w sobie żadnych buntowniczych zapędów.
Ojciec jawił jej się jako sylwetka stała i pewna w jej życiu, ktoś, kto niezmiennie w nim trwał i miał trwać bardzo długo – tak przynajmniej wyglądało to w jej oczach przez te wszystkie lata, odkąd sięgała pamięcią. Wciąż pragnęła widzieć w jego oczach błysk aprobaty. Chciała, by ojciec mógł być z niej dumny i czuła się bardzo zaaferowana tym, że zaprosił ją dzisiaj do swojego gabinetu – choć bała się także srogiej reprymendy.
Czując na sobie wzrok ojca przelotnie przypomniała sobie jedną z tych dawnych wizyt w gabinecie, kiedy miała może sześć lat i rozmawiała z Leanderem o historii Flintów.
- Co wiesz o naszej historii? – zapytał ją wtedy ojciec, a sześcioletnia Cressida wyprostowała się na twardym krześle; w tamtych czasach mama niekiedy opowiadała jej przed snem historię o przodkini Flintów, Blodeuwedd, która została zaklęta w sowę przez zakazaną miłość do pewnego myśliwego, a i guwernantka przedstawiła główne informacje, ucząc młodych Flintów historii starych rodów. Cressida znała już wtedy niezbędne podstawy, choć wielu rzeczy wtedy nie rozumiała i zaczęły stawać się dla niej bardziej jasne dopiero z wiekiem.
- Musisz zrozumieć, jak ważna jest ta historia oraz nasze tradycje. Jesteś jeszcze dzieckiem, ale za kilka lat pójdziesz do szkoły i musisz umieć i wiedzieć wszystko to, co lady Flint umieć powinna – powiedział wówczas ojciec, najwyraźniej nie do końca ukontentowany. Wciąż spoglądał na nią z powagą, dumny, mądry i chłodny. W kolejnych latach także często patrzył na nią w taki sposób, ale gdzieś głęboko pod tą fasadą kryły się rodzicielskie uczucia. Nawet kiedy czasem w nie wątpiła, matka nigdy nie pozwalała jej tego kwestionować. Zawsze powtarzała córce, że ojciec może jest surowy, ale tak naprawdę ją kochał, i to wcale nie mniej niż jej siostrę. A ona zawsze chciała w to wierzyć. – Nie tylko to, czego uczy cię guwernantka i matka jest ważne, musisz dbać o dziedzictwo Flintów. Poznasz nasze zielarskie tradycje, wkrótce nauczysz się jeździć konno, a kiedy będziesz wystarczająco dojrzała, zabiorę cię na polowanie i do centaurów. To niezwykle dumne i mądre stworzenia, z którymi należy postępować z niezwykłym wyczuciem. Nie przedstawię im nieokrzesanego, pozbawionego ogłady dziecka – dodał, kiedy Cressie, wiercąc się z przejęcia, niechcący kopnęła czubkiem bucika w biurko. Wciąż pamiętała, że oblała się wtedy rumieńcem i że była wówczas niezwykle ciekawa centaurów, o których jej bliscy mówili z takim szacunkiem i które podobno posiadały ogromną mądrość, którą niechętnie dzieliły się z ludźmi, ale nawiązały swego rodzaju porozumienie z członkami jej rodu. Poznała je dopiero pewien czas po tamtej rozmowie, kiedy Leander Flint uznał, że dojrzała wystarczająco.
Po chwili głos ojca przywrócił ją do rzeczywistości, przeganiając przeplatająca się w umyśle wspomnienia dawnych rozmów przeprowadzonych w tym gabinecie.
- Cressido – odezwał się, patrząc na nią zza biurka.
Dziewczę podniosło na niego wzrok. Jej zielone oczy napotkały niemal takie same tęczówki ojca, ale szybko uciekła spojrzeniem.
- Tak, ojcze? – odpowiedziała cichutko i grzecznie.
- Mój drogi bratanek opowiedział mi niedawno interesującą historię – zaczął, a młódka skrzywiła się i spuściła wzrok na swoje kolana. – Może chciałabyś mi o czymś powiedzieć?
Cressida przygryzła usta, ale nie odezwała się. Czujne, baczne spojrzenie Leandera zdawało się przewiercać ją na wylot, a jego życiowa mądrość i doświadczenie (choć nie był jeszcze stary) przytłaczały ją. Jej drobne dłonie niespokojnie mięły brzeg sukienki, a oczy wpatrywały się w dół, jakby nagle bardzo zainteresowała ją faktura dębowej podłogi. Ale nie musiała nic mówić, ojciec z jej postawy i milczenia wyczytał przyznanie się do winy. Nawet nie próbowała kłamać; była w tym tak kiepska, że wiedziała, że próba oszukania ojca tylko pogorszyłaby sytuację.
- Ja... Przepraszam, ojcze – wymamrotała tylko, nie unosząc wzroku.
- Obiecałaś mi kiedyś, że nie będziesz używać daru, by przeszkadzać nam w wypełnianiu ważnego elementu naszych tradycji, jakim są polowania – odezwał się Leander, wciąż świdrując córkę wzrokiem. A Cressida, choć była potulnym i grzecznym dziewczątkiem, poczuła wyrzuty sumienia, że była tak krnąbrna – ale jej wrażliwe serduszko podpowiadało, że zrobiła dobrze, ocaliła część ptasich istnień. Ptaki były dla niej ważne, nie chciała patrzeć, jak giną dla kaprysu, nawet jeśli był to kaprys jej rodziny. Rodziny, którą kochała i której częścią pragnęła być.
- Przepraszam, ojcze – powtórzyła znowu. – Ja po prostu... Nie lubię patrzeć, jak umierają. To moi przyjaciele. Słyszę ich głosy, czuję ich strach. Nie potrafię – wydukała, a jej usteczka zaczęły drżeć, zwiastując nadchodzący płacz. – Nie chcę musieć do nich strzelać. Przeraża mnie to.
Ojciec przez chwilę obserwował ją w ciszy, najwyraźniej zastanawiając się nad reprymendą lub karą. Ostatecznie nie chciał być okrutnym ojcem, ale tradycje były dla niego świętością. Przewrotny los jednak sprawił, że jego najmłodsza córka nie tylko urodziła się z darem rozmawiania z ptactwem, ale na dodatek była niezwykle wrażliwa i delikatna.
- Nie płacz. Nie jesteś już małym dzieckiem – rzucił tylko. Nie pocieszająco, raczej sucho i konkretnie. Nie lubił łez, a Cressida była stanowczo zbyt płaczliwym dzieckiem. Być może rozpuściła ją matka lub nauka w Beauxbatons, ale powinna wreszcie zacząć z tego wyrastać. – Spójrz na mnie – polecił.
Cressida powoli uniosła wzrok; w jej oczach błyszczały pierwsze łzy, którym nie pozwalała spłynąć po policzkach.
- Pragnę waszego dobra, Cressido – zaczął. – Zawsze powtarzałem ci, czym są dla nas tradycje. Jesteś kobietą i na twoich barkach spoczną inne powinności niż na barkach twego brata, ale to nie zwalnia cię z konieczności nabywania niezbędnej wiedzy i umiejętności. Jesteś Flintem i zawsze nim pozostaniesz, nawet, gdy za kilka lat poślubisz mężczyznę z innego rodu. Jesteś częścią większej całości – naszego rodu. Pamiętaj o tym i nigdy nie przynoś mnie ani naszemu nazwisku ujmy – mówił cierpliwie.
Dla trzynastoletniej Cressidy ślub jawił się jako coś odległego, była zbyt młoda by w pełni zrozumieć wagę tych słów, ale pokiwała grzecznie głową, przytakując ojcu. Od dzieciństwa wyraźnie zaznaczano podział między chłopcami a dziewczętami. Na barkach chłopców spoczywała większa odpowiedzialność, ale i wolno im było więcej, podczas gdy dziewczęta miały odpowiednio się prezentować, znać przynajmniej podstawy sztuki i kiedyś, w mglistej przyszłości, wyjść za mąż, choć Leander Flint dążył do tego, by i one poznały rodowe dziedzictwo. Dlatego zależało mu na tym, by jeździły konno nie gorzej niż ich brat, i żeby radziły sobie również z polowaniami, które jego zdaniem niezwykle dobrze kształtowały charakter i umiejętności, i były integralną częścią rodowego dziedzictwa, o które musieli dbać i mężczyźni i kobiety.
Wiedziała, że obowiązkiem każdej młodej dziewczyny jest wzięcie w odpowiednim wieku ślubu i zamieszkanie u boku męża, w posiadłości jego rodu. Jedynie niepełnowartościowe kobiety kończyły jako stare panny, a Cressida bała się, że właśnie ona, jako ta gorsza z córek, taką starą panną zostanie i przyniesie swojemu nazwisku ujmę, stanie się wstydem i porażką ojca. Ale małżeństwa też się bała, bo niosło ze sobą konieczność opuszczenia Charnwood, które tak kochała i z trudem znosiła nawet wyjazdy do szkoły, choć z czasem zaakceptowała Beauxbatons. Jak więc zostanie czyjąś żoną i zniesie zmianę swojego życia? Póki co mogła tylko się zastanawiać, z jakiego rodu będzie pochodził mężczyzna, któremu odda ją ojciec. Czy przyjdzie jej zamieszkać w głośnym i nieprzyjaznym Londynie, jak ciotka Irma, siostra jej ojca? A może zupełnie gdzieś indziej? Flintowie utrzymywali sojusze z wieloma rodami, i dopiero po skończeniu szkoły dowie się, za kogo będzie musiała wyjść.
Przeprowadzili dość długą rozmowę, podczas której ojciec starannie pouczał ją o wartościach Flintów. Nie krzyczał i nie pieklił się; pozostawał spokojny, choć w jego postawie i spojrzeniu wyczuwała zawód. Leander potrafił wpędzać ją w poczucie winy nawet bez podnoszenia głosu. Prawie nigdy tego zresztą nie robił, bo nie musiał. Budził większy respekt swoim opanowaniem.
Pierwszego września Cressida wróciła jednak na kolejny rok do Beauxbatons. A kolejnego lata ojciec odpuścił zmuszanie jej do polowań, najwyraźniej uznając, że w przypadku Cressidy nie ma to większego sensu. Niechętnie zaakceptował fakt, że nie wszystkie rodowe aktywności były dla niej, a dziewczę, pragnąc ojcu zrekompensować ten zawód, tworzyło przepiękne ilustracje do zielników, coraz lepiej znało się na ziołach i doskonaliło jazdę konną.




Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Powrót do góry Go down
Cressida Fawley
Cressida Fawley

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-cressida https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Zawód : Malarka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : 12
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Zwierzęcousty

Cressida Fawley Empty
PisanieTemat: Re: Cressida Fawley   Cressida Fawley I_icon_minitime28.01.19 16:38

Kapłanka
CharnwoodV 1955


21 V 1955

Ślub zbliżał się wielkimi krokami, a w Charnwood od pewnego czasu panowała nerwowa atmosfera przygotowań. Już za tydzień Cressida miała powiedzieć „tak” w obecności zebranych członków rodów Flint i Fawley, a także zaproszonych szlachetnie urodzonych gości. Choć od lat była przygotowywana na swoją najważniejszą życiową rolę, czyli zostanie żoną, a później matką, kiedy moment spełnienia powinności wreszcie nadszedł, miał dokonać się już za tydzień, czuła coraz większy stres i niepokój. Jak poradzi sobie w roli żony? Czy William będzie z niej zadowolony? Był przystojnym, dziesięć lat starszym mężczyzną świetnie poruszającym się w środowisku salonów, podczas gdy ona była zahukaną, niepewną siebie Flintówną. Dzieckiem lasu panicznie bojącym się, że zawiedzie oczekiwania bliskich: rodziców, nestora a także przyszłego męża.
Rychły ślub oznaczał jeszcze jedną rzecz – opuszczenie rodowego dworku. Już za tydzień Cressida nie będzie mogła nazywać się mieszkanką tego miejsca. Przybierze inne nazwisko i zamieszka w posiadłości swojego męża, daleko od miejsca, w którym się urodziła i wychowała. To było w tym wszystkim najtrudniejsze – myśl, że opuści rodzinne strony i nie będzie już mieszkać pod jednym dachem z najbliższymi, a znajdzie się w obcym dla siebie miejscu.
Podeszła do jednego z okien w swojej komnacie i otworzyła je, wpuszczając do pomieszczenia rześkie, majowe powietrze pachnące lasem. Było już popołudnie; niedawno zjadła obiad, a teraz miała czas dla siebie. Oparła dłonie o parapet i wyjrzała na zewnątrz. Kawałek dalej już przygotowywano i uporządkowywano miejsce, w którym miały się odbyć zaślubiny. Za kilka dni grupa specjalnie wynajętych czarodziejów rozstawi ślubny namiot w miejscu wolnym od drzew, które skrzaty domowe sukcesywnie przygotowywały z odpowiednim wyprzedzeniem, bo zaślubiny miały odbyć się na zewnątrz, w leśnej scenerii. W poprzednich latach uczestniczyła w ślubach innych krewnych, a teraz miała nadejść jej kolej. Niedługo będzie witać z okna zupełnie inne widoki, a tutaj będzie już tylko gościem.
Choć nigdy nie czaiła się w niej nawet iskierka buntu i chęci przeciwstawienia się woli rodziny, jej delikatne serduszko ścisnął strach przed czekającą ją zmianą. Pociągnęła piegowatym noskiem i mocniej zacisnęła dłonie na brzegu parapetu, spoglądając z nostalgią w dal. Po chwili jednak usłyszała obok świergotliwy szept i dostrzegła, że na parapecie przysiadł mały rudzik, w którym rozpoznała swojego ptasiego przyjaciela, częstego towarzysza spacerów po lesie.
- Czym się martwisz? – zapytał ją ptaszek, przekrzywiając na bok mały łebek. Czarne, paciorkowate oczka utkwiły się w jej twarzy.
- Niedługo mnie tu nie będzie – szepnęła Cressida w ptasim języku, na który przechodziła zupełnie naturalnie, gdy w pobliżu znajdował się jakiś ptak. – Wyjeżdżam.
Rozłąka z tutejszymi ptakami także ją smuciła, bo z niektórymi zdążyła się zżyć. Dla nich wyjazd Cressidy także mógł okazać się problematyczny – już nie będzie mogła ostrzegać ich przed planowanymi polowaniami.
- Już nie będziesz nas odwiedzać? – zasmucił się rudzik.
- Czasami będę – zapewniła go, dzielnie próbując się uśmiechnąć.
- Chodź do nas – szepnął rudzik. – Chodź do lasu.
A Cressida, świadoma tego, że jej czas jako lady Flint dobiegał końca, opuściła dworek. Na zewnątrz dołączył do niej rudzik i usiadł jej na ramieniu, i razem pobiegli między drzewa. Młódka biegła dopóki nie zmęczyły się jej nogi, przeskakując nad kępami paproci i uważając, by nie podrzeć sukienki. Wiosenny wiatr rozwiewał jej rude włosy, a ona zagłębiała się w las, pragnąc jeden z ostatnich razy doświadczyć, jak to jest być Flintem. Jak to jest być niezamężną panną, która nie musi zachowywać się statecznie jak przystało na mężatkę.
Dotarła do małej polanki u przysiadła na trawie, gdzie po chwili otoczyło ją jeszcze kilka innych ptaków. Zaczęły śpiewać, a Cressie po chwili do nich dołączyła, nucąc nostalgiczną, pełną tęsknoty pieśń w ptasim języku, w której zawarła wszystkie swoje emocje. A gdy otworzyła oczy, zobaczyła, że wokół niej na drzewach siedzi o wiele więcej przysłuchujących się uważnie ptaków.

*   *   *

Kiedy wróciła do dworku, zbliżał się wieczór. Prawdopodobnie spóźniła się nieco na kolację. Przed wejściem do środka otrzepała sukienkę i włosy ze źdźbeł trawy i fragmentów liści i udała się do swojej komnaty, mając nadzieję, że gdzieś po drodze nie wpadnie na ojca.
Ku swojemu zdumieniu po wejściu do swojego pokoju zastała siedzącą w fotelu matkę. Lady Flint, niegdyś Ollivander, wyglądała jak zwykle elegancko i dostojnie. Wciąż była ładną kobietą, a w jej oczach błyszczała mądrość, troska i zrozumienie. Cressida, patrząc w nie, zawsze miała wrażenie, że nie musi nic mówić, a matka i tak potrafi przejrzeć ją na wylot, dostrzec najgłębiej skrywane troski i zrozumieć je. Była prawdziwą matką, wzorową kapłanką domowego ogniska i przykładem tego, jaka powinna być zamężna dama. Cressida sama chciałaby kiedyś być taką kobietą jak ona. Ale choć Portia również była osobą cichą i stonowaną, kiedy już zabierała głos, w jej tonie brzmiała pewność i mądrość, nie peszyła się ani nie onieśmielała tak łatwo jak Cressida. Kiedy sama będzie potrafiła wypowiadać się w podobny sposób? Tego nie wiedziała. Może coś takiego przychodziło wraz z wiekiem i doświadczeniem, a może było zależne od charakteru.
- Mamo? – zdziwiła się. Portia Flint uśmiechnęła się lekko do córki, wyraźnie zadowolona, że ją widzi. Cressida mogłaby przysiąc, że mimo ciepłego uśmiechu w oczach matki malował się pewien smutek, jakby żałowała, że jej najmłodsze dziecko tak szybko miało wyfrunąć z bezpiecznego rodzinnego gniazda, by wyruszyć na spotkanie dorosłości i rodowych powinności.
Z dwojga rodziców to Portia zawsze była tą bardziej wyrozumiałą, łagodzącą konserwatyzm ojca, szczerze przejętą troskami swoich dzieci. To ona naciskała na wysłanie córek do Beauxbatons, kiedy w Anglii i Hogwarcie nie było w pełni bezpiecznie, obstając przy tym tak długo, aż przekonała męża, że to najlepszy i najbezpieczniejszy pomysł. I o ile Leander Flint poświęcał więcej uwagi starszej dwójce, Portia najbardziej martwiła się o najmłodszą i najdelikatniejszą Cressidę. Choć to nie złagodziło kompleksów dziewczęcia pragnącego zasłużyć na uwagę i miłość ojca, stanowiło dla niej pociechę. Zawsze mogła polegać na matce i przychodzić do niej z dziecięcymi i nastoletnimi troskami, wiedząc, że nie zostanie odprawiona ani zganiona, jak miałoby to miejsce, gdyby próbowała szukać wsparcia w ojcu. Portia stanowiła bezpieczny fundament, na którym mogła się opierać, dorastając i poznając świat.
- Usiądź, Cressido – odezwała się matka, a Cressie przysiadła na drugim fotelu, splatając dłonie na kolanach. – Byłaś w lesie?
Dziewczątko skinęło głową. Matka z niezwykłą łatwością domyślała się tego, co robiła Cressida i zapewne domyśliłaby się nawet gdyby nie fragmenty liści wciąż tkwiące w ciemnorudych kosmykach.
- Chciałam się nim nacieszyć zanim... – zawahała się. – Zanim wyjdę za mąż i będę musiała wyjechać.
Portia spojrzała na nią ze zrozumieniem.
- Lata temu przeżywałam to samo, kiedy miałam poślubić twego ojca i zamieszkać w nowym miejscu. I choć z początku było mi ciężko, kiedy już nie mogłam codziennie widzieć moich bliskich, to z czasem nauczyłam się tutaj żyć, a także być żoną Leandera. Pokochałam Charnwood, zwłaszcza kiedy narodziliście się wy. To były najszczęśliwsze chwile mojego życia – mówiła Portia, uśmiechając się z nostalgią do swoich wspomnień z czasów, kiedy była młodą żoną i matką, kiedy witała na świecie kolejne dzieci i odkrywała nowe pokłady swojej miłości do nich. – Dla ciebie to też mogą być szczęśliwe chwile. Widzę, jak William na ciebie patrzy i wierzę, że u jego boku czeka cię dobre życie.
Cressida podniosła wzrok na matkę. Chciała wierzyć, że tak właśnie będzie, chociaż wiedziała, że w aranżowanym małżeństwie najważniejsze było dobro rodu. Chciała przynieść rodzinie dumę, wypełniając swój kobiecy obowiązek. W taki sposób najlepiej mogła przydać się Flintom, skoro nie była synem, który mógłby przekazać dalej ich nazwisko. Jej rolą było wydać na świat potomków innego rodu.
- William dobrze mnie traktuje. Lubię z nim rozmawiać, jest... miły i wyrozumiały. Troszczy się o mnie i interesuje się tym, co myślę. I wie bardzo dużo o sztuce – powiedziała, rumieniąc się leciutko, kiedy pomyślała o swoim narzeczonym. Miała o Williamie dobre zdanie, jeszcze przed narzeczeństwem zawsze był dla niej miły i interesował się nią i jej życiem, nie mówił tylko o sobie, jak niektórzy nadęci panicze których spotykała na salonach. To on poprosił ją do tańca jako pierwszy na jej debiutanckim sabacie, wypatrzył ją spośród tłumu innych dziewcząt, choć była wtedy przekonana, że czeka ją podpieranie ściany i patrzenie jak ładniejsze panny tańczą z przystojnymi kawalerami. Onieśmielone i niepewne siebie rudowłose dziewczątko przyciągnęło jego uwagę, a Cressie wciąż pamiętała, jak bardzo się wtedy bała, żeby się nie potknąć podczas tańca i nie ośmieszyć się przed mężczyzną takim jak William Fawley. Przystojnym, szarmanckim i po prostu miłym. Wtedy nie wiedziała jeszcze, że Fawley parę miesięcy później poprosi jej ojca o jej rękę i dojdzie do aranżowanych zaręczyn.
A tymczasem za tydzień miała zostać jego żoną.
- Bycie żoną, a później matką to najpiękniejsze, co może spotkać kobietę. I choć wiem, jak bardzo kochasz naszą rodzinę i to miejsce, wierzę że będziesz szczęśliwa jako lady Fawley. Z twoją wrażliwością i zamiłowaniem do sztuki czeka cię tam dobre życie.
Obie dobrze wiedziały, że wrażliwość Cressidy niekiedy drażniła jej ojca. Leander Flint stąpał po ziemi zbyt mocno, by docenić sztukę, ale Portia, która także lubiła malować, była przekonana że zgoda na oddanie Cressidy jednemu z Fawleyów była dobrą decyzją, nawet jeśli ojciec wciąż był wobec tego pomysłu nieco sceptyczny. Obawiał się jednak, że znalezienie lepszego kandydata dla tak zahukanego dziewczęcia może nie być łatwe, więc skoro już trafił się ktoś, kto ją chciał, to mogła być dobra okazja do pozbycia się problemu. Tym przynajmniej czuła się Cressida – problemem dla ojca. Najmniej ważnym i najmniej kochanym dzieckiem. Niemniej jednak nadal pragnęła go zadowolić, bo o ile miłość matki otrzymywała bezinteresownie i bezwarunkowo, tak na uwagę ojca zawsze musiała zapracować.
- Naprawdę chciałabym, żeby tak było, mamo. Chciałabym być u jego boku szczęśliwa i znaleźć w Ambleside swój dom, choć czuję, że w głębi duszy zawsze będę Flintem. Na ten moment trudno mi sobie nawet wyobrazić bycie kimś innym – przyznała, lekko ściskając dłoń matki. Jeszcze tylko tydzień będą mieszkać razem, potem pozostanie im odwiedzanie się wzajemnie i pisanie listów.
- Oczywiście, że będziesz. Urodziłaś się i wychowałaś jako lady Flint, ale po ślubie staniesz się również lady Fawley. Żoną swego męża i matką kolejnego pokolenia Fawleyów. To bardzo ważna rola, najważniejsza jaka cię czeka, ale wierzę, że przygotowaliśmy cię do tego najlepiej, jak było możliwe.
Cressida skinęła głową. Rozumiała, że to naturalna kolej rzeczy. Każda panna musiała wyjść za mąż, tylko te najbardziej niepełnowartościowe zostawały same, wzgardzone i niechciane, wybrakowane. Kiedyś też się bała że czeka ją staropanieństwo, bo na pewno nikt jej nie zechce, a tymczasem nie skończyła jeszcze nawet dziewiętnastu lat, a już przygotowywała się do zamążpójścia. Życie potrafiło zaskakiwać.
Aż do późnego wieczora rozmawiała z matką; Portia dzieliła się z nią własnymi wspomnieniami chwil przed zamążpójściem i krótko po nim, próbując lepiej przygotować córkę na to, co miało ją czekać. Obie starały się możliwie dobrze wykorzystać ten wieczór oraz kolejne dni, które nastąpiły po nim, choć oczywiście Cressida starała się spędzać także czas z siostrą i kuzynkami oraz z bratem. Ostatni tydzień przed ślubem był czasem intensywnego żegnania się z rodzinnymi stronami i z bliskimi sobie osobami, ale dzięki wsparciu matki, zarówno tym okazywanym słowami, jak i tym milczącym, było jej łatwiej.

*   *   *

28 V 1955

W weselnym namiocie i jego okolicach zbierali się już weselni goście ze spokrewnionych oraz zaprzyjaźnionych z Flintami bądź Fawleyami rodów. Nastrój ostatecznych przygotowań towarzyszył wszystkim od świtu. Skrzaty uwijały się jak w ukropie, przygotowując potrawy oraz wszystkie miejsca, które miały służyć do dyspozycji gości podczas zabawy. Cressida została zerwana z łóżka o brzasku, budząc się ze świadomością, że nadszedł już ten dzień. Dzisiaj wyjdzie za mąż za Williama i opuści rodzinny dom.
Wszystkie przygotowania starannie nadzorowała jej matka, stanowiąca spokojną i pełną troski opokę, podczas gdy Cressidzie tak trzęsły się dłonie, że miała problem z ubraniem się. Matka pomogła jej włożyć na siebie suknię ślubną, a także uczesała i ułożyła jej włosy. Być może powinna się tym zająć garderobiana, ale Portia odprawiła ją zaraz po tym, jak ta zasznurowała dziewczęciu gorset. Chciała spędzić te chwile z córką i osobiście przygotować ją do tak ważnego dnia, racząc ją ostatnimi radami i mądrościami, które gromadziła przez lata trwania małżeństwa. Wieloma nie dzieliła się wcześniej, zachowując je na ten specjalny dzień. Były to ostatnie chwile, kiedy nosiły to samo nazwisko, choć po ślubie Cressida zamierzała często odwiedzać rodzinny dom. To już nie będzie jednak to samo, co mieszkanie tu i możliwość spędzania czasu z matką i rodzeństwem każdego dnia.
Portia troskliwie sprawdziła wiązania gorsetu, a także starannie zapięła z tyłu materiał sukni ślubnej. Następnie Cressida usiadła tuż przed toaletką z lustrem w swoim pokoju. Teraz te wszystkie elementy wyposażenia i sama komnata już nie będą należeć do niej; choć rzeczy osobiste zostaną niedługo przeniesione do jej nowych komnat w Ambleside, ten pokój najprawdopodobniej odziedziczy w przyszłości córka jej brata. Patrzyła z nostalgią na odbity w lustrze obraz pokoju, w którym sypiała przez niemal dziewiętnaście lat, nie licząc okresów nauki w Beauxbatons. Matka tymczasem rozczesywała i układała jej włosy, by później starannie wpiąć w nie welon. Choć wyraźnie starała się nad sobą panować, Cressie kątem oka dostrzegła, że po policzku matki spłynęła łza.
- Będzie nam ciebie tutaj bardzo brakować. Nam wszystkim, ojcu również – odezwała się w odpowiedzi na niezadane pytanie córki. – Ale najważniejsze jest dla mnie twoje szczęście. Niech ten dzień będzie dla ciebie początkiem nowego życia, które z pewnością nie będzie gorsze od tego, które znasz, a może stać się jeszcze lepsze, jeśli zaufasz swemu mężowi.
Cressida przytaknęła. Od teraz będzie musiała pokładać ufność w mężu. Spod pieczy ojca przejdzie w pieczę Williama, i to jego męskie ramiona od dziś będą ją chronić. Czy będzie u jego boku szczęśliwa? Pragnęła wierzyć, że tak. Chciała wierzyć w zapewnienia matki, której pomysł wydania Cressidy w ręce Fawleyów od początku podobał się dużo bardziej niż ojcu. Portia zawsze przedkładała szczęście dzieci nad względy czysto polityczne i najwyraźniej wierzyła, że w momencie, kiedy William poprosił ojca Cressidy o jej rękę, przyświecało mu coś więcej niż tylko kwestie relacji rodowych. Była mądrą kobietą, która często widziała więcej, nawet jeśli nie zawsze dzieliła się swoimi przeczuciami – może i Cressie pewnego dnia posiądzie taką umiejętność, gdy sama będzie już dojrzałą kobietą i matką. Chciałaby kiedyś być taką żoną i matką, jaką była Portia Flint, zawsze będąca w oczach córki ideałem doświadczonej życiowo szlacheckiej małżonki.
Ostatnie przygotowania stroju i fryzury Cressidy zostały zakończone.
- Już czas – szepnęła matka, lekko zaciskając dłoń na ramieniu córki. Cressie znów poczuła tą dziwną sensację w środku, zwiastującą stres oczekiwania, ale i świadomość, że za chwilę wyjdzie za mąż. Przygotowywano ją na to całe życie, ale to wcale nie sprawiało, że stres był mniejszy. Co, jeśli nie sprosta swej roli tak dobrze, jak wywiązała się z niej jej matka?
Razem opuściły pokój Cressidy; kiedy wejdzie do niego kolejny raz, nie będzie już nosić nazwiska Flint, a Fawley. Ostatni raz szła przez korytarze dworku jako lady Flint, ale u jej boku wytrwale kroczyła matka, aż do momentu, w którym, już na zewnątrz, przekazała ją ojcu. To Leander Flint miał odprowadzić ją do miejsca, gdzie William już na nią czekał w towarzystwie mistrza ceremonii.
W momencie przekazywania jej ojcu Portia uścisnęła krótko jej dłoń i posłała jej uśmiech, w który wlała całe swoje ciepło i miłość wobec córki, która zaraz miała wkroczyć na nową drogę życia. Podniesiona na duchu Cressida z większą odwagą ruszyła w stronę przyszłego męża, prowadzona przez ojca.
Wiedziała, że bez względu na to, że zaraz przybierze inne nazwisko, nadal była częścią tej rodziny.




Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Powrót do góry Go down
 

Cressida Fawley

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie :: Talia kart Tarota-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19