Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Alix E. Lestrange

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Alix Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t86-wzor-karty-postaci https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/
Zawód : tłumaczka języka trytońskiego
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
I shut my eyes and all the world drops dead;
I lift my eyes and all is born again
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Półwila

PisanieTemat: Alix E. Lestrange   09.08.18 1:20


Alix Edwige Lestrange

Data urodzenia: 10/04/1934
Nazwisko matki: Flint
Miejsce zamieszkania: Rodowa posiadłość na wyspie Wight
Czystość krwi: Szlachetna
Status majątkowy: Bogaty
Zawód: Tłumaczka języka trytońskiego, amatorka kryptologii
Wzrost: 165cm
Waga: 61kg
Kolor włosów: Przypalone złoto
Kolor oczu: Grynszpanowa stal
Znaki szczególne: Zblazowany wyraz twarzy, mocny, chłodny akcent surowej matrony; zawsze towarzyszący, pierwotnie zagnieżdżony w jestestwie oraz gestykulacji urok wilii. Nierzadko spotykana z grubymi tomiszczami opinanymi przez smukłe ramiona.


Preludium.


Przysypiałam u progu ogromnych połaci zielonych paproci, podczas gdy niczym wypalone w topazie, zimne oczy Odyseusza Lestrange, obserwowały mnie zza grubych denek okularów opasanych w złote oprawy.
- Jak się czujesz Alix? Widzisz bądź słyszysz dziwne rzeczy, dziecko?  
Ponoć od małości spałam z otwartymi szeroko oczyma; każdej nocy niespokojnie, wzruszona tak jakbym została zaklęta w kojcu niekończącego się, wycieńczającego koszmaru. Zwiastowało to wieści dla rodziny Lestrange przygnębiające i przyprawiające o włos twardo jeżący się na skórze. Mieli powody, a raczej całą ich chmarę, bowiem elegię rodzinnego żywota niebiosa spisały jeszcze u świtu prologu naszej genetycznej bolączki, cierpienia duszy wyrytego w rodowych marginaliach. Nie rozumiałam ich przywiązania i przestrogi wytyczającej każdy pojedynczo stawiany krok, ale wtedy jeszcze nie musiałam.
Początkowo nie sprawiałam kłopotów z którymi borykali się świeżo upieczeni rodzice Odyseusz oraz Orpha Flint – grzeczna, potulna i posłuszna na tyle, aby zaskarbić sobie sympatię guwernantek, kobiet które nie przywykły do opieki nad szlachetnie urodzonymi pociechami o usposobieniu godnym starego introwertyka. Nie przepadałam za nauką etykiety, lecz nauk historii magii słuchałam z ustami rozdziawionymi w akcie najczystszej ciekawości i fascynacji dziejami przodków.
Nie dało się jednakże ukryć, iż jako odstające od normy dziecko, dorastające pod nosem wybitnego magipsychiatry z szaleństwem wpisanym w kaligrafię żył, wzbudzałam w bliskich nieodzowne poczucie troski i zmartwienia. Cicha, woląca przebywać ze sobą i swymi myślami. Prowadząca jeszcze nieudolne, sepleniące monologi i prezentująca je samej sobie, tudzież magicznym zwierzętom, z którymi nie dzieliłam wspólnego języka.
– Alix, jesteś tu z nami?
Nie pamiętam już kto o to zazwyczaj pytał. Ojciec? Matka? A może mój starszy brat, Flavien? Nie odpowiadałam, choć teraz zapewne mocno pretensjonalny frazes opuściłby moje usta.
Ciałem jestem, istniałam zawsze, jaźnią wędrowałam do światów nienamacalnych, nieobjętych w materialne, twardo stojące ramy. Wtedy jeszcze nie potrafiłam dobrze nazywać i dociekać, a izolowanie brano za wstydliwość, dziecięcą nieśmiałość i delikatność.
Nic bardziej mylnego.
***
Chciałabym, aby moje narodziny zwiastowały przepotężne, złociste pioruny przeszywające sklepienie schowane pod zwałami ciemności, bądź aby drobne słowiki wyśpiewały na mą cześć arię budzącą do pierwszego tchnienia. Byłabym nimfą, psotną, radosną, szczebioczącą, złotą i okalającą świat śmiechem przywodzącym na myśl wysypane na posadzkę perły. A okazałam się być marmurową statuą o meduzim spojrzeniu. Taką, która niedługo potem miała zacząć paskudnie pękać, pajęczą siateczką paskudnych szczerb, odstraszać wszystko, co żywe i złaknione pięknych floratur.
Wychowana na wyspie Wight raczyłam się wszystkim czym dorastająca latorośl mogła – koncertowałam z syrenami, odciskałam wątłe stopy na wilgoci piasku. Zanurzałam się pod mętną taflą otępiająco chłodnej wody, wierzgając kończynami we wszystkie strony świata. Pierwsze symptomy magii okazały się być dalekie od pandemonium egzaltacji. Ponoć ilekroć wkradałam się do gabinetu ojca, magiczną bryzą owiewałam wszystkie jego pergaminy i tomiszcza wypełniające komnatę. Nie zdarzało się to nigdzie indziej, nawet w rodowej bibliotece, ale podejrzewam, iż podświadomie chodziło mi o wiedzę dla mnie niedostępną, zakazaną i przekreśloną grubym czerwonym znakiem.
Skłamałabym twierdząc, iż pomimo białego marmuru, ciężkich klejnotów i tkanin wyszywanych gwiazdami z nieboskłonu, nie było w naszej rodzinie miłości oraz wsparcia. Nie posiadałam talentu do tańca, ni to baletu, ni to klasyki – pięknego, syreniego głosu również mi poskąpiono, a pianino dopiero stawało się częścią mojej duszy. Od dziecka otaczały mnie instrumenty i muzyka, w tym te z opery Lestrange - nasza rodowa duma. Czy miałam wrodzony talent i cierpliwość do wycieńczającej pracy nad gamami? Nie. One, a raczej sama dyscyplina miały dopiero nadejść. Wejść w obieg krwi.
Rozczarowywałam, nie rozpierałam dumą, ale byłam ich, a oni byli moi. Od zawsze i na zawsze, aż do końca wszystkiego.

Sonata.


Dopiero gdy Edith przyszła na świat uświadomiono mi, iż płynie we mnie ćwiartka krwi szarlataństwa w kryształowej obudowie. Niedługo potem sama zaczęłam przejawiać wszelkie najgorsze symptomy nosicielstwa, pokrewieństwa z wilami, począwszy od samych nieuzasadnionych wybuchów płaczu i frustracji, aż do stanów szału oraz autodestrukcji. Utraciłam niegdyś obecne cierpliwość i opanowanie. Zaczęłam spędzać dnie z rodzicielką i babką, czasem również z dziewczętami podobnymi mnie. Wszystko po to, aby tylko pojąć kim jestem i dlaczego czułam to co czułam – a gargantua tych trudnych do okiełznania emocji z czasem zaczęła przytłaczać swym ciężarem. Musiałam zacząć przywykać, zlepiać się z dorastającą Alix, przed którą dziedzictwo postawiło rosnący raptownie stosik wyzwań do pokonania.    
Zaczęto od hartowania oratorstwa - z czym początkowo miałam duże trudności. Owszem, interesowały mnie kwieciste słowa, rzucane spontanicznie w morskie fale - niekoniecznie oficjalne i uznawane w dialogach istot z mojego świata. Od linijki, do schematu, tak aby nie oczernić się w oczach dalszej rodziny i gdy zawitam do progów Hogwartu. Mówiono, abym skupiała się na prezencji i gracji, z jaką dozuję słowa, ale odkrywałam, iż dużo pewniej czułam się w roli charyzmatycznej mówczyni. Przynajmniej tak właśnie siebie widziałam - dumną, z uniesioną głową, przed swym ulubionym zwierciadłem, prawiącą o sprawach i kwestiach na których się niby znam.
Ojciec coraz pilniej mi się przyglądał. Nie było to jednak zainteresowanie okazywane Flavienowi, a przynajmniej wtedy tak mi się wydawało. Doskonale znam skórzane obicie fotelu w którym moje wątłe ciało się zapadało; zaduch, ołowiane powietrze gabinetu do którego mnie zabierał, coraz częściej nie w roli rodziciela, a lekarza, naukowca, robiącego wywiad ze stałym pacjentem.
Przywiązywałam się do muzyki i sztuki, zrastałam z nimi swoje wewnętrzne wicie. Podsuwano mi również szachy, puzzle i zagadki. Nieustannie testowano mnie i schematy działania mojego umysłu w okrojonych na szeroką skalę działaniach prewencyjnych. Widziałam gorliwość działań ojca, choć zapewne z czasem zaczęło chodzić o coś więcej niżeli obawę o moje zdrowie psychiczne.
Nikt się nade mną nie litował, nikt nie załamywał rąk - wciąż miałam być wzorową damą. Nie mogłam? Więc miałam się starać, aby za taką uchodzić. Uczyłam się gry pozorów, lawirowania między eufemizmami oraz peryfrazami, omijania prawdy i plebejskiej dobitności. Lubiłam swoją bezpośrednią naturę, ale matka mówiła, iż gdy wkroczę na salony, to podziękuję za te lekcje.  
Tymczasem, gra na fortepianie pomagała mi panować nad emocjami, temperamentem, ale i nad głęboko osadzonym przeczuciem, iż jestem chodzącą porażką. Nad postępami czuwali wybitni pedagodzy, instrumentaliści goszczący między innymi na scenie opery w Hampshire. Walcząc o ich uwagę, w grze rywalizowałam również z kuzynkami depczącymi mi po piętach.  
Przeświadczenie o porażce wkrótce miało przemienić się w zapomnianą mogiłę.
Przeznaczona mi bowiem była melodia megalomanii.                                                                                              

Fuga.


Nie zniosłam dobrze wybycia Flaviena do Hogwartu, lecz znacząco wpłynęło to na moją więź z Edith. W jej drobnym ciele widziałam doskonalszą wersję siebie, taką wprawiającą rodziców, jak i postronnych w dumę. Biegałyśmy po rodowej rezydencji, poszarpanych przez morską potęgę, klifach; uczyłyśmy się francuskiego i trytońskiego, teorii muzyki i literatury, podkreślając wagę znajomości nut oraz nazwisk kompozytorów, czy poetów. Kazano nam doceniać literaturę piękną i jej klasyki - o czym bowiem (oficjalnie!) damy miały ze sobą dyskutować jeśli nie o sukniach, muzyce i pogaduchach plotkarskich? Nie były to podręczniki ani nuty, a mimo tego nie wzgardzałam powieściami. Niektóre niosły w sobie wiele życiowych prawd, niektóre olśniewały w tematach, o których nie miałam żadnego pojęcia. Ale czy poza tym powierzchownym, decydowałam się na wgląd do pięknego, idealistycznego świata literatury?
Chciałam, ale na stałe przyciągnęło mnie co innego.
Odcienie ekscytacji jak i przerażenia towarzyszyły mi z ujrzeniem listu zadedykowanego mnie; podejrzewam, iż zapewne i rodzicom doskwierały podobne emocje. Miałam jednak Flaviena, ukochanego brata z innej matki, który przychylnym ramieniem otoczył mnie od chwili przybrania zieleni szat Slytherinu. Czy z połkniętym bakcylem do posiadania wiedzy powinnam była trafić do Ravenclaw? Nie. Za moimi ambicjami kryło się coś innego niżeli chęci wybrukowania pamięci informacjami nie do spożytkowania. Chciałam władzy i potęgi jaki niósł za sobą ten narkotyk; moja zachłanność migotała jaskrawymi barwami równie mocno, co emocje zakorkowane pod pergaminową skórą.
Nie przepadałam szczególnie za Quidditchem, Zaklęciami i Obroną Przed Czarną Magią. Wydawały mi się być zbyt pospolite i monotonne, choć tak naprawdę chodziło również o fakt żmudnych ćwiczeń z różdżką, które dwa ostatnie przedmioty wymagały.  
Nikt za to nie był mi równy Historii Magii oraz Starożytnych Runach, ale skrycie wolałam lekcje, na których rzucano mi liczne wyzwania - jak chociażby w Numerologii. Rywalizacja dodawała zastrzyku adrenaliny, którego tak mocno potrzebowałam. Nie lubiłam szlam, tak mnie wychowano, ale nie miałam oporów, aby ubliżać wszystkim ignorantom oraz słabeuszom bez względu na stan krwi.
Dziewczęta stroniły od mojego towarzystwa, choć początkowo trudno było mi pojąć co mogłoby stać za przyczyną tego stanu rzeczy.
Odkąd pamiętam panicznie bałam się smoków, istot zgoła innych od tych, do których przywykłam od lat dziecięcych. Syreny i trytony władały wodą, smoki władały ogniem. Paradoks tkwił w tym, iż ja sama posiadałam w sobie ognisty rewir, taki który w momentach utraty kontroli nad emocjami, potrafił buchać swą nieokiełznaną mocą. Świadomość egzystencji jeszcze jednej cechy wpływającej znacząco na istotę wszelkich relacji międzyludzkich, przyszła powoli, acz dobitnie osiadając w mojej mentalności.
Mężczyzn, a raczej chłopców, zaczęłam traktować ze swoistą pobłażliwością, głęboko podszytym lekceważeniem i wyższością do której czułam, iż byłam uprzywilejowana. Żyłam w świecie zbudowanym przez mężczyzn i dla mężczyzn, a mimo tego nie potrafiłam skumulować w sobie wystarczająco dużo pokory, uległości wobec ich działań. Nie sprzeciwiałam się ojcu ani bratu przez wieczyście obiecany, w krwi zapisany szacunek. Ale czy ktokolwiek inny zasługiwałby na mą uległość, w pełni świadomości, że to urok wilii ma nad nimi pełną kontrolę?

Requiem.


Pozbawiono ją snu. Wyrwano z moich ciasno zaciskających ramion, z dala od moich koszmarów i samotności. Znaleziono ją już zimną na kafelkach pływających w karmazynowej posoce. Chciałam stać się taka jak ona. Być tam gdzie ona.
Zimna, pod ziemią, tuż obok niej. Nienawidziłam się za oddychanie bez jej obecności. Edith pokonała Serpentyna i nie potrafiłam sobie poradzić z jej stratą.
Pobłażano mi nawet w nieusprawiedliwionych momentach buntu i agresji. Flavien znosił żałobę z honorem godnego nestora – ja popadałam w autodestrukcyjny amok, z którego wybudzałam się tylko po to, aby apatią uprzykrzać resztę monotonii życia. Powrót do szkolnej rzeczywistości stał się koszmarem nie tylko dla mnie, ale i dla otaczających mnie istot. Bali się o mnie. A może bali się mnie?
Nieparzysta koniczyna. Dotąd krocząca własnymi ścieżkami, a może skryta w cieniu nadchodzącego szaleństwa, przekleństwa ciążącego nad naszym rodem? Zapewne wielu zastanawiało się - co mogła zrobić w przypływie takich emocji?
Pierwszego dnia świątecznej przerwy po raz pierwszy dostałam od matki w twarz. Złość, upokorzenie piekły w dotąd blade policzki, kłuły niebotycznie osłabiającą mocą. Wszyscy cierpieliśmy równie silnie, choć żałobę każdy przeżywał w inny sposób.
Jeszcze tamtej nocy ojciec zaprosił mnie do swego gabinetu. „Nienawidzi mnie”, myślałam „chce mnie ukarać”
Nie. Chodziło mu o kontrolę. O uzyskanie kontroli nad pokrętnymi myślami, emocjami, nad stanami nieopisywalnymi. Chciał też więcej. Wiedziałam, że uczył brata oklumencji od lat, ale przenigdy nie posądziłabym ojca o podobne plany względem mnie. Przedstawił mnie wtedy piekielnie trudnej sztuce leglimencji, którą od tamtego momentu gorliwie zaczęłam przyswajać.
Z miernymi jak dotąd rezultatami. Ale czego właściwie oczekiwał?

Psalm.


Do Hogsmeade wymknęłam się ze świtą panien, za którymi nawet nie przepadałam. Na coroczny jarmark nie zapraszano uczniów Hogwartu, więc o przepustkę, a raczej nieformalne zaproszenia staraliśmy się sami.
Namiot okryty czarnym całunem napawał wewnętrznie zakorzenionym, nieuzasadnionym niepokojem, lecz rozsądek kazał ignorować denne obawy. Przyobleczona w cygańskie szaty wieszczka czekała na klientelę przed lichym, rozkładanym stolikiem pod tanim obrusem. Stos kart tarota oraz kula nie zwiastowały nieszczęścia.
- Chcemy wiedzieć, który młodzieniec się w nas podkochuje.
Orzekła jedna z nas, tonem tak nieznośnym i zołzowatym, jak tylko głos rozpieszczonej nastolatki może zabrzmieć.
Nie pamiętam wiele, oprócz momentu, w którym dotąd porywisty wiatr zastygł w raptownym bezruchu. Widziałam oczy o mlecznej zasłonie, bez wyrazu wbite w jeden punkt. Szarpnięcie, ścisk nadgarstka. Niewygładzone paznokcie wbite w moją delikatną skórę.
- Obłęd. W twoich żyłach płynie obłęd. Nie dożyjesz nawet ćwierćwiecza, dziecko.
Wyrwałam się, wywracając stolik oraz karty na kurz ulicy.
Pierwsza żona ojca, matka Flaviena, odeszła z tego padołu w tragicznych okolicznościach. Potem Edith. Serpentyna. Wisiał nad nami połóg śmierci i niepoczytalności, a ja stałam na świeczniku dziwactwa od samego początku, logicznie rzecz biorąc, byłam idealną kandydatką do przysłużenia się kolejnej rodzinnej tragedii. Byłam dla nich jak tętniak, który może w każdej chwili pęknąć. Domyślać się tego, a usłyszeć od tekturowej wieszczki?
Świat się rozpadał. Dotąd żyłam w lukrowanej (jak na obiektywne kanony) otoczce, a widmo wojny, polityka, nie wpadały w wahadła ciężko pracujących neuronów. Jednakże, gdy do murów szkoły zawitał Grindelwald, wszystko uległo zmianie.
Wierzyłam w swą nietykalność, a mimo tego grałam pod odgórnie ustanowione dyktando. Nie oponowałam, gdy uczono nas Czarnej Magii - nigdy nie interesowało mnie zadawanie bólu i cierpienia, swoisty taniec z diabłem. A mimo tego nie znalazłam w sobie wystarczająco dużo odwagi, aby się sprzeciwić. Ci, którzy tak czynili, nie znajdowali u mnie aprobaty.
Byli ode mnie w czymś lepsi.
Podziały mnie nie obchodziły, lecz zaburzenie dotąd panującej harmonii, mojej harmonii i endogenicznego spokoju przyswajania wiedzy, uwierały bardziej niżeli sądziłam. Nie zasypiałam spokojnie z baniastą gulą poczucia winy i wyrzutów sumienia.
Ukończywszy wkrótce szkołę, pośrednio wyścieliłam rodową rezydencję szczerym szczebiotem mojej matki - końcowe egzaminy zdałam na oceny więcej niż zadowalające.
Ale... do czego tak właściwie jest to potrzebne arystokratce takiej jak ja?

Tango.


Na ten pierwszy, wyjątkowy wieczór, miałam obrócić się w perfekcję, taką do miana której nie mogłabym aspirować z indywidualnymi ambicjami. Nigdy nie należałam do wyborowych tancerek, a i w zdolności do zawierania kontaktów towarzyskich nie imponowałam.
Zaczęła się więc kolejna batalia z moim fortepianem - jak dotąd najboleśniejsza i najdotkliwiej godząca w ego. Nie oponowałam - ćwiczyłam pod okiem maestrów, sama każdego ranka i każdej nocy. Krytykowano chaotyczność, brak skupienia i brak wyważenia. Nadmierną emocjonalność w przyciskaniu klawiszy. Tak naprawdę nigdy mi nie zależało na technice, a ekspresji tej wewnętrznej skorupy, stanu ducha. Uczyłam się przesadnych zawiłości dla matki i dla ojca. Wiedziałam ile dla nich będzie znaczyć obce, acz ciepłe słowo rozrzucone na salonach, o mojej osobie.
Pierwszy sabat początkowo sprawiał wrażenie kardynalnej jeremiady. Pragnęłam immersji i stymulacji, a tychże na próżno było szukać na przepięknych salach z najsmaczniejszą śmietanką towarzyską porozrzucaną po atłasowych kanapach. Nie dbałam o wyborowe lwice salonowe, monochromatyzm ich usposobień i kreacji, ani o kawalerów bez werwy czy polotu. Nawet towarzystwo Flaviena i najbliższy kuzynek nie poprawiało nastroju.
Zagrałam wtedy fragment jednego z Adagio koncertu fortepianowego Mozarta A dur, dzieło, które słysząc po raz pierwszy w filharmonii, zdołało wzruszyć do obfitego padoku łez. Niedługo później wychodząc na taras, aby odzyskać dech w piersi, usłyszałam słowa, które przywrzeć miały do mnie aż do dziś.
- To melodia o zgaszonej nadziei. Dlaczego zagrałaś ją na swoim pierwszym sabacie?
Postać stała w nikotynowym obłoku rozpraszającym się w stronę otchłani nocy. Nie widziałam jego twarzy, lecz byłam pewna, że nas sobie nie przedstawiono, a przynajmniej w to właśnie chciałam głęboko wierzyć.
Był inny. Skąpany jedynie w lichych ochłapach księżycowego światła, zdawał się przyjmować, iż obowiązuje go chwilowa, ulotna anonimowość. Brak nudnych konwenansów, od którego nadmiaru zdążyłam tamtego dnia powoli słabnąć. Trochę tajemnicy, wyjście poza sztywne ramy sabatowych konwersacji oraz kilka gramów bezczelności. Ktoś mnie zaintrygował. Zaciekawił. Chciałam słuchać jego elokwentnych przytyków, czasem lakonicznych kontr; trwać w bańce z tym nieznajomym szlachcicem, który sprawiał, że czuję coś innego. Pierwszy, jedyny raz, poczułam coś na kształt trzepotu motyla rozpościerającego swe liche skrzydła na dnie mojego żołądka.
Rozkoszowałam się tą krótką chwilą.
Zniknął niedługo potem, a ja skrycie, ukrycie odliczałam tygodnie do następnego sabatu, rozpalając w sobie żar płonnych nadziei. Pielęgnowałam w sobie te obce emocje; ich inność, niemożność ujęcia w słowa, fascynowały mnie dozgonnie. Zapewne wyłącznie dlatego tak gorliwie wybierałam się na kolejne, zaczynając nawet dbać o detale do tej pory tak nieistotne, jak odpowiedni krój rąbka sukni.
Ale kolejne sabaty mijały, a on się nie zjawiał. Być może dopadały mnie podstępne sidła schizofrenii? Nawet jeśli nieznajomy nigdy nie istniał, to dziękuję wyobraźni za utkanie obrazu  tak zmysłowego, niejednoznacznego.
Tymczasem, na salonach przywdziałam miano Zblazowanej Fortepianistki. Na to hasło, każdy wiedział o kim dokładnie mowa.

Opera.


Nie zawsze patrzy się na mnie przychylnym wzrokiem. Może i jest we mnie sporo z nieznośnej mądrali, czasem narzucam innym swoją opinię, nawet jeśli o nią nie zostałam pytana.
Po szkole kontynuowałam naukę, doszkalając swój już dobrze opanowany trytoński. Całkiem zgrabnie tłumaczyłam jeszcze w czasach Hogwartu, lecz w wieku dwudziestu lat byłam w stanie stać się pełnoprawnym translatorskim wolnym strzelcem, niekiedy współpracującym z samym Ministerstwem Magii. Niedługo potem zainteresowałam się kryptografią i kryptoanalizą - dziedzinami, których dźwięk wprawia brwi postronnych w szybujące ku zmarszczkom czoła, łuki. To astronomicznie trudne wyzwania, które postanowiłam podjąć dla samej siebie. Widziałam i widzę się w roli pseudo archeolożki, odkrywcy i badacza tajemnic, których nikt dotąd nie był w stanie rozwiązać. Marzy mi się chwała i uznanie, wyśpiewywane na ołtarzach peany na mą cześć. Formalne udokumentowanie, iż jestem równie (bardziej?) wartościowym umysłem, co niejeden arogancki mężczyzna.
Wiem. Uosabiam wszystko to, co szlachta od wieków stara się wypleniać. Jestem kakofonią ich symfonii, wydaję z siebie fałszywe tony zakłócające dźwięki uwertury. Jeszcze tego nie widzą dobitnie tak jak czarne ryciny jawią się na kredowym papierze i tak powinno zostać, przynajmniej dopóki za moimi imionami widnieje nobliwe nazwisko Lestrange.
Wielokrotnie zastanawiałam się dlaczego nie włożono jeszcze żadnego ciężkiego pierścienia na mój palec.
Młodsze ode mnie kuzynki się zaręczały, Flavien powoli również brylował na coraz bardziej dorodnych polowaniach. Matka, bez najwyraźnych konsultacji z mężem, ponaglała, pod nos podsyłając profile coraz to różnych kandydatów. Ojciec z kolei swym milczeniem zasiewał we mnie zalążki niepokoju. Planów albo żadnych nie miał, albo wręcz przeciwnie – posiłkował się z jednym, dużym i wymagającym. Możliwe, iż gdybym była mężczyzną, to czyniłabym tak samo jak on. Mogłam uchodzić za wybitnie wartościową kartę przetargową w jednej z wielu jego gierek politycznych. Wiedziałam, że jak bardzo nie skrywałby się pod gładziutką płachtą zaangażowanego w swą pracę psychiatry z powołania, to owe rozgrywał z pasją zawodowego hazardzisty.

Wiem. To nie tym powinnam się przejmować.
Rok 1955 przypieczętowało smoliste widmo przelanej krwi nestorów naszej arystokracji. Nawet na wyspie, ze swoimi notatkami, fortepianem i śpiewem syren, nie czułam już się tak bezpiecznie jak niegdyś. Własna bezsilność, półprzymknięte powieki, zaczęły obrzydzać i odstręczać - najprawdopodobniej to enklawa tych dokładnie nastrojów popchnęła mnie do wzięcia spraw w swoje ręce.
Próbowałam wtargnąć do umysłu ojca po raz pierwszy kilka tygodni temu – żałośnie nędzna okazała się być to próba, bowiem ten akurat pogrążał się w śnie na swoim ulubionym fotelu. Choć nigdy mnie nie uderzył, to oczekiwałam cielesnej kary za czyn tak bezczelny i karygodny. Nie dowierzałam początkowo, choć przysięgam, iż w tęczówkach ojca odbijała się konsternacja; nie odnalazłam za to w jego słowach nagany. Chyba docenił, że próbowałam i się starałam.
Nie dzieje się dobrze; w czasach trwogi nie zgrywam heroiny - lękam się jak każdy inny, chwieję, chyboczę, lecz nie upadam. Nie, jeszcze nie teraz.

Patronus: Ośmiornice należą do grona najinteligentniejszych bezkręgowców, prezentujących tym samym najbardziej złożone zachowania. Te niepozorne stworzenia morskie dysponują rozbudowaną siecią strategii obronnych, posługują się również jadem. Postać patronusa Alix nie jest zbyt wyrazista, możliwe iż wkrótce nie będzie już w stanie wyczarować tego zaklęcia, bowiem jedynie w pełni szczęśliwe wspomnienie jakim dysponuje pochodzi z czasów dzieciństwa. Był to jeden z momentów, którym ona i jej rodzeństwo zasnęli na plaży we własnych objęciach, ukołysani do snu przez szum buńczucznego morza.







-->

-->


-->
Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 10 Brak
Zaklęcia i uroki: 16 4 (różdżka)
Czarna magia: 0 0
Magia lecznicza: 0 0
Transmutacja: 1 1 (różdżka)
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 4 1
Zwinność: 2 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Język francuski II2
Język trytoński II2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Historia magiiII10
KłamstwoI 2
RetorykaII 10
SpostrzegawczośćI 2
NumerologiaI 2
Starożytne RunyI 2
ONMSIII25
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Szlachecka etykietaI0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Muzyka (fortepian)III 10
Muzyka (wiedza)II 3>
Literatura (wiedza)I1
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec balowyI1
PływanieI1
JeździectwoI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Genetyka (ćwierćwila)-5
Reszta: 2

Wyposażenie

Różdżka, sowa



Powrót do góry Go down
 

Alix E. Lestrange

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Rudolf Lestrange
» Rabastan Lestrange (w renowacji)
» Daniel Lestrange
» Rudolf Lestrange
» Bellatrix Lestrange (Black)

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18