Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Laurent Baudelaire

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Laurent Baudelaire
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6341-budowa https://www.morsmordre.net/t6376-pan-baudelaire https://www.morsmordre.net/t6372-laurent-baudelaire#161712 https://www.morsmordre.net/
Zawód : Właściciel antykwariatu, artysta
Wiek : 34
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
A gdy czasem, tonący w leniwej niemocy,
Na ziemię łzę ukradkiem zroni w cieniach nocy,
Poeta, nieprzyjaciel snu, dusza marząca,

Zaraz w dłoń swoją zbierze tę bladą łzę żalu,
O odbłyskach tęczowych jak odłam opalu,
I w sercu swym umieści, z dala oczu słońca - C.Caudelaire
OPCM : 5
UROKI : 1
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Laurent Baudelaire   02.08.18 1:01


Laurent Baudelaire

Data urodzenia: 3 marca 1922
Nazwisko matki: Bellefleur
Miejsce zamieszkania: Anglia, Londyn, Magiczny port
Czystość krwi: półkrwi
Status majątkowy: Średniozamożny
Zawód: właściciel antykwariatu, artysta (pisarz, śpiewak)
Wzrost: 185
Waga: 78
Kolor włosów: jasny blond
Kolor oczu: w mocnym świetle widać, że są ciemnozielone, jednak na co dzień zdają się przybierać odcienie czerni.
Znaki szczególne: Towarzyszy mu zapach portu, Tamizy, morza; pieprzyk pod lewym okiem, leworęczność. Smukła, pajęcza sylwetka.


Mój ojciec był piratem. Przynajmniej lubiła tak o nim mówić matka, kiedy to ponownie zabierała się za wspominki przy stole. Historię rozpoczynała dramatycznym opisem porwania przechodząc do bardzo wylewnego opis wyglądu mojego ojca w którym to wielokrotnie podkreślane było to, jak bardzo zapocony był i jak bardzo pot ten lśnił na każdej odkrytej części jego skóry. Na szczęście na tym etapie była to głównie jego twarz i na tym też stawało – ojciec po dżentelmeńsku przewijał zwyczajowo akcję wydarzeń do słów przysięgi składanej na schludnym kobiercu, gdzie para małżonków również była schludnie ubrana. Bardzo lubił słowo schludność w tej historii.
Lubiłem słuchać tego ich przekomarzania. Tego, jak dzień żeglugi połączył roztrzepaną, poplątaną czarownicę która pomyliła statek rejsowy z transportowcem czarodzieja zajmującego się handlem morskim i w nim właśnie się zakochała. Ślub wzięli pośpiesznie tydzień później. Czy decyzji żałowali? Z tym bywało różnie.


Pochodząc z rodziny niebogatej, lecz zdecydowanie mogącej poszczycić się zamożnością. Dzieciństwo zleciało mi zatem na nieznajomości pojęcia biedy czy niedostatku. Ojciec nie zawsze wypływał w morze. Handlował dziełami sztuki wszelakiej maści – począwszy od obrazów, poprzez dzieła literackie, kończąc na rzeźbach bądź antycznych fragmentach budowli które nieraz w częściach przewoził z jednego końca świata na drugi. Wracał do korzeni rodzinnej tradycji zachowując wykształcone na przestrzeni wieków zamiłowanie do sztuki. Przeważnie dbał o kontrakty oraz zawierał nowe na mieście bądź nadzorował swą trzy okrętowa flotę ze swej kamienicy usytuowanej u wybrzeży.... gdzie też mieszkaliśmy wszyscy razem. Usługiwał nam domowy skrzat. Matka zaś odkąd wyszła za ojca nigdy nie pracowała będąc całodobowo zajętą sobą – ciągle dziecinną, naiwną, nieco pocieszną, oddaną miłości do literatury. Szczególnie tej tworzonej przez samą siebie. Jednak to jak tańczyła... Z perspektywy czasu, jako już mężczyzna mógłbym obiektywnie ocenić, że w tańcu była wszystkim co kobiece i francuskie: zwiewna, eteryczna, romantyczna. Ojciec prowadząc ją w walcu po parkiecie patrzył na nią tak, jakby zakochiwał się na nowo z każdym jej piruetem. Odpowiedź na to, dlaczego poślubił czarownicę półkrwi samemu posiadając jedynie skazę stała się dla mnie z czasem dość oczywista. Była tego warta.


Jako dziecko wykazywałem się posłuszeństwem wynikającym bardziej z płochliwości niż uległości. Wystarczyło zasugerować, iż niegrzeczne dzieci są porywane bym spełnił każde żądanie rodziców. Poddawałem się więc zabiegom wpajania mi przez matkę miłości do sztuki. Po części pragnęła faktycznie rozbudzić we mnie żar do tejże, lecz było też ukryte dno - czuła się przez swą krew w rodzinie mimo wszystko gorsza, a ja miałem być swoistym medium do pokazania, że jest godna nazwiska którym ją obdarzono i potrafi przekazać swemu dziecku najważniejsze wartości z nim związane. Natręctwo to zmieniające się w coś niezdrowego nasiliło się wraz z wydaniem Skorowidzu Czystości Krwi w 1930, kiedy to pół-wartość jej półkrwi stała się czymś czego należało się bardziej wstydzić. Co weekend rodzinnie odwiedzaliśmy wernisaże, galerie, filharmonie, opery. Oglądaliśmy spektakle, rozmaite pokazy. Dużej części z nich nie rozumiałem, na jeszcze większej się wynudziłem okropnie. Dopiero gdy stałem się trochę starszy zaczynałem doceniać podobne wypady. Późno, bo dopiero w wieku lat dziewięciu zaczęła budzić się we mnie magia - w zależności od swego nastroju potrafiłem zmieniać barwę garderoby swojej własnej, jak również tej należącej do mi towarzyszących czarodziei. Matka z oczywistego powodu ograniczyła moje zajęcia, lecz wtedy to ojciec roztoczył nade mną rodzicielską pieczę uznając, że najwyższą porą dla dziewięciolatka jest zacząć zaznajamiać się z dziedzictwem i rodzinnym interesem. Nigdy nie zapomnę pierwszej morskiej wyprawy na którą mnie zabrał - przez cały tydzień wyprawy, dzień w dzień towarzyszyły mi mdłości. Myślałem, że nie dożyję powrotu na ląd. Wtedy też popełniłem swój pierwszy tren adresowany do matki. Ojciec był nieco rozczarowany. Trochę lepiej radziłem sobie jednak na lądzie. Przynajmniej się jakoś prezentowałem, dając ojcu nadzieję, że się wyrobię. Z czasem miałem go jej pozbawić. Interesy to nie miało być coś, co miało mi wychodzić.


Mając lat dziesięć rozpocząłem naukę w Akademia Magii Beauxbatons stając się młodym, jeszcze nielotnym smokiem. Jak przystało na gadziego wychowanka nim przywykłem do porządku magicznej placówki swoją pieczarę uwiłem w szkolnej bibliotece. Było to miejsce kojarzące mi się z domem, matką, spokojem, czymś mi znanym - literaturą. Niewątpliwie to właśnie słowo pisane pozwalało mi najlepiej się wyrazić, uzewnętrznić. Pisałem więc wiele. Początkowo jedynie prozę, lecz za jej pomocą trudno było uchwycić i przekazać coś chwilowego. To dopiero poezja pomogła rozwinąć mi skrzydła. Nie potrafiłem jednak jej wyrecytować, zaprezentować w sposób odpowiedni przez co nieraz moje oceny były w końcowym efekcie zaniżane. Pomimo podstaw retoryki miałem w zwyczaju wykonywać dłońmi wiele niedbałych gestów, które zaburzały wyczytywany przekaz. Krzta charyzmy o która mnie posądzano nie ratowała sytuacji w sposób dostateczny. Zacząłem więc wyśpiewywać swoją twórczość co okazało się ku nie tylko mojemu zdziwieniu rozwiązaniem. Łączyłem więc poezję i muzykę, już nie tylko pisząc, lecz również komponując chcąc by moja sztuka była tylko moją od samych podwalin. Należałem do szkolnego chóru, który jednak szybko porzuciłem po tym jak mój głos zaczął się zmieniać wraz z mijającym okresem dojrzewania. Stał się mniej klarowny, szorstki, a przy tym na tyle ciężki by wyższe tonacje brzmiały karykaturalnie. Była to przez chwilę moja osobista tragedia. To właśnie wówczas w całości oddałem się dekadenckiemu nastrojowi przeżywając swój własny schyłek. Koniec okazał się jednak początkiem gdyż niespodziewanie odnalazłem się w tym nurcie który do mnie przyległ – literatura, poezja, muzyka oraz dekadentyzm stały się moimi wyróżnikami. Później dołączył do tego taniec do którego predyspozycje odziedziczyłem po matce. Kochałem foxtrota w klasycznej odsłonie na równi z jego slow wariacją. Gdy górska pogoda dopisywała śmiało poruszałem się w tańcu również nad zamarzniętą powłoką jeziora.


Moja magiczna część edukacji nie szła mi jednak tak gładko. Miałem poważny problem...ze wszystkim. Najmniej tragicznie radziłem sobie z historią magii. Lubiłem literaturę więc z rozpędu kartkowałem i tą dotyczącą spraw przyziemnych. Nie sprawiało mi to jednak przyjemności - wiedzę tą wyparłem gdy tylko nadarzyła się okazja. Nie pochylałem się również nadmiernie nad astronomią, nie chcąc by natura gwiazd stała się dla mnie mniej romantyczną, jednak wypadało mi znać jej podstawy jeżeli nie chciałem zabłądzić w górskiej okolicy, jak również później na morzu. Reszta...o Merlinie...przez resztę mych przewinień to moi przodkowie przez jeszcze dekadę będą przewracali się w grobach. Nie lepiej było w kwestii moich umiejętności magicznych jakoś radziłem sobie z obroną przed czarną magia, lepiej było z transmutacją, tragicznie było pod każdym innym względem. Jak się miało z czasem okazać, moja magiczna moc znalazła ulokowanie w moim ciele w zgoła innej formie


Pierwsza wizja nawiedziła mnie gdy miałem lat piętnaście. Spędzałem wakacje w domu. Nabrałem śmiałości, dojrzewałem. Nie bałem się już wbrew zadowoleniu matki pozwalać sobie na samowolę działania, wymakanie się z domu, szwendanie nocą po mieście. Rety, jak ja kochałem to miasto nocą! Gra cieni pomykających na ścianach kamienic, migotliwe latarnie, szumne morze, które przyciągało mnie co noc. Nie opierałem się dryfując ostatecznie w jego wodach, czasem zaś leżałem na plaży pozwalając obmywać się falom. Leżałem tak i wtedy nasłuchiwałem przypływów, czułem wilgoć na skórze. Jedna, druga fala, trzecia, czwarta i głucha cisza. Otworzyłem przymknięte oczy w przestrachu. Wciąż leżałem, unosiłem się pod sufitem obcego mi mieszkania twarzą zwróconą do podłogi na którą jednak nie upadłem. Byłem zawieszony w powietrzu. Na skórze czułem wilgoć okalającej mnie wody, której jednak nigdzie nie było. Pode mną znajdowało się trzech mężczyzn. Nie widzieli mnie, ani nie słyszeli. Ja za to ich w pewien sposób tak, niewyraźnie, lecz jednak ich sylwetki majaczyły mi przed oczami jakbym przyglądał się im przez zmąconą taflę wody. Dźwięki wypowiadanych słów również dochodziły do mnie jakby były zza powierzchni. Gdy skończyli mówić - spojrzeli ku mnie. Jeden miał do powiek przyszyte żółte guzik, drugi miał rysy twarzy łudząco podobne do mojego ojca. Do rzeczywistości powróciłem gwałtownie, krztusząc się wodą, której w ustach wcześniej nie miałem, pragnąc powietrza. Nie zrozumiałem co się wówczas działo. Wystraszony wróciłem do domu. Świadomość przyszła z czasem - byłem świadkiem rozmowy, mającej miejsce tydzień później. Uczestniczyłem w niej ja, mój ojciec oraz dwójka malarzy. Jednemu brakowało w surducie żółtego guzika. Od tego momentu doświadczałem tego częściej ucząc się interpretowania tych widziadeł. Wystarczył kontakt z wodą - deszczem, kałużą, tej znajdującą się w wannie, smugą uciekającą z trąconej szklanki - i unosiłem się w powietrzu, patrząc na wszystko z góry. Widziany obraz nie zawsze był klarowny. Tafla wizji potrafiła być zmącona jak wzburzone morze bądź przejrzysta jak spokojne jezioro. Podobnie było z dźwiękami - nieraz wyraźny, a czasem zagłuszony przez szkwał bądź dźwięk lejącego się strumienia wody. Z czasem nauczyłem się, że postacie które widziałem nie musiały być ze mną powiązane, a jeżeli były, jeżeli uczestniczyłem w ich wydarzeniach to na koniec wizji spoglądały ku mnie wyczekująco, pusto, zupełnie jakbym miał spaść za chwilę ku nim. Często miały zaimplementowane w swoje ciało w brutalny sposób jakieś szczególne przedmioty, symbole, czasem nawet zwierzęta, które miały je w jakiś sposób charakteryzować lub być istotne z punktu widzenia wydarzeń mających miejsce w wizji. Tak, to co miało zwrócić moją uwagę zawsze było w obrzydliwy sposób eksponowane. Każda wizja kończyła się uczuciem tonięcia - krztuszeniem się wodą, która pojawiała się w mojej krtani nie wiadomo skąd. Byłem jasnowidzem.


Koniec nauki nastąpił szybko. Moje wyniki z egzaminów nie pozwalały na szafowanie własną przyszłością. Ciągle korzystając ze swojego nazwiska mogłem się znaleźć pod dachem instytutu literatury bądź opery. Nie tego jednak pragnąłem - odtwórczej roli przypisanej za zasługi nazwisku nie mi samemu. Pragnąłem uznania jako artysta. Mojego własnego, wypracowanego moją sztuką nad którą pochyla się nie sztuczne uwielbienie, a to prawdziwe poruszone. Nie było to jednak łatwe. Mój dorobek nie był imponujący, a właściwie od momentu pierwszej wizji styl mój haczył o kontrowersję szufladkując mnie jako jednego z tych młodych butnych. Teraz...teraz się temu tak nie dziwię, jednak wówczas była to dodatkowa oliwa rozlewana na mą rozgrzaną do czerwoności duszę. Gdy powróciłem do domu odczułem tą zmianę związaną z moim odkrytym darem wyraźniej niż podczas letnich przerw. Ojciec już za wczasy przekazywał mi wiedzę o literaturze, obrazach, rzeźbach, architekturze ucząc rozpoznawać i klasyfikować sprzedawane przedmioty, wyceniać je, odróżniać falsyfikaty. Towarzyszyłem mu w spotkaniach z kupcami, artystami, kontrahentami, czasem wypływałem w morze. Do podróżowania statkiem zdarzyłem się przyzwyczaić, lecz wciąż nie potrafiłem uchwycić istoty ekonomii. Może po postu nie chciałem. Ojciec się tym ostatnim przestał denerwować. Zaczął jednak naciskać mnie do wykorzystywania daru do węszenia okazji, odkrycia tego czy dany interes bądź wyprawa okażą się odpowiednio korzystne. Nie było to dla mnie takie znów nieosiągalne. Przez trzy lata nauczyłem się interpretować widziadła nie dające mi zmrużyć oka. Wiedziałem, że gdy twarze na koniec tych zwracały się ku mnie oznaczało po prostu to, że byłem uczestnikiem tego co widziałem, towarzyszyłem im i od momentu urwania wizji, utkwienia we mnie wyczekującego spojrzenia – ode mnie zależał ich dalszy los. Więcej o symbolice widziadeł nauczyłem się z książek i od nauczyciela przy którym zgłębiałem sztukę analizy tychże. Nie odbiegało to bardzo od próby rozszyfrowywania sensu wierszu, interpretacji malarskiego dzieła. Czułem się w tym płynnie. Jednocześnie spokojniejszy – w brutalnej symbolice przestałem dostrzegać coś trwożącego. Kawał jaskrawego sznurka przewleczonego przez skórę twarzy jak nić przez cielisty materiał stawała się zwykłym, nieeleganckim krawatem niedbale związanym pod szyją; makabryczna chimera człowieka z papugą spoglądającego ku mnie znaczyła zaś tyle, że spodziewać się mogłem spotkać na swej drodze kogoś w towarzystwie egzotycznego, pierzastego towarzysza. Pojawiały się również bardziej symboliczne obrazy, wyjęte nieraz żywcem z sennika. Nie można było zaprzeczyć, że moje umiejętności rozwijały się gwałtownie pozbawiając mnie talentu do prostej magii. Mnie poniekąd to przerażało. Matka zaś na czele z rodziną, zaczęła dostrzegać we mnie potencjał na coś więcej niż do tej pory. Krew moja była rozrzedzona tą, którą miała we własnych żyłach, jednak mój dar jasnowidzenia sprawiał, że podjęcie próby podniesienia czystości krwi gałęzi naszej rodziny mógł okazać się istotny nie tylko dla nas, lecz dla naszych szlachetnych sprzymierzeńców. Czując się osaczony i nieszczęśliwy, jako młody, dorastający człowiek próbujący odnaleźć swoje miejsce w życiu poczyniłem w tamtym momencie to co każdy inny niespokojny artysta by poczynił - wiosną 1940 roku uciekłem od rodziny. Za drugim razem.



Za pierwszym było spontaniczne. Przybyłem wraz z ojcem do Londynu. Od ukończenia akademii towarzyszyłem mu w pracy niemal nieustannie będąc przyuczanym do przyszłej roli, która mi nie odpowiadała. Czułem się jak pies na łańcuchu bądź małpa. Kiedy okręt odpływał na nowo w stronę Francji, stojąc przy burcie, patrząc na nie tak odległą linię portu, w przypływie głupiej chwili wyskoczyłem za burtę. Nie było to tak eleganckie jak jawiło się w mojej wyobraźni, jednak gdy wyrzuciłem swoje ciało na pomost czułem się szczęśliwy. Euforia wolności trwała przez dobę. Potem docierał do mnie powoli tragizm mojej sytuacji - byłem bez pieniędzy, bez dachu nad głową, zaczynałem robić się głodny, przerażała mnie wizja konfrontacji z ojcem, która nastąpiła wyjątkowo szybko. Mój brak na pokładzie wywołał nie mały rumor, statek kolejnego dnia był na nowo u wybrzeży, mnie samego ciężko znaleźć nie było - wyróżniały mnie ubrania i zagubienie zwracające uwagę miejscowych. Przytaknąłem wówczas kłamliwie, że faktycznie przypadkowo wypadłem do morza, miałem szczęście. Miesiąc później ponownie uciekłem, wszystko jednak planując lepiej. Zostawiłem list matce, wziąłem ze sobą brań garść galeonów. Za część zakupiłem prostych ubrań, resztę odłożyłem na inne wydatki. Udałem się do portu zaciągając się na okręt który wyróżnił się swoim wyglądem. Nie mógł przybijać tu za często, a więc prawdopodobieństwo rozpoznania mnie malała. Z powodzeniem udało mi się zaciągnąć na okręt jako młodszy pokładowy chwaląc się smagłemu kapitanowi swoją znajomością języka angielskiego tak bardzo przydatnego w handlu jakimkolwiek. Chwilę potem żegnałem Francję by przez kolejne pół roku zwiedzać inne porty decydując się przybyć ostatecznie do Anglii na stałe. Życie na otwartym morzu nie było czymś co chciałem robić. Męczyło mnie. Pomogło mi jednak dorosnąć, ułożyć myśli, uspokoić serce. Nie chciałem wracać do rodzimego kraju uznając że mogłoby to zostać odczytane jako przyznanie się do błędu, a nie chciałem chylić czoła przed ojcem, brać odpowiedzialność za żal matki. Osiadłem więc w Anglii, uciekając tym samym od rozprzestrzeniającej się po europie magicznej wojny próbując mimo wszystko starać się prowadzić zwyczajny żywot. Przyciągały mnie również co rusz pojawiające się w mej głowie wizje. Jawiły się często, a ja z nimi nie walczyłem pozwalając im prowadzić mnie na przód. Przynajmniej wówczas.


Nie mając nic, nie przyznając się do nazwiska smakowałem cierpko-słodkiej biedy. Przyziemnego życia, któremu pozwalałem z dnia na dzień obdzierać się z naiwności prostoty życia w jaką obleczono mnie za młodu. To było cenne. Owoc tego odnajdywałem w swej twórczości, która jak ja dojrzewała, nabierała wyrazu. Żyłem z dnia na dzień najmując niewielką barkę na której od czasu do czasu przewoziłem mniej cenne ładunki, turystów, a na co dzień żyłem. Noce spędzałem pisząc, tworząc, czytając, komponując do ciszy i pochylających się nad mym grzbietem rozgwieżdżonym nieboskłonem. Czasem wyśpiewywałem swoją poezję, piosenki w portowych barach w wąskim gronie pijaków, czasem sam sobie byłem widownią. Codziennie zaś przepływałem pod Białym Mostem. Kilka razy w miesiącu napadała mnie bowiem ta sama wizja - kobiety spadającej z jego krawędzi ku toni, w tle zaś wybijana była przez Bena równo godzina druga.Trudno mi było to zignorować, tym bardziej gdy most ten okazał się posiadać wyjątkowo niechlubną historię. Stałem więc pod nim każdej nocy od drugiej, przez pełna godzinę, aż do trzeciej. Nie znałem dnia ani chwili, nie przeszkadzało mi to jednak w żaden sposób. Studiowałem nawiedzający mnie obraz kobiety, która na koniec wizji spoglądała swoimi wielkimi, brązowymi oczami wyczekująco ku mnie. Wiedziałem już wtedy, że stanę się częścią jej historii. Wyczekiwałem więc tej chwil.i. Nie trwało to długo - Debra Edgecombe spadła jak grom z jasnego nieba. Z podobnym mu hukiem przebiła się przez zmarniałą przez czas lichą sklejkę tworzącą dach kapitańskiej kajuty utykając w niej w połowicznie. Wyglądała na zaskoczoną tym faktem niemniej niż ja. Nie pomyślałem o tym, by jakoś wcześniej przygotować łódź na jej przybycie co teraz wydawało się całkiem oczywiste. Sprawa się skomplikowała. By ją oswobodzić musieliśmy oczekiwać odpowiednich służb - jej różdżka chwilowo znalazła się poza zasięgiem wpadając do Tamizy, ja ze swoimi umiejętnościami zaklęć bałem się kombinować. W tym czasie dowiedziałem się jak pełną pasji kobietą była Debra bo wyjątkowo nie szczędziła ekspresji tłumacząc mi że wcale nie próbowała się zabić, a była zwyczajnie w trakcie pościgu. Była aurorem. I umiała pływać.



Byłem dwukrotnie przesłuchiwany w sprawie tego incydentu. Za pierwszym razem najpewniej chciano się upewnić, że nie mam nic wspólnego ze sprawą bo moje pojawienie się było co najmniej dziwne, a za drugim chyba ze złośliwości  Debry. Wcale mnie to nie przeszkadzało. Zakochałem się w jej zuchwałości, w kpiącym uśmiechu pokazującym się za każdym razem kiedy to pozwalałem wyrazić swoje zainteresowanie jej osobą. Śmiała się, często ze mnie, również rwąc z mej krtani śmiech. Było to piękne. Pragnąłem to pochwycić więc stawiałem się na przysłuchania już całkiem dobrowolnie czekając pod jej departamentem aż będzie kończyła pracę. Czasem byłem ignorowany, czasem się mijaliśmy, lecz momenty w których wyszarpywałem jej czas dla siebie wystarczyły by kilka miesięcy po tym przekonać ją do narzeczeństwa, a potem małżeństwa w 1941.



Po ślubie, a właściwie w jego trakcie wyszły na światło dzienne pewne informacje, które sprawiły, że sama ceremonia przebiegła w ciekawej atmosferze. Debra bowiem dowiedziała się, że w zasadzie jestem dwa lata od niej młodszym mężczyzną żyjącym w wynajmowanym w Parszywym Pasażerze pokoju (właściciel barki po jej uszkodzeniu wypowiedział mi najem), a ja że jej matka jest mugolką. Nigdy co prawda nie nosiłem nienawiści do czarodziei mogolskiego pochodzenia, nigdy też jednak się z nimi sam z siebie nie bratałem. Zwłaszcza teraz, gdy ci mieli w swoim świecie wojnę. Wcale nie byłem więc zadowolony z tego, że zmuszony byłem mieszkać przez chwilę pod dachem jej rodziny nie mogąc liczyć na wsparcie własnej. Ojciec oczywiście dowiedział się o tym co uczyniłem. Jeszcze przyjdziesz błagać o wybaczenie - pisał w listach, nie szczędząc słów opisujących rozczarowanie i zawód. Spaliłem most. Mając jednak przy boku Debrę nie uważałem tego za koniec świata. Zacząłem jednak w chwili w której kategorycznie zniechęcała mnie do wzięcia kredytu na mieszkanie u Gringotta. Chciałem wrócić do magicznego świata. Mugolski zdawał mi się zbyt niebezpieczny, niewygodny i mimo wszystko nieodpowiedni. Pracowałem więc jak nigdy upodlając się do tego stopnia, że zacząłem pisać artykuły do gazet bądź produkować płytkie powieści ku uciesze mas. Wciąż tworzyłem poezję - ta jednak stała się czymś intymnym skierowanym do mojej żony. Tak samo jak moja muzyka. Gdy nadarzyła się dobrze płatna okazja wypływałem również w morze. Nieraz na tygodnie. Nie lubiłem tego więc porzuciłem to gdy tylko udało nam się wykupić małe, lecz dla nas wystarczające mieszkanie w magicznej dzielnicy. Idealnie tuż przed narodzinami naszego pierwszego i jedynego dziecka.


Nasze życie zaczynało nabierać rutyny. Debra wróciła do pracy jako auror. Nie do końca mi się to podobało, jako panu domu i okolicznych włości, lecz jej zawód niewątpliwie był tym bardziej obfitującym w galeony. Ja starałem się zaś uparcie wybić jako artysta, jednak popełnione przeze mnie decyzje sprawiły, że o ile moje imię i nazwisko kiedyś ułatwiało mi wiele spraw, tak teraz często natrafiałem na mur będąc blokowanym jako przykład. Zrezygnowany, chcąc nie stracić godności i jednak umieć zarobić poświęciłem się mechanicznemu pisaniu artykułów oraz książek rozrywkowych - czyli płytkich, lekkich, sprzedających się. Przestałem pisać poezję widząc, jak tą też machinalnie krzywdzę i spłycam. Zajmowałem się też dzieckiem oraz Debrą, która momentami sama była jak dziecko, gdy wracała z ranami rezygnując z wizyt u uzdrowicieli bo to przecież tylko zadrapanie. To ja zmieniałem, poprawiałem opatrunki stając się mistrzem we władaniu domowej apteczki, poznając tym samym meandry skutków prostszych eliksirów leczniczych. Śpiewałem im kołysanki. Jednemu i drugiemu odkrywając to, jak kołysząco miękki potrafię mieć dla nich głos. Gdy magiczna wojna dotarła do Anglii poczułem obawę. Tym większą im więcej rodzin z mojej kamienicy zaczęło przed nią uciekać jeszcze dalej, do Ameryki. Ona jednak nigdy nie myślała o tym by uciekać, a ja nie potrafiłem jej zostawić. Dawałem więc się jej uspokajać. Nie było to proste - nawiedzające mnie ponure wizje podsycały niepokój. Zwłaszcza jedna wprawiała mnie w trwogę. Jej bohaterem był nasz syn w makabrycznej scenerii. Na koniec spoglądał na mnie oczami swojej matki by następnie stracić ludzką postać i rozpłynąć się po podłodze zmieniając się w kałużę. Myślałem, że to koszmar lub przewrażliwienie - Debra prowadziła ostatnio ponurą sprawę. Krótkie napomknięcia ocierające się o jej ogóły budziły moją wyobraźnię. Nikt nigdy też w moich wizjach nie rozlewał się w taki sposób. Może potrzebowałem więcej snu lub więcej jej przy swym boku - dwuosobowe łóżko ostatnimi czasy zdawało mi się zbyt przestronne. Zmiana na stanowisku Ministra Magii dawała mi złudną nadzieję, że być może niedługo wszystko się uspokoi. Czekałem więc.  


1949 nauczyłem się, że obraz istoty przeistaczającej się w lodowy słup, a ptem kałużę oznacza śmierć tejże. Tego roku zmarł nasz syn. Zabrała go nie tylko obrzydliwa brutalność kata, lecz również zuchwałość, nadgorliwość Debry oraz odwaga którą tak bardzo w niej kochałem, a którą zacząłem w jednej chwili nienawidzić. Czy to było takie trudne? Ulec raz, odpuścić - dla niego, dla mnie, dla nas...? Przeczuwała, że to nie blef, a jednak postawiła jego życie na szali. W imię czego? Wielokrotnie zadawałem sobie to pytanie, lecz raz tylko wypowiedziałem je na głos. Nie wiem nawet czy była w stanie je zrozumieć. Była pijana. Niemalże codziennie. Czasem znikała na kilka dni wracając po pracy do baru z którego wyruszała na ponowną służbę. Już nie jako auror. Momentami nie wiedziałem co się z nią dzieje. Informowali mnie o tym dopiero sąsiedzi - o tym gdzie była, co robiła. Starałem się, naprawdę starałem się pomimo wszystkiego ją uratować. Wciąż miałem względem jej uczucie. Nie tak żarliwe, głębsze, intensywniejsze, kołyszące się na granicy szczerej nienawiści, a gorzkiej miłości. Jeżeli miała upaść, zniszczeć - chciałem by zrobiła to ze mną. Stała się jednak zbyt odległa. Żadne prośby, groźby, łzy nie pomagały. Nie wiedziałem jak ją potrząsnąć. Zrezygnowany próbami pozbawiłem się resztek jakiejkolwiek godności i z godnie z tym co zapowiedział ojciec - błagałem go na kolanach o wybaczenie. O pomoc w tym by to zakończyć. Nie było to specjalnie trudne. Unieważnienie naszego małżeństwa. Wina w pełni spadła na czarownicę mugolskiego pochodzenia, która nie miała za grosz jakiejkolwiek moralności i szacunku wobec instytucji małżeństwa oraz prawa. Bardzo naciągnięto przy tym kwestię mojej niewiedzy co do statusu jej krwi przed małżeństwem wykorzystując to jako dodatkową kartę czyniąc tym samym z jej osoby kłamliwą intrygantkę pragnącą wybić się na prominenckości mojego nazwiska. Nie uważałem, że to było właściwe. Nie miałem jednak siły tego roztrząsać. Chciałem tylko naszego końca. W czasie rozwodu mój pełnomocnik jako zadośćuczynienie terroru jakiemu poddawała mnie była pozbawiona skrupułów małżonka-oszustka odebrał od niej kamienicę w której żyliśmy niegdyś szczęśliwie całą trójką. Budynek niefortunnie po ogłoszeniu werdyktu spłonął. Nie miałem wątpliwości dlaczego i kto za tym stał. Oboje z Debrą nie mieliśmy. Nie uważałem jednak tego za coś złego. W pewien sposób czułem ulgę z powodu tego, że ona nigdy nie będzie miała już dostępu do tego co zniszczyła.


Tracąc jedną kotwicę zacząłem posuwać się mozolnie na przód. Moja własna rodzina od której się odwróciłem plecami przyjęła mnie na nowo z chłodem i dystansem, a jednak na przestrzeni kolejnych lat udało mi się zapewnić ich, że wracam do odpowiedniego sobie miejsca w społeczeństwie, hierarchii; że to był tylko butny wyskok, młodzieńcza pogoń za artyzmem, która wymknęła się z pod kontroli, a którą wspomina się z należnym wstydem. Wciąż również mieszkałem w Anglii otwierając w portowej dzielnicy antykwariat. Współpracowałem z ojcem starając się organizować dla niego punkt skupu oraz sprzedaży. Szukałem również kupców na własna rękę. Nie szło mi to najlepiej pomimo wykształconej jakoś umiejętności zarządzania to jednak nie ona była moją siłą, a umiejętność wynajdowania perełek, które pozwalały mi na wypracowywanie odpowiedniego zysku. Biegle poruszałem się w dziedzinach sztuki w której byłem głęboko zakorzeniony. Prowadzenie antykwariatu nie było jednak czymś co ja chciałem robić. Nienawidziłem sprzedawać piękna. Za ladą antykwariatu czułem się nie inaczej jak alfons wydający ladacznice. Nie zamierzałem jednak działać wbrew woli ojca, rodziny którą już raz zawiodłem wiedząc, że drugiej szansy nie dostanę. To miała być moja kara za zuchwałość. Zacząłem dostrzegać jednak dla siebie szansę, jako artysta. Niby kropla słodyczy w morzu goryczy. Teraz bowiem, kiedy byłem zniszczonym i obdarty ze wszystkiego co powodowałoby czucie przeżywałem renesans swej twórczości. Pisałem, śpiewałem, komponowałem zatracając się bez reszty w swym wielokrotnie przeżywanym upadku. Dekadentyzm, romantyczna rzeczywistość obrzydliwa i piękna – to wszystko gdzieś się przewijało przez mą sztukę. Melancholia. Dosłowna, bo muzyczna, nuta maniery rozkwitającej na zachodzie tworzyła przeważnie tło moich historii. Mieszałem, cudowałem, ostatecznie tworząc ponure kołysanki o ponurym życiu dla ponurych ludzi. Inspirowałem się wizjami, których interpretacja z miesiąca na miesiąc stawała się tragiczniejsza bo los tych wraz zaostrzającymi się represjami i strachem nie stawał się lepszy. Ja sam starałem się trzymać z dala od polityki chcąc po prostu przeczekać to co najgorsze, patrząc jak wszystko chyli się ku upadkowi. Po raz kolejny i zapewne nie ostatni.  




Patronus: Nigdy nie był na tyle zdolny w OPCM by umieć go kiedykolwiek wywołać


tr>

Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 5 +3 różdżka
Zaklęcia i uroki: 1 Brak
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 13 +2 różdżka
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 5 + 4 waga
Zwinność: 15 + 5 aktywności
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Dodatkowy język: francuskiII2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
RetorykaI2
AnatomiaI2
AstronomiaI2
EkonomiaI2
SpostrzegawczośćI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Brak -0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)III10
Literatura (tworzenie poezji)III10
Literatura (tworzenie prozy)II3
Muzyka (śpiew)II3
Muzyka (wiedza)II3
Malarstwo (wiedza)II3
Muzyka (pianino)II3
WróżbiarstwoI1
Rzeźbiarstwo (wiedza)I0,5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec balowyII7
ŁyżwiarstwoI1
ŻeglarstwoI1
PływanieI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Genetyka jasnowidz-16,5
Reszta: 0

Wyposażenie

Różdżka





Ostatnio zmieniony przez Laurent Baudelaire dnia 17.08.18 9:53, w całości zmieniany 12 razy
Powrót do góry Go down
Laurent Baudelaire
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6341-budowa https://www.morsmordre.net/t6376-pan-baudelaire https://www.morsmordre.net/t6372-laurent-baudelaire#161712 https://www.morsmordre.net/
Zawód : Właściciel antykwariatu, artysta
Wiek : 34
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
A gdy czasem, tonący w leniwej niemocy,
Na ziemię łzę ukradkiem zroni w cieniach nocy,
Poeta, nieprzyjaciel snu, dusza marząca,

Zaraz w dłoń swoją zbierze tę bladą łzę żalu,
O odbłyskach tęczowych jak odłam opalu,
I w sercu swym umieści, z dala oczu słońca - C.Caudelaire
OPCM : 5
UROKI : 1
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Laurent Baudelaire   15.08.18 14:08

Podbijam I:


Powrót do góry Go down
 

Laurent Baudelaire

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18