Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Kieran Rineheart

Go down 
AutorWiadomość
Kieran Rineheart
Kieran Rineheart

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Zawód : szef zdelegalizowanego biura aurorów
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 45
UROKI : 28
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Kieran Rineheart SZkQsQ6

Kieran Rineheart Empty
PisanieTemat: Kieran Rineheart   Kieran Rineheart I_icon_minitime29.08.18 21:37

Talia Tarota

[bylobrzydkobedzieladnie]


Powrót do góry Go down
Kieran Rineheart
Kieran Rineheart

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Zawód : szef zdelegalizowanego biura aurorów
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 45
UROKI : 28
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Kieran Rineheart SZkQsQ6

Kieran Rineheart Empty
PisanieTemat: Re: Kieran Rineheart   Kieran Rineheart I_icon_minitime18.12.18 19:45

Głupiec
Aleja Śmiertelnego NokturnuSierpień 1913

Uwielbiał odwiedzać Ulicę Pokątną. Zawsze urzekała go jej barwność tworzona przez różnorodne sklepowe witryny, co tak bardzo starały się przyciągnąć uwagę przechodniów. Sklep z kociołkami zawsze stawiał przy szybach najbardziej wypolerowane towary spośród pozostałych, w których śmiało można byłoby się przejrzeć, gdyby podobnej funkcji nie pełniło dbale umyte okno. A jeden z nich, taki mały i złoty znajdujący się tuż przy wejściu, wypełniony był cukierkami i chyba wszystkie dzieci wierzyły, że są one przeznaczone do degustacji. O tym jednak nie było sposobu się przekonać, jeśli nie weszło się do środka sklepu. Ale Kieran nie tylko do tego sklepu nie miał okazji wejść. Sklep z miotłami również musiał ominąć, choć zaciekawione spojrzenie niebieskich oczu dziecka sunęło po rzędzie najnowszej edycji sportowych mioteł. Liczebnością dominowały Księżycowe Brzytwy. Dobrze znał ten model, który swój debiut miał na początku wieku. Smukła miotła o rączce z jesionowego drewna po ponad dziesięciu latach przestała być ekskluzywnym towarem, choć przez swą cenę wciąż pozostawała poza zasięgiem przeciętnych czarodziejów. Teraz marzeniem wszystkich, amatorów i zawodowców, była Srebrna Strzała. Tyle się słyszało o jej niesamowitej prędkości i zwinności. Siedemdziesiąt mil na godzinę na miotle! I co z tego, że jedynie osiągała taką prędkość z wiatrem, to i tak pozostawało czymś niesamowitym. Dziewięcioletni Irlandczyk nad wyraz chętnie przykleiłby się do witryny i spoglądał na dzieło sztuki, lecz żywe kroki ojca prącego do przodu nie dawały mu takiej możliwości. Trochę żałował, że nie mógł tutaj przybyć z mamą, ona pozwoliłaby mu przyglądać się tym wszystkim cudom i sama by się nimi zachwycała. Pozostawało mu żyć złożoną przez nią niegdyś obietnicą, że wybiorą się na Pokątną razem, gdy już trzeba będzie szykować mu szkolną wyprawkę. Już tylko dwa lata oczekiwania zostały. Dostanie swoją pierwszą różdżkę i uda się do Hogwartu! Czasami śnił o wielkim zamku znanym z opowieści mamy – o długich korytarzach, ruchomych schodach, posągach skrywającymi tajemne przejścia, wysokich wieżach. Marzyły mu się te wszystkie przygody.
Gdy dalej gnał za swym ojcem, przeszedł jeszcze w pośpiechu obok Esów i Floresów, gdzie z wystawionych z przodu książek, z premedytacją otwartych, spozierały przeróżne postaci. Udało mu się dostrzec kątem oka tylko widmo starego czarodzieja z długą, siwą brodą i o zmarszczonych groźnie brwiach. To na pewno musiał być jakiś czarny charakter, bo ta cała surowość wręcz od niego biła. A może jednak był to jakiś mędrzec, twardy nauczyciel nie żyjący sentymentami? Chciał się dowiedzieć, ale nie miał na to szans, kiedy gonił rosłą postać swojego ojca. Chyba nie bez powodu widział potrzebę gnania przed siebie, choć przecież nie musieli niczego pilnie załatwiać. Kieran dobrze pamiętał jak mama wyraźnie mówiła, że mają zabrać zamówione dla niego ubrania, bo ze starych już wyrósł. I przy okazji rozejrzeć się za jakimiś butami, ale co do tego nawet sam zainteresowany nie był przekonany. Te stare jeszcze go nie cisnęły i nie przecierały.
I wtedy coś się musiało wydarzyć, bo zaaferowany czymś tata nagle wyskoczył do przodu i po kilku sprężystych krokach wyciągnął różdżkę. Śmiało wycelował ją do przodu i głośno wyartykułował inkantację zaklęcia.
Drętwota!
Nie mógł zauważyć co właściwie się wydarzyło, bo zaraz cały widok zasłoniły mu większe sylwetki dorosłych. Nawet promienia zaklęcia zbytnio nie widział, ledwie błysk przebijający się przez rząd skupionych nagle wokół ciał. Szukał luki, wspinał się na palcach, a nawet zaczął przepraszać jakiegoś pana w eleganckiej szacie, ale nic nie pomogło mu przedrzeć się do przodu. Jednak w końcu czarodziej głuchy na jego wcześniejsze prośby odsunął się i wówczas przed Kieranem stanął ojciec. Chłopiec natychmiast dostrzegł, że dziwnym trafem rodzic miał dwie różdżki – swoją w dłoni prawej i jakąś obcą w lewej.
Poczekaj tu na mnie – powiedział i zaraz zniknął, a za nim ruszyła jakaś kobieta, która nieustannie dziękowała mu za uratowanie z opresji. Ale przed czym właściwie została uratowana i to na dodatek przez jego ojca? Potem zauważył jeszcze, że ojciec chwycił za ramię jakiegoś mężczyznę i agresywnie popchnął do przodu, wyraźnie ponaglając. Co się wydarzyło?
Wiedział tylko, że musi czekać w wyznaczonym miejscu. Na jego nieszczęście nie stał obok jednej z witryn, co nęciłaby go barwną oprawą z elementami ożywionymi magią, ale na skrzyżowaniu dwóch ulic. Ta druga niezbyt przypominała Pokątną, właściwie to była jej odwrotnością. Taka szara i niezbyt żywa, tam gdzieś dalej nawet ewidentnie brudna, bo ta dziwna kupka leżąca na brukowanej kostce po prostu musiała być kupką śmieci, prawda? Najbardziej dziwne było to, że nie widać było nikogo. Znaczy, o jakiś budynek opierał się plecami wysoki i bardzo szczupły mężczyzna w podziurawionym płaszczu, ale Kieran usilnie starał się na niego nie patrzeć. W końcu przyjrzał się bardziej jednemu z szyldów. Tabliczka z nazwą najpodlejszej ulicy spośród wszystkich przyzywała go do siebie i w końcu znęciła skutecznie. Z początku tylko się do niej zbliżył, wykonał jeden krok i wciąż od nowa odczytywał pełną nazwę ulicy. Ulica Śmiertelnego Nokturnu. Drugi człon nazwy nie brzmiał zbyt kusząco, ale i to trzecie słowo nie budziło jego zaufania, bo naprawdę nie wiedział czym jest ten cały nokturn. Co to właściwie za słowo i co ono oznacza? Chwilę się nad tym głowił, kiedy w głębi ulicy nie przemknął nagle jakiś cień. Zauważył to jedynie kątem oka, niezbyt pewien tego, co właściwie zobaczył. Ale był ciekaw. Jakże był chętny do odkrycia czegoś nowego, najlepiej czegoś, co nikomu jeszcze nieznane! Na pamięć znał upiorne opowieści ojca o tym miejscu, ale nie wydawało mu się ono straszne, gdy kierował swój wzrok w głąb ulicy, która co najwyżej była odrobinę bardziej szara, bo i trochę zaniedbana. Zrobił kolejne dwa kroki, po czym przystanął i w jednej chwili znieruchomiał, aby rozejrzeć się odrobinę uważniej po otoczeniu. Nic złego się nie stało. Wcale nie czuł się tak, jakby wszedł do zupełnie innego świata, choć przekroczył jakąś niewidzialną linię, taką umowną, co to rozróżniała miejsce dobre od złego. I może rzeczywiście mocno zabrudzona witryna z niezapalonymi świecami i pajęczynami powinna dać mu do myślenia i zmusić do zawrócenia z tej drogi. Ale brak ataku z którejkolwiek strony zachęcił go do ruszenia dalej i w końcu skręcił w lewo w wąską uliczkę, gdzie – jak mu się wydawało – pomknął tajemniczy cień. Wtedy usłyszał za sobą czyjś rechot, więc odwrócił się gwałtownie. To właśnie wcześniej widziany mężczyzna w płaszczu wybuchł śmiechem i się poruszył. Serce Kierana zabiło mocniej ze strachu, więc szybkim krokiem ruszył do przodu, bezmyślnie zagłębiając się dalej w uliczkę. Potem znów dostrzegł niekształtną sylwetkę, która tym razem skręciła w prawo. Bezmyślnie pognał za nią. Ale tym razem w kolejnej uliczce zobaczył chłopca z szarym kundlem przy nodze. Na jego widok mały Rineheart poczuł ulgę i nawet uśmiechnął się nieśmiało.
Cześć – przywitał się i wyciągnął rękę, wciąż czując się trochę niepewnie, ale w tym jednym geście zawarł resztki swojej odwagi i dumy. – Jestem Kieran – przedstawił się szybko, nie tracąc wcale entuzjazmu. Drugi chłopiec przechylił głowę na bok, spojrzał na niego jak na wariata, a potem skinął głową. Ręki jednak nie podał.
Peter – burknął pod nosem i zaraz ruszył kolejną wąską uliczką, a pies wiernie pobiegł za nim. Kieran również zagłębił się pomiędzy kolejne stare, szare budynki.
A jak nazywa się twój pies? – spytał szybko o pierwszą rzecz jaka przyszła mu do głowy, aby nie skazywać ich na milczenie.
Dorajda.
Dorajda?
Drugi chłopiec w końcu odwrócił się, aby rzucić mu jedno krótkie spojrzenie, przez które czuł się mocno oceniany.
Skoro nie jest niedorajdą, to jest chyba dorajdą, co nie?
Po raz pierwszy spotkał się z takim rozumowaniem, jednak zaraz gorliwie pokiwał głową, chcąc zaznaczyć, że mimo wszystko rozumie taki punkt widzenia.
A ile masz lat?
Dziewięć.
Ja też – pokiwał przy tym głową z zadowoleniem, jakby odkrycie czegoś, co ich łączy, było niezwykle istotne. – Za dwa lata będę szedł do Hogwartu i na pewno trafię do Gryffindoru jak mój tata. Moja mama było w Hufflepuffie, ale ja ponoć mam zbyt dużo wyrwy, aby do niego trafić.
Na te słowa nie otrzymał już jakiejkolwiek reakcji.
Mieszkasz tutaj?
Nie otrzymał odpowiedzi na to pytanie. Pomiędzy nimi zapadła bardzo niezręczna cisza, nawet pies nie szczekał. W sumie to nie zaszczekał ani razu. Kieran już nie czuł się do końca bezpiecznie w towarzystwie rówieśnika, swoją drogą niezbyt przyjaznego.
Wiesz może jak dojść na Pokątną? – odważył się w końcu spytać, wyczuwając jakieś dziwne napięcie pomiędzy nimi. – Tata na mnie czeka.
Chłopiec z Nokturnu nie odwrócił się, jedynie zagwizdał na psa, który nagle ruszył przodem i skręcił w kolejną wąską uliczkę. Kieran szybko pogubił się w ich plątaninie, mocno tym zmartwiony. Ale czy inne dziecko mogłoby świadomie prowadzić drugie wprost do zagrożenia? Skręcenie po raz kolejny w lewo okazało się jasną odpowiedzią na ten dylemat. Mały Irlandczyk wpadł w pułapkę. Zauważył to dopiero, gdy w ślepej uliczce dostrzegł trzech starszych chłopaków. Usłyszał gwizd, a potem przekleństwo pełne agresji i zawodu. Jeden z dryblasów z tej trójki ruszył nagle gwałtownie do przodu i Kieran mimowolnie wzdrygnął się.
I kogo nam tu przyprowadziłeś? – spytał ze złością jeden z nastolatków, chwytając za ramię Petera, aby potrząsnąć nim brutalnie. Kieran przyglądał się temu z ogromnym zaskoczeniem. Nawet jeśli już wiedział, że został zdradzony przez dopiero co poznanego rówieśnika, to wcale nie życzył mu źle. – Niby z czego mamy skroić jakiegoś gówniarza?
Nie było nikogo lepszego.
Zamknij się! – krzyknął starszy chłopak i uderzył Petera w twarz otwartą dłonią, następnie odrzucił go w bok jak szmacianą lalkę, a drobniejsze ciało uderzyło o kamienną ścianę budynku. Dojda szybko stanął w obronie swojego towarzysza, szczekając głośno, gdy tylko znalazł się pomiędzy nim a agresorem. Niewiele zdziałała, bo brutalne kopnięcie i jego posłało na ścianę.
Nie bij ich! – zakrzyknął walczenie Kieran, choć nie miał żadnych szans przeciwko trzem zdecydowanie silniejszym nastolatkom. Ale nie mógł przecież przyglądać się bezczynie całej sytuacji.
Coś powiedział? – wyrzucił z siebie ten najbardziej agresywny typ. Drugi wybuchnął śmiechem na sprzeciw dziewięciolatka, zaś trzeci patrzył tylko na wszystko z zaciśniętymi mocno ustami. W końcu jednak drgnął, kiedy i Kieran został mocno pochwycony za ramiona.
Zostaw go – nakazał wreszcie ten najmniej zaangażowany. – Może uda nam się coś zgarnąć za jego ciuchy. No i buty ma całkiem porządne.
Dryblas momentalnie go puścił, po czym zerknął na jego obuwie, nagle wielce nim zainteresowany.
Rzeczywiście – stwierdził z szelmowskim uśmiechem. – Mojemu bratu przydałyby się nowe buty.
To mu je kup, bo moich nie dostaniesz – odpyskował śmiało, po czym umknął dwa kroki do tyłu, ale szybko nastał kres jego ucieczki, gdy długą ręką sięgnęła po niego i zacisnęła się na ramieniu.
– Ty mały gnojku.
– Mówiłem żebyś go zostawił.
– Po mordzie powinien dostać. Przynajmniej raz.

Nie chciał dostać lania. Co innego było oberwać po głowie od ojca, ale dlaczego niby miałby być workiem treningowym dla jakiś durniów? Chciał uniknąć ciosów, lecz nigdy nie potrafił być do końca potulny. Musiał więc jakoś odstraszyć nastolatków.
Mój tata jest aurorem! – wykrzyczał prawdę z cały sił w drobnych płucach, zawierając w niej jak najwięcej groźby.
Znów usłyszał gromki śmiech tego najbardziej wesołkowatego nastolatka z całej trójki.
A mój to jest pieprzonym lordem.
– Teraz to na pewno oberwiesz, młody
– wyjaśnił ten najbardziej opanowany. – Nie lubimy tutaj aurorów.
Widział już jak ten najchętniejszy do zlania go po gębie już chce zamachnąć się pięścią. Ale właśnie w tej chwili ktoś rzucił zaklęcie. Wyraźnie usłyszał wypowiedziane rozeźlonym tonem Everte Stati, które odrzuciło osiłka o dobre dwa metry w głąb ślepej uliczki. Kieran odwrócił się i wielką ulgą spojrzał na ojca. Ale ten nie zaszczycił go nawet krótkim spojrzeniem, intensywnie wpatrując się w syna.
Chodź tu Kieran – zażądał surowo, przez co chłopiec natychmiast zbliżył się do niego i znów poczuł solidny uścisk na ramieniu, ale tym razem przynajmniej ojcowski. Zdołał jeszcze spojrzeć na Petera przygarniającego do siebie bojaźliwie Dorajdę nim poczuł znane już uczucie pociągnięcia w okolicy pępka. Zamrugał, zacisnął mocno powieki i zagryzł dolną wargę.
Po otworzeniu oczu był już z ojcem przed rodzinnym domem. Mężczyzna szarpnął nim, kierując ku niemu rozwścieczone spojrzenie.
Co ja ci mówiłem?! – ryknął gardłowo. – Miałeś na mnie czekać, gówniarzu!
Krzyki szybko wyciągnęły z domu matkę, która śmiało ruszyła ku nim i odciągnęła syna od męża.
O co się tak wściekasz, co?
Twój syn zwiedzał Nokturn, wyobrażasz to sobie?! – zaczął uskarżać się ojciec, przez co Kieran ze wstydu spuścił głowę. – Polazł tam, choć kazałem mu czekać!
Kobieta spojrzała to na męża, potem zaś na syna, a widząc struchlałą twarz Kierana momentalnie przygarnęła go do siebie, wtulając go w siebie z czułością.
Miałeś kupić mu ubrania – przypomniała spokojnie pani Rineheart. – I rozejrzeć się za nowymi butami dla niego.
Kazałem mu czekać! – wyrzucił z siebie donośnie małżonek, choć już ze zdecydowanie mniejszą siłą przebicia niż wcześnie. – Dorwałem złodzieja i…
I co? – przerwała mu jawnie zirytowana Alona, układając dłonie na biodrach, wypuszczając tym samym syna z uścisku. – Kieran, do domu.
Z początku chłopiec nawet nie drgnął, tak jak i ojciec, choć ten nie był już tak stanowczo wyprostowany, a więc przestał wyglądać wielce przerażająco.
Coś powiedziałam.
I dopiero po tych słowach zniknął za drzwiami domostwa Rineheartów. Grzecznie usiadł przy kuchennym stole i zaczął obracać w dłoniach drewnianego konika otrzymanego od taty. Rodzice naprawdę rzadko się kłócili, ale gdy już to robili, to cały dom się trząsł od wrzasków ojca. Chociaż i jego mama potrafiła donośnie krzyknąć. Tym razem zanosiło się na to, że krzyczeć w nerwach będą wspólnie.
– Dziwisz mu się?! Ciągle gadasz o nokturnie, to nie dziwota, że tam poszedł?
– A więc teraz to moja wina, że polazł właśnie tam?!
– Gdybyś go pilnował, to by tam nie poszedł!
– Ma już dziwięć lat, więc poczekanie na mnie kilku minut nie powinno być dla niego wyzwaniem.
– Miałeś spędzić z nim czas a nie się włóczyć za złodziejami!
– Najlepiej żebym odwrócił wzrok od kradzieży, bo miałem zajmować się synem?!
– Właśnie tak! Syn powinien być dla ciebie ważniejszy!

Czuł się winny tej kłótni. Przez ciekawość wpakował się w przykrą sytuację i gdyby nie szybka interwencja ojca, pewnie skończyłoby się o wiele gorzej. Teraz już przynajmniej wiedział, ze nawet dzieci mogą być podłe i działać z premedytacją. I na własnej skórze się przekonał, że Nokturn to siedlisko wszelkiego zła, skoro dotyka ono nawet dzieci. Jak w ogóle można nie lubić aurorów? Tego pojąć nie potrafił.


Powrót do góry Go down
Kieran Rineheart
Kieran Rineheart

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Zawód : szef zdelegalizowanego biura aurorów
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 45
UROKI : 28
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Kieran Rineheart SZkQsQ6

Kieran Rineheart Empty
PisanieTemat: Re: Kieran Rineheart   Kieran Rineheart I_icon_minitime18.02.20 0:09

Mag
Louisburgh, IrlandiaSierpień 1921

List zawiadamiający o śmierci ojca był tak naprawdę krótką i chłodną notą, która wydostała się spod zbyt opanowanej ręki jego dziadka. Duży nacisk pióra na pergamin był widoczny gołym okiem, samo pismo było lekko przekrzywione, ale wystarczająco schludne, aby sens kategorycznych sformułowań nie rozmył się gdzieś przypadkiem. Otrzymał zawiadomienie. Nie padały żadne kondolencje, słowa wsparcia czy otuchy, miał po prostu zapoznać się z prawdą i stawić jej czoła. Pomiędzy nakreślonymi słowami nie zagnieździła się choćby najbardziej znikoma emocja. Z listu biła pustka. Wielokrotnie słyszał, że Ardal Rineheart to człowiek konkretny i szczery do bólu, choć te cechy nie wybrzmiewały tak bardzo w opowieściach o jego heroizmie, które przeważały nad bardziej osobistymi opowiastkami o rodzinnym szczęściu. Choć z powodów zdrowotnych zmuszony był przerwać aurorską karierę, to wciąż stawiany był rzeszy kursantów za wzór trudny do doścignięcia. Niegdyś wnukowi wydawał się mitem, o jakim mówiono mu często w dzieciństwie – z czasem coraz rzadziej – lecz nigdy nie miał okazji ujrzeć go na własne oczy i przekonać się o prawdziwości jego istnienia. I w jednym z najtrudniejszych momentów w życiu Kierana rodzinna legenda okazała się być człowiekiem z krwi i kości, od razu przejmując rolę jego prawnego opiekuna bez jakichkolwiek tłumaczeń czy głębszych refleksji. O wiele więcej współczucia biło od dyrektora Hogwartu, który postanowił wezwać go do swojego gabinetu i osobiście przekazać tragiczne wieści z dala od ciekawskich spojrzeń pozostałych uczniów. Już wtedy dla osieroconego piątoklasisty stało się jasne, że nigdy więcej nie przyjdzie mu zaznać domowego ciepła. Po śmierci matki jeszcze się łudził, że kiedyś, może za kilka lat, gdy zostanie już pełnoprawnym aurorem, zdobędzie uznanie ojca i staną się sobie bliżsi. Naiwne marzenie miało na zawsze pozostać jedynie życzeniem drzemiącym gdzieś na dnie spragnionej bliskości duszy. Rodziciel ruszył śladem ukochanej rodzicielki i również pożegnał się z tym mocno niesprawiedliwym światem przedwcześnie. Twój ojciec zginął za Irlandię. Nie padł w starciu z czarnoksiężnikami czy podczas chronienia niewinnych, oddał swoje życie za niepodległość Irlandii. Jak miał zareagować na podobną informację? Nawet nie wiedział, że jego ojciec zdecydował się dołączyć do jednej z partyzanckich bojówek. Już nigdy nie pozna motywów, które nim kierowały, a tak bardzo chciałby je odkryć i zrozumieć. W otaczającej go najczęściej od kilku lat rzeczywistości szkolne kwestie narodowościowe nie miały aż tak wielkiego znaczenia, co spory toczone odnośnie wyższości krwi czystej, zwłaszcza tej niby szlachetnej.
Jego los spoczął w rękach dziadka, którego tak na dobrą sprawę wcale nie znał, bo dotychczasową wiedzę o nim opierał na szczegółowych opowieściach o ujmowaniu najgorszych zwyrodnialców. Po otrzymanym liście obawiał się ich pierwszego spotkania, choć ostatecznie okazało się, że potrafią w spokoju i całkowitym milczeniu stać obok siebie nad mogiłą utraconego syna i ojca. Cocidius Rineheart spoczął obok ukochanej żony Alony i nikt nie uronił po nim łzy, pogrzebaniu go w ziemi towarzyszyła zbolała powaga. Ceremonia była skromna, pogrzeb krótki i zwięzły, ale już w jego trakcie obaj krewni mogli wyrobić o sobie pierwsze opinie. Kilka wzajemnych spojrzeń wystarczyło im w zupełności, aby pojąć, że w ich rodzinie jabłko zawsze pada nieopodal jabłoni. Najwidoczniej wszyscy mężczyźni noszący ich nazwisko byli postawni i na wskroś poważni, a marszczenie brwi na różne sposoby w celu minimalizowania emocjonalnych reakcji przychodziło im z naturalną łatwością. Kieran był wciąż na początku drogi stania się Rineheartem w pełnej krasie, mimo to był już ponadprzeciętnie wysoki jak na swój wiek, wyróżniając się na tym polu spośród rówieśników, a surowe wychowanie pomogło wbić mu do głowy odpowiednią hierarchię wartości wierną rodzinnym tradycjom. Podczas składania kondolencji po głównej części ceremonii pogrzebowej prawie każdy powtarzał, że wdał się w ojca, jednak on skupiał się na podobieństwach, które łączyły jego zmarłego już rodzica z osobą dziadka. Dzielili nie tylko te same ostre rysy twarzy, ale również pewne zachowania, choćby dumną postawę charakteryzującą się podniesionym śmiało czołem przy jednoczesnym lekkim zgarbieniu ramion, na których nieśli ciężar odpowiedzialności za bezpieczeństwo innych. Z perspektywy Kierana Ardal był starszą wersją Cocidiusa, choć musiało być na odwrót, to Cocidius przez całe swoje życie coraz bardziej upodabniał się do własnego ojca. A przedstawiciel kolejnego pokolenia wiernie podążał tym samym śladem, nawet nie biorąc pod uwagę możliwości, że mógłby kiedykolwiek zejść z tej konkretnej ścieżki.
Ich dalsze interakcje nadeszły wraz z wakacjami. Choć w głębi duszy najbardziej pragnął raz jeszcze powrócić do rodzinnego domu, gdzie wciąż odnajdywał namiastkę matczynej obecności i chciał odnaleźć pozostałości z ostatnich chwil życia ojca, nowy opiekun postanowił wyrwać go zeznanego środowiska i zaprezentować mu całkowicie nowe, obce. Nie potrafił jednak starego domostwa dziadka uznać za swój dom. Drewniana, okazała konstrukcja skryta była wśród leśnej zieleni, a wokół niej roiło się od różnych ziół, a pomiędzy nimi wyrastały koniczyny. Wszechobecne motywy dowodzące irlandzkiej tożsamości z początku odrzucały go. Szybko musiał przyswoić sobie zasady panujące pod tym konkretnym dachem, które były jeszcze bardziej rygorystyczne niż te ojcowskie. Do wczesnych pobudek i wyznaczonych godzin posiłków łatwo było się przyzwyczaić, gorzej było zaakceptować pewne nawyki dziadka, co był już zaprzyjaźniony z własną samotnością. Cały dom był jego świątynią – pomieszczenia utrzymywane we wręcz przesadnym porządku nie mogły nosić znamion ludzkiej obecności. Każdy przedmiot miał swoje miejsce, a w salonie roiło się od ruchomych fotografii, na których najczęściej pojawiała się postać babci uśmiechającej się raz szeroko, raz bardziej subtelnie. Była mugolką, która ujęła zatwardziałego aurora swoją wrodzoną łagodnością i znajomością ziół. Jedno przypadkowe spotkanie w lesie dało początek silnemu uczuciu. Sypialnia dziadka pozostawała dla niego najbardziej świętym miejscem, do którego nigdy wnuka nie dopuścił, zawsze pilnując tego, aby po zamknięciu drzwi dodatkowo zabezpieczyć je choćby jedną skomplikowaną barierą ochronną. Nowemu domownikowi nie pozostawało zatem nic innego, jak uszanowanie prawa do prywatności gospodarza. Mimo wszystko czuł się w tej przestrzeni gościem, nawet jeśli został mu oddany jeden z pokoi, w którym i tak nie wypadało mu zmienić zbyt wiele. Sypialnia na piętrze nie była wielka, ale także przebywanie w niej nie mogło wywołać ataków klaustrofobii. Większe znaczenie od zadbanych jasnych ścian i miękkiego materaca miało to, że niegdyś to pomieszczenie należało za młodu do jego ojca. Komoda pozostawała pełna jego ubrań, które Kieran zaanektował jako własne. Powoli, dzień po dniu, on i dziadek nawiązywali między sobą nić porozumienia, przeważnie czyniąc to w milczeniu. W końcu nadszedł czas na rozmowy i każda była dla Kierana ważną nauką. Dla jego ojca wybór drogi, którą podąży jego syn, zawsze był oczywisty i nie inaczej było w przypadku dziadka. Gdy schodzili na temat aurorskich działań, wytrzymywali z sobą nawet długie godziny, w pełni angażując się w bardzo szczegółowe dyskusje o wszelakich taktykach, przypadkach akcji zakładniczych, eliksirach bojowych. Młody umysł błyskawicznie pochłaniał nową wiedzę i grzechem byłoby ignorować obecność pod tym samym dachem tak wielkiej skarbnicy wiedzy w osobie weterana wielu krwawych starć z parszywymi czarnoksiężnikami.
Nie ośmielił się zaprotestować, gdy Ardal postanowił zapoznać go z podstawami ciesielskiej sztuki, bo to przypomniało mu te chwile niezmąconego szczęścia sprzed lat. Dla niego niemożnością byłoby zapomnieć to jak pomagał ojcu przy stolarce, zaczynając przyswajanie wiedzy od zapoznania się z narzędziami podczas ich podawania większym i sprawniejszym dłoniom. Postawienie wspólnymi silami altany tuż za domem zbliżyło ich do siebie, choć rodzinne ciepło nigdy nie miało między nimi zagościć. Ale ciężka praca dała początek kolejnym rozważaniom. Jedyna chwila słabości Kierana przed dziadkiem zakończyła się wyznaniem, że nie wie, w imię czego jego ojciec poświęcił życie. Dziadek następnego dnia zabrał go w podróż, aby nie tylko poznał, co doświadczył odpowiedzi. Irlandia wówczas przestała być pustym pojęciem, a stała się czymś więcej, jego dziedzictwem. Pływając przez dwa tygodnie na rybackim kutrze pod okiem krewnego postanowił nie dzielić się tym skrawkiem swojej historii z każdym, nie mogąc oderwać spojrzenia od uderzającego o wodę masywnego ogona przepływającego obok walenia.
Wielokrotnie przemierzał meandry pamięci, aby przypomnieć sobie, kiedy po raz pierwszy usłyszał z ust dziadka o legilimencji. Zaczęło się od zwykłych wtrąceń, bez wdawania w szczegóły. Sztuka czytania ludzkich umysłów była tylko jednym z założeń, narzędziem istniejącym tylko w teorii – nielegalnym i budzącym wątpliwości moralne. Przez kolejny rok nauki prawie całkowicie zapomniał o tym zagadnieniu, naiwnie wierząc, że dom dziadka może również w kolejne wakacje stać się dla niego bezpieczną przystanią. Nie wahał się wrócić pod jego protekcję, czego szybko pożałował, gdy emerytowany auror wymusił na nim podjęcia się zdecydowanie trudniejszych nauk od tych wszystkich wcześniejszych. Nikła więź, co ich ze sobą złączyła po długich staraniach, nagle zostaje naciągnięta do granic możliwości, mimo to jakimś cudem nie pękła. Pierwsze praktyczne podejście do tematu jest atakiem z zaskoczenia. Wejście w jego umysł było bardzo dotkliwe, jakby ktoś rozżarzonym prętem próbował wywiercić sobie prostą drogę do jego mózgu. Nawet nie wiedział, co się dzieje, kiedy niewidzialna siła śmiało sięgnęła po wszystko, lecz nie wzięła nic, póki nie trafiła do żalu skrywanego w najdalszych odmętach podświadomości. Poczucie straty wróciło do niego wraz ze wspomnieniami z pogrzebu matki – znów miał przed sobą surowe spojrzenie ojca, który nie stanowił żadnego oparcia dla syna, gdy przejęty jest tylko swoim cierpieniem. Słony smak łez znów zalewa usta i dopiero po chwili, która zdawała się wiecznością, uświadomił sobie, że szlocha w chwili rzeczywistej, bezwolnie oddając upust dawnym emocjom. Po odzyskaniu świadomości dostrzegł postać dziadka patrzącego na niego z wyższością i rozczarowaniem. Te uznał pierwszą lekcję swojego autorstwa za porażkę, winą za taki stan rzeczy obarczając wnuka. Do Kierana dopiero w późniejszym czasie dotarło, że potrzebował tak drastycznej demonstracji, aby raz na zawsze zapamiętać, że legilimencja nie jest zabawką a potężną bronią.
Surowy mentor nigdy nie dał mu chwili wytchnienia, teorię przeplatając z praktyką, a mentalne ataki w trakcie wakacji po szóstym roku nauki zdarzały się co kilka dni i to w najmniej oczekiwanych momentach. Ardal dzielił się jednak z wnukiem różnymi doświadczeniami, przedstawiając blaski i cienie aurorskiego fachu. Nie był cierpliwym nauczycielem, ale jego spostrzeżenia pozostawały celne, a rady bardzo wartościowe. Mimo to powrót do Hogwartu na ostatni rok nauki Kieran powitał z ogromną falą ulgi.




(

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

)
Powrót do góry Go down
 

Kieran Rineheart

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie :: Talia kart Tarota-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20