Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Salon
AutorWiadomość
Salon [odnośnik]27.09.18 8:38

Salon

Główne oraz zdecydowanie najczęściej odwiedzane pomieszczenie w posiadłości. Niemal zawsze ktoś w nim przebywa, delektując się chwilą relaksu na miękkich i niezwykle wygodnych kanapach. Jasne barwy - głównie biel i złoto - w których utrzymany jest pokój, zapewniają jego przytulny charakter. To tutaj podejmuje się gości, częstując ich najlepszymi napitkami, wśród których wymienić można zarówno najlepszą herbatę jak i wyśmienite alkohole z piwnic Abbottów.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Salon Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Salon [odnośnik]03.10.18 20:32
15 sierpnia 1956 roku
......................................................

Ten dzień dla Rudolfa był wyjątkowo upierdliwy. Chociażby dlatego, iż kompletnie nie miał ochoty na przebywanie wśród ludzi, a teraz wlókł się ze swojej sypialni prosto do salonu, gdzie najpewniej już znajdowała się część rodziny i składała życzenia urodzinowe jego kuzynowi. Chłopak usiłował jeszcze przekonać ojca do tego, aby pozwolił mu wyjątkowo w ten jeden dzień nie pojawić się na tym skromnym spotkaniu. Niestety usłyszał stanowcze "nie" a co za tym szło skończyła się wszelka dyskusja.
Blondyn schodził powoli po kamiennych schodach. Ręce trzymał w kieszeni swoich spodni, a jego błękitne tęczówki spoczywały od czasu do czasu na delikatnych pęknięciach kamiennych stopni. Nawet nie przyodział żadnej bardziej przyzwoitej szaty. Chociaż skrzaty domowe, które biegały w różne strony, wydawały z siebie jedynie cichy pisk, dając mu tym samym jasno do zrozumienia, że pojawiając się w takim stanie w salonie, zwróci na siebie uwagę, a i może zostanie to odebrane jako swego rodzaju obraza. Rudolf był obecnie jednym z najbardziej narwanych mieszkańców, tego dworku, i raczej każdy przywykł już do tego, iż niebieskooki ma tendencje do zadziwiania. Jego rodzice nie raz i nie dwa zachodzili w głowę czemu tak było. Z czasem jego nerwica była wytłumaczeniem większości jego zachowań. Dla Rudolfa było to wygodne. Wiele rzeczy uchodziło mu płazem, ale jednocześnie czuł, że jego ojciec usilnie stara się zwiększyć kontrolę nad nim. Często posyłał za nim skrzaty, które miały donosić o tym co wyczynia jego jedyny syn. Chłopak w końcu dotarł do salonu, i pierwsze co zrobił to zasłonił dłonią oczy. Biel i złoto...dwa kolory, który pięknie odbijały światło, a co za tym szło, już na dzień dobry potrafiły oślepić. Minęła chwila nim Rudolf przyzwyczaił się do jasności tego miejsca, i dopiero kiedy lekki ból głowy odszedł, opuścił dłoń i rozejrzał się po pomieszczeniu. Było znacznie mniej osób niż się spodziewał. Do pewnego momentu był niemal przekonany, że jego matka nie odpuści Lucanowi wielkiego przyjęcia. Luana, była kobietą, która po szybkim zwolnieniu z rodzicielskich obowiązków, skupiła się na wielu rzeczach...szkoda, że nie zauważała tego, iż Rudolf jej potrzebował, ale sam chłopak jednocześnie był zbyt dumny, aby prosić się o uwagę własnej matki. Blondyn stał tak przez chwilę w miejscu, aż ostatecznie jego błękitne tęczówki spoczęły na kuzynie, który był głównym powodem tego całego zamieszania. Młody Lord ruszył powoli w jego stronę, by stanąć naprzeciwko mężczyzny.
-Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin- Powiedział miękkim i łagodnym głosem, a na jego ustach pojawił się lekki uśmiech. Był wymuszony, Rudolf rzadko kiedy uśmiechał się szczerze. Może dlatego, iż uważał szlachtę, za grupę aktorów, dlatego też i sam Rudolf postanowił grać.
-Mam nadzieję, że przybywające lata nie dają ci się we znaki- Dodał po chwilce milczenia. Lucan nie był wcale, aż tak stary, ale Rudolf nie odpuściłby sobie gdyby nie był chociaż odrobinkę złośliwy.
Rudolf Abbott
Zawód : Stażysta w departamencie przestrzegania prawa czarodziejów
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Czasami lepiej umrzeć od razu, niż każdego dnia po trochu
OPCM : 19
UROKI : 10
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6470-rudolf-abbott#165263 https://www.morsmordre.net/t6536-samira#166708 https://www.morsmordre.net/t6535-rudolf-abbott#166707 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-rezydencja-abbottow
Re: Salon [odnośnik]07.10.18 1:13
Naprawdę myślał, że zwyczajnie dali sobie już spokój. Odpuścili, po prostu stwierdzili, że nie ma sensu robić z igły widły. Każdy z członków rodziny, zaczynając od matki, przez jego żonę, wujostwo, nawet służki, a na ojcu skończywszy, złożyli mu stosowne życzenia. I to by naprawdę starczyło. Sądził, że podzielali jego zdanie - ale jak zwykle musiał się pomylić. No bo przecież niecodziennie obchodzi się urodziny! - zaszczebiotała mu wesoło matka, kiedy ledwo Lucan wkroczył do salonu. Był piętnasty sierpnia, a więc już chwilę po jego urodzinach, ale mężczyzna wcale nie musiał daleko szukać powodu, dla którego to skromne (chociaż tyle!) rodzinne przyjęcie odbywało się akurat tego dnia.
Bo przecież nie on jeden obchodził urodziny w sierpniu.
Naprawdę lubił takie niewielkie rodzinne spędy, kiedy mógł pobyć przez chwilę i zamienić słowo z każdym - nawet z jedną z dawno niewidzianych ciotek, która w przeszłości bardzo lubiła bardzo głośno opowiadać o tym, jaki to Lucan jest chudy. Uważał jednak, że był już troszeczkę za stary na zdmuchiwanie świeczek z tortu, a także na wręczanie prezentów. Nawet będąc w wieku Rudolfa, Lucan czuł, że już z tego wszystkiego wyrósł. Ale swoją drogą - gdzie właściwie był Rudolf? Właściwie od chwili rozpoczęcia przyjęcia jasnowłosy nie miał sposobności, aby rozejrzeć się dokładniej za kuzynem, nie trzeba było jednak intelektu geniusza ani nawet zbyt rozwiniętej spostrzegawczości, by dostrzec, że jego kuzyna brakło wśród zgromadzonych - a przecież miał być drugim z solenizantów?
- I tobie również życzę, czego sobie tylko dusza zapragnie, mój drogi kuzynie - pochłonięty konwersacją z jedną z ciotek w końcu zauważył ich zgubę - dopiero kiedy ta się odezwała. Choć, szczerze powiedziawszy, był zaskoczony, że Rudolf jednak raczył się w ogóle zjawić.
Był nieco rozdarty. Jako, że pochodził z innej gałęzi rodziny, nie powinien się mieszać do spraw swojego kuzynostwa. A jednak ciężko było siedzieć bezczynnie, gdy było się świadkiem spięć pomiędzy bliskimi ci osobami. Lucan był doskonale świadom, dlaczego wuj patrzy na niego z aprobatą, a na Rudolfa zaś - z napięciem. Z jednej strony chciał pomóc, z drugiej... sam był nieco zły na kuzyna za, momentami szczeniackie, zachowanie.
- Na twoim miejscu martwiłbym się raczej o siebie. Czy to siwe pasemka pośród tych blond loków? - czemu miałby się nie zrewanżować za ten przytyk? Nawet jeśli Rudolf był dużo młodszy od niego. - Napijesz się? Za ciebie też trzeba wznieść toast.


We carry on through the stormTired soldiers in this war
Remember what we're fighting for


Lucan Abbott
Zawód : Znawca prawa, pracownik Służb Administracyjnych Wizengamotu
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
If you can't fly, run
If you can't run, walk
If you can't walk, crawl!
OPCM : 24
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6172-lucan-havelock-abbott https://www.morsmordre.net/t6437-loki#164163 https://www.morsmordre.net/t6439-obys-nie-mial-zatargow-z-prawem#164173 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-rezydencja-abbottow https://www.morsmordre.net/t6547-l-h-abbott
Re: Salon [odnośnik]08.10.18 1:05
Sam Rudolf nie był zwolennikiem wystawnych przyjęć. Czuł się na nich źle. Zawsze kiedy odczuwał na sobie spojrzenia innych ludzi, czuł dziwną potrzebę ucieczki. Ponoć odziedziczył to po matce, a może było to wynikiem jego nerwicy, o której w tym domu raczej nie mówiło się za często. A i sam Rudolf poniekąd został pozostawiony z tym wszystkim sam. Czuł się tak jak by teraz musiał uciekać przed swoim własnym cieniem. Chociaż wiedział, że to nie możliwe, to i tak próbował, a to skutkowało tym, że każdy kolejny dzień potrafił go męczyć. Całe szczęście, że nie zawsze było źle. Czasami były dobre dni, radosne i pogodne. Czasami wchodziła w niego nowa nadzieja, ale tylko po to, aby następnego dnia odejść.
Chłopak posłał delikatny uśmiech w stronę kuzyna i już chciał podziękować, kiedy do nich dołączyła się matka blondyna, która oczywiście zaczęła narzekać na to, iż jej syn nie ubrał się stosownie do okazji. Rudolf to przemilczał, a kiedy kobieta usiłowała wyciągnąć rękę w jego stronę, aby chociaż odrobinę ulizać blond włosy - Rudolf odchylił głowę w bok, odsuwając się tym samym od matki. Jego relacje z tą kobietą były trudne. Zbliżała się do syna, ale sama nie pozwoliła mu nigdy podejść do niej. Rudolfa i jego matkę oddzielał gruby mur, przez który trudno było się przebić. Teraz pozostawało pytanie, gdzie został popełniony błąd.
-Złoto pomieszane ze srebrem...uważam, że wyglądałoby niezwykle dostojnie- Chłopak przeważnie miał odpowiedź na większość rzeczy. Rzadko kiedy się zdarzało, iż komuś udało się sprawić, aby Rudolf zamilkł nie mogąc znaleźć żadnej dobrej riposty. Ciekawe tylko było to, czy taka cecha była dobra. Chłopak jako szlachcic powinien był wiedzieć, kiedy zamilknąć. Niestety blondyn miał dużo do powiedzenia...szkoda tylko, że nie mówił tego wszystkiego swoim rodzicom. Chociaż w sumie kiedyś mówił, ale w chwili kiedy człowiek za każdym razem spotykał się z odmową, i porównywaniem do innych, to może zniechęcić.
-Myślę, że przy takiej okazji grzechem byłoby nie wypić- Blondyn rzadko kiedy odmawiał alkoholu. Całkiem możliwe, że traktował go jako swego rodzaju lek na swoją nerwicę. Może i nie był rozwiązaniem wszystkiego, ale był skuteczny. Już po kilku szklaneczkach czegoś mocniejszego, myśli chłopaka się rozjaśniały, i układały w jedną logiczną całość. Rudolf przywołał do siebie skrzata i poprosił dla kuzyna od trunek taki jakiego sobie zażyczył, a on sam chciał otrzymać szklaneczkę whiskey. Za winem średnio przepadał. Nawet jego matka swego czasu napisała krótki wierszyk, który idealnie odwzorowywał to co sam Rudolf myślał o winie. Panowie nie czekali długo, bo po kilku minutach przed nimi pojawił się skrzat, ze srebrną tacą na której stały naczynia z trunkami. Blondyn od razu pochwycił za swoje "zamówienie" i uniósł szklankę lekko ku górze.
-Aby ci się wiodło kuzynie, oraz aby twój syn chował się zdrowo i szczęśliwie- Rudolf często zazdrościł dzieciom ich dzieciństwa. On sam raczej nie wiele miał okazji aby być dzieckiem. Bardziej kojarzy je z nudnymi lekcjami, do których zmuszali go rodzice, a on jako dziecko chcąc się im przypodobać zgadzał się na to. Jak widać, na niewiele to się zdało.
Rudolf Abbott
Zawód : Stażysta w departamencie przestrzegania prawa czarodziejów
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Czasami lepiej umrzeć od razu, niż każdego dnia po trochu
OPCM : 19
UROKI : 10
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6470-rudolf-abbott#165263 https://www.morsmordre.net/t6536-samira#166708 https://www.morsmordre.net/t6535-rudolf-abbott#166707 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-rezydencja-abbottow
Re: Salon [odnośnik]28.10.18 20:46
Gdy ich rozmowę przerwało pojawienie się ciotki, Lucan postanowił milczeć. Wiedział że wcinanie się w słowa i działania matki Rudolfa pewnie by ją tylko rozsierdziły, albo wręcz odwrotnie - jeśli zaczęłaby porównywać obu mężczyzn, nie poprawiłby całej sytuacji a tylko ją zaognił. Odczekał więc aż kobieta zdecyduje się odejść, po czym nachylił się do kuzyna aby mu konspiracyjnie wyszeptać: - Ja też tak zawsze robię, jak matka chce mi poprawić włosy - mrugnął, zerkając w kierunku swojej rodzicielki. Była złotą kobietą, ale czasami mocno przesadzała w kwestii wyglądu. Choć w tym przypadku sytuacja i tak nie była tak zła, jak z matką Rudolfa. Kiedyś Lucan próbował zastanawiać się, na czym polega ta różnica w zachowaniu obu kobiet. Najprostszą odpowiedzią musiało być po prostu wychowanie. Greengrassowie byli chowani aby głośno mówić o tym, co im nie pasuje, głosić swoją opinię. Ollivanderowie byli znacznie łagodniejszymi duchami.
- Tyle świecidełek na głowie... jeszcze trochę a będziesz wyglądać jak uosobienie fae feli - Lucan wcale nie chciał mu dogadać tak, aby chłopak zapomniał języka w gębie. Postawił raczej na rodzinne przytyki, mające na celu odrobinę rozruszać kuzyna. Mimo wszystko byli rodziną, a on osobiście ze swoją familią pragnął mieć dobry kontakt. Niezależnie od tego, czy chłopak dogadywał się ze swoimi rodzicami czy też nie.
- Chodź na taras, tam staruszkowie nie będą nas słyszeć - zaproponował, kiedy obaj już odebrali od skrzata po szklance trunku. Nie to, żeby miał dla chłopaka jakieś sekrety do przekazania. Chciał raczej odetchnąć chwilę świeżym powietrzem, skoro już rodzina oderwała go od pracy w jego gabinecie, gdzie panował lekki zaduch.
- Tobie życzę, byś znalazł spokój ducha i umysłu, a także by i do ciebie uśmiechnęło się szczęście - odpowiedział prostym toastem, jednak za jego słowami kryło się zdecydowanie więcej. Nie mógł mówić o tym głośno, nawet z daleka od uszu ojca oraz wuja. Nie mógł z resztą niczego Rudolfowi obiecać. Mógł mieć tylko nadzieję, że chłopak w końcu przestanie się dusić we własnej skórze. Tego właśnie mu głównie życzył.


We carry on through the stormTired soldiers in this war
Remember what we're fighting for


Lucan Abbott
Zawód : Znawca prawa, pracownik Służb Administracyjnych Wizengamotu
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
If you can't fly, run
If you can't run, walk
If you can't walk, crawl!
OPCM : 24
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6172-lucan-havelock-abbott https://www.morsmordre.net/t6437-loki#164163 https://www.morsmordre.net/t6439-obys-nie-mial-zatargow-z-prawem#164173 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-rezydencja-abbottow https://www.morsmordre.net/t6547-l-h-abbott
Re: Salon [odnośnik]30.10.18 23:38
Rudolf całe szczęście, przez te wszystkie lata nauczył się jakoś znosić gadanie matki. Dlaczego? pewnie dlatego iż uznał, że ta nie ma mu do przekazania niczego ciekawego. Po latach wysłuchiwania pretensji, dlaczego on nie jest taki jak inni, można nauczyć się to ignorować. Chociaż sam chłopak często miewał ochotę, wykrzyczeć matce w twarz, że to ona go urodziła, a on wcale się o to nie prosił. Całe szczęście, że jeszcze jakąś przyzwoitość ten chłopak miał w sobie, i czegoś takiego najpewniej nigdy nie powie swojej rodzicielce. Chociaż dostrzegał w tym sporą niesprawiedliwość. Rodzice mogli dzieciom mówić wiele rzeczy, czasami nawet je zranili, a dzieci? kiedy tylko usiłowały odpowiedzieć tym samym, były tłamszone, nazywane niewdzięcznymi, bo przecież rodzice tyle im ofiarowali. Tylko wedle Rudolfa na wszystko trzeba było zapracować, nawet na przywilej usłyszenia z ust swojego syna czułe "mamusiu"
-Widocznie u nas to rodzinne. Mamy bzika na punkcie fryzury- Odparł i uśmiechnął się lekko. To jakie on miał w sobie geny, było najlepszym dowodem na to, aby rody szlacheckie dobierały małżeństwa z większą starannością. Co dobrego w końcu może wyjść z wygadaniem Greengrassów, oraz z poczuciem sprawiedliwości Abbottów. No właśnie wyjdzie taki Rudolf. Wygadany młodzieniec, którego jednocześnie nikt nie chce słuchać, bo swoim wygadaniem potrafi trafić w sedno sprawy - sprawy, która wcale nie była taka prosta jak mogła by się wydawać. Blondyn popatrzył kątem oka na kuzyna. Lubił go, chociaż to właśnie z nim był najczęściej porównywany "mógłbyś być jak kuzyn" "popatrz na kuzyna" a przecież Rudolfowi chociażby do jego wieku brakowało jeszcze kilku lat. Nie mógł być jak on, bo nim po prostu nie był i najpewniej nigdy nie będzie. Co więcej...nie miał zamiaru być, ale go lubił. Chociażby dlatego, że jako jedyny nie przyrównywał go do każdego innego człowieka na tej ziemi.
-Chętnie...nie mam za mocno ochoty wysłuchiwać ponownie o tym, jak to źle wyglądam- Odpowiedział spokojnie, i z szklanką w dłoni powędrował za kuzynem na taras, chociaż czuł na swoich plecach badawczy wzrok ojca. Zawsze go obserwował, zupełnie tak jak by chciał mieć nad nim pełną kontrolę.
Świeże powietrze od razu poprawiło lekko nastrój Rudolfowi. Nic więc też dziwnego, że wziął głęboki wdech, by po chwilce podejść do balustrady i oprzeć się o nią, by po chwili usłyszeć głos kuzyna. Skierować na niego błękitne tęczówki i wysłuchał w milczeniu to co mówił.
-Szczęście...- Powiedział cicho chłopak odwracając na chwilę twarz od Lucana. Wpatrywał się gdzieś przed siebie. Usiłował zebrać myśli, sklecić coś sensownego, ale było to trudne. Pod jego czaszką co chwila pojawiały się tuziny myśli, wszystkie równie ważne, i każda chciała być na pierwszym miejscu.
-Kiedyś słyszałem, że w świecie wielkich nie ma miejsca na szczęście- Ciągoty do autodestrukcji odziedziczył po swojej matce. Ona sam również miała tendencje do filozofowania w ten mroczny i dla wielu niezrozumiały sposób.
-Chyba zaczynam to rozumieć- Mruknął po czym ponownie odwrócił się do kuzyna i mimo wszystko posłał mu lekki uśmiech, po czym sam uniósł szklankę, po czym upił łyka bursztynowego płynu, który spływał po jego gardle rozgrzewając całe jego ciało.
-Spokój ducha odzyskam najpewniej po śmierci...ale cóż. Jakoś sobie radzę- Nie miał tak naprawdę większego wyboru. Musiał sobie "jakoś" radzić. Wsparcia ze strony rodziców, nie dostawał zbyt wielkiego. W końcu był szlachcicem a mu nie było wolno nie panować nad własnymi nerwami...a jednak...przytrafiło się.
-A ty kuzynie? radzisz sobie?- Czy go to naprawdę interesowało, czy pytał z grzeczności. Trudno było jasno stwierdzić. Ten chłopak zbudował całkiem wysoki mur wokół siebie. Trudno było przez niego się przedrzeć, dojrzeć jego prawdziwe emocje.
Rudolf Abbott
Zawód : Stażysta w departamencie przestrzegania prawa czarodziejów
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Czasami lepiej umrzeć od razu, niż każdego dnia po trochu
OPCM : 19
UROKI : 10
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6470-rudolf-abbott#165263 https://www.morsmordre.net/t6536-samira#166708 https://www.morsmordre.net/t6535-rudolf-abbott#166707 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-rezydencja-abbottow
Re: Salon [odnośnik]12.11.18 0:57
Wbrew pozorom z połączenia takich dwóch cech jak wygadanie oraz silne poczucie sprawiedliwości mogło wyjść bardzo wiele. Co więcej, bardzo wiele dobrego. Niestety, wymagało to konkretnego ukierunkowania oraz wiedzy, jak mówić, aby inni słuchali, a tego Rudolfowi wyraźnie brakowało. Gdyby posiadł tę umiejętność, być może wiedziałby, jak rozmawiać z własną matką. Bo przecież wcale nie trzeba było krzyczeć, aby wyrzucić komuś jego błędy. Spokojna, szczera rozmowa czasami potrafiła załatwić bardzo wiele. Lucan także musiał przekonać się o tym na własnej skórze.
Coś zaś tyczyło porównywania młodszego kuzyna do starszego Abbotta... na to nic nie mógł poradzić. Nie czuł się winny, kiedy słyszał słowa, tak krzywdzące dla Rudolfa, a które wypowiadał najczęściej jego ojciec. Uważał, ze każdy odpowiada za swoje czyny i na nikogo nie można spoglądać z góry. Lucan mógł być jedynie wsparciem, zarówno dla samego Rudolfa, jak i dla wuja. Nie mógł jednak rozwiązać ich problemów.
- Oczywiście że w świecie wielkich jest miejsce na szczęście - niemal od razu zaprzeczył, pozwalając sobie nawet na lekkie trzepnięcie kuzyna w czerep, aż mu się te blond loki zatrzęsły. Och, czasami nie mógł znieść tego jego pesymistycznego marudzenia, a w innych przypadkach czuł silną potrzebę, aby w swoich słowach przekazać Rudolfowi nieco własnej siły. To właśnie był jeden z takich momentów. W jego opinii kuzyn zwyczajnie zbyt prędko się poddał - A twoja siostra? Czy nie daje ci powodów do szczęścia? - przypomniał mu, posyłając mu nieco karcące spojrzenie. Nawet jeśli Rudolf nie potrafił się porozumieć z własnymi rodzicami, wciąż posiadał ludzi, dla których był istotny i których bolało obserwowanie, jak miota się z kąta w kąt i wszystkich odrzuca.
- Jeszcze raz napomkniesz o śmierci, to sam cię wypchnę z jakiegoś wysokiego okna - mruknął, zdecydowanie pochmurniejąc. Jeśli był jakiś temat, którego Lucan starał się unikać za wszelką cenę, był to właśnie temat śmierci. Nawet jeśli był poruszany w żartach, działał na starszego Abbotta niezwykle drażniąco - a powodów ku temu było kilka. Przede wszystkim, wieści pochodzące z niemal każdego zakątka Anglii, były bardziej niż alarmujące. Ministerstwo nie spaliło się samo, nie był to nieszczęśliwy wypadek. Oczywiście Lucan i Lorraine, jako członkowie Zakonu, mieli nieco większe pojęcie o tym, co się dzieje naprawdę - i właśnie dlatego mężczyzna chwilami zwyczajnie się bał i bywał momentami nieco drażliwy. Bał się o swoją rodzinę, o nich wszystkich, o matkę, ojca, wujostwo. Bał się o Rudolfa. Szczególnie, gdy ten wygadywał takie bzdury, jednocześnie wykazując tak znaczące skłonności do autodestrukcji.
- Nie mogę narzekać - odparł, starając się przywołać na twarz znów beztroski wyraz. To w końcu były jego urodziny, powinien więc się uśmiechać prawda?


We carry on through the stormTired soldiers in this war
Remember what we're fighting for


Lucan Abbott
Zawód : Znawca prawa, pracownik Służb Administracyjnych Wizengamotu
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
If you can't fly, run
If you can't run, walk
If you can't walk, crawl!
OPCM : 24
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6172-lucan-havelock-abbott https://www.morsmordre.net/t6437-loki#164163 https://www.morsmordre.net/t6439-obys-nie-mial-zatargow-z-prawem#164173 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-rezydencja-abbottow https://www.morsmordre.net/t6547-l-h-abbott
Re: Salon [odnośnik]12.11.18 15:32
Rudolf był skory do rozmowy, nie uciekał przed nią, ale problem leżał zupełnie gdzie indziej. Nikt go nie chciał słuchać. Jego matka chociaż obecna w domu, dla niego jej nie było. Zawsze miała ważniejsze sprawy na głowie niż jej własny syn. Kiedy przychodził do niej, z jakimś problemem prośba o radę, zawsze słyszał "nie teraz", "jestem zajęta" w końcu i sam Rudolf przestał próbować, zaczął traktować matkę tak samo jak ona traktowała jego. Chociaż tak naprawdę w głębi duszy nadal pragnął się do niej zbliżyć, bo przecież wdał się w nią. Każdy mu powtarzał, że ma jej osobowość. Byli najbliżej spokrewnieni, a chłopak nie raz i nie dwa czuł, że byli dla siebie tylko obcymi ludźmi.
W końcu blondyn poczuł na swojej głowie lekki trzepnięcie dużej dłoni kuzyna. Skierował na niego błękitne spojrzenie, w którym wyraźnie malowało się zdziwienie. Tego kompletnie się nie spodziewał, ale jednocześnie też na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech, by po chwilce niby to przypadkiem przechylić się w stronę kuzyna, i po prostu pchnął go ramieniem lekko w bok. Zdecydowanie lepiej odnajdywał się w mniej oficjalnych rozmowach, czy stosunkach. Dlatego też to delikatne klepnięcie w głowę dało mu jasno do zrozumienia, że nie musi zachowywać się tak bardzo sztywno.
-Znajdziemy szczęście pod warunkiem, że dostosujemy się do zasad...prawda?- On wiedział, że w domu byłby spokój, gdyby godził się na wszystko to co mówi jego ojciec, gdyby nie był tak uparty, ale to akurat miał po ojcu. Obydwoje nie opuszczali swoich przekonań, trwali przy nich dzielnie, a przez to, że mieli odmienne poglądy na pewne tematy często się ze sobą sprzeczali.
-Moja siostra...- Mruknął cicho i skierował wzrok na kuzyna po czym westchnął cicho. Jeżeli miałby wskazać na osobę, która była dla niego największym wsparciem to była to właśnie jego siostra. Była przy nim wiele razy, to ona podnosiła go na duchu po każdej sprzeczce z ojcem, rozbawiała go, i byłą powierniczką jego problemów.
-Jest mi najdroższą osobą w całej rodzinie, ale też ma swoje życie- Nie chciał jej obarczać wszystkimi swoimi problemami. Może dlatego iż uważał siebie za na tyle dorosłego, że poradzi sobie sam ze wszystkim, a może dlatego, że sam nie potrafił po prostu zwerbalizować swoich własnych emocji.
-To jak uciekanie przed własnym cieniem...- Dodał po chwilce milczenia. Oparł się dłońmi o balustradę, i spuścił nisko głowę. Blond kosmyki opadły mu na oczy, a on sam westchnął cicho nabierając tym samym rześkiego powietrza w płuca.
-Wiesz, że to nie ma sensu, a i tak biegniesz, męczysz się, często padasz wyczerpany, by po chwilce wstać i dalej biec...i tak w kółko- Ile Rudolf miał nieprzespanych nocy, nocy w których myśli nie dawały mu wytchnienia. Może gdyby nie ta nerwica, spojrzałby na ten świat w zupełnie inny sposób, ale trudno to zrobić, kiedy czuje się wieczne wyczerpanie, na nic nie ma się siły, a mimo wszystko jakoś trzeba ją w sobie znaleźć.
-Ale dosyć tych smętów...- Powiedział już nieco weselszym głosem i skierował wzrok na kuzyna. Nie chciał smucić go w jego urodziny, byłoby to bardzo nietaktowne, a i też nie chciał wzbudzać zbędnego zaniepokojenia. Rudolf wziął łyka trunku i uśmiechnął się lekko w stronę Lucana.
-Jak tam w pracy? pewnie dużo jej jak zwykle?- Zapytał się zaciekawiony. On sam nigdy nie chciał iść w ślady ojca, chciał być przydatny w zupełnie inny sposób. Nie mógł przecież siedzieć spokojnie w ministerstwie i patrzeć jak inni walczą, ale tak długo jak wymyśli sposób jak do tego dojść, niestety będzie musiał kisić się na swoim stażu.
Rudolf Abbott
Zawód : Stażysta w departamencie przestrzegania prawa czarodziejów
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Czasami lepiej umrzeć od razu, niż każdego dnia po trochu
OPCM : 19
UROKI : 10
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6470-rudolf-abbott#165263 https://www.morsmordre.net/t6536-samira#166708 https://www.morsmordre.net/t6535-rudolf-abbott#166707 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-rezydencja-abbottow
Re: Salon [odnośnik]16.11.18 11:34
- Zasady obowiązują wszystkich. Nie tylko szlachtę - wyjaśnił spokojnie, tak jakby tłumaczył dziecku. Narzekanie na to, że trawa jest zieleńsza po drugiej stronie ogrodzenia było nieodłączną częścią bycia człowiekiem. Lucan także przez to przechodził, on także dusił się arystokrackimi zasadami, narzuconym mu odgórnie zachowaniem. Niestety, świat nie był cudownym miejscem, gdzie płynęły wypełnione po brzegi rzeki czekolady, a chmury nigdy nie schodziły dość blisko ziemi, by sprawdzić czy przypadkiem nie są zrobione z waty cukrowej.
- Myślę, że jednak mimo to powinieneś częściej z nią rozmawiać. To w końcu twoja rodzina - odpowiedział na spokojnie, samemu wizualizując sobie przed oczami twarz Lorraine. Tak samo jak w przypadku Rudolfa, siostra była mu przez długi czas najbliższą osobą. Nie rozdzieliły ich nawet lata nauki w zupełnie innych krajach. Jak przez mgłę Lucan pamiętał, że to właśnie jego siostra najdłużej próbowała wyrwać go z ciemności, gdy rozpaczał po utracie swojej narzeczonej. Najusilniej próbowała go wyciągnąć do światła, zająć rozmową, pocieszyć, przywrócić siłę do życia. No i to w końcu jej ślub sprawił, że jasnowłosy w końcu faktycznie przełamał swoją depresję. Dziś oboje mieli już pozakładane rodziny, nosili nawet inne nazwiska. Ale Lorraine zawsze pozostanie dla niego najbliższą osobą. Nie mieli wiele czasu na rozmowę, to fakt. Wciąż jednak pozostawały listy. I Lucan cieszył się niemal jak dziecko, ilekroć widział na swoim parapecie Roscę, niosącą wiadomość od lady Prewett. Za każdym razem. A przecież lat na karku miał już sporo - dużo więcej niż sam Rudolf!
Lucan spojrzał na młodszego kuzyna, wzdychając cicho. Ciężko mu było na sercu, widząc jak chłopak się męczy. Dobrze wiedział, że nie miał zbyt wiele możliwości by mu pomóc. Mógł jedynie czasem z nim porozmawiać - jak to czynił właśnie teraz. Prawdziwy problem leżał jednak gdzieś indziej i Rudolf sam musiał się z tym zmierzyć.
- Jak sam przyznałeś, uciekanie przed tym nie ma sensu. A myślałeś może o tym, by poszukać porady kogoś biegłego w tej kwestii? - zaproponował, nie mówiąc nic o konkretach, można się było jednak domyślić, do czego Lucan pije. Była taka osoba, pewien szlachcic, dość luźno spowinowacony z Abbottami, który specjalizował się w magipsychiatrii. Pomimo młodego wieku, znał się na swojej sztuce bardzo dobrze. Być może on byłby w stanie nieco poluzować węzeł, który uciskał Rudolfa, pokazać mu, jak spojrzeć na świat w innym świetle, pod innym kątem. Tym bardziej, że obojga łączyło to, że posiadali dość... napięte kontakty ze swoimi ojcami.
- Może poszedłbyś porozmawiać z Alexandrem? - zaproponował. Być może Rudolfowi pomógłby też fakt, że Selwyn był mu zdecydowanie bliższy wiekiem. Przed rówieśnikami chyba łatwiej było się otworzyć... przynajmniej taką Lucan miał nadzieję.
- W pracy? Burdel, jak zwykle. Chociaż teraz jest chyba jeszcze większy bajzel niż zazwyczaj. Cudem udało mi się wyrwać tych kilka dni wolnego na Festiwal Lata - wzruszył ramionami. Tego wydarzenia nie mógł odpuścić, szczególnie że przecież organizowali je Prewettowie. No i była to świetna okazja, by spotkać się z tyloma osobami, których nie miał czasu odwiedzić na co dzień. Dobrze było chociaż na chwilę poświętować z Lorraine, jej dzieciakami, a nawet Archibaldem!


We carry on through the stormTired soldiers in this war
Remember what we're fighting for


Lucan Abbott
Zawód : Znawca prawa, pracownik Służb Administracyjnych Wizengamotu
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
If you can't fly, run
If you can't run, walk
If you can't walk, crawl!
OPCM : 24
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6172-lucan-havelock-abbott https://www.morsmordre.net/t6437-loki#164163 https://www.morsmordre.net/t6439-obys-nie-mial-zatargow-z-prawem#164173 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-rezydencja-abbottow https://www.morsmordre.net/t6547-l-h-abbott
Re: Salon [odnośnik]10.12.18 21:06
Rudolf był dzieckiem i nie bójmy się tego stwierdzenia. Nawet on sam często mówił o sobie, że jest dzieckiem. Problem polegał na tym, iż wszyscy dookoła uważali, że jeżeli dziecko to na pewno głupie, czy niedojrzałe. Chłopak nie raz i nie dwa był świadkiem tego, że dzieci potrafiły wyciągać lepsze wnioski niż dorośli, bądź rozumieli lepiej zaistniałe sytuacji niż mogłoby się wydawać. Dziecinność młodego Abbota polegała na przekonaniu, że nie ma rzeczy nie możliwych. Miewał wizje utopijne, i o dziwo sam w nie wierzył, ponieważ od tego zawsze wszystko się zaczynało, a potem wystarczyło wzbudzić te wizje w innych ludziach, co bardzo często było najtrudniejsze. Ale jeżeli to się uda, to cała ludzkość będzie niepowstrzymana. Chciał w to wierzyć, w chwilę kiedy wszyscy się zjednoczą, nawet jeżeli jest to tylko marzenie. Od czegoś trzeba zacząć.
-Może kiedyś będzie dane nam się spotkać- Odpowiedział spokojnie Rudolf. Nie był zbyt wielkim zwolennikiem mówienia o swoich problemach. Może dlatego, że nie przywykł do żalenia się. Nawet teraz kuzynowi powiedział delikatniejsze fakty ze swojego znerwicowanego życia. Mimo wszystko nie można było zaprzeczyć temu, że chłopakowi brakowało jakiegoś towarzysza w jego wieku. Kogoś z kim będzie mógł spędzić trochę czasu.
-Festiwal lata powiadasz. Matka i ojciec wiercą mi dziurę w brzuchu, abym wybrał się tam, i pewnie im ulegnę- Gdy nad tym się zastanawiał nie uważał tego za taki zły pomysł. Rzadko kiedy miał okazję, aby po prostu się pobawić. Może rozmowa z kimś zupełnie obcym i nowym dobrze mu zrobi, otworzy oczy na zupełnie inne horyzonty.
-Matka pewnie byłaby szczęśliwa gdybym już miał narzeczoną- Blondyn zaśmiał się ponuro i dopił resztkę ze swojej szklanki odstawiając ją gdzieś na pobliski stolik, dając skrzatom możliwość zabrania jej. Chłopak wiedział, że im bardziej ociąga się ze znalezieniem dla siebie kandydatki na małżonkę tym bardziej przybliża się do tego, że zrobią to jego rodzice. Jak by na to nie patrzeć w żadnym wypadku nie czuł się gotowy na małżeństwo.
-Mam nadzieję, że nie pogniewasz się jak udam się na spoczynek. Bez obrazy, ale takie spędy ludzi strasznie mnie męczą- Nie kłamał. Naprawdę nie lubił tłumów, źle się w nich czuł. I chociaż podczas dzisiejszego przyjęcia nie było wielkiej ilości ludzi to i tak chłopak poczuł się znużony.
-Życzę ci jeszcze raz wszystkiego co najlepsze. Mam nadzieję, że kiedyś też znajdziesz czas dla kuzyna- Chłopakowi dobrze się rozmawiało. Lucan nie zadawał głupich i męczących pytań na które Rudolf musiałby odpowiadać. W sumie to nie rozmawiali nawet o niczym poważnym co też blondyna wprawiało w znacznie lepszy nastrój.
z/t
Rudolf Abbott
Zawód : Stażysta w departamencie przestrzegania prawa czarodziejów
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Czasami lepiej umrzeć od razu, niż każdego dnia po trochu
OPCM : 19
UROKI : 10
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6470-rudolf-abbott#165263 https://www.morsmordre.net/t6536-samira#166708 https://www.morsmordre.net/t6535-rudolf-abbott#166707 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-rezydencja-abbottow
Re: Salon [odnośnik]28.12.18 12:15
- Mówisz tak, jakby mieszkała na drugim końcu świata. Albo jakby była zamknięta w jakiejś niedostępnej, magicznej wieży - pokręcił głową z pewną rezygnacją. Anglia nie była wcale taka wielka. Rudolf nie musiał wcale poświęcać kilku tygodni lub nawet miesięcy by dostać się do miejsca, w którym rezydowała jego siostra. Nawet jeśli nie działała teleportacja, wciąż istniały świstokliki. - Po prostu napisz do niej sowę z propozycją wizyty - poradził.
Lucan tylko uniósł lekko jedną brew, kiedy jego młodszy kuzyn wspomniał o swoich rodzicach oraz o ich chęci posłania go na festiwal. Coś mu się zdawało, że Rudolfa wcale nie trzeba było specjalnie przekonywać, aby wybrał się na festiwal. Twierdził, że nie lubi tłumów, ale Lucan dobrze wiedział, że młodszy Abbott tak naprawdę byłby pierwszym chętnym do uczestniczenia w zabawie, w której nie musiałby nosić maski szlachcica. Festiwal Lata właśnie na takie coś pozwalał - zbierali się tam wszyscy, żebracy, zwykli szarzy obywatele, ale także ci zdecydowanie zamożniejsi. Wystarczyło odrobinę się przebrać, nieco inaczej uczesać i Rudolf zniknąłby w tym jakże barwnym, roztańczonym tłumie, nie obawiając się, że czujne oko ojca będzie go przez cały czas śledziło. A na tym przecież najbardziej mu zależało, prawda?
- Zapewne - odpowiedział mu jeszcze w kwestii narzeczonej. Prędzej czy później Rudolf zostanie zmuszony do wzięcia jakiejś kobiety za żonę. Wciąż był dość młody, ale prędzej czy później jego los może potoczyć się tak samo jak to było z samym Lucanem - ledwo dobił do dwudziestego piątego roku życia, siłą zmuszono go do ożenku. Oczywiście okoliczności tamtej decyzji było zdecydowanie inne, ale nie dało się ukryć, że w obu ich przypadkach nie zapowiadało się na szybkie wesele - ani w przeszłości, kiedy Lucan ledwo wychodził z depresji, ani teraz, gdy Rudolf nie wykazywał żadnego zainteresowania wstąpieniem w związek małżeński.
Gdy Rudolf oznajmił mu, że pragnie już opuścić jego towarzystwo, Lucan skinął mu głową. Poklepał jeszcze kuzyna po plecach, chcąc mu po raz ostatni dodać otuchy. Cieszył się z tego, że miał okazję chwilę z nim porozmawiać, ostatnio miał zdecydowanie mniej czasu w związku z pożarem ministerstwa, a także samym festiwalem. - Dobrej nocy, kuzynie - pożegnał Rudolfa. Postał na tarasie jeszcze przez kilka chwil, w końcu jednak wrócił do rodziny w salonie - w końcu było to spotkanie zorganizowane z okazji jego urodzin. Nie mógł zostawić swoich gości samych na zbyt długo.

zt


We carry on through the stormTired soldiers in this war
Remember what we're fighting for


Lucan Abbott
Zawód : Znawca prawa, pracownik Służb Administracyjnych Wizengamotu
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
If you can't fly, run
If you can't run, walk
If you can't walk, crawl!
OPCM : 24
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6172-lucan-havelock-abbott https://www.morsmordre.net/t6437-loki#164163 https://www.morsmordre.net/t6439-obys-nie-mial-zatargow-z-prawem#164173 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-rezydencja-abbottow https://www.morsmordre.net/t6547-l-h-abbott
Re: Salon [odnośnik]09.06.21 14:36
15 października

Nim w Dunster Castle zjawił się zapowiedziany gość, Livia niezwykle sumiennie przestudiowała opasłe tomiszcze zalegające na strojnej toaletce. Odsunięte na bok flakony perfum balansowały na granicy złoconej ramy, podczas gdy arystokratka przewracała stronicę po stronicy, uważnym spojrzeniem wodząc po treści nakreślonych na pergaminie słów. Nie chciała przecież w jego oczach wyjść na byle ignorantkę! Choć sztuka tworzenia talizmanów była jej jakże bardzo obca, o tyle podobieństwo odnalazła w astronomii, która i jej również była potrzebna przy warzeniu mikstur i kadzideł. Niezbędne komponenty natomiast, a także runy... Och, było tego tak dużo, że w połowie samodzielnie zaordynowanej pracy rozbolała ją głowa i finalnie Poppy musiała uchylić okno, byle tylko panienka była w stanie zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie mdlałaby, oczywiście, z powodu, jakim była nauka. Nie było jej to obce. Lecz spamiętanie tak wielkiego nakładu informacji nawet chłonnemu umysłowi przyszłoby z trudnością, nieprawdaż?
Zegar wskazał w końcu wyczekiwaną godzinę, a do drzwi sypialni zapukał sługa, informujący o tym, że oto przybył do posiadłości pan Sprout, oczekujący jej w salonie. Nie zwlekała. Prędko poderwawszy się z miękkiej pufy, Livia wsunęła na stopy trzewiki i krokiem szybkim jak lot znikacza pomaszerowała do pomieszczenia, by w jego wejściu odchrząknąć cicho i dygnąć, gdy zyskała sobie atencję młodzieńca. Właściwie to podejrzewała, że będzie o wiele starszy, tymczasem on przypominał jej brata; nie Cassiusa, który ledwo odrósł od ziemi i dąsał się na słońce za to, że świeciło zbyt jasno, a starszego, dojrzalszego lorda Abbotta. Chyba właśnie to sprawiło, że poczuła się pewniej; po wyuczonym skłonie podeszła do gościa, podczas gdy w salonie zawitała także przyzwoitka, odnajdując swoje miejsce nieopodal, na tyle blisko, by obserwować sytuację czujnym okiem, a jednocześnie na tyle daleko, by nie przeszkadzać w rozmowie.
- Pan Castor Sprout, jak mniemam? - zaczęła miękko, uśmiechnięta, rozpromieniona wręcz. Miała bowiem na to spotkanie tak wiele planów! Jego pomoc była w nich nieocenionym, nieodłącznym elementem. - Dziękuję, że znalazł pan dla mnie czas. Proszę pozwolić, że przedstawię się oficjalnie, już nie tylko przez list niesiony przez sowę - lady Livia Abbott; to przyjemność móc pana dziś gościć w Dunster Castle - zapewniło kasztanowłose dziewczątko. Nie kłamała, nie robiła tego nigdy: jego nadejście napawało ją przecież nie lada podekscytowaniem. - Napije się pan herbaty? - zaproponowała i wskazała czarodziejowi jeden z foteli, podczas gdy sama usiadła na skraju kanapy. W ich otoczeniu prędko znalazła się służka z porcelanowym dzbankiem wypełnionym parującym wywarem, oraz tacą z filiżankami, które ułożyła przed nimi na stole. - Słyszałam, że zajmuje się pan sztuką talizmanów. Ich tworzeniem... Na zamówienie. Czy to prawda? - podjęła po chwili, dopiero wówczas, gdy oboje z nich uraczyli się napitkiem.


slipping out of notice,
the beats of the heart chime, they are unmistakeably a sign of life. painted as far as the heavens reach, the sky is tinted in a shade of blue. endlessly it repeats itself, almost as if it were atop a boxed garden.
Livia Abbott
Zawód : działaczka na rzecz rezerwatu znikaczy, młoda dama
Wiek : 16
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
So I won't testify the crimes you're keeping score of. Why don't you throw me to the wolves? I thought you were one.
OPCM : 10
UROKI : 2
ALCHEMIA : 12
UZDRAWIANIE : 3
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9963-livia-abbott#301228 https://www.morsmordre.net/t9971-wenus#301492 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9973-skrytka-nr-2260#301500 https://www.morsmordre.net/t9972-livia-abbott#301494
Re: Salon [odnośnik]13.06.21 17:25
Możliwość odwiedzenia Dunster Castle okazała się być dla Castora zupełnym zaskoczeniem. Nie spodziewał się bowiem, że podszepty o jego umiejętnościach dotrą aż tutaj, do samych uszu lady Livii Abbott. Szczerze powiedziawszy, gdy tylko Irys dostarczył mu list podpisany szlachecką ręką, nie mógł wyzbyć się wrażenia, że był to swego rodzaju żart, psikus wymierzony w jego osobę. Jakże bowiem ludzie pokroju panów i pań Somerset mogli zainteresować się akurat jego osobą? Czyżby talizmany, które w domowym zaciszu tworzył od przeszło miesiąca, zdążyły zyskać aż taki rozgłos? Z drugiej strony oparcie dzisiejszej wizyty na nauce astronomii przede wszystkim wydawało się być idealną okazją do pokazania rodziny Sprout w jak najlepszym świetle.
Nazwisko ciążyło mu bowiem od jakiegoś czasu. Odkąd na listach gończych rozwieszonych w Londynie pojawiła się Pomona Sprout, ich nazwisko zaczęło być bardzo wyraźnie powiązane z działaniami opozycyjnymi względem Cronosa Malfoya. Nie pomagał fakt przejrzenia fortelu, który przez dwa lata urządzał sobie z jego siostrą nie kto inny jak lord Ares Carrow pod przybranym nazwiskiem, a cała sieć powiązań Sproutów z różnymi środowiskami zaczynała przypominać węzeł gordyjski. Od powrotu z Londynu jego zadanie stało się jasne: uchronić najbliższych przed niebezpieczeństwem, tak fizycznym jak i politycznym.
Jego wyjątkowa wręcz wiara w możliwości rodu Abbott nie była niczym niezwykłym; Castor wychował się w czystokrwistej rodzinie, która zasiedlała te tereny od niepamiętnych czasów. Konsekwentnie to Somerset i Dolina Godryka stały się jego domem, niezastąpionym, a o panach tych ziemi myślał nad wyraz ciepło. Wspomagany był bowiem nie tylko lokalnym patriotyzmem, a także czynami suwerenów, którzy dali się poznać jako ludzie przepełnieni rozsądkiem, sprawiedliwi i dobrzy.
Wobec takiego zestawu cech, czy Castor miał jakikolwiek powód, by stresować się przed dzisiejszym spotkaniem? Miał, a jakże! Dostosowanie się do wysokich standardów nałożonych przez jego dzisiejszych gospodarzy stanowiło sztukę wyjątkowo trudną, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Jednak udało mu się dorwać nawet jedyną parę spodni, która pasowała na niego idealnie, dobrać do tego białą koszulę i dorzucić jeszcze czarną kamizelkę, którą ubierał zawsze, gdy musiał wyglądać elegancko, ale nie na tyle, by ubierać cały garnitur. Uśmiechnął się nawet trochę, przyglądając się sobie w lustrze, bo bardzo podobnie (nie licząc nagłej utraty wagi) wyglądał, pracując w sklepie jubilerskim. Jeszcze tylko ostatnie detale, wyjątkowe jak na niego uczesanie włosów, by nie wyglądać niczym strach na wróble ściągnięty świeżo z ogródka, sprawdzenie torby... Można było ruszać.
Dotarcie do zamku nie było trudne, lecz od samego przestąpienia jego bram Castor wydawał się być nieco zagubiony. Ostatni zamek, w którym przebywał, nazywał się bowiem Hogwart i różnił się znacząco od Dunster Castle. Widząc konfuzję wymalowaną na twarzy młodego człowieka, szybko podszedł do niego jeden z pracujących w zamku sług. Po krótkim dialogu, w którym Castor wyjaśnił, że przybył na wezwanie lady Livii, sługa ów pomógł mu w odnalezieniu drogi do salonu. Gdy tylko się tam znaleźli, Castor poproszony został o cierpliwość.
Pierwsze wymaganie, w dodatku takie, które mógł spełnić! Czekając w samotności, rozejrzał się po pomieszczeniu. Pomimo bogactwa wydawało się niezwykle ciepłe i przytulne. Nie pomogło to jednak w odnalezieniu miejsca na rozluźnienie — Sprout spiął się jakby mocniej, gdy uświadomił sobie, że przecież to nie są przelewki! Musi wypaść najlepiej, jak tylko potrafi; by nie zawieść oczekiwań lady Livii oraz swych własnych.
Gdy usłyszał za sobą kroki, odwrócił się natychmiast w kierunku drzwi. Nie miał czasu przyjrzeć się swojej uczennicy zbyt uważnie, gdyż od razu ukłonił się głęboko, prosto z talii i trwał tak aż do momentu, gdy lady ponownie podjęła rozmowę.
— Lady Livio, jestem niezwykle wdzięczny, że jest mi dane stawić się w tak przepięknym miejscu — jego głos rozbrzmiał ciepło wśród chwilowej ciszy, zaś usta wygięły się w przyjemnym dla oka uśmiechu. Obecność przyzwoitki odebrał z ulgą, bowiem ostatnie, czego chciał to przypadkowe naruszenie godności damy, a towarzystwo mogło zapobiec podobnym problemom. — Obiecuję zrobić wszystko, co w mej mocy, by nasze dzisiejsze spotkanie owocowało w wiedzę.
Dopiero wtedy poświęcił chwilę na samą powierzchowność lady Livii. Sprawiała wrażenie damy mądrej i łagodnej, nawet barwa jej włosów, bardziej kasztanowa niż ognista zdawała się popierać tę odważną tezę. Nie mógł przeoczyć tysiąca piegów rozsianej po jej buzi, drobnej budowy oraz eterycznej aury, którą wokół siebie rozprowadzała. Nie odnalazł także w jej lineaturze żadnego znaku, który sugerować mógłby skłonność do złośliwości, toteż odetchnął z ulgą ponownie, tym razem wewnętrznie. Pytanie o herbatę rozwiało resztę wątpliwości — jeżeli talenta do nauk lady Abbott porównywalne są z jej urodą, prędko okaże się, że uczeń przerósł mistrza.
— Tak... Jeżeli nie jest to żaden kłopot, to tak... — wciąż nieco onieśmielony Castor skinął energicznie głową, po czym poprawił okrągłe okulary, które jak zwykle zsunęły mu się z grzbietu nosa na sam jego czubek. Uśmiechnął się przy tym pokrzepiająco i zasiadł na wskazanym wcześniej fotelu, swoją torbę stawiając po jego lewej stronie. Obserwował przez moment, jak służka rozlewa herbatę do zdobnych filiżanek, dopóki pełni jego uwagi nie przejęła, raz jeszcze, sama lady. — Tak, tworzenia talizmanów nauczyłem się w Londynie, pracowałem tam w sklepie jubilerskim, którego właściciel przekazał mi swoją wiedzę. Wciąż jeszcze się uczę, zwłaszcza w zakresie zdobnictwa, jednak już teraz talizmany wychodzące spod mojej ręki są w pełni funkcjonalne.
Rozpędził się nieco, to prawda, lecz pytanie zadane przez młodą lady trafiło po prostu na podatny grunt i potwierdziło niejako podejrzenia Castora.
— Jeżeli będzie miała lady takie życzenie, mogę przekazać lady podstawy tej sztuki. Astronomia jest jednym z filarów, na których alchemicy budują swe umiejętności, więc taki wykład zwiąże się merytorycznie z tematem naszej lekcji — mówiąc to, wychylił się nieco, by podnieść swą torbę i ułożyć na swoich kolanach. Zanim jednak zaczął w niej grzebać, posłał uważne spojrzenie swej uczennicy. — Jest jakaś materia, która ciekawi lady w szczególności?
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Salon [odnośnik]18.06.21 22:41
Widok skłonionego głęboko młodego mężczyzny przywiódł na dziewczęce poliki blady rumieniec, usta ułożył w subtelnym, sennym uśmiechu. Cieszył ją wiecznie pokaz dobrych manier przez jegomościów zamieszkujących Dolinę. To oznaczało bowiem, że Somerset samo w sobie było miejscem dobrym, zasiedlonym przez porządnych mieszkańców, podczas gdy tak wiele hrabstw zbaczało z drogi pielęgnowania tradycji elegancji i przyzwoitości, na rzecz... Zepsucia? Livia sama nie była w stanie stwierdzić, co mogło tak skutecznie mącić percepcję prawidłowych wartości i prowadzić ludzi na manowce.
- Jest pan bardzo uprzejmy, panie Sprout, dziękuję panu i za to. Zawsze wychodzę z założenia, że człowiek kochający naukę musi mieć dobre serce. Pan wydaje się potwierdzać tę myśl - odpowiedziała miękko, z niewymuszoną uprzejmością. Niezmiennie od lat doceniała to, gdy zapracowani uczeni znajdowali chwilkę czasu, by odpowiedzieć nadejściem na jej zaproszenia do Dunster Castle. Czasem czynił to za nią pan ojciec, jemu odmówić było trudniej, ona była wszak tylko kobietą, a mimo to rzadko kiedy zawodziła ją choćby jedna dusza. Tak samo stało się z młodym, lecz bardzo mądrym Castorem. Pomimo niewątpliwie piętrzących się obowiązków przygotowań do nadchodzącej zimy, nie odmówił spotkania z niepełnoletnią szlachcianką, zapewniając sobie tym samym jej sympatię.
- To nie kłopot, a przyjemność - zapewniła z promiennym uśmiechem, w małe dłonie ujmując filiżankę wypełnioną parującą herbatą. Mieszanka ziół roztaczała kojącą woń, delikatnie otulała zmysły, zapraszając do zapoznania się z bogatym smakiem, natomiast nalewająca napoju służąca oddaliła się bliżej ściany, spełniwszy swoją rolę. Uśmiech Livii rozszerzył się nieznacznie, gdy przyuważyła jak okulary osuwają się z grzbietu nosa Castora; nie było w niej jednak złośliwości, bo dziewczątko odebrało to po prostu jako gest uroczy. Ze skupieniem skinęła później głową. Lekko, dyskretnie, prawie niedostrzegalnie. - A zatem, jak sądzę, uczeń niebawem przerośnie mistrza. Cieszę się, że to nie w Londynie, a w Dolinie właśnie mamy tak zdolnego twórcę talizmanów, jak szeptały mi przeróżne głosy na pana temat - przyznała melodyjnie; stolica Brytanii nie była już miejscem bezpiecznym, nie była też miejscem, w którym ceniło się dobre serca i prężne umysły w tym konkretnym połączeniu. Somerset z kolei mogło wiele zyskać na obecności uzdolnionego czarodzieja otwierającego w jego obrębie własną działalność. Choć o dziedzinie jego zainteresowań Abbottówna nie wiedziała jeszcze zbyt wiele, skłonność Castora do tłumaczenia i dzielenia się sekretami profesji sprawiła, że od środka zalało ją przyjemne ciepło. - Widzi pan, interesuje mnie talizman dla mego pana ojca. To zapracowany i wszechstronnie uzdolniony człowiek, niezwykle też kochający rodzic; długo myślałam nad stosownym prezentem dla niego na nadchodzące święta... A talizmany zdają się cieszyć coraz większą popularnością ze względu na swoją użyteczność. Czy byłby pan w stanie coś mi zaproponować? - zapytała, upiwszy potem niewielki łyk nieco ostudzonej herbaty. Wprawne oko i pojętny umysł z pewnością doradzą jej lepiej, niżeli miałaby niczym prawdziwe dziecko błądzić w ciemności i opierać się na informacjach naprędce zaczerpniętych z podręczników. Sylwetka lorda Romulusa była dobrze znana w Dolinie. Castor musiał słyszeć o nim przeróżne wieści, wiedział, czym parał się Abbott, a to mogło ułatwić mu wyselekcjonowanie konkretnych run pod kątem przydatności dla właśnie tego mężczyzny - przynajmniej na to liczyła Livia, za moment zasłuchana znów w jego słowach. Ona, twórczynią talizmanów? Było to prawdziwie ekscytujące, nawet jeśli perspektywa w urzeczywistnieniu miała zająć lata. - Och, astronomia jest mi niezwykle bliska, a brak mi obecnie aktywnego nauczyciela... Mój profesor musiał opuścić nasze lekcje ze względu na chorobę - wyjaśniła ze smutkiem. Tęskniła za panem Bagnoldem, za jego długimi wąsami i zabawnym zaciąganiem niektórych sylab, a przede wszystkim za potężną wiedzą doświadczonego naukowo czarodzieja. - Chciałabym więcej wiedzieć o gwiazdach. O konstelacjach, na które patrzę, gdy wieczorami wyjdę na chłodny balkon, wsłuchując się w wiatr. O tym, jak wpływają one na eliksiry, o znaczeniu faz księżyca, ich działaniu na zachowanie komponentów i samych mikstur... - snuła w rozmarzeniu, wpatrzona w Castora, pewna niejako, że akurat on zrozumie jej potrzebę. - Czy mogłabym, jeśli to nie kłopot, liczyć na pana pomoc? Proszę jedynie o szczerość. Zrozumiem brak czasu i wszelkie inne powody odmowy - dodała szybciutko, nie chcąc, by mężczyzna odniósł wrażenie jakoby przypierała go do muru.


slipping out of notice,
the beats of the heart chime, they are unmistakeably a sign of life. painted as far as the heavens reach, the sky is tinted in a shade of blue. endlessly it repeats itself, almost as if it were atop a boxed garden.
Livia Abbott
Zawód : działaczka na rzecz rezerwatu znikaczy, młoda dama
Wiek : 16
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
So I won't testify the crimes you're keeping score of. Why don't you throw me to the wolves? I thought you were one.
OPCM : 10
UROKI : 2
ALCHEMIA : 12
UZDRAWIANIE : 3
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9963-livia-abbott#301228 https://www.morsmordre.net/t9971-wenus#301492 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9973-skrytka-nr-2260#301500 https://www.morsmordre.net/t9972-livia-abbott#301494
Re: Salon [odnośnik]26.06.21 19:01
Odpowiednie maniery były ważną częścią wychowania nie tylko wśród murów szlacheckich rezydencji. Stały się nieodzowną częścią wychowania także innych grup społecznych, choć Castor skłaniał się ku stwierdzeniu, iż najmocniej zakorzenione były w tych rodzinach, w których przynajmniej jedno z rodziców mogło poszczycić się czystą krwią. U Sproutów sprawa wyglądała podobnie — jego matka Cassiopeia swego czasu wykonała prawdziwie heroiczny wysiłek, wkładając młodemu synowi do głowy zasady, których efekt stał się powodem do bladych rumieńców na twarzy młodej lady. Och, gdyby tylko pani Sprout mogła być tego świadkiem, z pewnością byłaby bardzo dumna!
— Jest lady wielce łaskawa — choć jego głowa pozostawała pokornie schylona przed obliczem Livii, uśmiech ponownie rozchylił wargi młodego mężczyzny. Tym razem był to grymas delikatnie zahaczający o dumę. Któż bowiem nie poczułby się zadowolony, słysząc podobny komplement z ust wysokourodzonej damy? Castor idealnie przekładał podobne komplementy na własną determinację — było się bowiem po co starać oraz co znacznie ważniejsze, dla kogo. W głębi duszy cieszył się nawet, że zaproszenie wyszło od samej lady Livii, nie zaś od jej lorda ojca. Gdyby tak się stało, byłby dziś zdecydowanie bardziej spięty i kto wie, czy język nie splątałby mu się jeszcze przed pierwszym wypowiedzianym zdaniem.
Taki stan rzeczy nie oznaczał jednak, że w umyśle Castora pojawił się nawet cień myśli, by nie docenić możliwości, które miała przed sobą jego dzisiejsza uczennica. Musiał wypaść jak najlepiej.
Wyprostował się wreszcie, gdy zasiedli na swych miejscach. Woń herbaty, która rozlała się po pomieszczeniu, była wonią niesamowicie przyjemną. Dopiero od jakiegoś czasu zaczął zdawać sobie sprawę, że czuje zapachy intensywniej od reszty czarodziejskiej społeczności. Nowoodkryty, wyostrzony zmysł zapachu miał znacznie większe możliwości negatywnego wpływu na życie, jednak w tym jednym przypadku cieszył się, że mógł odbierać go z tak dużą intensywnością. Wychylił się nawet do przodu, chwytając ostrożnie jedną dłonią za spodek, drugą zaś za uszko filiżanki. Nim zdążył się zorientować, przytknął usta do krawędzi naczynia, następnie próbując mieszanki. Przymknięcie powiek dla skupienia się tylko na zmyśle smaku i zapachu przyszło mu zupełnie naturalnie — gdyby lady zechciała zwrócić uwagę na ten gest, podobnie jak na poprawianie okularów, mogłaby spowodować niemałe zmieszanie w swym nauczycielu, wciąż jeszcze cieszącym się małymi rzeczami w sposób dziecięco szczery.
— Och, Dolina Godryka zawsze była i będzie mym domem. Nigdzie indziej nie jest tak pięknie i spokojnie jak tutaj. Nawet w Londynie ciężko szukać tak wielu dobrych, chętnych do pomocy oraz uzdolnionych osób — filiżanka wraz ze spodkiem wróciły na swe wcześniejsze miejsce, a szaro—błękitne tęczówki rozbłysły niespodziewanie, jakby sama możliwość przekazania własnych wrażeń na temat ich małej ojczyzny była dla Sprouta przyczynkiem do wielkiego szczęścia. — Wielka w tym zasługa opieki, jaką rodzina lady sprawuje nad tymi ziemiami od wieków. Mawiają przecież ludzie, nie wiem, czy lady miała okazję słyszeć to powiedzenie, że dobro wraca. Raz włożone w ziemię zapuszcza korzenie, potem rośnie, by dawać owoce. I te owoce widać na pierwszy rzut oka, najdroższa lady.
Nie tylko w Dolinie Godryka, a w całym Somerset, dodał w myślach, reflektując nieco za późno, że całkiem spontanicznie wypowiedziany monolog mógł nadać jego osobie wrażenia niepoprawnego marzyciela lub zachłyśniętego zachwytem głupca. Skarcił się za to w myślach, dodając jeszcze, że przecież podobne monologi nie przystawały do godności damy, która nie musiała przecież spędzać czasu na słuchaniu dziękczynnych audiencji, gdy prosiła go o wykonanie bardzo konkretnego zadania.
Ożywił się raz jeszcze, gdy wreszcie dotarło do niego, że i on sam został obdarzony kolejnym komplementem.
Zdecydowanie zbyt łaskawa...
— Ależ oczywiście, jest wiele talizmanów, które odpowiednio dobrane trafiają w gusta nawet najbardziej wymagających czarodziejów — czy delikatne zaróżowienie czubków uszu było efektem pokrzepienia ciała gorącym napojem, czy może komplementy lady Abbott szybko trafiły do krwioobiegu? — Równie ważna, co sama runa — zaraz po tychże słowach nastąpiło niewielkie obniżenie rejestru głosu — bowiem to w połączeniu run oraz odpowiednich komponentów kryje się moc talizmanu — krótka dygresja pozwoliła na powrót do wcześniejszego, miękkiego tonu — jest także forma, w której talizman będzie przez czarodzieja noszony. Zna lady swego lorda ojca oraz jego nawyki, więc dzięki temu łatwiej będzie uniknąć ewentualnego niedopasowania do właściciela.
Kolejny monolog został przerwany przez wyłapanie kątem oka własnej torby, której to zawartość miała pomóc mu w przeprowadzeniu dzisiejszej lekcji. Ale... Przecież zaproponowanie któregoś z talizmanów nie musiało przecież skutkować naukowym falstartem!
— Lord Romulus znany jest z tego, jak dzielnie walczy słowem... Runa srebrnej mowy mogłaby dodatkowo wzmocnić tę umiejętność... Chociaż zastanawiam się też nad runą wiecznej czystości. Chroni ona przed złym działaniem trucizn oraz pomaga odkrywać kłamstwa... Jest w niej coś, co wydaje mi się być pięknym wyrazem miłości córki do ojca, cóż lady sądzi? — nie mógł powstrzymać się przed krótki potarciem brody w zamyśleniu. Miał nadzieję, że nie przeraził córy Somerset wizją otrucia jej ojca, chociaż zważywszy na czasy, w których przyszło im żyć, należało szykować się na każdą, nawet najgorszą możliwość. Protekcja w postaci talizmanu będącego prezentem od córki właśnie była w jego oczach czymś przejmująco pięknym.
Aż sam zatęsknił do własnych marzeń o rodzicielstwie.
— Ojej, bardzo mi przykro z powodu pana profesora... — spuścił na moment wzrok na blat stolika, po którym prześlizgnął się zaskakująco sprawnie. Nieco zmieszany zatrzymał się przez dłuższą chwilę przy własnej filiżance, cierpliwie wysłuchując dalszych słów szlachcianki. A było czego słuchać! Ton młodej lady przepełniony był magiczną atmosferą, która wydawała się Castorowi nie do osiągnięcia na jawie, bo osiadała na jego postaci wyłącznie w trakcie snów. Nie mógł powstrzymać się więc od ponownego uniesienia wzroku oraz ostrożnym osadzeniu go na rozmarzonej twarzy Livii. Rozumiał. Rozumiał aż za dobrze.
— Nie śmiałbym okłamywać lady, a następnie złamać złożoną obietnicę. Ze względu na specyfikę mojej pracy mógłbym podjąć się zastępstwa za pana profesora, przynajmniej do czasu aż powróci do pełni sił. Nasze dzisiejsze spotkanie proponuję potraktować jako próbę. Przyniosłem dziś ze sobą między innymi mapę jesiennego nieba, więc od tego moglibyśmy zacząć — ostrożne wyciągnięcie wcześniej wspomnianego akcesorium z torby rozpoczęło serię przestawień, którego głównymi ofiarami padła herbaciana zastawa. Widząc, że służka poruszyła się niepewnie, wyręczyć gościa, Castor posłał jej ciepłe spojrzenie, po czym skinął głową, dając znak, że nie jest mu potrzebna pomoc. Nie będzie przecież fatygował kobiety, gdy sam miał dwie ręce i mógł uczynić to samodzielnie.
Niedługo później ich oczom ukazała się okrągła mapa, na której tle w kolorze atramentu odznaczały się jasne punkciki podpisane białym tuszem. Mapę ułożył tak, by była ona czytelna dla uczennicy, samemu zaś pozostał na swym fotelu, lekko tylko wychylając tułów do przodu, by nie męczyć zbytnio oczu odległością.
— A jeżeli po dzisiejszym spotkaniu dojdzie lady do wniosku, że chce kontynuować naszą współpracę, będę więcej niż szczęśliwy.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Salon
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach