Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Cressida Fawley

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Cressida Fawley
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-cressida https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Zawód : Malarka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : 18
UROKI : 12
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Zwierzęcousty

PisanieTemat: Cressida Fawley   21.07.18 16:54

Talia Tarota


Karty Tarota




Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Powrót do góry Go down
Cressida Fawley
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-cressida https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Zawód : Malarka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : 18
UROKI : 12
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Cressida Fawley   31.08.18 12:56

Głupiec
Charnwood V 1942 – VII 1943

V 1942

Dzieciństwo Cressidy wydawało się być prawdziwą bajką. Dorastała w dworku ukrytym pośród magicznego lasu, otoczona liczną rodziną. Była dzieckiem szczęśliwym i brakowało jej tylko jednego – uwagi skupionego na jej starszym rodzeństwie ojca. Dorośli rzadko poświęcali jej tyle czasu, ile by pragnęła, więc często szukała towarzystwa w postaci obrazów pokrywających ściany dworku. Siadała na podłodze przed malowidłami i mówiła do nich, a one odpowiadały jak żywi ludzie, dzieląc się tym, co widziały przez te wszystkie lata. Spragnione towarzystwa zauważały ją i nie baczyły na jej młody wiek, a ich opowieści były niezwykle interesujące. Obrazy wiedziały praktycznie o wszystkim, co działo się w dworku na przestrzeni minionych lat, na długo przed tym zanim narodziła się Cressida.
Kiedy miała sześć lat, dała sobie wmówić, że jeśli będzie wykonywać różne zadania, ojciec zwróci na nią większą uwagę.
Takiej rady udzielił jej jeden z wiszących na ścianach dworku portretów, z którymi rozmawiała całymi dniami, ilekroć czuła się niezauważana przez ojca. Ale portret młodej czarownicy, która żyła jakieś sto lat temu, poradził jej, co powinna robić, jeśli chce przyciągnąć uwagę rodziców na dłużej, tak, by patrzyli właśnie na nią, nie na jej starsze rodzeństwo. Naiwna Cressida uwierzyła, że to pomoże.
Namalowana czarownica poradziła jej, by udała się do szklarni i zerwała najpiękniejszy kwiat, jaki znajdzie – ale to niestety tylko zdenerwowało ojca, kiedy okazało się, że pozbawiła kwiatów jedną z jego cennych roślin, której nazwa w tamtym momencie była zbyt skomplikowana dla jej sześcioletniego umysłu. Próbowała też wspiąć się na regał w rodowej biblioteczce, skąd ściągnął ją starszy brat, obiecując jednak, że nic nie powie rodzicom. Któregoś dnia została nakryta na skakaniu na jednej nodze przez korytarz, innego – na przeskakiwaniu z mebla na mebel w salonie. Namalowana czarownica powiedziała jej, że powinna przedostać się z jednego końca pokoju na drugi nie dotykając podłogi, więc skakała po fotelach i kanapach, i tak właśnie zastała ją matka. Dopiero kilka lat później zrozumiała, że namalowana postać z portretu z nudów i dla zabawy kazała jej robić te wszystkie rzeczy, korzystając z naiwności niespełna sześcioletniego dziewczątka, które rozpaczliwie chciało doczekać uwagi i nie rozumiało jeszcze, że metody proponowane przez malowaną czarownicę są co najmniej dziwaczne i pozbawione głębszego sensu.
Ale poniekąd odniosły cel – Leander Flint zwrócił uwagę na najmłodszą córkę. Choć nie w dokładnie taki sposób, w jaki mogła tego pragnąć.
- Nie wiem, co się dzieje z tym dzieckiem – usłyszała któregoś dnia, przechodząc obok drzwi gabinetu ojca, w którym najwyraźniej rozmawiał z żoną. – Może ktoś powinien ją obejrzeć. Albo to wina tego, że dałaś jej zbyt wiele swobody. Z nudów przychodzą jej do głowy niedorzeczne pomysły – mówił ojciec, a Cressida zamarła pod drzwiami. Choć była jeszcze dzieckiem, zdała sobie sprawę, że rozmawiano o niej.
- Niedługo skończy sześć lat, a pani Pinkstone z pewnością dobrze zajmie się jej edukacją, niedługo zwiększymy jej ilość lekcji. Ale masz rację, Leanderze, będę mieć na nią baczenie w najbliższych dniach. Nie chciałabym, żeby zrobiła sobie krzywdę.
- Porozmawiaj z nią, Portio – rzekł ojciec poważnym tonem.
Cressida usłyszała wewnątrz gabinetu kroki zbliżające się do drzwi, więc czym prędzej uciekła i nie usłyszała dalszego ciągu rozmowy. Ale wieczorem do jej sypialni przyszła matka i Cressida przyznała się do rozmowy z namalowaną lady z portretu na piętrze, a mama przestrzegła ją, by nie wierzyła we wszystko, co usłyszy.
Ale Cressida jeszcze przez lata miała pozostać osóbką naiwną, a we wrażliwym serduszku miało narodzić się jeszcze więcej kompleksów.


VI 1943

Za oknami świeciło słońce, sprawiając, że pędy winobluszczu porastające ściany i kołyszące się za oknami rzucały na drewnianą podłogę niedużej i dusznej sali balowej rozedrgane cienie. Cressida odruchowo powiodła za nimi wzrokiem, myśląc tęsknie o tym, jak bardzo chciałaby się teraz znaleźć na zewnątrz, pobiec przez trawnik w kierunku lasu, zagłębić się między drzewa i wsłuchać w ptasie szepty... I stało się. Opuściła głowę, a książka, którą na niej niosła zsunęła się z płomiennych włosów i z trzaskiem wylądowała na podłodze.
- Cressido – odezwała się do niej guwernantka głosem pełnym przygany. Niespełna siedmioletnia Cressida westchnęła cicho i przygryzła usteczka, spoglądając w stronę kobiety w średnim wieku o włosach spiętych w ciasny kok, na którym odznaczały się już całkiem liczne siwe pasma. Pani Pinkstone odchowała i wyuczyła niejednego młodego Flinta, prawdopodobnie także jej ojca i jego rodzeństwo. Uczyła ich podstaw tańca balowego, historii magii, dobrego wychowania, języka francuskiego i innych umiejętności niezbędnych szlacheckim latoroślom. O ile ojciec przyuczał ją umiejętności typowych dla Flintów, jak tajniki zielarstwa czy szczegółowa historia rodu, pani Pinkstone zajmowała się wiedzą bardziej ogólną. Choć jeszcze niedawno mogła cieszyć się względnym spokojem, teraz większość jej dni wypełniała nauka – w końcu już za trzy lata miała wyjechać do Beauxbatons, nie mogła tam trafić nie potrafiąc tego, co powinna umieć młoda dama.
Cressida rozumiała wagę tego, kim jest, na swój dziecięcy, niedoskonały sposób pełen naiwnych wyobrażeń – a była młodą lady Flint. Rodzice powtarzali, że musiała umieć te wszystkie rzeczy, by pewnego dnia zostać prawdziwą damą, taką jak jej matka – choć w jej siedmioletnim umyśle bycie damą jawiło się po prostu jako bycie dorosłą i traktowaną poważnie, a nie jak dziecko, oraz noszenie pięknych sukni i brak konieczności ślęczenia na nudnych lekcjach z guwernantką. Oznaczało też posiadanie własnej różdżki. A także męża i potem dzieci, nawet jeśli teraz jeszcze nie rozumiała w pełni wagi posiadania męża i dzieci, bo postrzegała świat inaczej niż dorośli, rozumowała prostolinijnie, uważnie słuchając słów rodziców, dziadków i guwernantki, i przyswajając sobie kolejne informacje o świecie oraz swoim w nim miejscu. Tak więc kiedyś w przyszłości miała być taka jak jej matka – mieć męża takiego jak jej ojciec, garderobę pełną pięknych sukni, własną różdżkę i urodę godną dorosłej kobiety. Nie znała innego życia.
Teraz czuła się taka niedoskonała z tymi włosami koloru futerka wiewiórki (och, jak bardzo chciałaby mieć ciemne, dostojne pukle jak jej siostra i kuzynki!), konstelacjami miodowych piegów pokrywającymi białe niczym mleko policzki i nosek oraz wzrostem niskim nawet jak na siedmiolatkę. Pocieszało ją tylko to, że rudość i piegi kojarzyły się z ukochaną babcią Ollivander, która na fotografiach z młodości wyglądała niezwykle podobnie. Była chuda, drobna i patykowata, i nie wyglądała ani w połowie tak ślicznie i dumnie jak jej siostra. Nic dziwnego, że to ją ojciec kochał bardziej, a Cressida zawsze czuła się tym gorszym dzieckiem.
Ale to właśnie ona potrafiła rozmawiać z ptakami.
Teraz jednak stała naprzeciwko guwernantki, czując jak na jej nakrapiane policzki wstępują rumieńce. Pochyliła się, podnosząc książkę, z którą na głowie ćwiczyła dobrą postawę. Jej siostra potrafiła już odpowiednio chodzić nawet bez książki, co też właśnie demonstrowała, poruszając się tanecznym krokiem przez salę.
Guwernantka znała kompleksy młodszej Flintówny i potrafiła w nie uderzyć, by zmobilizować dziewczynkę do większych starań.
- Twoja siostra zrobiła znacznie większe postępy. Powinnaś wziąć z niej przykład, jeśli chcesz nauczyć się dobrze tańczyć – powiedziała, wciąż spoglądając ganiąco na zawstydzoną Cressidę. – Jak chcesz w przyszłości oczarować jakiegoś kawalera, poruszając się w taki sposób?
Cressida spuściła wzrok. Na razie nie obchodziło jej żadne oczarowywanie kawalerów, poza tym nawet nie wiedziała, jak i po co powinna to robić, ale rozumiała, że dobra dama musi umieć się pięknie poruszać i tańczyć. I jak przystało na pokorną córkę grzecznie uczyła się wszystkiego, co jej kazano, pragnąc być dostatecznie dobra.
- Przepraszam – wybąkała, w drobnych dłoniach mocno ściskając książkę w twardej okładce. – Będę bardziej uważna, obiecuję.
Pani Pinkstone w gruncie rzeczy nie była złą kobietą, choć bywała oschła i zasadnicza. Była starą panną, a odpowiednie edukowanie młodych szlachcianek zdawało się jej życiową misją. Brat Cressidy chodził już do szkoły, poza tym, jako pierworodny, zawsze mógł liczyć na uwagę ojca, i to właśnie Leander Flint w każde wakacje trzymał czuwał nad rozwojem i umiejętnościami syna, córki pozostawiając pieczy matki oraz guwernantki.
- Patrz na mnie, Cressido. Tańczę! – odezwała się jej siostra, tanecznym krokiem ją mijając. Cressie miała wrażenie, że starsza Flintówna odrobinę zadzierała nosa, wywyższając się nad siostrą, która radziła sobie gorzej. Często tak robiła, bo w większości rzeczy była od Cressidy po prostu lepsza.
Drżącymi z przejęcia dłońmi znów umieściła książkę na głowie i wyprostowała chude plecy, robiąc kolejne kroki, starając się utrzymywać dobrą postawę. W odpowiednim momencie obracała się lub dygała, kiedy kazała jej to robić pani Pinkstone, choć dziecięce serduszko wciąż wyrywało się na zewnątrz, do lasu i ptaków. Młode ptaszki nie musiały uczyć się idealnie chodzić, dygać ani tańczyć, więc czasem odrobinę im zazdrościła, że mogły sobie latać po lesie dokąd tylko chciały. Och, o wiele bardziej wolałaby już zacząć uczyć się jeździć konno na prawdziwym koniu, nie na kucyku; ojciec obiecał, że zaczną jeszcze tego lata. Podobno była już wystarczająco duża, żeby zacząć dosiadać jednego z mniejszych koni w stajniach Flintów.
Po chwili pani Pinkstone zarządziła krótką przerwę, a potem ruchem różdżki wprawiła w ruch zaczarowane manekiny mające udawać tanecznych partnerów dziewcząt. Gdy wkrótce ich starszy brat wróci na letnie wakacje, być może zostanie zaangażowany w pomoc młodszym siostrom.
Czuła się dziwacznie, kiedy pani Pinkstone dyktowała odpowiednie kroki, mówiąc, jak powinna postawić nogę i w którym momencie się odwrócić. Była to pierwsza lekcja tego konkretnego tańca, więc co chwila myliła się, wysuwając do przodu nie tą nogę, którą powinna, a starsza kobieta cierpliwie ją poprawiała, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że Cressie była nieco oporna w tej materii. Tylko podczas lekcji sztuki radziła sobie lepiej od siostry, szybko zdradzając zaczątki talentu do malarstwa.
Poczuła ulgę, kiedy pozwolono im wreszcie wyjść z sali. Od razu zrzuciła niewygodne taneczne buciki i miała zamiar umknąć prosto na dwór, ale biegnąc przez jeden z korytarzy natknęła się na swoją matkę. Portia Flint zatrzymała ją lekkim ruchem dłoni, a Cressida natychmiast spokorniała. Przy rodzicach zawsze była bardzo grzeczna i pokorna, usilnie pragnąc być jak najlepszą córką. Ale czasem trudno było godzić pragnienie bycia grzeczną młodą damą ze zwykłymi potrzebami ciekawego świata dziecka, choć nigdy nie przekraczała najważniejszych granic. Akceptowała schematy, w które wdrażała ją rodzina, nie znając niczego innego. To od woli rodu zależała jej przyszłość i musiała to rozumieć.
- Skrzaty zaraz podadzą obiad, później pobawisz się w lesie – rzekła, wyraźnie wyczuwając, dokąd rwało się serce jej najmłodszej córki. Była niegdyś Ollivanderem, także kochała las i piękno natury. Wyczuła też, że Cressie czymś się trapi. – Domyślam się, że pani Pinkstone właśnie uczyła was tańczyć? – Cressida nigdy nie musiała dużo mówić, by jej matka wielu rzeczy potrafiła domyślić się sama. Nic dziwnego, w końcu często także brała udział w naukach córek i nadzorowała pracę pani Pinkstone, a Cressida o wiele bardziej wolała uczyć się tego wszystkiego z mamą niż z nią. Portia zawsze była pełna ciepła, troski i wyrozumiałości, a jej opowieści o leśnych skarbach i roślinach były dużo ciekawsze, niż wywody o historii magii czy tańce.
- Nie poszło mi najlepiej – przyznała cicho; nie miałaby odwagi wypowiedzieć takich słów do ojca, ale matka to zupełnie inna sprawa.
Portia uśmiechnęła się do niej ciepło, odgarniając z jej policzka zbłąkany kosmyk włosów.
- Nie szkodzi, Cressido. Masz jeszcze dużo czasu, żeby się tego nauczyć. Cierpliwości, moja droga. Twoja siostra też popełniała błędy.
- Pani Pinkstone ją uwielbia – westchnęła Cressie. – Przy niej czuję się taka... niezdarna.
Kompleksy silnie tkwiły w jej małym serduszku. Niełatwo było dorastać ze starszym rodzeństwem i kuzynostwem. Zawsze czuła, że od nich odstaje, nie jest dostatecznie dobra. A tak bardzo chciała, żeby ojciec mógł być z niej dumny, żeby kochał ją tak, jak jej starsze rodzeństwo.
- Wiele dziewcząt czuje podobnie, patrząc na swoje rodzeństwo – przyznała lady Portia. – Też doświadczałam podobnych uczuć, patrząc na moją siostrę. Doskonale wiem, co czujesz, ale pewnego dnia to minie, kiedy zrównacie się umiejętnościami.
Cressida poczuła się podniesiona na duchu, słysząc, że jej matka kiedyś przechodziła podobne dziecięce problemy i też nieobce były jej kompleksy. Z o wiele raźniejszą miną ruszyła w jej towarzystwie w stronę jadalni.
Niestety po obiedzie czekała ją z całą pewnością nudna lekcja historii. Jedyne czego teraz pragnęła to znalezienia się na zewnątrz i zaczerpnięcia świeżego powietrza.

*   *   *

Trawa uginała się miękko pod jej stopami, a w powietrzu unosił się balsamiczny zapach lasu. Gałęzie szeleściły na wietrze; mogła wychwycić szum liści, trzask łamanych gałązek... i ptasie głosy rozbrzmiewające w koronach drzew. Były jednak zbyt daleko, by mogła wychwycić słowa, niezrozumiałe dla żadnego innego mieszkańca dworu prócz niej. Była dziwadłem, ale może była to wyjątkowość? Jej brat, siostra ani kuzynki nie potrafili rozmawiać z ptakami. Nie potrafili tego też ich rodzice. Tylko Cressida wiedziała, o czym szeptały ptaki żyjące w lesie Charnwood. Ich opowieści były przeznaczone tylko dla niej. Były znacznie ciekawsze niż nudne wywody guwernantki o zamierzchłej historii czy nauka kolejnych kroków tańca balowego.
Wbiegła między drzewa, śmiejąc się cichutko. Długie, ciemnorude włosy podskakiwały na plecach w rytm szybkich kroków, a brzeg jasnej sukienki omiatał chude, blade łydki. Ale z tyłu głowy czaił się też lęk. Wymknęła się samowolnie zaraz po obiedzie, uciekając przed mającą się niedługo zacząć lekcją historii magii dla młodych latorośli rodu Flint. Oczywiście, że chciała kiedyś zostać prawdziwą damą i zasłużyć na aprobatę ojca – ale tak bardzo nie miała ochoty uczyć się na pamięć tych wszystkich skomplikowanych dat. Jej dziecięce serduszko rwało się do lasu, do ptasich przyjaciół, którzy mogli opowiedzieć jej coś o wiele ciekawszego!
Zdecydowała się na ten dziecięcy podryg buntu naiwnie licząc, że dzisiaj ominą ją kolejne lekcje. Czy nie wystarczyło już tańców i chodzenia z książką na głowie? Pobiegła leśną ścieżką do jednego ze swoich ulubionych miejsc. Nie oddalała się znacząco; ojciec nie pozwalał jej wyprawiać się głębiej w las samej, ale wcale nie musiała iść daleko, by znaleźć sporo interesujących kryjówek.
Miejsce to było dość niepozorne; przewrócony pień, na którym lubiła przysiadać, spory, płaski kamień który udawał stół, zwisające pędy wierzby stanowiące swego rodzaju zasłonę od świata i szemrzący nieopodal strumyk. We wnętrzu spróchniałego pnia znajdował się starannie zawinięty pakunek, w którym chowała różne drobne skarby; fragment ładnie pomalowanej i dawno stłuczonej zastawy, częściowo zaśniedziała srebrna łyżeczka, kilka kolorowych kamyków, ptasich piórek, koraliki i inne tego typu szpargały. W domu w swoim pokoju miała znacznie ładniejsze przedmioty, ale i te miały swój urok podczas zabaw w lesie, kiedy mogła wyobrażać je sobie jako coś specjalnego.
Nie musiała czekać długo, żeby obok niej przysiadł jeden z jej ptasich przyjaciół, mały rudzik o pomarańczowym brzuszku i bystrych, czarnych jak paciorki oczkach. Cressida lekko wyciągnęła w jego stronę dłoń, a ptaszek ufnie wskoczył na nią, siadając na przedramieniu dziewczynki. Odkąd obudził się w niej dar, ptaki często znajdowały ją same, czasem nawet przylatując do okna jej sypialni i mówiąc do niej.
- Co dzisiaj widziałeś, drogi przyjacielu? – zapytała, a z jej ust wydobyły się ćwierknięcia niezrozumiałe dla ludzi, za to doskonale rozumiane przez ptaszka. Było to dla niej równie naturalne jak mówienie po angielsku i bardziej naturalne niż francuski, którego uczyły ją matka wspólnie z guwernantką. – Mam nadzieję, że spędziłeś ten dzień przyjemniej niż ja. Miałam kolejną lekcję tańca balowego – mówiła dalej, spoglądając z sympatią na ptaszka wciąż siedzącego na jej ręce, wczepiającego się pazurkami w materiał rękawa jej sukienki. Naprawdę kochała swoich małych ptasich przyjaciół. – Obawiam się, że właśnie robię coś złego. Nie powinno mnie tu teraz być...
Zerknęła w stronę dworu, którego nie widziała przez krzewy i kołyszące się gałęzie wierzby, ale wiedziała, że tam jest. Pani Pinkstone zapewne niedługo zacznie się niecierpliwić, że Cressidy jeszcze nie ma, podczas gdy pozostałe dziewczynki już siedziały na miękkich fotelach i kanapie, gotowe do wysłuchania lekcji. Cressida naprawdę nie była małą buntowniczką. Na co dzień była grzeczną, posłuszną dziewczynką pragnącą spełnić oczekiwania rodziców, ale dzisiaj naprawdę już musiała wyjść do lasu, musiała pobyć chwilę sama, bez innych ludzi, za to wśród ptaków. Czy mama będzie bardzo zła? Nie chciała sprawić jej przykrości.
Ptaszek pocieszył ją, po czym zaczął opowiadać o kwiatach, które właśnie zaczęły kwitnąć na jednej z nieodległych polanek, a potem zaoferował, że może ją tam zaprowadzić.
- Chętnie bym je zobaczyła, ale... och, chyba nie dzisiaj – westchnęła, nagle słysząc głos wołający ją po imieniu. – Wybacz, chyba jednak muszę wracać. Postaram się przyjść później. Albo może raczej jutro – dodała, niepewna, czy za tę „ucieczkę” z lekcji pozwolą jej jeszcze dzisiaj tutaj przyjść. Pewnie nie, zaraz po lekcjach prawdopodobnie zostanie wysłana do swoich komnat.
Pozwoliła, by rudzik odleciał z jej ramienia, po czym wstała i odgarnęła wierzbowe witki. Ścieżką w jej stronę zmierzała pani Pinkstone.
- Och, tu się schowałaś, Cressido! Wszystkie na ciebie czekamy, czas na lekcję – odezwała się kobieta, ostrożnie, ale stanowczo łapiąc dziewczynkę za rękę i prowadząc ją w stronę dworku. – Najpierw obowiązki, potem przyjemności – przestrzegła ją kobieta, usilnie próbując wpoić jej słuszne wartości.
Razem weszły do komnaty, w której zazwyczaj odbywały się lekcje dla dzieci Flintów. Cressida, rumieniąc się pod piegami, usiadła obok siostry i przygładziła sukienkę, czując na sobie spojrzenia kuzynostwa. A kolejne dwie godziny spędziła, słuchając o zamierzchłej historii czarodziejskiego społeczeństwa i rozmyślając o szepczących wśród leśnych drzew ptakach.

*   *   *

VII 1943

Kolejne trzy tygodnie minęły Cressidzie pod znakiem kolejnych lekcji historii, etykiety, tańca i francuskiego, a także rozpoznawania ziół w rodowych szklarniach. Nawet ojciec potrafił odrywać się od swoich zajęć, żeby osobiście zapoznawać dzieci z rodowym dziedzictwem, najwyraźniej wychodząc z założenia, że guwernantka nie będąca Flintem nie zrobi tego tak dobrze, jak on sam. Najbardziej jednak ucieszył ją powrót brata ze szkoły; w drugiej połowie czerwca najstarszy z rodzeństwa przybył do Charnwood. Wydawał się Cressidzie taki dorosły i zaradny, kiedy wrócił po kolejnym dłużącym się w nieskończoność roku, ale z perspektywy siedmiolatki wszyscy, którzy chodzili już do szkoły, wydawali się tacy duzi i dojrzali, nie to co ona, niska dziewczynka z rudymi jak kita wiewiórki włosami.
Ojciec w każde wakacje puchł z dumy ze swojego pierworodnego i poświęcał mu o wiele więcej uwagi niż córkom. Nie inaczej było teraz; Leander Flint regularnie zabierał syna na konne przejażdżki i polowania, podczas gdy Cressie uczyła się tańca i innych niezbędnych umiejętności, z westchnieniem spoglądając w kierunku lasu i wyobrażając sobie, jak brat pędzi między drzewami na końskim grzbiecie, z pewnością bawiąc się dużo lepiej niż jego najmłodsza siostra.
Ale w końcu nadszedł ten dzień, na który czekała – ojciec miał zacząć ją uczyć jazdy na pełnowymiarowym koniu. Do tej pory Cressida dosiadała tylko kucyka, trzymanego w stajniach Flintów specjalnie na potrzeby najmłodszych potomków rodu. Skrzat domowy dostarczył jej starannie odprasowany strój do jazdy konnej, niegdyś należący do jej siostry, która już z niego wyrosła i niedawno otrzymała nowy. Cressie przywdziała go jednak z entuzjazmem i udała się w miejsce, gdzie miał czekać ojciec. I rzeczywiście czekał w towarzystwie swojego ukochanego pierworodnego oraz niedużej klaczy, która dumnie zarzucała grzywą.
Przez następną godzinę Leander Flint uczył Cressidy podstaw umiejętnego obchodzenia się z koniem (który zdawał się znacznie większy od niej samej) i objaśnił jej przeznaczenie każdego elementu oporządzenia. Dopiero później podniósł ją i posadził na grzbiecie zwierzęcia. Cressie nagle znalazła się dużo wyżej i spojrzała z niepokojem najpierw na ojca, a później na brata, który właśnie przyprowadził sobie własnego konia. Mieli jej towarzyszyć w tej pierwszej przejażdżce. Najstarszy z rodzeństwa dawno już miał za sobą te pierwsze lekcje i od dobrych paru lat uczestniczył we wszystkich tradycjach Flintów.
Drobnymi dłońmi złapała wodze, przypominając sobie podstawy jazdy które opanowała na kucyku. To przecież nie powinno się bardzo różnić, prawda? Tak jej się przynajmniej wydawało, że jedyną różnicą będą wymiary i szybkość zwierzęcia. Mała Cressida rzeczywiście wyglądała teraz jak płochliwa wiewiórka, która przysiadła w siodle, ale odczuwała coraz silniejszą ekscytację, bo czekała na tę lekcję od dawna i była pewna, że to spodoba jej się o wiele bardziej niż taniec.
Mieli okrążyć posiadłość i przejechać najłatwiejszą z leśnych tras na pobliską polanę. Ojciec miał jechać przed nią, a brat za nią. Początkowo wszystko szło dobrze. Cressida dopiero uczyła się wyczuwać to zwierzę, więc nie szarżowała, ostrożnie podążając za ojcem. Ale nie mogło być tak łatwo. W pewnym momencie coś zaszeleściło i z zarośli wypadła spłoszona sarna, przebiegając między Leanderem Flintem i jadącą kilka metrów za nim córką. Klacz dziewczątka spłoszyła się, kiedy sarna prawie wpadła pod jej kopyta i zarżała głośno, stając dęba. Nieposiadająca jeszcze wprawy Cressida nie zdążyła zareagować. Lejce wyślizgnęły się z jej dłoni, a ona sama spadła z grzbietu, mając wrażenie, że przez chwilę leci w powietrzu. Później nastąpiło bolesne uderzenie plecami o ziemię, które wydusiło jej z płuc powietrze. Rude włosy rozsypały się po ścieżce, a buzia pobladła. Jej brat natychmiast zeskoczył ze swojego wierzchowca i podbiegł do siostry, to samo zrobił ojciec, pobieżnie upewniając się, czy dziewczynka niczego sobie nie złamała. Jego spojrzenie było jednak chłodne i nieprzeniknione.
Na szczęście wyglądało na to, że skończyło się tylko na strachu i siniakach.
- Ojcze, przepraszam – wybąkała szybko Cressida. Bardziej niż ewentualnych uszkodzeń ciała bała się zawodu na twarzy ojca i czuła wyrzuty sumienia, że nie zapanowała nad koniem i spadła, mimo że przecież dopiero się uczyła jazdy na normalnym koniu. Pod powiekami zaczęły palić ją łzy, nie z bólu, a ze strachu, że Leander jest nią rozczarowany i nieprędko weźmie ją na kolejną lekcję. Przepraszam, przepraszam, przepraszam, myślała w duchu, a zielone oczy spoglądały na ojcowską twarz z trwogą, zwłaszcza gdy sobie pomyślała, że jej brat i siostra na pewno nie zaliczyli takiego niefortunnego upadku podczas pierwszej leśnej przejażdżki. Och, była taką niezdarą! Ale potem z pomocą brata wstała, bo chciała być silna – dla ojca. Chciała, by mógł być z niej dumny, a żeby był, musiała być tak dobra, jak jej rodzeństwo. Podczas upadku obiła sobie plecy, które wciąż pulsowały bólem od powstających już na białej skórze siniaków i pobrudziła tył stroju. Brzegiem rękawa otarła z buzi łzy i poprosiła brata, by pomógł jej znów wsiąść na koński grzbiet.
- Też kilka razy spadłem podczas pierwszych przejażdżek – wyszeptał do jej ucha brat. – Twoja siostra też. Głowa do góry, mała – rzucił do niej pocieszająco.
A Cressida poczuła się nieco lepiej z myślą, że może ten niefortunny początek niczego nie przesądza. Może któregoś dnia będzie tak dobra, jak oni i ojciec wreszcie będzie z niej dumny? Ten dzień miał dopiero nastąpić.




Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Powrót do góry Go down
 

Cressida Fawley

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Cressida Morgan
» Dworek rodu Fawley
» Christian Fawley
» Colin Fawley

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie :: Talia kart Tarota-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18