Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Morgoth Yaxley

Go down 
AutorWiadomość
Morgoth Yaxley
Morgoth Yaxley

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-the-young-wolf#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3525-skrytka-bankowa-nr-803#61584 https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Zawód : a gentleman is simply a patient wolf, buduję sobie balet trolli
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Thus he came alone to Angband's gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat. And Morgoth came.
OPCM : 13
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 45
CZARNA MAGIA : 32
ZWINNOŚĆ : 5/25
SPRAWNOŚĆ : 9/76
Genetyka : Czarodziej

Morgoth Yaxley Empty
PisanieTemat: Morgoth Yaxley   Morgoth Yaxley I_icon_minitime13.11.18 19:46

Talia Tarota


Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
Morgoth Yaxley

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-the-young-wolf#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3525-skrytka-bankowa-nr-803#61584 https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Zawód : a gentleman is simply a patient wolf, buduję sobie balet trolli
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Thus he came alone to Angband's gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat. And Morgoth came.
OPCM : 13
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 45
CZARNA MAGIA : 32
ZWINNOŚĆ : 5/25
SPRAWNOŚĆ : 9/76
Genetyka : Czarodziej

Morgoth Yaxley Empty
PisanieTemat: Re: Morgoth Yaxley   Morgoth Yaxley I_icon_minitime07.12.18 16:50

Głupiec
Yaxley's Hall1940

Zeus. Wszystko zaczyna się od przewodnika, protoplasty, mentora. Jego siły, potęgi, zdobywania władzy, którą trzyma w swoich dłoniach i nie pozwala, by cokolwiek zagroziło jego rodzinie. Trwoga, którą odczuwają przed nim najbliżsi i poddani nie jest powodowana bezmyślnym strachem, lecz szacunkiem oraz zaufaniem, że cokolwiek się wydarzy, cokolwiek w nich uderzy, cokolwiek im zagrozi - ich wódz nie zostawi ich na pastwę losu, lecz wyratuje z największej opresji, rzucając się samemu w wir walki. Z mocnym orężem w dłoni, ze stadem wiernych mu trolli za sobą, nie bojąc się zaryzykować czegoś znacznie większego niż własne życie. Najwięksi z wojowników nie mogli mu sprostać, uginając się pod jarzmem kunsztu, jakie posiadał przywódca wielkiego rodu, jakim byli. Nikt nie musiał wpajać te prawdy młodemu pokoleniu, gdyż duma z własnych korzeni robiła to za nich. Największym zaszczytem było zostanie wybranym seniorem, opiekunem ich wszystkich, lecz równocześnie odpowiedzialność potrafiła odebrać dech, zaskoczyć i obarczyć wielkimi brzmieniami. Czy jeden człowiek mógł dokonać tego wszystkiego? Czy mógł być zarówno opiekunem, protektorem, ale również i surowym sędzią? A jednak robili to - stawali na wysokości zadania, nie bacząc na konsekwencje, mogące ich dopaść. Stawali sami przeciwko światu, za plecami mając własną rodzinę. Mężczyźni z rodu wspierali go, dotrzymując kroku i zaciskając dłonie na rękojeściach zakrwawionych ostrzy. Byli jednym ciałem nie tylko z żelazem, lecz również z czystą krwią przepływającą przez żyły ich wszystkich. Uderzali, zabijali, bronili. Podążający za swym przywódcą, który na czele wojsk pruł naprzód w szeregi wroga bez strachu w oczach. Każdy nestor był niczym wykuty w skale, na której stało Cambridgeshire - niemalże przez nią zrodzony. Morgo wierzył, że była to najszczersza prawda. Że Yaxleyów nie można było zabić i ktokolwiek podnosił na nich rękę, ginął samotny, zgorzkniały i w poczuciu własnej porażki. Patrząc na podobiznę Valara Yaxleya, który wraz z armią bagiennych stworzeń wyruszył przeciwko już dawno wymarłym najeźdźcom ze wschodnich ziem, widział to wszystko. Chłopiec nie pamiętał ich nazwiska - byli nieważni, skoro dali zetrzeć się w proch. Historia nie pamiętała przegranych. Wynosiła na szczyt zwycięzców, a ruchome malowidło batalistyczne było tego świetnym dowodem. Chociaż od zawsze Yaxleyowie byli małym rodem, zażarcie stawali przeciwko liczniejszym od siebie. Ich odwaga i poświęcenie zapewniła im przetrwanie. Rozumiał to. Na tyle na ile pozwalała mu na to sześcioletnia wyobraźnia i wiedza, której doświadczał swoimi dziecięcymi zmysłami. Obserwacja wielkiego obrazu zawsze była dla niego obowiązkowym punktem wizyt w rodowej siedzibie. W pałacu mieli wiele malowideł, lecz z jakiegoś powodu to właśnie ten moment bitwy Valara znaczył dla małego lorda najwięcej.
Nie mógł spać. Pomimo częstych wizyt w Yaxley's Hall nieczęsto zostawali z rodzicami i siostrą na więcej niż parę dni, a teraz leciał już drugi tydzień, odkąd ojciec wraz z pozostałymi męskimi potomkami zasiadali w jednej z większych sal i obradowali całymi dniami do późnych godzin wieczornych. Nie wiedział, dlaczego. Nie wiedział po co. Nikt mu nic nie mówił, chociaż w żadnym wypadku nie zamierzał buntować się przeciwko woli ojca. Leon Vasilas był surowym, wymagającym rodzicem, lecz swoim przykładem, a także ogromnym zainteresowaniem pierworodnym synem, wywyższał małego Morgo ponad wszystkich swoich krewnych. Chłopiec chciał dostrzec dumę za każdym razem, gdy nauczyciele mówili mu bardzo dobrze. Podnosił spojrzenie na wiecznie obecnego tam rodzica, lecz jej nie dostrzegał. Tłumaczył ojca, sądząc, że było to z jakiegoś powodu. Po coś. Dla motywacji. Dla większego starania. Żeby zobaczył, że nic co przychodziło łatwo, nie jest godne czasu oraz poświęceń. Ciężka praca miała być fundamentem dalszego działania. To było jeszcze nie do końca do pojęcia i przyjęcia przez sześciolatka, jednak Yaxleyowie rodzili się małymi dorosłymi. Z Morgothem nie było inaczej.
Wpatrując się w obraz, oderwał się kompletnie od otaczającego go dworu, lecz po chwili zrozumiał, że coś było nie tak. Po marmurowych korytarzach dało się słyszeć ciche odgłosy małych stópek. Uderzające raz po raz w posadzkę bose nóżki nie mogły zostać pomylone z niczym innym. Morgo oderwał spojrzenie od płótna i wytężył spojrzenie, chcąc dostrzec zbliżającą się coraz szybciej sylwetkę. Nie powinno go tu być. Wszak godzina była już późna, a za oknami panowała ciemność. Odgłosy się zbliżały, a chłopiec obrzucił uważnym wzrokiem jeszcze szybko stare rycerskie zbroje - stały na baczność jakby gotowe do obrony swojego dziedzictwa. - Rosalie? - rzucił w nicość, gdy biała nocna szata zamajaczyła przed nim na wzór zjawy. Postać nie odpowiedziała tylko biegła dalej i dopiero, gdy ze śmiechem wtuliła się w chłopca, Morgo mógł rozpoznać czuprynę siostry. - Leia. Czemu nie śpisz? - spytał zaskoczony, odsuwając od siebie dziewczynkę na odległość ramienia.
- Nana usnęła - odpowiedziała z uśmiechem, w którym brakowało paru zębów. Piastunka małej lady była kobietą w podeszłym wieku z twarzą surowszą od dziadkowej, dlatego Morgo nie chciał z nią zadzierać, mimo że wiedział, że nie mogła mu niczego nakazywać. W końcu nim zajmował się już ktoś zupełnie inny. - Wyscik, Molgo! - wyrzuciła, sepleniąc i zaciskając malutkie piąstki na ubraniu brata.
- Ale tylko raz - uległ, wiedząc, że Leia nie zamierzała odpuszczać biegu przez długie i praktycznie niekończące się korytarze Yaxley's Hall. Nie, gdy dokoła panowała cisza, a oni mogli chociaż przez moment poczuć się panami na dworze. Biegli więc przed siebie, aż nie dotarli do przejścia na niższe piętra - pokonali raz dwa ciepłe, czarne schody z głową trolla na końcu poręczy. Groźne zębiska może i przerażałyby dzieci, lecz nie Yaxleyów. Nie, gdy byli przyzwyczajeni do obecności tych stworzeń od zawsze. Pod koniec biegu dziewczynka potknęła się, ale szatyn złapał siostrę, zanim ta upadła na posadzkę. Spojrzał na nią, pokręcił głową i ruszył przodem. Uciszyli się dopiero, gdy zdali sobie sprawę, że ich nocny wyścig posunął się zbyt daleko niż chcieli. Dziecięca ciekawość była jednak silniejsza. Dwójka zakradła się cicho do wielkich hebanowych drzwi prowadzących do Sali Królewskiej - były lekko uchylone, a blask pochodni i ognia z kominka wydzierał się ze szczeliny na zewnątrz niczym promień krwistego słońca. Dzieciom wydawało się, że gdy staną na niego, spłoną żywym ogniem. Mimo to chłopiec zaryzykował i powoli wychylił się zza drzwi, by zajrzeć do środka. Oddychał szybko jakby zaraz miał zostać nakryty na złym uczynku, bo przecież wiedział, że robił coś zakazanego. Coś niewłaściwego. Ale nie mógł się powstrzymać. Przy wielkim stole siedziało kilka postaci okrytych w barwy Yaxleyów, a na jego szczycie stał nestor. Niewysoki z jasnymi, przyprószonymi srebrem włosami. Zdawał się czekać na coś, jednak chłopiec nie był pewny na co. Przejechał spojrzeniem po wnętrzu tyle, na ile pozwalała mu mała szpara w drzwiach. Cała sala zdawała się emanować jakimś granatowym blaskiem, które zapewne było spowodowane kolorystyką wystroju całego pałacu, ale było w tym jeszcze coś. Może to wyobraźnia i księżycowy blask igrały z bodźcami, które odbierał Morgo. Wcześniej nie zauważył, że w kominku płonął jasnoniebieski płomień, który zdawał się powoli go hipnotyzować. Zachciało mu się spać i przestał skupiać się na tym, że może zostać zauważonym.
- Molgo! - Cichy głos siostry wytrącił go z amoku. Spojrzał na nią, wycofując się z powrotem w cień. - Nie teraz, Leia! - rzucił w odpowiedzi. - Nie słyszę, co mówią! - Próbował zobaczyć coś jeszcze prócz kawałka stołu, jednak szpara nie pozwalała mu na więcej. W Sali Królewskiej zaczęło się coś ruszać, bo cichy szmer przeszedł po zebranych. Jedna z postaci wstała gwałtownie, a krzesło z wysokim oparciem odjechało z nieprzyjemnym zgrzytem. Chrypa i aparycja mówiącego sprawiły, że chłopcu i dziewczynce zamarły na chwilę serca, a włosy stanęły dęba. Głowy wszystkich zwróciły się w stronę ich nestora, jednak ten się nie poruszył. Bawił się szklanką z jakimś płynem i nie zwracał najwyraźniej uwagi na urażonego gościa. Morgoth nie zauważył, że siostra wbiła mu palce boleśnie w ramię, a z jego ust wydobył się cichy syk. W tym samym momencie nestor wyciągnął z szerokiego rękawa długą różdżkę i zamachnął się. Nagle całą salę ogarnął kolorowy blask i w sekundę później coś uderzyło w drzwi, za którymi chowały się dzieci. Zanim cokolwiek się wydarzyło, zdążył przesunąć siostrę za plecy. Odrzwia rozwarły się szeroko po rzuconym zaklęciu, a Morgo zdał sobie sprawę, że kilka par oczu lustrowało jego osobę.
- Morgoth - zimny głos ojca sprawił, że po plecach dziecka przebiegł zimny dreszcz. Poczuł jak przerażenie przejęło nad nim kontrolę, a organizm odmówił mu posłuszeństwa. Widział, że ojciec chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie odezwał się ponownie. Nie spojrzał nawet na głowę rodu, ale sześciolatek wiedział, że mężczyźni porozumiewali się bez słów. Mówiło się, że w ich rodzinie to normalne - męska część dobierała się parami i łączyła czymś podobnym do więzów braterstwa, choć mało kiedy byli prawdziwymi braćmi. Nie wiedział czy była to prawda. Nie znał wszystkich sekretów tej rodziny i nie miał pojęcia, czy kiedykolwiek pozna. Na pewno nie po takich chwilach jak ta aktualna. Zaschło mu w gardle, gdy ci wszyscy ludzie wpatrywali się w niego uważnie i nie zamierzali poświęcić się żadnej innej czynności. Drgnął, zdając sobie sprawę, że zbliżała się do niego czyjaś sylwetka i dopiero gdy mężczyzna stanął zupełnie przed nim, Morgo zadarł głowę, by spojrzeć wprost na niego.
- To nie miejsce dla ciebie - powiedział spokojnie nestor, acz wyraźnie i dobitnie nie odrywając spojrzenia od zielonych oczu dziecka. Chłopiec wytrzymał to dzielnie, ale to senior uciekł wzrokiem pierwszy, by zlustrować wciąż chowającą się za bratem Leię. - Odpowiedzialność za innych to podstawa - dodał już łagodniej. - Idźcie spać.
Nie musiał tego powtarzać. Leia ruszyła przodem, ciągnąc za sobą przerażonego brata i wspólnie czmychnęli w górę schodów. Wiedział, że się wygłupił. Czuł wciąż jak serce podeszło mu do gardła i nie chciało się uspokoić. Bał się. Jednak ponad tym wszystkim, gdy stres miał opaść, mały lord miał być świadom, że nad naganą widniało widmo czegoś innego. Czegoś ważniejszego. Lekcji.





They call him The Young Wolf. They say he can turn into a wolf himself when he wants. They say he can not be killed.

Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
Morgoth Yaxley

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-the-young-wolf#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3525-skrytka-bankowa-nr-803#61584 https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Zawód : a gentleman is simply a patient wolf, buduję sobie balet trolli
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Thus he came alone to Angband's gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat. And Morgoth came.
OPCM : 13
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 45
CZARNA MAGIA : 32
ZWINNOŚĆ : 5/25
SPRAWNOŚĆ : 9/76
Genetyka : Czarodziej

Morgoth Yaxley Empty
PisanieTemat: Re: Morgoth Yaxley   Morgoth Yaxley I_icon_minitime13.12.18 14:12

Mag
Yaxley's Hallwrzesień 1956
Hera. Wszystko miało swój początek w matkach i przez matki. Dawały życie dzieciom, wielkim wojownikom, złoczyńcom i bohaterom, kolejnym kobietom, których łona miały się zapełnić, by stać się najważniejszymi dla swoich bliskich. To one potrafiły ugasić płonący żar nieposkromionych mężczyzn, łagodząc ich jednym gestem, słowem, spojrzeniem. Równocześnie mogły odwrócić ten proces i stać się przyczyną wielu niesnasek i wieloletnich wojen. Manipulantki i z drugiej strony wierne towarzyszki. Łagodne opiekunki, ale również i lwice gotowe chronić swego domostwa oraz rodziny. Nie zamierzające oddawać własnych granic nieprzyjaciołom. Zagrzewały do walki i wprowadzały pokój. Kobiety wywodzące się z rodu Yaxleyów nie były podobne do mężczyzn, którzy nosili ów nazwisko. Łączyły ich poglądy, zdystansowanie, miłość do bagiennych terenów posiadłości - różniło o wiele więcej. Podczas gdy mężowie, synowie, bracia wykazywali się ostrością charakteru, one w swym spokoju i wyciszeniu łagodziły tę twardość, zmieniając dzikie konie w łagodne rumaki; odbierając od nich ostre klingi, by odsunąć je od rodziny, gdy wracali z placu boju; ogrzewały dzieciństwo swym dzieciom ciepłem i zrozumieniem w przeciwieństwie do ojcowskiej surowości i dyscypliny. Ich aryjskie rysy wplatały się niczym jedność w duszny krajobraz bagiennego królestwa, na którym od kilku wieków mieszkali, a samozwańczy tytuł księżniczek bagien nie był obrazą. Wręcz przeciwnie. Podkreślał ich przynależność do terenów Cambridgeshire i oddanie tradycji, którym hołdowały na każdym kroku swej egzystencji. Nawet przy zmianie nazwiska pozostawały niezmiennie wierne kulturze przodków, nie bojąc się wspominać o tym z dumą swym dzieciom. Nie zapominały. Nie odgradzały się. Pamiętały aż do śmierci bez względu na los, który je rzucił ku innym rodom. Pomimo zewnętrznej kobiecości i cech im charakterystycznych, potrafiły być twardymi i niezłomnymi. Równie wielkimi wojowniczkami co ich mężowie, ojcowie, bracia. Kobiety Yaxleyów nie wyzbywały się nigdy nazwiska - dumnie przypominały o rodzinie, z której pochodziły. Wpatrując się w obraz matki, Morgoth odnajdywał w niej wiele cech, które wiązały ją z krwią mieszkańców Fenlandu. Chociaż przynależała do Flintów, równie dobrze mogła się urodzić tutaj, w Yaxley's Hall. Wyraźne piękno, którym się odznaczała, jej syn odnajdywał również w swojej siostrze, której może i brakowało jasnych włosów, lecz łagodności spojrzenia nie dało się pomylić z niczym innym. Obie przeszły tak wiele, a jednak nie uskarżały się. Wpierw Beatrice przykuta nieznaną klątwą do łóżka, później Leia odsunięta od codziennego życia niespotykaną chorobą. Obie oceniane przez uzdrowicieli jako nie do wyleczenie, nie do odratowania powstały. Nie bały się tego zmienić, nie bały się powiedzieć światu, że jeszcze nie powiedziały ostatniego słowa. Zarówno matka jak i siostra wciąż były częścią tej rodziny i miały przed sobą długie życie. Odetchnął, obserwując delikatnie uśmiechniętą damę w szykownej sukni wieczorowej, która zerkała na niego spomiędzy ramy z czułością. Nigdy nie widział w niej kogoś niegodnego. Składała się z samej dobroci, a widząc ją, wiedział, że nic nie było w stanie wymazać jej wspomnienia z jego umysłu. Nie wyobrażał sobie, by mogło jej zabraknąć. Tak bardzo różniła się od ojca, a jednak potrafiła odnaleźć z nim ścieżkę porozumienia - równocześnie on tego chciał, nie widząc słabości w tak odmiennej kobiecie poświęcającej się swą dobrocią dla innych. Przeniósł automatycznie wzrok na ciemnowłosego mężczyznę, którego podobizna zapewne mogła być za wiele lat mylona z jego własną. Bystre oczy wpatrywały się hardo przed siebie, a dłoń oparta była o głowę miecza - charakterystycznie uformowaną w czapli dziób. Morgoth wiedział, że kiedyś to dziedzictwo trafi do niego. Jednak mają przed sobą oba obrazy rodziców, nie mógł nie wrócić myślami do historii, która ich połączyła. Opowiedziana słowami matki ukazywała ojca jako postać niezwykle silną i oddaną bliskim. Nigdy nie wątpił w poświęcenie rodzica, lecz nie spodziewał się, że relacje między tą dwójką były tak skomplikowane.
Beatrice nie od początku była przyrzeczona właśnie Leonowi Vasilasowi jako że nawet nie był pierworodnym, a o jej rękę starało się wielu arystokratów. Dopiero co zaczęła naukę w Hogwarcie, gdy okazało się, że zaraz po ukończeniu nauki miała wyjść za jednego z Parkinsonów - galanteryjnemu i sześć lat starszemu Oktawianowi. Matka opisywała go jako zamkniętego w sobie, stroniącego od ludzi mężczyznę, lecz nie miała szansy poznać go lepiej. Brak jednoznacznej zgody na zaręczyny ze strony Flintów nie pozwalał na zbyt częsty kontakt, chociaż im młoda lady Flint stawała się starsza, tym arystokrata ukazywał więcej zainteresowania. Z tego co mówiła, wszystko szło ku dobrej drodze, dopóki w Charnwood nie zjawił się ktoś jeszcze. Morgoth instynktownie przeniósł uwagę z obrazu matki na ojca. Przebywająca zawsze wśród piękna, dobroci i otwartości Beatrice musiała być zaskoczona wizytą wyciosanego ze skały Yaxleya. Nigdy nie widziałam kogoś takiego. Pełen powagi, przystojny, z nienagannymi manierami i niosący za sobą pewną tajemniczość… Do teraz zapamiętał jej słowa, próbując odnaleźć te cechy na obrazie. Surowość, twardość, zdecydowanie biły wręcz od razu, nie pozostawiając wątpliwości, że był to dziedzic Yaxleatha Srogiego. Większość rodzin szlacheckich miało mieszkańców Fenland za nieokrzesanych, skłonnych do gniewu, zacofanych członków zapomnianego społeczeństwa, lecz wcale tak nie było. Daleko było im do salonowych lwów - to prawda, lecz sumiennie kultywowali wychowanie według etykiety i zasad. A z ojcem nie było podobnie. Potrafił wywołać odpowiednie wrażenie, nie tylko na młodych osobach, lecz również i starszych czarodziejach oraz czarownicach. Idący do celu po trupach, nie zważał na to, że w kolejce po rękę Beatrice stał ktoś jeszcze. Sięgnął po swoje, nie patrząc na innych. Zaraz na początku tamtego roku zdążył stać się narzeczonym, mężem oraz ojcem dziecka byłej już lady Flint. Morgoth poznawał po matce, gdy opowiadała mu tę historię, że nie żałowała ani przez moment - oddała się Yaxleyowi w całości, będąc najszczęśliwszą osobą u jego boku, zapominając o dawnych relacjach, które łączyć je miały z Parkinsonem. On jednak nie zapomniał o kobiecie, która miała mu zostać przyrzeczona. Najwyraźniej z poczuciem zhańbienia i oszukania, pojawił się przed grudniowymi świętami na trzy miesiące przed porodem, wyzywając Leona Vasilasa na pojedynek. Myśląc o tamtej nocy, Morgoth wiele razy wyobrażał sobie jak to musiało wyglądać. W końcu czasy pojedynków dawno minęły, a jednak szlacheckie tradycje wciąż gorąco odbijały się w tych, w których żyłach płynęła czysta krew. Mężczyzna na obrazie poruszył się dokładnie w tym momencie, by spojrzeć na patrzącego z uwagą. Skłonił delikatnie głowę w wyrazie szacunku dla nowego nestora, lecz nie odezwał się słowem. Śmierciożerca odpowiedział mu tym samym, wracając myślami do snutej weń opowieści. W głowie Morgotha właśnie odbywał się ten pojedynek pośród deszczu i burzy. Widział dwie postacie sczepione w pojedynku. Ojciec chroniący swojej rodziny przed szaleńcem, który nie rozumiał, że był już dawno temu przegrany. Podejrzewał, że ojciec z wielką chęcią pozbawiłby życia każdego, kto rościł sobie prawo do jego żony - wszak postąpiłby tak samo, gdyby tylko nadarzyła się taka sytuacja, lecz to życie z prawdziwą hańbą i upokorzeniem było gorsze. Podszepty innych o zostaniu pokonanym i wykluczonym. Spojrzenie pełne powątpiewania i kpiącej wyższości. I do tego jego ojciec chrzestny, który był zamieszany w dalszą śmierć Oktawiana, a z którym nielegalnie spotkał się Śmierciożerca... Matka rzadko kiedy wspominała o jego imienniku. Odkąd pamiętał ten siedział w Azkabanie i miał tam pozostać aż do śmierci. Dar jasnowidzenia nie ochronił go przed szaleństwem i więzieniem, jednak po wyprawie tam Rycerzy Walpurgii mógł zbiec, chociaż do tej chwili nie dawał znaku życia. Być może zmarł w swej celi, a może jeszcze dychał... Morgoth potrząsnął delikatnie głową, chcąc skupić się na obrazie ojca. Na wspominaniu tego, kim był. Chciał widzieć jego sylwetkę wychodzącą z pałacu i bez strachu idącą w kierunku tego, który rościł sobie prawo do Beatrice. Która pod sercem nosiła jego dziedzica i która później miała mu jeszcze urodzić córkę. To wszystko odnajdywał w spojrzeniu malowidła, wiedząc, że nie oddawało nawet odrobinę realności rodzica, który aktualnie przebywał w dalszych terenach hrabstwa, nad którym piastowali pieczę. Wraz z matką wyruszyli na samotną wędrówkę, by odpocząć i mieć czas tylko dla siebie. Morgoth ich rozumiał. Zostawili dom pod jego opieką, która miała się zakończyć dopiero wraz z jego śmiercią. Ale patrząc na podobiznę ojca, czuł się wciąż małym chłopcem. Słysząc ciąg dalszy opowieści, znał jej koniec. Od początku wiadomym było, że to Leon Vasilas wygra. Determinacja, świadomość stąpania po własnej ziemi, chęć pozbycia się przeciwnika, któremu zdecydowanie coś przyciemniło zmysły. Zazdrość. Jakże była silną, acz bezmyślną emocją, której odczuwanie było wręcz niepożądane. Śmierciożerca wstydził się tego, że sam takową odczuwał i to niezwykle dotkliwie, lecz każda tego typu porażka pozostawiała lekcję, pod którą należało się ugiąć i przyjąć ją do wiadomości. Każda lekcja wszak pozostawiała nauczkę oraz sprawiała, że człowiek stawał się silniejszy. Bezkompromisowy. Być może ojciec również temu uległ i pozwolił, by ta motywacja stała się jego częścią. Nie poległ i zwyciężył, ratując swoją rodzinę przed szaleńcem i ukazując swoją moc oraz pozycję. Tym właśnie był - mocnym człowiekiem, który nie obawiał się nikogo i niczego. Miał za sobą rodzinę, którą zamierzał chronić bez względu na wszystko. Honor oraz historię. Dowiedział się o tym całym zdarzeniu dopiero w tym roku, zdając sobie sprawę, że jeszcze nie wszystkie tajemnice rodzinne zostały mu przekazane. Był nestorem, lecz nie czuł, że zrozumiał wszystko. Przyznał się do niewiedzy, chcąc tym otworzyć umysł na więcej i szerzej. Chciał być jak ojciec i jak on niegdyś przeciwstawić się wrogom Yaxleyów, zmieść ich z powierzchni ziemi i zostawić po sobie równie znaczącą opowieść. Być może nawet większą.





They call him The Young Wolf. They say he can turn into a wolf himself when he wants. They say he can not be killed.

Powrót do góry Go down
 

Morgoth Yaxley

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie :: Talia kart Tarota-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20