Wydarzenia


Ekipa forum
Gabinet Archibalda
AutorWiadomość
Gabinet Archibalda [odnośnik]07.12.18 22:03
First topic message reminder :

Gabinet Archibalda

Gabinet Archibalda znajduje się we wschodnim skrzydle posiadłości niedaleko biblioteki. Główną część pomieszczenia zajmuje mosiężne biurko, na którym zawsze leży mnóstwo papierów i zużytych piór. Obok biurka stoi regał z książkami, które Archibald woli mieć zawsze pod ręką: przede wszystkim są to grube encyklopedie, poświęcone uzdrowicielstwu lub roślinności. Po obu stronach biurka stoją wygodne fotele, które nierzadko służą za dodatkową półkę. Archibald nie potrafi utrzymać tutaj porządku.
Naprzeciwko biurka znajduje się duże okno, wyglądające na tyły posiadłości, przez które w ciągu dnia wpada mnóstwo światła.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Gabinet Archibalda - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Gabinet Archibalda [odnośnik]26.05.22 22:59
Spodziewał się, że to spotkanie będzie trudne, spodziewał się też gniewu (dawnego?) przyjaciela. Zasłużył na jego złość, a Archibald bywał porywczy, nawet w sprawach, które nie wymagały podobnych emocji. Hector nauczył się obchodzić z jego humorami, kiedyś je nawet lubił (przyjaźń z kimś o bardzo różnej emocjonalności była odświeżająca), ale wtedy nie czuł się niczemu winny. Nawet wyboru specjalizacji był pewien, od zawsze, więc tamten najpoważniejszy kryzys w ich przyjaźni nie zdołał zasiać w nim wyrzutów sumienia.
Teraz Archibald miał prawo się złościć, musiał się złościć (jeśli dotarł do niego "Walczący Mag", musiał się też martwić, a zawsze przecież przekuwał smutek w gniew i Hector trochę mu tego zazdrościł), dziwnym byłoby gdyby nie chował urazy i dziwne było, że w ogóle zdecydował się go przyjąć. To dawało Hectorowi jakąś nikłą nadzieję, że nie wszystko jeszcze stracone - i choć niebywale się stresował, zniszczyłem najdłuższą i jedyną przyjaźń w życiu moim tchórzostwem (wspomnienie Beatrice blakło, nie mógł i nie chciał jej obwiniać, był na to zbyt honorowy), to przez parę ostatnich dni usiłował sobie wytłumaczyć, że jest przecież w stanie przygotować się na to spotkanie. Zachować spokój. Przemyśleć, co chciałby powiedzieć. Ułożyć słowa przeprosin. Wręczyć prezent. Pamiętać, że - jakkolwiek zareaguje Archibald - pewnie powie coś w gniewie i że ludzie mówią różne rzeczy w złości.
Tyle, że ta gazeta zupełnie wytrąciła Hectora z równowagi. Teraz już nie mógł się skupić ani na przygotowanym wcześniej planie rozmowy, ani na zachowaniu pokerowej twarzy, ani na wzniesieniu muru wokół własnych emocji. Stracił swoją tarczę i swój rozsądek, pozostając zupełnie bezradnym w obliczu szorstkiego powitania.
Przez chwilę milczał, słuchając Archibalda z pokorą. Gdyby zamiast gorzkich żali otrzymał policzek, to pewnie nawet nie próbowałby odwrócić głowy. Wreszcie wziął głęboki wdech, chcąc coś odpowiedzieć, ale - ku własnej bezbrzeżnej zgrozie - uświadomił sobie, że ma ściśnięte gardło.
I że pieką go oczy. Zawsze przypominał sobie o takich sprawach nieco za późno, bo przecież nigdy nie płakał nawet gdy próbował, nigdy aż do marca, mężczyźni nie powinni tak reagować na werbalne ciosy bo nie są wtedy mężczyznami, czy Archibald zauważy? (Mógł zauważyć, nawet bez wysiłku - oczy Hectora zaszkliły się już przy "o rok za późno" zanim Vale się zorientował, a jego emocje były na krawędzi odkąd przeczytał "Walczącego Maga"). Zamrugał pośpiesznie, udając przed samym sobą, że nic się nie dzieje.
-To, że się wtedy bałem, nie znaczy, że się nie martwiłem. - odezwał się bardzo cicho, ale wyraźnie. Nie chciał przyznawać się do strachu, który ogarnął go w maju, ale po pierwsze Archibald przecież wiedział (że ma przyjaciela tchórza, zawsze wiedział), a po drugie i tak stracił już grunt pod nogami i to jedyne prawdziwe słowa, jakie przychodziły mu do głowy. Nie miał zamiaru uciekać się do wymówek, nigdy. Zbyt szanował i siebie i Archibalda.
Od kilkunastu sekund czuł na sobie spojrzenie lorda Prewetta, ale uparcie patrzył na jego spinki od mankietów (ładne). Wstydził się. Kolejne słowa wymagały jednak kontaktu wzrokowego, więc zamrugał jeszcze raz, pośpiesznie i niechętnie podniósł oczy.
-Przepraszam. - pisał to już w liście, ale pewne wyznania wymagały spotkania by wybrzmieć poważnie i szczerze. Starał się brzmieć poważnie i szczerze, ale głos trochę mu się załamał, więc odchrząknął pośpiesznie i odruchowo włożył dłonie do kieszeni.
-I nie sądziłem, że to możliwe, ale co tydzień martwię się jeszcze bardziej. To... już na początku zaszło za daleko, ale codziennie jest jeszcze gorzej. - wypalił najbardziej radykalną w swoim życiu opinię polityczną i zerknął na gazetę, ale Archibald już nią machał. Przymknął oczy, gdy wylądowała w koszu - zastanawiając się, czy taki sam los czeka jego upominek na przeprosiny. A może powinien go położyć na podłodze? Sekundę temu Archie mówił coś o czytaniu przyszłości z kamieni i Hector był już zupełnie skołowany, nigdy o czymś takim nie słyszał.
-Nigdy nie słyszałem o technice czytania przyszłości z kamieni. - przyznał bezsilnie, bo najwyraźniej ironia w słowach Archibalda zupełnie mu umknęła. To też było do niego niepodobne, znał go dobrze i był spostrzegawczy - ale dzisiaj był chyba zbyt zestresowany.
-To nieprawda? N...nie rozbili was? - dotarło to do niego jak przez mgłę, a potem dotarło do niego, co mówi i szybko umilkł, speszony. Archibald całkowicie zignorował jego pytanie o to, jak się ma i co planuje, więc najwyraźniej nie miał zamiaru dzielić się poufnymi informacjami - a Hector nie powinien dalej dopytywać.
-Mam dla ciebie kamień. Chroni przed truciznami. Nic więcej nie umiałem, ale pomyślałem, że ktoś może próbować cię otruć albo przekląć albo złapać jakoś inaczej, twój list nadal tam jest, przecież oni mogą cię zabić Archibaldzie i to nie moja pozycja żeby ci o tym mówić, ale powinieneś uważać jeszcze bardziej niż przed tą gazetą a ja nie wiem jak pomóc, a nie znam się na zabójstwach ani klątwach, no i wiem, że ty znasz się na truciznach, ale ten meridian można aktywować jakbyś akurat był rozproszony, przysięgam ci, że działa, ale jeśli mi nie ufasz - nie w kwestiach naukowych odnośnie meridianów a ogółem, był Hectorem Vale ze Shropshire, czystokrwistym czarodziejem i tchórzem -to... dopóki go nie aktywujesz będzie po prostu ładnie wyglądał. - odezwał się na jednym wydechu, mówiąc coraz szybciej i ciszej, jak wtedy gdy Archibald usiłował zapoznać go z koleżanką z kursu i Hector zupełnie spanikował zamiast zaprosić ją na herbatę. Nieśmiało położył niebieski kobalt na biurku, a dłonie mu drżały.
-Mam sobie iść? - spytał od razu, bezpośrednio (i odważnie, choć nie zdawał sobie z tego sprawy). Był wdzięczny za audiencję, nie chciał sprawiać kłopotu i choć kiedyś wiedziałby czy Archibald pragnie samotności czy po prostu wyładowuje się w emocjach, to teraz nie był już pewien własnego instynktu i tego, jak dobrze zna przyjaciela, teraz już niczego nie był pewien.
Tylko tego, że pragnie zapaść się pod ziemię.

przekazuję Archibaldowi meridian nerek


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Gabinet Archibalda [odnośnik]02.07.22 1:29
Łzy w oczach przyjaciela go zaskoczyły – bo czy miał powód reagować tak emocjonalnie? Z ich dwójki to Archibald mógł się swobodnie rozpłakać nad najnowszymi wiadomościami, rozpaść się na setki mniejszych kawałków i pozwolić Hectorowi delikatnie złożyć je w całość. Czuł, że już naprawdę niewiele mu do tego brakuje, ale powstrzymywała go obietnica złożona Aleksandrowi. Miał być silny, bo tylko w ten sposób mógł cokolwiek zdziałać. I nawet w tej podbramkowej sytuacji starał się zachować nerwy na wodzy, choć zawsze miał z tym problem. Odwrócił się na moment twarzą w stronę okna, ale był ślepy na wszystko, co działo się na zewnątrz. Nie chciał atakować Hectora, a jednocześnie była to jedyna rzecz, do której w tym momencie był zdolny. Dlatego usilnie próbował milczeć, żeby nie wypowiedzieć słowa za dużo, lecz każde kolejne zdanie ze strony Hectora przesuwało Archibalda bliżej tej krawędzi. W końcu nie wytrzymał i znowu obrał sobie przyjaciela za cel wszelkiego jadu, który się w nim zbierał. – Bo nie ma takiej metody – odpowiedział chłodno, wracając do niego spojrzeniem. – Zresztą nawet jasnowidz nie jest w stanie przewidzieć kiedy to wszystko się skończy – jakkolwiek kochał swoją żonę, wciąż nie do końca ufał w jej niecodzienny talent. Szczególnie, kiedy jej trzecie oko nie potrafiło niczego zobaczyć przez gęstą mgłę.
Nie – uciął krótko. – Uważałem cię za mądrzejszego czarodzieja. Walczący Mag to nie jest wiarygodne źródło informacji – dodał kąśliwie, czekając aż Hector odpowie mu tym samym, by ta napięta atmosfera mogła wreszcie wybuchnąć i się oczyścić, ale przyjaciel jak zwykle nie dawał mu tej satysfakcji.
Kamień – Powtórzył, spoglądając na kawałek niebieskiego minerału. Nie był w stanie uwierzyć, że kryje się w nim magiczna moc. Zacisnął mocniej zęby na przecież mogą cię zabić Archibaldzie, bo doskonale zdawał sobie z tego sprawę, każdego dnia jakby bardziej. I nie chciał tego słuchać. Nie chciał wiedzieć, że inni ludzie też widzą go w ten sposób. – Zamilcz. Już… nic nie mów – próbował mu przerwać w połowie tego słowotoku. – O‌ co ci chodzi, co? Nie odzywasz się przez rok. Rok! Nagle postanawiasz zapomnieć, że się znamy. Martwiłeś się? I‌ co z tego?‌ Co to dało?‌ Zanosiłeś te zmartwienia do Merlina? Ułożyłeś kamienny krąg? Może to dzięki tobie jeszcze żyję? Ha!‌ Powinienem ci pewnie podziękować! Bo w końcu się martwiłeś! Dziękuję ci więc, Hectorze!‌ Kłaniam ci się w pas! – Wyrzucił z siebie, z każdym słowem coraz bardziej unosząc głos. – Znamy się niemal dwadzieścia lat. Byłeś jedną z najbliższych mi osób. I‌ kiedy wszystko zaczęło się walić, po prostu mnie zlekceważyłeś. A teraz… Teraz przychodzisz jak gdyby nigdy nic i nie wiem co chcesz usłyszeć. Co chcesz usłyszeć?‌ Że wszystko w porządku?‌ Że nic nie szkodzi?‌ Że sobie radzę? Radzę sobie. Radzę. Tak mi się wydaje. Ale nic nie jest w porządku – sam już nie był pewny, kiedy złość na Hectora przerzuciła się na cały wszechświat, ale tak sobie (nie)radził z emocjami. Żył chwilą, tym co akurat podsuwało mu serce, niekoniecznie tym, co było dla niego rozsądniejsze. Wydawało mu się, że im był starszy, tym lepiej nad tym panował, ale najwidoczniej wizyta Hectora obudziła w nim stare przyzwyczajenia. – Wyjdź – Przerwał nagle, zwracając się do zaskoczonej skrzatki, która aportowała się po brudną zastawę po herbacie. Szybko zniknęła, zastawę mimo wszystko zabierając ze sobą.
Orestes do mnie napisał, wiesz?‌ Wydaje się odważniejszy niż ty. Może wdał się w matkę… – dodał już spokojniej, choć miał wrażenie, że w środku wciąż cały się trzęsie. A mimo to zaskoczyło go kolejne pytanie, które padło z ust Hectora. I‌ uświadomił sobie, że to wszystko dzieje się naprawdę. Że być może swoimi słowami właśnie dobija gwóźdź do tej trumny, ale już nie potrafił się z nich wycofać. Stał tak przez chwilę, bijąc się z myślami, ale w końcu spiął mięśnie na plecach, prostując się nieznacznie, jakby podświadomie uwidaczniając tę niewielka różnicę w ich wzroście. – Tak. Wydaje mi się, że tak będzie najlepiej. Doceniam, że w końcu postanowiłeś się ze mną zobaczyć, ale chyba stało się to trochę za późno. Nie chcę się teraz otaczać niepewnymi ludźmi, Hectorze – wyrzucił z siebie, na pozór spokojnie, choć głos miał nieco drżący. W tym momencie nie widział jednak innego wyjścia.


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 7 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 29 +6
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Re: Gabinet Archibalda [odnośnik]03.07.22 6:58
Znał Archibalda na tyle, by móc zrzucić jego złośliwość i gniewny ton na karb stresu. Jako magipsychiatra wiedział, że w emocjach pacjenci mówią różne rzeczy, że ich słów nie należy brać do końca na poważnie, że należy się zastanowić, które są prawdą - a które tylko wyładowaniem. Jako (dawny?) przyjaciel Archiego doskonale wiedział, że lord Prewett jest wybuchowy - szczególnie w sytuacjach, w których traci kontrolę. Jak musiał się czuć teraz, gdy jego dom stał się kryjówką, a rządowa gazeta obwołała jego (kogo? przyjaciół? partnerów w rebelii? konspiratorów?) wspoł-poszukiwanych martwymi? Hector próbował pamiętać, że duma Archibalda pewnie każe mu zareagować złością i że on sam, przyjaciel marnotrawny, pewnie stanowił łatwy cel dla tej złości.
Zawsze przecież stanowił. Nawet, gdy nie był jeszcze ani winny ani niepewny, a po prostu robił coś inaczej niż Archibald sobie wyobraził. Wtedy było łatwo mu przyjmować takie emocje, przekonanie o własnej niewinności działało jak tarcza, a Hectorowi łatwo przychodziła wyrozumiałość wobec przyjaciela. Wiedział, że cholerykom złość mija szybko, że wystarczy posłuchać, a potem uśmiechną się do siebie, zmienią temat, zażartują z kogoś innego i wszystko będzie dobrze.
Tylko, czy cokolwiek będzie teraz dobrze? Hector zawiódł Archibalda, był przecież tego boleśnie świadom i nie wiedział nawet, czy może spodziewać się wybaczenia. W głębi duszy wiedział, że nawet jeśli tak - to nie wybaczy sam sobie, wyrzuty sumienia zadręczały go zbyt długo. Teraz na przykład utrudniały mu trzeźwe myślenie - próbował spojrzeć na wszystko z dystansu, ale było mu coraz trudniej. Na przykład, powinien odpłacić się na złośliwość Archibalda jakimś równie złośliwym żartem, ale na temat samego "Walczęcego Maga". Rozładować jego złość, nakierowując ją gdzie indziej, jak przed laty, jak zawsze. Ale nie był w stanie, w głowie miał pustkę.
-Cieszę się, jeśli to... nieprawda. - bąknął tylko, pewnie nie tak jak Archibald się spodziewał, zbyt cicho, zbyt pokornie.
Potem zamilkł, posłusznie. I tak nie wiedział, co mógłby powiedzieć - choć widział, że nic nie jest w porządku, a po jego twarzy przemknął najpierw wyraz współczucia, potem szczerego wstydu (co robił, jak się martwił, jak mu pomógł? Nijak - zdał sobie sprawę boleśnie). -Nigdy nie byłem odważny jak ty. - wyrwało mu się, ale szybko ugryzł się w język, nie będąc pewnym czy Archibald w ogóle go usłyszał. Tym razem to on poddał się potokowi słów, a Hector cierpliwie słuchał, przyjmując każdy cios i próbując zebrać myśli. Drgnął z lękiem, gdy lord Prewett ostro zwrócił się do skrzatki - jakby podświadomie spodziewając się, że to jemu każe wyjść, a potem...
...potem stało się coś, czego się nie spodziewał i co sprawiło, że momentalnie zapomniał o przygotowywanych naprędce, łagodnych i nieśmiałych pytaniach (jak się czujesz, jak teraz mogę pomóc, chcę pomóc). Najpierw uniósł brwi z zaskoczeniem (jak to napisał?), ale wystarczyło pięć słów (może wdał się w matkę) by zdziwienie zmieniło się w  s z o k.
Znaczenie kolejnych słów Archibalda docierało do niego jak przez mgłę - wciąż nie wierzył w te, które właśnie usłyszał. Krew odpłynęła mu z twarzy i odruchowo cofnął się o krok, śmiertelnie blady i śmiertelnie urażony.
Wyglądał, jakby Archibald właśnie go spoliczkował - i prawdę mówiąc, właśnie tak się czuł.
Zarzut, że Orestes jest podobny do matki bolałby z ust każdego, grając na roztrząsanych nieustannie lękach Hectora, ale z jego ust bolał podwójnie. Poczwórnie. Wiedział przecież o zdradach Beatrice, jako jedyny na świecie. Wiedział i widział, jak Hector bał się o syna, od pierwszego dnia. Może nie wiedział wszystkiego, może Vale faktycznie zwierzał mu się szczerze tylko na początku, a im było gorzej tym mniej mówił i tym bardziej był przygaszony, ale wiedział, że zaboli. Kilka pozornie spokojnych słów, o wiele gorszych niż wcześniejsza złość i wybuch.
Zaczerpnął wreszcie tchu, orientując się, że wstrzymał odruchowo oddech, niczym ktoś uderzony w przeponę.
A słowa popłynęły same. W rodzinnym domu nauczył się przecież, że najlepszą obroną jest atak - starał się być inny, Archibald nigdy nie znał Hectora za Shropshire, ale teraz...
-Rozwiniesz co masz na myśli? Wdał się w matkę? - zapytał głucho, retorycznie. Nieswoim głosem, zimnym i odległym, tonem swojego ojca. -Tą matkę, która najpierw przeczytała twój list gończy ze złośliwym uśmiechem, a potem uznała, że narażam naszego jedynaka przez sam fakt znajomości z tobą? Tą - postąpił krok do przodu, zaciskając pięści tak mocno, że aż pobielały -która pomimo faktu, że cię nie znosiła, pewnie próbowałaby wskoczyć ci do łóżka byle tylko upokorzyć nas obu? Prawdę mówiąc, nie wiem, co ją powstrzymało przed spróbowaniem, pewnie tylko to, że kochasz swoją żonę. - nie był nawet świadom goryczy i zazdrości, która wybrzmiała w tych słowach, przynajmniej ty kogoś kochasz.
Ale Hector też teraz kogoś kochał, kogoś, kto n i g d y nie powołałby się na jego syna gdyby chciał go zranić - a przynajmniej Vale chciał w to wierzyć. Gdy sobie o tym przypomniał, spojrzał na Archibalda z jeszcze większą złością - znali się tak długo, ale może jednostronnie.
-A może w tą, która poszła do lasu w pełnię księżyca, to twoim zdaniem odwaga czy głupota, Archibaldzie? Orestes jeszcze nie zaczął zadawać pytań, nie mnie, ale nie zapomnij mu odpisać, że umarła bo poszła skrótem przez las, pieprzyć się z kimś kto nie był jego ojcem! I dodaj jeszcze, że pewnie o niego nie dbała ani o nim nie myślała, nawet wtedy! - nie podniósł nawet głosu, cedził każde z tych słów szybko, zbyt szybko, lodowato i nie panując już nad sobą. Archibald nie pamiętał, by Hector kiedykolwiek był tak wulgarny (Hector też nie), ale teraz go to nie obchodziło. Urwał dopiero, by złapać oddech i dopiero wtedy, z opóźnieniem, dotarło do niego znaczenie prośby Archibalda. Wyjdź, niepewni ludzie, pamiętał tylko urywane słowa.
Zamrugał, uświadamiając sobie, jak musi go teraz widzieć lord Prewett. Żałosny tchórz, kaleka, rogacz.
Do głowy zakradła się ponura myśl, że być może widział go tak zawsze. Czy w ogóle byli przyjaciółmi? Czy Hector był tylko kimś kto sprawiał, że czuje się lepiej, komu nie mówi się o współpracy z rebelią bo jest zbyt słaby? Merlinie, jakim był idiotą - miał przecież sygnały ostrzegawcze, Archibald do dziś nie rozumiał jego wyboru specjalizacji, czy mógł go winić za to, że nie rozumiał jego małżeństwa?
-Oczywiście. Skoro ci pewni ludzie mają się dobrze, to pozostaje mi tylko przeprosić cię za zmarnowany czas - powinieneś był w szkole zaprzyjaźnić się jednym z tych aurorów lub zbuntowanych lordów lub z każdym, kto nie dowiedział się o twoim zatargu z Ministerstwem z gazety. - spojrzał na niego hardo, wbijając szpilę, którą miał zamiar pominąć - oczekiwałeś, że będę na każde twoje skinienie, ale nie ufałeś mi na tyle bym wiedział wcześniej cokolwiek o Tobie i Zakonie. Czy w ogóle znał Archibalda Prewetta?
Tak bardzo chciałby móc mu powiedzieć, co się zmieniło - opowiedzieć o dementorach, o tym że chciałby pomóc pewnemu znajomemu mugolakowi (bardzo ostrożnie dobierając słowa, ale wkładając w tą prośbę całe serce), jeszcze raz poprosić o wybaczenie, zapewnić, że myślał o nim nieustannie, zaproponować pomoc, i tak dalej. Ale teraz nie pamiętał już o tym wszystkim, wyjdź dudniło mu w głowie, wdał się w matkę, dawno (nigdy?) nie był tak smutny i zły.
-Dziękuję za lorda czas, lordzie Prewett. - powiedział z przesadną grzecznością, a potem wyszedł i bardzo niegrzecznie oraz bardzo celowo trzasnął głośno drzwiami. Nie zostawił Archibaldowi czasu na reakcję ani odpowiedź, po korytarzu poniósł się tylko stukot oddalającej się laski.

Minęło tyle czasu, ile potrzebuje zirytowany mężczyzna na dojście do drzwi wyjściowych dworu w Weymouth i z powrotem, a potem rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi.
-Zapomniałem różdżki. Przepraszam. - tym razem Hector nie wszedł do gabinetu, tylko tam zajrzał. Usiłował nie patrzeć na Archibalda, ale widać było, że oczy ma wilgotne, a policzki czerwone i gorące ze wstydu.
Nie sprecyzował za co przeprasza, ale chyba było to oczywiste.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Gabinet Archibalda [odnośnik]02.08.22 19:05
Archibald doskonale zdawał sobie sprawę z wagi słów, które wypowiadał. Znał Hectora od dwudziestu lat i zdążył przez ten czas dobrze poznać jego słabości. Wiedział, gdzie zaboli najbardziej – właśnie dlatego przyjaciele tworzyli najgorszych wrogów. Nawet nieszczególnie pożałował swoich słów, choć nastało po nich kilka ciężkich sekund ciszy. Dopiero wybuch Hectora uświadomił mu, że przekroczył granicę, która nigdy nie powinna zostać przekroczona. Spojrzał na przyjaciela wyraźnie zaskoczony, jeszcze nie widząc go w takim stanie. Od zawsze czuł, że Hector jest zdolny do czegoś złego, ale nigdy nie dał mu się poznać od tej strony. A teraz wyrwał mu nóż z ręki i zaczął ślepo dźgać go słowami, udowadniając, że nie jest tak bezbronny jak mogłoby się wydawać. Rozsądek podpowiadał Archibaldowi, żeby już się z tego wycofać, ale nie potrafił. – Proszę bardzo, tak napiszę skoro ci na tym zależy! Niech dzieciak się nasłucha o swojej matce, na pewno mu to dobrze zrobi – odpowiedział z przekąsem, zaciskając dłonie w pięści, choć Hector nie dawał mu dojść do słowa.
A żebyś wiedział! – Odkrzyknął już do jego pleców, obserwując jak rozwścieczony Hector opuszcza jego gabinet. Zdenerwowany uderzył pięściami w blat drewnianego biurka, aż wylał mu się kałamarz, zalewając sąsiednie dokumenty. Puścił pod nosem wiązankę niestosownych słów, zaraz wołając skrzata, żeby zrobił z tym porządek. Sam opadł na krzesło, ukrywając twarz w dłoniach. Oddychał ciężko, próbując się uspokoić. Miał dość, miał serdecznie dość tego wszystkiego. Wojny, odpowiedzialności, ciągłego strachu o swoich najbliższych. Nie wiedział co robić. A teraz odepchnął od siebie jeszcze jedną bliską osobę, która mogłaby mu pomóc. Która być może potrzebowała jego pomocy. Którą też może wkrótce stracić, a potem żyć z wyrzutami sumienia, że nie przyjął wyciągniętej w jego stronę dłoni. Mógł sobie dopisać do listy kolejną porażkę, nie mniej bolesną od poprzednich. I pewnie siedziałby tak jeszcze długo, gdyby do jego uszu niespodziewanie nie dotarł głos Hectora. Odsłonił twarz, a po złości nie było już śladu. Zerwał się zza biurka, o mało znowu nie wywracając kałamarza, choć skrzatka jeszcze nie zdążyła do końca posprzątać po poprzednim. – Nie, to ja przepraszam. Przesadziłem. Nie wiem co we mnie wstąpiło. Nie powinienem był wciągać w to twojego syna, nie jest niczemu winien – powiedział szybko, zawieszając wzrok na Hectorze, próbując wychwycić drobne zmiany na jego twarzy, czy zgodzi się spokojnie porozmawiać czy jednak obróci się na pięcie i wyjdzie. – To nie do końca prawda z tym Walczącym Magiem. Wcale nie mamy pewności, że to głupoty. Cały czas czekam na wiadomość od Aleksandra – dodał, starając się zachować spokój, choć głos cały czas lekko mu drżał. – Zgodzisz się usiąść i zamienić ze mną kilka słów? – Zapytał, wskazując dłonią na dwa wygodne fotele w kolorze butelkowej zieleni. Miał nadzieję, że Hector mu nie odmówi. Potrzebował rozmowy z przyjacielem jak nigdy.


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 7 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 29 +6
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Re: Gabinet Archibalda [odnośnik]06.08.22 0:41
Wygiął usta w złośliwym uśmiechu, widząc jego zaskoczenie. Czyli po dwudziestu latach zdołał go jeszcze zaskoczyć. Nic dziwnego - to Archibald rzadko dusił cokolwiek w sobie, Hector natomiast próbować ukryć tak wiele rzeczy. Chłód w swojej rodzinie, skalę problemów z Beatrice (to, co mówił Archibaldowi, nie było w końcu wszystkim), po części samego siebie. To, czego w sobie nie lubił. A nie lubił być słaby i wściekły i niezdarny, a przy Archibaldzie mógł przecież być trochę inny. Straszy o rok przyjaciel był Gryfonem i lordem, nosił głowę wysoko i mówił bez lęku. Gdy Hector dreptał o krok za nim po szkolnych korytarzach, pośpiesznie opierając się na lasce by nadążyć, nikt nie śmiał go popychać, nikt nie syczał złośliwych słów. Gdy próbowali, to Archie mógł coś powiedzieć - a w jego złośliwościach nie było prawdziwego chłodu, była tylko arystokratyczna duma. Przeważnie jednak dawali im spokój - nawet na Śliz gonach robiła przecież wrażenie błękitna krew, nawet gryfońska.
Archie nie wiedział przecież do końca, jak to było zanim się zaprzyjaźnili. Jak było w domu, w Shropshire. Jak wcześnie Hector nauczył się, że najlepszą obroną jest atak, że słowa mogą być ostre jak noże, że niektóre sprawy trzeba ukrywać. Czasami nie był pewien, dlaczego skrywa je przed najbliższym przyjacielem, ale przecież oddychał sekretami - siniaki na przedramionach matki, siostra charłaczka, dziwne księgi ojca, własna klątwa. Czasami nie wiedział, dlaczego ukrywa trochę spraw przed najbliższym przyjacielem. Może nie chciał, by się o niego martwił. Może się bał. Może się wstydził. Strach nie pozwolił mu odezwać się do Archibalda od razu po listach gończych, a wstyd - gdy zrozumiał swój błąd. Może był skazany na życie w lęku i wstydzie, urodzony pod ciemną gwiazdą, przeklęty czarną magią, może Prewettowi faktycznie będzie bez niego lepiej - myślał, gdy trzasnęły za nim drzwi. W uszach mu szumiało, zignorował już nawet bolesne słowa o liście do Orestesa - zresztą, czy mogłyby zaboleć go bardziej, skoro bolało już tak bardzo?
Już na korytarzu zorientował się, że w oczach ma łzy i to nie gniewu. Nigdy nie płakał ze złości, rzadko potrafił w ogóle zdobyć się na płacz (uspokój go natychmiast, syczał ojciec na matkę ilekroć mały Hector miał oczach w łzy, więc mrugał pośpiesznie aby osuszyć oczy i nie robić jej problemów), a właśnie docierało do niego, że traci k o l e j n e g o brata. Tego, wobec którego zawsze czuł się mniejszy i do którego - pomimo braku więzów krwi - czuł więcej miłości niż do tego prawdziwego.
No nic, zasłużył. I zniósłby ten wyrok pokornie, gdyby nie zapomniana różdżka, bez której nie mógł nawet teleportować się do domu, słaby, żałosny, bezużyteczny.

Ostrożnie uchylił drzwi do gabinetu i przez chwilę błądził spojrzeniem wszędzie, byle nie patrzeć na Archiego. Podniósł na niego wzrok dopiero, gdy usłyszał słowo przepraszam. Przez chwilę myślał, że się przesłyszał - poznał wszystkie zawoalowane sposoby Archiego na przepraszanie bez słowa "wybacz", na przyznawanie się do błędu bez przyznania rozmówcy racji, i tak dalej. Tymczasem właśnie przeprosił i przyznał, że przesadził.
-Ja... - wybąkał, zdumiony. Nie widział już złości na jego twarzy, widział za to prawie-trącony kałamarz i sprzątającą coś skrzatka. -...też przesadziłem. - przyznał, rumieniec pogłębił się. Nigdy nie chciał, by Archibald oglądał go takiego.
Nadal nie wszedł do gabinetu, ale wreszcie był już w stanie patrzeć wprost na Archibalda, z typową dla siebie uwagą śledzić jego mimikę, wsłuchać się w drżący ton głosu. Kolejne słowa wiele wyjaśniały - pomimo początkowej buty (wyparcie, klasyczne), Prewett wiedział o artykule Walczącego Maga niewiele więcej od Vale'a, martwił się, musiał żyć w świecie, w którym jego przyjaciele i sojusznicy być może zginęli, był wściekły na Ministerstwo, a pod ręką był cichy i onieśmielony Hector (projekcja, lub po prostu wyżycie się, ale Vale miał problem ze zdiagnozowaniem tego w ten sposób, przekonany, że w jakiś sposób przecież zasłużył).
Chyba spodziewał się, że Archibald powie, że musi się tym wszystkim zająć - a nie, że każe mu wejść; ale momentalnie pokiwał głową i otworzył szerzej drzwi do gabinetu. Po kilku niepewnych krokach siedział już w fotelu.
Dwie rzeczy w ich przyjaźni się przecież nie zmieniały.
Nigdy nie umiał mu odmawiać.
I zawsze - prawie zawsze, poza sporem o magipsychiatrię - usprawiedliwiał jego, a obwiniał siebie.
-Każdy na twoim miejscu byłby zestresowany i rozgniewany. - odezwał się łagodnie, cicho. -Może... zapomnimy o tym wszystkim? - zaproponował nieśmiało, wiedząc, że przynajmniej on postara się zapomnieć. Archibald miał ciężki dzień. -Też byłem zestresowany. - zamrugał nerwowo, ze wstydem, czy on zdoła zapomnieć? I co teraz?
Odruchowo splótł dłonie, nachylił się do przodu.
-Chcesz o tym wszystkim porozmawiać? - zaproponował miękko, odruchowo i dyskretnie ubierając najbezpieczniejszą ze swoich masek. Nie był pewien, czy zasługiwał na miano przyjaciela, ale umiał robić w życiu dobrze przynajmniej jedną rzecz - a Archibald naprawdę zdawał się potrzebować wsparcia. -O nich - kiedyś nie chciałby nic wiedzieć o rebeliantach, bałby się, ale niektóre rzeczy jednak się zmieniają. -albo... o tym jak się czujesz? - nigdy nie pytał go o takie rzeczy, szanując jego poglądy - może nawet nie zorientuje się, jak często Hector używał podobnych słów, próbując nieść pociechę zarówno sobie, jak i innym.



We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Gabinet Archibalda [odnośnik]03.11.22 23:03
Kiwnięcie głową – niewielki gest w wykonaniu Hectora, który sprawił, że Archibaldowi spadł kamień z serca. W przeciwnym wypadku musiałby błagać przyjaciela o kilka minut spokojnej rozmowy, a takie rzeczy zawsze przychodziły mu z trudem. Poczekał aż Hector usiądzie, po czym sam zajął miejsce w fotelu naprzeciwko. – Nie, nie chcę o tym zapominać – rzucił rozgniewany, ale tym razem na samego siebie. To zbyt proste rozwiązanie, a on był już dorosłym człowiekiem, który takich rozwiązań unikał. – Nie powinienem był mówić tego wszystkiego, muszę o tym pamiętać, żeby już nigdy tego nie powtórzyć – stwierdził, nerwowo drapiąc się po czole. Widział oczyma wyobraźni twarz Orestesa, z którym przecież jeszcze dzisiaj wymieniał listy, na widok całego zajścia. Archibald nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby chłopiec był świadkiem tej rozmowy. – Nie, Hector – przerwał mu, kiedy zaczął się usprawiedliwiać. – To ja zacząłem, szukałem potyczki na siłę. Cieszę się, że przyszedłeś, nawet jeżeli... z opóźnieniem – westchnął, opierając się wygodniej o tył fotela. Tacy ludzie jak Hector byli na wagę złota w dzisiejszych niepewnych czasach, poza tym Archibald wierzył, że wciąż więcej ich łączy niż dzieli.
Nie wiem, chyba nie – odparł, zerkając ponad jego ramię na skrzatkę, która właśnie skończyła sprzątać. – Chcesz coś do picia? Kawy, herbaty? – Zapytał nagle, zaraz zamawiając u skrzatki dzbanek gorącej kawy i miskę przekąsek. Chociaż tyle mógł zrobić, żeby jakkolwiek zadośćuczynić swój wybuch sprzed kilkunastu minut. – To znaczy... – zmienił po chwili zdanie, wiercąc się nieco na swoim fotelu. – Nie ma o czym rozmawiać. Nie wiem co się stało z Aleksandrem – próbuję nie oszaleć, bo wiem, że takie informacje często są fałszywe, ale... Nie jest to proste. Czekam aż odpowie na mój list, jeżeli nie zrobi tego w przeciągu kilku najbliższych godzin, nawiedzę go w mieszkaniu, chociaż wątpię, żebym miał go tam znaleźć. Chłopak ma wystarczająco dużo oleju w głowie, żeby uciec w mniej oczywiste miejsce... Tak naprawdę to jest jedyna rzecz o jakiej jestem w stanie myśleć, ale sprawa jest jeszcze zbyt świeża, żebym cokolwiek wiedział – wyrzucił z siebie niemalże na jednym wydechu. Niewiedza była w tym wszystkim najgorsza, gdybanie i wyobrażanie sobie dziesiątek scenariuszy. Nie znalazł się w tym miejscu po raz pierwszy, ale każdy kolejny był tak samo trudny. – A poza tym... Hectorze, tak wiele się zmieniło przez ostatni rok. Moje życie stanęło na głowie. Ciągle muszę robić rzeczy, których nigdy nie robiłem i udawać, że wcale tak nie jest. Odpowiadam za los tylu ludzi... Ta odpowiedzialność bywa przytłaczająca. Do tego mam poniekąd związane ręce, nie mogę się pokazywać publicznie, a moja sieć kontaktów drastycznie zmalała do kilku zaufanych rodów. W kraju panuje głód i chłód. Nawet ja zauważam braki w naszych piwnicach, co dopiero zwykli ludzie – mówił dalej, choć jeszcze chwilę temu twierdził, że nie ma o czym rozmawiać. W rozmyślaniach przerwała mu służka, niosąca tacę z gorącym dzbankiem, dwoma filiżankami i talerzem pokrojonej drożdżówki. – Tyle u mnie – skwitował, machnąwszy różdżką, a dzbanek sam zaczął rozlewać kawę. – Lepiej powiedz co u ciebie, co u Orestesa. Koniecznie musisz go do nas zabrać, muszą się lepiej poznać z Edwinem i Molly – zadecydował, chcąc stworzyć pomiędzy nimi tak samo przyjacielską relację, szczególnie, że jego dzieci nie miały ostatnio wielu możliwości pobyć wśród rówieśników. Dobrze, że przynajmniej miały siebie nawzajem. – Właśnie, nie wiem czy wiesz, ale Miriam postanowiła, żeby mówić na nią Molly. To najwyraźniej rodzinne – parsknął śmiechem. Byłby hipokrytą, gdyby nie uszanował jej prośby; był chyba jedyną osobą, która szybko przystosowała się do tej zmiany.
Dziękuję, że przyszedłeś. Owszem, byłem na ciebie zły, że nie zrobiłeś tego wcześniej, ale... Rozumiem, że dla ciebie ta wojna też nie jest prosta – dodał na zakończenie swojego słowotoku, po czym zanurzył usta w filiżance gorącej kawy.


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 7 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 29 +6
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Re: Gabinet Archibalda [odnośnik]30.11.22 21:10
Potrafił przepraszać, ale nie lubił być przepraszany. W domu rzadko padały podobne słowa - próżno było uświadczyć tam szczerości, a co dopiero przyznania się do winy - więc nie umiałby zachować się w podobnej sytuacji. Zwłaszcza dzisiaj, przy Archibaldzie. Powiedział o kilka słów za dużo, posypując solą wciąż niezasklepioną ranę, ale przecież nie był świadomy, jak wiele Hector wycierpiał w małżeństwie. Był jego najlepszym przyjacielem i faktycznie wiedział o wielu sprawach, o których nie powinien wiedzieć nikt - o chłodzie, niechęci, zdradach - ale z typową dla siebie skrytością Vale usiłował czasami zataić przed nim te najgorsze, albo przynajmniej ukrywać negatywne emocje. Chyba nie chciał go martwić, albo za bardzo się wstydził. I, co najważniejsze, dzisiaj to Hector czuł się winny, przytłaczająco winny.
Nie powinni zadręczać się obydwoje.
Zamrugał zaskoczony, gdy Archibald powiedział, że nie chce zapomnieć.
On chciał. Nade wszystko. Zacząć nowe życie, nauczyć się wolności. Wyrzucił już z domu jej rzeczy, ale i tak wszystko mu o niej przypominało - blady ślad po obrączce, wizyty u teściów, smutne spojrzenie Orestesa, a teraz Archibald.
-Ja... - zawahał się, chcąc nieśmiało zaprotestować, ale Archie mówił dalej, z typowym dla siebie gryfońskim ogniem. Vale zamrugał znowu, dotarł do niego sens słów i przeprosin przyjaciela. -...dziękuję. - za to, że nie będziesz już o niej tak mówił, że mogłem tu przyjść, że dałeś mi szansę.
-Ja też się cieszę. - zapewnił pośpiesznie, usiłując strząsnąć z ramion płaszcz goryczy i strachu, uśmiechnąć się nieco cieplej. -Przecież wiem. - dodał z lekkim rozbawieniem, wiem, że szukałeś potyczki, bo cię znam. To on powinien to przewidzieć i nie dać się sprowokować, nie spodziewał się tylko wmieszania do rozmowy Beatrice ani tego, jak sam zareaguje na jej wspomnienie.
-Kawy, dziękuję. - poprosił, wyraźnie się ożywiając. Chyba kamień spadł mu z serca, mógł zostać, mógł tak po prostu napić się z Archiem kawy. W Walii nie dało się jej dostać, ciekawe czy w Weymouth było nieco lepiej? Jeśli lord Prewett był więźniem we własnym hrabstwie (domu?) to oby przynajmniej miał dobre jedzenie.
-Bezczynność i bezsilność bywają najgorsze. Dziękuję, że mimo tego znalazłeś czas - albo zapomniałeś odwołać nasze spotkanie -i mam nadzieję, że wkrótce dostaniesz list. - skomentował profesjonalnie łagodnie, dławiąc wyrzuty sumienia z powodu listów, na które sam nie odpisał. Przez rok.
Archie nie powiedział mu niczego, czego się nie spodziewał, ale i tak słowa i emocje wypływające z ust przyjaciela zabolały jakoś bardziej niż własne domysły na temat jego stanu.
-Archie. - nachylił się w fotelu, usiłując podłapać jego spojrzenie. -Odpowiadasz los za tych ludzi i popatrz, są bezpieczni, dzięki tobie. To trochę jak pacjenci dla ordynatora Munga. - uśmiechnął się blado. -A tam też narobiłbyś sobie wrogów i stracił... część kolegów. - spróbował zażartować, bo sam pamiętał rywalizację wśród uzdrowicieli i między innymi z tego powodu założył własną praktykę, w której odpowiadał tylko przed samym sobą. Może toksyczność w ich zawodzie była bardziej znośna dla toksykologa.
Zastanawiał się, czy w tym wszystkim zostało mu jeszcze trochę czasu na medycynę, ale pamiętał przecież jego list. Pisany w gniewie, ale Hector doszukiwał się w tamtych słowach Archibalda emocji - a nie nieszczerości.
-Pisałeś, że leczyłeś na polu walki? W szpitalu polowym? - zagaił, a w jasnych oczach rozbłysły ciekawość i bezgraniczny szacunek. Archie będzie musiał zastanowić się, gdzie Hector wpadł na taki pomysł i wrócić myślami do ich niedawnej korespondencji.
Uśmiechnął się nieśmiało i skinął głową w odpowiedzi na propozycję, by Orestes poznał Edwina i Mir...Molly. Upił prędko łyk kawy, bo gardło ściskało mu wzruszenie. Dziękujędziękujędziękuję, za tą szansę, dla mnie i Orestesa.
-Bardzo by się ucieszył. - chciał dodać coś jeszcze, że tęskni za Archiem, że sam się o niego martwi, ale trudno było mu zebrać słowa. Spróbował się roześmiać. -Opowiedziałeś jej o profesorach, którzy i tak nazywali cię Fluviusem - i o tym, że nie każdy uszanuje jej życzenie? - tęsknił za czasami, w których właśnie to było największym problemem Archibalda.
Uśmiech spełzł z jego ust, gdy wrócili do trudnych tematów. Mógłby po prostu skinąć głową. Przyznać, że nie jest prosto, nie powiedzieć nic więcej, zmienić tor rozmowy.
Ale był Archibaldowi winien szczerość, choć raz, choć ciężką.
-Małżeństwo nie było proste. Nie tylko wojna. - uściślił cicho. -Beatrice uważała... na tych plakatach pisali... - zaczął mrugać częściej, a na twarz wpełzł mu rumieniec wstydu, ale zmusił się do nieodwracania wzroku. -...że każdy jest zobowiązany podać też wszelkie informacje, urządziła mi... - nie, o tym jak bolesne bywały ich kłótnie wolał nie mówić. Nawet jemu. -...uważała, że to narazi i ją i Orestesa, a ja myślałem, że jako mąż jestem jej... coś winny. - bezpieczeństwo, nawet kosztem złamanego serca. -Myliłem się. - wyłamał nerwowo palce. Trzask. Ona nie uważała, gdy poszła do lasu w pełnię. -A po jej śmierci... pewnie powinienem napisać wtedy - ale tygodnie kłótni namieszały mu w głowie, może udało się jej zasiać w nim ziarno wątpliwości odnośnie bezpieczeństwa Orestesa. -ale milczałem już zbyt długo, wstydziłem się. I chyba łudziłem, że to kiedyś minie, wiesz? W Walii... w Waliii bywa tak cicho. A potem zobaczyłem pocałunek dementora i zrozumiałem, że to nigdy się nie skończy i że nie chcę, że ta przyjaźń jest zbyt ważna żebym nie miał odwagi napisać i... - wypalił na jednym wydechu, ale wspomnienie horroru, którego był świadkiem niecałe dwa tygodnie temu było zbyt świeże. Zadrżał z zimna, czując za plecami wyimaginowany chłód, wtedy było tak zimno. Wziął głębszy wdech. -...i nie chcę już trzymać się z daleka.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Gabinet Archibalda [odnośnik]07.12.22 23:26
Nigdy nie lubił bezczynności, ale ostatnimi czasy szczególnie dawała mu się we znaki. Niewiedza, co przydarzyło się jego najbliższym, była miażdżąca. Wymagała dużo wysiłku, żeby mimo tego wszystkiego nie zwariować i wypełniać obowiązki dnia codziennego. Czasem dopadały go jednak chwile takie jak ta, kiedy już nie mógł dłużej udawać. Obecność Hectora była kojąca; mimo wszystko zdawał się być kotwicą, przypominającą o starych, dobrych czasach, niosąc ze sobą – być może nieświadomie – spokój. Kiwnął głową w odpowiedzi, choć bez przekonania. Nie miał w zwyczaju spodziewać się zbyt wiele, a bujna wyobraźnia i tak działała na pełnych obrotach.
Chciałbym, żeby byli bezpieczni, ale dalej nie są... To znaczy na pewno jest im tutaj lepiej niż gdzieś w Durham, ale nie jestem w stanie zrobić z Dorset odgrodzonej idyllicznej wyspy – westchnął z typową dla siebie złością, bo cały czas było mu mało, chciał lepiej i więcej. – Kiedyś miałem nadzieję na zostanie ordynatorem, ale Merlin miał inne plany – parsknął śmiechem, myśląc o życiu sprzed wojny jak o fabule spektaklu, który oglądał kiedyś w teatrze. – Hectorze, załóżmy kiedyś własną praktykę, coś dla duszy i serca! – Rzucił luźnym pomysłem, dobrze wiedząc, że teraz nie znalazłaby na taką praktykę dużo czasu, zerkając kątem oka na służkę, która postawiła przed nimi filiżanki z gorącą kawą. Aromatyczny zapach uniósł się po pomieszczeniu.
Słucham? – Nie zrozumiał od razu; nie pamiętał treści listu, w większości pisanego pod wpływem chwilowych emocji. Na polu walki, w szpitalu polowym – to zabrzmiało dziwnie podniośle, choć wcale nie powinno. – Na polu walki to dużo powiedziane – westchnął, nie chcąc robić z siebie wielkiego bohatera. – Ale w miejscach nie tak czystych i wyposażonych jak Mung, jak najbardziej. To uczy pokory – bez pielęgniarek do pomocy, bez alchemików na podorędziu, bez innych uzdrowicieli do przeprowadzenia szybkiej burzy mózgów. Pacjenci z przeróżnymi obrażeniami, najczęściej innymi od tych, z którymi stykał się w szpitalu. Klątwy, stłuczenia, krwotoki – z zatruciami w zasadzie się nie spotykał.
Dobrze im to zrobi, Winnie i Molly nie mają teraz wielu okazji do zabaw z rówieśnikami – powiedział co chodziło mu po głowie, upijając łyk kawy. – Jeszcze nie – zaśmiał się na wspomnienie własnej upartości. – Ale do tej pory mnie mierzi, kiedy ktoś się do mnie zwraca pełnym imieniem – przyznał, nigdy nie potrafiąc do końca wytłumaczyć dlaczego.
Tym razem słuchał odpowiedzi Hectora ze spokojem. Dalej czuł do niego żal, że odwrócił się od niego w tak trudnym momencie, ale zaczynał dopuszczać do siebie świadomość, że Hector też miał swoje powody. – Pewnie miała rację – westchnął, odstawiając filiżankę z powrotem na spodek. Nie mógł mieć pewności, że znajomość jego osoby nie wystawi postronnych na niebezpieczeństwo. – Wiem, w Weymouth też raczej jest spokojnie – uśmiechnął się smutno – chociaż tyle. A czy będzie tak zawsze? Wystarczyło spojrzeć na Staffordshire i Derbyshire. – Lepiej późno niż wcale – podzielił się być może wyświechtaną przyśpiewką, ale tym razem mówiła prawdę. Chciał jednak zapytać o pocałunek dementora, zaniepokoiła go ta historia, jednak Hector wypowiedział wtedy znaczące słowa – Archibald zbystrzał. – Jeżeli będziesz chciał pomóc, wiesz do kogo się zgłosić – powiedział, nie zamierzając jednak do niczego go zmuszać. Nie dzisiaj, kiedy z tyłu głowy dalej męczy go temat Aleksandra. Nie darowałby sobie, gdyby i Hectorowi coś się stało, w dodatku przez jego namowę. Gdyby jednak naprawdę chciał, Archibald był pierwszą osobą, która pomogłaby mu się wdrożyć.
Czuję, że moglibyśmy tak rozmawiać bez końca. Proszę, nie każ mi się powtarzać, weź Orestesa i przyjedź kiedyś na dłużej – nie tylko Edwin i Molly potrzebowali towarzystwa, ale do tego Archibald łatwo się nie przyzna. Cieszył się, że udało im się (prawie) wszystko wyjaśnić, potrzebował Hectora Vale'a w swoim pokręconym życiu.

zt <3


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 7 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 29 +6
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904

Strona 5 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5

Gabinet Archibalda
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach