Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Pokój dzienny
AutorWiadomość
Pokój dzienny [odnośnik]29.09.18 16:40

Pokój dzienny

Mieści się tuż obok kuchni i zajmuje większą część parteru, okna wychodzą na obydwie strony domu. Część z nich jest zakryta pożółkłymi firankami, część różnobarwnymi zasłonami w sprawiające ból oczu wzorki. Parkiet w niektórych miejscach skrzypi a z grubych dywanów unoszą się kłęby kurzu oraz psiej sierści. Przejście do następnych pomieszczeń przypomina labirynt, jest tu mnóstwo mebli, kanap, stolików, porzuconych taboretów, wieszaków oraz poroży, zebranych w lesie. Boczną ścianę zajmuje potężny kominek, niepodłączony na razie do Sieci Fiuu, zapewniający za to niezbędne w zimie ciepło. Tuż przed nim suszą się zawsze duże buty, stare skóry oraz wiecznie mokry Kudłacz. Pomieszczenie jest niezwykle przytulne, niewielkich rozmiarów, pełne ciepłych kolorów, tkanin, starych plakatów Jastrzębi i przeróżnych darów lasu. Świerkowe i sosnowe belki ścian pachną żywicą a gałęzie rosnących wokół drzew zaglądają do okien wzmocnionych okiennicami. To jedno z niewielu pokoi w domu, które posiadają cztery solidne, rzeczywiste ściany.
Na gzymsie kominka lśnią puchary Mistrzostw Quidditcha.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Pokój dzienny [odnośnik]17.03.19 14:24
| 4 listopad

Było jej ciężko. Ciężko fizycznie, ale tez psychicznie. Ciągłe poddawanie testom, dodatkowa działalność na rzecz zakonu i rozterki miłosne zdecydowanie osiadały na jej ramionach mocniej. Ale wędrowała dalej, zdecydowanie do przodu nie zamierzając spoglądać za siebie. Poświęciła wiele, wiedziała, że tak. Profesor Bagshot ostrzegała ją przecież, że cena jest wysoka. I choć zdawała sobie sprawę, nie rozumiała tego do czasu, aż nie znalazła się w innej, zakrzywionej rzeczywistości Próby. To tam musiała zmierzyć się ze soba, że swoimi największymi lękami i obawami. Ale nie tylko nimi. Musiała też stawić czoła swoim marzeniom i wybrać. Wybrać, oddając siebie całkowicie sprawie. Zastanawiała się, czy mogłaby tam zostać. W ciepłym domu z niebieskimi drzwiami i dwójką dzieci, do których miłość nadal płynęła w jej sercu. Z mężczyzną w którego oczach widziała uczucie, ciepłe, gorące. Ale wiedziała, że nie. Tutaj w tym świecie było jej życie, tutaj ono mijało i tutaj dokonywała wyborów. Tutaj nie było miejsca na niebieskie drzwi. Wiedziała, że powinna była odpuścić całkowicie, oddać wszystko, ale nie potrafiła. Jeszcze nie. A może nigdy nie. Bo miłość, którą czuła w sercu była zbyt duża, by mogła po prostu o niej zapomnieć. Bo ciągnęła ją niezmienne w jego kierunku niezależnie od tego, jak mocno starał się ją odepchnąć i próbując to zrobić ranił ją. Świadomie, ale potem oddawał gesty, czy poddawał się gestom, które świadczyły o czymś innym. Które świadczyły o tym, że i on walczy. Nie wiedziała na pewno, czy ją kochał. Ale wiedziała, że nie była mu obojętna. Był na nią wściekły, to też znaczyło się w jego spojrzeniu. Wściekły za to, że nie zgodziła się stać z tyłu i patrzeć. Ale nie mogła.
Wpatrywała się w studnię stojąc obok niej w sennym Sennem. Nadchodził wieczór. Odwiedziła dzisiaj też ojca, który nadal znajdował się u ciotki i wuja. Był cały i zdrowy i miała nadzieję, że nikt nie spróbuje dostać się do niej przez niego. Był tylko mugolem, nie miał szans przeciwko czarnoksiężnikom. W dłoniach trzymała pakunek owinięty w brązowy papier - słynne ciasto cioci Ro, która uparła się, by zabrała go ze sobą. Z zamyślenia wyrwał ją znajomy głos. Ubrała usta w krótki uśmiech i przytuliła olbrzyma, który niegdyś pił z nią rumianek w różowych skarpetkach. Oboje się zmienili. Nie tylko wewnętrznie, ale i zewnętrznie dało się zauważyć zmiany. Co prawda, tylko jedno z tych posiadała zgodną z naturę liczbą kończyn. Długie spodnie z szerokimi nogawkami zakrywały dokładnie protezę, w której nadal uczyła się jak chodzić. Szczęśliwie dla niej ani ojciec, ani wujek czy ciotka nie spytali - albo nie zauważyli. Wyraźnego ubytku w miejscu prawej łydki, widocznego zwłaszcza, gdy zawiał mocniejszy wiatr. A sama Tonks chodząc utykała lekko, nieprzyzwyczajona jeszcze do nowego nabytku. Czuła się pokracznie i niepewnie, ale stała o własnych siłach i to było najważniejsze. Obserwowała ciekawa kolejne mijane miejsca, a potem wzruszyła w las obok niego, gdy prowadził ją do swojej samotni. A gdy znaleźli się w środku od samego progu zrzuciła ze stóp buty nawet się im nie przyglądając. Wzrok przebiegał po ścianach, regałach i meblach.
- Wszystko jest z drewna? - zapytała marszcząc lekko brwi, wsadziła mu w dłonie pakunek z ciastem, a potem zrzuciła z ramienia torbę i ściągnęła płaszcz, który rzuciła na fotel. - Ah, i to te lusterka, nie wiem jak to się stało. - powiedziała, gdy z torby leżącej na ziemi wygrzebała prezent, który w roztargnieniu zamiast zostawić zabrała ze sobą. Uniosła dłoń i podrapała się po karku z zakłopotaniem. Chciała, żeby je miał. Żeby w razie potrzeby mógł skontaktować się z kimś mu bliskim. - Mieszkasz tutaj sam? Może szukasz współlokatora. - poruszyła zabawnie brwiami. W charakterystycznym odruchu zsunęła z lewej nogi but i... zatrzymała się nie wiedząc co dalej. Co prawda na protezę też był nasunięty, ale nie miało to znaczenia. Nie poczuje pod stopami ciepła dywanu, czy chłodu drewnianej podłogi. W końcu zrezygnowała ze ściągania drugiego buta. Zrzuciła się z westchnięciem na fotel podciągnęła lewą nogę, układając ją po prawą i spoważniała po chwili. Uniosła na niego błękitne spojrzenie. - Chciałabym dowiedzieć się więcej. - przeszła właściwie od razu do rzeczy, bo nie było co zwlekać. Choć nie sądziła, by Ben nie miał pytań o jej nowy nożny nabytek, który teraz odznaczał się wyraźniej. Może powinna była założyć jakąś długą spódnicę. Choć i ona na jej biodrach zdawałaby się zrodzić pytania.

