Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Święta w Weymouth, 1955
AutorWiadomość
Święta w Weymouth, 1955 [odnośnik]22.12.18 2:25
W Weymouth już od paru dni panował świąteczny nastrój. Skrzaty przyozdobiły posiadłość jodłowymi gałązkami, dzięki czemu wszędzie unosił się przyjemny zapach lasu. W korytarzach porozwijano czerwone dywany, a na każdym obrazie powieszono złote łańcuchy. Nie każdy z przodków był z tego powodu zadowolony - kilkoro z nich prychało ostentacyjnie kiedy tylko ktoś przechodził obok. Inni z kolei odwiedzali się w swoich ramach, by móc wspólnie śpiewać kolędy. Najważniejszym punktem posiadłości była jednak choinka. Jak zawsze gęsta i wysoka, ozdobiona bombkami w rodowych barwach i zwieńczona złotą błyszczącą gwiazdą. Tylko na co poniektórych gałązkach wisiały niepasujące do niczego zabawki wybrane przez dzieci. Niedaleko choinki rozstawiono długi stół, który w świąteczny poranek miał uginać się od talerzy pachnących potraw i kielichów pysznych napojów - każdy miał znaleźć tam swoje ulubione danie. To wszystko sprawiało, że posiadłość w Weymouth nabrała niepowtarzalnego świątecznego charakteru, a to dzięki niemałej pomocy starszej lady Prewett.
Mimo wszystko minęły czasy, kiedy Archibald zrywał się z łóżka bladym świtem, by zjechać po poręczy na sam dół i pobiec w stronę choinki z prędkością złotego znicza. Możliwe, że to zbliżające się trzydzieste urodziny sprawiały, że zdecydowanie bardziej wolał po prostu spać. Marzył mu się długi nieprzerwany niczym sen, wolny od zmartwień pracą czy Zakonem. Jego podświadomość wiedziała jednak, że dzisiejszy dzień jest szczególny, dlatego pomimo swoich ambitnych planów obudził się dużo wcześniej. Westchnął głęboko, ale nie otworzył oczu. Wręcz przeciwnie - zacisnął je jeszcze mocniej, naciągając na głowę poduszkę. - Nie idę, schodzę dopiero na obiad - mruknął niezadowolony, zmuszając swój organizm do ponownego snu. Sam nie potrafił stwierdzić czy minęła zaledwie minuta czy pół godziny, ale żaden sen nie przyszedł. Otworzył więc oczy, wsłuchując się w panującą wokół ciszę. Czyżby wszyscy jeszcze spali? Czy może siedzieli na dole i rozpakowywali prezenty? Lorraine jeszcze leżała w łóżku, więc istniało prawdopodobieństwo, że to jednak on pierwszy się przebudził. - Wesołych świąt - powiedział, ale niezbyt głośno, nie będąc pewnym czy przypadkiem jeszcze nie śpi. Zanim opuścił sypialnię, wsunął stopy w miękkie kapcie i narzucił na plecy elegancki szlafrok. - Wesołe niech będą święta, wesołe niech będą święta! - zaczął śpiewać, o dziwo z łatwością wykrzesując z siebie świąteczny entuzjazm, chociaż jeszcze pięć minut temu zdawał się być przytwierdzony do łóżka i ciepłej pościeli. Przywitał się uprzejmie z obrazami swoich przodków, zatrzymując się na dłużej przy lordzie Bernardzie. - Nie, ja jestem Archibald, Delbert to mój prapradziadek - przypomniał uprzejmie chociaż robił to prawdopodobnie setny raz w przeciągu tego roku. Chciał jak najszybciej uciąć tę rozmowę, z dołu dochodziły już do niego dźwięki zaczarowanego fortepianu i zapach korzennej herbaty.

| Serdecznie witam na Prewettowych świętach! Czas na odpis: 72h (proponuję lub ewentualnie playlistę). Enjoy!


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 7 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 29 +6
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Re: Święta w Weymouth, 1955 [odnośnik]22.12.18 11:34
Przemycenie prezentów z Hogwartu w taki sposób, żeby nie dobrała się do nich dwójka najmłodszych Prewettów, wymagało uruchomienia najbardziej skomplikowanych procedur tajności (i szarych komórek; Rory poświęcił temu znacznie więcej czasu, niż mogłoby się wydawać). Ostatecznie jednak udało mu się wykombinować taką skrytkę, która przetrwała nienaruszona do wielkiego pakowania, uskutecznionego w nocy po północy przy wątłym świetle rozjaśnionej Lumosem różdżki. Trudno więc się dziwić, że prezenty nie zostały opakowane w wyrafinowany sposób - pakunkom daleko było do ideału, ale w całej swojej niedoskonałości widać było, że ktoś poświęcił naprawdę sporo czasu, żeby przyozdobić je od serca (i koszmarnie nieumiejętnie). Do wstążek doczepione były zasuszone kwiaty wraz z nabazgranymi na kolanie życzeniami, ledwie mieszczącymi się w ramach malutkich karteczek.
Jeszcze kilka lat temu biegłby na złamanie karku, żeby skoro świt dorwać się do sprezentowanych mu pakunków, ale chyba w końcu, po dwudziestu latach, zaczynał dorastać - i znacznie większą frajdę sprawiało mu obserwowanie rozentuzjazmowanej Biedroneczki oraz Winnie'ego.
Pragnął sprawić, żeby ten dzień był dla nich jeszcze bardziej wyjątkowy - naprawdę potrzebował wszystkich pokładów silnej woli, żeby po zarwanej nocy wstać tak wcześnie, ale chciał bez świadków odrobinę poczarować i zaaranżować wnętrze, nadając mu jeszcze bardziej świątecznego klimatu.
W domyśle marzyło mu się uzyskać efekt podobny do tego, co w listach opisywał Lex - darował sobie co prawda lodowe figury, bo nie był na takim poziomie zaawansowania, żeby konkurować z dekoratorami Beauxbatons, ale zainspirował się prószącym śniegiem, roztapiającym się w taki sposób, by nie pozostawić żadnych śladów. Oczami wyobraźni widział to wyraźnie.
Aczkolwiek, jak to w jego przypadku bywa, zamierzenia całkowicie rozminęły się z tym, co ostatecznie wyszło spod jego różdżki, a on nie za bardzo wiedział, jak ma teraz uratować sytuację.
Dygocząc z zimna stał na bosaka na coraz zimniejszej podłodze, która pokrywała się śnieżnym puchem. Epicentrum katastrofy - miejsce wskazywane różdżką podczas wymawiania inkantacji, czyli choinka, którą dekorowali zawzięcie tyle czasu, tonęła w śniegu, a prezenty całkowicie zniknęły pod pokrywą zaspy.
- F-f-finite Incanta-t-tem - szczękając zębami wypowiedział zaklęcie, które powinno być niewerbalne, ale w tej całej gorączce zupełnie o tym zapomniał; spróbował zaradzić kataklizmowi, licząc na to, że jakimś cudem opanuje kapryśną pogodę i może nawet uda mu się zatuszować dowody śnieżnej zbrodni, zanim ktokolwiek odkryje, co tu się wydarzyło.

parzyste - udaje się zatrzymać opad; nieparzyste - pada śnieg, pada śnieg...


kołyszę się na nitce nieokreślonych pragnień, palce zaczepiam o rozszczepione na liściu słońce, chwytam umykający wszechświat

Rory Prewett
Zawód : botanik
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
and meet me there,
with bundles of flowers
we'll wait through
the hours of cold
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6716-roratio-prewett https://www.morsmordre.net/t6753-listy-z-nieba-rory https://www.morsmordre.net/t6769-plants-can-read-your-mind https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t6751-skrytka-bankowa-nr-1686#176204 https://www.morsmordre.net/t6754-r-g-prewett#176213
Re: Święta w Weymouth, 1955 [odnośnik]22.12.18 11:34
The member 'Rory Prewett' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 72
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Święta w Weymouth, 1955 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Święta w Weymouth, 1955 [odnośnik]22.12.18 12:28
Zazwyczaj budziła się rano bez nadmiernego entuzjazmu. Ot, kolejny poranek w rodzinnym domu. Kolejny poranek okraszony wspólnym śniadaniem i zajęciami rozłożonymi w czasie, na które trzeba było stawiać się dokładnie co do minuty. Miriam od początku się to nie podobało, wszystkie te lekcje tańca i języków, i gry na fortepianie, ale znaleziono na nią doskonały sposób – za każdym razem wołano ją o odpowiednich godzinach, pozwalając, żeby policzyła, ile zostało jej czasu. I jakoś działało. Chodziła jak w zegarku.
Dzisiejszy poranek zupełnie różnił się od poprzednich, ale tak zupełnie-zupełnie!
Przecież dzisiaj była Gwiazdka!
Obudziła się sama, bez niczyjej pomocy, z werwą, która na pewno nie przystoi młodej damie, ale przystoi za to niecierpliwej pięciolatce, która uwielbia otwierać prezenty. I będzie choinka, dzisiaj jakby inna, znów trzeba będzie policzyć wszystkie bombki, żeby sprawdzić, czy żadna nie uciekła do kominka; będzie gorąca czekolada i przepyszne ciasta, i wszystkie talerze na stole, dla każdego znajdzie się miejsce. Chociaż miała pięć lat, wiele już rozumiała i na wiele rzeczy zwracała uwagę. Zwłaszcza na dźwięki, których od rana było mnóstwo.
Wyleciała ze swojego pokoju jak torpeda, nie czekając, aż pani Picks przyniesie jej nową, świąteczną sukienkę, białe rajstopki i czarne lakierki, wyleciała w bielutkiej sukience nocnej. Pędziła wprost do pokoju rodziców, wierząc głęboko, że ich obudzi. Nie tylko pędzącym za sobą wiatrem, ale przede wszystkim krzykami przeplatanymi z typowym dla Prewetta, pomarańczowym śmiechem.
Wesołego kociołka! – podobało jej się to zawołanie. Wymyśliła je rok temu, słuchając świątecznych piosenek wylatujących z wielkiej tuby gramofonu. Cudem dosięgła okrągłej klamki i otworzyła sobie drzwi do pokoju rodziców. Wpadła do niego jak huragan, wdrapała się na łóżko i zaczęła po nim skakać. Całkiem nieświadoma, że w następne święta każdy taki skok będzie kosztował ją utratę przytomności. Ale teraz cieszmy się i radujmy, póki możemy! – Wesołego kociołka, papciu, mamciu! – zawołała do nich, szczerząc mleczne ząbki w radosnym uśmiechu. Zatrzymała się, kiedy na dole usłyszała ciemny i ciężki odgłos zamykanych drzwi. – Prezenty, prezenty!
Zeskoczyła z łóżka i wybiegła z pokoju dokładnie tak szybko, jak do niego wbiegła. Chciała już zeskakiwać ze schodów niczym dzielny rycerz, ale coś ją powstrzymało. Skuliła palce u stóp, a malutkie dłonie zacisnęła w piąstki. Wyjrzała zza balustrady, a z jej ust uformowało się duże „O”.
Wujcio Rorcio zrobił zimę w salonie! – zawołała, śmiejąc się, aż poczerwieniały jej policzki. Zaraz jednak ten śmiech bardzo szybko ucichł. – I schował prezenty... – jęknęła z żalem.
No bo jak to tak?! To bardzo poważna sprawa!


Zgubiła swe kropki na łące
a może w ogródku na grządce

Molly Prewett
Zawód : żywe srebro Weymouth
Wiek : 8
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
in a world
where you can be
anything
be kind
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4347-miriam-prewett https://www.morsmordre.net/t4371-kremowka#93727 https://www.morsmordre.net/t4362-ile-biedronka-ma-kropek#93426 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4551-miriam-prewett
Re: Święta w Weymouth, 1955 [odnośnik]22.12.18 14:51
Brennus Ealdwin Prewett

Święta, magiczny czas gdy cała rodzina zbiera się razem, aby cieszyć się ze swojej obecności. Miłość i ciepło ogarniało każdego członka rodziny. Nie inaczej było z poczciwym pradziadkiem Brennusem, który już dawno zrzucił na karb swego syna ciężar bycia odpowiedzialnym członkiem rodziny. Chociaż tęsknił za czasem gdy jeszcze nieco krnąbrny (zapewne po swojej płomiennowłosej mateczce z Weasleyów) wskakiwał do jego łoża i skakał pod sam baldachim. Jednakże w roli dziadka odnajdywał się równie dobrze. Podczas gdy wcześniej Fern, a teraz także jego wnuk Archibald musieli brać pod uwagę wychowanie swoich dzieci poprzez przeróżne zakazy on, mając za przywilej swoją wiekowość, mógł usiąść sobie na fotelu przy kominku z kolejnym już pokoleniem na kolanach i snuć niestworzone historie dla kolejnych małych członków rodziny. Przymykał oko na małe wybryki uroczych lady i dostojnych małych lordów, których porywał świąteczny nastrój. Zmęczony był już wydawaniem poleceń, wierzył, że jego najdroższy wnuk ma do tego więcej werwy. On korzystał z rodzinnego spokoju i faktu, że przecież kochane dzieciaczki zawsze lgnęły do dziadziusiów!
I chociaż rankiem bywał kapryśny, jak na człowieka w jego wieku przystało, to dzisiejsza pobudka spowodowana radosną wrzawą podniesioną przez dzieci wcale mu nie przeszkadzała. Ubrawszy się wyszedł ze swojej komnaty i wspierając się delikatnie na drewnianej lasce ruszył w kierunku źródła wesołego rozgardiaszu.
- Czyżby moja mała Biedroneczka rozpoczęła prezentowe dochodzenie? - ciepły chociaż nieco chropowaty głos dziadka Brena rozległ się jeszcze nim pojawił się w zasięgu wzroku małej Miriam i Rory'ego. Oczywiście Ealdwin jak na człowieka przezornego i przede wszystkim starego miał na stopach obuwie, które chroniłoby jego stopy przed zimnem. Ech, to już nie te czasy, kiedy ganiał w śniegu za swymi pociechami, które z samego rana domagały się atencji papy, szczególnie w święta.
- Na brodę Merlina, sprowadziłeś nam tu kawałek Syberii, drogi Roratio? - rzucił, widząc piętrzące się hałdy śniegu, które skutecznie zakryły wszystkie prezenty i niemalże całkowicie przykryły zieloną choinkę. - Chodź Biedroneczko do pradziadka, bo ci nóżki zmarzną - zwrócił się do małego skrzata. - A gdzie Winnie? - zagadnął, spodziewając się obecności kolejnego z prawnucząt. - Chyba nie przysypałeś go śniegiem Roratio? - zwrócił się ponownie do wnuka podejrzliwie, chociaż pewnie złośliwy starzec brał go pod włos, nie mogąc odpuścić sobie takiej okazji.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Święta w Weymouth, 1955 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Święta w Weymouth, 1955 [odnośnik]23.12.18 20:56
Grudzień był najlepszym miesiącem w całym roku. padał śnieg, którego wręcz uwielbiałem, ponieważ mogłem rzucać śnieżkami w Miriam, budować bałwany z Oscarem a wujek Rorcio woził mnie na sankach. W grudniu były też święta, a jak święta to też i prezenty. Dużo prezentów! Ogromna sterta prezentów!! A po prezentach były kolejne prezenty, którymi już nie musiałem dzielić się z Miriam bo były tylko dla mnie, bo trzy dni po świętach były moje urodziny. Uwielbiałem grudzień.
Tego dnia obudziłem się sam, nikt nie musiał mi pomagać. Usłyszałem jakiś huk i byłem trochę zdezo… zdeze… zdezotowany i nie wiedziałem co się dzieje. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że na dole na pewno już czekają prezenty i to Magiczny Elf właśnie podkłada je pod choinkę więc szybciutko zeskoczyłem z łóżka nawet nie zastanawiając się gdzie podziały się moje kapciuszki.
- Orcar! Orcar chodź! Prezenty! - zawołałem do swojego przyjaciela i oboje wybiegliśmy z pokoju.
Ja biegłem korytarzem, a Orcar obok mnie po ścianach. Co jakiś czas ja biegłem pierwszy a co jakiś czas on, ale do schodów dobiegliśmy oboje. Zbiegłem szybciutko i pędem do salonu. A tam wiele się działo!! Aż przeskakiwałem z nóżki na nóżkę piszcząc.
- Śnieg! Śnieg na prezentach i na choince i prezentach i gdzie prezenty, wujku Rorciu! - piszczałem.
Patrzyłem na to przekręcając głowę raz w jedną, a raz w drugą stronę. Miriam już była na dole i też nie wiedziała gdzie są prezenty. Poznałem to po jej minie. I nawet pojawił się dziadek. Pomyślałem chwilę, pogłówkowałem, spojrzałem na Orcara i wyszczerzyłem szeroko swoje ząbki.
- Idę ratować prezenty! - powiedziałem.
Nim wszyscy zdążyli się obejrzeć już biegłem w stronę choinki i usypanej na niej górze śniegu wbijając się w biały puch. I tak samo szybko jak w nią wbiegłem tak samo z niej wybiegłem piszcząc.
- Ajajajajajjjaajajajaja ZIIIIIMNOOOO - krzyknąłem i uczepiłem się nogi najbliżej stojącej osoby, czyli wujka, tak że swoimi stopkami w ogóle nie dotykałem ziemi.
Zmartwiłem się, bo jak to tak święta bez prezentów? A skoro mi się nie udało ich uratować, to jest tylko jedna osoba, która mogła temu zaradzić.
- Gdzie jest tatuś? Kto uratuje prezenty? - zapytałem zaciskając usteczka.- Nie możemy pójść na śniadanie bez prezentów.
I w momencie gdy to powiedziałem zaburczało mi w brzuszku. Mam nadzieję, że wujek niczego nie usłyszał.


Jest gdzieś lecz nie wiadomo gdzieŚwiat, w którym baśń ta dzieje się
Malutki Edwin mieszka w nim
I wiedzie wśród czarodziejów prym

Edwin Prewett
Zawód : Mały lord
Wiek : 6 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4363-edwin-prewett https://www.morsmordre.net/t4371-kremowka https://www.morsmordre.net/t4433-maly-lord#94684 https://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow
Re: Święta w Weymouth, 1955 [odnośnik]24.12.18 1:14
Julia zawsze była pełna skrajności z pozoru całkiem do siebie nie pasujących, jednocześnie poważna i dziecinna, czasem rozsądna, czasem absolutnie nieodpowiedzialna. Być może trudno spodziewać się po niej czegokolwiek, nikt jednak kto wystarczająco dobrze ją zna nie mógłby mieć wątpliwości co do tego, że Prewettówna kochała święta. A może właśnie nie same święta, tylko swój dom w tym okresie. To czas, kiedy wszyscy wychodzili ze swoich komnat i nawet ona odkłała książki, zapominała na chwilę (w miarę możliwości) o pracy i cieszyła się towarzystwem najbliższych. Jako mała dziewczynka starała się ścigać z braćmi i siostrą o to, kto pierwszy dobiegnie do choinki z prezentami (raz nawet postanowiła spać pod choinką, jednak bracia z niejasnych przyczyn uznali to za oszustwo), a potem chciała rzucać się śnieżkami. W końcu Archie nie mógł nigdzie uciekać do chłopców w swoim wieku i musiał bawić się z nią i z Mare, a one były dwie więc mogły decydować w co się będą bawić. I z Rorym też oczywiście, ale jako najmłodszy miał najmniejsze prawo głosu.
Kochała prezenty i słodycze których można jeść do woli (Choć zawsze udawała, że zjadła ich o połowę mniej, jest przecież damą. Nie na tyle żeby zjeść o połowę mniej, ale chociaż poudaje.) ale przede wszystkim tę atmosferę niewinnej, głupkowatej radości, dnia spędzonego na wzajemnym niewinnym dokuczaniu sobie z rodzeństwem i rozmowach z rodzicami czy dziadkami.
Dziś też wstała wcześnie, choć nie udało jej się w tym roku przegonić braci - na przegonienie dzieciaków nawet nie liczyła. Uśmiechnęła się wesoło widząc już z oddali jak dziadek bierze prawnuczkę na ręce, a gdy zbliżyła się na tyle by poczuć chłód dobiegający z salonu, zmarszczyła brwi.
- Co tu się wydarzyło? - uśmiechnęła się lekko, widząc że Roratio stoi po środku idealnego materiału na gigantycznego bałwana, a biedny Edwin trzyma się jego nogi żeby nie przemarznąć. W sumie to nawet zabawnie się na nich patrzyło. Może i Rory dawno ją przerósł, ale na pewno nadal był jej małym braciszkiem, a teraz do jego nogi kleił się na prawdę mały chłopiec przez którego brat Julii może powinien być odbierany poważniej czy dojrzalej... ale nie.
- Wyzywam cię na bitwę na śnieżki w samo południe. - oznajmiła, schylając się by zgarnąć grudkę śniegu w ręce, zanim ktoś sprawi że cały ten śnieg zniknie z salonu na dobre. Był zimny, ale było to w sumie całkiem przyjemne. - Wesołych Świąt wszystkim. - dodała jeszcze, zerkając teraz na dziadka i Mirkę.


She sees the mirror of herself
An image she wants to sell,
To anyone willing to buy.
He steals the image in her kiss,
From her hearts apocalypse.
Julia Prewett
Zawód : Weterynarz
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Podczłowiek i nadczłowiek są podobni w tym, że żaden z nich nie jest człowiekiem.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty
 https://68.media.tumblr.com/f4ac4a87cc99f24b4e90825593c2f7b0/tumblr_oldf5boKP91uhjffgo1_500.gif
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4231-julia-prewett https://www.morsmordre.net/t4525-poczta-julki#96302 https://www.morsmordre.net/t4523-julka-zaprasza#96300 https://www.morsmordre.net/t4527-skrytka-bankowa-nr-1093#96304 https://www.morsmordre.net/t4798-julia-prewett
Re: Święta w Weymouth, 1955 [odnośnik]26.12.18 20:42
Lorraine nigdy nie miała problemu ze wstawaniem. Przyzwyczajona do szlachetnej etykiety budziła się wraz ze świtem. Oczywiście zdarzały się dni, kiedy pozwalała sobie na dłuższe leniuchowanie w łóżku, ale zwykle podnosiła się z łóżka nie mając nawet świadomości, że już pora. Ten świąteczny poranek był pełen cudów, bo choć bardzo chciała wstać na rozpakowywanie prezentów to łóżku tej nocy przyciągało ją do siebie mocniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Do świąt przygotowywali się już od dłuższego czasu. Lorraine była perfekcjonistką i bardzo poważnie brała do siebie obowiązki lady Prewett dlatego robiła wszystko by posiadłość lśniła w blasku lampek, a zapach lasu, jabłek i cynamonu roznosił się między korytarzami.
Rozpakowywanie prezentów było tym na co wszyscy czekali. Lorraine uwielbiała oglądać radość malującą się na twarzach dzieci. Wszyscy podnosili się z łóżek w wesołych nastrojach, nikt nie narzekał na czyhające za rogiem obowiązki. Nawet Lorraine próbując swoich sił w kuchni nie spotykała się ze słowami krytyki, a jedynie z delikatnymi uśmiechami.
Blondynka nie słyszała kiedy jej mąż podniósł się z łóżka. Obudził ją dopiero gwar i podniesione głosy. Wiedziała, że zaspała więc szybko zerwała się z łóżka i narzucając na siebie szlafrok wybiegła z pokoju. Z szerokim uśmiechem stanęła na samej górze schodów. - Zaspałam! - krzyknęła z żalem w głosie w ogóle nie zwracając uwagi na zbierający się wokół choinki śnieg. Dopiero kiedy zeszła na sam dół pokręciła głową z zaskoczeniem by zaraz parsknąć śmiechem. - Jak mogło być inaczej – skomentowała spoglądając na Roriego.
Nie wszyscy zdecydowali się do nich dołączyć, ale wcale jej to nie przeszkadzało. To była ich tradycja i choć nie wszyscy członkowie rodu mieli ochotę ją dzielić to jednak Lorraine nie wyobrażała sobie świąt bez takiego rozpoczęcia dnia. - Wesołych Świąt! - odparła z podekscytowaniem. Spojrzała na zbliżającą się do dziadka córkę, na męża i Julię planującą bitwę na śnieżki. Była wdzięczna za tych wszystkich ludzi i za to, że mogła spędzić kolejne święta w ich towarzystwie. To było największe szczęście. - Winnie! Marsz po skarpetki! - powiedziała do syna widząc jak kurczowo trzyma się nogi wujka by nie zmarznąć przez ciągle padający na nich śnieg.


nie zgłębi umysł - dobrze wiemczemuż dobro w nas przeplata się ze złem? czemuż miast wiecznego dnia - noc między dniem a dniem?
Lorraine Prewett
Zawód : znawca prawa & działacz na rzecz magicznych zwierząt
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
"Każdy zabija kiedyś to, co kocha -
Chcę, aby wszyscy tę prawdę poznali.
Jeden to lepkim pochlebstwem uczyni.
Inny - spojrzeniem, co jak piołun pali.
Tchórz się posłuży wtedy pocałunkiem,
Człowiek odważny - ostrzem zimnej stali"
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4343-lorraine-prewett https://www.morsmordre.net/t4553-rosca#97075 https://www.morsmordre.net/t4552-lady-prewett#97064 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4554-lorraine-prewett#97077
Re: Święta w Weymouth, 1955 [odnośnik]28.12.18 21:41
- Archibald, tak, yhm, wesołych świąt - szybko zakończył pogawędkę z malowanym przodkiem, widząc kątem oka jak jego dzieci szybko przebierają nóżkami, żeby jak najszybciej znaleźć się przy choince. Przecież nie mógł się spóźnić na najważniejszy moment dnia przez dyskusję z obrazem! Czym prędzej skierował swoje kroki na długie schody - wesołego kociołka - odpowiadając Miriam z wyraźnym rozbawieniem, co zresztą nie było trudne, kiedy wokół panowała tak cudowna atmosfera. Wszedł do obszernego salonu z uśmiechem na ustach, który jednak szybko zrzedł, kiedy jego oczom ukazała się ta śnieżna katastrofa. - Co tu się stało - mruknął pod nosem, na dłużej zawieszając wzrok na młodszym bracie. Doprawdy, czasem miał wrażenie jakby dzieliło ich co najmniej dwadzieścia lat, a nie dziesięć! - Rory, zapomniałeś o reniferze - dodał z przekąsem, ale musiał przyznać, że ten biały puch wyglądał cudnie, jeszcze bardziej przystrajając ich posiadłość. - Nie martwcie się, JA uratuję prezenty - powiedział zdecydowanym głosem, który w połączeniu z satynowym szlafrokiem i miękkimi kapciami musiał brzmieć dość komicznie. Całe szczęście, że spędzali poranek w tak małym gronie - przy tych wszystkich ciotkach trzeba było już od świtu biegać we fraku. - Dzień dobry, dziadku - zreflektował się po chwili, że nie przywitał się z wiekowym lordem Brennusem. Właściwie trochę zdziwiła go jego obecność. Myślał, że pojawi się dopiero na uroczystej kolacji. - Wesołego kociołka! - Dodał, już nawet nie zauważając, że te życzenia nie są do końca poprawne.
Jednak zanim zajął się ratowaniem prezentów, po prostu musiał wziąć udział w zapoczątkowanej przez Julię bitwie na śnieżki. I właśnie w nią rzucił swoją pierwszą kulę, drugą celując w dopiero-co-przybyłą Lorraine. Nie pamiętał kiedy ostatnio brał udział w takiej bitwie, pewnie w zeszłym roku, a to przecież było ponad trzysta dni temu! Kapcie już miał wilgotne, ale wyjątkowo nie przeszkadzało mu to w zabawie. Ten dzień zapowiadał się tak wspaniale, tak beztrosko, że aż nie dało się smucić i biernie stać w kącie. - Albalis! - rzucił, a z jego różdżki wydobyły się kolorowe śnieżki, pędzące w kierunku Rory'ego. Archibald zaśmiał się głośno, łapiąc się za bok; ta zabawa rozbawiła go zdecydowanie bardziej niż powinna.

| Czas na odpis: 48h :santa: do 1.01, do zobaczenia za rok! hehe

[bylobrzydkobedzieladnie]


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning



Ostatnio zmieniony przez Archibald Prewett dnia 30.12.18 22:09, w całości zmieniany 1 raz
Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 7 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 29 +6
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Re: Święta w Weymouth, 1955 [odnośnik]28.12.18 23:03
Radosne wesołego kociołka wybrzmiało w posiadłości, zwiastując nieuchronnie zbliżający się moment, w którym rude tornada pojawiają się tuż obok Rory’ego - żądne prezentów skrytych gdzieś w śnieżnym puchu. A jemu pozostanie jedynie mieć nadzieję, że podarki będzie dało się wysuszyć jakimś szybkim zaklęciem.
- Wesołego – robiąc dobrą minę do złej gry przywitał Miri zupełnie tak, jakby biały kryzys był jak najbardziej zamierzony. I pod kontrolą. – W tym roku odbędzie się wielkie, świąteczne polowanie na podarki! – grunt to improwizacja; trybiki w jego mózgu pracowały na tak wysokich obrotach, że aż huczało – jest taka zabawa, w której poszukuje się ukrytych przedmiotów, naprowadzając poszukującego słowami ciepło, jeśli znajduje się on w jego pobliżu albo zimno, jeśli się od niego oddala – wolał pospiesznie wytłumaczyć reguły, gdyby jednak nie słyszała o tej grze – ale my zmienimy zasady i to właśnie zimno - przy tej aranżacji przestrzeni aż się o to prosiło - będzie świadczyło o tym, że znajdujesz się w pobliżu swoich prezentów… to co, policzysz do trzech i… czas start? – chciał zająć ją czymś przez chwilę – zanim nie spróbuje wykombinować, jak pozbyć się zalegającej w salonie hałdy asortymentu zimy.
Jednak chwilę później pojawił się sam dziadek, a przy nim Rory nie mógł już udawać, że zamiast dodatkowej bombki-elfa postanowili w tym roku przyozdobić posiadłość zaspą wielkości trolla górskiego. – Marne szanse, nie ustałby tak długo w jednym miejscu, żebym zdążył go przysypać – odparł, chcąc obrócić wszystko w żart, lecz jego twarz zabarwiła się na czerwono tak intensywnie, że policzki niemalże zlewały się z kosmykami włosów.
O wilkołaku mowa! Maluch przetoczył się przez pomieszczenie z prędkością światła; nim ktokolwiek zdążył zareagować, bohatersko nurkował już w śniegu, spiesząc na ratunek prezentom. I równie ekspresowo się ewakuował, piszcząc przy tym tak uroczo, że Rory – całkowicie rozbrojony tą sytuacją – wybuchnął niekontrolowany śmiechem. Poderwał Winnie’ego, lekkiego jak piórko, żeby nie musiał stać na lodowatej posadzce.
A gdy przyszła Julia, nie omieszkał – jakże dojrzale – osłonić się nim jak tarczą.
- Podnoszę śnieżną rękawicę, szykuj się na sromotną klęskę – uśmiechnął się łobuzersko, rad, że w kwestii walki na śnieżki zawsze mógł na nią liczyć; sam nie wpadłby na to, żeby przed pozbyciem się śniegu wykorzystać w ten sposób zaistniałą sytuację.
Winnie, jesteśmy drużyną, prawda? Trzeba pokazać cioci, jak się walczy na śnieżki – wyszeptał do niego, jednocześnie obracając się tak, żeby plecy Eddie’ego choć częściowo go osłaniały; nie sądził, by Julia zaatakowała małego – a w tym czasie mogą okrążyć choinkę i przygotować się do śnieżnego ataku. – Na zwycięzców czeka największy kawałek deseru po świątecznym śniadaniu – dodał na zachętę, słysząc, jak bratankowi burczy w brzuchu.
Był w stanie posunąć się do wszystkiego – kiedy Lorrie zarządziła marsz po skarpetki, oddał młodemu swoje własne, naciągając je aż po kolana chłopca, żeby nie zsuwały się aż tak bardzo z jego stópek; Roratio to król prowizorycznych rozwiązań. Mrugnął porozumiewawczo do Lorraine, a sam dopadł w końcu strategicznego miejsca, z którego mógł przeprowadzić śnieżkowy szturm.
Nie spodziewał się jednak ataku ze strony dopiero co przybyłego Archie’ego. – Et tu, Brute? – z udawaną wściekłością i włosami we wszystkich kolorach tęczy (trzeba przyznać, że brat miał jednak nie najgorszego cela) zrewanżował się wykrzykując to samo zaklęcie. Jednocześnie porozumiewawczo zniknął swojemu - oby - sojusznikowi w stronę Julii, licząc na to, że Winnie nie będzie tracił czasu i wyceluje w nią śnieżkę.

Albalis:
1-4 – kolorowe śnieżki trafiają w Arcza
5-7 – zbaczają z toru i przyozdabiają koszulę nocną Mirci
8-10 – ups, obrywa jednak dziadzio


kołyszę się na nitce nieokreślonych pragnień, palce zaczepiam o rozszczepione na liściu słońce, chwytam umykający wszechświat

Rory Prewett
Zawód : botanik
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
and meet me there,
with bundles of flowers
we'll wait through
the hours of cold
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6716-roratio-prewett https://www.morsmordre.net/t6753-listy-z-nieba-rory https://www.morsmordre.net/t6769-plants-can-read-your-mind https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t6751-skrytka-bankowa-nr-1686#176204 https://www.morsmordre.net/t6754-r-g-prewett#176213
Re: Święta w Weymouth, 1955 [odnośnik]28.12.18 23:03
The member 'Rory Prewett' has done the following action : Rzut kością


'k10' : 10
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Święta w Weymouth, 1955 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Święta w Weymouth, 1955 [odnośnik]29.12.18 0:43
Brennus Ealdwin Prewett

Lord Bren nie miał pojęcia skąd te wątpliwości co do jego obecności dzisiaj i o tej porze. Jeżeliby zrobić konkurs na najbardziej rozrywkowego staruszka wśród szlachty to z pewnością zająłby pierwsze miejsce (Burkowie to pewnie odpadliby już w przedbiegach albo i eliminacjach). Jak na swoje lata był jeszcze pełnym życia człowiekiem, który nie stronił od tak ciekawych zajęć i wydarzeń w Weymouth jak świąteczny poranek. Tym bardziej, że wraz z ożenkiem Archibalda (który bardzo był podobny do dziadka Brennusa, Delberta, kochany chłopina). Wielka Sala naprawdę zmieniła się w Syberię, a kolejni członkowie szanownego rodu Prewettów zbierali się coraz liczniej. Jak na zawołanie pojawił się malusieńki Edwin, któremu ogniki zapaliły się na widok śniegu, ale żal rozdzierał serduszko z powodu braku prezentów. Zanim jego najstarszy wnuk pojawił się aby uratować sytuację zeszła na dół jego ukochana wnuczka. Przywitał się z nią pewnie, nadal dzielnie trzymając wnuczkę, broniąc jej maleńkie stópki przed chłodem.
- Wesołych Świąt, moja droga - zwrócił się uprzejmie do Lorraine. Chociaż była z Abbottów to zachowywała się jak prawdziwy Prewett! Kto jak kto, ale dziadek wiedział najlepiej i niech podniesie pierwszy śnieżkę kto myśli inaczej. Jest i on, młodzieniec i duma ich rodu. - Witaj Archibaldzie, gustowne kapcie - pochwalił z taką naturalnością, jakby był to najzwyczajniejszy komplement. A może po prostu wydawało mu się, że kapcie takie mięciutkie i puchate to atrybut ludzi starych. Czyli na pewnie nie Brennusa, który czuł się młody ciałem i jeszcze młodszy duchem, o! Cóż, dziadek nie spodziewał się w żadnej chwili lecącej w jego stronę śnieżki. Spojrzał groźnie na Roratio, ścierając dłonią śnieg. - Roratio, ty podstępny żmijoptaku - mruknął, niby poważnie i groźnie chociaż w środku już chichotał. - Biedroneczko - mruknął porozumiewawczo do prawnuczki i sięgnął po różdżkę. Nie posiadał aż takiej cierpliwości, którą przypisuje się ludziom w jego wieku, dlatego machnął różdżką, a dziecięce skarpetki pojawiły się przed ich noskami. On sam zwrócił się w stronę Rory'ego z uśmiechem, który nie mógł zwiastować nic dobrego. - Albalis - poszło, strumień śnieżek poleciał w stronę młodszego z wnucząt. Sam dziadek niczym przy obronie wybrzeży Weymouth rzucił się w wir walki, werbując biedroneczkę do swej drużyny. - Musimy utworzyć swoją bazę kochana Biedroneczko - powiedział konspiracyjnie. Nie taki dziadek stary jak go malują!


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Święta w Weymouth, 1955 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Święta w Weymouth, 1955 [odnośnik]29.12.18 1:04
Uśmiechnęła się szeroko, kiedy Rory przyjął jej wyzwanie, a już zaraz okazało się że cała rodzinka była chętna i to bez czekania i wychodzenia, a tu i teraz. Julia była ostatnią osobą, która odmówiłaby sobie w tej chwili zabawy, zanim jednak przeszła próg sali obiadowej na dobre, uniosła różdżkę.
- Accio buty i szalik. - wypowiedziała, gdyż w pantofelkach w których chodziła po domu, chyba odmarzłyby jej wszystkie palce na tym śniegu. Naciągnięcie solidniejszego obuwia zajęło jej zaledwie krótką chwilę. Szalika nie przywołała dla siebie - otóż każdy kto prowadził kiedykolwiek wojnę wie, że warto jest zjednywać sobie sojuszników. I kiedy Rory zajął się atakiem w którym ucierpiał biedny, kochany dziadzio, ona wykorzystała czas by podejść do brata i jemu zarzucić szalik na szyję.
- Jesteś w mojej drużynie. - oznajmiła mu i chyba nikogo to zbytnio nie dziwiło. Kochała całą rodzinkę, ale Archie był tym starszym bratem do którego zawsze lgnęła na samym początku. No i nie miał prawa odmówić, skoro dostał podarek na pojednanie! - Chodź za stół. I łap Lorraine, trzeba odbić Winniego, on robi z niego tarczę!
Dodała konspiracyjnym szeptem niby to taka strasznie oburzona, że Rory śmie się tak niecnie zachowywać i bronić dzieckiem!
- Ja odwrócę jego uwagę, a ty się przeczołgaj za choinką i go wykradnij. - dodała jak przystało na mistrza taktyki i w ogóle prowadzenia poważnych bitw i wojen na śnieżki i inne takie. Zaatakowałaby też dziadka, ale wojny na dwa fronty się nie wygrywa, a Rorario mu już podpadł, więc wychodziło na to, że może dziadek z Mirką będą po ich stronie. Aż nie ośnieżą do końca małego człowieka-loka przynajmniej, bo wtedy pewnie każdy będzie przeciw każdemu. Albo po prostu zabiorą się za jedzenie, na pewno będzie ciepłe i gorące!
Sama zgodnie z umową wycelowała różdżką w Roratia, celowała w jego twarz bo ta jedynie nie była osłonięta - kule nie były twarde, nie było szans że zrobią mu jakąkolwiek krzywdę poza zimnem.
- Albalis!
Uśmiechnęła się szeroko, rzucając zaklęcie.


1-4 - trafiam w sowę Archiego, która akurat przyleciała z listem i stanęła moim śnieżkom na drodze
5-8 - trafiam Rorka
9-10 - Rorek zdążył osłonić się swoją Winni-tarczą


She sees the mirror of herself
An image she wants to sell,
To anyone willing to buy.
He steals the image in her kiss,
From her hearts apocalypse.
Julia Prewett
Zawód : Weterynarz
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Podczłowiek i nadczłowiek są podobni w tym, że żaden z nich nie jest człowiekiem.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty
 https://68.media.tumblr.com/f4ac4a87cc99f24b4e90825593c2f7b0/tumblr_oldf5boKP91uhjffgo1_500.gif
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4231-julia-prewett https://www.morsmordre.net/t4525-poczta-julki#96302 https://www.morsmordre.net/t4523-julka-zaprasza#96300 https://www.morsmordre.net/t4527-skrytka-bankowa-nr-1093#96304 https://www.morsmordre.net/t4798-julia-prewett
Re: Święta w Weymouth, 1955 [odnośnik]29.12.18 1:04
The member 'Julia Ollivander' has done the following action : Rzut kością


'k10' : 8
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Święta w Weymouth, 1955 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Święta w Weymouth, 1955 [odnośnik]30.12.18 11:43
Tradycje w ich domu zmieniały się z roku na rok. Jak widać nie potrzebowali do tego zbyt wiele. Trochę śniegu, jedno nieudane zaklęcie i bałagan nie do poskromienia. Lorraine była pewna, że za rok o tej porze spotkają się znowu żeby odbyć bitwę na śnieżki. Nie brakowało w ich domu wyobraźni i przede wszystkim czasu żeby z niej skorzystać. Lubili niekonwencjonalne zachowania, kochali własne towarzystwo i dla Lorraine, która przez te wszystkie lata nauczyła się być bardziej Prewettem niżeli Abbottem, było jednoznaczne z definicją rodziny.
Swoimi krzykami prawdopodobnie zdążyli już obudzić cały dom, ale wątpiła w to, że ktokolwiek przyjdzie im tę zabawę przerwać. Gwiazdka to był czas, w którym każdy choć na chwile pozbywał się swojego twardego szlacheckiego spojrzenia. Nawet blondynka, która zwykle naprawdę starała się dawać przykład i nie pozwalała sobie na łamanie zasad, tak w ten czas pozwalała sobie na bycie dzieckiem. To bajkowe myślenie musiało udzielić się każdemu.
Lorraine szybko pojęła, że ten kto nie sięga po śnieżkę bardzo szybko padnie pod ostrzałem, a ona nie miała zamiaru na to pozwolić. W końcu też chciała dotrzeć do prezentów i to jak najszybciej. Widząc lecącą w swoją stronę śnieżkę nie zdążyła się odsunąć. - Archie! - wykrzyknęła już szykując się do rzutu. Stworzyli trzy obozy i każdy chciał jak najszybciej dotrzeć do choinki. Choć magia Roriego zawiodła to dała im sposobność do dobrej zabawy i kompletnego rozbudzenia. Blondynka mogła sobie tylko wyobrazić wzrok innych członków rodziny kiedy zejdą na świąteczne śniadanie i zobaczą to całe pole bitwy. - Winnie nie daj się tak! - dodała ze śmiechem i chowając się za schodami wycelowała różdżkę właśnie w najmłodszego członka ich rodziny. - Albalis! - wypowiedziała zaklęcie.
W salonie zrobiło się już zimno i jej matczyny instynkt nie pozwolił jej na całkowite zignorowanie faktu, że wszyscy na pewno to odchorują. Wszyscy będą musieli później wypić połowę apteczki Archiego, ale zdecydowanie było warto. - Mircia musisz dostać się po prezenty, dziadzio cię ochroni – powiedziała jeszcze do córki uśmiechając się przy tym szeroko. Bardzo mi przykro obozowicze, ale Lorraine nie umie grać w jednej drużynie kiedy jej dzieciaczki są w różnych. Będziecie rodzicami to zrozumiecie.

1-5 - trafia w Winniego
6-10 - upss... coś poszło nie tak, trafia w Roriego


nie zgłębi umysł - dobrze wiemczemuż dobro w nas przeplata się ze złem? czemuż miast wiecznego dnia - noc między dniem a dniem?
Lorraine Prewett
Zawód : znawca prawa & działacz na rzecz magicznych zwierząt
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
"Każdy zabija kiedyś to, co kocha -
Chcę, aby wszyscy tę prawdę poznali.
Jeden to lepkim pochlebstwem uczyni.
Inny - spojrzeniem, co jak piołun pali.
Tchórz się posłuży wtedy pocałunkiem,
Człowiek odważny - ostrzem zimnej stali"
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4343-lorraine-prewett https://www.morsmordre.net/t4553-rosca#97075 https://www.morsmordre.net/t4552-lady-prewett#97064 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4554-lorraine-prewett#97077

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Święta w Weymouth, 1955
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach