Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Stary warsztat

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Stary warsztat   11.11.18 19:56

Stary warsztat

Stary warsztat Roberta Andersona był dość znany w Outwood - wiosce położonej w hrabstwie Surrey, stosunkowo niedaleko od Londynu. Ponoć zapewniał elektryczne zaplecze całej okolicy, gwarantował prąd w każdym mugolskim domu. Niegdyś działał prężnie, wynalazca urzędujący w jego wnętrzu był znakomitym znawcą w swojej dziedzinie, dlatego ludzie często przychodzili do niego w sprawie drobniejszych i większych napraw. Sprzedawał również przeróżne, mugolskie cacka.
Czarodziejskie akta wskazywały, że wioska nie poddała się anomaliom, co było bardzo dziwne, ale z drugiej strony dawało ulgę - tutaj mugole byli jakby nieco odporniejsi na ataki magii. Wszystko zmieniło się w połowie września, kiedy w warsztacie zaczęło dziać się coś złego. Pod koniec miesiąca mugole stracili w wiosce prąd i wynieśli się jak najszybciej, bo bali się, że warsztat coś nawiedziło. Ile było w tym prawdy, a ile zmyślonych historii?


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stary warsztat   11.11.18 20:24

15 października
Louis pojawił się jako pierwszy – dobrze wiedział, gdzie jest tylne wejście warsztatu, więc tam nogi zaniosły go w pierwszej kolejności. Reszta z was pojawiła się zaraz po nim z przodu warsztatu, trzymając w rękach przedmioty, które okazały się świstoklikami – to one teleportowały was z miejsc, w których aktualnie przebywaliście aż tutaj, do warsztatu Roberta Andersona. O ile czuliście, że przedmioty-świstokliki was do siebie wołają, tak warsztat odpychał chłodem i niepokojem. Louis - miałeś nad nimi pewną przewagę, widziałeś ich ze swojego miejsca, oni ciebie nie, mogłeś więc już teraz wybrać, czy pokażesz się im i podejmiesz współpracę czy wolisz pracę w samotności.

Pierwsze wrażenie całego warsztatu było niezwykle ponure. Czuliście się tu źle – tak po prostu źle.
Pojawiliście się na miejscu wieczorem, słońce chowało się już za horyzontem, rozświetlając niebo pomarańczowo-czerwoną łuną, okolicę okrywając ostatnimi promieniami, niemal poziomymi, kolorującymi całą okolicę w odcieniach płomieni. Sam budynek wyglądał na opuszczony – i taki był, jak wiedzieli aurorzy oraz łamaczka klątw – stary i nieużywany od dawna. Szyld, na którym neonem mrugała oczywista nazwa „Warsztat elektroniki i elektromechaniki Roberta Andersona”, wisiał już zaledwie na jednym łańcuchu, a gdy podrywany był przez mocniejszy wiatr, skrzypiał ostro, nieprzyjemnie dla ucha. Główne drzwi wejściowe wyglądały na zamknięte, ale czy na klucz – tego nie byliście stwierdzić na pierwszy rzut oka. Spod progu błyskały lekkie światła (są w stanie je dostrzec osoby posiadające przynajmniej II poziom spostrzegawczości), jakby ktoś był wewnątrz i myszkował, chodził od jednej strony do drugiej, migocząc przy tym jasnym zaklęciem lumos.
Ściany porósł bluszcz – co musiało zdziwić Louisa, był tu przecież stosunkowo niedawno, kiedy warsztat wydawał się tętnić życiem, a teraz wyglądał jak budynek, który stał opuszczony przynajmniej od dwudziestu lat – w niektórych oknach popękały szyby, schody były nadpsute i obrośnięte mchem. Jednym słowem – budynek wyglądał jak ruina.
W którymś momencie coś w nim strzyknęło, coś zabrzmiało jak opadający z góry gruz. Dźwięk szybko ucichł, w okolic znów zaległa cisza.

| Witam serdecznie na wydarzeniu!
To jest post wprowadzający, a waszym pierwszym zadaniem jest zgromadzenie w temacie w ciągu 48h oraz wypisanie w notce pozafabularnej waszego ekwipunku razem z ubiorem. Od tego momentu nie można już dokonywać jakichkolwiek wpisów w rozwoju postaci. Jeśli wypadnie wam jakaś pilna nieobecność, koniecznie mi o tym napiszcie (pw do Eileen Bartius) - dotyczy to również mnie. Louis NIE RZUCA na anomalie!

Dostaliście ode mnie pw - przed napisaniem tutaj posta, przeczytajcie je koniecznie. Widzimy się w następnej kolejce!


Powrót do góry Go down
Louis Bott
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f95-baker-street-69 https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Zawód : Student astrofizyki i kosmologii, pracuje dorywczo, uliczny grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Mugol
universe is in us

PisanieTemat: Re: Stary warsztat   12.11.18 2:01

Od kiedy ponownie zamieszkałem w mieszkaniu stryjka, miałem mnóstwo spraw do załatwiania, głównie z uczelnią, ale nie tylko. Ogarnianie życia w ciągłym strachu przed... tymi nienormalnymi zjawiskami, które czyhały na mnie na każdym kroku... to było naprawdę męczące i trudne. Miałem wrażenie, że we wrześniu przeszedłem prawdziwą szkołę życia, a w październiku po wielu przeprawach i nadrobieniu zaległości i zaliczeniu wszystkich egzaminów i tylko warunkowo, ale wróciłem na uczelnię. Pozwolono mi na to chyba tylko ze względu na te... anomalie i to chyba była ich jedyna zaleta. Grunt, że się udało, choć wolałem nie patrzeć na siebie w lustrze - swojego wrześniowego odbicia się bałem, serio, za każdym razem mijając lustro się wzdrygałem.
Teraz - w październiku - już było znacznie lepiej. Odpadł mi stres związany z egzaminami, przyjaciele szczodrze dzielili się ze mną jedzeniem i moje życie z grubsza wracało do normy.
A dziś... a dziś pierwszy raz odkąd opuściłem mieszkanie Margaux prawdziwie się wyspałem. Otworzyłem oczy i to nie tak, że nie byłem zmęczony, ale... z taką lekkością i energią podniosłem się do pionu, jakbym już nigdy więcej nie musiał zasypiać. W takim dobrym sensie. Aż chciało mi się wyjść z łóżka, a miałem przecież wolny dzień i w teorii mógłbym się wylegiwać w barłogu do oporu... Nieee!
Ogarnąłem się w błyskawicznym tempie, po czym zbiegłem na dół, żeby coś przekąsić... i zatrzymałem się na progu kuchni. Moje spojrzenie padło na przedmiot leżący na blacie stołu. Szczerze mówiąc, nie przypominałem sobie kiedy niby i w jakim celu przytachałem to ustrojstwo do mieszkania (co przy moim ostatnim trybie życia w sumie nie było nawet dziwne), ale jedno było pewne - już miałem plan na dzisiejszy dzień. I tak właśnie po wyczyszczeniu patelni z jajecznicy, wrzuciłem prądnicę Andersona do torby i w biegu wciągając na grzbiet kurtkę, wyskoczyłem na ulicę, by chwilę później gnać na autobus - prosto do Outwood, do warsztatu Andersona. Znałem gościa całkiem nieźle, w końcu swego czasu u niego pracowałem, a ostatnio coraz częściej myślałem czy by sobie u niego znów nie dorobić. Był dziwakiem... ale mimo to, a może właśnie przez to, naprawdę go lubiłem. Dziś był najwyższy czas, by ponownie złożyć mu wizytę.
Zanim dotarłem do warsztatu zrobiło się późne popołudnie i właśnie przez te wydłużające się cienie i czerwonawe światło zachodzącego słońca zbliżając się do budynku wydawało mi się, że wygląda jakoś inaczej, bardziej ponuro i... staro. Tyle że im bliżej warsztatu się znajdowałem, tym tylko się upewniałem, że to nie było wrażenie, a sam budynek otaczała nietypowa, trochę niepokojąca aura, którą starałem się ignorować. Tak samo jak widok bujnego bluszczu pnącego się po jego ścianach. Mogłem sobie dać łeb uciąć, że nie było tu tego zielska ostatnio! Przeszedłem od razu na tyły budynku, gdzie znajdowało się niemal zawsze otwarte wejście, o którym niewiele osób zdaje się wiedziało.
Zanim jednak otworzyłem drzwi, coś usłyszałem. Nie za nimi, ale jakby z przodu budynku, więc wychyliłem się odrobinę i zaskoczony spostrzegłem... całkiem sporą grupkę ludzi. Dziwna sprawa tym bardziej, że wcale nie wyglądali na pracujących tu. No nic, postanowiłem powiedzieć o nich Robowi, jak go w końcu znajdę (o ile wciąż był w tej ruinie), a póki co wycofałem się niezauważony i... niech skonam, serce zamarło mi w piersi, kiedy usłyszałem jakiś huk już z wnętrza warsztatu. Anderson? Jeśli tam był, to musiałem go jak najszybciej stamtąd wyprowadzić. I oddać prądnicę. I powiedzieć o tych typach przed warsztatem. To pomyślawszy spróbowałem dostać się do wnętrza budynku tylnym wejściem.

Ubiór: brązowa, skórzana kurtka, biały podkoszulek, jeansy, czarne trampki;
Ekwipunek: skórzana, zniszczona torba-listonoszka, a w niej: prądnica, scyzoryk, paczka papierosów, paczka zapałek, portfel z dokumentami i drobniakami, notes i ołówek;




I don't recognize these eyes,
I don't recognize these hands,
Please believe me when I tell you that
This is not who I am


Powrót do góry Go down
Cecily Hagrid
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6548-cecily-hagrid https://www.morsmordre.net/t6560-slepohulk https://www.morsmordre.net/t6559-piesc-hagrida https://www.morsmordre.net/f211-harley-street-1-2 https://www.morsmordre.net/t6562-skrytka-bankowa-nr-1658#167375 https://www.morsmordre.net/t6561-cecily-fallon-hagrid
Zawód : Ratownik w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
You have not lived today until you have done something for someone who can never repay you
OPCM : 6
UROKI : 11
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 18
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Stary warsztat   12.11.18 15:40

Miała właśnie przyrządzić sobie relaksującą kąpiel po całym dniu pracy, kiedy przechodząc przez zagracony bibelotami kuchnię dostrzegła na stole przedmiot, którego z pewnością wcześniej tam nie było. Co prawda, po pomieszczeniu walało się wiele dziwnych rzeczy: stare księgi uzdrowicielskie, prace naukowe testerów zaklęć, rękopisy zachowań dzikich stworzeń, czy nawet niedojedzone kanapki z dyniowym przecierem. Wystarczyło jednak by Cecily skierowała swoje spostrzenie w jego stronę, by momentalnie poczuć coś dziwnego. Ciało kobiety zadrżało w reakcji na ciche, melodyjne szepty rozchodzące się po całym pomieszczeniu w pulsacyjnych uderzeniach lekkich dźwięków. Cily niczego nie widziała, ale wystarczyło tylko nieznajome mrowienie, które zaczęło się w opuszkach jej palców stóp, a wiedziała, że ma tutaj do czynienia z dziwną, całkowicie nieznaną magiczną energią. Szybko rozglądnęła się po mieszkaniu, poszukując śladów włamania, ale żadnych nie znalazła. Dziewczyna spróbowała zebrać myśli, co przychodziło jej z trudem, zważywszy na silne oddziaływanie przedmiotu. Czyżby to Tangwystl przytargała jeden z niebezpiecznych artefaktów do domu? W końcu posada łamaczki klątw nie brzmiała szczególnie rodzinnie, a gdyby faktycznie to dziwactwo było jeszcze przeklęte.... Nie powinna go dotykać, na pewno nie przed przybyciem kuzynki. Ale to uczucie, to uczucie nie dawało za wygraną. Wystarczyłby przecież jeden krok, lekkie uniesienie dłoni i już mogła go dotknąć.
Cecily z wahaniem, ale coraz bardziej kuszona, zbliżyła się do magicznego przedmiotu. Dookoła stolika, w tym samym momencie wykrystalizowała się silna magiczna energia, połączona z iskrzącym, niebieskim światłem. Na moment oczy pokrył nieprzebrany mrok, a kiedy ponownie je otworzyła poczuła pod nogami betonowe płyty. Świstoklik. Ale dokąd prowadził? Hagrid kontrolnie wysunęła różdżkę z rękawa koszuli, żeby móc szybko zareagować w przypadku niespodziewanych problemów. Ponieważ słońce chyliło się już ku zachodowi, dopiero po chwili zauważyła sfatygowany neon informujący gdzie się znalazła. Mocarne drzwi prowadzące do wnętrza warsztatu wyglądały na zamknięte, nic zresztą dziwnego – różne plotki słyszało się o tym miejscu, ale z pewnością nic dobrego. Cecily uważnie rozglądała się na wszystkie strony, aby na pewno nie przeoczyć żadnego istotnego szczegóły. Nie dało się nie zauważyć opłakanego stanu rudery, w jakiej dane było jej się znaleźć. Ściany porastał gęsty bluszcz, a roztrzaskane okna lata świetności miały dawno za sobą. Miejsce wyglądało na takie, które nie zaznało obecności człowieka już od dawnych czasów, a przecież jakimś cudem, ktoś ją tutaj sprowadził? Po co? Dziewczyna zadrżała, czując na plecach nieprzyjemny powiew wiatru. Dopiero wtedy przypomniała sobie, że w lewej dłoni wciąż trzyma dziwny przedmiot. Przyjrzała mu się teraz z bliska, dostrzegając specyficzną, zaokrągloną końcówkę na jego czubku. Co to do stu tysiąca różdżek jest? Nie czuła już tej przyjemnej, kojącej energii. Zamiast tego, warsztat odpychał zniechęcającą, ponurą aurą.
Niespodziewanie usłyszała nad swoją głową przeraźliwy huk. Brzmiało to, jak opadający z wysokości gruz, toteż dziewczyna szybko przywarła do ściany budynku ignorując nieprzyjemne muskanie wpół zwiędłych roślin. Na szczęście, po chwili dźwięk ucichł i okolicę ponownie wypełniła głucha cisza, przerywana przyspiesoznym biciem serca Cecil.

|Cecily ma na sobie: Brązowe spodnie z wysokim stanem o szerokich nogawkach, niebieską koszulę, brązowy płaszcz i czarne buty na płaskiej podeszwie
|Ekwipunek: Różdżka, metalowy przedmiot




Our hearts
become hearts of flesh when we learn where the outcast weeps
Powrót do góry Go down
Vera Leighton
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5958-vera-leighton https://www.morsmordre.net/t6046-listy-do-very https://www.morsmordre.net/t6048-vera https://www.morsmordre.net/f98-lavender-hill-48 https://www.morsmordre.net/t6045-skrytka-bankowa-nr-1480 https://www.morsmordre.net/t6605-vera-leighton#167815
Zawód : łamaczka klątw
Wiek : 24 lata
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

Never hate your enemies.
It affects your judgment.

OPCM : 35
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Stary warsztat   13.11.18 20:19

Obudziła się na kanapie - w wyjściowej szacie, zawinięta w koc i ramieniem osłaniająca oczy przed wczesnopopołudniowymi promieniami słońca. Przebudzeniu towarzyszył miaukliwy koci protest, dobitnie świadczący o tym, co też konkretnie bury podopieczny Charlene - do tej pory szczodrze dzielący się sierścią - sądzi o nagłej konieczności zmiany miejsca. Bez wątpienia nic pochlebnego, ale żeby o tym wiedzieć Vera nie musiała być zwierzęcoustna. Od pewnego czasu zacierała jej się granica oddzielająca od siebie kolejne dni. Zlewały się, zatracały w cechach wspólnych, stawały rutyną późnych (lub dla odmiany względnie wczesnych, a kończących nocną zmianę) powrotów do domu. W którym mijała się z siostrą, jedynie w krótkich momentach wygospodarowując uwagę i czas żeby sprawdzić, co u niej. Niewystarczającą. Świadomość karygodnego zaniedbania rodziny i znajomych powoli zaczynała jej ciążyć, ale jeszcze nie w stopniu, który zmusiłby ją do działania. Albo drastycznej reorganizacji codziennego życia, w którym pracoholizm stał stanowczo zbyt wysoko, bujnie pleniący się na zgliszczach dawnego porządku, dodatkowo podlewany powszechnym niedoborem rąk do pracy. Brakowało ludzi. Zaginięcie grupy aurorów i łamaczy klątw dołożyło do tego swoje trzy knuty - myśli Leighton wracały do tego tematu w czasie poświęconym na doprowadzenie się do porządku, ogarnięcie najbliższego otoczenia i spożycie śniadania w porze odpowiedniej dla obiadu. Od siedzenia w pustym domu, podejrzanie kojarzącym się w takich chwilach z klatką, gorsze było tylko siedzenie w bezruchu i bezczynne porządkowanie zawartości własnej czaszki. Podszept rozsądku, który nakazywał raz jeszcze przemyśleć dobrowolne uczestnictwo w krojącej się akcji poszukiwawczej, zakopała wystarczająco głęboko. A przynajmniej była o tym przekonana, dopóki na kuchennym stole nie zmaterializował się nagle metalowy przedmiot, niewielkie kółko z trzema dziurkami w środku. Cokolwiek to było, zdawało się przywoływać ją do siebie, wibrować dziwną, zachęcającą energią, skłaniającą do pozytywnych odczuć, wzbudzającą zaufanie - co stało w sprzeczności ze wszystkim, czego zwykle trzymała się, mając do czynienia z potencjalnym nośnikiem klątwy. Kiedy zbliżyła do niego dłoń, kółko zapraszająco zaiskrzyło błękitnym światłem. Wywoływało poczucie pewności, obiecywało podróż - do opuszczonego warsztatu Roberta Andersona, mugolskiego wynalazcy. Miejsca, z którego nie powrócili ludzie o większym od niej doświadczeniu, lepiej przygotowani, pewniejsi. Cofnęła dłoń. Pojawienie się świstokliku w domu obłożonym zaklęciami ochronnymi, w domu, w którym mogła się na to natknąć jej siostra wzbudzało w Verze wyłącznie negatywne odczucia. Podejmowała właśnie złą decyzję, jedną z wielu. Być może ostatnią - ale potrzebowała kilku minut na przygotowania. Różdżka. Wygodne ubranie, porządne buty, zgromadzenie tych kilku fiolek z eliksirami, które otrzymała od Charlie, i na których uczyła się polegać bardziej w chwilach, w których magia okazywała się zawodna. Oko Ślepego, noszone ze sobą od połowy września, jak jedyna ozdoba. Zaczesała włosy w kok, upewniła się, że kot ma wystarczającą ilość jedzenia, w ostatnim, irracjonalnym odruchu zgarnęła do kieszeni płaszcza jedną z tabliczek czekolady - i sięgnęła po świstoklik.
Pierwsze wrażenie - po nieprzyjemnej podróży - było złe. Z pozytywnej energii nic nie zostało, natomiast aura miejsca, w którym się znalazła, sprawiała że cierpła jej skóra. Tych kilka sekund, w których upewniała się, że stoi na nogach, poświęciła na obserwację. Otoczenia, osób, w towarzystwie których się znalazła, samego budynku, na który miała doskonały widok z miejsca, w którym stała. W tym na drzwi, spod progu których błyskało światło. Zaciskała dłoń na drewnie dzikiego bzu, ale nawet niepokojący hałas nie skłonił jej jeszcze do wyciągnięcia różdżki. Okolica, choć powinna być opuszczona, była przecież mugolska.

Ubiór: wiązane buty na płaskiej podeszwie, czarne spodnie z wysokim stanem, pastelowo żółta koszula w kolorowe bukieciki kwiatów, tweedowy płaszcz.

Ekwipunek: różdżka, metalowy przedmiot, oko ślepego, tabliczka czekolady z Miodowego Królestwa, zabezpieczone przed stłuczeniem eliksiry od Charlene: znieczulający (2 porcje, stat. 20), wiggenowy (1 porcja, stat. 8 ), czuwający strażnik (1 porcja, stat. 20), antidotum podstawowe (1 porcja, stat. 5)


Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter https://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii https://www.morsmordre.net/t3643-sophia https://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 https://www.morsmordre.net/t3765-skrytka-bankowa-nr-925 https://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Zawód : Auror
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
OPCM : 40
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Stary warsztat   13.11.18 20:41

Słyszała o sprawie warsztatu Andersona, dokąd już wysłano grupę złożoną z aurorów i łamaczy klątw, po których zaginął ślad. Pogłoski mówiły o grasującej tam anomalii, wypaczającej działanie mugolskich urządzeń. Nie ulegało wątpliwości, że należało to sprawdzić, że do podejrzanego miejsca musiała się udać kolejna grupa. Sophia była gotowa podjąć ryzyko, ktoś w końcu musiał to zrobić, upewnić się, co tam się działo i co spotkało zaginionych. Którzy mogli wciąż żyć, a nawet jeśli nie – ich rodziny zasługiwały na poznanie losów bliskich.
Piętnastego października po powrocie z pracy zauważyła w swoim domu coś dziwnego. Niewielki przedmiot, którego z pewnością nie było tam wcześniej. Skąd się tu wziął? Mieszkała sama, a dom był obłożony zaklęciami ochronnymi, mało prawdopodobne, by ktoś obcy tu tak po prostu wszedł i go zostawił. Nie rozbierając się po pracy zbliżyła się do szafki, na której leżał i spojrzała na niego nieufnie, z charakterystycznym dla aurorów sceptycyzmem. Żyjąc w świecie magii od urodzenia wiedziała, że dotykanie magicznych przedmiotów nieznanego pochodzenia było ryzykowne. Gdy podeszła bliżej, przedmiot zawibrował i błysnął błękitnym światem przywodzącym na myśl poświatę aktywowanego świstoklika. Tajemnicza rzecz zdawała się ją wołać – i nagle poczuła, że wie dokąd.
Może to ministerstwo podesłało taki sposób transportu aurorom, którzy zdecydowali się udać do warsztatu Andersona?
Zanim dotknęła świstoklika sprawdziła, czy ma przy sobie wszystko co mogło się okazać niezbędne. Różdżkę, zawieszony na mocnym rzemieniu na szyi schowanym pod szatą fluoryt wraz z onyksem czarnym i amuletem z jeleniego poroża, ukrytą głęboko w wewnętrznej kieszeni broszkę z alabastrowym jednorożcem, oraz spoczywające w niewielkiej torbie przewieszonej przez ramię fiolki z eliksirami.
Potem chwyciła przedmiot i poczuła szarpnięcie, a po chwili wylądowała w zupełnie innym miejscu. Jej pierwsze wrażenie było cokolwiek niepokojące – od pierwszych sekund przed warsztatem Andersona czuła się po prostu źle, zupełnie nie na swoim miejscu. Nie wiedziała, czym to może być spowodowane, nigdy nie czuła wstrętu do świata mugoli, czasem w nim bywała i posiadała podstawy elementarnej wiedzy o jego działaniu. Czyżby była to wina anomalii, która rzeczywiście mogła gdzieś tam być? Miała już jednak doświadczenie w walce z anomaliami, nawet jeśli tylko dwie naprawiła z pełnym sukcesem. Wiedziała jednak, czego mniej więcej powinna się spodziewać.
Był wieczór, słońce chyliło się ku zachodowi. Budynek wyglądał na stary i zapuszczony, zupełnie jakby od dawna go nie używano. Dostrzegła porastający ściany bluszcz, popękane szyby i naderwany, smętnie wiszący szyld z neonowym napisem, który skrzypiał złowieszczo. Ciężkie drzwi wyglądały na zamknięte, ale nie miała pojęcia, czy na klucz, choć mogła przysiąc, że pod drzwiami dostrzegła smugę błyskającego światła. Może więc w środku ktoś był?
Póki co jednak nie zbliżała się do samego budynku, wykorzystując ten czas na wstępne obserwacje jego otoczenia. Rozejrzała się dookoła. Bystre, złote oczy uważnie przeczesywały otoczenie, próbując wypatrzeć wszelkie oznaki czegoś podejrzanego. Nie była też sama – oprócz niej przed budynkiem znajdowała się też młoda kobieta (Cecily), którą szybko dostrzegła. Sophia rozpoznała ją – nie tak dawno temu widziała ją w swoim śnie. Kobieta, która składała jej ciało po rozszczepieniu wyglądała identycznie. To sprawiło, że na moment stanęła jak zamurowana. Czy to przypadek? Tak czy inaczej – bardzo dziwna sprawa, że na swojej drodze spotkała kobietę wyglądającą jak osoba z jej snu i to w takim miejscu. Nie mogła jednak wypalić niczego w rodzaju „widziałam cię w swoim śnie”, bo to zabrzmiałoby dziwnie.
- Kim jesteś i co cię tu sprowadza? – zapytała. Kimkolwiek była kobieta, na pewno nie aurorem ani łamaczem klątw. Musiała to sprawdzić. – Tutaj może być niebezpiecznie – dodała. Nie byłoby dobrze, gdyby podczas akcji sprawdzania tego miejsca przez aurorów ucierpiały przypadkowe, pałętające się tu osoby postronne.
Pojawiła się też Vera. Na widok przyjaciółki, będącej ministerialną łamaczką klątw, Sophia uśmiechnęła się z ulgą i skinęła jej przyjaźnie głową, podchodząc bliżej niej. A więc miały w tym być razem. Wiedziała, że Leighton była znakomitą specjalistką w zakresie run, o których pojęcie Sophii było w zasadzie zerowe. Nic dziwnego, że to właśnie ją wybrano do tego zadania.
Wtedy jednak nagle usłyszała dziwny huk, dobiegający jakby z budynku. Czyżby to była anomalia? A może coś zupełnie innego? Spojrzała w tamtą stronę, zachowując czujność. Lewa dłoń namacała w kieszeni płaszcza drewno różdżki.

| Ubiór – czarne spodnie, granatowy sweter, na to czarny czarodziejski płaszcz z kapturem, płaskie sznurowane buty z wysokimi cholewami, nieduża, czarna torba na ramię.
Ekwipunek – przy sobie różdżka, metalowy przedmiot, zawieszone na rzemieniu schowanym pod ubraniem fluoryt, onyks czarny i amulet z jeleniego poroża, broszka z alabastrowym jednorożcem, w torbie kanapka z serem, eliksiry: eliksir kociego kroku (1 porcja, stat. 15), maść z gwiazdy wodnej (1 porcja, stat. 10), kameleon (1 porcja, stat. 29), eliksir lodowego płaszcza (1 porcja, stat. 29), czyścioszek (1 porcja, stat. 29)





Ne­ver fear
sha­dows, for
sha­dows on­ly
mean the­re is
a light shi­ning
so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Alexander Farley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Zawód : Uzdrowiciel w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
Wiek : 21
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
OPCM : 38
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 16
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Stary warsztat   13.11.18 23:19

Powoli przyzwyczajałem się. Do nowego życia w nowym miejscu, do nieustannie towarzyszącego mi strachu - nie tylko o siebie ale i o osoby, które znajdowały się najbliżej. Zaś niepokój ten budził we mnie kolejne, sprzeczne emocje: ile powinno go we mnie być, kiedy stracę nad nim kontrolę? Trzymanie się w karbach było na razie nadal możliwe pomimo czających się po kątach mojego umysłu demonów, a niemałą rolę odgrywał w tym całym procesie fakt, że wracałem myślami do wspomnienia zakorzenionego tak głęboko w moim jestestwie, że nawet czarnomagiczne umiejętności Mulcibera nie były w stanie go wyplewić; było to wspomnienie Próby Gwardzisty. Chociaż im dłużej się nad tym zastanawiałem tym bardziej zaczynałem być pewnym, że mój strach przez to tylko będzie rósł. Zaczynałem wtedy martwić się nie tylko o tych, co otaczali mnie na co dzień, ale również i o tych, których przysięgałem bronić ze wszystkich sił.
Pokręciłem tylko głową i z cichym westchnięciem poruszyłem się, ostrożnie zdejmując głowę Josephine ze swojego ramienia. Bertie wyszedł już jakiś czas temu, zimna herbata barwiła osadem filiżanki, a ogień w kominku zaczynał dogasać. Ułożyłem Jo na oparciu sofy tak delikatnie, jak tylko byłem w stanie, zamierając za każdym razem, kiedy jej oblicze przemknął choćby cień grymasu. Przykryłem ją kocem i zabrałem się za jak najcichsze dorzucenie drwa do ognia. Nie mogłem przy tej czynności powstrzymać delikatnego uśmiechu, który pojawił się na moich ustach. Ileż zabawy było z przepychaniem komina! Kiedy Bott wpadł na genialny pomysł wystrzelenia się Ascendio do góry zabawa tylko się zaczęła. Niestety skończyła się dość szybko kiedy Bert przydzwonił w rosnące ponad dachem drzewo, ale prawdę mówiąc przy tym osobniku nie spodziewałem się innego finału niż tego wymagającego użycia magii leczniczej.
Podniosłem się z klęczek i ruszyłem niespiesznie w stronę kuchni, nie spodziewając się całkowicie tego co w niej zastałem. Odruchowo uniosłem różdżkę, mierząc w tajemniczy przedmiot. Miałem wrażenie, że woła właśnie mnie - podszedłem więc bliżej, omal nie wstrzymując oddechu gdy zrozumiałem, gdzie chce mnie zaprać. Warsztat Andersona.
Przełknąłem ślinę, nie będąc przez chwilę pewnym planu, który narodził się w mojej głowie. Miałem zamiar iść tam z Foxem, sprawdzić co takiego wydarzyło się w mugolskim warsztacie. Teraz jednak zrozumiałem, że to nie tak miała wyglądać moja wizyta u Andersona. Najszybciej a zarazem najciszej jak mogłem rzuciłem się po buty, na czarny sweter narzucając płaszcz. Jakbym nie był tak przejęty pewnie zorientowałbym się, że wyglądam jak śmierć, blady, z podkrążonymi oczami i do tego cały na czarno. Po wewnętrznej stronie poły płaszcza w specjalnie przeznaczone do tego miejsce wetknąłem dwie fiolki z eliksirami, które pałętały się w moich zapasach. Upewniłem się, że zarówno czerwony kryształ, fluoryt jak i bransoleta z włosów syreny są na swoim miejscu. Końcówką kciuka musnąłem tkwiący na moim palcu pierścień Zakonu - podobno stworzony z pióra feniksa, które otrzymałem od zaginionego Garretta Weasleya - po czym zasłoniłem skórę dłoni czarnymi, skórzanymi rękawiczkami. Zacisnąłem palce na różdżce i chwyciłem za dziwny przedmiot unoszący się w mojej kuchni.
Niech to szlag, niby to podejrzewałem, a jednak i tak liczyłem, że nie będzie to świstoklik. Poczułem się, jakby ktoś schwycił mnie za żołądek i ściskając go niezwykle silnie pociągnął mnie gdzieś w bok - we wszystkie boki na raz tak właściwie. Stały grunt był wybawieniem od wirującego świata i uczucia mdłości. Jeszcze nie do końca doszedłszy do siebie poczułem jednak, że nie jestem sam. A może usłyszałem? Chowając rękę z dziwnym przedmiotem w kieszeni uniosłem różdżkę, celując prosto w... Carter?
Pobiegłem wzrokiem w bok, zauważając kolejne znane mi twarze. Vera Leighton i Cecily Hagrid. I na dodatek wszystkie w spodniach. Zaskoczyło mnie to, bo chociaż byłem przyzwyczajony do moich nieokiełznanych kuzynek noszących się w ten sposób obserwowanie tego zjawiska na szerszą skalę było co najmniej... niecodzienne. Zmarszczyłem brwi, jednak nim się odezwałem coś jeszcze zwróciło moją uwagę: chłód i niepokój bijące od opuszczonego warsztatu. Powstrzymałem grymas, czując nagłą chęć do odwrócenia się i pójścia jak najdalej - jednak i ten odruch powstrzymałem z pomocą rumoru, który złowieszczym pomrukiem poniósł się z wnętrza. Machinalnie przeniosłem różdżkę z nie zagrażającej mi przecież Sophii na budowlę.
- Carpiene - sztywne drewno świsnęło w powietrzu kiedy do wypowiedzianej inkantacji dołączyło zgięcie nadgarstka.

| I wchodzę ja, cały na czarno: czarne sznurowane buty z cholewką ponad kostkę, czarne spodnie z tweedu w jodełkę, czarny wełniany sweter, czarne skórzane rękawiczki oraz czarny wełniany płaszcz.
| Wyposażenie: różdżka, czerwony kryształ i fluoryt (zawieszone na szyi pod swetrem), bransoleta z włosów syreny (prawy nadgarstek pod rękawami), antidotum podstawowe (1 porcja) i czyścioszek (1 porcja, stat. 29).




- I'm made of ivory, I'm a cannibal.

- What have you done? You're not a weapon, are you?
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stary warsztat   13.11.18 23:19

The member 'Alexander Selwyn' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 98

--------------------------------

#2 'Anomalie - CZ' :


Powrót do góry Go down
Rufus Longbottom
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6317-rufus-longbottom https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6340-uratuje-cie-przed-koncem-swiata https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6390-rufus-longbottom#162493
Zawód : ratuje świat!
Wiek : 22 lata
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
I czy jest tak właśnie
W innym królestwie śmierci?
Budzimy się samotni
W chwili kiedy ciało
Przenika czułość
I wargi co chcą pocałunków
Do strzaskanego modlą się kamienia.
OPCM : 20
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stary warsztat   13.11.18 23:44

Gdyby nie przeczucie, które podpowiadało mu, że przedmiot zaprowadzi go do warsztatu Andersona, nie postąpiłby tak pochopnie – co prawda nie szczycił się nadzwyczajną roztropnością i w kwestiach dla niego dotkliwych często podejmować decyzje bez głębszego przemyślenia, lecz tajemniczy przedmiot emanujący magią budził jego podejrzenia. Zwiastował albo kolejny nieudany dowcip szalonego dziadka Longbottoma, albo odpowiedź na zagadkę, która sama go goniła, a to zdarzało się rzadko, gdyż to on wzwyczaj szukał odpowiedzi tam, skąd zdawały mu się umykać. Ów przedmiot wytrącił go z zamyślenia nad listem, który starał się ułożyć z roztargnionych, niełącznych się w całość słów i przyniósł niebanalne ukojenie, bowiem w poszukiwaniu odpowiedzi odnajdywał większą uciechę niźli w prawieniu pewnej damie czczych komplementów – niezgodnych zresztą, można rzec. Stąd zerwał się natychmiast, łapczywie i chciwie szukający odpowiedzi na to, co ostatnimi czasy nawiedzało ich piękną Anglię: zaginięcia, pożar, tajemnicze śmierci czy miejsca, które zdawały się pożerać najlepiej wyszkolonych ludzi, jakich znał. Nie bał się, z rzadka bał się czegokolwiek, niegdyś myślał, że ta okrutna brawura opuści go z czasem, gdy ujrzy śmierć na własne oczy, lecz i wówczas nic się dla niego nie zmieniło, z tym samym entuzjazmem i szaleństwem parł przed siebie, niepewny tego, cóż takiego mógłby spotkać pod drugiej stronie drzwi, lecz do bólu głodny. A głód wrażeń, warto to wiedzieć, był głodem najgorszym i najbardziej niebezpiecznym.
Z prędka założył buty, nieco rozczochrany, w białej koszuli na którą zarzucił letnią elegancką kurtkę i w eleganckich aczkolwiek wygodnych spodniach, nie czekał zbyt długo. Zniecierpliwiony – niczym oczekujące na swój pierwszy lot na miotle, młode dziecię magiczne – chwycił świstoklika mając nadzieję, że nie okaże się on jedynie karmiącym płonne nadzieje młodego aurora żartem.
Na szczęście – bądź i nie, co też miały rozstrzygnąć najbliższe godziny – pojawił się na miejscu, którego oczekiwał swym młodzieńczym sercem. Miejsce wprawdzie nie sprzyjało dobremu nastrojowi, otoczenie tłumiło pozytywne ogniki ekscytacji. Pomyślał, że być może i dobrym rozwiązaniem byłoby poinformowanie Artura o dziwnym przedmiocie znajdującym się w jego pokoju. Lecz prędko odgonił te myśli, gdyż cała chwała i tytuły – o ile wyjdzie z tej sytuacji cały, oczywiście! - przypadłyby jemu, bratu, który nie potrzebował więcej komplementów niźli te, które już otrzymał. Lecz prawdą jest, że zachowałby się w tej sytuacji rozsądniej i najprawdopodobniej nie wyruszyłby w taką podróż samotnie.
Jak się jednak okazało, Longbottom nie mógł narzekać na brak towarzystwa – dostrzegł Carter (akurat pouczała jakąś młodą damę, typowo), dziewczynę, którą kojarzył z Hogwartu i kogoś, kogo w ogóle nie kojarzył oraz Selwyna celującego w Sophię.
-Nigdzie nie jest dzisiaj bezpiecznie, Carter – zaoponował odważnie, po czym przywitał się ze wszystkimi bardzo grzecznie, aby kolejno zawiesić swoje spojrzenie na szyldzie czerpiącym z ostatnich promieni słonecznych. Czeka ich przygoda po zmroku, bajecznie! - Ciekawe, czymże jest ta elektromechanika – zastanowił się na głos i pozwolił, aby jego słowa zawisły w powietrzu i pozostawiły przestrzeń dla tych, którzy chcieliby dodać coś od siebie. Lub rozwiać wątpliwości i wytłumaczyć szlachetnemu paniczowi, czymże jest ten dziwny mugolski wynalazek – czy jakąś tajemniczą bronią, czy może nieszkodliwą zabawką, czymś absolutnie trywialnym.
Jego wzrok padł potem na ruinę warsztatu – z pozoru ledwo trzymająca się u podstaw, lecz obiekt wszelkiego zainteresowania i miejsce prawdopodobnej śmierci. Spod drzwi zdawało się coś błyskać. Nie bagatelizował tego, pomyślał, że być może w środku znajduje się ktoś, kto pojawił się tutaj przed nimi, ktoś kogo przywołała ta sama magia. Dopuszczał również myśl, że światła mogą być przypadkowe, zarówno jak i odgłos, czyż nie? Już dawno przestał wierzyć w przypadkowość, lecz nie chciał, aby zwiodły go niesłuszne poszlaki.
Dłoń powoli powędrowała ku różdżce, lecz nie zdecydował się jej jeszcze wyjąć.

Ubiór: Wygodne buty na płaskiej podeszwie i wysoką cholewką, czarne spodnie, biała koszula oraz czarodziejski płaszcz.
Ekwipunek: różdżka i metalowy przedmiot


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stary warsztat   14.11.18 20:48

Pierwszą decyzją Louisa było pozostanie na bezpiecznej pozycji człowieka, którego nikt nie mógł dostrzec, a drugą – wkroczenie do warsztatu Andersona od tyłu, znanym sobie wejściem. Drzwi były otwarte – jak dobrze stwierdził – a klamka ustąpiła pod naciskiem dłoni niezwykle lekko i gładko.
W składziku na narzędzia i wszelkie urządzenia elektryczne, których życie bezpowrotnie odeszło, było niezwykle chłodno, z ust Botta zaczęła wydostawać się rzadka mgiełka. Większość stołów była zagracona, ale jeden z nich, stojący przy wschodniej ścianie, był dziwnie pusty, mieszczący na sobie tylko jedno, drobne urządzenie. Niewielkie, wręcz miniaturowe radio z kieszonką na kasety, które Anderson skonstruował sam. Antenka była wyciągnięta, kieszeń była otwarta, kaseta wyglądała, jakby ktoś siłą wyciągał z niej śliską taśmę.

Huk szybko ustał, a następny nie przyszedł, ale jak zdążyliście zauważyć – ruina zaczynała się sypać. Nie mogliście stwierdzić, ile już trwał proces degradacji, ale i również nie wiadomo było, czy budynek nie runie za dziesięć minut albo dwadzieścia. Cokolwiek jednak się w nim kryło, zagrażało nie tylko wam, nie tylko bliskiej okolicy – być może zagrażało całej czarodziejskiej społeczności.
Różdżka Alexandra odpowiedziała jak na zawołanie, inkantacja zareagowała z otoczeniem i prędko pokazała mu dość ważne elementy. Obecność pierwszego z nich wyczuł z tyłu budynku, przemieszczał się w głąb. Drugi znajdował się w środku budynku, w podłodze parteru z prawej strony, niemal przy głównym wejściu. Trzeci był na parterze, również w podłodze. Czwarty znajdował się pod linią fundamentów, jakby w ziemi, ale odczucie szybko zniknęło, urwało się, a na dłoni Alexandra pojawiła się gęsia skórka.

Światła pod drzwiami zatrzymały się, przeplatane paskami cieniutkich cieni. Zniknęły razem z cichym skrzypieniem drzwi, które uchyliły się, jakby zapraszając was do środka.

| Na odpis macie 48h. Do końca eventu Louis nie musi rzucać na anomalie!
Jeśli ktoś nie zaktualizował tabelki z żywotności, lub nie ma jej w ogóle, proszę, żeby jak najszybciej uzupełnił braki! Od następnej kolejki żywotność takich osób będzie liczona jako 200 pż.

”Mapa”:
 


Powrót do góry Go down
Louis Bott
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f95-baker-street-69 https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Zawód : Student astrofizyki i kosmologii, pracuje dorywczo, uliczny grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Mugol
universe is in us

PisanieTemat: Re: Stary warsztat   15.11.18 21:47

Otwarte. Drzwi ustąpiły, a ja niewiele się zastanawiając wszedłem do środka. Skoro było otwarte, to całkiem możliwe, że Anderson wciąż był w warsztacie. W zasadzie jakoś specjalnie bym się nie zdziwił. Nieważne, że budynek wyglądał, jakby miał sto lat i ledwo się trzymał (jak to możliwe, skoro byłem w nim niedawno i wtedy był zupełnie w porządku?!), Anderson traktował go właściwie jak swój dom, a swoje wynalazki niczym dzieci. Ale czy kiedykolwiek uważałem to za dziwaczne? Nie. Jeśli nie kocha się tego, co się robi... to po co to robić?
Tym bardziej czułem, że nie mogę się cofnąć. Musiałem się upewnić, że Anderson jest bezpieczny, bo... sam o to nie zadba. Byłem o tym niemal święcie przekonany. Mimo to i mimo tego, że przecież byłem tu już sporo razy... dzisiaj czułem się tu jakoś nieswojo i na wszelki wypadek nie zamykałem drzwi, wręcz przeciwnie - zostawiłem je otwarte niemal na oścież. Niestety w składziku nie było wynalazcy, na co trochę liczyłem. Trudno. Czujniej niż zwykle rozglądnąłem się wokół. Coś mi tu wyraźnie nie pasowało, ale zanim zorientowałem się czym to coś było, moją uwagę przykuło radyjko. Podszedłem do pustego blatu, na którym stało i lekko zmarszczywszy brwi przyglądnąłem się urządzeniu, a właściwie głównie tej nieszczęsnej kasecie. Ktoś się chyba musiał na nią konkretnie wkurzyć, skoro z taką determinacją wytargał z niej taśmę. Albo taśmę wytargało samo radio? Czasami się tak działo.
Rozejrzałem się jeszcze raz po składziku, po czym mimowolnie sięgnąłem po kasetę przyglądając jej się. Może jeszcze dałoby się ją naprawić? Miałem przy sobie ołówek, nie?
Odwróciłem się od radyjka wyciągając pisadło z torby.
- Bob, jesteś tu? - zapytałem szeptem. Takim głośniejszym szeptem, ale wciąż szeptem. Jakoś nic głośniejszego nie chciało mi przejść przez gardło, a wnętrze pomieszczenia wyglądało tak podobnie i tak niepodobnie do siebie jednocześnie... Wypowiadając tamte słowa zorientowałem się po części dlaczego. Para? Chuchnąłem. Szczerze mówiąc, nigdy nie zwracałem uwagi na temperaturę wokół - czy było lodowato czy gorąco - nie przywiązywałem do tego wagi. Mała mi nawet kiedyś mówiła, że to może być jakaś choroba obojętności na coś tam (ech, hipochondryczka)... ale hej! Ja po prostu nie jestem z cukru czy innej czekolady i żadne warunki atmosferyczne nie są mi straszne, ot co. Niemniej jednak ta para wydobywająca mi się z ust nawet przy zwykłym oddychaniu (w końcu to zauważyłem), była dziwna. Aż dostałem gęsiej skórki na chwilę.
- Anderson! - ponowiłem szepczące wołanie i choć wątpiłem czy ktokolwiek nieznajdujący się w składziku byłby w stanie je usłyszeć, to przynajmniej próbowałem, nie? I tylko odruchowo wkręcałem ołówkiem zniszczoną taśmę z powrotem do kasety. Nawet jeśli jej nie naprawię tak do końca, to przynajmniej sam proces działał na mnie dość uspokajająco. Tym bardziej, że miałem nieprzyjemną świadomość, że powinienem pójść dalej. Zanim w środku pojawią się nieznajomi. Niby nie wyglądali tak na pierwszy rzut oka na jakąś inspekcję, ale z drugiej strony niespecjalnie im się przyglądałem, tak? A chyba lepiej, żebym to ja dotarł do Roberta jako pierwszy...? O ile zdążę. O ile bym zdążył. Bo raczej nie zdążę? Najpierw ta taśma. Bo trzeba ją naprawić, nie...? A tamci obcy... pomartwię się nimi za chwilę. Może to tylko kolejni klienci?




I don't recognize these eyes,
I don't recognize these hands,
Please believe me when I tell you that
This is not who I am


Powrót do góry Go down
Cecily Hagrid
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6548-cecily-hagrid https://www.morsmordre.net/t6560-slepohulk https://www.morsmordre.net/t6559-piesc-hagrida https://www.morsmordre.net/f211-harley-street-1-2 https://www.morsmordre.net/t6562-skrytka-bankowa-nr-1658#167375 https://www.morsmordre.net/t6561-cecily-fallon-hagrid
Zawód : Ratownik w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
You have not lived today until you have done something for someone who can never repay you
OPCM : 6
UROKI : 11
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 18
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Stary warsztat   16.11.18 17:55

Miała już przestać bawić się w integralną część przyschniętego bluszczu, kiedy w odległości paru metrów od jej lewego ramienia zmaterializował się nie kto inny jak Vera Leighton. Hagrid z wrażenia machinalnie zapragnęła odsunąć się do tyłu, przez co boleśnie stuknęła głową w odrapaną elewację, a kilka liści utknęło w kręconej czuprynie kobiety. Zamrugała intensywnie, nieco zdziwiona pojawieniem się w tym, co najmniej specyficznym miejscu, jednej z jej drogich przyjaciółek z dzieciństwa. O ile z Charlie od czasu do czasu wymieniały jeszcze listy, o tyle kontakt z Verą znacznie poluźnił się odkąd obie pochłonął wir obowiązków w pracy. Zarówno młodsza Leighton, jak i sama Cecily często dyskutowały o tym jak wiele poświęca Vera, byleby tylko zrealizować swoje powinności należycie. Rzadko przejmowała się takimi drobiazgami jak życie towarzyskie, a czasami nawet zapominała o oczywistych sprawach, jak wizyta u lekarza, czy nawet zjedzenie kolejnego posiłku! Cily poniekąd musiała przyznać starszej koleżance rację. O ile Charlene mogła nie odczuwać tego tak dotkliwie, będąc alchemikiem, o tyle osoby na stanowiskach przystosowanych do pracy w terenie miały ostatnimi czasy istne urwanie głowy. Brakowało ratowników medycznych, dochodziło do sytuacji, że w patrolach wysyłało się osoby będące jeszcze na kursie, bez opieki kogoś doświadczonego, ponieważ potrzebna była każda para rąk, chociaż trochę wiedzących co zrobić w przypadku wypadku, lub celowego ataku na czarodziejów. Na pewno łamacze klątw doświadczali podobnych bolączek, ale czy miały one coś wspólnego z warsztatem Andersona? Cecil niewiele słyszała o tym miejscu, a jedynie to, co dało się wywnioskować z ulicznych plotek, czy też rozmów prowadzonych w zacisznych zakątkach małych knajpek pod miastem. Tak czy inaczej, nawet te urywki nie prowadziły do konkretnych wniosków. Ludzie szeptali tylko między sobą, że w fabryce czai się wielkie niebezpieczeństwo, ale też potencjał ogromnej mocy.
- Vera? – Zapytała zdziwiona. Czy ona również znalazła w domu ten dziwny przedmiot? A może naprawdę należał do Tangie, skoro pojawiła się tutaj łamaczka klątw? Czyżby Cecily przez przypadek wplątała się w zawodowe sprawy kuzynki? Zawsze powtarzam jej żeby trzymała swoje rzeczy w jednym kącie pokoju, a nie rozrzucała je wszędzie. Nie dziwota zatem, że trafiłam na świstoklika, skoro leżał w centrum stołu! W myślach Cily planowała już jakąś wymówkę dla swojej małej przygody, kiedy dowie się o niej Tangwystl. – Co ty tutaj robisz? Czy to jakaś sprawa łamaczy klątw? – Zapytała ostrożnie, musiała wpierw wybadać teren. – Znalazłam tego dziwnego świstoklika przez przypadek. Tangwystl znowu zostawiła swoje szpargały w salonie. – Dodała na swoją obronę i uzasadnienie pojawienia się na zagrożonym anomaliami obszarze fabryki. Hagrid ledwie zdążyła wymówić ostatnie słowa, a praktycznie przed jej nosem pojawiła się kolejna dziewczyna (Sophia), tym razem rudowłosa. Zaraz, zaraz... Co prawda, tułów nie wydawał się znajomy, ale tą głową rozpoznałby  we śnie. Dosłownie.
- Ja... Jesteś aurorem? Badacie tutaj jakąś sprawę? – Czuła się coraz bardziej rozkojarzona. Znała przecież tę twarz, te charakterystyczne złotawe oczy. Cholibka, przecież nosiła jej rękę w swojej torbie i goniła kicającą po ulicy nogę. – Czy... Czy my się już nie spotkałyśmy przypadkiem? – Zaryzykowała pytanie po chwili wahania, jednocześnie starając się by brzmiało jak najmniej zobowiązująco. Wolała nie kreować się na wariatkę, dopóki nie zrozumie co tutaj właściwie robi. Nie zdążyła usłyszeć odpowiedz, gdy znikąd pojawił się Alexander Selwyn. Chyba sobie ze mnie żartujecie.
Wyglądał na najbardziej pogodzonego z zaistniałą sytuacją ze wszystkich tutaj zgromadzonych. Trzymał nawet różdżkę w gotowości do ataku, co odruchowo spowodowało, że Cecil poluzowała rękaw i pozwoliła swojej własnej, by miękko wylądowała w jej otwartej dłoni. Selwyn nie mówiąc ani słowa do nich, rzucił na budynek zaklęcie.
- Robi się coraz zabawniej. – Wymamrotała zdziwiona, kiwając lekko podbródkiem w stronę Selwyna, aby odwróciła się i rudowłosa. Przynajmniej zyskałaby wtedy trochę przestrzeni i czasu do namysłu. Niedorzeczne wydawało się zaczepianie obcej dziewczyny, a jeszcze gorsze — przekonywanie jej, że występowały we śnie Cily. – Zamierzasz nam powiedzieć czy coś wyczułeś Alexandrze? – Rzuciła, mrużąc z zaciekawieniem oczy. Nie miała przecież powodów by mu nie ufać, a nawet jeśli, zawsze mogła sama rzucić czar w swoim czasie.
Czyli jednak nie trafiła tutaj przypadkiem, skoro pojawił się również znany jej uzdrowiciel. Mogła nawet uwierzyć w obecność Very i Sophii, ale Selwyn nie miał przecież większych powodów by się tu pojawić. Czyż nie?
W momencie zawitania na ich kameralną „scenę” kolejnego aktora (Rufus), nie mogła już powstrzymać lekkiego uśmieszku. Kojarzyła chłopaka z gryfońskich komnat, dzielił ich chyba tylko rok różnicy, ale nigdy nie mieli okazji do odpowiedniego zapoznania się ze sobą. Carter. A więc to była ona! Usłyszała dokładnie to samo nazwisko, które powiedziała jej znaleziona na chodniku głowa. – Elektromechaniki?Jaki związek miało to z tym całym bałaganem? Czy chodziło o właściwości dziwnego świstoklika? Czuła jego metaliczny chłód poprzez kieszeń płaszcza, ale ślad po przyjemnej energii zupełnie już zanikł. Nie wyglądało to najlepiej. Hagrid nigdy nie czuła potrzeby przedłużania rozmów, wolała przejść do sedna sprawy i mieć omówienie faktów za sobą. Dopiero wtedy pozwalała sobie na odprężenie. Teraz priorytetem wydawało się ustalenie, dlaczego właściwie ta dziwna grupka znalazła się akurat tutaj i co miał znaczyć ten przeklęty warsztat.
- Nie chce mi się wierzyć, że pojawienie się tutaj nas wszystkich to przypadek. – Powiedziała bez ogródek, spoglądając na każdego ze zgromadzonych. – Co prawda, całkiem lubię wycieczki i niespodzianki, ale może ktoś byłby w stanie powiedzieć co takiego jest w tym miejscu, że wszyscy tu trafiliśmy? – Jak na zawołanie, potężne drzwi warsztatu uchyliły się dyskretnie. Oczywista wydawała się konieczność wejścia do środka rudery. Wolała jednak nie ryzykować, zanim nie zyska, chociaż odrobiny jasności w tym, co tutaj robi.
[bylobrzydkobedzieladnie]




Our hearts
become hearts of flesh when we learn where the outcast weeps
Powrót do góry Go down
Rufus Longbottom
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6317-rufus-longbottom https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6340-uratuje-cie-przed-koncem-swiata https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6390-rufus-longbottom#162493
Zawód : ratuje świat!
Wiek : 22 lata
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
I czy jest tak właśnie
W innym królestwie śmierci?
Budzimy się samotni
W chwili kiedy ciało
Przenika czułość
I wargi co chcą pocałunków
Do strzaskanego modlą się kamienia.
OPCM : 20
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stary warsztat   16.11.18 18:05

-Selwyn? - pytające spojrzenie padło na czarodzieja, którzy rzucił zaklęcie - bardzo mądrze zresztą. Czekał na informacje odnośnie budynku i w momencie, kiedy otrzymał od niego sygnał, że można wejść bezpiecznie do środka, ruszył przed siebie, hardo przekraczając próg drzwi. Czy był zaskoczony gościnnością domostwa? Z lekka wzruszony - cóż za maniery. Nie czuł się co prawda bezpiecznie w jakikolwiek sposób, cały czas towarzyszył mu dziwaczny niepokój i uczucie niepewności. Był pewien że dom nie odda im swoich tajemnic bez walki lub ofiar - czy więc bał się ofiar? Nauczony doświadczeniem wiedział, że to konieczna każdej walki czy nawet wojny, lecz i podczas niej warto było poznać imiona czy nazwiska swych towarzyszy - Spojrzy panienka na szyld - zasugerował znajomej z twarzy dziewczynie - pani...? Zdaje się, że już się widzieliśmy, lecz niech mnie piekło pochłonie, nie potrafię sobie przypomnieć pani nazwiska - zorientowawszy się, że dziewczę może mieć z tym równy problem, przedstawił się dumnie - lord Rufus Longbottom. Miło mi was wszystkich poznać! - nie omieszkał podkreślić swego pochodzenia, być może i z rozbawieniem, ponieważ czekał na reakcję (choćby w mimice twarzy lub spojrzeniu) Sophii - Veritas Claro - postanowił zrobić użytek ze swojej różdżki i sprawdzić, czy dom kryje przed nimi jeszcze jakieś tajemnice.


Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stary warsztat   16.11.18 18:05

The member 'Rufus Longbottom' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 64

--------------------------------

#2 'Anomalie - CZ' :


Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter https://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii https://www.morsmordre.net/t3643-sophia https://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 https://www.morsmordre.net/t3765-skrytka-bankowa-nr-925 https://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Zawód : Auror
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
OPCM : 40
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Stary warsztat   16.11.18 20:32

Noszenie spodni było dla niej czymś naturalnym i oczywistym z racji wykonywanej pracy oraz mało kobiecego usposobienia. Nie przejmowała się tym, że jej wygląd mógł budzić kontrowersje i razić szlachetnych, choć często zacofanych paniczyków – miał być przede wszystkim praktyczny i wygodny. Raz jeszcze upewniła się, czy miała wszystko co mogło okazać się potrzebne i rozglądała się uważnie po otoczeniu. Pozostawała czujna i skupiona.
Ale najwyraźniej Sophię w tym nietypowym miejscu czekało jeszcze więcej zaskoczeń, jeśli chodzi o towarzystwo. Po chwili zmaterializowała się obok kolejna sylwetka, w dodatku celująca w nią różdżką. Wiedziona odruchem instynktownie sięgnęła po swoją, ale po chwili w młodzieńcu rozpoznała Selwyna, Gwardzistę z Zakonu Feniksa. I choć praktycznie go nie znała, wiedziała, że jako Zakonnikowi powinna mu ufać. Pytanie tylko, co tu robił? Nie był aurorem ani łamaczem klątw. Rzuciła mu pytające spojrzenie, którym wciąż mierzyła także młodą kobietę (Cecily), wierną kopię młodej ratowniczki z jej niedawnego snu. O ile nie miała wątpliwości że Gwardzista sobie poradzi i będzie dobrą pomocą dla aurorów w razie ewentualnego niebezpieczeństwa, tak nie mogła tego z całą pewnością powiedzieć o dziewczynie, której w prawdziwym świecie nie znała i nie wiedziała, co potrafi. A nie chciała narażać niewinnych przypadkowych osób.
Pojawił się jeszcze Longbottom – chociaż uczęszczali na kurs aurorski w tym samym czasie przez jej opóźnienie, nadal widziała w nim młodego, nieopierzonego paniczyka. Najczęściej to ona jako auror z krótkim stażem pracy towarzyszyła w akcjach starszym i bardziej doświadczonym od siebie, więc widocznie coś się zmieniło, skoro przydzielono ją tutaj z Longbottomem. To nawet lepiej, będzie mogła się wykazać. Słysząc jego słowa, a zwłaszcza zaznaczenie w powitaniu tytułu uniosła jednak brwi i rzuciła mu szybkie spojrzenie, choć postanowiła tego nie komentować. I owszem, w dzisiejszych czasach wszędzie mogło być niebezpieczne, ale czy to znaczyło, by mieli ot tak narażać przypadkowe osoby podczas aurorskich akcji? Zazwyczaj należało dbać o to, by nikt postronny nie ucierpiał, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Z jakiegoś powodu jednak trafili tu taką dziwną zbieraniną. Dwójka aurorów, łamaczka klątw, Gwardzista-uzdrowiciel i dziewczyna ze snu...
- Jesteśmy aurorami – potwierdziła na jej pytanie. Słysząc kolejne wyraźnie się zawahała, nie chcąc wyjść na szaloną. – To bardzo możliwe – przytaknęła. Dokładnie pamiętała tę twarz, a nie mogła wiedzieć, że kobieta dzieliła z nią ten sam sen i również mogła ją pamiętać. – Musimy sprawdzić to miejsce i ustalić, co tu się dzieje – wyjaśniła jej dość lakonicznie. Tak naprawdę nie miała pojęcia, co zastaną w środku, ale niewątpliwie mogło to być przedmiotem zainteresowania aurorów. Zwłaszcza po zniknięciu poprzedniej grupy. Anomalia nie była nieprawdopodobna. - Wy się znacie? - spytała jeszcze, spoglądając kątem oka na Verę.
Tak się składało, że dzięki ojcu zainteresowanego mugolskimi nowinkami oraz dorastaniu w dość liberalnym, tolerancyjnym środowisku posiadała pewne podstawowe pojęcie o ich świecie. Rzecz jasna nie znała dokładnego działania bardziej skomplikowanych urządzeń, ale miała w dawnej przeszłości znajomych także wśród mugoli, i choć jej wiedza z wiekiem podupadła i nie była na bieżąco ze wszystkimi zmianami w ich szybko rozwijającym się świecie – coś pamiętała.
- To jakieś mugolskie urządzenia, chyba oparte na elektryczności – odpowiedziała na pytanie Rufusa o elektromechanikę, przypominając sobie właściwe słowo. Elektryczność. Ojciec mówił jej o czymś takim. Przypomniała sobie też wzmiankę, że pracujący tu mugol zajmował się właśnie takimi urządzeniami. – Elektryczność to coś w rodzaju zaklęcia Commotio zamkniętego w przewodach, które sprawia, że działają mugolskie urządzenia i światło – wyjaśniła, starając się przybliżyć to komuś, kto prawdopodobnie nie miał żadnego pojęcia o świecie mugoli, nawet takiego fragmentarycznego jak Sophia, dlatego posłużyła się odniesieniem do czegoś, co było wszystkim znajome. Ojciec tłumaczył jej kiedyś, że dotknięcie uszkodzonego przewodu działa na organizm bardzo podobnie jak mocne Commotio. Jego tłumaczenia działania elektryczności której potrzebowały mugolskie wynalazki były bardziej zawiłe, bo posiadał całkiem imponującą jak na czarodzieja wiedzę o mugolach, ale wiele szczegółowych faktów po latach zapomniała i miała tylko ogólne pojęcie.
- Również chciałabym to wiedzieć – stwierdziła po ostatnich słowach Cecily.
Dziwny hałas przykuł jej uwagę, zwróciła się w stronę budynku, który zaczynał się sypać – zupełnie jakby coś przyspieszało proces jego niszczenia. Anomalia? Cokolwiek to było, mogło być naprawdę niebezpieczne oraz stać za zaginięciem poprzedniej grupy.
- Co widziałeś w środku? – zapytała Alexandra, który rzucił zaklęcie Carpiene. Była ciekawa rezultatów, które mogłyby wiele powiedzieć im wszystkim. Czy wypatrzył jakieś pułapki lub ukrytych wewnątrz ludzi?
Podeszła do budynku bliżej, próbując coś podejrzeć przez otwarte drzwi na tyle, na ile było to możliwe, ale nie weszła do niego tak od razu, najpierw należało sprawdzić, czy w ogóle mogli się tam pakować. Ostrożność i zapobiegawczość była istotna w ich fachu, zwłaszcza w dobie szalejących anomalii.
- Veritas claro – wypowiedziała również. Nie wiedziała, czy Rufusowi powiodło się zaklęcie, a nawet jeśli, tylko on zobaczy to, co mógł skrywać budynek.





Ne­ver fear
sha­dows, for
sha­dows on­ly
mean the­re is
a light shi­ning
so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
 

Stary warsztat

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 5Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5  Next

 Similar topics

-
» Stary Cmentarz
» Warsztat samochodowy i myjnia
» Stary wampir i jeszcze starsi wrogowie
» Stary Opuszczony Dom

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18