| znalazłam sobie fancy protezę



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Pokój dzienny Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Pokój dzienny [odnośnik]06.04.19 10:40
Rozpoznał ją od razu, nie tylko dlatego, że rynek w centrum małego Sennen nie był o tej porze najbardzej uczęszczanym miejscem na ziemi: po prostu od razu, gdy tylko wyszedł zza rogu zniszczonej anomalią kamienicy, jego wzrok powędrował ku dumnej sylwetce jasnowłosej, stojącej tuż obok wiekowej studni, która według miejscowych legend, miała spełniać życzenia, o ile w blasku pełni wleje się do niej kilka kropel własnej krwi. Wright nie do końca wierzył w takie przesądy, ale metafora oddawania części siebie w imię osiągnięcia jakichś korzyści była mu bliska - kładł przecież na szali własne życie, z nadzieją, że wychrypiane pragnienie zakończenia wojny i uchronienia niewinnych przed śmiercią, bólem i torturami, stanie się rzeczywistością. Tonks razem z nim szła tą niepewną ścieżką, wydawała się też rozumieć metaforę studni: a może tylko tak mu się wydawało, gdy zachód słońca spowijał twarz czarownicy krwawym, wilgotnym całunem. Przygnębiające wrażenie szybko zniknęło, przegonione przez lekki, znajomy uśmiech, zapowiadający mocny uścisk. Odwzajemniony, Benjamin na moment przytulił usta do czubka głowy kobiety, a później, nie chcąc wszczynać niepotrzebnych plotek, odsunął się od niej na przyzwoitą odległość. Jako Gwardzista słyszał o tym, co spotkało Tonks, lecz nie znał szczegółów, przynajmniej na razie. Upewnił się, że jasnowłosa da sobie radę podczas długiego spaceru, po czym poprowadził ją bocznymi uliczkami, a później ledwie widoczną w gąszczu ścieżynką, w końcu pozwalającą im dojść w okolice jego nowego domu.
Widok ledwie wyłaniającej się spod rozłożystych gałęzi drzew chatki dalej budził w nim prawdziwą dumę. W końcu miał dom z prawdziwego zdarzenia, nie rozbijał się po hotelowych pokojach, nie wynajmował apartamentu w luksusowej kamienicy ani nie gnił żywcem w podłej kawalerce na Śmiertelnym Nokturnie. - I jak ci się podoba? - zadał sakramentalne pytanie, gdy już przeszli przez werandę a później próg salonu. Ciągle zagraconego; Ben miał wrażenie, że zamiast zmniejszać bałagan, panujący we wnętrzu, ten po prostu się rozrasta, czego wcale nie mógł zrzucić na barki wielkiego posagu, który wniosło ze sobą pojawienie się Percivala. Jedynym prawdziwym wytłumaczeniem było jego nieznośne bałaganiarstwo, które nigdy mu nie przeszkadzało: co innego mogła twierdzić czarownica, od razu czująca się w domu jak u siebie.
- Sama piekłaś? - odpowiedział pytaniem na pytanie, wąchając ciasto, po czym przeniósł spojrzenie na miejsce, w którym do niedawna znajdowała się stopa Justine. - Opowiesz, co ci się stało? - zagaił prosto, zawsze był bezkompromisowy, bywał też po prostu niegrzeczny, zachowując się w delikatnych sprawach niczym garboróg w składzie chińskiej porcelany. Tonks znała go jednak, wiedziała, że nie ma złych intencji, nie jest niezdrowo ciekawski ani przesadnie, litościwie opiekuńczy. - Większość tak, to była naprawdę ruina, ale powoli ją remontuję. Zaklęciami i zwykłym młotkiem. Nie wygląda najgorzej, co nie? - wykonał zamaszysty gest ręką wskazując na odnowione ściany, skrzypiące okiennice nieco przysłaniające niezbyt czyste szyby i kamienny kominek, w którym jeszcze nie buchał ogień. Dopiero później odłożył na blat stolika ciasto, przyjmując prezent: opakowane w szary papier lusterka. - Just, nie trzeba było - mruknął, zakłopotany, po czym w bliźniaczym geście podrapał się po karku. Przyjmowanie prezentów zawsze sprawiało mu kłopot, musiał jednak przyznać, że ten wydał mu się wyjątkowo przydatny.
Zaśmiał się lekko na pytanie o współlokatora, nie do końca wiedząc, co odpowiedzieć. - Właściwie mam tu całkiem spore towarzystwo. Część śpi na tylniej werandzie, część włóczy się po okolicy - powiedział dwuznacznie, mając na myśli rozrastającą się sforę psów, a nie Percivala, załatwiającego własne sprawy - jak smok, latający swoimi drogami, powracający jednak do bezpiecznego gniazda wykutego w skale. Jaimie westchnął lekko, po czym zaczął spełniać gospodarskie obowiązki: poszedł do kuchni, wracając z nią ze szklankami oraz zakurzoną, na wpół pustą butelką ognistej oraz kilkoma nadtłuczonymi talerzykami, na których zamierzał pokroić ciasto. - O czym? - spytał konkretnie, zerkając na rozsiadającą się wygodnie Tonks znad gościnnego prowiantu. Zamierzał rozwiać jej wątpliwości, rzecz jasna w miarę posiadanej wiedzy.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 45
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 40
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Pokój dzienny [odnośnik]14.04.19 11:56
Cholernie trudne. Takie właśnie było życie, niezależnie od tego jak mocno próbowało się je sobie ułatwić. Dlatego już dawno nauczyła się, że chodzenie na skróty nie daje wymiernych korzyści - a czasem, wręcz przeciwnie jedynie przeszkadzało w dalszym działaniu. A może nawet nie tyle co przeszkadzało, a bardziej - paradoksalnie - utrudniało je bardziej. Nie zbaczała więc, nie robiła też postojów, szła tam, gdzie wędrowała już od jakiegoś czasu i wiedziała, że to słuszna droga. Jedyna, po jakiej powinna się przemieszczać. Nawet jeśli… Nawet jeśli oznaczało to to, że musiała wyrzec się jego. Choć wystarczyło przecież, żeby pozwoliła się odepchnąć tak daleko, jak tego chciał. Musiała się z tym jednak najpierw pogodzić, a zgoda na to - mimo upływu czasu - nie jawiła się jeszcze w jej sercu.
I wyglądała koszmarnie. Nie musiała spoglądać w lustro, żeby wiedzieć, że tak. Podkrążone oczy, wysiłek spotęgowany korzystaniem z drewnianej nowej części ciała i ciężar, który nosiła nie tylko ona, ale i wszyscy gwardziści. Wpatrywała się w studnię stojącą na centrum niewielkiego Sennen ściskając w dłoniach ciasto. A gdy jego wargi dotknęły czubka jej głowy owinęło ją znajome odczucie, a jednak tak inne. Nie było w niej palącej do cna potrzeby by został na wieczność, by nigdy nie wypuszczał jej z objęć. Powietrze nie nabrało zapachu deszczu. Nie był nim. Ale i jego kochała, choć ich znajomość przez lata przechodziła przez różne dziwaczne etapy kształtując się w końcu w przyjaźń.
- To miejsce, które pachnie jak dom. - zawyrokowała spokojnie odpowiadając na zadane przez niego pytanie. Pokiwała głową dla potwierdzenia swoich słów i uśmiechnęła się lekko unosząc dłoń i zakładając włosy za ucho. Tak bo nigdy nie nie liczyły się dla niej złote klamki i haftowane srebrną nicią dywany. Chodziło o to, czy w danym miejscu jest serce i dusza która w przedmiotach, krzywo postawionej szklance czy niedomalowanej ścianie odznacza się, niby swoisty odcisk palca właściciela. Zaśmiała się na kontrole pytanie odnośnie ciasta. - Nie. To ciasto cioci Ro. - wyjaśniła spokojnie i machnęła ręką. - Daj spokój Ben, to nie majątek. - dodała w sprawie lusterek opadając na kanapę.
- Opowiem. - zgodziła się od razu i zmarszczyła lekko nos. - Byłam na anomalii z Pomoną. Zaatakowały nas. - wzruszyła lekko ramionami - to nie było żadną nowością. Nie to, że one konkretnie zostały zaatakowane a to, że dochodziło do walk na anomaliach. - Rookwood z jakąś kobietą - nie znam jej. I ta pierwsza wypiła coś na początku. - westchnęła lekko i pokręciła głową. - To nie tak, że nie doceniam przeciwników. Ale wiesz Ben, jej potem wszystko wyszło i nie tam tylko z czarnej magii. Ale z trzech dziedzin. Ascendio przysunęła się do nas. Rzuciła Horatio sprawnie. Próbowałyśmy z Pomoną umknąć Abesio, ale moje nie zadziałało. Zabrała mi różdżkę i spętała Esposas. Próbowała też spętać mi umysł, ale wyrwałam się spod tego zaklęcia. No i ucięła nogę - wzruszyła ramionami - pewnie dla własnej przyjemności. Potem wszystko jest jakby rozmyte. Pamiętam że kazałam Pomonie uciekać i straciłam świadomość. Obudziłam się w Mungu. - uniosła dłoń i podrapała się po czubku głowy wydymając na kilka chwil wargi. - Pisałam z Brendanem i rozmawiałam z Eileen. Ale nie mogę tego rozgryźć do końca. Może rzeczywiście jej nie doceniłam, ale znów Brendan pisał, że udało mu się ją pojmać i zamknąć w Azkabanie. No i, jeśli zyskała tak na sile, jak udało mi się wyrwać spod jej uroku? - westchnęła raz jeszcze, widocznym było że spędziła nad rozmyślaniem nad tym więcej niż jedną noc. Ale nic nie potrafiła z tym zrobić. Myśli same wracały do sytuacji. - Mam z nią pojedynek teraz i Mulciberem i… twoim bratem. - zaśmiała się lekko, idealnie pasował do tego zestawienia.
- Wiem o skrzyni. Ale możesz mi powiedzieć wszystko co uważasz za ważne. Chcę też porozmawiać o Percivalu. Jaki jest? Długo się znacie? Nie zrozum mnie źle Ben, podjęliśmy wspólną decyzję na którą wszyscy się zgodziliśmy, ale to dla mnie obcy człowiek który walczył po drugiej stronie. Pomyślałam, że może spojrzenie innych oczu pomoże mi trochę, zanim się z nim spotkam. - zawyrokowała zawieszając spojrzenie na twarzy Wrighta. To on przyjmował przysięgę wieczystą, to on go przyprowadził więc i z nim zamierzała o tym porozmawiać.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Pokój dzienny Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Pokój dzienny [odnośnik]14.04.19 15:13
Ucieszyło go podsumowanie Justine, zawierające w tych kilku słowach wszystko, co chciał osiągnąć, remontując ten zapomniany, zagubiony w głuszy budynek, pozbawiony niektórych ścian. Dom. W końcu tworzył swój, nie pomieszkiwał gdzieś kątem, nie demolował hotelowych pokojów, nie próbował uwić gniazda na ścinanym drzewie. Osiadł tutaj, nad rzeką, tam, gdzie nikt nie mógł mu przeszkodzić, w miejscu spokojny, pozbawionym pokus, zrośniętym - niemalże dosłownie - z naturą. Uśmiechnął się lekko i rozejrzał się raz jeszcze po salonie, owszem, potwornie zagraconym, ale z dużymi oknami, przez które zaglądały rosnące blisko ścian drzewa, krzewy i pnącza, chłostane listopadowym deszczem. - Trochę jeszcze zostało mi do zrobienia, część ścian jest wyłącznie magiczna, ale na razie zaklęcia powstrzymują te parszywą burzę od wtargnięcia do środka - poinformował bez fałszywej skromności, nie proponując udania się na piętro, nie tylko dlatego, że była to część bardziej prywatna, ale również ze względu na trudności Justine w poruszaniu się.
Gdy już przyniósł zestaw dobrego gospodarza i ustawił go na chwiejącym się stoliczku kawowym, mógł poświecić całą uwagę Justine. Jeszcze raz mruknął pod nosem podziękowania, chowając lusterka do kieszeni niemiłosiernie wymiętej koszuli, po czym przez moment rozważał, gdzie ma zasiąść, decydując się finalnie na kanapę, obok Tonks. - Możesz ją sobie położyć na stoliku, jeśli chcesz - powiedział beztrosko, wskazując na drewnianą protezę: może uniesienie kikuta nieco złagodzi dolegliwości? Podejrzewał, że blondynka może cierpieć z powodu odcisków i fantomowego bólu, na to jednak mógł zaradzić przeciwbólowym eliksirem: chwycił butelkę i rozlał ognistą do szklanek z różnych kompletów, wciskając tą mniej poobtłukiwaną w dłoń gwardzistki. - A to zużyta lafirynda - burknął niewyraźnie, słuchając opowieści o wspominanej podczas spotkań Zakonu Rookwood i jej podejrzanych zdolnościach. Coś wypiła, na pewno w tym tkwił sekret je niezwykłej mocy; wątpił, by jakaś tam pierwsza lepsza panienka mogła poradzić sobie z aurorką, początkującą, owszem, ale mającą duże doświadczenie w walce. - Tchórzliwa krowa. Pewnie wypiła eliksir byka albo jakieś inne paskudztwo, bo gdybyście miały równe szanse, zgniotłabyś ją jak robaka - kontynuował zirytowanym tonem; Rycerze Walpurgii nie mieli za knut honoru, wiedział to już przy śmierdzącym różami Rosierze, a teraz potwierdzała to historyjka o strachliwej lali. - Następnym razem wepchniemy jej do gardła szczurze truchło. Zobaczymy, jak wtedy sobie poradzi - postanowił buntowniczo, stukając się z Tonks szklankami; trochę alkoholu wylało się na jego koszulę i kanapę, ale w ogóle się tym nie przejął. Ucieszył się na wspomnienie pojedynku, tak, to była idealna szansa, by utrzeć rycerce od siedmiu boleści nosa. - Roznieś ich w pył. W sensie, Mulcibera i tę krowę. Chociaż Josephowi też przydałoby się szkolenie, nie hamuj się - podsumował, upijając hojny łyk, a ognista whisky rozgrzała przełyk.
