Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Jayden Vane
AutorWiadomość
Jayden Vane [odnośnik]22.08.18 10:57

K A R T Y  J A Y D E N A

karty jaydena

Jayden Vane 170718_Obszar_roboczy_1


the fool


the magician


the high priestess


the empress


the emperor


the hierophant


the lovers


the chariot




[bylobrzydkobedzieladnie]


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.


Ostatnio zmieniony przez Jayden Vane dnia 15.12.21 13:58, w całości zmieniany 18 razy
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Jayden Vane [odnośnik]30.10.20 15:40



 

T H E   F O O L

Jayden Vane



24.07.57 | HOGWART

.001
Folly, mania, extravagance, intoxication, delirium, frenzy, bewrayment.
głupiec
Przetarł zmęczoną twarz w momencie przebudzenia, czując, jak coraz szybciej opuszczał go sen, a przebijała się jawa. Mimo wszystko musiał się porządnie przeciągnąć, zanim chociażby sprawdził, w jakim stanie było jego łóżko po wczorajszej, wyjątkowo głośnej nocy. I w jakiej kondycji był on sam. Na szczęście nie widział żadnych zniszczeń, a przynajmniej nic nie napatoczyło mu się na widoku. Ciągle miał w głowie te krzyki Cassiana, gdy buntował się przed snem, a gdy w końcu wydawało mu się, że chłopiec się uspokoił i zasnął, Arden i Sam budzili się pięć minut później z kolejnym wybuchem płaczu. I tak na zmianę. Raz jeden, raz drugi, raz trzeci. Aż obrazy miały dosyć i opuszczały Wieżę Astronomiczną, patrząc z wyraźnym wyrzutem wypisanym na malowanej twarzy. Wolały pilnować śpiących grzecznie uczniów u boku duchów, niż przebywać w zdecydowanie zbyt głośnym gabinecie profesora Vane'a. Prawda była jednak taka, że ów noc była wyjątkowa i wcześniej Jayden nie spotykał się z takim buntem od strony swoich synów. Nie można było jednak mówić, że był to ostatni ich popis... Profesor był ojcem dopiero od dziesięciu dni i wszystkiego się uczył w pojedynkę. Czuł się jak idiota i kompletna sierota, nie potrafiąc odpowiednio zająć się swoimi własnymi dziećmi, ale... Nie spodziewał się, że zostanie z tym wszystkim sam. Być może gdyby wiedział, potrafiłby się jakoś przygotować... Prawda była jednak taka - i doskonale zdawał sobie z niej sprawę - że nic nie mogło go na to przygotować i zapewne wszystko wyglądałoby dokładnie tak samo. A świadomość odpowiedzialności również za uczniów z Hogwartu sprawiała, że Jayowi brakowało czasami tchu. Nie miał bladego pojęcia, jak się to wszystko załamało, a on znajdował się w epicentrum zdarzeń i nie miał na nic wpływu. Paskudne uczucie... Przypominające uderzenie i ogłupienie po mocnym ciosie. Do tego ta pełnia i problem chłopców z zaśnięciem... Astronomowi zdawało się, że ciągnęło się to w nieskończoność i tak na dobrą sprawę nawet nie pamiętał, o której się położył. Wiedział tylko, że kładł się zmęczony, ale senna regeneracja nie za wiele mu dała. Teraz gdy już się obudził, nie czuł polepszenia swojego stanu. Wręcz przeciwnie - czuł się, jakby ktoś jeszcze dobitniej wbił go w materac i nie zamierzał odpuszczać. Wystarczyło jednak, by przekręcił głowę w bok, by dostrzec po drugiej stronie łóżka zapadniętą w miękki materiał poduszki twarzyczkę swojej najdroższej życiowej nagrody. Arden... Tuż za nim spali zawinięci w kocyki jego dwaj bracia - cała trójka wtulona w siebie nawzajem. Nieco rozchylone usteczka Ardena łapały powietrze, a zaciśnięta piąstka wciąż trzymała część włosów mężczyzny - jak zawsze zresztą. Chłopcy musieli mieć jakiś kontakt ze swoim ojcem, dlatego Jayden przestał już się dziwić, że budził się z paluszkami mocno zaciśniętymi na swoim ubraniu czy, jak tego dnia, we włosach. Nie było łatwo wyswobodzić się bezboleśnie i niepostrzeżenie z tego uścisku - w ciągu tych kilku dni zdarzało się, że Vane budził synów swoimi próbami, jednak najwyraźniej także i ich wymęczyła bitwa poprzedniej nocy i żaden z nich nie zareagował, gdy mężczyzna wstał. Patrząc na niewielkie ciałka, które mieściły się w jego dłoni, Jay czuł wewnętrzną pociechę, lecz równocześnie coś bolesnego rozrywało jego podświadomość. Nie chciał zbytnio poddawać się tym uczuciom, dlatego korzystając z okazji, wymknął się do łazienki, czując, jak zmęczenie w ciele dokuczało mu coraz bardziej, ale nie zamierzał wracać do łóżka. Nie mógł zresztą wracać. Miał swoje obowiązki nie tylko jako ojciec, lecz również opiekun pozostałych w Hogwarcie uczniów. Wkrótce miało rozpocząć się przygotowane przez zamkowe skrzaty śniadanie -  nie tak wystawne, jak w ciągu roku, lecz też nie okrutnie skromne. Astronom dostrzegał piętrzące się problemy związane z wojennymi działaniami i nie mógł pozwolić na zbytne marnotrawstwo jedzenia czy prowadzenie rozrzutnego stylu życia, jakim odznaczało się hojne przeżarcie. Jego podopieczni powinni się tego nauczyć, szczególnie jeśli byli dziećmi z mugolskich rodzin, których władze zabiły, pojmały rodzinę i zniszczyły domy. Nie było co ukrywać - było ciężko, a co miało się wydarzyć dalej, ciężko było powiedzieć. Tak samo czy Pomona w ogóle miała wrócić... Jayden czasem odnosił wrażenie, że chłopcy wyczuwali nieobecność kogoś jeszcze. Kogoś, z kim łączyły ich ciała. Kogoś, kogo znali osiem miesięcy... I chociaż mieli dopiero dziesięć dni, dostrzegał coś podobnego... Albo zwyczajnie głupiał już od tego wymęczenia. Niekiedy łapał się na tym, że chętnie podzieliłby się opieką nad tymi małymi pączkami, ale... Nie. To nie mogło i nie miało tak być. Podjął się tego sam i sam miał to ponieść. Gdyby zdecydował inaczej, nie byłoby z nim ani Ardena, ani Cassiana, ani Samuela, a przecież nigdy, nigdy nie wybrałby swojego dobra nad dobro chłopców. Nigdy...
Wchodząc do łazienki, Jay nie mógł pozbyć się z głowy tych myśli, które buzowały mu pod czaszką od czasu zniknięcia Pomony. Gorąca kąpiel zdawała się ich nie zmywać, a wręcz im sprzyjać. Na jego nieszczęście... Gdy oparł się obiema dłońmi o brzeg zlewu, chcąc pozbyć się mroczków sprzed oczu - które pojawiły się po gwałtownym ogrzaniu organizmu - zdał sobie sprawę, że się bał. Bał się nadchodzących dni i tego, co mogło się zadziać. Nie tylko podczas tych najbliższych godzin, lecz również i dalej. W przyszłości. Zastanawiał się w ogóle nad tym, czy pisać listy do Pomony, które może by do niej dotarły z wiadomościami o rozwoju chłopców... W końcu... W końcu na to zasługiwała, prawda? Na to, by wiedzieć. A co jak zaczną chodzić, mówić, a jej nie będzie obok? Nie będzie jej... Nigdy? Nie chciał, żeby traciła te chwile, ale po opadnięciu emocji zostawały jedynie niezręczne momenty ciszy i zwyczajowego mówienia, że będzie dobrze. Mógł oszukiwać sam siebie, próbując w jakiś sposób usprawiedliwiać zachowanie kobiety, by w chwilę później obwinić ją o to, że odeszła. Szalał myślami między tęsknotą a złością i nie był w stanie zatrzymać tego obłędu. Zawsze miał jednak winić siebie samego, za... No, w sumie za wszystko. Mimo że wiedział, że to było pozbawione sensu. Jak i cały on - wyzbyty jakiegokolwiek znaczenia i sensu.
Jay spojrzał na swoją zmęczoną twarz w lustrze i dostrzegł różnice, które zaszły od porodu chłopców. Wydawało się to być tak dawno temu, a przecież minęło zaledwie parę dni... A jednak włosy znowu mu urosły, zarost niefrasobliwie pokrywał twarz, a spojrzenie miało w sobie coś zmatowiałego, już nie tak radosnego i błyszczącego jak wcześniej. Cóż... Może i zarabiał teraz lepiej niż kiedykolwiek, miał przed sobą wizję genialnie rozwijających się badań, dyrektor zaakceptował jego propozycję otwarcia Hogwartu, ale nie potrafił odnaleźć w sobie tego radosnego dziecka, jakim był jeszcze wcześniej. Spoważniał, zdystansował się. Jedynie przy chłopcach był taki, jaki powinien, ale nie do końca... Dało się to jeszcze jakoś naprawić? Żeby... Żeby po prostu przestał? Żeby był ojcem, a nie zrozpaczonym za żoną mężem? Dało się to w ogóle od siebie oddzielić?
Przed wyjściem z pomieszczenia po raz ostatni spojrzał na swoje odbicie w tafli lustra, po czym odrzucił ręcznik i ubrał się, wiedząc, że jego mali współlokatorzy zapewne już się obudzili. Nie mógł ich tak zostawiać, mimo że otoczeni odpowiednimi zaklęciami, nie mogli zrobić sobie krzywdy. Chyba taka cecha rodzicielska... Nawet z zaklęciami nie wierzył, że wszystko było w stu procentach bezpieczne. Zauważył, że również na ścianach pojawiały się powoli obrazy w swoich ramach, zerkając z zaciekawieniem na leżącą na łóżku trójkę. - Hej, małe sprouty! - przywitał się, wchodząc już z powrotem do sypialni i widząc, że powoli jego dzieci zaczynały otwierać te małe, przepełnione jeszcze czernią oczka. Cassian kichnął na dzień dobry, Arden ziewnął, a Sam po prostu czekał, aż właściciel męskiego głosu podejdzie bliżej tak, by mógł go zobaczyć. Z tego co profesor czytał, dzieci w tak wczesnym okresie życia nie miały jeszcze rozwiniętego zmysłu wzroku, by sięgać dalej niż na odległość wyciągnięcia rączki, dlatego też Vane nie kazał im czekać. - Wstajemy i idziemy na śniadanie. Znacie procedurę - rzucił z rozbawieniem, podchodząc bliżej i siadając na brzegu łóżka, by przywitać się z każdym mini-sobą oddzielnie. Mógłby przy okazji przysiąc, że bezzębne, delikatne uśmiechy pojawiły się na małych usteczkach. Musieli się jednak liczyć z karą, jaką było torturowanie delikatnego brzuszka brodą taty przy obcałowywaniu. I chociaż nigdy nie miało mu się znudzić doglądanie dzieciątek, nie mógł powiedzieć, że był mistrzem przewijania i porannych kąpieli. Wciąż nie mógł zrozumieć, w co miał włożyć ręce, jak przewinąć odpowiednio, gdzie zapiąć kocyk czy ubranko. Przez to ów procesy zajmowały mu trzy, jeśli nie cztery razy dłużej niż normalnie innym ludziom. Robił to jednak samodzielnie, z trojaczkami i z otwartą książką, z której ciągnął wszelkie informacje. Roselyn oczywiście pokazywała mu podstawy, ale co innego patrzeć, a co innego samemu się tym zajmować... Tak czy inaczej, wciąż się uczył i uczyć zapewne nie miał przestawać, bo książki mówiły, że bycie rodzicem to nie taka prosta sprawa i należało być przygotowanym na wszystko. A to był dopiero początek i Vane'owi zdawało się, że umiał coraz mniej niż coraz więcej... Wymęczony nocnym mocowaniem się z rozpaczą chłopców musiał jednak być w pełni gotowości oraz uwagi - sam chciał się zahartować, ale najwidoczniej Cassian, Arden i Sam zmówili się, by go w tym wspomóc. Nie marudzili jednak ani trochę podczas porannej toalety, wpatrując się jedynie w ojcowską twarz i czekając na rozpoczęcie dnia solidną porcją mleka, dostarczaną dzięki zaczarowanym butelkom mleka, które zamkowe skrzaty musiały specjalnie przyrządzać. Jayden musiał się też tego nauczyć, ale jeszcze nie teraz... Nie, gdy był tak wycieńczony. Koniec końców spóźniony na śniadanie w Wielkiej Sali opuścił Wieżę Astronomiczną z trójką synów. Ci, ułożeni jednak w wiklinowym koszu - który stał się niejako ich małym domem - lewitowali za swoim ojcem przez cały zamek, spędzając u jego boku każdą chwilę.

to be continued...




[bylobrzydkobedzieladnie]


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.


Ostatnio zmieniony przez Jayden Vane dnia 04.07.21 14:35, w całości zmieniany 5 razy
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Jayden Vane [odnośnik]24.04.21 11:08

 

T H E   M A G I C I A N

Jayden Vane



17.05.57 | HOGWART

.002
REVERSED: Manipulation, poor planning, untapped talents
mag
Zbrodniarze na wolności. Terroryści. Wrogowie publiczni. Ludzie zagrażający brytyjskiej wolności. Jeśli wiesz, powiedz prawdę. Prawdę... Prawdę, która widniała na zakłamanym papierze? Czym była prawda? Sądził, że nie było w jego życiu miejsca na kłamstwa. Że nie było go i nie mogło być, bo przecież znajdowały się one wszędzie indziej tylko nie blisko niego. Nie w jego okolicy. Nie dlatego, że był wyjątkowy. Nie dlatego, że był nieskazitelny. Bezbłędny. To nie on sam siebie w tym wszystkim definiował, ale najważniejsza osoba. Ukochana. W jego oczach idealna, pozbawiona skaz, równocześnie boleśnie ludzka w swoich wadach i piękna w niedoskonałościach. To ona naznaczała to kim był, jak i dlaczego. Właśnie dlatego, że był związany z kobietą, która - jak wierzył - nie miała powodu, by go oszukiwać, czuł się bezpieczny. Nietykalny i odgrodzony od całego fałszu, który otaczał świat i dotykał każdego tylko nie ich. Tylko nie ich... Mógłby skoczyć za nią w ogień dla niepodważalności ich relacji. Mógłby wystawić się na największy ból, wierząc, będąc całkowicie przekonanym, iż nie miała przed nim sekretów. Nie takich, jakie mogłyby zniszczyć zaufanie wzmacniające się dzięki następnemu etapowi życia - wybranego, rozpoczętego przez nich samych, obiecujących sobie przyszłość, lojalność. Wierność i bycie zawsze obok. Trzymała go wówczas za rękę. Patrzyła w oczy. Przysięgała, zostając jego żoną już oficjalnie i właściwie. A przecież już wówczas wiedziała, że nie mówiła mu całej prawdy o sobie. O tym, co tworzyło jej historię. Miała tyle czasu... Tyle dni, tyle okazji, by wyjawić to, co ukrywała. To, co jej ciążyło i to, co ją niszczyło. W końcu nie wierzył w to, że nie odczuwała tego na sobie. Faktu, że nie była z nim szczera i nie wywoływało to w niej poczucia zagubienia, winy, koszmarnego bagażu. Znał ją - wiedział, jak obwiniała się faktem nieślubnej ciąży, jak bardzo chciała ją ukryć. Ukryć samą siebie w tym wszystkim i jedynie on nie pozwolił jej uciec. Zniknąć. Bo chciał tego. Chciał życia z nią. Chciał rodziny, którą mogli współtworzyć. Chciał kolejnych kompromitujących sytuacji, z których mogli się później śmiać. Chciał poważnych spraw i tych bardziej błahych. Chciał zajętych dni i tych pustych, gdy nie robili nic produktywnego, a jedynie wpatrywali się w sufit lub siedzieli na ławce za domem. Chciał już zawsze czuć się na właściwym miejscu z właściwą osobą. Zawsze. A jedyne czego było potrzeba tak naprawdę do osiągnięcia przez niego pełni szczęścia, było zaufanie. Zaufanie, które sądził, że posiadał. Zaufanie, bez którego wszystkie momenty z przeszłości traciły na znaczeniu. Zaufanie, bez którego nie byli w stanie widzieć się w pełni szczerości. On nie potrafił widzieć ich w taki sposób, a przecież chciał! Chciał z całych sił, a jednak... Jednak był tam. Z dłońmi zaciśniętymi na wygniecionym liście gończym z widniejącym na nim zdjęciem Pomony.
Każdy z nas może zostać bohaterem swojego kraju – wypełnij obywatelski obowiązek i zadbaj o bezpieczeństwo swoje, swojej rodziny i całej czarodziejskiej społeczności. Bezpieczeństwo... Kim była jego żona, aby zagrażać bezpieczeństwu innych ludzi? Dzieciom? Znał ją. Merlinie... Sądził, że ją znał, ale to wszystko... To wszystko odbierało mu dech. Zrobiło mu się niedobrze, a nieprzyjemne uczucie rozlało się po wyschniętym gardle, wymuszając w męskich oczach łzy oschłości, bezradności - szybko przetarte rękawem płaszcza i zapomniane. Niechciane. Wciąż czuł, jakby dostał kijem w głowę, bo w uszach ciągle świszczało mu od nigdy niemającego miejsca uderzenia. A jednak ta informacja ścięła go z nóg. Dosłownie osunął się na ziemię, gdy O'Malley wepchnął mu w dłonie przyczynę całego hogwarckiego zamieszania. Co ty tu robisz, Vane?! Weź tydzień wolnego. Nie pogarszaj sytuacji! Nauczyciel starożytnych run próbował potrząsnąć Jaydenem, postawić go na nogi, gdy astronom osunął się po ścianie, nie czując siły, by stać. Cała szkoła o tym mówi! Cała Anglia! To do niego nie docierało. To nie mogła być prawda. To nie działo się w rzeczywistości, którą znał. Przyszedł tylko do pracy. Jak zawsze tego samego dnia, jak zawsze mając w planach całą rozpiskę zajęć. A jednak spojrzenia rzucane mu w niedowierzaniu, zaskoczeniu, niezrozumianych przez niego uczuciach towarzyszyły mu, odkąd tylko przekroczył próg Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Nabierały sensu w swoim bezsensie. W okrutnej prawdzie i kłamstwie jednocześnie. Nawet nie wiedział, kiedy i jak znalazł się poza murami zamku. Chyba O'Malley wciskał mu w dłonie świstoklik wracający go do Killarney, a po aktywacji coś szarpnęło w charakterystyczny sposób Jaydenem, rzucając go na irlandzkie pola. A on nie potrafił się zebrać. Nie potrafił wstać ani powiedzieć, w jakim czasie się znajdował. Wyrwany z rzeczywistości i rzucony w nieznany świat bez wspomnień, bez poznania, bez jasności własnych działań. Chciałby nie pamiętać. Chciałby nie wiedzieć. Chciałby nie musieć zderzać się z faktem, że to była prawda. Chciał, żeby zaprzeczyła. Chciał, żeby się wyparła. Żeby kłamała... Żeby powiedziała, że to wszystko było fałszerstwem. Stojąc przed nią z zaciśniętymi w pięści dłońmi, drżał w emocjach, nie mając pojęcia, co się tak naprawdę działo i jak do tego doszło, że działo się to właśnie im. Że jego słowa zderzały się z murem ciszy. W końcu sądził, iż miała mu coś do powiedzenia, ale ona milczała. Usilnie milczała... Widział to w jej oczach zaszklonych od łez - milczących i krzyczących jednocześnie. Wciąż kochających... Pragnących zrozumienia, którego nie był w stanie jej dać. Nie. Nie był zły na nią. Był zły na siebie. Na to, że nie widział. Lub że nie chciał widzieć. Że był ślepy, ograniczony. Idiota.
Poniżej publikujemy listy gończe z wizerunkami niebezpiecznych jednostek pozostających wciąż na wolności. Miał być z niej dumny. Był z niej dumny. Z faktu, iż posiadała w sobie hart ducha, który stał się dla niego symbolem walecznej kobiety, która bez względu na okoliczności postanowiła zostać. Walczyć z chorym społeczeństwem i nie dać się stłamsić. Kłócili się, oczywiście, że się kłócili o to, by nie uciekała, ale to nie miało znaczenia. Był z niej dumny. Z tego co osiągnęła. Z tego, jakim była profesorem. Z tego, że potrafiła przez lata prowadzić swych uczniów ku postępowi, ku wiedzy, ku rozwojowi. Z tego, jakim była człowiekiem i tego, czego dokonała właśnie dla niego. Że zajęła się nim; że rozbudziła w nim zaginione, nigdy niewyjawione na powierzchnię uczucie łaknienia drugiej osoby. Że pozwoliła mu, by był jej pierwszym, ostatnim, jedynym mężczyzną. Że pozwoliła mu być jego pierwszą, ostatnią, jedyną kobietą. Że stworzyła z nim świat wolności - ich świat wolności opierający się na zasadach wyznaczanych przez nich samych. Była dla niego kwintesencją miłości, ideału, bezpieczeństwa i przystani. Wielu ludzi na świecie naprawdę nie rozumiało lub mówiło, że nie rozumie, czym naprawdę było przywiązanie. On sam sądził, iż znał odpowiedź na to pytanie, lecz jakim był głupcem. Dopiero przy niej zrozumiał to w pełni. Była powiewem przyszłości. Płomieniem nigdy nie gasnącym, spalającym się wiecznie w cieple, w którego promieniu chciał się znajdować. Nigdy przecież nie wyobrażał sobie, by mógł pożądać drugiej osoby w ten sposób. Tak mocno. Tak nieustannie. By w każdym swoim geście ukrywał wyznanie miłości. Kocham cię, bo nie umiem inaczej. Nie chcę inaczej. Nie pozwól, by było inaczej...
Są to ludzie działający całkowicie poza prawem: zdrajcy krwi, terroryści, przeciwnicy jedynego prawomocnego rządu oraz szlamy. Wolność stwarzała wiele problemów, ale przecież nigdy nie musieli wznosić muru, żeby trzymać na uwięzi ludzi. Nie musieli wyznaczać nagrody za dziećmi, za kobietami w ciąży. Te listy... Ta wojna były najbardziej oczywistym, jaskrawym dowodem niepowodzeń systemu panującego na brytyjskich wyspach i widział, musiał widzieć to cały świat. Okrucieństwo, agresja były przestępstwem nie tylko wobec historii, ale również wobec człowieczeństwa: rozdzielało rodziny, mężów i żony, braci i siostry, dzieliło ludzi, którzy chcieli być razem. Prawda o tym co się działo było prawdą o nich samych - w ich ojczyźnie nie miał zapanować rzeczywisty, trwały pokój, dopóki co każdy Brytyjczyk, każdy obywatel nie miał mieć podstawowego prawa, przysługującego wolnym ludziom. Prawa do dokonywania wolnego wyboru. Gdzie było ich prawo do wolności? W tym również prawo do łączenia swoich rodzin i jednoczenia swojego narodu w trwałym pokoju i dobrej woli dla wszystkich ludzi? Chciał patrzeć w przyszłość bez obawy, bez strachu - chciał wznosić wzrok ponad niebezpieczeństwa dnia aktualnego ku nadziejom jutra, ponad wolności jednostki czy tylko Anglii. Chciał bez wstydu powiedzieć, iż następował postęp wolności wszędzie na świecie, jednak kłamałby. Łgałby, mówiąc, że nie było niesprawiedliwości w fundamentalnym prawie, z którym winien był rodzić się każdy człowiek. A teraz ich rząd, ich władza dyktowała własne warunki. Definiowała cały świat na nowo pod swoje własne pragnienia. Jayden jednak nie zamierzał pozwolić na to, by odebrali mu tę wartość. By zakłamali to pojęcie. Ministerstwo mogło zapewniać, iż robiło to dla dobra obywateli. Zakon mógł próbować wprowadzać własny chaos, lecz nie rozumieli najważniejszego. Wolność była wszak niepodzielna, i kiedy jeden człowiek pozostawał zniewolony, nikt nie był wolny. Dopiero kiedy wszyscy mieli być wolni, wówczas mogli oczekiwać dnia, gdy to podzielone państwo miało się połączyć, rodziny zjednoczyć, a Wielka Brytania stać się częścią świata pokoju i nadziei. Kiedy ten dzień w końcu miał nadejść, być może nigdy. Być może była to jedynie wizja złaknionego prawdy, wyczerpanego umysłu idealisty. Być może ten świat nie istniał i został stracony na porażkę. Z góry przepowiedzianą i proroczo wykonywaną. Być może Jayden nigdy nie miał mieć szansy na zrozumienie tego, dlaczego to wszystko doprowadziło do jednego kłamstwa, ciągnącego za sobą tak okrutne konsekwencje. Być może nigdy, ale wiedział jedno. Że miłość miała być na zawsze.

to be continued...




[bylobrzydkobedzieladnie]


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.


Ostatnio zmieniony przez Jayden Vane dnia 04.07.21 14:09, w całości zmieniany 2 razy
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Jayden Vane [odnośnik]26.06.21 15:42

 

T H E   H I G H  P R I E S T E S S

Jayden Vane



25.12.56 | HOGWART

.003
Intuition, sacred knowledge, divine feminine, the subconscious mind
kapłanka
Siedząc w bożonarodzeniowy poranek na Wielkiej Sali, Jayden nie mógł nie zauważyć nieobecności Pomony. Krzesło przeznaczone dla nauczycieli zielarstwa stało puste, a nieprzyjemny chłód wiejący z tamtego kierunku zdawał się wkradać pod męską koszulę, powodując powstawanie gęsiej skórki. Czy to było jedynie fantomowe działanie jego wyobraźni, czy prawda - nie potrafił powiedzieć. Wiedział jedno - nie było jej tam i ten brak był niesamowicie dotkliwy. W końcu zawsze była. Odkąd tylko pojawiła się w Hogwarcie, zajmowała miejsce przy jego lewym boku. Oczywiście tylko jeśli Vane nie przegapił któregoś z posiłków, a co zdarzało mu się dość często, gdy robił coś innego lub po prostu odsypiał prowadzone w nocy obserwacje. Tudzież lekcje. Tudzież jedno i drugie. Odkąd tylko przyszło im się spotkać. Jayden wiedział, że przybyła mu kolejna osoba do grona przyjaciół. Ciężko było w końcu zapomnieć spotkanie na świątecznym balu, gdzie młody astronom miał szansę po raz pierwszy stanąć twarzą w twarz z nową nauczycielką zielarstwa. Była młodsza od niego, ale nie wyglądała na kogoś, kto nie znał się na swojej specjalności. A przy okazji sprawiała wrażenie naprawdę ciepłej i dobrotliwej osoby. Momentalnie wzbudziła sympatię drugiego z profesorów, gdy jako najmłodsi z kadry stali się niejako nierozerwalnym duetem. Reszta nauczycieli chyba też przywykła z miejsca do takiej wizji - jeśli trzeba było załatwić coś wymagającego większego zaangażowania, zlecali to młodym, którzy podejmowali się owego zadania z wielkim zapałem i chęcią. Tak samo jak Jayden od razu zadeklarował swoją obecność na aktualnych Świętach Bożego Narodzenia. Hogwart potrzebował opiekunów, a nie zamierzał nikomu odbierać możliwości spędzania tego wyjątkowego czasu z bliskimi. Jeśli było trzeba, mógł sam spróbować operować szkołą. Na szczęście nie było to potrzebne, bo zgłosił się ktoś jeszcze. Gdy u jego boku stanęła Pomona, wyglądał przez chwilę na nieco zaskoczonego, ale dość szybko uśmiechnął się do niej ciepło. Później doszło jeszcze kilku innych nauczycieli i dyrektor Dippet mógł nie martwić się o podział pracy na czas świąteczny. Zamek był wszak w dobrych rękach. Podobnie jak garstka uczniów.
Dni mijały im w spokoju i ciszy. Ten, o którym myślał profesor, nie wyróżniał się niczym specjalnym na tle reszty. Był to jeden z kolejnych dni, jakie spędzali w niewielkim gronie dzieci, nie martwiąc się za bardzo tym, co miało przyjść później. A przynajmniej właśnie tak wszystko miało się prezentować - spokojnie, radośnie, bez strachu wiszącego nad wszystkimi niczym niechciany parasol mroku. Jay z resztą nauczycieli starali się, aby się tak nie działo. Aby uczniowie nie musieli stresować się szaloną pogodą, którą zresztą dorośli starali się opanować. Wspólnie z gajową poszli nawet wybrać odpowiednie drzewo, by przystroić je jako choinkę. Vane czuł się naprawdę dobrze i przykre miesiące zdawały się pozostać za nim. Dużą pomocą w ujarzmieniu wewnętrznego huraganu okazały się właśnie te Święta Bożego Narodzenia, które spędził w Hogwarcie. Na pytanie dyrektora Dippeta kto mógłby zostać z dziećmi pozostającymi na zamku w tym czasie, zgłosił się od razu. Rodzice i tak zamierzali dołączyć do reszty Vane'ów w Irlandii, więc nie mieli być sami, a Jayden jakoś nie wspominał dobrze ostatniego zjazdu ze swoją całkiem pokaźną rodziną. Zawsze zresztą lubił opiekę nad kilkunastoma uczniami w momencie, kiedy potrzebowali największego wsparcia, a Święta były właśnie takim czasem. Plus potrzebował tego. Ciszy, spokoju. Innego klimatu. Szkoła była wtedy taka pusta, ale równocześnie można było mieć ją całą dla siebie i nie przejmować się zakazami biegania po korytarzach czy przesiadywania w Wielkiej Sali nad pękatym talerzem ciast. Jay pamiętał jak parę razy zostawał na zamku jeszcze jako kilkunastoletni Krukon i nie mógł powiedzieć, by było mu specjalnie smutno z tego powodu. Nic więc dziwnego, że bez większego problemu zgodził się na pełnienie dyżuru w tym roku. Miłym zaskoczeniem było właśnie zgłoszenie się również Pomony do pilnowania dzieci, ale obecność przyjaciółki znaczyła dla astronoma o wiele więcej, niż można było powiedzieć na pierwszy rzut oka. Nie dlatego, że chciał, aby była w Hogwarcie z daleka od bliskich, ale dlatego, że jej towarzystwo go uszczęśliwiało. Tak... Tak po prostu. Bez większego wyjaśnienia. W ciągu dnia każde zajmowało się swoją grupą podopiecznych, spotykając się na Wielkiej Sali podczas posiłków, jednak jakimś zrządzeniem losu drogi astronoma dość często przecinały się ze ścieżkami wybieranymi przez zielarkę. Mijali się na korytarzach, planowali wspólne wypady do Hogsmeade z dziećmi. Ich rozmowy pełne były dawnego spokoju i rozluźnienia, za którym było mu tak tęskno. Napięcie nie było naturalnym stanem w ich znajomości i gdy pozbyli się tego nieprzyjemnego balastu, odnalezienie ponownie wcześniejszego trybu nie było wcale takie trudne. Wręcz przeciwnie — Jayden sięgnął po niego zdecydowanie sprawniej, niż podejrzewał. I koegzystowali już jak dawniej. W trakcie przerwy świątecznej nie siedzieli jednak jedynie na zamku. Wspólnie uporali się z jego mieszkaniem, zabierając część rzeczy do Trzech Mioteł i Wieży Astronomicznej, przygotowując powoli numer siedemnasty do sprzedaży; pilnowali dzieciaków podczas odwiedzin w Miodowym Królestwie, aby nie pochorowały się od zbyt dużej ilości słodyczy i znów zaczęli przesiadywać w kuchni dłużej, niż powinni. To był dobry czas. Nadrabiania straconego czasu, jaki sobie odebrali przez tamtą kłótnię. Która jednak nie była niepotrzebna. Wszak dzięki temu zrozumieli, ile dla siebie znaczą i że ciężko było im trzymać się od siebie na dystans. Potrzebowali swojej obecności, podobnie jak potrzebowali rozmów. Tych poważnych i tych mniej również.
Wieczorna uczta dnia poprzedniego - jak już zwykle od początku świątecznej przerwy - odbyła się przy stole Puchonów. Co tak naprawdę było pewnego rodzaju pomysłem Jaydena, aby wszyscy siedzieli razem - nauczyciele i uczniowie. By czcili rodzinne Święta wspólnie, nie zaś oddzielnie. I chociaż dla starszych opiekunów wydawało się to dziwnym ruchem, Pomona podążyła za astronomem. Jej ciągłe wsparcie było miłym gestem wobec mężczyzny, który co jakiś czas łapał się na tym, że wodził wzrokiem za koleżanką z pracy zdecydowanie częściej niż wcześniej. Nie umiał tego dokładnie wyjaśnić, ale nie potrafił się też powstrzymać. Również i wtedy - na wieczornej uczucie - gdy siedziała naprzeciw niego. Posłała mu wówczas ciepły uśmiech, a spojrzenie spod gęstych rzęs osiadło na chwilę na nieistniejącym punkcie jego klatki piersiowej. Zupełnie jakby sprawdzała, czy wciąż miał tam serce. A on obserwował zmiany, jakie w niej zachodziły. Delikatne uniesienie prawego kącika, co wytworzyło wgłębienie w policzku. Przygryzienie dolnej wargi, zanim nie zajęła się rozmową z sąsiadującą tuż przy jej boku dziewczynką. Odgarnięcie naprędce opadających na czoło długich fal, których miękkość astronom zdołał już poznać. Gdy jeden z pierwszorocznych Krukonów, zaczął ciągnąć Jaydena za rękaw, aby zwrócić na siebie uwagę nauczyciela - wgapiającego się wciąż w Pomonę - zielarka widząc to, roześmiała się, ale też szybko oblała rumieńcem. Siedząc tam razem, w otoczeniu dzieci, będąc w ukochanym zamku, Vane zdał sobie sprawę z czegoś, co nim wstrząsnęło. Nie odezwał się jednak niczym i milczał, aż do późnych godzin nocnych, nosząc w sobie własne przemyślenia. Bo w końcu było to tak dziwne... Tak niemożliwe, a jednocześnie możliwe, że... Nie. Nie potrafił być też się uspokoić, chodząc po całym Hogwarcie i pilnując podopiecznych.
Dopiero koło północy zaczął myśleć o czymś innym. A wszystko za sprawą jednego z kuchennych pomocników, gdy w Wieży Astronomicznej pojawił się jeden ze skrzatów. Poprosił wówczas profesora o pomoc przy pakowaniu prezentów, na co Vane ochoczo przystał. Pakowanie prezentów dla uczniów wydawało się w końcu oczywistym wyborem. Nie czekał zbyt długo, gdy dostarczone zostały mu odpowiednie materiały, a na podłodze gabinetu leżały kolorowe papiery, wstążki, ozdobniki i oczywiście przedmioty do spakowania. Nie znał się na tym za dobrze, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Przy dźwiękach ulubionej melodii pracował w samotności. Do czasu... Nie wiedział, jak, skąd ani kiedy, w drzwiach pojawiła się Pomona. W długiej koszuli nocnej powitała go ciepłym uśmiechem. Skrzaty powiedziały, że przyda ci się pomoc, powiedziała i nie czekając na zaproszenie, zaczęła rozporządzać procesem całego pakowania. A Jayden jedynie patrzył na nią, mało co mówiąc. Robili to w końcu wspólnie - przy strzelaniu drewna w kominku i ciepłym mleku mogliby zapewne spędzić całą wieczność. Wszystko było jak w najlepszym porządku, do czasu aż Jay nie zamieszał bardziej niż do tej pory. Przecież wiedział, że to było za dużo. Za szybko, ale to był impuls. Nachylił się w pewnym momencie, ujmując jej policzek i całując. Krótko, delikatnie, nie narzucając się w żadnym wypadku. Pozwolił sobie oprzeć czoło o to należące do niej, czując przy okazji, że serce waliło mu jak oszalałe. Zanim jednak zdążył coś powiedzieć, odsunął się, a mina Pomony mówiła wszystko. Wybąkała coś, że musi już iść i... Uciekła. A on został sam, nie mając pojęcia nawet, co się wydarzyło. Nie mógł zasnąć przez resztę nocy i następnego ranka, gdy siedział już na Wielkiej Sali przy stole dla nauczycieli, milcząc. Nie rozmawiał z zielarką od tamtego momentu. Zdecydowanie go unikała i nie mógł jej za nic winić, ale nie mógł też powiedzieć, że żałował. Bo przecież... Przecież wcale tak nie było. Wiedział, że to było zbyt gwałtowne i zbyt zaskakujące, ale... Nie. Musiał jej powiedzieć o wszystkim. Musiał poczekać do wieczora, ale zamierzał ją znaleźć, pójść do niej i wyznać wszystko, co kotłowało się w nim od wielu tygodni i co nabrało sensu dopiero kilkanaście godzin wcześniej. Bo o tym, że kochał Pomonę Sprout, był przekonany. Nic nie mogło mu tego wyperswadować. Potrzebował jej i musiał powiedzieć jej prawdę. Nawet jeśli konsekwencje miały być bolesne.
Wpierw jednak musiał jakoś przetrwać do wieczora...

to be continued...



[bylobrzydkobedzieladnie]


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.


Ostatnio zmieniony przez Jayden Vane dnia 04.07.21 14:35, w całości zmieniany 2 razy
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Jayden Vane [odnośnik]01.07.21 20:04

 

T H E   E M P R E S S

Josephine Vane



01.06.27 | LONDYN

.004
Femininity, beauty, nature, nurturing, abundance
cesarzowa
Obudziłam się w ciszy. Otulona kołdrą, którą okrył mnie wcześniej mąż, a przyjemny chłód porannego, świeżego powietrza docierał do moich rozgrzanych policzków zza rozchylonego okna. To było miłe orzeźwienie po kilku godzinach snu. Wiedziałam też dzięki temu, że Ethan wyszedł już do pracy. Zdawał sobie doskonale sprawę z faktu, jak bardzo nie lubiłam zaduchu w sypialni i przystawał na ten kompromis. Nawet w zimowych miesiącach preferowałam chłodniejsze powietrze, co niezbyt mu się podobało, ale nie potrafił nigdy mi odmawiać. Chyba właśnie taka była władza kobiet nad mężczyznami - nie umieli się przeciwstawić. Zresztą doskonale wiedział, iż ta mała przewaga przynosiła mi wiele miłych emocji już z samego rana. Tego dnia nie musiałam się jednak martwić o przeziębienie czy stan podgorączkowy - zaczął się czerwiec i chociaż dnie bywały ukropowe, wczesne godziny nie przynosiły jeszcze gorącego powietrza. Dlatego z lekkim uśmiechem i przymkniętymi oczami wtuliłam twarz w poduszkę, ciesząc się chwilą zawieszoną w czasie i przestrzeni. W końcu to był idealny moment na pobudkę w jakże idealnym dniu. Przygotowywałam się wszak do niego już od sześciu tygodni i zapewne zajęłabym się tym wcześniej, gdyby nie szalenie napięty grafik występów. Moja kariera przybierała na sile i chociaż byłam jeszcze taka młoda, ludzie zdawali się czerpać z muzyki wychodzącej spod moich palców niesamowitą radość. Nie zamierzałam im odmawiać podróży w nieznane i chociaż mogłam to robić każdego dnia, wiedziałam, że mam też inne obowiązki. Teraz byłam nie tylko żoną zapracowanego, przyszłego uzdrowiciela, ale także matką. I to najwspanialszego dzieciątka pod słońcem. Na samą myśl rozpaliło mnie ciepłe uczucie i - nie patrząc na to, co wypada wychowanej damie - skopałam z siebie pościel, szybko wstając z łóżka. Koniec leniuchowania. Chciałam jak najwięcej czasu spędzić z synkiem. Szczególnie teraz. Szczególnie dzisiaj. Występy nie przeszkodziły mi w przygotowaniach - gdy zakończyłam serię koncertów, moje rozmyślania nie były później na szczęście już niczym zakłócone i mogłam planować do woli. Wiedziałam też, że mieliśmy z Jaydenem cały dzień dla siebie - żaden gość, żadna wizyta nie była w harmonogramie, dlatego czułam się w pełni swobodnie. Ethan miał do nas dołączyć wieczorem, ale nie zamierzałam odciągać go od jego zadań - obiecał w końcu, że wróci na obiad i ufałam mu w tej kwestii. Nie przeszkadzało mu to, że miałam zostać sama z dzieckiem. Oczywiście, że cieszyłam się, gdy spędzaliśmy czas w trójkę, ale brakowało mi też momentów, gdy byłam tylko ja i mój malutki synek. I oczywiście, że wiedziałam również, jak mieliśmy go spędzić. Nie zamierzałam marnować anni minuty, dlatego narzuciłam na siebie cienką tunikę i w drodze do sypialni dziecięcej, plotłam na szybko długie włosy w warkocz. Nikt na mnie nie patrzył - mogłam więc pozostać nieco nieskrępowana. Annabelle dostała wychodne. Nie musiałam więc udawać przed nianią odpowiedzialnej pani domu. Wiedziałam zresztą, że dobrotliwa panna Moore nigdy by mnie nie skrytykowała. Uważałam ją nawet za dobrą towarzyszkę, a wspólna przeszłość rodziny Ethana oraz jej sprawiła, że przebywanie w jej obecności nie było niczym ograniczającym. Przebywanie charłaczki było wręcz naturalne. Zresztą uwielbiała swojego podopiecznego - kto by tego nie zrobił? Mój syn. Moje dziecko. Moje wszystko. - Wszystkiego najlepszego, Gwiazdeńko. - Rozczulone, wypowiedziane z inną tonacją pozdrowienie wydobyło się z moich ust, gdy tylko pochyliłam się nad łóżeczkiem, w którym znajdował się mój chłopiec. Zareagował momentalnie, wyciągając w moją stronę pulchne rączki, a niesforne, gęste włoski opadały mu na czółko. Nie czekałam - wzięłam go na ręce, przytulając do siebie najmocniej, jak tylko mogłam. Ucałowałam go w odsłonięte uszko, powodując przy tym salwę perlistego śmiechu. Gdzieś przetoczyło się oczywiste ma-ma, wypowiedziane z charakterystyczną pauzą, ale nie przeszkadzało mi to ani trochę. Uwielbiałam ten dźwięk, bo przecież był cudem. Żywym dowodem na to, że niemożliwe stało się możliwe. Że tworzące się we mnie życie, po dziewięciu miesiącach bezpiecznie ujrzało światło dzienne, a teraz po kolejnych dwunastu rozwijało się w starszego człowieka. Nie. Nie miało przestać mnie to zadziwiać - mogłam też mówić o tym swojemu mężowi bez końca. Siedząc i podziwiając to wspaniałe cudo, które udało nam się wspólnie sprowadzić na świat.
Nie mogłam zaprzeczyć, że podczas ciąży zawsze było pięknie. Zdarzały się kryzysy, lecz szybko zrozumiałam, że były one częścią procesu, z którego miałam czerpać już zawsze. Brałam na siebie więc wszelkie ciężary, trwałam, bo, gdy tylko ból ustawał, przychodziła ulga, a wraz z nią błogość. Nie wierzyłam w przesądy, Ethan zresztą też nie. Nie opieraliśmy się - jak niektórzy - na wróżbach w celu poznania płci dziecka. Nie rzucaliśmy też zaklęć, by ów płeć sprawdzić. Chciałam mieć motywację, cel oraz niespodziankę w momencie porodu. Dlatego przygotowaliśmy sobie imiona, które miały pasować w zależności od płci. Uparłam się przy Grainne dla dziewczynki - to imię opadło na mnie w jakiś sposób. Nie tylko przez opowieść, którą opowiadał mi Ethan i która miała związek z powstaniem jego rodziny. W naszych żyłach płynęła irlandzka krew. Być może właśnie ona odzywała się we mnie, gdy wpadło mi do głowy właśnie owo imię? Dla chłopca pojawiało się kilka wariacji, ale zdecydowaliśmy się nazwać chłopca po ojcu Ethana. Jayden... Nie znałam tłumaczenia, dopóki mnie nie oświecono - były nimi wdzięczność i on osądzi. To drugie wywołało we mnie w pewnym sensie mieszane uczucia. Strachu, lęku, lecz również... Szacunku? Bo chciałam, aby mój syn był kimś, kto był w stanie rozsądzić, czym było dobro i zło. Aby mógł pójść właściwą ścieżką, ale nie chciałam, aby kogokolwiek sądził, wszak to nie taka była rola człowieka. Może jednak miał wyłamać się z rodzinnej tradycji i zostać sędzią w Wizengamocie? Często siedzieliśmy z Ethanem, wpatrując się w małe stworzonko, wymyślając mu przyszłość. Oczywiście nie chciałam mu niczego narzucać, ale ta zabawa, którą wymyśliliśmy, była... Niesamowita. Bo przecież mogliśmy trafić, a mogliśmy się niesamowicie mylić. Mógł być artystą, naukowcem, politykiem. Być może każdym, a być może nikim z powyższych. Do jakiego domu w Hogwarcie miał trafić? Z kim miał się przyjaźnić? Zastanawiałam się, czy kiedyś miał mieć też swoje dzieci i cieszyć się z ich istnienia tak samo mocno, jak my cieszyliśmy się z jego. Ile ich miał posiadać? Czy w ogóle miał się kierować ową ścieżką? Czy miał czuć przynależność do Anglii i Irlandii? Czy miał pamiętać o tradycjach wiążących się z jego pochodzeniem? Pytałam się tak często i na tak wiele sposobów, równocześnie mogąc mieć rację, jak i tej racji nie mając wcale. Ale nie smuciło mnie to w żadnym wypadku, bo chciałam dla mojego dziecka tylko jednego - szczęścia. Szczęścia i miłości, których miał doświadczać na drodze swojego życia. Mimo tego wszystkiego - moich myśli, wymysłów i planów - na ten moment pozostawał dzieciątkiem. Na zawsze miał nim dla mnie pozostać. A teraz gdy tuliłam go do siebie, był taką drobinką... Te ciemne włosy, tak miękkie w dotyku miały kiedyś należeć do innej kobiety, ale w tym właśnie momencie jeszcze mogłam napawać się nim ja. Dumna matka, która nie musiała znać przyszłości swojego dziecka, aby wiedzieć, że miał być kimś znaczącym. Kimś wielkim i to nie na skalę światową - to nie była wszak miara sukcesu. Liczyło się dobro, szczerość i odwaga, jakimi należało się kierować w samodzielnym życiu. Chciałam, aby to posiadał. Chciałam, aby dorósł, rozumiejąc to, czego chciałam go nauczyć. Nie chciałam go skrzywdzić i okazać się złą matką. Nie chciałam za kilkanaście lat patrzeć na to, że gdzieś postąpiłam niewłaściwie i przeze mnie Jayden zbłądził. Wiedziałam, że to jest nieco nierozsądne - tyle analizować i martwić się na zapas. Pewnie gdybym była sama, pozwoliłabym na to, aby te troski mnie zjadły, ale mając Ethana u boku, niespokojne morze moich emocji się uspokajało. Zaprzestawało sztormów, gdy czując znajomy zapach, dotyk otulających mnie ramion i słysząc jego głos, wszystko znikało. Właśnie za to tak bardzo go kochałam. Że gdy go potrzebowałam, był tam przy mnie. Że rozśmieszał mnie swoim brakiem dojrzałości w wielu sprawach. Że był wspaniałym ojcem i chciał być częścią życia naszego małego Jaya. Wielu ojców tak nie postępowało. Mój ojciec był wszak zupełnie inny. Chłodny i wymagający. Chcący, aby to synowie utrzymywali rodzinę, dlatego dziewczynkom nie poświęcał tyle czasu. Nie był tak ciepły i czuły jak Ethan, który aż promieniował, gdy wracał do domu i mógł się pobawić z Jaydenem. Potrzebowałam tego. Tej opieki, azylu, poczucia bezpieczeństwa, że nie byłam w niczym sama, gdy z taką werwą sam biegł ku ojcostwu. Niekiedy czułam się zazdrosna, gdy nie pozwalał mi brać udziału w składaniu łóżeczka czy montowaniu kolejnej zabawki nad kołyską. Były to jednak jedynie nasze delikatne sprzeczki, których nie brakowało wśród innych rodzin. Potrafiliśmy jednak jak nikt inny znaleźć porozumienie, wspólnie iść przez życie i prowadzić rodzinę. Wychowywać cudowne dziecko, które stało się rok wcześniej jej częścią. Liczyłam na to, że dzięki temu i nasz syn też stanie się wspaniałym mężczyzną. Posiadając kochających rodziców, wspierających go na każdym kroku i dbających o jego potrzeby, mógł stać się jedynie kimś wielkim. Czuły, kochający, rozumiejący. Wdzięczny i umiejący rozsądzić, czym było dobro i zło. Po prostu... Dobry. Mój syn. Moja Gwiazdeńka. Mój Jayden.

to be continued...



[bylobrzydkobedzieladnie]


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.


Ostatnio zmieniony przez Jayden Vane dnia 04.07.21 14:35, w całości zmieniany 2 razy
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Jayden Vane [odnośnik]02.07.21 17:03

 

T H E   E M P E R O R

Cassian Vane



1987 | Irlandia

.005
Authority, establishment, structure, a father figure
cesarz
Mój ojciec zawsze kochał moją matkę. Nawet wówczas, gdy już dawno nie żyła i gdy jedyne co po niej pozostało to wspomnienia. Nigdy nie przestał za nią tęsknić i im starszy byłem, tym rozumiałem, że nie było dnia, aby o niej nie myślał. Było to dla mnie normalne - jego rozdzielenie między rzeczywistość a ten inny, niemożliwy do osiągnięcia dla nas wymiar. Godzinami potrafił czytać na głos swoje nowe astronomiczne książki - siedząc na ławce, którą zrobiliśmy mu z braćmi - na szczycie Białego Kła tuż przy kurhanie, który stworzył matce własnoręcznie. Trwał tam, jakby prowadził z nią żywą dyskusję. Być może tak właśnie było, bo nieważne jak często przychodziliśmy po niego wieczorami, zawsze widzieliśmy ten sam obrazek. Rodzica z tą starą wilczycą u boku, która zachowywała się jak pies w obecności ojca. Ufna, spokojna, ułożona przy jego nogach i cierpliwie czekająca na resztki pozostałe po mięsnej obróbce. Ojciec zawsze powtarzał, że pojawiła się dopiero po śmierci mamy. Nic więc dziwnego, że stała się jej symbolem. Wydaje mi się, że zaskoczyła tym nawet ojca, jednak szybko stała się jego codziennością. Stała się w pełni jedną z Vane'ów. Jedną z wilków, które pilnowały swoich. Nigdy nie widziałem innego przedstawiciela jej gatunku w naszej okolicy i jedynie upewniało to nas wszystkich, że nie był to przypadek. To było coś więcej. Coś, co wymykało się naszemu pojmowaniu, ale z biegiem czasu nauczyłem się, że nie muszę wszystkiego rozumieć. Czy przychodziłoby mi to z taką łatwością, gdyby nie mój ojciec? Wiem, że nie. W końcu wszystko, co wiem, wszystko, co potrafię, wszystko, co znam, pochodzi od niego. To on nauczył mnie czytać, pisać, liczyć i mówić. Cierpliwie zawiązywał buty, ubierał, pomagał chodzić. I nie tylko dla mnie był nauczycielem i opiekunem - robił dokładnie to samo z moimi braćmi. Bo zawsze byliśmy w trójkę. Tak od siebie różni, a jednak nierozłączni. Z ojcem czuwającym, aby nic nam się nie stało. Obserwując go od urodzenia, obserwując od urodzenia opiekę, jaką nad nami sprawował, nauczyłem się doceniać swoich bliskich. Było to dla mnie czymś naturalnym i nie obawiałem się iść w jego ślady, chociaż wizja mężczyzny w oczach innych ludzi zawsze była odmienna. Nie tak związana z gospodarstwem domowym. W końcu kto inny miał ojca wśród moich rówieśników, który potrafił gotować, sprzątać, robić pranie i grać dzieciom na fortepianie do snu? Który dyrektor robił coś podobnego? I chociaż niektórzy mogli wątpić, razem z braćmi nigdy nie wątpiliśmy w naszego ojca. Jak moglibyśmy? Nasz brak wiary byłby równoczesnym odrzuceniem jego nauk. Zresztą nie byliśmy w tym sami.
Sheila zawsze była w naszym życiu. Mimo że nie była biologiczną córką ojca, tak ją traktował, a my nigdy nie odczuwaliśmy w stosunku do niej dystansu. Uwielbiała się nami zajmować, a my uwielbialiśmy ją. Pamiętam jak przez mgłę, że przychodziła ze swoim psem - dużym, czarnym czworonogiem. Sadzała nas na jego grzbiecie, jakbyśmy nic nie ważyli. Mieszkali z nami przez jakiś czas, ale nie potrafiłbym powiedzieć kiedy dokładnie. Później wyszła za mąż, a nasza trójka dumnie niosła jej welon. Nie wiem dlaczego, ale ponad tymi wszystkimi wspomnieniami, unosiła się twarz mojego ojca - w pewien sposób smutnej, ale też szczęśliwej. Później zrozumiałem, że musiał myśleć o dniach spędzonych z mamą. O ich ślubie, poznaniu się, rozstaniu. Nigdy nie żałował nam tych historii. Odkąd tylko pamiętam, opowiadał nam o niej tak często jak to było możliwe, przez co zdawało mi się, że znałem ją tak dobrze, jakby żyła. Jakby nie zniknęła, a zawsze była. Nie oznaczało to jednak, że za nią nie tęskniłem. Bo tęskniliśmy wszyscy. Arden. Samuel. Ja. Brakowało pierwiastka, który zasiał w nas ojciec - sam mówił, że taką właśnie moc posiadała nasza matka. Była Sproutem nie tylko z nazwiska i kiełkowała w każdym człowieku, którego napotkała. Dzięki temu czuliśmy, że była z nami. Że nas też zasiała i mieliśmy do niej dostęp znacznie bliższy od innych. Uwielbiałem te opowieści. Arden i Samuel również - Sam dość wcześnie zaczął je spisywać, co przekuł koniec końców we własną karierę, a historia naszych rodziców znalazła miejsce na księgarnianych półkach. Na stronach książki wszystko to wydawało się jeszcze mniej prawdopodobne i zapewne nie uwierzyłbym, gdybym nie był tego częścią. Po latach jednak były elementy, które uciekały pamięci, a tak... Miały pozostać wiecznie żywe. Jako dziecko myślałem, że ojciec opowiadał nam o mamie, abyśmy wiedzieli, kim była. Abyśmy nie odczuwali faktu, że jej nie znaliśmy. Abyśmy zdawali sobie sprawę z tego, jaka była i dlaczego była tak ważna. Im starszy byłem, tym rozumiałem, że była to jedynie jedna strona prawdy. Jako dorosły odkryłem coś jeszcze. Coś, co sprawiało, że cały ten proces nabrał dla mnie drugiego, głębszego, bardziej wzruszającego znaczenia. Ojciec chyba nie chciał przyznać się do tego, że zapominał. Lub że nie chciał jej zapomnieć. Że dzięki mówieniu nam o niej, dla niego wciąż była obok. I nie jedynie na fotografiach, ale też w sercu. Nigdy nie pozwolił nam zwątpić w to, że była dobrym człowiekiem. Że Zakon Feniksa w żaden sposób nie umniejszał temu, kim była. Nie była idealna w swoich czynach, ale żaden człowiek nie był. Dzięki temu jednak - dzięki prawdzie zapewnianej przez ojca, widziałem ją jeszcze wyraźniej. Jeszcze bardziej prawdziwą, bardziej żywą i czułem większe do niej przywiązanie. Lepiej ją rozumiałem. Zresztą nie tylko ja - moi bracia również.
Mieliśmy jednak również drugą matkę. Tę, która już fizycznie była obok. Która nas ubierała wraz z ojcem. Czesała, uczyła. Wychowywała. Zostawała w domu, gdy cała nasza czwórka wybierała się do Hogwartu. Ojciec kochał naszą macochę. Wiem to na pewno - przyniosła mu w końcu córkę, a nam siostrę. Jednak nie było to takie samo uczucie, jakim darzył matkę. Była w tym przyjaźń i szacunek - rodzaj miłości, którą darzyło się najlepszego przyjaciela, lecz nie kochankę. Nie wiem, czy ojciec byłby w ogóle zdolny do zakochania się w kimś innym poza naszą matką. Z tego, co wiem teraz, śmiało mógłby powiedzieć, że nie. Bo jego serce zawsze należało jedynie do niej. Nie przeszkodziło jednak nam pokochać macochy tak, jakby była naszą mamą. Nie zastępstwem, lecz kimś nowym. Była wszak w naszym życiu praktycznie od zawsze. Gdy się pobierali, żaden z nas nie potrafił jeszcze dobrze mówić. Arden w kilkanaście lat później wyrzucał to ojcu, gdy podrośliśmy - że nie czekał długo po śmierci mamy na kolejny ślub. Nigdy nie potrafił utrzymać języka za zębami, ale wiem, że nie miał tego tak naprawdę na myśli. Był po prostu głupim nastolatkiem, który chciał wyrzucić swą złość i wiedział, gdzie uderzyć, aby zabolało. Później się to zmieniło - wiedzieliśmy, że ojciec zrobił to, żeby nas chronić. Abyśmy dorastali z kobiecą figurą w domu, a nie jedynie duchami, obrazami, zwierzętami i naszym poczciwym Śpioszkiem. To, co zrobił, zmieniło go na zawsze. Zmieniło też nas. Poświęcił własne uczucia dla naszego dobra i chyba nigdy nie mieliśmy zrozumieć tego, co przechodził. Nie tak w pełni. Nikt w końcu, kto nie stał przed takim wyborem, nie mógł zrozumieć. Nigdy nie czuliśmy się jednak pokrzywdzeni przez los. Gdy dołączyła do nas Grainne, wiedzieliśmy, że tak musiało być. Bez tego wszak nie byłoby tej drobnej istotki. Naszej młodszej siostry. Najdelikatniejszej osoby, jaką przyszło mi znać. O ciemnych włosach jak nasze i niebieskich oczach zdawała się jeszcze bardziej przypominać chwilami ojca niż my. Strzegliśmy jej jak oka w głowie, a gdy podrosła na tyle, by przyciągać męskie spojrzenia, broniliśmy ją również przed tym. Na tyle, w jakim stopniu byliśmy w stanie. Wcześniej wydawało nam się, że mieliśmy starczyć sobie jedynie we trójkę - jednak razem z nią, nasza czwórka stanowiła finalną całość. Widziałem także, że i ojciec to dostrzegał. Nie zniósłby na pewno rozłamu, który mógł zajść wśród jego dzieci - tak się jednak nie stało i razem niczym dzieci Diarmuida szliśmy razem przez życie, nie bojąc się niczego. Bo to, że widzieliśmy siebie w rodzinnej opowieści, było bardziej niż oczywiste. Odkąd tylko ojciec opowiedział nam ją po raz pierwszy, dostrzegaliśmy w niej siebie samych. Z wypiekami na twarzach mogliśmy jej słuchać codziennie, nie nudząc się nią ani trochę. W końcu... Historia zataczała koło. Byliśmy tego żywym dowodem, a pisania nam wielka przyszłość jedynie to potwierdzała.
A teraz trzydzieści lat później wciąż żyjemy. Mamy swoje rodziny, każde z nas specjalizuje się w innej dziedzinie naukowej, robiąc to, co kochamy. Arden niczym Gorias nie ma sobie równych w numerologii i zapale do sięgania dalej poza horyzont. Samuel jak Murias potrafi jak nikt inny uzdrawiać, a jego zrównoważona natura przyciąga do niego pacjentów z całej Europy. Ja zajmuję się zielarstwem, dostrzegając w roślinności niebywałą czułość oraz więź łączącą mnie z matką. Jak Falias. Grainne jest odpowiednikiem najmłodszego Finiasa - poszła w ślady ojca i zajmuje się astronomią, starając się kontynuować jego spuściznę. Gdybym nie posiadał daru jasnowidzenia ani nie wierzył w naszą rodzinę, stwierdziłbym, że to bez znaczenia. Że to jedynie czysty zbieg okoliczności, ale doskonale wiemy, iż tak nie jest. Wszystko, co sprowadziło nas do tego momentu, musiało się wydarzyć. Nieważne jednak jak silnie mógłbym wierzyć w przeznaczenie, bez ojca nic z tego nie byłoby możliwe. Wytrwaliśmy, dotrwaliśmy jedynie dzięki niemu, jego poświęceniu i miłości unoszącej nasz wszystkich na powierzchni. Teraz jednak możemy spojrzeć w jego ukochane niebo i odnaleźć obietnicę oraz odwagę, które nam pozostawił. Ar scáth a chéile a mhaireann na daoine.

to be continued...




he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Jayden Vane [odnośnik]24.11.21 9:20

 

T H E   H I E R O P H A N T

Jayden Vane



15.09.50 | Kuchnie Hogwartu

.006
Spiritual wisdom, religious beliefs, conformity, tradition,institutions
wiara
Czego możemy się spodziewać po studium transmutacji? Odpowiedzi na to pytanie, przynajmniej częściowej i wstępnej, potrzebujemy jeszcze zanim zdecydujemy się na systematyczne jej studiowanie.
Słowa nauczyciela najtrudniejszej dziedziny magii pozostały w umyśle Jaydena na tyle silnie, że nawet po latach go nie opuściły i nęciły. Lubił wszak zdobywać wiedzę. Lubił poszerzać horyzonty i chociaż w samej szkole nie był całkowicie poświęcony transmutacji, przekładając uwagę na astronomię oraz numerologię, nie odłożył teorii całkowicie. Podczas stażu w Wieży Astrologów nie posiadał tak wiele czasu, lecz i to się zmieniło. Jako świeżo wybrany profesor astronomii w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie był niejaką sensacją i niewiele miejsc zapewniało mu komfort odpoczynku. Zamkowe kuchnie były jednym z nich. Ukryty przed wzrokiem ciekawskich uczniów pozwolił sobie na zanurzenie się w lekturze. Nie pierwszy raz zresztą przegapił śniadanie w Wielkie Sali i całkowicie polegał na dobrej woli skrzatów, które patrzyły na niego z wyraźnym zaciekawieniem, lecz nie przeszkadzały w pracy. Czy właściwie studiach... Zastanawiał się, czy w ogóle nadawał się do tych studiów, czy był wystarczająco uzdolniony, aby je podjąć, i czy miał do nich szczególne predyspozycje. Z początku jego sąd był bardzo niepewny. Wszak większość spośród tych, którzy stali się wybitnymi mistrzami transmutacji, zaczynała wprawiać się w takowym myśleniu, w lekturze dzieł poświęconych jej tematyce i pisaniu bardzo wcześnie, niektórzy nawet jeszcze w dzieciństwie. Bywali jednakże i tacy, którzy zaczynali się interesować transmutacją stosunkowo późno. Jayden zdecydowanie należał do drugiej grupy — wszak dopiero skończył trzy miesiące wcześniej dwadzieścia cztery lata. Jego okres dzieciństwa przeminął. Postanowił jednak przekonać się co do własnych możliwości — zamierzał więc uczciwie przeczytać większe fragmenty jakiegoś dobrego podręcznika i choćby trochę wypisów z dzieł transmutacyjnych. Wiedział, że nie było wiedzy zdobywanej przez skrócenie takowej drogi. Żadna ogólnikowa prezentacja w rodzaju podręcznikowych rozdziałów pod tytułem „Czym jest transmutacja?” nie miała zastąpić tej pracy. Zwykłego czytania. Studium. Trzeba było wykonać takowe czynności, gdyż w przeciwnym razie groziło popełnienie poważnego błędu, jakim było niezrozumienie podłoża dziedziny, jaką chciało się zgłębiać i poświęcić czas. Transmutacja tworzyła wszak określoną tradycję intelektualną, którą sama żyła i którą rozwijała; nie tworzyła zaś względnie jednolitego systemu teoretycznego tak jak na przykład numerologia. Systemów pojęć, sądów i argumentów oraz tak zwanych stylów uprawiania transmutacji było wiele, pozostawały one względem siebie w skomplikowanych związkach, a czasem bywały prawie nieprzystawalne, nieporównywalne. Z tej przyczyny podręczniki do transmutacji ogromnie się między sobą różniły, co zaprowadziło Jaydena do swojego dawnego nauczyciela. Ten wskazał mu określoną listę lektur, przez co młody astronom posiadał komfort psychiczny ze świadomości, iż korzystał z pozycji bez wielkiego ryzyka przypadkowej indoktrynacji. Dlatego też skończył ze stosem książek takich jak Wstęp do transmutacji Anthony'ego Spencer-Moona, Pojęcie nauki i klasyfikacja nauk Reginalda Cattermole czy Leksykon transmutacji klasycznej pod redakcją Josepha Delacour. Miał także to szczęście, iż Hogwart dysponował jednym z najlepszych w świecie zbiorów dzieł związanych z transmutacją. Pomimo że bardziej współczesne podręczniki znajdowały swoje miejsce na półkach wielu księgarni, stare, zakurzone woluminy ukryte w zamkowych murach przewyższały je na ogół swymi zaletami dydaktycznymi; w szczególności były one odpowiednio wyważone: ani za krótkie, ani za długie; ani za łatwe, ani za trudne. Dlatego też Jayden z wielką chęcią po nie sięgał, nie obawiając się wcale wieku czy nieco starodawnego języka. Bardzo cennym źródłem wiedzy okazała się Powszechna Encyklopedia Transmutacji oraz Słownik Transmutacji. To właśnie te dwie pozycje otworzyły też na nowo zainteresowanie Vane'a na tematykę animagii. Zasłyszany termin już podczas własnej edukacji stał się ciekawą kwestią, jednak astronomia oraz numerologia zaaferowały profesora na tyle, że nie starczyło mu już czasu na pochylenie się nad transmutacją dokładniej. Powrót do Hogwartu mógł jednak pozwolić nadrobić braki. Szczególnie iż studiowanie transmutacji oraz kwestii z nią związanych było zajęciem całkowicie samodzielnym. Miały jednak wykazać istotny efekt, gdy się do nich pilnie przykładał. Uparcie więc i z mozołem czytał dzieła znawców oraz prekursorów. Pojawianie się na sympozjach naukowych poświęconych transmutacji oraz rozmowy z zawodowcami miały tylko pomóc w tym samodzielnym studium. Tylko pomóc — w żadnym wypadku zastąpić je.
Co więc miał osiągnąć po kilku latach rzetelnej lektury dzieł transmutacyjnych i uczęszczania na wykłady dobrych nauczycieli? Jako że sam był naukowcem Jayden doskonale wiedział, iż mógł osiągnąć ogromny postęp intelektualny. Posunięcie się własnego rozwoju umysłowego o wiele milowych kroków, między innymi wyznaczonych nazwiskami wielkich filozofów, których mógł poznać, było oczywiste. Wiedział także, że przeczytanie wszystkich książek na świecie, nawet bardzo rzetelnych, wcale nie miało gwarantować, że miał umieć uprawiać samodzielnie transmutację, ani nawet, że miał dobrze poznać animagię. To wymagało zdolności i wewnętrznego uporu. Ale nie ulegało wątpliwości, iż dzięki temu mógł stać się człowiekiem wykształconym. Mógł to osiągnąć również dzięki innym studiom i wielu mogło już twierdzić, iż był specjalistą w swojej dziedzinie, lecz wykształcenie transmutacyjne posiadało pewne szczególne zalety. Szczególnie ukryte w animagii. Wiązały się one z uniwersalnością tej konkretnej dziedziny. Trudnej, dla wielu niedostępnej. Niepojętej. Porównywalnej w stopniu trudności z numerologią, którą sobie tak ukochał, a która również zdawała się być nie do pojęcia przez większe grono społeczne. A jednak zarówno transmutacja, jak i numerologia przesycały życie codzienne. Niezliczonymi nićmi wiązały się z naukami humanistycznymi, z naukami przyrodniczymi, z polityką, ze sztuką. Dobry numerolog czy po prostu badacz świata musiał wiedzieć coś o tych dziedzinach i odwrotnie: dobry przyrodnik o szerokich horyzontach winien chcieć poznawać zarówno transmutację, jak i numerologię. Bez tego i tak od czasu do czasu zapewne miał rozkładać życie na mniejsze elementy, ale prawie na pewno niekompetentnie, naiwnie, niewprawnie.
A Vane nie chciał być niekompetentny. Szczególnie że skłamałby, twierdząc, iż możliwość przemiany własnego ciała w zwierzęce, nie pociągała go. Nie fascynowała. Nie tylko w sposób czysto materialny, ale również ten ukryty — badawczy. Co sprawiało, że molekuły w ludzkim organizmie zmieniały formę, jakie uczucie im towarzyszyło i jak to możliwe, iż wola wystarczyła. Co kryła w sobie jeszcze magia, skoro w połączeniu z pragnieniem, stawała się tak potężna? To było coś ponad jedynie dotknięcie magii w formie rzucanego zaklęcia. W animagii człowiek stawał się jednością z magią. Stawał się nią. Zanurzał się w niej. Pozwalał się jej zmieniać... Wykształcenie naukowe zdecydowanie wprowadziło Jaydena na przedpola wszystkich niemal dziedzin umysłowej działalności człowieka, wymagając od niego orientacji w ich przedmiocie, a ponadto ogólnego rozeznania w dziejach powszechnych czy historii nauki. Poza tym wszechstronne rozwijanie się dało mu przywilej umiejętności rozważania pewnych spraw ogólnych, interesujących uczonych różnych specjalności, albo wręcz wszystkich wykształconych ludzi, w sposób na ogół nieco bardziej sprawny. Który wszak uczony-przyrodoznawca nie miał zainteresować się oferowanymi przez transmutacyjną teorię nauki odpowiedziami na pytanie, dlaczego i w jaki sposób dochodziło w magii do tego, że jedna teoria zastępowała swoją poprzedniczkę? Który artysta nie byłby ciekaw, co ludzkość wymyśliła dotąd w kwestii wyjaśnienia, dlaczego jedne rzeczy postrzegane były jako piękne, a inne nie? Kto nie zadawał sobie sztandarowo numerologicznego pytania, co mogli powiedzieć o pochodzeniu i budowie magii? Oczywiście miał świadomość, iż posiadanie określonej wiedzy nie miało gwarantować stuprocentowej odpowiedzi. Zdarzało się wszak dość często, iż nawet poznanie odpowiedzi, nie satysfakcjonowało pytającego. Nadal miał sobie stawiać to samo pytanie. Sam znał ten proces aż za dobrze. Ponadto nigdy oczywistość rozumowania nie miała być tak zniewalająca, jak oczywistość spostrzeżenia zmysłowego lub oczywistość wiedzy o okolicznościach własnego życia. Pewność badacza, który doszedł do niewzruszonego przekonania, że istnieje wyższa siła, a dusza jest nieśmiertelna, była zupełnie innej natury niż jego pewność co do noszonego przez siebie nazwiska lub co do miejsca swego zamieszkania.
Dlatego potrzebował i pragnął doświadczenia. Pchało go ono ku poznaniu czegoś, czego nie dotknął w astronomii czy numerologii. Wiele teorii, mniej praktyki i całkowity brak oddziaływania na siebie samego. Właśnie dlatego tak bardzo fascynował go temat transmutacji prowadzący ku animagii. Myśląc o pożytkach, jakie mógł osiągnąć, studiując tę dziedzinę, nie zamierzał dać się zwieść iluzji, jakoby polegały one na tym, iż miał postrzegać życie we własnym koncepcie wiedzy. Niepodważalnej i pewnej. Iż miał odkryć jedyną prawdę. Iż jego prawda miała stać się jedyną. Nie. I nie chodziło też o to, że wbrew pozorom po przejściu ciężkich studiów nie miał nabrać określonych poglądów. Nie. Chodziło przede wszystkim o prawo do prawdy i do samodzielnego jej dociekania, a nawet do dociekania jej w tak radykalny sposób, że niejako zapominało się, odkładało tymczasowo na bok wszystko, co na dany temat mieli już do powiedzenia inni przed nim. Chciał doświadczyć na własnej skórze — wydawać by się mogło — niemożliwego. Nienaturalnego. Chciał stanąć na ramionach gigantów i spojrzeć poza horyzont, by zrozumieć o czym mówili. By dać uwieść się magii i jej szerokim pojęciom. Chciał stać się uczestnikiem szermierki intelektualnej, którą uprawiali silniejsi, bardziej biegli od niego. Zdawał sobie doskonale sprawę, iż miało to zająć całe lata. Iż jego zrozumienie teorii dopiero się rozpoczynało, a praktyka czaiła się w dalszym okresie czasu. Tam, gdzie wszystko mogło się zmienić, ale czy to samo w sobie nie było fascynujące? Iż znajdując się w kuchniach Hogwartu, budował przyszłość, równocześnie jednocząc w całość to, co miało dopiero stać się przeszłością, z tym, co było teraźniejszością oraz to, co dopiero miało nadejść? Przecząc równocześnie faktowi, iż bicie zamkowego zegara świadczyło o jego spóźnieniu...

to be continued...




he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Jayden Vane [odnośnik]07.12.21 12:29

 

T H E    L O V E R S

Jayden Vane



21.03.57 | KILLARNEY

.007
Love, harmony, relationships, values alignment, choices
kochankowie
To było dziwne uczucie. Krążące jednak w profesorze w sposób, jakiego do tej pory nie znał. Powodujące przyspieszenie serca, radość, ale równocześnie strach. Lęk przed obudzeniem się i zrozumieniem, iż to wszystko było jedynie snem. Oszustwem, jaki sprawił mu jego własny umysł, aby go dręczyć i pokazywać, co mógł mieć, ale nigdy nie miał zdobyć. A jednak wszystko to, co się działo, snem nie było. Wszystko, co robił, czuł, czym oddychał, co mówił, było prawdą. Jego dziwne uczucie również tam się pojawiało. Nie jednak w sposób niewłaściwy czy nieprzyjemny. Nic z tych rzeczy. W końcu było piękne. Było idealnie. Miało w sobie jednak tak wiele szczęścia, radości, błogości, niewiadomej, że nie potrafił go zwyczajnie nazwać. Nie odnajdywał słów. I może nie musiał, bo im dłużej by się nad tym zastanawiał, tym bardziej skomplikowane i niemożliwe by się to poszukiwanie stawało. A to... Po prostu... To po prostu było inne niż wszystko, co już znał. Mimo że przecież od jakiegoś czasu żyli razem i nic dla nich w realiach życia codziennego się nie zmieniło. Mogli dalej kłaść się razem spać, czuć ciężar drugiej osoby na łóżku, słyszeć odgłosy ubierającej się sylwetki, a później jej kuchenne wędrówki. Ile razy jeszcze w sennej marze, czuł, jak materac pracował, podczas wstawania Mony, jak ciche kroki stawiane na schodach przeradzały się w czułe słowa skierowane do rozwijającego się pod jej sercem dziecka; do pary kociaków, które przyniosła ze sobą; do niego samego, gdy czułym gestem przegarniała jego włosy. Budząc się, miał ją przed sobą. Jej twarz, jej zapach, jej dotyk. Odczuwał ją każdym zmysłem, wiedząc, że to było to miejsce, do którego chciał wracać. Do którego przynależał i w którym chciał spędzić resztę życia. To nie miało się zmienić. To nie mogło się zmienić. Nie wyobrażał sobie innego scenariusza. Wszak oczywistym było dla niego, iż gdyby tak się stało, gdyby jej zabrakło, rozpadłby się. Nie dałby sobie rady, bo tylko dzięki niej i przez nią oddychał. To dla niej się starał, to jej szczęścia chciał bardziej od swojego. Chciał odnajdywać kolejne momenty, w jakich zobaczyłby jej szeroki uśmiech na pięknej twarzy. Więc chciał kultywować ją dalej. Kochać dalej w tej dzikiej, nieznanej, nowej odsłonie. W odsłonie, w której było coś, co odurzało i odbierało dech, dając siły witalne niczym fala morsa uderzająca o skalny klif.
To także było wciąż nowe. Ona. Żona. Jego. Cała jego i dla niego. Nie potrafił myśleć trzeźwo, gdy ona, jego żona, znajdowała się obok. Gdy wchodząc na wzniesienie, czuł na plecach bijące od niej ciepło. Gdy coraz większe zarysowanie brzucha oznajmiało, że istotka stworzona z ich dwojga rozwijała się bezpiecznie i w pełni. Nie pojawiały się żadne oznaki problemów lub kłopotów. Czegokolwiek, co powinno ich zaalarmować, iż coś było nie tak z dzieckiem. Ich nowe życie, chociaż zaczęte w pokraczny sposób, układało się lepiej niż idealnie. Nie rozumiał więc momentów, w których Pomona potrafiła zacząć chować się w łazience czy w dalszych częściach ogrodu, twierdząc, że przypominała szpetną piłkę, a nie kobietę. Odejdź. Jestem okropna! Jak możesz na mnie patrzeć?! Były to absurdalne zachowania, nie krzyczał jednak, nie ganił — patrzył z rozczuleniem i miłością, za każdym razem udowadniając jej, że nie miała czego się wstydzić. Że była piękniejsza z każdym kolejnym dniem. Że doceniał to, jak męczyła się z własnym ciałem, nosząc pod sercem ich dziecko. Że znosiła te wszystkie niedogodności, nie mogąc się wyspać, mając duży apetyt i wahania nastrojów. Że dla niego patrzenie na pęcznienie jej brzucha, było czymś, czego nie potrafił opisać, lecz sprawiało, że marzenia się spełniały. Nie pozwolił jej także być w tym wszystkim samej. Był zawsze obok. Chciał być obok - nawet wtedy gdy płacz i krzyki mogły pobudzić sąsiadów. Bo uwielbiał ją. Uwielbiał i kochał. Nigdy nie miał przestać. Dlatego też z uporem maniaka każdego dnia przed wyjściem do Hogwartu zbierał niezapominajki rosnące niedaleko i wkładał do małego wazonika na stole, by wiedziała, że nie zapomniał. Po pracy przynosił z Miodowego Królestwa jej ulubione smakołyki, do czasu aż nie powiedziała, że zmienił jej się smak i ma ochotę na coś słonego. Wtedy więc kupował to, czego chciała. Dla nikogo innego by tego nie robił i nie chciał robić. I Pomona doskonale zdawała sobie z tego sprawę, mogąc sycić się tą wyjątkowością. Mając jego osobę tylko dla siebie. Oczywiście, że nie był jej godzien. Nieważne jak bardzo by się starał, wciąż uważałby, że było mu do niej daleko. Miała w końcu wszystko — urodę, wiedzę, ciepło i mądrość wychodzącą poza samą naukę. Niezaprzeczalnie nie miał być mężczyzną idealnym, ale czy nie powiedział jej kiedyś, że był za dużym egoistą, aby się od niej odsunąć? Wtedy gdy przyszedł do apteki jej ojca jeszcze w roli przyjaciela, podczas gdy tak naprawdę kochał ją już inaczej. Nie zdawał sobie z tego do końca sprawy w tamtym konkretnym momencie, ale tu i teraz mógł powiedzieć śmiało, że tak właśnie było. Chciał, aby wróciła z nim do domu i zrobiła to. Poszła o krok dalej, przyjmując go w miłości i sprawiając, że poczuł się, jak jeszcze nigdy wcześniej. Bezbronny i pełen. Sprawiając, że dopełnił w swoim wyobrażeniu bycie mężczyzną.
A teraz... Teraz znajdowali się tutaj. Na granicy nowego rozdziału nie tylko psychicznego, ale także i fizycznego. Byli wszak w Irlandii. Tam, gdzie mieli już zostać na zawsze. Powoli odnawiać porzucony przez brak środków dom i sprawiać, iż miał być ich. Tu. Razem. Jego dłonie spoczywały po bokach jej twarzy, która biła szczęściem i niesamowitą energią. Patrzenie na własną obrączkę na palcu i tą, która należała do niej, wydawało się surrealistyczne, nowe i nieznane. Zdecydowanie nie niechciane. Zmieniające wszystko i równocześnie nic, bo przecież ich życie szło naprzód. Nie zatrzymywało się, podobnie jak nie zatrzymywała się Ziemia. Ale zmienili się oni sami. Odkąd tylko otuliła go ciepłym kocem w sierpniową noc, mieli być na zawsze razem. Kilka miesięcy naznaczyło astronoma w sposób, w jaki nic wcześniej nie miało na niego wpływu i zaprowadziło dokładnie na polanę z żoną u boku. Surrealizm tej sceny dosłownie odurzał go i łapał za serce. Nie tak dawno byli jedynie przyjaciółmi z pracy, siedzącymi ramię w ramię przy stole na Wielkiej Sali i podziwiającymi z dumą kolejne pokolenia pierwszych klas. Aktualnie on leżał z głową na jej udach, bawiąc się delikatnymi palcami zaobrączkowanymi jego pierścieniami i słuchając opowieści o uczniach, a ona podziwiała niebo nad ich głowami i subtelnie kreśliła niewidzialne ślady na męskiej dłoni. Być może mogło to nie być nic specjalnego. Lub mogła to być scena z ich wcześniejszego życia. Teraz i tutaj było to jednak całkowicie inne. Ichnie. Pełne. Cudowne. Takie, jakie być powinno. Z daleka od zmartwień, z daleka od wojen. W stworzonej przez nich samych przystani i azylu, gdzie mieli stawać ramię w ramię przeciwko wszelkiemu złu. Chroniąc się nie tylko wzajemnie, ale także rozwijające się w kobiecym brzuchu życie. Byli rodziną.
Gdy przerwał ciszę, zamiast kary poczuł ciepło miękkich ust na nosie, a słowa Pomony nieco go zaskoczyły. Chcesz to przedyskutować teraz? - Nie, po prostu... - Myślałam, że będziemy robić coś bardziej weselnego. - A to takie nie jest? - odparł w odpowiedzi, ale nie mógł powstrzymać rumieńca, który zakwitł na jego twarzy. Wszak jej słowa w połączeniu z tym uśmiechem małżonki nabrały całkowicie innego znaczenia. Takiego, jakiego mogła chcieć żona od swojego męża. Jednak... Chciała tego tutaj? Na szczęście znów podjęła decyzję za nich oboje, proponując tę samą czynność, która przełamała granicę wstydu i niepewności w Hogsmeade. Tę samą, która zaprowadziła ich w miejsce, w jakim byli teraz. Westchnął ciężko, podnosząc spojrzenie ku jej oczom, nie zaprzestając bawić się jej palcami. Być może dlatego też przysunął damską dłoń do warg, by złożyć na niej delikatny pocałunek, nie odrywając wzroku od znanych tak dobrze tęczówek. - Pani Vane - mruknął cicho, nie wyrażając nic więcej. Dobrze wiedziała, że zgodziłby się na wszystko specjalnie dla niej. Taniec był czymś prozaicznym, a równocześnie dla nich początkiem nieziemskim doświadczeń. Podniósł się więc, ciągnąc ją w górę za sobą i nie potrafiąc pozbyć się niemocy, która owiewała go za każdym razem, gdy na niego patrzyła. Gdyby chciała czegoś niestworzonego, zdobyłby to dla niej. Zrobiłby dla niej to, co niewyobrażalne. Ale teraz nie chciała niesamowitości. Chciała bliskości, więc przyciągnął ją do siebie, obejmując ramieniem w talii i chociaż wciąż między nimi była pewna odległość spowodowana przez ciążowy brzuch, nie przeszkadzało mu to w żaden sposób. Bo i to ich dopełniało. Nie byli już jedynie parą, a trójką tworzącą prawdziwą rodzinę. Jayden oparł czoło o to należące do żony, gdy w jedynie sobie znanym rytmie na nowo poddali się naturze. - Trzymaj mnie mocno, mała tancereczko - wymruczał jej wprost do ust, pozwalając sobie na uśmiech i trącając nosem ten należący do niej. Chciał być z nią. Zawsze móc do niej wracać i nigdy nie przestawać. Być może dlatego też zapanowała między nimi na dłuższy moment cisza, gdy czerpali ze swojego towarzystwa i bliskości. Nieprzerwana niczym niespodziewanym. Nie było czasu ani przestrzeni. Nie było zmartwień ani ograniczeń. Tuląc do siebie żonę, astronom nie odczuwał żadnych fizycznych ani mentalnych naleciałości. Dokładnie tak jak tamtego wieczora i tamtej nocy w Hogsmeade, gdy dryfowali w swoim własnym świecie z dala od innych. Era wielkiej unifikacji spadła na dwójkę czarodziejów, spokojnie się nimi opiekując. Nie wiedział, ile trwało to zatopienie. Oparty czołem o to drugie z zamkniętymi oczami mógł wydawać się zanurzony we śnie, ale nic bardziej mylnego. Zanim się odezwał, odetchnął zapachem żony. - Co teraz robimy? - spytał gotowy na każdą ewentualność. Mogli dalej tak trwać, mogli wrócić do domu, mogli zejść nad jezioro. Cokolwiek. Byle z nią.

to be continued...




he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Jayden Vane [odnośnik]15.12.21 13:57

 

T H E    C H A R I O T

Jayden Vane



08.06.50 | LONDYN

.008
Control, willpower, success, action, determination
rydwan
Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. I on jako jeden z profesorów. Niecały tydzień wcześniej skończył dwadzieścia cztery lata i rezygnował właśnie z pracy w Wieży Astrologów. Dawni współpracownicy patrzyli na niego z niejednoznacznymi wyrazami twarzy, gdy cały podekscytowany składał papiery o odejściu. Wciąż wszak był jednym z najmłodszych ich, może ekscentrycznym, ale wciąż zapracowanych i dobrze spełniającym swoje obowiązki. Vane nie mógł narzekać na brak organizacji w tym miejscu, ale zdecydowanie mierziło go łączenie czegoś tak pospolitego i pseudonaukowego jak astrologia ze szlachetną, opartą na dowodach astronomią. I chociaż był wdzięczny, nie był w stanie spokojnie myśleć o fakcie, że dyrektor Hogwartu odezwał się właśnie do niego. Początkowo sądził, iż była to pomyłka i list miał trafić do jego dziadka — w końcu nie była to żadna nowość, skoro nazywali się tak samo. Nie każdemu naukowcowi czy człowiekowi związanemu z nauką trafiała się taka możliwość. Niektórzy mogli czekać całe swoje życie i nigdy takiej szansy nie dostać. Nikt wszak nie zaczynał po zakończeniu uczelni od razu na stanowisku nauczycielskim. Każdy członek grona profesorskiego pracujący w Hogwarcie miał za sobą wiele lat doświadczenia i własnych badań. Musieli dowieść, że byli najlepszymi z najlepszych i którzy mogli prowadzić młode pokolenia czarodziejów. Często spotykało się nawet przeświadczenie, że nieodzowne było prowadzenie dalszego, własnego rozwoju, a więc, że nie należało spoczywać na laurach po otrzymaniu danego stanowiska. W wielu krajach system szkolnictwa wyższego wręcz to narzucał; na przykład w Niemczech profesorowie musieli być biegli w dwóch przedmiotach — jednym głównym i drugim pobocznym. Gdyby tak było, młody Vane nie dostałby listu od dyrektora szkockiej uczelni — był wszak zbyt młody, by poznać dość dobrze jakikolwiek inny temat. Numerologia towarzyszyła mu od zawsze, jednak interesował się nią jak do tej pory w wąskim kręgu związanym z astronomią. Nie znał się na tworzeniu zaklęć czy schemacie ich powstawania. Nigdy jednak nie był osobą, która interesowała się jedynie wąsko własną dziedziną. Wiedział, że mógł i chciał swoje horyzonty poszerzać w najlepszy z możliwych sposobów. Nie ulegało zresztą wątpliwości, iż wykształcenie każdego profesora powinno wykraczać poza znajomość tradycji naukowej, w tym także znajomość innych kwestii. Patrzenie holistyczne było potrzebne, chociażby z tego względu, iż zauważało się wręcz takie zjawisko, że nauczyciele, którzy interesowali się kilkoma tematykami, już na całe życie pozostawali w jakiejś mierze zdeterminowani w swym sposobie uprawiania nauki przez jej szczególne właściwości. On jednak był dopiero na początku swej drogi i stykał się ze Szkołą Magii i Czarodziejstwa jako jeden z jego pracowników po raz pierwszy. Wiedział, że Hogwart był bardzo szczególną instytucją, bardzo odmienną od innych. I nie tylko przez własny prestiż. Był bowiem zakładem naukowym, to znaczy miejscem, gdzie jednocześnie uprawiało się naukę i kształciło przyszłych uczonych oraz wykonawców zawodów, w których części kontakt z nauką był nieodzowny. Uzdrowiciele, zielarze, opiekunowie magicznych stworzeń. Z tłem naukowej rodziny młody astronom wiedział o tym aż za dobrze. Dorastał razem ze swoimi krewniakami, którzy nigdy nie przestali się uczyć i rozwijać bez względu na wiek. Inwestowanie w siebie było więc dla niego czymś oczywistym. Do tego szerokie spektrum oraz społeczna odpowiedzialność, jakie na niego spadły po otrzymaniu propozycji pracy zobowiązywały go do tego. Szczególnie że na przestrzeni lat rola społeczna i polityczna szkolnictwa zmieniała się, ale zawsze była znacząca. Odkąd tylko sięgał pamięcią ku lekcjom z historii magii, istotność Hogwartu zawsze stanowiła podporę dla rozwijającego się magicznego społeczeństwa. Jego struktura przetrwała do aktualnych czasów i pomimo upływu tysiąclecia, nadal była widoczna. W czasach nowożytnych szkoła stała się nieodzownym elementem struktury państwa, mająca na celu służbę społeczeństwu. Nawet jeżeli dzieci uczyły się w trybie nauki domowej, również ich nauczyciele posiadali tego świadomość. Hogwart spełniał wszak swą funkcję filaru państwa w taki sposób, że pozostając wobec państwa lojalny i służebny, był zarazem autonomiczny. Oznaczało to samorządność, ale także coś znacznie więcej: suwerenność uczonych w wyznawaniu i głoszeniu przekonań naukowych, której warunkiem była wolność od nacisków politycznych i ideologicznych. Przynajmniej w dużym uproszczeniu. Autonomia Hogwartu powinna być więc konsekwencją zarówno wolności politycznej w państwie praworządnym, jak i wolności nauki, jednak co do tego wciąż były wątpliwości. Jayden widział szkołę jako drogę do refleksji nad ustrojem społecznym i wypowiadania się o pryncypiach życia publicznego. Zgadzając się na przyjęcie posady profesorskiej, miał pełną świadomość i przekonanie, iż obowiązek ten spoczywał na całej społeczności nauczycielskiej. We wspólnocie, jaką była oświata, wspólnocie wprawdzie hierarchicznej i tylko częściowo demokratycznie zorganizowanej, od każdego oczekiwało się, że na miarę swych możliwości przyczyniać się miał do godności rozwoju ośrodka, do którego należał. Dla kogoś tak młodego i zapatrzonego w ideały było to wszak oczywiste.
Zresztą... Nikt nie mógł zaprzeczyć, że Szkoła Magii i Czarodziejstwa była instytucją dostojną. Uczelnia bowiem zawsze była częścią świata akademickiego nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale także w wymiarze międzynarodowym. Kto w końcu o nim nie usłyszał? Kto nie chciał się tam znaleźć? Kto nie chciał nawiązać współpracy? Tradycyjna koncepcja uniwersytetu, a nawet koncepcja głęboko konserwatywna – taka, jaką wykładał Christopher Wadock w swej książce Człowiek, kultura, uniwersytet – mogła przetrwać jeszcze bardzo długo, choć nikt jeszcze nie mógł wiedzieć, iż nadchodzące czasy nie miały jej sprzyjać. Oczywiście Vane widział w gronie swoich kolegów po fachu, iż bycie posłusznym nie było czymś bezkompromisowym. To właśnie w świecie nauki wolno było jawnie się jej przeciwstawiać, głosić niezgodne poglądy. Ta scena bowiem była, winna być wolna, a w połączeniu ze szkołą mogła być może jedyną instytucją, gdzie naprawdę wolno było mówić, co się myślało. Oczywiście nikt nie był naiwny na tyle, by głosić swoje sądy bez rzetelnego uzasadnienia. Jayden nie był też już uczniem, któremu wszystko mogło uchodzić na sucho. Był nauczycielem. Profesorem. Odpowiadał więc sam za siebie. Miał nauczać z odpowiednią podstawą i miał być z tego rozliczany. W gruncie rzeczy wiedział, że miał być zapewne traktowany dość ozięble, ale Wieża Astrologów także pod tym aspektem go nie oszczędzała. Miał jako profesor więcej wytycznych aniżeli sami studenci — wszak to stanowisko wiązało się z dobrym prowadzeniem się, właściwym ubiorem, ukazywaniem przykładu. Pamiętał zresztą, że podczas jego własnej nauki kontrakt student–nauczyciele był w zasadzie wąsko określony, a zarazem otoczony oficjalnym chłodem i obojętnością. Zazwyczaj. Bo przecież sam był żywym dowodem tego, iż pracowników szkoły wiązały z uczniami, szczególnie starszymi i bardziej aktywnymi, różne więzi emocjonalne i stosunki nieformalne. Bycie uczniem konkretnego mentora, niemal jego prawą ręką nie było tak rzadkie, ale można było powiedzieć, że niemal tak wyróżniające niczym pozycja prefekta naczelnego. Najczęściej takie osoby w przyszłości również nawiązywały współpracę ze swoimi dawnymi mistrzami i doszukiwały się w nich rady. Vane znał to tylko od jednej strony. Czy w przyszłości również i sam miał kogoś przeprowadzić? Było to równie ekscytujące, ale także budziło wątpliwości. Jak zresztą cała ta sytuacja. Był przecież młody, nie był tak doświadczony, jak profesorowie piastujący już swoje stanowiska. Większość z nich wszak i jego samego uczyła, bo od opuszczenia przez niego murów zamku, nie minęło wcale tak dużo czasu.
Struktura stanowisk była jednak tylko jedną z hierarchii świata akademickiego, do której przedostawał się Jayden. Drugą była hierarchia funkcji. Profesorowie, jak i inni zatrudnieni pracownicy podlegali wszak dyrektorowi wybieranemu przez Ministerstwo Magii. Prowadził on Hogwart, kierował swoim gronem oraz podejmował najważniejsze decyzje związane z kierunkiem prowadzenia szkoły. Kierownictwo poszczególnych domów zostawiał Głowom Domów i to właśnie do owej czwórki nauczycieli zgłaszali się z problemami studenci. Później byli inni pracownicy, zajmujący się własnymi zadaniami. Oczywiście Vane nie był osobą, która mogła być oschłą w stosunku do innych. Gdy pojawił się na rozmowie, o jaką poprosił go dyrektor Dippet, wiedział, że mężczyzna ten nie był całkowicie żołniersko nastawiony w stosunku do uczonych w jego szkole dzieci. To dawało pewnego rodzaju pewność, iż wszelka otwartość nie była traktowana jako coś złego. Na pewno dwudziestoczteroletni mężczyzna miał się wyróżniać swoim nastawieniem na tle innych nauczycieli posiadających całe dekady pracy w zawodzie, ale mógł też wprowadzić powiew świeżości i nowego, niecodziennego punktu widzenia. Oczywiście Jayden zamierzał doceniać swoich starszych kolegów po fachu, do których i tak miał się zwracać tytulaturą z szacunku wobec ich urzędu oraz wspominając minione dni, gdy sam zasiadał w ich ławce. Znali już jego twarz, osiągnięcia, dlatego raczej nietrudno raczej miało mu przejść z jednym czy z drugim bliżej się zapoznać, tym bardziej że w całym ogóle grono pedagogiczne składało się z niewielu osób. Dokonania czy pracę większości z nich już znał, jednak książki nie mogły całkowicie zastąpić poznania charakteru danej osoby. Czy miała być sojusznikiem, czy wręcz przeciwnie? Oczywiście astronom nie nastawiał się źle czy negatywnie w stosunku do kogokolwiek.
Ekscytacja poruszała całym jego ciałem jeszcze na długo, zanim opuścił Wieżę Astrologów już oficjalnie jedynie jako pracownik Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. W wakacje miał odbyć krótki kurs przygotowawczy, zapoznający go z kwestiami typowo papierologicznymi oraz stylu prowadzenia zajęć. Miał to być również czas, w którym miał zapoznać się z wymaganiami, jakie miał spełniać absolwent poszczególnych roczników oraz gdzie zakończyły się ostatnie zajęcia profesora, który odszedł na emeryturę. Do września miał czas na zaprezentowanie swoich rozwiązań oraz planu działania. I chociaż miały to być niezwykle pracowite trzy miesiące, nie narzekał. Tak naprawdę nie mógł powstrzymać cisnącego się na jego twarz uśmiechu.

to be continued...




he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Jayden Vane
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach