Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 [sen] gdy kurz opadnie

Go down 
AutorWiadomość
Gabriel Tonks
Gabriel Tonks

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t6145-gabriel-tonks https://www.morsmordre.net/t6193-gabrysiowe-listy https://www.morsmordre.net/t6192-ja-nie-mam-recepty-na-szczescie https://www.morsmordre.net/f90-manor-road-35 https://www.morsmordre.net/t6795-skrytka-bankowa-nr-1529 https://www.morsmordre.net/t6194-gabriel-tonks
Zawód : kolekcjonuję czarnoksiężników jak karty z czekoladowych żab
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
There is million things
I haven't done
but just you wait
OPCM : 23
UROKI : 10
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

[sen] gdy kurz opadnie  Empty
PisanieTemat: [sen] gdy kurz opadnie    [sen] gdy kurz opadnie  I_icon_minitime05.01.19 18:02

Błysk zaklęć i agonalny ryk były akompaniamentem dla wykrzykiwanych inkantacji. To trwało już za długo. Wrzask - kolejne ciało bezwładnie upadło na kamienną posadzkę.
To ktoś z naszych?
Nie miało to już znaczenia, kolejne istnienie zostało zabrane za pomocą zaklęcia. Czarne chmury, które lata temu zawisły nad Wielką Brytanią, ani myślały o rozstąpieniu się, a mieszkańcy wysp już zapominali czym jest słońce. Zostało ich już niewielu, większość z nich zmarła, broniąc tego w co wierzyli. Ale tak właściwie w co wierzyli? Nie czas na to.
Raz, dwa, trzy.
Wychylił się zza murku, sprawnym ruchem nadgarstka rzucając zaklęcie, zaskakując przeciwnika. Paradoksalnie, utrata jednego oka poprawiła celność rzucanych przez niego zaklęć. A może to lata praktyki? Trudno stwierdzić, wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie. Sam, gdyby ktoś kiedyś powiedział mu jak będzie wyglądało jego życie, nie uwierzyłby. Gdy wojna osiągnęła punkt krytyczny zbiegł do podziemi, nie było innego sposobu na ochronienie swojego życia, na ochronę życia najbliższych, których tracił z każdym kolejnym rokiem. Zapewne na wymienienie wszystkich nazwisk nie starczyłoby doby. Do dziś żałował, że dał się zwieść iluzji szczęścia w czasach okrucieństwa. Żałował, że pozwolił sobie na słabość, kiedy trzymał w ramionach swojego ukochanego syna, Bena, który imię otrzymał po jednym z najmężniejszych (i prawdopodobnie najbardziej porywczych) Gwardzistów. Niemalże fizyczny ból sprawiało mu przywołanie we wspomnieniach dotyku Viviane, które było tak żywe, że niemalże czuł jej delikatne palce, mknące po powierzchni jego skóry. W jego uszach wciąż brzęczał perlisty śmiech małej Leanny, gdy nakładała opaskę na jego oko. Przypominał małe dzwoneczki, których dźwięk był tak czysty i niewinny.
Ich już nie było.
Nie było Theodorica i jego rodziny. Zginął jako pierwszy, nim cała rzeź zaczęła się tak naprawdę. Nie wiedział, że to jego ciało, szczelnie przyciskające do siebie bezwładne zwłoki małej Brianny, znajdzie na kornwalijskim wrzosowisku po otrzymaniu anonimowego zawiadomienia, które przyszło do Kwatery. I jego znaleźli.
Z nich wszystkich została mu jedynie Justine - ostatnia osoba stąpająca po tej ziemi, dla której biło jego serce. Dla której wciąż wstawał, walcząc każdego dnia oto, aby kiedy wojenny kurz opadnie, mogła stanąć o własnych siłach, spojrzeć na niego i powiedzieć z przekonaniem; przeżyliśmy. W wyobrażeniach nadal miał ją jako urocze, drobne stworzenie o różnokolorowych włosach, które zmieniało się wraz z jej nastrojem. Nie, nie była ostatnia. Był ktoś jeszcze, komu powierzył swoją duszę i serce, dla którego gotów był do największego poświęcenia, do zapomnienia o nim. Wracanie wspomnieniami było zbyt bolesne, mógłby w końcu nie wytrzymać i zniknąć, tylko po to, aby przytulić go do siebie. Musiał zapomnieć, aby zapewnić mu przetrwanie, wiedział, że gdziekolwiek jest będzie bezpieczny.
Teraz jego siostra nie miała w sobie nic z owej niewinnej i pełnej dziecięcej radości dziewczyny, którą pamiętał z czasu zanim to się stało. Wirowała wśród rzucanych zaklęć w śmiertelnym tańcu z przeznaczeniem. Kolejne strumienie światła padały z jej różdżki, powalając nadal nie doceniających jej zdolności przeciwników. I on nie przypominał dawnego siebie. Blizna ciągnęła się w linii prostej przez lewe oko aż do żuchwy, robiąc wyrwę w gęstym zarośnie Gabriela. Niegdysiejsza czupryna blond włosów zamieniła się w przydługie włosy, związane rzemykiem, a czerń stała się jedynym kolorem, występującym w ubogiej garderobie Tonksa.
Znowu razem, pomyślał, gdy stojąc z Justine ramię w ramię walczył z siłami wroga. I wtedy to się stało. Celował prosto w nią. Stał tyłem, a koniec różdźki parszywie celował w plecy, chciał pozbawić ją życia bez honoru, chowając się niczym tchórz. Nie ostrzegał, działał. Było to niemalże instynktowne, gdy wyciągnął różdżkę i dosłownie z inkantacją na ustach skoczył pomiędzy zamaskowanego tchórza, a ukochaną siostrę.
- Protego Horri... - wydostało się z jego ust, nim zielony strumień z impetem uderzył w jego klatkę piersiową.
Bezwładne ciało niegdyś silnego mężczyzny, upadło z głuchym łoskotem na kamienną posadzkę. Ostatnie co widział to zachmurzone niebo, przeszyte kolejnym strumieniem światła, które z zielonej barwy przeistaczało się w jaskrawe, białe światło. A potem ciemność...
Wydawało mu się, że powoli zatapia się w owej ciemności, spadając coraz głębiej. Jednakże im niżej się znajdował, tym większy ogarniał go spokój. Jednocześnie miał poczucie nieważkości, kompletnie tracąc kontrolę nad swoim ciałem. Oczy miał otwarte, czy zamknięte? Nie wiedział. Nie wiedział też ile czasu zajęło mu spadanie. Czuł się jakby zasnął, ogarnięty błogim spokojem, którego nie zaznał od bardzo dawna. Miał wrażenie, że cisza, która jeszcze chwilę temu wydawała mu się bezkresna, była jedynie echem dla dobiegającego z oddali delikatnego i melodyjnego głosu. Nie mógł jednak odróżnić poszczególnych słów.
Czy to był sen?
Czerń została zastąpiona przez ciemnopomarańczową poświatę, jak zawsze wtedy gdy próbujesz zamknąć oczy będąc w pomieszczeniu, które było skąpane w słonecznym blasku. Serce mu mocniej zabiło. Justine, pomyślał gorączkowo, otwierając oczy, próbując się poderwać. I wtedy poczuł jak delikatna, kobieca dłoń naciska na jego ramię.
- Csii, spocznij żołnierzu, już dobrze - łagodny, ciepły głos był teraz niesamowicie wyraźny. Matczyny głos koił jego uszy, a jej delikatny dotyk zmusił go do ponownego ułożenia pleców na miękkim materacu. Jego pokój znajdujący się w domu przy Manor Road znowu skąpany był w słońcu. I jedynie przez moment natrętna myśl przypomniała mu o tym, że dom został zburzony wraz z jego rodziną. A jednak znowu tu był, a smukłe dłonie matki gładziły jego ramię.
- Wojna dobiegła końca? Wygraliśmy? - wyszeptał, szukając wzrokiem jej twarzy. Promieniała, wyglądała jakby młodziej niż zapisała się w jego pamięci.
- Ty już swoją wojnę wygrałeś, kochanie, odpocznij - powiedziała, gładząc jego dłoń. - To koniec skarbie, teraz już będzie dobrze. Wszyscy na ciebie czekamy - dodała po chwili.
- Tato! - jasny, przypominający dzwoneczki głos odbił się echem, gdy dziewczynka o jasnych włosach wpadła do pomieszczenia. Znowu poczuł jak małe piąstki zaciskają się na materiale jego niebieskiej koszulki. Uśmiechnął się, czuł jak po policzkach spływają łzy, a on ponownie tuli ją do siebie, swoje oczko w głowie.
Wszystko działo się szybko. Chwilę później siedział na werandzie, trzymając Viviane za rękę. Mała Leanne bawiła się na jego kolanach szmacianą laleczką, a mały Ben siedział na barkach dużego Bena, tego samego, po którym przyszło mu nosić imię. I chociaż wszystko wydawało się być wyjęte jak ze snu to natrętna myśl nie dawała mu spokoju. Początkowo była jedynie jak kamyk w bucie, chociaż nie sprawiała wielkiego bólu to uporczywie o sobie przypominała. Sam jednak nie wiedział co to może być, ale poczucie spokoju zastępowało dziwne uczucie pośpiechu. Jakby zaraz musiał wyjść bo spóźni się na pociąg nie wiadomo dokąd.
- Deser na stole! - zakrzyknęła Leanne, która razem z matką uwijała się w kuchni. Jej imienniczka zsunęła się z gabrielowych kolan, gnając w stronę kuchni. Również Ben niczym wicher pognał w stronę kuchni. I prawie wszystko zdawało się być tak jak powinno.

Siedemnastoletni blondyn leżał na łóżku, wpatrując się w starą fotografię, która nadszarpnięta przez czas ledwie ukazywała twarze przedstawionych postaci. Było to mugolskie zdjęcie, postacie stały nieruchomo. I chociaż twarze były zamazane doskonale wiedział kogo przedstawiają. Wysoki, barczysty mężczyzna w swetrze, na którego barkach siedziała kilkuletnia dziewczynka to Gabriel Tonks, a owa dziewczynka to jego córka, Lea. Przyczepiony do jego boku chłopiec, kurczowo trzymający materiał dżinsowych spodni to Ben - najstarszy syn. Obok stała sporo niższa czarownica o ciemnych włosach i szczerym uśmiech, pani Tonks, trzymająca w rękach zawiniątko - to był on, Ted Tonks. Patrząc na fotografię trudno było mu uwierzyć, że kiedyś jego rodzina była szczęśliwa. Nie pamiętał żadnego z nich, a mimo to tęsknił za ciepłym uśmiechem mamy, który znał jedynie z fotografii kiedyś ukradzionej ciotce. Zastanawiał się jakie byłoby to uczucie, mieć ich wszystkich przy sobie. Próbował pytać, ale za każdym razem spotykał się z murem, którym otoczyli się ci, którzy przeżyli.
Spojrzał na datę zakreśloną w kalendarzu; 18 sierpnia, obchodziliby wtedy urodziny, razem, jak ojciec i syn. Zacisnął usta w wąską linię, kiedy po pokoju rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę - burknął, ale ciotka już wchodziła do środka. Przez chwilę patrzyła się na niego, w dłoniach trzymając starą, ale jeszcze zapieczętowaną kopertę. Wzięła głęboki wdech, wyciągając dłoń z kopertą w jego stronę. - Chciał, żebyś to przeczytał, gdy będziesz w stanie zrozumieć - nie musiała dodawać nic więcej. Zerwał pieczęć z listu, wyciągając ze środka kartkę papieru.

Kochany Edwardzie,
Jeżeli czytasz ten list to znaczy, że dzisiaj obchodzisz swoje siedemnaste urodziny, co znaczy, że osiągnąłeś pełnoletność i stałeś się pełnoprawnym czarodziejem. Oznacza to też, że nie ma mnie przy Tobie, aby móc dzielić radość tego dnia z Tobą. I, na brodę Merlina, bardzo tego żałuję, ponieważ jesteś najpiękniejszym prezentem urodzinowym, jaki kiedykolwiek mogłem otrzymać. Pisząc ten list staram się wyobrazić co czujesz w tej chwili. Zastanawiam się, jak wygląda Twoje życie i czy jest w nim miejsce na pamięć o mnie, o twojej matce, o rodzeństwie. Wierzę, że tak, chciałbym jednak wierzyć, że nie zatraciłeś się w tym wspomnieniu, że żyjesz chwilą nie zatapiając się w przeszłości. Nie ma dla rodzica większego szczęścia, niż bezpieczne życie dziecka. I właśnie tym się kierowałem, chciałem zapewnić Ci bezpieczne życie, musiałem spełnić obowiązek każdego rodzica, chroniącego swoje dziecko. Już raz zawiodłem, nie mogę pozwolić sobie na to ponownie. Korzystaj z tego życia, nie oglądając się na to co było. To trudne, wiem, ale wierzę, że w tym momencie zostałeś otoczony opieką ludzi, którzy Cię kochają, których ja kocham całym sercem. Mam nadzieję, że otrzymałeś takie dzieciństwo na jakie zasłużyłeś, pełne ciepła i miłości otaczających Cię osób. Moim marzeniem jest i zawsze będzie patrzenie jak dorastasz, ale życie napisało dla nas inny scenariusz i musimy się z tym pogodzić. Mam nadzieję, że się z tym pogodzisz.
Wiem, że możesz mieć mi to za złe, że zostawiłem Cię samego, że zamiast ukrywać się i dbać o Twoje bezpieczeństwo rzuciłem się w wir walki, którą mam nadzieję znasz jedynie z lekcji historii. Mój drogi Teddy, obyś nigdy nie musiał mierzyć się z wyborem, z którym mierzę się ja, pisząc ten list do Ciebie. Chciałbym abyś wiedział, że wszystko co zrobiłem, uczyniłem z myślą o Tobie, a jeżeli możesz w spokoju uczęszczać do szkoły, budzić się codzienne rano w ciepłym łóżku, to śmiem twierdzić, że dopiąłem swego. Wiem, że nie zostawiłem Ci wiele, nie czeka na Ciebie bogactwo w jednej ze skrytek Banku Gringotta, a jedyną wartościową rzeczą może okazać się kolekcja starych kart z czekoladowych żab. Mam jednak nadzieję, że zostawiłem Ci dar o wiele cenniejszy, dobre imię, nie splamione tchórzostwem, niemoralnością i niehonorowym postępowaniem. Dla wielu jestem kolejnym nazwiskiem na długiej liście tych, którzy polegli, dla Ciebie chciałbym być ojcem, którego postępowanie zrozumiesz. Walczyłem o lepszy świat dla Ciebie, abyś mógł wychowywać swoje dzieci bez obaw, abyś czerpał z życia garściami. Ty jesteś moją spuścizną i największym skarbem, który po sobie zostawiam.
Żyj, Tedzie, spełniał marzenia, a co najważniejsze nie zapominaj o miłości, chociażby ciemność przykryła ciemną kołdrą cały świat, nie zapominaj o niej, ponieważ to właśnie miłość może okazać się światłem w tunelu, rozświetlającym drogę.
I niezależnie od tego co będzie się działo, pamiętaj, że Cię kocham. Całym sercem, duszą i umysłem. I zawsze, ale to zawsze będę przy Tobie. Mam nadzieję, że w swoim sercu znalazłeś miejsce dla mnie, dla matki i rodzeństwa, które także bardzo Cię kochało. Teddy, mój kochany chłopcze, ciężko mi zakończyć ten list, nie chcąc się z Tobą rozstawać, ale kiedyś trzeba powiedzieć żegnaj. Ja Ci powiem do zobaczenia kiedyś i chociaż już za Tobą tęsknię, mimo iż teraz śpisz spokojnie w kołysce obok mnie, to mam nadzieję, że nie zobaczymy się jeszcze długo. Żyj jak najdłużej synku.


Zawsze i na zawsze kochający,
Tata.


Gdy odkładał pergamin nie wytrzymał, pozwolił łzom popłynąć, wtulając się w ciotkę niczym małe dziecko. Ona także płakała. Płakali razem, przytuleni i nieświadomi tego, że on był tu z nimi. Niewidoczny dla oka siedział tuż obok i chociaż nie czuli jego dotyku to obejmował ich czule, całym sercem chcąc być teraz z nimi.


Powrót do góry Go down
 

[sen] gdy kurz opadnie

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19