Dawno już nie rozmawiał z Tonks tak spokojnie, w zaciszu bezpiecznego domu; pamiętał wspólne picie herbaty, gdy obejmował kubek drżącymi dłońmi, skręcając się z bólu. Pomogła mu wtedy, a on zamierzał pomóc jej teraz. - Jak sobie z tym radzisz? - spytał, stukając dłonią w drewnianą protezę z ciekawością i bezceremonialnością szesnastolatka. Drewniana łydka wydawała się całkiem zgrabna, a słoje układały się w ciekawy wzór, zachował jednak te komplementy dla siebie, sącząc kolejną porcję alkoholu. - Percy jest... - zaczął i urwał, wzdychając lekko. - Swój. Nasz. To dobry, potężny czarodziej, który jednak ma...miał mózg wyprany przez rodzinę i pojebanego ojca - zacisnął na moment wargi, przypominając sobie, pod jak wielkim wpływem mężczyzn w swej rodzinie pozostawał Nott. - Znam go od prawie dwudziestu lat. Poznaliśmy się pierwszego dnia Hogwartu, później, z przerwami, przyjaźniliśmy się aż do dziś - kontynuował opowieść, trochę nie wiedząc, co powiedzieć: nigdy nie umiał werbalizować swych uczuć. - Przyjaźniliśmy się z Foxem i Ollivanderem, potem nasze drogi się rozeszły. Popełnił wiele błędów, nie chciał ich uznać, zabłądził do tych pieprzonych Rycerzy - ale to już wiesz. I teraz...w końcu oprzytomniał. Sam. Ja tylko wskazałem mu drogę, nie zmuszałem go, by nią poszedł - spojrzał w jasne oczy Justine, uśmiechając się lekko, trochę smutno, trochę poważnie. - Ufam mu. I wy też mu zaufacie, jestem tego pewien, nawet jeśli miałoby to zająć kilka lat. To utalentowany smkolog, mistrz uroków, wygrał ten cały Klub Pojedynków. Będzie przydatnym sojusznikiem - zakończył trochę kulawo, nie potrafiąc ubrać w słowa tego, kim Percival był i co Benjamin o nim sądził.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 45
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 40
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Pokój dzienny [odnośnik]12.05.19 18:18
Cieszyła się. Naprawdę, choć nie umiała całkowicie odgonić od siebie zdradliwego uczucia, które wkradło się do serca. Dom. Większość wychowywała się w tym pierwszym, rodzinnym, ale wraz z biegiem czasu wyruszało się na poszukiwania swojego własnego. Cieszyła się, że jej przyjaciele odnajdują swoje domy, ale jednocześnie wiedziała, że jej jest poza zasięgiem jej dłoni. Oddała przecież kontrolę jemu. Pozwoliła by decydował. I mogła jedynie czekać. Wytrwale i cierpliwie, licząc na to, że kiedyś otrzyma to, czego pragnęła.
Choć czy rzeczywiście zasługiwała na cokolwiek? Czy nie zostawiła własnych dzieci i jego podczas Próby? Czy mogła czegokolwiek jeszcze oczekiwać, czy chcieć?
- Oh! - spojrzała z zaskoczeniem na ściany po kolei lekko marszcząc brwi. - Gdybyś mi nie powiedział nie wpadłabym na to. - przyznała szczerze, wygodniej rozsadzając się na miejscu, które zajęła. Obserwowała spokojnie Bena jak wstaje, sama pozostając w obranym przez siebie miejscu. Zerknęła na tackę, którą przyniósł. Machnęła lekko ręką na jego słowa. Układanie protezy na stoliku nie zmieniłoby nic dla niej. Przynajmniej tak sądziła. Odebrała od niego szklankę a na wypowiedziane słowa odrzuciła głowę i zaśmiała się krótko.
- Możliwe. - powiedziała spokojnie, opuszczając głowę i spoglądając na niego poważnie. - A może znajduję wymówkę, by usprawiedliwić swoją słabość. - wypowiadane słowa zdawały się prawdziwie szczere. Pokazywała swoje wątpliwości, czy może zwątpienie we własną osobę. Nie była pewna. Co jeśli nawet bez eliksiru by sobie nie poradziła? Czy rzeczywiście zyskała na sile, czy jedynie wmawiała sobie, że tak.
- Zrobię co w mojej mocy. - obiecała unosząc lekko szklaneczkę w jego kierunku. Przytknęła ją do wargi i pociągnęła łyk, czując jak ciepły napój rozchodzi się po przełyku. Odetchnęła lekko, opierając się wygodniej. Stuknięcie w drewnianą protezę przyciągnęło jej wzrok w tamtym kierunku i na chwilę spoglądała na nią przekrzywiając lekko głowę. Wzruszyła lekko ramionami.
- To tylko noga. Trochę to upierdliwe. Ale przyzwyczaję się - uniosła lekko wargi w zmęczonym uśmiechu. Wyglądała na jeszcze osłabioną, ale nic dziwnego, przecież dopiero niedawno wyszła ze szpitala. A Brendan, dokładnie jak zapowiadał nie uznawał braku nogi jako wymówki. - Tak długo jak żyję, nie będą w stanie odebrać mi tego, co jest ważniejsze od głupiej nogi, Ben. - jej głos był pewny a w oczach błyski potwierdzały pewność zasłyszaną w słowach.
-Przygarnęłam jednego smarkacza pod swój dach. - mruknęła naglę, jakby sobie uświadamiając, że Ben jeszcze o tym nie wie. - Cóż, właściwie nie mój tylko Rineheartów. - posłała w jego kierunku krzywy uśmiech. Uniosła wolą dłoń i założyła kilka kosmyków za ucho. Uniosła znów szklaneczkę zawieszając spojrzenie na przyjacielu.
- Sprawdzę to, Ben. - zapowiedziała mu spokojnie, powaga nie opuszczała jasnych tęczówek. Nie było dla niego taryfy ulgowej, czystej karty. Dla niej był obcym człowiekiem, który przed chwilą był po stronie wroga. Wtedy w mieszkaniu Alexandra nie było czasu na takie rozmowy, a oni sami zdawali się podzieleni co do pewnych odczuć. Westchnęła lekko i oparła się mocniej, odchylając głowę do tyłu, spoglądając na sufit. Jasne brwi znów się zmarszczyły. - Nie przeczę, że dużo musiało go kosztować, by ich zdradzić. - pochyliła głowę, spoglądając znów na Wrighta. - I wiem, że wiąże go z nami teraz przysięga. - znów uniosła szklankę opróżniając ją do końca. Oparła dłonie na kolanach i obserwowała resztkę płynu na dnie. - Co jeśli jego instynkt przetrwania będzie silniejszy od powziętych przez nas postanowień? Nie zdradzi nas, bo nie może. Ale czy nie boisz się? - zapytała spoglądając na niego z ponownie zmarszczonymi brwiami odkładając szklankę na stolik. - Że zginie przez własne decyzje, lub też przez te, które podjęliśmy my?  - zapytała zwracając ku niemu spojrzenie, znów marszcząc leciutko brwi.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Pokój dzienny Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Pokój dzienny [odnośnik]13.05.19 14:31
Podejrzewał, że zdziwienie Tonks było wyłącznie uprzejmością, ale i tak sprawiło mu satysfakcję. Traktował swój pierwszy, dorosły dom z troską twórcy, nie dostrzegającego pewnych niedociągnięć debiutanckiego dzieła. Według jego skromnego zdania, zagubiona w środku lasu chatka była więcej niż wspaniała, lecz wychowano go na tyle dobrze, by nie popadł w samo zachwyt, umiejętnie żonglując odrobinę wymuszoną skromnością.
Mruknął pod nosem kolejne przekleństwo, gdy Justine rozważała na głos swą słabość. Niepotrzebnie, naprawdę w nią wierzył. – Daj spokój, jesteś silniejsza od jakiejś głupiej sługuski samozwańczego dupolorda – łypnął na nią spode łba, nie biorąc pod uwagę możliwości, że Tonks, zdolna magomedyczka a teraz pilna uczennica na aurorskim stażu, mogłaby ulec pierwszej lepszej lafiryndzie z Nokturnu.
Odwzajemnił uniesienie szklaneczki, pewien, że z niecierpliwością będzie oczekiwał wieści z placu boju. Może i sam pojawi się w Klubie Pojedynków? Wątpił w to, miał niewiele wolnego czasu,  a jeśli już takowy wyłuskiwał, najchętniej spędzał go w domu, z Percivalem. Uśmiechnął się sam do siebie, odrobinę nieprzytomnie, ale szybko spoważniał, powracając zarówno wzrokiem, jak i podjętą tematyką, do pewnych braków wśród kończyn przyjaciółki.
- Ta noga nie była taka głupia. Miałaś ładnie umięśnioną łydkę – zaprotestował, ponownie spoglądając na drewnianą protezę. Całkiem nowoczesną, elegancko drewnianą, z tego co zauważył nawet nieskrzypiącą…ale jednak, protezę. Nawet najdoskonalszy cud czarodziejskiej techniki nie mógł zastąpić prawdziwego ciała, obydwoje doskonale o tym wiedzieli. – I tak, wiadomo, nie odbiorą ci wiary w dobro, piękno, sprawiedliwość, ple ple – kontynuował, wcale nie kpiąc z podniosłej odpowiedzi Justine. No, może odrobinę. Zauważał u niej to, co u siebie, gdy spoglądał w lustro kilka dni po przejściu Próby. Dojrzałość. Trochę nieporadnie dostosowywaną do dotychczasowego życia. – Wiesz, o co pytam. O to, jak ci się żyje z kikutem – ponowił pytanie wprost, zapewne okrutnie niedelikatnie, ale naprawdę zastanawiał się, jak sobie radzi. I czy nie potrzebuje pomocy z jakimiś nawet zwykłymi, codziennymi działaniami.
Takimi jak…wychowanie małego chłopca? Spiorunował ją wzrokiem, początkowo pewny, że żartuje. – Skąd wzięłaś to dziecko? – wychrypiał, całkowicie zdziwiony. – I dlaczego trzymasz je u Rineheartów? – dodał, nie potrafiąc jakoś sensownie zobrazować sobie tej sytuacji. Czyżby któryś z licznych krewnych Tonksów dokonał boleśnie żywota, a Just, wiedziona nowym instynktem gwardzisty, zamierzała stworzyć dla niego jednoosobową rodzinę zastępczą? Podrzucając to kukułcze jajko dwóm najmniej odpowiednim do tego osobom? Szanował Rineheartów, ale niezbyt lubił Kierana, a Jackie nie nadawała się na matkę. Była stworzoną wojowniczką. Spoglądał więc na Justine z ciekawością pomieszaną z ojcowską trwogą.
Szybko zastąpioną jednak powagą: temat powracającego przyjaciela marnotrawnego ciągle wywoływał w nim czujność – oraz drobną frustrację. Rozumiał podejrzliwość zakonników, ale tak surowe podejście do kogoś, kto postawił na szali całe swe życie, publicznie, tracąc niemalże wszystko, co kochał i posiadał, zaczynało go irytować. – Równie dobrze mogłabyś nie wierzyć we mnie. Spieprzyłem prawie tyle razy, ile on – wygłosił po prostu, wzdychając ciężko. Skoro byli w stanie wybaczyć i zaufać jemu, skoro zaufała mu Bathilda, skoro wyszedł z Próby Gwardzisty żywy – przynajmniej w pewnym sensie – to powinni zrozumieć też historię Percivala. – Przysięga była tylko rozwianiem waszych wątpliwości. Ja ich nie mam, nie wobec niego – dodał ciszej, pochylając się i wspierając łokcie o kolana. – I czego mam się bać? – ponowił, nieco nie rozumiejąc pytania o instynkt przetrwania. Gdyby to on był w Percy’m silniejszy, ten nigdy nie wyściubiłby szlacheckiego nosa poza konwenanse i zobowiązania wynikające z arystokratycznego pochodzenia. Nie utraciłby nazwiska, wygody, bogactwa, pięknej małżonki i możliwości luksusowego życia.
Dokończenie pytania, dość filozoficznego, wpędziło go w nieco ponury nastrój. Przez chwilę myślał, po czym wyprostował się i ciężko westchnął: aż rozluźnione ciało zapadło się głębiej w miękkość kanapy. – Śmierć nie wydaje się taka straszna – powiedział po chwili, szczerze; gorsze były tortury, prowadzące do zdrady przyjaciół; życie z wyrzutami sumienia; obserwowanie bliskich rozszarpywanych żywcem w imię sprawy, o jakiej nie mieli nawet pojęcia. – Sam podjął te decyzję, nikt nie zmuszał go do podjęcia takiego ryzyka – dodał ciszej, poważnie, bez rozczulania się nad wizją śmiertelnie bladej twarzy Percivala, leżącego w kałuży własnej krwi. Odchrząknął, świadomy, że jego słowa można odebrać opacznie: to nie tak, że nie martwił się o Blake’a, po prostu w obecnej sytuacji równie dobrze mógłby wyrywać włosy z głowy z obawy przed padającym nazajutrz deszczem. To musiało się stać, prędzej czy później – i zamierzał zrobić wszystko, by odwlec ostateczną ofiarę w czasie jak najdalej.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 45
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 40
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Pokój dzienny [odnośnik]08.06.19 13:05
Siedząc tutaj, spokojnie, z szkłem w ręku uświadamiała sobie nagle, że dawno tego nie zrobiła. Nie zatrzymała się nawet na chwilę by wziąć oddech od czasu, gdy zmarła jej matka. Minęło już ponad pół roku, a jednak jej utrata nadal zdawała się wyczuwalna. Niedziele dziwnie ciche i pozbawione sensu i celu. Znajdowała sobie zajęcia i każde miało jeden cel - uczynić ją silniejszą. I teraz siedząc tutaj uświadamiała sobie, że nie pamięta kiedy usiadła by porozmawiać. Tylko, bez ćwiczeń, praktyki czy innych założeń na daną rozmowę. Choć i na tą z jakimiś przybyła - czyż nie?
Może nie umiała już inaczej.
Uniosła lekko brew na przekleństwo wypływająca z ust Benjamina. By za chwilę wzruszył lekko ramionami i spojrzeć na jakieś okno.
Czy naprawdę taka była? Silna? Jeśli tak, czemu zdawało jej się ciągle, że jest przeraźliwie niewystarczająca, zbyt słaba, zbyt wolna. Nie taka jak powinna. Zacisnęła lekko wargi. Odrzuciła od siebie te myśli. Chociaż przez chwilę nie chcąc poddać się dołującym przemyśleniom.
Zaśmiała się odrzucając głowę do tyłu. Przez chwilę pozwalając, by śmiech ogarnął jej całą jednostkę. Miała ładnie umięśnioną łydkę. Pokręciła z rozbawieniem głową, opuszczając ją na dół i spoglądając na Wrighta.
- Dokładnie się jej przyjrzałeś, widzę. - odpowiedziała, unosząc kącik ust ku górze. Uniosła dłoń i potarła nią czoło opierając głowę o oparcie. Zmarszczyła na chwilę brwi. Wyprostowała się za chwilę. - Jest dziwnie. Może świadomość, że to nie twoja część ciała jest dziwna. Czasem oporna i zdecydowanie ujawnia moje miejsce i to, że to ja. Moja zdolność staje się w większości przypadków bezużyteczna - chyba że postanowię się zmienić w kogoś bez nogi. - wzruszyła lekko ramionami i uniosła dłoń zakładając włosy za ucho. - Ale mistrzynią gracji nigdy nie byłam. A na szkoleniu nikt mnie nie oszczędza. - ton którym wypowiadała słowa świadczył o tym, że to dobrze. Że właśnie tego chciała. Nie potrzebowała litości czy przymusowego urlopu.
Skonfrontowała się z jego spokojnym spojrzeniem, odpowiadając na nie spokojem, choć twarz jej stężała. Przypomniały jej się słowa Skamandera.
- Z lasu. - odpowiedziała mu prostolinijnie, domyślając się zaraz, że taka odpowiedź przyniesie kolejne. - W połowie października anomalia wrzuciła w miejsce całe nią ogarniętą. Były tam dzieci. - przymknęła lekko oczy wzdychając i opierając głowę. - Był też Mulciber, Bott i dwie inne kobiety. - machnęła lekko ręką. - Gdy ją pokonaliśmy, Mulciber zwiał, a dzieci strawił ogień. - uniosła dłoń by przytknąć palec wskazujący i kciuk do niego i zacisnąć. - Był zbyt wielki by im pomóc. Gdy ją pokonaliśmy wszystkie upadły jak zwłoki. Tylko jego udało się ocalić. - otworzyła oczy spoglądając na oblicze przyjaciela. - To sierota, wszystkie nimi byli. System ich skrzywdził. Nie widziałam jeszcze anomalii o takiej sile. - skąd miała mieć pewność, że nie zrobi tego ponownie? Może była głupia, ale nie potrafiła inaczej. - Bo tam mieszkam? - odpowiedziała pytaniem na pytanie próbując nie pokazać, jak mocno przeszkadza jej ten fakt. - Przynajmniej na razie. - dodała marszcząc lekko nos.
Zmrużyła lekko oczy na jego odpowiedź mierząc uważnie jego twarz. Przekręciła ją lekko na bok.
- Nie o ilość chodzi. - odpowiedziała cicho, spokojnie, złapała ponownie ze szklankę, obracając ją w dłoniach. Odwróciła spojrzenie na okno, mierząc przez chwilę widok za nim. - Straty. - odpowiedziała na pytanie, nie odwracając spojrzenia. Drzewo ugięło się pod siłą wiatru, walcząc by powrócić do swojego wcześniejszego ułożenia.- Martwię się, Ben. Bo oni, oni nie przychodzą po ciebie. Oni idą najpierw po tych, których kochasz najmocniej. Codziennie boję się o mojego ojca, o moich braci i siostrę.  O… - nie wymieniła go. Nie powinna, nie mogła. Zresztą idąc po niego, zrobiliby im przysługę. Zmieniła temat, uznając poprzedni za zamknięty. Odwróciła spojrzenie od okna wzdychając ciężko. - Myślisz, że wolno nam jeszcze kochać? Egoistycznie chcieć mieć kogoś przy sobie wiedząc, że nie możemy obiecać niczego? - strapienie odbiło się na jej twarzy.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Pokój dzienny Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Pokój dzienny [odnośnik]08.06.19 16:12
Lubił jej śmiech - jej dawny śmiech, ten, który rozbrzmiewał za lepszych, beztroskich czasów. Ten, który wybrzmiewał teraz w zagraconym salonie domku ukrytego w głębi gęstego lasu, niósł ze sobą zbyt wiele naleciałości, bolesnych doświadczeń, popiołów i toksycznych oparów. Stracił swój urok, zamienił swobodę na gorycz. Dostrzegał takie niuanse bez większego problemu, znał ją przecież bardzo dobrze, obnażając przed Tonks największe słabości. To ona pilnowała go, gdy przykuty magią do kaloryfera wypacał z siebie nagromadzoną truciznę narkotyków. Cierpliwa, wyrozumiała, surowa; pomogła mu wstać z kolan, otrzepać się i ruszyć dalej. Chciał zrobć dla niej to samo. Czasem wystarczyło po prostu być obok, zadając nieskrępowanie najtrudniejsze i najprostsze zarazem pytania.
- Zwracam uwagę na nogi - odparł po prostu, wzruszając ramionami, dla siebie zostawiając dodatek o tym, że od zawsze podobały mu się umięśnione łydki. W domyśle męskie, ale o tym rozmawiać nie zamierzał. Skupił się na odpowiedzi Justine, pozwalającej mu choć odrobinę zrozumieć sytuację, w której się znalazła. Pozbawiona nogi, nie traciła jednak ani animuszu ani wytrwałości; ba, wydała się mu nawet bardziej zagorzała i chętna do przekraczania własnych granic, niż wtedy, gdy posiadała dwie sprawne nogi, a na sobie mundur magicznego pogotowia ratunkowego. - A co zamierzasz z nią zrobić? W sensie...wiesz, zdobyłaś już eliksir, który sprawi, że noga odrośnie? Wrócisz wtedy do pełnej sprawności? - dopytywał dalej, niczym troskliwy starszy brat, szukający dla swej siostry najlepszych rozwiązań. Dalej przyglądał się drewnianej protezie, szczerze zaintrygowany sposobem jej działania; doceniał misterną robotę rzeźbiarza w drewnie, który wyciosał coś tak niezawodnego, obdarowującego pozbawioną kończyny czarownicę możliwością w miarę swobodnego poruszania się. - Bo chyba to cacko na dłuższą metę się nie sprawdzi - wyraził swe zaniepokojenie na głos, stukając kilka razy kostkami palców w drewnianą powłokę protezy, podtrzymującą mechanizm umożliwiający chodzenie. Jako przyszła aurorka potrzebowała całej dostępnej siły mięśni, ale był pewien, że i tak sobie poradzi. Była przecież silną czarownicą i...silną matką?
Zmarszczył nieposkromione brwi, słuchając opowieści o dzieciach. Cały najeżył się, gdy tylko z ust blondynki padło nazwisko Mulcibera; zaklął szpetnie pod nosem, ten śmierdziel musiał wściubić swój zdradziecki nos w każdą rozpaczliwą przygodę. - To na pewno przez niego, kto wie, nad jakimi paskudztwami pracuje w tym swoim dupartamencie tajemnic - wychrypiał z pogardą, postanawiając nie tracić energii na dalsze psioczenie na Ramseya. Wspomnienie o dziecku, które Justine zdołała uratować z lasu, było znacznie bardziej interesującym i przyjemniejszym tematem. - Jaki jest? Ten chłopiec? - dopytał, uznając, że każdy rodzic, nawet ten z przypadku, lubi opowiadać o swoim potomku. Sam przecież rozpływał się w zachwytach, gdy ktoś dopytywał o podopiecznych w rezerwacie lub o wyjątkowo wierne i posłuszne psy. - I czemu mieszkasz u starego Rinehearta? Przez wzgląd na ostatnie...wypadki? - dodał, chcąc być na bieżąco z życiem przyjaciółki. Ich wspólne mieszkanie, które zajmowali jeszcze z Margaux, wydawało się zamknięte w odległej, niemożliwej do odtworzenia przeszłości.
Jeszcze raz obrócił szklankę ognistej w dużych dłoniach, zastanawiając się nad słowami Just. Nie rozumiał do końca, o co jej chodzi - i czy mówi o nim, czy o sobie. Zerknął na nią z ukosa, mogąc tylko podejrzewać, co czuła i wobec kogo. - Zdaję sobie z tego sprawę, wiem, jakie niebezpieczeństwa czyhają na moich rodziców, na Hannah, na Josepha - odparł powoli, akcentując swą miłość do rodziny. Dlaczego podjęła temat silnych uczuć tuż po wspomnieniu o Percivalu? Musiał być to przypadek, nikt oprócz Fredericka nie wiedział o tym, co naprawdę łączyło go z wieloletnim przyjacielem. - A Percy nie ma już nic do stracenia, będzie walczył tak samo zajadle, jak ja. Jak ty- dodał, chyba o to chodziło; o to, by potwierdził, że nowy sojusznik nie zdradzi, zastraszony cierpieniem swych bliskich. Mówił szczerze, ale przecież mijał się z prawdą; ciągle na świecie była jego żona, a niedługo miał do niej dołączyć ich syn. Te wieści zrzucał jednak gdzieś na dalszy plan. Westchnął i wyprostował się, słysząc pełne smutku pytanie Tonks, trafiające w sedno moralnych wątpliwości. - Oczywiście, że tak. Bez miłości bylibyśmy jakimiś zaprogramowanymi rzeźbami. Zresztą, to uczucie nigdy nie jest cukierkowe: niesie ze sobą trudności, żal, groźbę rozstania - wyjaśnił cierpliwie, po swojemu, dość prosto. - Nie widzę w tym nic egoistycznego - dodał po chwili zawahania; ludzie potrzebowali się wzajemnie, zwłaszcza na krawędzi zatracenia, w czasach wojny, w dniach największego cierpienia i lęku.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 45
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 40
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Pokój dzienny [odnośnik]14.06.19 10:54
Właściwie nie pamiętała, kiedy śmiała się ostatnio. Prawdziwie, szczerze - to po prostu. Czasem wykorzystywała go jako sposobność, do uwiarygodnienia kolejnego kłamstwa, które mówiła tym którzy nie wiedzieli dokładnie co dzieje się u niej. Oni wiedzieli tylko to, co im mówiła - a mówiła niewiele. Beztroska opuściła jej ramiona, została żołnierzem, choć jeszcze wiele musiała się nauczyć. A Bena, jako jednego z niewielu nie musiała okłamywać.
- Może więc powinnam przerzucić się na spódnice. - zastanowiła się głośno, przypominając sobie cichy szept mężczyzny, na weselu Wilde. Przymknęła lekko powieki pozwalając zgarnąć się wspomnieniu. Zdawało jej się odległe. Chociaż nie aż tak jak inne, te w których pozostawała nieświadoma. Wszystko co robiła, miało na celu uczynić ją silniejszą, lepszą, bardziej pomocną. A jednak zdawało jej się, że wszystko co robiła, każda decyzja którą podejmowała sprawiała, że był na nią coraz bardziej wściekły. Westchnęła lekko do siebie. Unosząc spojrzenie na Wrighta. - Wilde chyba już go wstawiła. Ale podobno miesiąc hoduje się nową nogę. - wzruszyła lekko ramionami. Na eliksirach nigdy się nie znała. A może te zwyczajnie jej nie lubiły lubiąc wybuchać jej w twarz podczas zajęć z tylko sobie znanych powodów. - Powinnam, choć przyzwyczajenie się do niej, będzie pewnie tak samo upierdliwe jak przyzwyczajenie do jej braku. - mruknęła, marszcząc lekko nos. Uniosła dłoń i podrapała się po nim. Oglądała jak mimika Bena zmienia się, a na słowa dotyczące Mulcibera wydęła lekko usta i pokręciła głową.
- Też tak sądziłam, sądzę… - westchnęła lekko unosząc dłoń i zakładając włosy za ucho. - Dużo zmiennych. Wiedziałeś, że Bott jest w stanie zatrzymać czas? - zapytała zamiast tego unosząc leciutko kciuk ust ku górze. Nie miała ochoty powracać myślami do Mulcibera. Właściwie był ostatnim, o czym chciała myśleć. Odchyliła znów głowę opierając ją o kanapę, przymknęła powieki. - Na razie jest w szoku. Walczy, musi odnaleźć własną wolę. - powiedziała jedynie, przekrzywiając głowę i znów zwracając spojrzenie w kierunku przyjaciela. Wargi uniosły się łagodnie, pytanie rozbawiło ją. Pokręciła głową, co wyglądało dość śmiesznie. - Nie, jestem tam od września. Miałam przenocować tylko kilka dni, ale… -zawiesiła głos, przygryzając lekko dolną wargę. Przeciągnęło się cholernie. Nie chciała wrócić do domu w nim liżąc tylko rany po Próbie. A tam gdzie chciała zostać nie mogła. Ciągle mając nadzieję, że może powie jej, by wróciła. Na próżno. - ...cóż, powiedzmy, że przeprowadziliśmy ze Skamanderem poważną rozmowę.
Wypuszczając powietrze z ust pochyliła się, obracając w dłoniach już pustą szklankę. Spojrzała z ukosa na Bena gdy mówił, jednak nie wtrąciła się w wypowiadane słowa. Złapała za alkohol i dolała go sobie i jemu. Wychyliła całość i dolała sobie jeszcze trochę. Odrzuciła plecy do tyłu i uniosła nogi układając je na stoliku.
- Pamiętasz jak opowiadałam ci o tej durnej klątwie morowy o której babcia mówiła mi i Wilde jak byłyśmy małe? - zapytała podejmując - zdawać by się mogło - inny temat, spoglądając na sufit. Mówiła mu o tym na pewno, by zająć na chwilę jego myśli czymś. Jakąś głupotą… opowieścią. Przynajmniej tak wtedy myślała. - Zaczynam wierzyć, że ona istnieje naprawdę. - burknęła, czując się trochę jak idiotka oddająca wiarę zabobonom. Ale słowa zdawały się dziwnie prawdziwe. o tym, że kobiety zrodzone w ich rodzie miały kochać beznamiętnie, oddawać swoje serce tylko jednemu mężczyźnie i nigdy nie godzić się na pośrednie uczucia w stosunku do innych. To. że nie dane było im również stwarzać szczęśliwych związków z mężczyznami, w których żyłach płynęła czysta i szlachetna krew czarodziejów zdawało się mówić samo za siebie. - Zapytał mnie. - podjęła po chwili ciszy. - Zapytał co ma mi jeszcze powiedzieć, żebym odpuściła. - pokręciła z niedowierzaniem głową. To pytanie nadal zdawało jej się dziwnie absurdalne, wręcz niepasujące. Bo ona, ona nie odpuszczała. - I powinnam była po prostu wyjść, zachować choć trochę dumy i klasy. Na wszystkie szyszymory, łapałam już za pieprzoną klamkę. - pokręciła głową. Uniosła głowę i przechyliła szklankę. Alkohol wypłynął rumieńcem na jej policzkach. Ściągnęła nogi ze stołu i odstawiła szklankę na stolik. Uniosła dłoń i zacisnęła palec wskazujący i kciuk na nosie pomiędzy oczami. - Próbowałam przecież. Zapomnieć. Gdyby to było takie proste zrobiłabym o co prosi. Dłoń powędrowała wyżej i przeczesała jasne włosy. Wypuściła powietrze z płuc. - Przepraszam, chyba potrzebuję… - zawahała się chwilę. - Sama nie wiem czego. - przyznała spokojnie, nie patrzyła już na niego. - Pójdę. - zadecydowała cicho, podnosząc się do góry. To były jej problemy, nie Bena. Musiała uporać się z nimi sama i nikt nie był w stanie jej pomóc. Rozmowa też nie.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Pokój dzienny Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Pokój dzienny [odnośnik]15.06.19 17:11
Wright pokiwał z powagą głową: był dość postępowy, ale dalej kobiety w spodniach uważał za lekkie wynaturzenie; za coś sprzecznego z naturą, choć wspaniałomyślnie zachowywał takie uwagi dla siebie. - Zdecydowanie lepiej ci w spódnicach - potwierdził tylko, mając nadzieję, że Tonks nieco okiełzna swoje nowoczesne zapędy. Działanie na tylu frontach, by zmienić świat, musiało być potwornie męczące, należało więc chociaż w podstawowych, obyczajowych kwestiach trzymać się pionu. Wiedział o tym jak nikt inny, ukrywał przecież to, co chore i nienormalne według ogółu społeczeństwa, żyjąc spokojniej, bezpieczniej i mogąc w pełni poświęcić się ideom Zakonu Feniksa. - O, jak Eileen się tym zajmuje, to klawo. Nowa noga będzie jak...no, jak nowa - ożywił się na wieść, że to panienka Wilde dba o to, by kończyna blondynki urosła w odpowiednio uwarzonym eliksirze, gwarantującym najlepszą sprawność i niwelującą ryzyko odrzucenia magicznie odtworzonej tkanki. To znaczy, pani Bartius: ciągle nie potrafił przywyknąć do zmian w statusie cywilnym Herewarda i choć wspominał szkocki ślub z rozrzewnieniem, to wydawał się on należeć do zupełnie innego, zapomnianego już świata beztroski. I nóg połączonych z sprawnym ciałem ratowniczki magicznego pogotowia. - Ciężki czas przed tobą, ale poradzisz sobie. Jesteś silna, Tonks. Bardzo silna - powiedział cicho, lecz ze spokojem i pewnością: katorgi rehabilitacji i powrotu do pełnej sprawności na pewno przysporzą czarownicy wiele bólu, ale jednocześnie zahartują przed okrucieństwami, które może spotkać na swej drodze podczas walki z Rycerzami Walpurgii.
Kiwnął głową, tak, słyszał o urokach Bertiego, podobno ten niezwykle dużo czasu poświęcał na ćwiczenia: sam powinien zrobić to samo, cóż z tego, że siła mięśni dawała mu przewagę fizyczną, kiedy zaklęcia pozostawiały wiele do życzenia. Odnotował w głowie, by poćwiczyć z Percivalem; może nie od razu dylatacje czasu oraz igranie z kalendarzem, ale choćby miotanie magicznymi nożami? Obrona nie wystarczała, musiał nauczyć się też atakować, odpowiadać krwią za krew. Już miał proponować, by Just poćwiczyła razem z nim, ale w porę schował język za zębami, pozwalając Tonks na wyrzucenie z siebie martwiących ją kwestii. Rzadko pozwalała sobie na taką szczerość, dlatego tym bardziej doceniał to, czym się z nim dzieliła - a mówiła przecież o sprawach niezwykle delikatnych.
Wright nieco nerwowo poprawił się na kanapie, ale nie spuszczał z Justine oka, dając jej przestrzeń do wyrzucenia z siebie trudnego zlepku emocji. - Emm, nie do końca, ale chyba coś sobie przypominam - mruknął, starając z całych sił przywołać jakieś informacje o tej klątwie, nic jasnego nie przychodziło mu jednak do głowy, a słowo morowy kojarzyło mu się wyłącznie z kumplami z Gryffindoru. Bez problemu wywnioskował jednak z kontekstu, że chodzi o coś przykrego, mącącego w szybko bijącym sercu. Westchnął ciężko, kładąc dużą dłoń na kolanie blondynki, by zatrzymać ją na miejscu. - Daj spokój - pokręcił lekko głową: radził sobie z gorszymi wieściami niż złamane serca i romantyczne nieporozumienia. Właściwie było to dość przyjemną odmianą po otrzymywaniu informacji o wyłupionych oczach oraz pomordowanych mugolach. - Znasz mnie, będę brutalnie szczery: Skamander ma rację. Zwłaszcza teraz, gdy jesteś jedną z nas - stała się przecież Gwardzistką, oddała swe życie Zakonowi Feniksa - nie powinnaś inwestować swych sił i czasu w jakiś...związek. Zwłaszcza z drugim Gwardzistą - była kobietą, oczekiwała czegoś innego niż mężczyźni; jakiejś przyszłośći, choć chwiejnej i chwilowej. - On też musi się skupić, a myśląc o tobie jako o swojej...czarownicy, będzie mu trudniej. Najlepiej więc po prostu odpuścić - zakończył z powagą, patrząc w jasne oczy blondynki. Niezależnie, co gnało ją ku Samuelowi, czy pragnienie stabilizacji czy straceńcza potrzeba bliskości kogoś, kogo kochała: to nie miało prawa przetrwać, nie w sytuacji, w jakiej się znaleźli. On sam nie miał żadnych złudzeń, choć sytuacja czarodziejów w tym świecie była znacznie lepsza od tej przedstawicielek płci pięknej, szarpanych hormonami i oczekiwaniami innych. - Wszyscy podjęliśmy decyzję, Tonks. I dopóki nie wygramy wojny, raczej nie mamy szans na jakieś szczęśliwe zakończenia. Zwłaszcza w waszym przypadku - westchnął, świadom, jak brutalnie się wypowiada: nie rozumiał jednak do końca chaotycznej wypowiedzi przyjaciółki, nie chciał też wnikać w jej intymne sprawy, a do takich chyba dążyła w swej historii. Odchrząknął, sięgając po butelkę i nalewając jej kolejną porcję whisky. - Ale możemy się trochę napić, a to na moment uczyni świat nieco znośniejszym - dorzucił już pogodniejszym tonem, mając w duchu nadzieję, że to, co wydarzyło się pomiędzy Samuelem i Justine nie będzie miało wpływu na działanie Gwardii. Uczucia były kiepskim doradcą, no chyba, że ktoś miał tyle oleju w brodatej głowie, co sam Benjamin: o czym był tyleż naiwnie, co święcie przekonany.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 45
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 40
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Pokój dzienny [odnośnik]23.06.19 21:08
- Taaak. - przeciągnęła odrobinę zgłoski, jakby nie do końca wierząc wypowiadanym przez niego słowo. - I buty na wysokim obcasie. By oczarowywać mężczyzn, kręcąc ponętnie biodrami, których nie mam. - zaśmiała się lekko, choć trudno było powiedzieć, czy było to całkowicie szczere. Swoje kształty mogła zawsze zmienić. Wystarczyła przecież tylko chwila skupienia. Mimo tego jednak, najlepiej czuła się w swojej pierwotnej formie. Choć jednocześnie ta zdawała się jej też czasem najgorszą.
- Oczywiście. Później pozostaje jedynie kwestia wysokości zniszczeń czarnomagicznych. Transplanatacja jest raczej szybka, choć sama nigdy żadnej nie wykonywałam. - uzupełniła spokojnie. Pamiętała dokładnie słowa, które skreślił jej w liście Brendan. Istniało takie prawdopodobieństwo i musiała się z nim liczyć. Na razie jednak nie zamierzała dzielić włosa na czworo. Na razie spokojnie zamierzała poczekać na wyniki.
Jasne tęczówki zawiesiły się na Benjaminie. Myślała, że słysząc to z czyichś ust poczuje się lepiej. Uwierzy, że słowa te rzeczywiście są prawdą. Ale coś wewnątrz niej nadal negowało wypowiedziane przez niego słowa. Możliwe, że od zawsze była swoim największym wrogiem. Wcześniej mogła zgonić to na Nits, teraz, mogła winić tylko siebie.
Wzrok powędrował na dużą dłoń, która znalazła się na jej kolanie. Zatrzymała ją na miejscu. Tęczówki lustrowały ją, gdy z ust Benjamina wydobywały się kolejne słowa. Głowa odwróciła się w kierunku jego twarzy, gdy przyznał rację Skamanderowi. Brwi zbiegły się ze sobą, próbując znaleźć błędy w swoim własnym rozumowaniu. Zadrżała lekko, choć nie była świadoma tego w ogóle. Milcząc, zaciskając usta, gdy mówił dalej. Nie przestając marszczyć brwi.
- Mówisz, że wolno nam kochać, jednocześnie twierdząc, że nie powinnam? - zapytała cicho, odciągając wzrok i zapatrując się w punkt znajdujący się naprzeciw. Zaplotła dłonie na kolanach i schowała w nich twarz. - Nie marzę o domu, nie chcę zakładać rodziny. - marzyła, ale zgodziła się poświęcić swoje własny marzenia. Miała świadomość wyboru, jaki dokonała. - Gdyby na szali było powodzenie naszych działań, nie nadwyrężyłam go wracając po niego, tak samo jak nie wahałabym się zostawić ciebie. Nie sprzeciwiłabym się żadnemu rozkazowi. Oboje sądzicie, że kierując mną kobiece słabości. Kiedy zwyczajnie nie rozumiem, dlaczego tych kilku chwil które mamy nim świat może się skończyć na zawsze dla któregoś z nas nie możemy spędzić razem.  - przeniosła znów wzrok na niego unosząc dłoń i zakładając za ucho kosmyki jasnych włosów. - Moja mama mawiała, że szczęście nie jest stałą, a sumą małych chwil z pozoru błahych i o żadnej wartości. Długo zajęło mi zrozumienie, co ma na myśli. - podsumowała cicho, odbierając od niego szklankę. Wlała ją w gardło pewnym ruchem, czując jak ciepło rozchodzi się po jej przełyku. Uniosła dłoń i przetarła usta jej wierzchem.
- Będę się zbierać, Ben. Muszę sprawdzić co z chłopcem. - powiedziała podnosząc się. Nie płakała, łzy nie zbierały jej się pod powiekami. Zdawała się spokojna, a jednocześnie rozchwiana na kilka różnych stron. Smutna, może taka właśnie. Pochyliła się nad mężczyzną, składając na policzku krótki pocałunek. - Nie daj się zabić. - powiedziała podnosząc się i ruszając do wyjścia. Czekała ją jeszcze droga powrotna.

| zt



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Pokój dzienny Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Pokój dzienny [odnośnik]06.10.19 20:59
październik

Potrzeba narodziła się ze strachu, jako niechciane dziecko niefortunnego zbiegu wydarzeń, rozgrywających się tuż obok siebie, w odstępie zaledwie kilku tygodni. Po raz pierwszy – na tragicznym w skutkach wiecu politycznym, gdy runął kamienny krąg, a nad jego głową załopotały dziesiątki czarnych peleryn, wysysających z drżącej od potężnego zaklęcia przestrzeni nie tylko całe ciepło, ale również nadzieję, radość, wolę walki, chęć przetrwania; to nie był jedyny raz, kiedy zetknął się z dementorem – potworna kreatura już kiedyś obok niego przemknęła, w trakcie rozgrywanego w Weymouth meczu Quidditcha – ale strażnicy zniszczonego Azkabanu nigdy wcześniej nie otoczyli go w takiej ilości, zawisając w powietrzu i sprawiając, że stało się prawie namacalne, ciężkie, niemal klaustrofobiczne. Śnił o tym później, noc w noc, przewracając się na wilgotnej od potu pościeli, lecz wbrew pozorom to nie pokryte liszajami dłonie ani puste otwory ust czyniły ze snów koszmary, a przerażające i odbierające oddech poczucie, że jego umysł nie należał do niego; że istniało coś, co było w stanie wyciągnąć spod czaszki wspomnienia i uczucia, te najpiękniejsze i najpilniej strzeżone, pozwalające mu na utrzymanie się na powierzchni nawet (a może zwłaszcza) wtedy, kiedy reszta jego świata obróciła się w ruinę. Zdawał się rozumieć, albo przynajmniej częściowo pojmować, dlaczego zsyłani na wyspę więźniowie tak często popadali w obłęd; on sam miał wrażenie, że nie zdoła się z niego otrząsnąć, rany na ciele goiły się powoli, jednak te na emocjach nie chciały zagoić się wcale – a to, co stało się później, wcale im w tym nie pomogło.
Nie minął nawet tydzień od chwili, w której odebrano mu nazwisko i przeszłość, gdy na skutek lekkomyślnej decyzji, na kilka długich godzin utracił również zmysły; niespodziewany wybuch anomalii, jaka skąpała Kumbrię w duszących oparach Viento Somnii, wepchnął go brutalnie prosto w ramiona zdarzeń żywcem wyjętych z horroru, który – paradoksalnie – nie rozmył się wcale po przebudzeniu, nabierając jedynie mocy, podsycony świadomością, że tak łatwo dał się oszukać, sprowokować, że uwierzył w nieistniejącą iluzję i pozwolił manipulować (nie)swoimi decyzjami. Tamtej nocy (przekształcającej się w poranek, kiedy odstawiał nieprzytomną Jackie pod drzwi domu) powrócił do Sennen bogatszy nie tylko o mozaikę brzydkich – i boleśnie realnych – blizn na przedramionach, czy przestraszonego szczeniaka o brudno-białej sierści; przez progi zabezpieczonego zaklęciami domu przeniósł przede wszystkim przekonanie, że nigdy więcej – że zrobi wszystko, byle już nie oddać nikomu myśli, nie poddać się cudzej woli, nie pozwolić magii ani sfabrykowanym obrazom zniekształcić otaczającej go rzeczywistości; i że osiągnie to bez względu na cenę, jaką będzie musiał za to zapłacić.
Wysoką, wiedział o tym już wtedy, gdy rezygnując z i tak nieprzynoszącego odpoczynku snu, otaczał się księgami traktującymi o magii umysłu, po raz pierwszy poważniej interesując się oklumencją. Wtedy jeszcze nie szukając nauczyciela, w swej bucie i ignorancji przekonany, że był w stanie opanować tę niemożliwie trudną sztukę samodzielnie. Zgłębiał więc teorię, mozolnie i z trudem, potykając się na niezrozumiałych określeniach i naukowych wywodach, przypominając sobie o przeklętym bunkrze za każdym razem, gdy walczył już z ochotą ciśnięcia grubym woluminem przez nieistniejącą ścianę kuchni. Ćwiczenia praktyczne były gorsze, przyzwyczajony do doświadczania świata zmysłami, kompletnie nie radził sobie z próbami opanowania czegoś, czego nie mógł zobaczyć ani dotknąć; całkowite odrzucenie emocji wydawało mu się zresztą niemożliwością – zwłaszcza w sytuacji, w której się znalazł, rozdarty między rodziną a przyjaciółmi, między Rycerzami Walpurgii a Zakonem Feniksa, ściągnięty wreszcie na psychicznie wyczerpujące przesłuchanie z tymi ostatnimi. Przez kilka tygodni mimo wszystko brnął jednak w zaparte, ucząc się na pamięć technik i wypróbowując je jedna po drugiej, w sposób typowo dla siebie chaotyczny i pozbawiony porządku. I efektów, o czym miał przekonać się niedługo później, kiedy wbrew wszelkiemu rozsądkowi spotkał się z Isabelle, noszącą pod sercem jego nienarodzonego wtedy jeszcze syna – i bez najmniejszego trudu wykorzystującą związane z tym emocje do wyprowadzenia go z równowagi.


listopad i grudzień

Skreślenie listu do Lucindy stanowiło akt ostatecznej desperacji – bo chociaż była jedną z nielicznych osób, którym jeszcze ufał, nie obawiając się, że wykorzysta odkryte przypadkowo sekrety przeciwko niemu, to sama myśl o douszczeniu kogokolwiek do najgłębiej skrywanych myśli, napawała go skrajną niechęcią. Im dłużej próbował jednak działać na własną rękę, tym bardziej oczywiste stawało się dla niego to, co właściwie wiedział od samego początku – potrzebował pomocy, wskazówek, przewodnictwa kogoś bardziej doświadczonego, zdolnego do popchnięcia go na krawędź i zmuszenia do obrony. Wiedział co prawda, jak smakowała legilimencja, nie zapomniał nigdy wywołującego mdłości uczucia cudzej obecności we własnej głowie, długich palców poruszających najczulsze struny, kruszejących jedna po drugiej warstw nienaruszalnej wcześniej intymności – ale samo wspomnienie pierwszego spotkania z Lordem Voldemortem nie stanowiło budulca wystarczająco wytrzymałego, by wznieść z niego w umyśle mury zdolne do odparcia ewentualnych ataków. Te, które samodzielnie (i wyjątkowo nieudolnie) postawił, poddały się niemal natychmiast, czy może – zostały obrócone w pył pojedynczą inkantacją, wypowiedzianą spokojnym głosem Lucindy. Nie zdążył zaprotestować, czarownica w ułamku sekundy, jak gdyby nigdy nic, była w jego wspomnieniach, docierając dokładnie tam, gdzie chciała, mogąc odebrać mu wszystko, po co tylko by sięgnęła – nie tylko nie bacząc na zbyt słabe protesty umysłu, ale dodatkowo spychając go w sam jego kąt, kneblując i czyniąc biernym obserwatorem, mogącym jedynie zaciskać zęby z bólu – bo zaciskanie powiek okazywało się bezcelowe, widział dokładnie to, co widziała ona, przeżywał własną przeszłość raz jeszcze – i to nie przedstawioną pod postacią niemego filmu, a pełnego doświadczenia utkanego z obrazów, dźwięków, emocji i myśli, odczuwanych jednocześnie jako odległe echo i żywa teraźniejszość, a więc zwielokrotnionych – i zupełnie niemożliwych do wyłączenia.
Nie przyznał się jej do tego, ale prawie się wtedy poddał, po powrocie do domu zamykając księgi i pergaminy na cztery spusty i porzucając wszystkie myśli o nauce na cały długi tydzień; nie chciał przeżywać tego samego raz jeszcze, dobrowolnie poddawać się uczuciu całkowitej bezradności, wielokrotne i regularne wystawianie się na mentalne cierpienie zahaczało w jego ocenie o masochizm – ale każda kolejna bezsenna noc uświadamiała mu, że wstąpił na ścieżkę, z której nie dało się już zawrócić. W trakcie tego jednego krótkiego spotkania coś w jego umyśle się zmieniło, skruszały stare fundamenty, popękały istniejące już wcześniej mury, a przez powstałe w tej sposób wyrwy zaczęły przesączać się wspomnienia, obrazy, dźwięki, o których sądził, że już dawno zatarły się w pamięci; stał się nerwowy i rozdrażniony, spokój odnajdując jedynie na świeżym powietrzu – co odkrył przypadkowo, tracąc dech w trakcie trudnej wspinaczki zboczami Ben Nevis, dokąd zaprowadziła go grudniowa pogoń za smokiem. Powrócił więc do ćwiczeń, chcąc przede wszystkim uwolnić się od tej wybuchowej mieszanki emocji, przenosząc samotne treningi na zewnątrz, późne zimowe godziny spędzając na odkrywaniu kornwalijskiej okolicy na grzbiecie Cienia, ucząc się skupiać nie na tym, co pulsowało boleśnie w środku, szarpiąc zakończeniami nerwowymi – a na neutralności i spokoju otoczenia, falach rozbijających się monotonnie o nadmorskie klify, albo szarpanych wiatrem koronach drzew. W czasie tych jednoosobowych wycieczek natrafił też na Minack, teatr zbudowany z kamiennych, opadających w morze okręgów, opustoszały ze względu na niesprzyjającą do wystawiania sztuk pogodę; to tam zaczął zaszywać się na długie godziny, obserwując jak wzburzona woda zabiera kolejne centymetry pionowych, skalnych ścian – a samemu budując własne, licząc na to, że kiedy następny raz zostaną wystawione na próbę, okażą się wystarczająco wytrzymałe.
Musiały – przypomniała mu o tym walka na Pokątnej i noc spędzona w Tower, kiedy to po raz kolejny niemal pozwolił obezwładnić się strachowi.


styczeń, luty i marzec

Uwolnienie czarodziejskiego świata od anomalii, poukładanie w całość skomplikowanej relacji z Benjaminem oraz perspektywa majaczącej na horyzoncie misji pomogły mu w zbudowaniu czegoś jeszcze: determinacji, trwalszej i silniejszej niż poprzednio, wzmocnionej tylko dodatkowo wieścią o narodzinach syna, której otrzymanie po raz kolejny skłoniło go do sięgnięcia po pióro i pergamin. Nie zastanawiał się zbyt długo nad skreśleniem odpowiedzi na list Lucindy, wiedział, że potrzebował kolejnych ćwiczeń – a choć perspektywa wielokrotnego wystawiania swojego umysłu na te najgorsze z możliwych ataków wcale go nie zachwycała, podszedł do treningów z zacięciem i uporem, zagryzając zęby i podnosząc się z kolan dokładnie tyle razy, ile na nie upadł, wstrząsany drgawkami i zalewany potem. Porażki wciąż budziły frustrację, nierzadko przemieszaną z niedojrzałym gniewem i nieukierunkowanym buntem – nigdy nie należał do ludzi obdarzonych cierpliwością – ale nauczył się gromadzić to wszystko i przekuwać na pracę, czerpiąc siłę z tego, co wcześniej mu ją odbierało. Skłamałby mówiąc, że nie czynił postępów – pojawiały się, stopniowo i konsekwentnie, stając się zapowiedzią małych sukcesów – ale czasami wydawało mu się też, że cofał się o całe tygodnie, nieostrożnymi błędami niwecząc wszystko, co udało mu się z trudem wypracować.
A pracował dużo – nie tylko w trakcie męczących sesji w gabinecie kuzynki, ale też poza nim, z czasem dochodząc do wniosku, że tym, co przeszkadzało mu w uporządkowaniu własnych emocji, była przeszłość: mimo pozornego pogrzebania wciąż żywa i obecna, w najmniej oczekiwanych momentach gwałtownie odbierająca mu stabilny grunt spod niespodziewających się niczego stóp. Wiedział, że nie był w stanie zupełnie się od niej odciąć i zapomnieć, mógł jednak przynajmniej spróbować się z nią pogodzić – i to też robił, pisząc długie listy z Elaine, odrzucając wreszcie złudne nadzieje na odnalezienie porozumienia z Eddardem, szukając wybaczenia u Isabelle, i odwiedzając londyńską piwnicę zaginionych, by raz na zawsze pożegnać się ze snującym się za nim fantomowo duchem Juliusa. Nie spodziewał się, że z tym ostatnim pomoże mu Charlene – spotkana przypadkowo pod zbudowanym z płonących lampionów sklepieniem, podarowała mu coś, o czym nawet nie wiedział, że tego potrzebował: zrozumienie i spokój, a także nadzieję, której posiadać do tej pory się obawiał – a która na pewien sposób pozwoliła mu na oderwanie się od wspomnień i spojrzenie w przód, w przyszłość niepewną, ale też taką, na którą – w przeciwieństwie do przeszłości – miał jeszcze jakikolwiek wpływ.
Przełomu doczekał się dopiero w połowie lutego, na krótko po wyprawie do Szkocji, na którą wybrał się wspólnie z Jackie; być może zasługę za to należało przypisać właśnie temu wyjazdowi, pozwalającemu Percivalowi – na pewien sposób – zatrzasnąć za sobą kolejny rozdział, może był to przypadek; w każdym razie to właśnie wraz z ustąpieniem mrozów stopniała spora część niewidzialnych przeszkód, a on zaczął zatrzaskiwać drzwi prowadzące do jego umysłu coraz częściej, z każdym dniem wznosząc mentalny mur coraz wyżej i chowając się za nim szybciej. Nie, nie osiągnął perfekcji, do tej brakowało mu jeszcze sporo – ale emocje, do tej pory zrywające się z miejsca wyjątkowo łatwo i zalewające jego myśli niepowstrzymaną falą, zdawały się uspokajać i wyciszać, jak słabnące po sztormie fale; wciąż istniejąc, ale nie przelewając się już górą przez skalne bariery. W którymś momencie zorientował się też, że nie potrzebował już pomocy legilimenty aż tak mocno; coś, co poprzednio stanowiło dla niego twór nieuchwytny i niezrozumiały, stało się możliwe do kontrolowania i samodzielnego kształtowania; nie przestawał ćwiczyć – ale też nie szarpał się już z nauką tak chaotycznie, rozplątując poskręcane nitki wspomnień oraz emocji, i układając je w prostszym do opanowania i zrozumienia porządku. Czy czuł, że po drodze coś utracił? Być może, może widzieli to też inni – on sam uważał jednak, że zyskał więcej niż poświęcił, przede wszystkim po długich miesiącach odzyskując równowagę: wydartą mu okrutnie przez drżącą ziemię kamiennego kręgu, a teraz pozwalającą znów stabilnie stanąć na własnych nogach.

| zt (1831)


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : 33
UROKI : 42
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Pokój dzienny [odnośnik]05.12.19 13:28
26 marca

To był ostatni wieczór. Jeden z wielu, bo ile już takich skrytych w półmroku lęku godzin miał już za sobą? Ostatni wieczór z narkotykiem, buzującym we krwi, rozpaczliwie domagając się rychłej powtórki. Ostatni wieczór przed Próbą Gwardzisty, walka z własnymi demonami, które utrudniały przekroczenie progu starej chaty. Ostatni wieczór przed otworzeniem skrzyni z sercem Gellerta, ostatni wieczór przed samobójczą misją w Azkabanie, ostatni wieczór przed wprowadzeniem Hannah do Zakonu Feniksa. Każdy z nich zdawał się kończyć pewną erę, kalendarz, życie, ale tak naprawdę stawał się nowym początkiem. Zarzewiem czegoś, co z kolejną porażką, blizną i ofiarą rozpalało się dającym nadzieję płomieniem, ogniem prowadzącym przez ciemności.
Żarzącym się stale blaskiem w czekoladowych oczach, dziwnie ciepłych, wilgotnych, spokojnych, utkwionych w plecach siedzącego na kanapie Percivala, pogrążonego w lekturze. Tamto sierpniowe spotkanie także miało być brutalnym epilogiem, rozpisanym jednak na wiele aktów, przedłużonym, owszem, do rychłej śmierci któregoś z ich dwojga, ale mimo wszystko – otrzymał coś, co spisał już na straty, odzyskał odbicie chłopięcych marzeń, ziszczenie wizji, której zrzekł się przed kilkoma miesiącami. Świadom, że niedługo może ją stracić bezpowrotnie, nazajutrz mieli wszak rozejść się w różne strony, podjąć ryzyko pomocy innym ludziom. Chciał się więc w pewien sposób pożegnać, domknąć kwestie domagające się przymknięcia trzeszczących od przeciągu bodźców drzwi.
Bez słowa zdjął z dłoni rękawice – dopiero wrócił z długiego spaceru z psami, przy okazji upewniając się, że zaklęcia ochronne otaczające ich dom są stabilne – i rzucił się w drugi kąt umorusanej, ale nieziemsko wygodnej kanapy, wyciągając nogi na połowę zagraconego salonu. Wataha psiaków pomknęła do kuchni, do misek, zmęczona i głodna po kilkumilowej wędrówce, ale nawet tu było słychać ich krzątaninę, mlaskanie i szuranie ceramicznych naczyń po nierównej podłodze. – Hannah się nimi zajmie, gdyby…gdyby coś poszło nie tak – powiedział nagle zwyczajnym, nieco zachrypniętym od mrozu głosem, tak jakby informował go o planach kulinarnych na jutro, a nie podejmował mało subtelnie trudny temat stojącego przed nimi wyzwania. – A jeśli nie Hania, to Joseph weźmie je do siebie – dorzucił uspokajająco, choć sam poczuł w środku niemiłe szarpnięcie. Jego siostra także uczestniczyła w przygotowanych zadaniach: co, jeśli sowia poczta się powtórzy? Poruszył się trochę nerwowo na kanapie, opierając brodaty policzek o miękkie, postrzępione oparcie, by lepiej przyjrzeć się Percivalowi. Świecący nad nimi żyrandol barwił końcówki jego długich rzęs na złoto, oblewał go ciepłym blaskiem, wydobywał z ciemnych włosów refleksy, które Benjamin przywykł widywać tylko w środku lata lub na wyprawach w cieplejsze rejony. Uśmiechnął się do siebie, nieświadomie, wzdychając lekko. Nie chciał, by ten wieczór się kończył.
- Ja…powiedziałem Hannah. O nas –powiedział w końcu, wlepiając w Percy’ego uważne, prostolinijne spojrzenie, nie mając pojęcia, jakiej reakcji się spodziewać. Ulgi? Złości? Rozbawienia? Ich spotkanie nie było zbyt pogodne, ale miał nadzieję, że to tylko przejściowe wyładowanie; że gdyby coś mu się stało, Percy i Hania będą w stanie współpracować. Wspierać się. Walczyć razem, nie przeciwko sobie. – I jest…w porządku. W sensie…no, na tyle, na ile może być. Martwi się tylko, ale to jak czarownice, one zawsze się przesadnie reagują na różne sprawy – dodał, bliski wywrócenia oczami, choć czuł się trochę skrępowany tym tematem. Nigdy nie poruszali go specjalnie otwarcie, nie musieli umieszczać w słowach napięcia kryjącego się między ich ciałami, w spojrzeniach, w muśnięciach dłoni. Odchrząknął, nie odrywając jednak wzroku od twarzy mężczyzny; wzroku pozbawionego oceny, lekko nerwowego, tęsknego i poważnego zarazem, żarzącego się ciepłem. – Dobrze, że wie. Na wszelki wypadek, gdyby coś poszło niezgodnie z planem… - dodał ciszej, nie chcąc brać pod uwagę takiej możliwości. Musiał się jednak zabezpieczyć, zadbać o najbliższych, o jedność Zakonu Feniksa. I o dom, który wspólnie stworzyli.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : 45
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 40
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Pokój dzienny [odnośnik]21.12.19 19:09
Nie chciał myśleć o tym wieczorze jak o ostatniej spokojnej chwili przed nadchodzącą nieuchronnie burzą. Nie znosił tego uczucia: nerwowego oczekiwania naznaczonego niepewnością, biernego obserwowania upływających minut, zastanawiania się nad tym, co przyniesie kolejny dzień; nie lubił go nigdy – ani w dzieciństwie, gdy przygryzał do krwi wewnętrzną stronę policzka, czekając na swoje pierwsze polowanie, list z Hogwartu i sabat; ani później, wpatrując się przez wiele godzin w czerń sufitu, wiedząc, że o świcie czeka go wyprawa w nieznane. Charakterystyczne, duszące zdenerwowanie towarzyszyło mu również teraz, oplatając jego klatkę piersiową i szyję lepkimi mackami, które podstępnie wypełzały z kątów przytulnego pokoju, zachęcone perspektywą nadchodzącej misji. Przez jakiś czas próbował odgonić je lekturą, mając nadzieję, że zdoła w ten sposób rozproszyć uwagę – ale przestał czytać już dawno temu, wpatrując się jedynie bez zrozumienia w jedną i tę samą linijkę tekstu, i wcale jej nie widząc. Zamiast tego słuchając – znajomych kroków na ganku, skrzypnięcia drzwi wejściowych, drapania pazurów o drewnianą podłogę; uśmiechnął się odruchowo, bezwiednie, zalany bez ostrzeżenia nagłym ciepłem – choć przecież Ben wniósł ze sobą raczej nocny chłód, przez chwilę mieszający się w nagrzanym powietrzem salonu.
Uniósł spojrzenie znad książki, nie pamiętając już nawet, jaki miała tytuł, i na moment zatrzymując wzrok na Jaimiem, ciężko zajmującym miejsce na kanapie – nie dostrzegając w jego twarzy żadnego ostrzeżenia, które przygotowałoby go na dopiero mające nadejść słowa. Brutalnie sprowadzające go na ziemię i otrzeźwiające zwyczajnością; westchnął cicho, ale pokręcił lekko głową. – Nic nam nie będzie – odpowiedział nienaturalnie spokojnie – i w zupełnym dysonansie z własnymi emocjami, szarpiącymi zakończeniami nerwowymi w metodycznym, drażniącym tańcu. Zupełnie jakby wypowiadając to zdanie na głos mógł sprawić, że stanie się prawdziwe. – Hani też nie – dodał po chwili, bezbłędnie odczytując ukrytą między wierszami obawę, tym razem chcąc już nie tyle zakląć rzeczywistość, co dodać przyjacielowi otuchy; wiedział, że musiał martwić się o siostrę, prawdopodobnie rysując w wyobraźni zbudowane na wspomnieniach scenariusze. On również się martwił, choć ani nie był w stanie, ani nie próbował rozłożyć tego uczucia na czynniki pierwsze. Wolałby je od siebie odsunąć przynajmniej na chwilę, wypalić spod skóry innymi emocjami, zalać mieszaniną doznań – znał na to niezawodny sposób – ale zanim zdążyłby choćby przesunąć się na kanapie, kolejne słowa Bena skutecznie zatrzymały go w miejscu, napełniając przekonaniem, że już nigdy nie zdoła się poruszyć.
Nie potrafił wyjaśnić dlaczego, ale w pierwszej sekundzie przypomniała mu się odległa kąpiel w zamarzniętym jeziorze w środku zimy – a raczej moment, w którym szesnastoletni wtedy Jaimie wpadł w niego z impetem, wpychając jego drżące z zimna ciało prosto w skrzący się pod jego stopami, płynny lód. Pamiętał do tej pory tych kilka przerażających chwil, w czasie których nie był w stanie zaczerpnąć oddechu, nieruchomiejąc w całkowitym szoku, pozbawiony nie tylko gruntu pod nogami, ale i powietrza w płucach, podczas gdy jego organizm próbował zrozumieć, co właściwie się stało. Teraz czuł się podobnie, ogarnięty jakąś dziwną paniką i strachem, jeszcze nie znając ich źródła – desperacko chwytając się ostatnich skrawków zaprzeczenia. Że błędnie zinterpretował to spontaniczne wyznane; że się pomylił; że sekret, który z chorobliwą ostrożnością przez tyle lat chował przed światem, wcale nie znalazł się nagle daleko – nieskończenie daleko – poza jego kontrolą. – Co to znaczy: o nas? – zapytał, nienawidząc się za błagalną nutę, która wkradła się między wypływające z jego ust sylaby: wypowiedziane sucho, sztywno, powoli – mimo że jego serce w którymś momencie zaczęło bić tak mocno, że szum krwi w uszach zagłuszył zupełnie entuzjastyczne szuranie misek, dobiegające zza otwartych na oścież drzwi kuchni. Jednym ruchem dłoni zamknął wciąż trzymaną w ręce książkę i odłożył ją na podłokietnik, po czym – przez cały czas poruszając się mechanicznie i nieprzytomnie, jak sterowana sznurkami kukiełka – pochylił się do przodu, opierając dłonie o kolana, podczas gdy Jaimie ścierał na proch resztki trzymających się go wciąż złudzeń.
To się nie mogło dziać naprawdę. – Dlaczego miałbyś to zrobić? – zapytał cicho, nie ośmielając się jeszcze użyć trybu dokonanego – być może instynktownie chcąc pozostawić Benowi miejsce na ostateczne zaprzeczenie, wybuchnięcie śmiechem, radosne szturchnięcie go w bok; tak bardzo chciał, żeby właśnie to nastąpiło, że chyba nawet od razu wybaczyłby mu ten nieśmieszny żart.
Gdyby to tylko był żart – a nie był; wiedział o tym już wtedy, gdy krzyżował spojrzenie z parą czekoladowych tęczówek, zdając sobie sprawę, że ich właściciel mógł bez trudu wyczytać całą gamę intensywnych emocji, obijających się wyraźnie w jego własnych.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : 33
UROKI : 42
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Pokój dzienny
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach