Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Ramsey Mulciber

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Zawód : Chwilowo bezrobotny
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl drogi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 35
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Ramsey Mulciber   22.07.18 10:08

Talia Tarota


Karty Tarota





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Zawód : Chwilowo bezrobotny
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl drogi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 35
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Ramsey Mulciber   22.07.18 22:06

Głupiec
Kent15 sierpnia 1935r.

Powietrze pachniało suchą trawą, wyjałowionym na słońcu owsem i świeżo zebraną pszenicą. To był czas żniw, a powietrze niosło ze sobą te wszystkie pojedyncze zapachy lata, jakby wcześniej wielki duch zebrał je w garść i rozrzucił po Anglii na chybił trafił. Nikt nie czekał na deszcz, ale każdy wiedział, że lada chwila nadejdzie, zbyt długo go nie było. Wisiał w powietrzu, choć na niebie niewiele było chmur, a tych, które mogły go dać nie było wcale. Bez sensu z utęsknieniem szukać czegoś, co rychło nie nadejdzie, powtarzali, nie do końca wiadomo czy zadowoleni z chwilowej suszy, czy narzekając w ten sposób na brak deszczu. York z pewnością pogrążony był w pracach, obszerne pola zmieniano w zapasy żywności. Ten rok był obfity, aetonany będą mieć zapas siana do przyszłej wiosny. Ale my patrzeliśmy w niebo i wiedzieliśmy, że skąpane w słońcu Kent niedługo się zmieni, że przemierzające przez ten błękitny placek kępki świeżo ubitej piany zbrudzą się lada moment, a rzęsisty deszcz zaleje cały kraj. Leżeliśmy w gęstej trawie, nie zwracając uwagi na wbijające się w plecy ostre jak brzytwa źdźbła, na ból głowy spowodowany zbyt długim przebywaniem na słońcu, czy pobrudzone ubranie. Wiedziałem wtedy, że gdy wrócę do domu ciężka ręka mojego ojca zdzieli mnie po głowie, a jego ostre słowa wbiją się we mnie jak w tarczę, do której strzela się dla rozrywki lub treningu. Lubił to robić. Karcić mnie za wszystkie przewinienia, a ja nie nauczyłem się wciąż postępować wedle jego woli, by tego uniknąć. Leżąc na trawie myślałem, że przywykłem do tego już, że spojrzę mu w oczy z uśmiechem, który go tylko zirytuje i za to dostanę po raz kolejny, myślałem, że to nie boli. A potem uświadamiałem sobie, że słodki zapach powietrza skłaniał mnie do takiego myślenia, bo czułem tylko to, co działo się tu i teraz — duszności, gorąc, kłucie w plecach, a kiedy wrócę do domu będę czuł zupełnie coś innego. Zmieni się miejsce, moja pozycja i perspektywa. Poczuję ból, ból zrodzi gniew i nienawiść, a ja nie będę mógł sobie przypomnieć suchego powietrza przemierzającego Kent, które ukoi mnie i przypomni o tym, że może być naprawdę pięknie.
Wystrzelił jak z procy — dosłownie. Nie zdążyłem się nawet zorientować, kiedy poderwał się z ziemi i pobiegł, jakby uciekał przed czymś. Podniosłem głowę pospiesznie, obejrzałem się za nim. Był znacznie szybszy ode mnie, zwinniejszy, od razu wiedziałem, że choćbym teraz rzucił się w pogoń — bez sensu, nie wiedząc jeszcze, dlaczego — nigdy bym go nie dogonił, chyba, że sam by tego zechciał. Nie wiem, co w nim widziałem, a czego nie. Nie musiałem się do tej pory nad tym zastanawiać, choć od zawsze analizowałem wszystko, co mnie otaczało. Był zwyczajny, bardziej niż powinien, a miał się wyróżniać, miał w przyszłości godnie ponieść rodowe brzemię, stać się chlubą rodziny, przysłużyć czymś wyjątkowym. Od zawsze pisali mu różne scenariusze, planowali życie za niego, tak jak ojciec już dawno obwieścił mi jak będzie wyglądała moja życiowa ścieżka. Marnie, powiedziałbym, choć wysoko mierzył. Jakoś tak pasowaliśmy do siebie. Nie poruszaliśmy arcytrudnych tematów, choć wymienialiśmy się doświadczeniami. On zwierzał mi się z dylematów błękitnej krwi, ja jemu z trudności w byciu bękartem, którego nikt nigdy nie chciał, a który pokutnie musiał kroczyć po tej ziemi, zmagając się z jego dolegliwościami. Był moim przyjacielem, wiedziałem to od samego początku, chociaż miałem problem z tą definicją. Nie wiedziałem, dlaczego nim był i jak się stał, nie potrafiłem podać żadnej sytuacji, która by na to wskazywała. Po prostu był i okazało się, że to, jakby, wystarczy, by go tak nazwać.
Pobiegłem w końcu za nim, nie zauważywszy, że iskrzące, jak ognista kula, słońce zmieniło się w blado połyskujący księżyc, nie zwracając uwagi na to, że gorąc, który mnie otaczał nagle zmienił się w doskwierające mi zimno. Po plecach przebiegł mnie dreszcz, bo choć wiał mi z tyłu zimny wiatr, moje ciało jakby mylnie na niego reagowało. Kent się ode mnie odwróciło, jak żebrak odwraca się od policyjnych służb, by go nie dostrzegli. Pociłem się, jak wtedy, gdy ojciec próbował wymóc na mnie ujawnienie się magii, krzycząc, że zostanę charłakiem, a on wyrzuci mnie z domu. Szedłem przed siebie, wbrew temu wszystkiemu czując ekscytację, jakbym nie mógł się czegoś doczekać i jednocześnie jakbym dobrze wiedział, dokąd powinienem iść. Coś mnie prowadziło, a ja naiwnie, na ślepo kroczyłem przed siebie, dając się nieść intuicji. Intuicji, tak mówiła lady Rosier, powtarzała mi od zawsze, że ją mam i powinienem się jej słuchać. Szedłem, aż dotarłem na niewysokie wzgórze, z którego rozciągał się piękny, choć straszny widok, skąpany w różnych odcieniach szarości i niebieskości krajobraz. I ujrzalem tam stojące pośrodku samotnie białe, nagie drzewo, choć przecież był sam środek lata. Przy nim go dojrzałem. Stał do mnie plecami, dlatego nie rozpoznałem go od początku. Podszedłem bliżej, ale nie wiedziałem, po co, przecież ta gra polegała na zupełnie czymś innym — powinienem był się schować, ukryć, nim się odwróci i mnie znajdzie. Ale nie odwrócił się. Gdy otworzyłem oczy to ja się obróciłem, odchylając od białego jak śnieg pnia i rozejrzałem dookoła, w poszukiwaniu przyjaciela. To byłem ja. To ja usłyszałem wrogi warkot zza swoich pleców, czułem oddech śmierci na swoim karku, choć nie wiedziałem co to oznacza tak naprawdę, byłem pewien, że to właśnie to czułem. Śmierdzący oddech zgniłych jaj i rozkładającego się mięsa też czułem, wilgoci i ziemi, brudu, mokrej sierści. Czułem to wszystko, czego nie powinienem był czuć, bawiąc się w chowanego w środku lata, w czasie upałów, które wstrząsały Anglią. To wszystko czułem, choć wcale nie chciałem, a dopiero później ujrzałem na krótko ostre zęby i ciągnącą się pomiędzy nimi gęstą klejowatą ślinę. Krzyknąłem. Bałem się. Przepastna paszcza, której górna szczęka sięgała samego nieba, a dolna ziemi kłapnęła i zacisnęła się na mojej ręce. Nie wiem, czy przeraził mnie bardziej trzask łamanej kości, lepkość bryzgającej krwi, czy ból, który pojawił się jakoś później, jakby ciało broniło się przed nim intuicyjnie. I rósł, nie przeszył mnie od razu. Pęczniał we mnie powoli, rozwijał się jak choroba, zwiększając z każdym kłapnięciem paszczy, warknięciem. To wrażenie wchodziło we mnie cierpko, wbijało się głęboko, zachodziło mnie od tyłu jak cień, przeskakiwało synapsa po synapsie, by wypełnić mnie całego i sparaliżować tak bardzo, że wiedziałem już, że nic tak potwornego nie będę mógł dłużej znieść. Widziałem palce, a później nie wiedziałem ich już wcale, ale ból nie mijał, krążył w moich żyłach, wypełniał każdą komórkę mojego i nie mojego już, odgryzionego ciała.
To może był sen, ale ból był prawdziwy, najprawdziwszy w świecie.
Płakałem dopiero później, gdy gorąc znów rozpalił moje trzewia. Płakałem jak mały chłopiec, łzami tak rzewnymi, że mogłyby podwoić objętość Tamizy dwukrotnie, płakałem z bólu, ze strachu i niewiedzy, nie byłem świadom co się działo i gdzie podział się Austin. Nie mogłem przestać. Miałem mokrą twarz, za którą łapałem się bez przerwy, czując na niej swoją krew, ale to były tylko te żałosne słone łzy, za sprawką których do skóry przylepiały mi się pojedyncze źdźbła trawy. One też na tą chwilę sprawiały mi ból, tak jak gwałtowne szarpanie mojego przyjaciela, który próbował mną potrząsnąć i sprowadzić mnie z powrotem na ten świat. Targał mną tak, jak tamten wilk, tak samo mocno tarmosił moje ramię — a może już nie moje, nie byłem pewien, czy wciąż je mam. Nie miałem w nim czucia jeszcze przez chwilę. Wpadłem w panikę tak wielką, że byłem gotów do walki, choć byłem wyczerpany tą poprzednią, tą, której nie udało mi się wygrać, bo straszna istota o oczach, które zajrzały w głąb mej własnej duszy pożarła mnie żywcem. Moje ciało wciąż to czuło, choć leżałem już na trawie, nie będąc pewnym, czy to ja, czy to Austin zginęliśmy w tym śnie. Trząsłem się, choć do tej pory sądziłem, że ojciec wychowywał mnie w sposób, który sprawiał, że nie boję się niczego poza nim, a jednak byłem przerażony i nie mogłem dojść do siebie.
Spojrzałem wtedy w jego oczy — i byłem pewien, nie wiem dlaczego, ale byłem pewien, że on umrze lub umrę ja. Wkrótce. Nie wiedziałem, kiedy, nie wiedziałem jak, ale byłem pewien, że to nie deszcz odmieni Kent, tylko czyjaś śmierć odmieni jednego z nas. A on widział mój strach, moje łzy, widział białka moich oczu, gdy bezwładnie upadłem na ziemię. Też się bał. I tak strach sparaliżował nas obu, choć nie wydarzyło się nic, co mogło nam tego upalnego dnia w jakikolwiek sposób zagrozić. Żar wciąż lał się z nieba, a my tkwiliśmy w trawie, obijając się zamiast wykonywać zlecone nam przez naszych ojców zadania. Moje usta były wypełnione metalicznym smakiem krwi i wymiocin, których wokół mnie nie dojrzałem. Chciałem je wypłukać, przepić dyniowym sokiem, czymś, co zabiłoby ten paskudny smak, który przedostał się z moich wyobrażeń do rzeczywistości. Smak ludzkiego mięsa utknął mi na migdałkach, a w żołądek wypełniły ciężkie kamienie, które przytwierdzały mnie wciąż do suchej ziemi, z której próbował mnie podnieść Austin. I patrzyłem na niego w sposób, którego on nie potrafił zrozumieć, a w jego oczach ujrzałem własne, przerażające odbicie, odbicie kogoś kto umarł i powstał z martwych, kogoś kogo mogłem sobie wyobrażać jedynie we własnej głowie, czytając opowieści z biblioteki mojego ojca, słuchając wyimaginowanych przygód członków rodziny Austina. Patrzyłem mu w oczy, obdzierając go z własnego strachu i odbicia kreowanej przeze mnie rzeczywistości. Byłem głupi, zdałem sobie z tego sprawę. Zrozumiałem to w chwili, gdy jego oczy patrzyły na mnie z przerażeniem i troską, której nie doświadczyłem nigdzie indziej. Uświadomił mnie, że coś stracę, a nie chciałem tracić niczego — lubiłem mieć, przywiązywałem się do wszystkiego, co miałem i do ludzi, którzy mnie otaczali. Wiedziałem, że albo pozostawię go z cierpienie, któremu mu przysporzę, albo to ja będę cierpiał, gdy go zabraknie. Chciałem mu powiedzieć, że miałem okropny sen, ale mi przerywał, mówił, że byłem przytomny. Bałem się, że jeśli to wszystko się wydarzy dziś, jutro, za tydzień — nie będę gotów się z tym zmierzyć. Będę musiał się pożegnać. Nie czułem żadnej ulgi. Nagle moje życie okazało się dla mnie wszystkim. Nie chciałem umierać, nie chciałem się poddawać, choć myślałem, że nie było mi łatwo. Nagle uwierzyłem, że jestem w stanie to wszystko znieść, podnieść się na równe nogi, spojrzeć im wszystkim w oczy, mojemu ojcu i powiedzieć, że jestem godzien każdej rzeczy tego świata. Nie po to, by zadowolić jego ego, nie po to, by pozwolić mu wykreować coś, czego pragnął, ale po to by na przekór wszystkiemu iść dalej. Nie chciałem myśleć o tym, że jeśli go stracę, zostanę zupełnie z niczym, całkiem sam, cierpiący, niepotrafiący się pogodzić z losem. Łzy jeszcze chwilę spływały mi po twarzy. Miałem prawie dziewięć lat, myślałem, że mogę płakać ile zechcę, bo byłem dzieckiem. Ale nie mogłem. Pogrążałem się w kreowanej przez siebie durnej rozpaczy, tylko dlatego, że zobaczyłem coś strasznego — choć to nie miało jeszcze miejsca. Czym więc było? Wizją? Czym jestem? Zachowałem się głupio, a fakt, że doświadczyłem czegoś nowego i wciąż niezrozumiałego nie usprawiedliwiał mnie przed tym. Nie, nie byłem wcale dzieckiem, byłem już młodym mężczyzną, który nie powinien się bać. Chciałem być zaradny, chciałem mierzyć się z nieznaną z siłą, której w sobie wciąż nie odnalazłem. Potrzebowałem głosu rozsądku, którym kierowali się dorośli, ale jeszcze nie wiedziałem gdzie go odnaleźć. Czy znajdę go pod starym kamieniem zaraz za domem? Czy jeśli zakradnę się do rezerwatu smoków, czy odszukam w tam męstwo? Byłem pewien, że kiedyś odnajdę wszystko, że to przyjdzie, a to, czego dziś doświadczyłem mi w tym pomoże, choć te makabryczne obrazy wciąż pojawiały mi się przed oczami. Krew nie powinna być mi straszna, widok rozrywanego ciała, ani ból. Obserwowałem ludzi długimi godzinami, podglądałem życie Rosierów, słuchałem ich rozmów z ukrycia. Wiedziałem, że i mnie jeszcze wiele trudu i cierpienia czeka, że będę musiał stawić temu wszystkiemu czoła. Że moje życie nie będzie usłane płatkami róż, będzie umazane krwią, a kiedy spotkam tego złego wilka — pokonam go. I nie będę już płakał, nie będę się bał.
Strach to okropne uczucie. Paraliżowało mnie jeszcze długo, skłaniało do myślenia — o tym, co przyjdzie mi począć, gdy Go zabraknie, o tym, jak się będzie czuł, jeśli to swój koniec wyśniłem. Nie chciałem tego. Nie chciałem czuć straty, nie chciałem też zostać stracony. Gdy doszedłem do siebie zaplanowałem sobie to wszystko, przemyślałem dokładnie w ciszy i spokoju. Szukałem rozwiązań na swoje bolączki, odpowiedzi na własne pytania — były proste, wystarczyło je zastosować, wcielić życie. Nie dla innych, a dla samego siebie. Chciałem iść dalej i doświadczyć w pełni, lecz z mądrością, nie strachem noszonym w sercu, nie z obawą, przed nadchodzącą porażką, przed możliwym upadkiem, czy czyhającą tuż za rogiem śmiercią. Śniła mi się jeszcze później, widziałem ją obok siebie, jak wiele innych rzeczy, które jeszcze nie miały miejsca. Chciałem zapanować nad sobą — nad swoimi emocjami, nad wybuchami złości, nad gniewem wobec ojca, nad zazdrością względem lepiej urodzonych kuzynów i kuzynek. Musiałem zapanować też nad dobrymi rzeczami. Potrzebowałem rozsądku, bo tylko on pozwoli mi odpowiednio zareagować, gdy nastanie noc, a zły wilk wyszczerzy swoje kły, gdy wyzionie w moją stronę śmierdzącym padliną oddechem. Byłem gotów by spróbować, by ochłonąć i ostudzić swoje emocje, by wziąć je w ryzy i zapanować nad tym, co doprowadzi mnie do rychłego końca. Nie chciałem umierać, nie chciałem być zjedzony. To ja będę tym wilkiem. To ja porachuję wszystkim kości, zgniotę je w dłoni i rozrzucę jak zapachy lata we wszystkie strony.





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
 

Ramsey Mulciber

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Ramsey Mulciber
» Graham Mulciber
» Graham Mulciber
» Graham Mulciber
» Charles Ramsey

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie :: Talia kart Tarota-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18