Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Tyły posiadłości
AutorWiadomość
Tyły posiadłości [odnośnik]07.12.18 22:05
First topic message reminder :

Tyły posiadłośći

Tyły posiadłości są wykorzystywane do przeróżnych celów i przez to nigdy nie są puste. To tutaj domownicy chodzą na spacery, bawią się i rozgrywają rodzinne mecze Quidditcha. Dodatkowo nieopodal tylnego wyjścia stoją drewniane ławy, na których każdego ranka ktoś pije orzeźwiającą kawę, o ile pozwala na to pogoda. Z bluszczu, oplatającego ściany okazałej posiadłości, zawsze słychać ciche odgłosy małych zwierząt.
Jest to dość duży obszar, z którego rozchodzą się ścieżki do pozostałych części majątku: rodzinnych szklarni, stajni oraz plaży.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Tyły posiadłości - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Tyły posiadłości [odnośnik]19.03.22 1:05
29 marca 1958

Wreszcie nadeszła wiosna. Rośliny budziły się do życia: na drzewach pojawiały się pąki i pierwsze listki, a trawnik wokół posiadłości wyraźnie nabierał barw. Ogrodnicy mieli pełne ręce roboty, ale żaden z nich nie wyglądał na zmartwionego z tego powodu. Archibald sam chętnie do nich dołączał, by choć na chwilę oderwać się od żmudnej pracy w gabinecie. Tak bardzo mu brakowało pracy z pacjentami czy roślinami – coraz częściej odnosił wrażenie, że dusi się w czterech ścianach własnego domu. Obiecał sobie, że każdego dnia znajdzie choć chwilę na odpoczynek w szklarniach; świat nie powinien się od tego zawalić. Jednak dzisiaj miał jeszcze inne plany. W Weymouth od rana panował chaos, napędzany urodzinami Molly. Służba od świtu ozdabiała posiadłość kwiatkami i wstążkami, a z kuchni wydobywały się zapachy samych pyszności. Wkrótce na stole pojawiła się jasna porcelanowa zastawa, a na półmiskach pyszna pieczona baranina z ziemniakami i warzywami – danie główne. Do stołu zasiedli wszyscy Prewettowie i zaprzyjaźniona część Greengrasów: wszyscy zdawali się dzisiaj wyjątkowo radośni, ale jak można być smutnym podczas urodzin ośmiolatki. Był to idealny pretekst do spotkania się w szerszym gronie i przegadania wszystkich spraw poza tymi najważniejszymi, o których już nikomu nie chciało się rozmawiać. Archibald również z wielką radością dołączał do tych rozmów, kiedy już zagryzał obiad drożdżowym ciastem i zapijał je brandy. Dzieci bawiły się gdzieś z drugiej strony stołu, pogrążone w nowych zabawkach: pięknie ilustrowanych baśniach Barda Beedle'a od wuja Eddarda, nowym zestawie pędzli i farb od dziadków, pluszowym białym króliku w różowej sukience od ciotki Brunhildy, a także kilku jeszcze nierozpakowanych paczuszkach. Archibald z Lorraine podarowali córce z samego rana nową sukienkę i buciki, żeby mogła ją ubrać na – jakże ważną dla tak młodej lady! – uroczystość, ale to nie był główny prezent, na ten miała poczekać do wieczora.
Kiedy przyjęcie dobiegło ku końcowi i goście ewakuowali się z Weymouth (za wyjątkiem kilku niedobitków, którzy kończyli swoje kieliszki brandy i filiżanki herbaty), Archibald zawołał Molly do siebie. – Dobrze się bawiłaś? – Zapytał, kiedy zmierzali w stronę drzwi wyjściowych. Skrzatka podała im płaszcze, chusty i czapki – wiosna co prawda zawitała w angielskie progi, ale wciąż było chłodno, szczególnie o tej porze. – Smakował ci tort? Mi bardzo, zjadłem aż trzy kawałki – przyznał, otwierając połowę mosiężnych drzwi, puszczając córkę przodem. Wciąż była niezwykle drobna, a jednak wyższa niż zaledwie kilka tygodni wcześniej. Rosła jak na drożdżach, co Archibalda cieszyło i przerażało jednocześnie. Zaczynał coraz bardziej odczuwać upływający czas i tym bardziej obiecał sobie, że musi mniej pracować, by nagle nie obudzić się u boku Miriam przygotowującej się do OWUTEM-ów. Tylko w obecnej sytuacji to wcale nie było takie proste.
Mamy dla ciebie jeszcze jeden prezent – zdradził, wyciągając w jej stronę lekko zziębniętą dłoń. – Cały dzień czeka na ciebie w ogrodach – dodał, posyłając jej radosny uśmiech. Coś czuł, że ten prezent przypadnie jej do gustu.


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 7
UZDRAWIANIE : 33
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Re: Tyły posiadłości [odnośnik]20.03.22 20:34
Dzisiaj był wyjątkowy dzień. Jego wyjątkowość nie polegała tylko na dacie i głównym wydarzeniu, które planowane było już od pewnego czasu - skrupulatnie, choć poza oczami i uszami małej panienki Prewett, która miała być tego dnia główną gwiazdką wieczoru. Wyjątkowe były prezenty, które po kolei rozpakowywała, pokazując kuzynostwu i nawet Winniemu (choć z daleka, z dystansu, bo jego długie witki miały talent do zabierania wszystkiego, co do niej należało). Wyjątkowe były potrawy - smakowite tak, że aż wszyscy mruczeli, delektując się kolejnymi kęsami pieczeni i każdą jedną słodkością, które podlatywały im wprost pod noski. Wyjątkowy był tort, smakował obłędnie, jakby wszyscy goście dostali możliwość spróbowania zaklętych w kremie chmurek skradzionych drogiemu Niebu. Bodźców był cały ogrom, począwszy na wzrokowych, a skończywszy na wielorakich smakach - niestety to wytrąciło Molly z rutyny, jakiej uczono jej od momentu rozpoznania krążącej w jej krwi klątwy Ondyny. Pierwsza i najważniejsza zasada - nie biegać - została brutalnie tego wieczoru złamana, gdy któreś z dzieci rzuciło pomysł, by pobawić się w berka. Seria niefortunnych zdarzeń - dziadek szturchnął filiżankę, powstał lekki rumor, więc pani Picks (pilnująca dzieci) wstała z fotela, by sprawdzić, co się takiego stało - sprawił, że nikt nie zauważył, jak oddech Molly staje się coraz cięższy i po chwili zamienia się w nieprzyjemny, charczący kaszel. Pani Picks zareagowała jako pierwsza, wyciągając od razu z kieszeni awaryjną fiolkę z eliksirem, który zawsze, ale to zawsze miała przy sobie. Niebezpieczeństwo, dzięki szybkiemu refleksowi opiekunki, zostało prędko zażegnane i dzieci mogły wrócić do zabawy. Molly jednak, przez działanie leku, musiała się zdrzemnąć. Na króciutki moment przytuliła głowę do poduszki.
Śnił jej się jednorożec na łące zarośniętej przez różową trawę. Miał złoty róg i pyszczek cały ubrudzony od pochłaniania kolejnych źdźbeł słodkiej przekąski. A potem zniknął, rozpłynął się tak po prostu, sam z siebie. Przywitał ją uśmiech pani Picks i zaraz zeszły razem na dół, by pożegnać gości. Molly obdarowała wszystkich biedronkowymi całusami w rozgrzane policzki, Saoirse mocno uścisnęła, obiecując, że przyjedzie jeszcze do niej z matulą i pobawią się farbkami, które sprezentowali jej dziadkowie. Ziewnęła cicho, potarła niebieskie ślepka, by zaraz usłyszeć, jak w swoją stronę woła ją ukochany papa. Uśmiechnęła się szeroko, czując nagły skok energii. Już nie biegła, wiedziała, że nie wolno. Że wtedy poczuje się gorzej. Niemal od razu wyciągnęła rączkę w stronę tej większej, należącej do taty, ściskając ją tak mocno.
- Tak! - odparła wesoło. - Piękne dostałam prezenty, papciu, wiesz? Ciocia Brunhilda nie dała mi w tym roku gryzącego sweterka, a to dziwne! Ten króliczek jest bardzo ładny. Nazwałam go panią Marchewkową! Ładnie, prawda? - ubrała się z pomocą Grusi, otulając się najmilszą w dotyku pelerynką, jaką kiedykolwiek miała. Była zielona i obszyta dookoła białym puszkiem, dzięki któremu nigdy nie było jej zimno. - Ja tylko jeden, papciu, bo one były takie duże! Ja też będę mieć kiedyś taki duży brzuszek, żeby zmieścić trzy, papo? - uśmiechnęła się, całkiem nieświadoma, że brzmiało to nawet konsternująco! - W ogrodzie? Czy to jakiś ładny kwiatek, papo? Ja chcę zobaczyć!
Była ciekawa i poza tym - które dziecko umiałoby kiedykolwiek wyrobić w sobie granicę prezentów, jakimi można było je obdarować jednego dnia? Rozmiar nie miał znaczenia!


Zgubiła swe kropki na łące
a może w ogródku na grządce

Molly Prewett
Zawód : żywe srebro Weymouth
Wiek : 8
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
in a world
where you can be
anything
be kind
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4347-miriam-prewett https://www.morsmordre.net/t4371-kremowka#93727 https://www.morsmordre.net/t4362-ile-biedronka-ma-kropek#93426 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4551-miriam-prewett
Re: Tyły posiadłości [odnośnik]21.03.22 21:13
Archibald podziwiał z jaką wnikliwością Miriam patrzyła na świat. Zauważała rzeczy, które dla niego były niewidoczne – w dodatku robiła to z rozbrajającą dociekliwością i radością, specyficzną tylko dla niej. Zdawała się brać z życia pełnymi garściami, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. I choć Archibald doskonale wiedział, że potrafiła też się nieźle dąsać i głośno tupać szczupłą nóżką, wciąż pozostawała najjaśniejszym promykiem w tej rodzinie. Nie mogła sobie zdawać z tego sprawy, ale codziennie poprawiała mu humor, traktując go po prostu jak ojca, opowiadając mu niestworzone historie i dzieląc się z nim problemami, godnymi ośmioletniej dziewczynki, a nie panującej wokół wojny. Szczególnie dzisiaj chciał, żeby miło spędziła dzień, bo mimo wszystko dla niej to też nie był łatwy rok. Wyjazd do Francji, nasilenie choroby, a nawet napięta atmosfera w Weymouth, którą musiała pokątnie wyczuwać – to było wystarczająco dużo dla tak małego czarodzieja. Dlatego dzisiejszego dnia posiadłość jeszcze bardziej rozjaśniała, przyozdobiona kwiatami, wstążkami i magicznymi balonami, na stole poza pieczenią pyszniły się potrawy, bardziej przyjazne dziecięcym żołądkom (a na śniadanie była owsianka z sosem malinowym!). I choć ten miły dzień był zaplanowany z myślą o Molly, Archibald spostrzegł, że wszyscy z niego korzystają. Najwidoczniej każdy z nich miał ochotę odetchnąć od zgiełku wojny. Archibald żałował tylko, że nawet tak misternie obmyślony plan musiał zostać zniweczony przez Ondynę. Widział troskę malującą się na twarzy Lorraine za każdym razem, kiedy Molly skracał się oddech. Nawet dzisiaj (a może szczególnie dzisiaj) musiała wyjść z przyjęcia, żeby zregenerować siły.
Na szczęście w tej chwili wyglądała na wypoczętą. Archibald przyjrzał jej się badawczą, kiedy ubierała zielony płaszczyk – oczy miała żywsze, a twarz nabrała odrobiny kolorów, choć przebijało się przez nią zmęczenie. Spacer na świeżym powietrzu dobrze jej zrobi. – Nie lubisz sweterków od ciotki Brunhildy? – Podjął temat, powoli schodząc ze schodów. Tak naprawdę nie pojmował dlaczego wszystkich takimi obdarowywała, jakby nie było ich stać na porządnego krawca. Sam miał kilka takich w komodzie, w ogóle ich nie nosił. Faktycznie gryzły. – Bardzo ładnie! – Pochwalił ją, kiedy zboczyli z chodnika na wydeptaną w trawie ścieżkę. Eleganckie skórzane buty wybrudziły mu się od piachu. – Wątpię – odparł, wyraźnie rozbawiony. – Dziewczynki nie rosną takie duże jak chłopcy, nie mieszczą aż trzech kawałkówa przynajmniej nie powinny pomyślał, spoglądając w stronę posiadłości. Dało się zauważyć przez wysokie okna krzątające się ludzkie sylwetki, najwidoczniej przyjęcie jeszcze się nie skończyło. – Nie powiem ci, sama zobaczysz. Cierpliwości! Zresztą jesteśmy niedaleko – odparł, zauważając nieopodal w trawie fioletową plamę. Zatrzymał się nagle, wskazując na nią palcem. – O! Zobacz, to chyba sasanki! Ale już w marcu? – Zamyślił się, odkładając na chwilę spacer do prezentu na drugi plan. Przecież nigdzie się nie spieszyli, nic im nie ucieknie. Zboczył dwa kroki ze ścieżki, kucając przy kwitnących kwiatkach. – Ładne, prawda? – Oczywiście, że ładne! Dla Archibalda nawet płaczące mandragory miały swój niespotykany urok. – Ale trzeba na nie uważać, bo są lekko trujące. Można dostać od nich mdłości – wyjaśnił pokrótce, nie wdając się w szczegóły. – Masz swojego ulubionego kwiatka? – Podpytał córkę, w końcu się prostując. Mieli inne zadanie do wykonania. I już, już prawie do niego dotarli!


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 7
UZDRAWIANIE : 33
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Re: Tyły posiadłości [odnośnik]27.03.22 12:29
Pomyślała sobie, że może ten jednorożec ze snu był taką... przepowiednią. Babcia często mówiła o przepowiedniach cioci Deli, chwaląc ją za „przewiwanie” zdarzeń, ale jednocześnie bojąc się o tę młodą, piękną damę. Molly nie mogła wtedy nadziwić się, jak bardzo zmieniał jej się głos. Raz ciemny błękit przypominający chmury nachodzące niebo tuż przed burzą, a za chwilę ciemny granat jak wtedy, gdy z owych chmur wylewa się nagle woda, a niebo płacze, gorzko płacze. Będzie musiała zapytać ciocię, czy jednorożec, który jej się śnił, oznaczał, że za chwilę dostanie od papy kucyka! Taki mały, jej własny kucyk byłby wspaniały. Dawałaby mu do jedzenia swoją ulubioną owsiankę z sosem malinowym i czytała mu na dobranoc ukochane bajki. Bo umiała już bardzo ładnie czytać! Już prawie tak ładnie, że wyręczała dziadka, kiedy zasypiał, chcąc usłyszeć samej koniec opowieści. A potem przykrywała dziadunia kocykiem, śmiejąc się, że trochę chrumkał jak mała świnka. A dziadzio przecież tak się boi świnek!
Wciąż uważała, że dorośli są zabawnymi stworzeniami. Jak sama kiedyś dorośnie, to też będzie zabawna.
- Nie lubię - burknęła, kręcąc lekko rudą czuprynką, która jeszcze wciąż gdzieniegdzie nosiła ślady snu i kojących ramion ciepłej pościeli. - Są bardzo ładne, ale drapiące. A jaki sweterek drapiący można nosić, papo? Żaden! - spojrzała do niego w górę, nie kryjąc zmarszczonych w oburzeniu brwi. - Papo, ja kiedyś też będę robiła takie sweterki, ale one nigdy nie będą drapały! I każdy będzie miał na sobie literkę, żeby nigdy nikt nie pomylił! Papa będzie miał bardzo ładne A na swoim pomarańczowym sweterku. Tak sobie myślę! - uśmiechnęła się do swojego kochanego papy. Oburzenie prysnęło jak bańka mydlana. - Naprawdę? A to szkoda... ja lubię ciasta, wiesz, papo? Grusia robi py-szniut-kie ciasta, papo. Grusia się ostatnio częściej uśmiecha. We Francji się tak nie uśmiechała. - zrobiła większy krok nad jedną z linii dzielących od siebie duże kafelki. - Papo, nie wolno chodzić po liniach! Musisz je omijać. O tak, jak ja - wskazała paluszkiem swoje obute w lakierki stópki. Zaraz jednak papa zwrócił jej uwagę na coś zupełnie innego. Jak tylko dostrzegła fiolet skrywający się wśród ciemnozielonych, puszystych listków, natychmiast ukucnęła, by móc przyjrzeć mu się bliżej. - Sa-san-ki. Saaa-saaan-ki. Bardzo ładne, papo! Mają takie listki jak puszek - zaśmiała się cicho i już sięgała paluszkami, żeby ich dotknąć, kiedy usłyszała, że są trujące. Spojrzała na tatę z szeroko otwartymi oczami. - Co to są małości? Czy to małe skrzaty, które wchodzą nam do ucha jak śpimy? To ja nie chcę. - podniosła się, ściskając dłoń papy trochę mocniej. - Lubię stokrotki. Wyglądają jak mama, kiedy się śmieje. A pani Picks kiedyś zrobiła z nich śmieszną wyliczankę. Chcesz usłyszeć, papciu?
Dziecięcy uśmiech zawsze zachęcał do wysłuchania spektaklu.


Zgubiła swe kropki na łące
a może w ogródku na grządce

Molly Prewett
Zawód : żywe srebro Weymouth
Wiek : 8
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
in a world
where you can be
anything
be kind
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4347-miriam-prewett https://www.morsmordre.net/t4371-kremowka#93727 https://www.morsmordre.net/t4362-ile-biedronka-ma-kropek#93426 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4551-miriam-prewett
Re: Tyły posiadłości [odnośnik]30.03.22 23:51
Archibald traktował większość opowieści Molly o przyszłości z przymrużeniem oka. Starał się nie gasić jej entuzjazmu, o ile te pomysły nie były całkiem oderwane od rzeczywistości lub po prostu niepoprawne, ale też nie nastawiał się na to, że Molly kiedykolwiek je zrealizuje. Bo jakie dziecko dokładnie wiedziało co chce robić jak dorośnie? Rzeczywistość weryfikowała plany. Archibald zdawał sobie sprawę, że Molly może jeszcze sto razy zmienić zdanie co do tego czym będzie się zajmować jak już będzie duża – i bardzo dobrze, takie prawo dzieciństwa. Dlatego jedynie skinął głową, spoglądając na córkę z podziwem. – Wszystkim? To będzie bardzo trudne! – Zauważył, zastanawiając się jak Molly wybrnie z tego problemu. Podziwiał giętkość jej wyobraźni i szybkość znajdowania niecodziennych rozwiązań, na które on sam z pewnością by nie wpadł. – Albo dwie osoby będą mieć podobne imiona?! Jak Molly i Mare, hmm? – Zaczepiał ją dalej, kiedy szli przez ogród w stronę tajemniczego prezentu. – O, uwielbiam pomarańczowy! Skąd wiedziałaś?! Będzie idealny – stwierdził z uśmiechem, zamierzając go założyć nawet jeżeli będzie sięgał mu pępka, choć nie wątpił, że jeżeli już Molly postanowi zrobić taki sweterek to z pewnością zadba o to, żeby był idealny.
Nie wolno? Och... – mruknął, od tego momentu faktycznie próbując omijać linie. Nie robił tego w podskokach jak Molly, ale jakoś mu się to udawało – przynajmniej takie miał wrażenie. Na szczęście wkrótce zeszli na piach i trawę, gdzie nie było żadnych linii!
Mdłości – powtórzył powoli, na wszelki wypadek nie wyprowadzając córki z błędu, że samo dotknięcie kwiatka nie wyrządzi jej krzywdy. Uznał to za poprawny odruch. – To takie uczucie, które się ma, kiedy człowiekowi jest niedobrze – wytłumaczył pokrótce, nie chcąc teraz wchodzić w naukowe szczegóły wymiocin, bo przecież okazja do ich spaceru była wyjątkowa, a sama atmosfera bardzo miła. Z czego się niezmiernie cieszył, bo nie chciał, żeby dzisiejszego dnia spotkały ją jakiekolwiek przykrości. – Tak uważasz, że mama wygląda jak stokrotka? Bardzo ładnie, chyba muszę się z tobą zgodzić – odparł, kontynuując spacer. Miał tylko nadzieję, że żółty środek symbolizuje jej blond włosy, a białe płatki uśmiech – nie na odwrót! – Jeszcze się pytasz? Jasne! Tylko cicho, bo zbliżamy się do celu... – uprzedził córkę, zwalniając nieco kroku. Ostatnie metry przeszli powolutku, krok za kroczkiem, aż w końcu obok jednego z krzaczków, który dopiero zaczynał kwitnąć, dało się zauważyć dom, a właściwie domek, rozmiarami przypominający domek dla lalek. Cały był wykonany z drewna: jednopiętrowy ze spadzistym dachem, lekko porośniętym mchem. Dookoła niego znajdowało się niewysokie ogrodzenie, zrobione jakby z patyczków po lodach. Okna miały proporcjonalnie małe okiennice, a na parapecie znajdowały się maciupcie doniczki na kwiaty. Całość wyglądała solidnie; można było odnieść wrażenie, że może tam zamieszkać równie mały człowiek. I po części właśnie tak było. – Ćśś – Archibald przyłożył palec do ust i kucnął nieopodal. Po krótkiej chwili z okna wyjrzała zielona główka i rozejrzała się niepewnie wokół, w końcu wlepiając spojrzenie w ich sylwetki. Chyba był lekko przestraszony ich obecnością, Archibald nie miał pewności. – To nieśmiałek – wyszeptał, i prawdę powiedziawszy, była to jedyna informacja jaką posiadał o tych stworzeniach. Poza tą, że potrafią wydłubać czarodziejowi oczy, ale po długich dyskusjach z Lorraine w końcu się poddał temu pomysłowi. – Przywitaj się – zaproponował, popychając ją lekko do przodu. Sam wolał zostać z tyłu, żeby nie płoszyć zwierzęcia, poza tym już wystarczająco dokładnie mu się przyjrzał, gdy wymyślili ten prezent i zamawiali mu domek do ogrodu. Od dwóch dni służba niepostrzeżenie przychodziła go dokarmiać. Miał nadzieję, że Molly się spodoba – konkurencja była duża przez tę nieszczęsną głośną papugę od Elroya.


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 7
UZDRAWIANIE : 33
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Tyły posiadłości
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach