Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Ida Lupin
AutorWiadomość
Ida Lupin [odnośnik]16.01.19 0:02

Ida Noel Lupin

Data urodzenia: 17 marca 1935r.
Nazwisko matki: Diggory
Miejsce zamieszkania: Dolina Godryka, Kurnik
Czystość krwi: półkrwi
Status majątkowy: średniozamożny
Zawód: uzdrowicielka - rozpoczęta specjalizacja na oddziale przypadków przedmiotowych
Wzrost: sto siedemdziesiąt centymetrów
Waga: pięćdziesiąt osiem kilogramów
Kolor włosów: lekko rudawe
Kolor oczu: błekitno-zielone
Znaki szczególne: brak



k r ę g o s ł u p
stelaż, podpora, rusztowanie
fundament

Przeczytała kiedyś, że nasz kręgosłup jest tak silny jak dom, z którego wyszliśmy, w którym wychowywano nas i karmiono. Kręgosłup Idy musi być w takim razie z najtwardszego kruszcu.
Bo jej dom był tym, czego życzyłaby każdemu.

Ojciec trzymał ich wszystkich w garści (a należy wspomnieć, że wychowanie czwórki dzieci nie należy do najłatwiejszych rzeczy na świecie), matka natomiast była dobrą duszą, przy której mogli odetchnąć i napełnić żołądki wszystkimi łakociami tego świata. Jako ostatnie dziecko, Ida wszystkiego miała pod dostatkiem – uwagi rodzeństwa, rodziców, zabawek i książek, ale nie wyrastała na krnąbrne, samolubne dziecko, które nie potrafi dzielić się tym, co ma. Wręcz przeciwnie, starsi bracia, a w udziale miała to również i siostra, nauczyli ją, że jeśli nie będzie potrafiła się dzielić, nikt nigdy nie będzie chciał jej obdarowywać. Kiedy razem z Randallem, Lyallem i Betty wychodzili, żeby nazrywać mirabelek, to zawsze ona tym była tą, którą wsadzali sobie na ramiona, żeby zdobyła te najbardziej soczyste, te najdłużej wygrzane w słońcu. Kiedy udało jej się zerwać najwięcej malin w ogrodzie, zawsze dosypywała część siostrze, żeby miały po równo. W drobnostkach uczyła się tego, jak na przyszłość urosną do rzeczy wielkich. Póki pozwalano jej na bycie dzieckiem i wykorzystywanie prawie każdej wolnej chwili na zabawę, korzystała z tego niezwykle chętnie.
Rodzice zapewnili całej czwórce godną edukację przed wysłaniem ich do Hogwartu – przecież państwo Lupin byli w stanie dać sobie prawe ręce odciąć i obrączki sprzedać, tak byli pewni tego, że we wszystkich ich dzieciach obudzi się magia. Ta, która drzemała potulnie w drobnym ciele Idy, musiała być ogromnym śpiochem – otworzyła oczy na świat dopiero, gdy dziewczynka skończyła sześć lat. Najzwyklej w świecie wzleciała pod sufit, gdy tupiąc nóżką i nadymając poliki, próbowała wyperswadować matce swoją rację w jednym z problemów wieku dziecięcego.
Prócz naturalnych potrzeb edukacyjnych, takich jak pisanie, czytanie i liczenie, matka starała się przekazać jak najwięcej wiedzy, którą sama przyjęła od swojej rodzicielki - uczyła swoje córki przede wszystkim gotowania, prostych przepisów, sztuki łączenia ze sobą odpowiednich smaków; przygotowywała je do roli żony i matki, do roli opiekunki domowego ogniska.

Wieczory zawsze naznaczone były kroplą sentymentu – Ida je wręcz uwielbiała – mama nawet, kiedy miała na głowie ogrom obowiązków, znajdowała czas na chwilę dla swojej najmłodszej córki. Opowiadała jej wtedy bajki z dalekich krain, do których doprowadzić mogła tylko wyobraźnia. Opowiadała historie, które przekazywała jej matka i babka, te z kolei zaczerpnęły je od dalszych pokoleń, co sprawiało, że wszystkie słowa tworzące kolejne skrawki dobranocek były niemal stare jak świat i jednocześnie dopiero się rodziły, tworząc spójny obraz. Tuż przed snem, kiedy nad magicznymi krainami pełnymi dziwów zawisł księżyc sugerujący wieczorową porę, z ust pani Lupin wypływały najpiękniejsze z celtyckich kołysanek. Ich słodycz zmuszała Idę do upartego trzymania się jawy, żeby tylko nie uronić ani jednej nuty. Matka codziennie śpiewała jej do snu inną, nigdy nie nudziły się małej czarownicy, w dodatku tak bardzo za nimi przepadała, że gdy podrosła, śpiewały je razem, wzajemnie tuląc się na dobrą noc. Śpiewała je nawet, kiedy wyjechała do Hogwartu (a może zwłaszcza wtedy) albo później, kiedy na stażu siedziała nocami przy chorych, szczególnie przy dzieciach. Rozwijała swój talent przez cały ten czas, choć nigdy poziomem nie dorównała (i nie chciała dorównać) zawodowym śpiewakom. Zachowała tę krztynę magii tyko dla siebie.



s k ó r a
okrywa, chroni, otula
zabliźnia się

Ta należąca do Virginii wygląda okropnie. Naciągnięta, pomarszczona, czerwona, piekąca. Widziała ją w swoim życiu raz. I to jej wystarczyło.

Ciągotę do stawiania sobie nowych wyzwań przejęła po braciach, którzy grzali już dawno ławki w Hogwarcie, kiedy ona robiła z siebie największego w okolicy chojraka. Miała przyjaciółkę, Virginię, która tę cechę chętnie podsycała – nakręcały się nawzajem, włażąc na niebezpiecznie wysokie drzewa, wałęsając się wieczorami po lesie, kopiąc się w głębokim jeziorze niedaleko ich osady. Jednak wszystkie dokonania mogły wydawać się igraszką w stosunku do pomysłu (zwłaszcza jego konsekwencji), na który pewnego ciepłego lata wpadł do jednej z młodych głów.
Kawałek drogi od zabudowań stała stara, opuszczona stodoła z przynależnym do niej zniszczonym domostwem – nikt się tam nie zapuszczał, bo i nie było po co. Ruina odstraszała nie tylko magicznych, ale i mugoli, obie społeczności lubiły tworzyć na jej temat opowieści mające na celu przestrzeżenie dzieci przed udawaniem się w tamto miejsce. Głównie z powodu tego, że drewno murszało z miesiąca na miesiąc i cała konstrukcja groziła zawaleniem. Virginia wpadła na pomysł, żeby ona i Ida spędziły tam noc. Wszystko odbyło się w absolutnej konspiracji – obie rodziny sądziły, że jedna śpi u drugiej i odwrotnie, dopóki one trzymały to w tajemnicy, nikt nie mógł (albo nie chciał) domyślać się prawdy.
Dotarły przed północą, kiedy cała zieleń dookoła szopy ginęła w mroku, a księżyc niemal lśnił w całej swojej okazałości na niebie. To miało być tylko kilka godzin spędzonych w starym budynku, wśród własnych chichotów i długich rozmów o najdrobniejszych sprawach tego świata. Miały zaledwie dziesięć lat.
Ginny nie wytrzymała i uprosiła Idę, żeby zapaliły chociaż jedną świecę. Zapaliły ją razem i postawiły na ostatniej sprawnej półce. Długo rozganiała mroki stodoły, towarzysząc dwóm zagubionym duszom w trakcie ich nocnych pogaduszek – aż do momentu, gdy obie zasnęły, zbyt zmęczone rewelacjami minionego dnia.
Żadna z nich nie usłyszała kota wskakującego przez okno do środka. Żadna nie usłyszała, jak jego zwinne ciało przedostawało się na drugą stronę półki i przez przypadek strąciło z niej świeczkę, która z cichym uderzeniem, niemal głuchym, upadła na stare ścielisko z wysuszonego na wiór siana.
Od momentu wyczucia drażniących smug dymu, który obudził je dopiero, gdy płomienie sięgały już dachu, nie pamięta zbyt wiele. Przebłyski świadomości, które na przestrzeni lat starała się wyprzeć ze swojego umysłu utrwaliły się jednak dostatecznie mocno. Pamięta paraliż ciała, który ją ogarnął, gdy zobaczyła płonącego w rogu starego stracha na wróble; pamięta przeraźliwy krzyk Virginii, która w czasie ucieczki ugrzęzła między płonącymi deskami; pamięta płomienie, które lizały jej ciało, a ona nie mogła ruszyć się z miejsca, żeby chociaż spróbować ją stamtąd wyciągnąć. Naprawdę chciała sięgnąć po jej rękę. Naprawdę chciała biec po rodziców, dom Lupinów był blisko.
Rodzice teleportowali się z pyknięciem ginącym w syku płomieni. Zaklęcia rzucone na palące się deski pomogły na tyle, że ojciec Virginii wyciągnął ją spod nich błyskawicznie. Ale na skórze już błyszczały oparzenia, czerwieniły się, w niektórych miejscach odkrywały czerwoną miazgę, w innych kończyły się krwistymi wstęgami. Później był wrzask i krzyk, targanie za ramiona i obwinianie. Kiedy Ida była już w domu, kuląc się pod ciepłą pościelą, nad Londynem zagrzmiało. Deszcz obmył zwęglone ruiny starej stodoły, do której już nikt nigdy nie miał okazji i nie chciał wchodzić.

Rodzice Virginii zastrzegli, że ich córka nie ma prawa spotykać się z córką państwa Lupinów. Rok później, w dniu wyjazdu do Hogwartu, szukała jej na peronie 9 i ¾, wyglądając ponad głowami uczniów, rozglądając się na wszystkie strony – bez rezultatu. Przeszła jej ochota na psoty, na głupie pomysły, przeszła jej odwaga i chęć popisywania się przed samą sobą. Przez rok rosło w niej poczucie winy, bo chociaż ostatecznie to nie ona była pomysłodawczynią wypadu i tym bardziej zapalenia świecy, zgodziła się na to wszystko, nie myśląc o konsekwencjach. Rodzice porządnie przemówili jej do rozumu, nigdy nie bała się tak bardzo nie o siebie, a o kogoś tak jej bliskiego. Zgromadziła w swojej duszy ogromny dług, którego chęć spłacenia rosła z każdym rokiem spędzonym w Hogwarcie.



r ę k a
trzyma, uderza, obejmuje
prowadzi

Wyprawa na ulicę Pokątną, choć w opowieściach starszego rodzeństwa zdawała się być wyśnionym marzeniem, okazała się okraszonym sentymentem rejsem po kilku sklepach, których odwiedzenie i zostawienie tam gotówki było konieczną czynnością do odhaczenia przed wyprawą do Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Rozglądała się z ciekawością, co raz rozbijaną przez szczypiące poczucie winy i dziwną pustką – były w końcu przyjaciółkami, wielokrotnie omawiały razem całą przeprawę przez zakamarki magicznych uliczek, wspólne wybieranie różdżek i przymierzanie szat.
Magnoliowe drewno z rdzeniem z włosa z grzywy jednorożca leżało idealnie w jej dłoni, a pierwszy nią podryg, do którego zachęcił ją stary Ollivander, wyleczył kilka drobnych zadraśnięć na dłoni matki. I wtedy po raz pierwszy od długiego czasu poczuła się… pokrzepiona. Wreszcie, choć poniekąd nieświadomie, zrobiła coś dobrego, coś budującego.
Z kiełkującą nadzieją, że właśnie rozpoczęła swoją wędrówkę przez magię z tak obiecującym akcentem, wkroczyła do zamku Hogwart, oddając się w pełni w jego zimne ramiona.
Tiara Przydziału nie musiała nawet w pełni obejmować swoim pomarszczonym materiałem jej jasno rdzawej głowy, żeby z całych sił krzyknąć w tłum „Hufflepuff!”. Dom Borsuka przyjął ją z szeroko otwartymi ramionami ludzi pachnących ziołami i kremowym piwem, sokiem dyniowym i herbatą z miodem. Nigdy nie zapomniała o Virginii, ale uczniowie, których przyszło jej wtedy poznać dali jej namiastkę domu, za którym zdążyła już zatęsknić; przyjaźni, której utratę tak bardzo przeżyła.

O zaklęciach, które potrafiły leczyć, dowiedziała się na drugim roku, kiedy jedna z Puchonek z zapałem opowiadała wszystkim dookoła, że jej tatę mianowano ordynatorem oddziału urazów pozaklęciowych szpitalu św. Munga. Codziennie, aż do znudzenia, opisywała kolejne przypadki, z jakimi na co dzień mierzył się jej rodziciel, niemal nadając mu łatkę bohatera tego i pewnie już następnego stulecia. Łamane kończyny, wykrzywione twarze, czarno magiczne urazy, ciało schodzące żywcem z kości – bujna wyobraźnia nie pozwalała jej na markowanie szczegółów. Kiedy wianuszek słuchających ją uczniów nieco się rozrzedził, najwierniejsza pozostała Ida. Zadawała jej mnóstwo pytań – czy jej tata leczył oparzenia, jakich zaklęć używał i skąd dowiedział się o tym wszystkim. Odpowiedzi uzyskiwała coraz mniej, więc postanowiła szukać dalszych wskazówek w bibliotece, wśród niezawodnych ksiąg i manuskryptów, albo w skrzydle szpitalnym, bardziej miarodajnym źródle wiedzy. Była przez to nogą z transmutacji i zaklęć – miała traumę, bała się tak bardzo, że może komuś znowu zrobić krzywdę, że klub pojedynków omijała szerokim łukiem. Radziła sobie lepiej w teorii – zielarstwo i opieka nad magicznymi stworzeniami pozostawały w kręgu jej zainteresowań, częściowo historia magii, astronomia i eliksiroznawstwo. Najlepiej jednak odnalazła się wśród numerologicznych diagramów, wykonywanie obliczeń i docieranie do podstaw magii wyjątkowo przypadło jej do gustu, a kiedy na zajęciach opowiadano o tworzeniu nowych zaklęć, chłonęła nowe informacje jak gąbka, wyobrażając sobie, jak wiele jeszcze uzdrowicielskiej sztuki było przed nią do odkrycia. Nie rezygnowała jednak z życia społecznego, stawiając je czasami nieco wyżej niż szkolne obowiązki. Jeśli ktoś rzucił propozycję turnieju gargulkowego w pokoju wspólnym, prędko wychodziła spod koca i odkładała książkę, żeby tylko odnaleźć znajome twarze i usłyszeć brzmienie radosnego śmiechu. Od esejów wolała bitwy na śnieżki i wiosenne popijanie soku dyniowego na błoniach.
Przed egzaminami jednak, wiedząc już, że kariera uzdrowiciela, o jakiej marzyła, wiele od niej wymagała, przykładała się do nauki, płacząc i narzekając nad książkami, że zabrała się za to stanowczo za późno. Robiła wszystko, żeby nic nie wybuchało w jej kociołku i żeby myszy w końcu stawały się poduszką na igły. Przebrnęła przez to „jakimś cudem” – inaczej nazwać tego nie umiała – ale kiedy już było po wszystkim, odetchnęła z ulgą. Atmosfera rok przed ukończeniem Szkoły była bardzo ciężka – urząd dyrektora objął Grindelwald, wprowadził swój reżim i chociaż pannie Lupin nie pozostało już wiele czasu, odczuła wiele tego konsekwencji na własnej skórze.

Ze łzami w oczach żegnała Hogwart, bo tak naprawdę nie żegnała szkoły, tylko społeczność, swój drugi dom, azyl, ludzi, których kochała. Panował za jego murami człowiek bezwzględny i tyran, ale w młodych czarodziejach wciąż rósł niepokorny duch, który za wszelką cenę chciał mu się przeciwstawić. Jeśli karmiło się go odwagą i lojalnością, dobrze rokował na przyszłe wydarzenia, które miały zalać niepokojem całą Wielką Brytanię.



g ł o w a
myśli, gromadzi, wspomina
zdobywa

Matka płakała, kiedy Ida dostała się na kurs uzdrowicielski – płakała ze szczęścia, oczywiście. Mówili, że od zawsze była zdolna, tylko czasami nie potrafiła odpowiednio zarządzać priorytetami. Tym razem to miało się zmienić. Z niesłabnącym zapałem pochłaniała wszystkie pozycje anatomiczne, jakie tylko udało jej się znaleźć czy to w domowym zaciszu, czy w wielkim gmachu biblioteki londyńskiej. Wydawało jej się, że ludzkie ciało nie miało już dla niej tajemnic – och, jak bardzo się myliła. Mimo trudności pojawiających się z każdym dniem – czy to natury psychologicznej, czy fizycznej – była uparta, tak jak kiedyś, i nawet przez myśl jej nie przeszło, żeby zrezygnować z nauki. I dawała z siebie wszystko.
Była zdolniejsza niż młodzi czarodzieje i czarownice, którzy próbowali przebrnąć przez kurs w tym samym czasie, co ona. Była zdolniejsza, bo chciała się uczyć o ludzkim ciele, o sposobach jego ratowania, łatania dziur i sklejania kości tak, by bardziej nie zaszkodzić. Była zdolniejsza, bo chciała to wszystko wiedzieć, łaknęła wiedzy, która umożliwiała jej bycie jedynym narzędzie, które przywracało ludzkie ciało do pełnej mobilności, życie ściągało grubym sznurem z brzegu świata, przy którym już cumowała łódka. Miała misję do spełnienia, miała dług do spłacenia. O ile w Hogwarcie nie przykładała momentami zbyt dużej wagi do nauki, o tyle na kursie uzdrowicielskim zarywała noce, zmuszając się do przytomności kolejną kawą, żeby wbić sobie do głowy formuły zaklęć, ich właściwości, kolejne składowe ludzkiego organizmu i jego reakcje na pojedyncze bodźce lecznicze. Z uporem maniaka gromadziła elementy, by na sam koniec złożyć je w całość i z wyróżnieniem ukończyć trzy lata nauki. Zgromadziła wiedzę, która była jej narzędziem do walki ze śmiercią – miała w końcu okazję stanąć z nią oko w oko.



o c z y
widzą, obserwują
czasami płaczą

Zawsze życzyła Betty jak najlepiej. Życzyła jej tego w każde urodziny, wręczając w dłonie siostry dwie czekoladowe żaby. Otwierały je wspólnie i wymieniały się kartami. Każde urodziny. Co roku. A teraz zostały już tylko łzy i świeżo uformowany grób. Na stypie, leniwie mieszając łyżką w rosole, pomyślała tylko, że ominęło ją najgorsze – cały chaos formujący się nad Anglią jak palący w płucach dym. Ominął ją strach i niepewność jutra. Mrugała wyjątkowo powoli nad białą porcelaną wypełnioną do połowy mdło pachnącym płynem, zastanawiając się tylko, czy bez niej nadal będą takimi samymi czarodziejami? Czy Randall się zmieni? Oczywiście, że tak, planował kurs aurorski, a Ida czuła, że kierowała nim myśl o dopełnieniu sprawiedliwości. Lyall? Jak będzie z nim? Mama? Tata?
Kończyła staż, była już przy końcu wyczerpującego wyścigu, oddział wypadków przedmiotowych czekał z szeroko otwartymi ramionami ludzi pachnących sterylnością i mocno parzoną, czarną herbatą, świeżą pościelą i miętą, a tu nagle wszystko zaczynało wypadać jej z rąk. Traciła kontrolę, gubiła się w swoich myślach, a przecież uzdrowiciele musieli być czujni, myśleć trzeźwo, wszyscy na nich polegali.

Ubytek w rodzinie był jątrzącą się raną, ale razem chcieli ją uleczyć, być wciąż dla siebie opoką i wsparciem – chociaż Betty, jasnego promyka słońca, który zdawał się wszystkich spajać, już z nimi nie było. Barki uginały się pod nią od ciężaru problemów, ale zdołała ukończyć kurs. Chwila szczęścia była jak mrugnięcie.

Nie wystarczyło, by nabrać sił przed kolejnym krokiem w dorosłość.




Patronus: Gdy chce przywołać patronusa, szuka w głowie wspomnienia, kiedy cała czwórka rodzeństwa na najwyższym w okolicy wzgórzu puszczała latawce, które zrobili sami z małą pomocą ojca-złotej rączki. Widzi wtedy kolorowe, terkoczące na wietrze sylwetki gołębia, motyla i pszczoły. Widzi uśmiechy Randalla, Lyalla i Betty. Widzi ich włosy rozwiewane przez mocny wiatr, twarze ogrzane słońcem. I jest szczęśliwa.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 10 Brak
Zaklęcia i uroki: 0 Brak
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 25 +5 (różdżka)
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 0 Brak
Zwinność: 5 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Anatomia III 25
Astronomia I 2
Historia magii I 2
ONMS I 2
Numerologia II 10
Spostrzegawczość I 2
Zielarstwo I 2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Szczęście I 5
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
RozpoznawalnośćI0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza) I ½
Muzyka (śpiew) II 7
Gotowanie I ½
AktywnośćWartośćWydane punkty
Łyżwiarstwo I ½
Taniec współczesny I ½
Pływanie I ½
GenetykaWartośćWydane punkty
- - 0
Reszta: 10

Wyposażenie

radio, sowa

[bylobrzydkobedzieladnie]


breathe

then begin again



Ostatnio zmieniony przez Ida Lupin dnia 26.01.19 17:11, w całości zmieniany 3 razy
Ida N. Lupin
Zawód : magomedyk z Doliny Godryka
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
it's always darkest
before

the d a w n

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6989-ida-lupin#183439 https://www.morsmordre.net/t7864-swistka#221262 https://www.morsmordre.net/t7027-mleko-i-miod#184948 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t8043-skrytka-bankowa-nr-1619#229623 https://www.morsmordre.net/t8106-i-lupin#231775
Re: Ida Lupin [odnośnik]26.02.19 21:38

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzał: Ramsey Mulciber
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Ida Lupin Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Ida Lupin [odnośnik]26.02.19 21:39


KOMPONENTY bezoar
[02.11.20] Komponenty (lipiec/wrzesień)

BIEGŁOŚCI[16.08.20] Wsiąkiewka (kwiecień-czerwiec): +0,5 PB

HISTORIA ROZWOJU[22.01.19] Karta postaci, -50 PD
[15.08.20] Wykonywanie zawodu (kwiecień-czerwiec): +50 PD
[16.08.20] Wsiąkiewka (kwiecień-czerwiec): +30 PD
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Ida Lupin Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Ida Lupin
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach