Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
W rytmie walca, raz, dwa, trzy
AutorWiadomość
W rytmie walca, raz, dwa, trzy [odnośnik]23.01.19 1:41
czerwiec, 1949 r.
Przepięknie przystrojone pałace lady Nott zawsze robiły wrażenie; muzyka zaczarowanego fortepianu wybrzmiewała w sali pełnym taktem, porywając na parkiet kolejne pary, a on nawet nie spostrzegł się, kiedy znalazł się w towarzystwie pełnym rozszczebiotanych ciotek; nie lubił tego, gry pozorów, zabawy kłamstwami, fałszu i masek, jeszcze zagubiony w politycznych grach, niedoświadczony, zbyt młody i szarpiący się w beznadziejnej walce z łańcuchem powinności. Nie tak dawno skończył nauki we Francji, choć wychowano go w poszanowaniu obowiązków płynących z lordowskiego tytułu, nie potrafił przyjąć go bez buntu rozpaczliwie łaknącego prawa do samostanowienia o własnej przyszłości. Czasem ktoś starszy, a czasem protokół, mówiły mu o tym, z kim wolno mu rozmawiać, co należy tym osobom powiedzieć, co powinien uważać i co musi przemilczeć; pozbawiony dzieciństwa i poddany musztrze szlacheckiego wychowania skonfrontowany z francuską wolnością zagranicy wciąż czuł sprzeciw, który dziś wyrażał się przede wszystkim znudzeniem. Trzymając w ręku kielich szampana nie wsłuchiwał się nadto w dziejące się wokół niego rozmowy, jedynie przytakując, kiedy czyjaś uwaga zwrócona została w jego kierunku; nie próbował odejść, podobna refleksja przeszła mu przez myśl przed paroma chwilami, jednak znajdująca się w gronie kobiet lady Nott - miała na imię Beatrice czy Rowena? -  pośpiesznie zatrzymała go prośbą o potrzymanie szala, bo ponoć nagle zrobiło jej się słabo. Na osłabioną nie wyglądała, nawet gdy dyskretnie przysłoniła twarz wachlarzem, ale ostatecznie nie znał się zanadto na kobiecych dolegliwościach - bardziej sobie pomóc nie pozwoliła, a czując na sobie uważne spojrzenie własnej matki odmówić też nie mógł.
Wodził spojrzeniem po sali, szukając znajomych twarzy; w takich chwilach najczęściej wytchnieniem mu byli Lysander, Percival i Lorcan, jednak pierwszy z nich brylował na parkiecie, a dwóch pozostałych odnaleźć wzrokiem nie mógł wcale - zapewne rozważnie znaleźli kryjówkę skuteczniejszą od jego. Odnalazł za to wzrok własnego ojca, który srogim spojrzeniem przypomniał mu, że to właśnie on był najstarszym synem Rosierów: i to on reprezentował siłę swojego pokolenia. O którą nigdy się nie prosił, ale o to też nikt nie pytał: ambiwalencja ścierała się w nim dwoma skrajnie potężnymi falami, a on nie wiedział jeszcze, która z nich porwie go jako pierwsza, choć za parę lat zapewne nazwałby samego siebie - wewnętrznie rozdartego - głupcem. Odnalazł także kryształowe lustro, w którym dostrzegł własne odbicie - odbicie przyszłości - młodego arystokraty przyozdobionego materiałem uroczystej szaty czarnej barwy, przepiętej szkarłatną szarfą o złotym zdobieniu, w rodowych barwach, i z broszą złotej róży o pięciu kolcach, bo pięcioro ich było, przypiętej do białego fulara pod szyją; po raz pierwszy wpięła mu ją matka przed jego pierwszym przyjęciem tego typu. To nie tak, że czuł się niepewnie, uwielbiał przecież stać w centrum zdarzeń, czym innym było jednak chodzenie jak kogut po wybiegu, a czym innym adrenalina w trakcie smoczych wypraw; dorastał i szukał swojego miejsca, choć wszechświat, przodkowie i kwitnące w ogrodach Chateu Rose róże wskazały mu je w dniu, w którym przyszedł na świat.
Zamyślony nawet nie dostrzegł, kiedy został pośród kobiet sam na sam z lady, której szal wciąż miał w dłoniach i debiutującą siostrą Nottów, która właśnie podchodziła do swojej krewniaczki: ganiąc samemu siebie za opóźnioną reakcję, skłonił się przedeń z szacunkiem, oczekując wyciągniętej dłoni, którą mógłby na powitanie ucałować. Widywał ją jako szkraba, często bawił w Ashfield, jednak dziś  - po raz pierwszy - miał przed sobą nie dziecko, a kobietę. Być może zdumiała go lekko reakcja starszej lady, która w tym samym momencie odebrała swój szal i z zapewnieniem, że czuje się już dobrze, umknęła w głąb sali, ale brakowało mu obycia z dworskimi intrygami i doświadczenia na salonach, by w tym wybiegu dostrzec fortel mający na celu złączenie dwóch rodzin. Niemniej, jego obowiązkiem było dotrzymanie towarzystwa damie, która znalazła się przy nim.
- Lady Nott - powitał ją zatem oficjalnie, w chwilę później wypowiadając jej imię, znali się przecież dobrze: - Elaine - Brzmienie jej imienia wydawało się inne, kiedy widział ją taką: dorosłą, choć przez kolejne wakacje spędzane w Anglii winien przecież widzieć, jakie zmiany przechodzą w niej z roku na rok. - Jak się bawisz?  - Jakże dziwnie brzmiały te słowa, wypowiedziane tak krótko po chłopięcych żartach.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

o b e y

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
W rytmie walca, raz, dwa, trzy 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: W rytmie walca, raz, dwa, trzy [odnośnik]31.03.19 8:30
Spod przymrużonych powiek oglądała koniec świata. Zanim jeszcze wybrzmiało w pełni wewnątrz jej głowy, to ordynarnie przedramatyzowane spostrzeżenie prewencyjnie opatrzone zostało solidną dozą ironii. A jednak, była dość egocentryczna, by tak właśnie pomyśleć. Oto koniec jej wolności – misternie upięte włosy, pomalowane usta, sztywny gorset. Pantofelki stworzone dla ostrożnie stawianych, niewielkich kroków. Ładnie jej w blado szarych koronkach, ładnie w misternie zdobionej tkaninie w barwie leśnej zieleni. Podkreślone usta, kiedy wyginają się w uśmiechu, wyglądają całkiem uroczo. Szyja opleciona srebrnym łańcuszkiem całkiem uroczyście. Wraz z prostym zaklęciem nadającym jej skórze słodkawy zapach, rytuał przemiany dobiegł końca. Elaine Nott została, już niemal oficjalnie prawdziwą kobietą, dumną przedstawicielką wspaniałego rodu.
Zesztywniała i ciężka, taka właśnie wydawała się sobie przed lustrem. Dopiero kiedy postawiła pierwszy krok, potem drugi, wreszcie zakołysała lekko biodrami i wreszcie zrobiła mały obrót wokół własnej osi poczuła, po co te wszystkie zabiegi. Smagające nagie ramię, miękkie włosy. Gładki materiał ocierający się o łydkę. Tak właśnie musiało być. Po schodach zbiegła już lekka, roziskrzona, gotowa. Gdyby powiodło jej się w tym właśnie stanie dotrzeć na salę, kto wie jakby się to skończyło? Zaczerwienione policzki, błyszczące oczy, czy inni poznaliby się na niej, jako na wciąż półdzikim dziecku (jak półgębkiem wciąż nazywali ją niektórzy krewni). Trafiła jednak dość wcześnie na ciocię Beatrice, która, choć na co dzień bardzo miła, omiotła ją skrzętnie wysoce krytycznym spojrzeniem. Bez wypowiedzenia jednego słowa zarazem pochwaliła i zganiła Elaine. Gorset natychmiast wydał się jej mocniej zaciśnięty, sukienka węższa, hol chłodny i surowy, powietrze gęste. Nieco machinalnie poprawiła swoją posturę, wyciągając się w górę, stopy stawiając jedna przy drugiej. Z dyskretniejszym, a przede wszystkim – mniej pewnym uśmiechem skinęła głową do ciotki, która uścisnęła jej dłoń i bez słowa opuściła ją, kierując się do sali. Młodziutka lady Nott została sama. A przed nią? Wyzwanie jak żadne dotąd.
Kiedy wreszcie przekroczyła próg, na krótką chwilę zatrzymało się jej serce. Kolejna, nieznośna klisza! Najwidoczniej od niektórych nie ma ucieczki. Poczuła, jak krew odpływa jej z dłoni, jedną z których zacisnęła silnie na poręczy schodów, po których schodziła już bez zbędnego pośpiechu. Na początku każda twarz, teraz obrócona w jej stronę, wydawała jej się zupełnie obca. Dopiero stopniowo udało jej się wyłowić spośród nich twarze bliskich, przyjaciół, znajomych. Swoje kroki skierowała ku matce, ale zanim zdążyła otworzyć usta (czy w ogóle ktoś jej na to pozwoli?), została przekierowana z powrotem do ciotki Beatrice. Oczywiście, nie stała sama. Póki jednak Elaine pozostawała niezauważona, nie miało to większego znaczenia. Przywita się z należnym szacunkiem, teraz już oficjalnie, z ciocią i powędruje w stronę braci (czemu nie zrobiła tego od razu?). Percival na pewno znajdzie lżejszy, przyjemniejszy sposób by wprowadzić ją w to wszystko. Bez poczucia, że wkroczyła nie na parkiet, ale na szachownicę, i jako maleńki pionek będzie teraz przestawiana z pola na pole, aż do raczej przewidywalnego końca tej akurat bierki.
Tymczasem jednak nie pozostawało jej nic innego jak skupić się wreszcie na towarzyszu ciotki Beatrice. Znajomy profil, postura, choć w tym kontekście i stroju nie wykluczała własnego błędu. Może kuzyn, może nawet dalszy krewny? Nie, wcale nie. Tristan! Kiedy wreszcie (ułamki sekund tu liczyły się jak lata) zwrócił się do niej, na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie, ulga, wreszcie – docelowy, ciepły uśmiech z rodzaju tych, które nie informują o niczym, oprócz o łagodnego sposobu bycia osoby, która obdarza nim swojego rozmówcę. Nawet jeśli nie było to pełną prawdą, pozostawało dość blisko niej, by przychodziło Elaine lekko, niemal naturalnie. Wyciągnęła dłoń, pozwalając złożyć na niej pocałunek.
- Lord Rosier. - tym samym najbardziej oficjalną część mieli już za sobą. Co innego spojrzenia innych. - Tristan. - lekkie skinienie na znak aprobaty względem zwracania się do siebie właśnie w ten sposób. Jak gdyby potrzebował jej zgody! Samo to było w praktyce nawet śmieszniejsze, niż kiedykolwiek oglądane z boku. Jakby tego nie było dosyć, natychmiast nastąpił moment z którego tak często, tak niedawno, bezlitośnie żartowali. Jeden z kącików ust Elaine zadrżał w niedoskonale ukrytym rozbawieniu, oczy błysnęły groźbą zdradzenia się z nieobyczajnością której, jak sądziła, niechybnie wyczekiwała większość gapiów. - Jestem pod ogromnym wrażeniem. - tyle przynajmniej mogła zaoferować szczerze. Przez chwilę wahała się, wreszcie jednak zniżyła głos, jednocześnie patrząc po sali, jak gdyby komentowała ją, nie własny stan. - Charakterystycznym bardziej dla zwierzyny łownej, gdy już zorientuje się co do swojej roli. A Ty? - Znów delikatny uśmiech, znów uniesione brwi. Zainteresowanie było jednak niekłamane. Czy Tristan potrafił rzeczywiście odnaleźć się w tych okolicznościach? Czy mógłby zostać jej przewodnikiem, a jeśli nie – przynajmniej towarzyszem niedoli? Każde ciekawskie spojrzenie, w którym nie dostrzegała za grosz życzliwości upewniało ją, że piękna sala, zachwycająca muzyka i swoisty czar wirujących w tańcu par nie wynagrodzi jej presji, pod którą właśnie się znalazła. Minęło ledwie kilka minut, a już gotowa była, zgodnie z użytą wcześniej metaforą, uciec daleko w las.


It goes on, this world
Stupid and brutal
But I do not
I do not
Elaine Avery
Zawód : strażniczka pamięci
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
jestem z wieczoru,
który nie chce usnąć
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
in all chaos, there is calculation
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6750-elaine-avery#176175 https://www.morsmordre.net/t6767-appenine https://www.morsmordre.net/t6764-my-heart-is-made-from-gold#176786 https://www.morsmordre.net/f230-shropshire-ludlow-castle https://www.morsmordre.net/t6766-skrytka-bankowa-nr-1694 https://www.morsmordre.net/t6765-e-avery
Re: W rytmie walca, raz, dwa, trzy [odnośnik]23.04.19 16:07
Naturalny łagodny uśmiech na jej gładkiej twarzy był jak ostatnia perfekcyjnie dobrana do jej stroju ozdoba, naturalność zresztą zdawała się być dziś jej tarczą w ogóle - naturalnie odnajdywała się między ludźmi, naturalnie stąpała po parkiecie, naturalnie poruszała się w stroju zmyślnie eksponującym wszelkie atuty jej kobiecej sylwetki - nagość ramion przyciągała spojrzenie, ale podążył wzrokiem za ruchem dłoni - którą delikatnie ujął, zgodnie z od dziecka wkładaną do głowy etykietą i jej stalowymi zasadami pochylając się ku niej i ledwie muskając ustami powietrze tuż nad nią - jakby nawet odległość ta została starannie odmierzona. Wyglądało na to, że nawet najbardziej niesforny pies w końcu uginał się pod odpowiednio surową tresurą - nawet jeśli dotrzymywanie towarzystwa pięknym damom było jego zdecydowanie najmniej uciążliwym elementem. Nie sądził jednak, że w tym gronie tak szybko znajdzie się mała Elaine - nie było to wcale szybko, jednak perspektywa młodszej siostry drogiego przyjaciela zawsze wypaczała rzeczywistość. Delikatnie wypuścił jej dłoń, ledwie zauważalnie skinąwszy głową na jej bezgłośne zezwolenie na zwrócenie się do niej imieniem - choć tak absurdalne w kontekście ich relacji, to równocześnie tak niezbędne dzisiaj. Była debiutantką, wiele oczu kierowało się dzisiaj ku niej - jedne pełne podziwu, inne szyderczej oceny.
Oceny, którą z taką łatwością i trafnością wystosowała sobie sama; nie powstrzymał subtelnego drgnięcia kącika jego ust, który uniósł się w rozbawieniu - znajdującym się pod znacznie większą kontrolą niż wtedy, gdy widywali się w sytuacjach nieoficjalnych. Świat nie był sprawiedliwy, wraz z dorosłością chłopcy zyskiwali wolność, stając się mężczyznami - dziewczęta stając się kobietami oddawali ją właśnie im. Chowając się z trzema siostrami nie mógł tego nie rozumieć.
- Moment zdumionej konsternacji trwa tylko chwilę - odparł lekko, odnosząc się do samego momentu polowania. Myślistwo było wielką pasją jego ojca, towarzyszył mu i więcej niż raz patrzył w oczy sarny tuż przed jej śmiercią. Nie mówił głośno, to były słowa przeznaczone dla jej uszu - wychwycone w nieodpowiedni sposób mogłyby zostać podniesione przeciwko niej. Ich świat był pełen głodnych wilków. - Sarna zbiera się do biegu w ułamku sekundy, zając czmycha w zarośla, nim strzał zostanie oddany. Ale ty wciąż tu jesteś, lady. - Nie była sarną, nie była zającem, jako potomkini Nottów była najdalej dumną lwicą, bardziej drapieżną od połowy płochliwych królików na tym parkiecie - co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Nawet, jeśli uciec chciała - wciąż tego przecież nie zrobiła. - Lwica może najwyżej pozwolić sądzić, że to na nią trwają łowy - a zdobywszy nad terenem kontrolę zadecydować, co uczyni dalej. Zdradzisz, lady, o czym w takiej chwili myśli? - I choć mówił z powagą, kącik jego ust wciąż pozostał uniesiony lekko w górę. Rok wcześniej debiutowała jego siostra Marianne i choć jej serce było silne po matce, tamtego dnia była szczerze przerażona - jego obowiązkiem było pomóc jej utrzymać iluzję pewności siebie. Elaine zdawała się poruszać lekko, czemu przeczyły jednak słowa - a przecież nie miała powodów, by pozwolić sobie odebrać grunt spod stóp. Trochę chciał jej to pokazać, a trochę - przewrotnie - uczynić to samemu. Inteligentni ludzie stanowili dla niego rozrywkę samą w sobie.
- Niezgorzej - przyznał w odpowiedzi na jej pytanie, za szczerość również ofiarując jej szczerość; wzbudzoną raczej porywem chwili niż ogólnym wrażeniem. Lubił przegadywać się z Elaine - znacznie bardziej, niż dotrzymywać towarzystwa jej słabowitej - czyżby? - starszej krewnej. - Twoja ciocia jest wyjątkową kobietą - dodał eufemistycznie, pewien, że pojmie sens tego zdania - znała ją bez wątpienia znacznie lepiej od niego i zapewne wystarczająco dobrze, by zrozumieć, od jakich katorg właśnie go wybawiła. Ponad smukłym ramieniem Elaine natrafił jednak na wzrok starszej czarownicy - przeszyty nim na wskroś i z jakiejś nieuzasadnionej przyczyny pewien, że słowa te do niej - choć oddalonej - dotarły - zdecydował się zrehabilitować, nie ściszając już nadnaturalnie głosu. Zostawiła ich samych sobie, zatem nie miała nic na przeciw. - To zapewne nadmierna śmiałość zwracać się w ten sposób do gospodyni, ale mówią, że śmiałym szczęście sprzyja, mniemam też, że zachowanie twojej krewnej mogę uznać za niemą zgodę - pozwolisz mi dotrzymać sobie towarzystwa? W pierwszym odruchu warto zwilżyć usta, poncz jest wyśmienity. - Odnalazł spojrzeniem jasne tęczówki jej oczu, nienachalnie wyciągając ku niej lewe ramię - angielskim zwyczajem dając oparcie pod silniejszą rękę damy, prawą wskazując kierunek stołu nakrytego alkoholem.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

o b e y

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
W rytmie walca, raz, dwa, trzy 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: W rytmie walca, raz, dwa, trzy [odnośnik]04.05.19 0:53
Nawet w nerwach dłonie dziewczyny pozostawały zimne. Czy to również będzie podlegać ocenie? Czy podlegało już w tym momencie? Choć przyjmowali inne kryteria, niż gapie wokół nich, ona i on oceniali się też przecież wzajemnie. Elaine przyglądała się uważnie, jak Tristan nachyla się do jej dłoni, zanim znów mieli okazję nawiązać kontakt wzrokowy. Tak, jak bycie siostrą jego przyjaciela odbiło się na jego postrzeganiu jej, tak i ona zwykła myśleć o nim po prostu jako o jednym z chłopców. Ale czy jeszcze nim był? Rysy jego twarzy wyostrzyły się, jego zachowanie było pewne, choć pozbawione buty. Wydawał się, zgodnie z jej nadziejami, doskonale odnajdywać w okolicznościach, które dla niej były jeszcze na wpół obce. Poniekąd trudno było się temu dziwić. Rosierowie, podobnie jak jej ród, dużą wagę przywiązywali do przygotowania swoich pociech do właściwego zachowania na salonach. Elaine miała jednak przeczucie graniczące z pewnością, że jest coś w prezencji Tristana, nawet jeśli był to jedynie sposób odgrywania przypisanej mu roli, co przynależy wyłącznie jemu.
Co do niej samej... marzyła, by móc unieść się jak ptak ponad wszystko co znała i odlecieć wysoko ponad stawiane przed nią granice tak długo, że figura lwicy przywołana przez jej towarzysza wydała jej się w pierwszym momencie zupełnie obca. A przecież w głębi serca pozostawała lady Nott, lwicą wśród krukonów, pełnią serca oddaną rodzinie. Stąd wciąż jednak daleko było do wizji, którą przedstawił mężczyzna. A jednak, jakby sprowokowana jego słowami, jeszcze raz objęła wzrokiem salę, tym razem nawet bardziej skupiając się na ludziach ich otaczających, bez zawahania odpowiadając spojrzeniem na ich spojrzenia. Nie bez satysfakcji zauważyła, jak niektórzy spuszczają wreszcie wzrok do ziemi.
- Moja uwaga nie była kokieterią. - zapewniła go cichutko, wyraźnie pochłonięta własnymi myślami. - Nie mam więc odpowiedzi na to pytanie. Jeśli jednak do tego czasu będzie lord ciekaw... proszę wrócić z nim za kilka lat. - Na krótką chwilę uśmiech zniknął z jej twarzy. Cokolwiek abstrakcyjny obraz przyszłości stawał się właśnie rzeczywistością. A skoro miała być ze sobą szczera, musiała przyznać, że drogi ucieczki od wytyczonej jej roli były raczej nieliczne, niepraktyczne i zgoła nieprzyjemne. Nie musiała oczywiście i nie zamierzała wpisywać się w każdy aspekt wyobrażeń dotyczących tego kim, a ostatecznie czym, powinna być młoda lady Nott, ale najogólniejsze wytyczne nie pozwalały na ignorancję ani tym bardziej na zmianę w jedną noc. Być może najlepsze, co mogła zrobić, to znaleźć swój własny sposób na rozegranie kolejnych partii. Myśl tą odłożyła jednak na później. Póki co daleka była od toczenia bitew. Na ułamek sekundy zamknęła oczy, a gdy znów je otworzyła jej spojrzenie, a wraz z nim cała twarz zdały się natychmiast wypogodnieć. Nie było w tym zresztą kłamstwa.  
Spodziewając się jej właśnie tam, za swoimi plecami, Elaine mogła pozwolić sobie na dalece bardziej widoczny uśmiech w odpowiedzi na uwagę dotyczącą jej ciotki.
- Nie wątpię, że czas spędzony w jej towarzystwie był... owocny. - Wielokrotne mrugnięcia, niemal częstsze niż wypowiadane przez nią sylaby były na wpół przedramatyzowanym obrazem naiwnego odbioru słów Tristana, a na wpół karykaturą dość rozpoznawalnej cechy lady Nott. - W porównaniu wszystkie tu wypadamy pospolicie i bez polotu. Zdejmuje to ze mnie, muszę przyznać, przynajmniej część presji. Są wzorce, które bezcelowo byłoby ścigać. - zdejmując szybko niezbyt może schlebiającą maskę, którą rozpoznać mogłaby przecież nie tylko jej krewna, pozwoliła sobie jeszcze na kilka zdań, zanim zmiana w zachowaniu Tristana nie uprzytomniła jej skali ograniczeń, z którymi musieli się liczyć. Nawet jeśli chodziło o drobnostki takie, jak czas spędzony na wymienianiu szeptów.
Przez chwilę walczyła z pokusą, by odmówić przyjęcia oferty. W żadnym wypadku nie dlatego, że jego towarzystwo jej się przykrzyło. Przeciwnie, wybór ciotki był nadzwyczaj fortunny, nawet jeśli motywy za nim stojące odbiegały dalece od przewidywanych skutków. Wewnątrz Elaine wciąż jednak trwała walka o to, by pozwolić sobie być prowadzoną. Wskazanie kierunku zanim jeszcze zdążyła dać Tristanowi odpowiedź również, choć może niezamierzenie, przypominał jej o własnej pozycji. Nie mówiąc nic, w pierwszej chwili wyprostowała się nieco bardziej, pozbawiając sylwetkę znaków nabytego z czasem rozluźnienia i odwróciła się. Co istotne, zrobiła to jednak przez ramię znajdujące się bliżej niego, tylko po to, by raz jeszcze spojrzeć w stronę ciotki i dopiero wtedy oprzeć swoją rękę na jego. W tej krótkiej chwili zgoda została wyrażona, pożegnania wymienione, a Elaine mogła znów poświęcić uwagę Tristanowi. - Poncz brzmi nieodzownie.


It goes on, this world
Stupid and brutal
But I do not
I do not
Elaine Avery
Zawód : strażniczka pamięci
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
jestem z wieczoru,
który nie chce usnąć
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
in all chaos, there is calculation
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6750-elaine-avery#176175 https://www.morsmordre.net/t6767-appenine https://www.morsmordre.net/t6764-my-heart-is-made-from-gold#176786 https://www.morsmordre.net/f230-shropshire-ludlow-castle https://www.morsmordre.net/t6766-skrytka-bankowa-nr-1694 https://www.morsmordre.net/t6765-e-avery
Re: W rytmie walca, raz, dwa, trzy [odnośnik]11.05.19 18:01
Zimna dłoń. Blada. Chora? Nie dało się wyzbyć oceny, przynależnej przecież każdej relacji, każdy gest, słowo, poruszenie, miały w życiu znaczenie - choć na salonach znacznie więcej było kobiet i mężczyzn, które przyglądały im się z zajadłością, tylko wypatrując ewentualnych potknięć. Ciesząc się nimi jak drobnymi zwycięstwami, bo kiedy potknięcie przyciągało negatywną uwagę, ta nie koncentrowała się na tych, którzy pozostawali w cieniu. Nie był wcale znacznie starszy od Elaine, dzieliły ich tylko dwa lata - lub aż dwa lata, jeśli spojrzeć na staż nabyty wśród oficjalnych spotkań wyższych sfer.
Musiałby być ślepy, by nie dostrzec jej spojrzenia, spojrzenia, w którym tak łatwo zaiskrzyła duma. Była córą swojego rodu, ale była też tą samą Elaine, którą znał tak długo - dość długo, by wiedzieć, że miała w sobie siłę, która pozwoli jej dzisiaj przetrwać.
- Moje również, lady - odparł lekko, jej śladem unosząc wzrok na salę - na krótko; kiedy już po oficjalnych powitaniach, pozwoleniach, zgodach i życzeniach towarzystwa, mogli spędzić czas ze sobą, mógł zwrócić się wyłącznie do niej. I tak też uczynił, bacząc, by jego słów nie dosłyszał ktokolwiek niepowołany. - Drapieżnikiem jest ten, komu pozwolimy uwierzyć, że nim jest - podobnie jak rolę ofiary przyjmie tylko ten, kto się z nią pogodzi. Godzisz się z nią, Elaine? - dopytał, nieco prowokująco, z iskrą podobną tej, z jaką podczas przekomarzań czy zabaw rzucał jej nieme wyzwanie - dworskie intrygi były grą jak każda inna i choć sam w tym układzie bynajmniej nie obrał tytułu wytrawnego szachisty, to przynajmniej znał już reguły, które był w stanie objaśnić, mniej lub bardziej trafnie. - Za kilka lat może być za późno. Jeśli sarna stanie w miejscu choć na chwilę, przepadnie. - Chciała czasu, ale przecież już go nie miała; stanęła dziś na szachownicy po raz pierwszy, ale figury takie jak ona do akcji włączane były zazwyczaj szybko - i nie miało znaczenia, że żadne z nich nie miało świadomości, że to już się wydarzyło. Pogodność na jej twarzy, której starczyło ledwie mrugnięcie, by rozjaśnić jasne lico lady, nabrałaby każdego, kto przed momentem nie wymienił z nią tamtych słów - ale nie zamierzał tego nijak komentować, wszyscy byli dziś na tej scenie aktorami i nikt nie żądał szczerości.
Nie powstrzymał kącika ust unoszącego się wnet ku górze, gdy Elaine zażartowała z ciotki - przerysowane trzepotanie czarnym wachlarzem rzęs perfekcyjnie odwzorowywało nawyki starszej damy. Prócz rozbawienia zrodziło się w nim jednak szczere przekonanie, że Elaine była dziś na parkiecie jedną z niewielu młodych kobiet, której atutem okazywała się nie tylko niebywała uroda, ale i bystry umysł. To nie tak, że się tego nie spodziewał, znał ją przecież nie od dziś - ale nigdy wcześniej nie widział w niej kobiety, była chochlikiem, młodszą siostrą Nottów, dziś miał przed sobą damę w każdym znaczeniu tego słowa - która wcale nie musiała walczyć o uwagę, przyciągając ją naturalnie.
- Kaktusy też miewają owoce - odparł konspiracyjnie, odnosząc się do owocności owego spotkania; z ulgą przyjmując fakt, że tym razem jego niezręcznej niegrzeczności nikt poza nią dosłyszeć nie mógł. - Cechujesz się nadmierną skromnością, pani, zdajesz się mieć wzorzec skrupulatnie przysposobiony. Połączeniem tych gestów z twym naturalnym wdziękiem oczarujesz dziś wszystkich i bez trudu przyćmisz ciotkę - zapewnił z powagą, nie dodając, by baczyła na palce kawalerów, którzy mogliby chcieć jej usłużnie pomóc wyjąć przeszkodę z oka; i tak stąpali po cienkiej linii, nabijając się z jej krewnej tuż za jej plecami. Nie chciał ani narobić jej kłopotów ani nieopacznie doprowadzić do tragicznego kryzysu dyplomatycznego z zaufanym sojusznikiem nieopacznie rzuconym słowem.
Zadarł lekko brodę w naturalnym dla siebie geście, nie odsuwając się jednak, gdy przez ramię odnalazła spojrzenie krewnej - odczekał na tę zgodę, dopiero w trakcie oczekiwania pojmując jej doniosłość. Jak i to, że odmowa wiązałaby się z zawodem, kątem oka badał jej twarz, póki nie uchwycił potwierdzenia.
- Sprawisz mi tym, pani, nieodzowną  radość - zapewnił z rozbawioną iskrą, a czując jej dłoń na jego, poprowadził ją we wskazanym wcześniej kierunku. - Jakże zabawnie byłoby wlać do tego ponczu fiolkę zdradzieckiego veritaserum - mruknął od niechcenia, rozlewając delikatny alkohol do kielichów - pośród których pierwszy wręczył towarzyszce z subtelnym ukłonem, drugi zachowując dla siebie. - Udaj, że je pijesz i odpowiedz - dodał, bynajmniej nie tonem prośby, raczej wyzwania rzucanego w dziecięcych zabawach - jesteś gotowa zwrócić ku sobie wzrok na parkiecie, czy jednak zabrać cię stąd do ogrodów? - Kim jesteś dzisiaj, Elaine, płochą sarną czy dumną lwicą?



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

o b e y

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
W rytmie walca, raz, dwa, trzy 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: W rytmie walca, raz, dwa, trzy [odnośnik]16.05.19 3:39
Poczucie, że jest nie na swoim miejscu i niepewność z niego wynikająca zostały stopniowo przyćmione dużo silniej zakorzenionym poczuciem własnej wartości, które z taką łatwością przywołał na pierwszy plan Tristan. Tym przyjemniej było Elaine doświadczyć, jak szybko niektórzy poddają się dominacji, choćby tylko powierzchownej, bazującej na spojrzeniu. W sytuacji debiutu nawet to miało oczywiście określoną cenę. Nottowie nigdy nie słynęli z pokory, jednak w młodej kobiecie, niezależnie od przynależności rodowej, często oczekiwano jej dużych pokładów. Czym innym było stawianie siebie ponad szeroko pojętym motłochem, kiedy jednak potencjalna przyszła żona zdradzała się z podobnymi tendencjami względem reszty szlachty, sama siebie odsłaniała jako wyzwanie. Co więcej, w przypadku Elaine był to właściwie pierwszy wysłany otoczeniu komunikat. Czemu wyzwanie to miało być warte podjęcia pozostało wciąż nieotwartą dla większości kwestią.
Wskazówka dotycząca przydziału ról drapieżcy i ofiary w ich otoczeniu wyraźnie zaciekawiła Elaine. Spojrzenie, którym obdarowała Tristana było uważne i poniekąd badawcze, choć starała się nie być przy tym zbyt nachalna. Trudno było mieć wątpliwość, na jakiej pozycji sam siebie obsadził. Było mu z tym do twarzy.
- Czy prawdziwy drapieżnik czeka na czyjekolwiek pozwolenie? - Tak naprawdę kusiło ją już wcześniej by zapytać co właściwie kryje się za “my” w pozwolimy, wyraźnie prowokacyjne pytanie Tristan naprowadziło ją jednak na nieco inny tor rozważań. Nie miała na nie zbyt wiele czasu. Jak na ironię, powodem była uwaga dotycząca dokładnie tego problemu. W tych słowach Elaine nie udało się dostrzec tego samego stopnia przekory, która towarzyszyła początkowi ich dyskusji a to uczyniło przyjęcie ich jeszcze trudniejszym. Impulsywność nie była obca jej naturze, jednak do tego momentu wszelkie jej przejawy próbowano w niej zdusić. To też było konsekwencją cenionych i kultywowanych przez Nottów sposobów odnajdywania się w świecie. - Sarna, owszem.
Unikała rozmów o niczym ale już zmiana tematu na mniej poważny, choć zupełnie poważne mogły być jego konsekwencje, przyjęła z ulgą. Kpiąc z ciotki pozwalała sobie być może na zbyt dużo swobody, poczuła się jednak dzięki temu jeszcze pewniej. Tak, stąpali teraz razem po cienkiej linii, ale w tym właśnie Elaine odnajdywała się dużo lepiej. Musiała przy tym przyznać, że Tristan również w tej sytuacji był zarazem godnym sojusznikiem, jak i przeciwnikiem. Kąciki jej ust zadrżały, zdradzając jak blisko była do wybuchu śmiechu w reakcji na jego słowa. Stało za tym więcej, niż rozbawienie. Mimo wyraźnej ironii, przeczuwała między wierszami autentyczny komplement. Trudno powiedzieć jak przyjęłaby go z innego źródła. Oferowany przez Tristana przypominał jednak o przemianie, która z jej perspektywy bardzo nagle dotknęła ich relacji. Nerwowy chichot panien na wydaniu był kolejną rzeczą, z których niedawno łatwo było jej kpić. Teraz jednak sama właśnie o taką reakcję się otarła. Bardzo dziwna była myśl, że czas spędzony przez nich razem, nawet w żartach, miał nagle nieść ze sobą zupełnie inne znaczenie.
Gdy po uzyskanej ze strony ciotki aprobacie odwróciła się z powrotem do Tristana zdołała dojrzeć jeszcze cień jego pierwszej reakcji. Mimo wysoko uniesionej głowy, nie wydawał się już tak pewny, jak się tego spodziewała. Specyficzna atmosfera, którą sama sprowokowała, zelżała jednak bardzo szybko.
- Kuszące...! - odpowiedziała rozbawiona, jeszcze raz przekierowując wzrok na salę. - Jestem pewna, że mój debiut przeszedłby wtedy do historii. Nikt zapewne nie pamiętałby w tych okolicznościach o mojej na nim obecności, ale jestem gotowa na to poświęcenie. Myślisz, że obyłoby się bez ofiar? - odwracając twarz w jego stronę uniosła lekko jedną brew. Jako dobra wychowanka domu Nott naoglądała się w życiu dość archiwów, by zdawać sobie sprawę przede wszystkim z tego, czego nie da się w nich wyczytać po fakcie. Występki i zdrady niewypowiedziane i omijane w rozmowie nie mogły jednak być tak łatwo zapomniane. W każdym razie nie przez tych, których dotyczyły bezpośrednio. Ze skinieniem głowy przyjęła oferowany kielich, wstrzymała się jednak od spróbowania napoju.
Kolejne wyzwanie nie było może zupełnie niespodziewane, ale wezwanie do absolutnej szczerości wzbudziło w niej pewien niepokój, póki nie zostało uzupełnione o konkretne pytanie. Nie było tak groźne, jak podpowiadał instynkt.
- Do ogrodów... - powtórzyła po nim, zamiast zdecydowania w jej głosie dało się jednak usłyszeć przede wszystkim wahanie, sugerujące trwającą kontemplację. Kontrastowało to dość wyraźnie z niezbyt starannie ukrywanym rozbawieniem, z którym Elaine patrzyła na Tristana. Na tym etapie wiedziała już na pewno, że nie tylko ona wzbudza zainteresowanie. Nie tylko ona przyciąga spojrzenia. - ...bez towarzystwa. Podejrzewam, że znam więcej zaklęć defensywnych niż dziewczęta, które już teraz wpatrują się we mnie ostrzegawczo kiedykolwiek znały ofensywnych. Niestety podejrzewam też, że żadne zaklęcie nie uchroniłoby mnie przed gniewem cioci. - w jej oczach nie było jednak ani krzty strachu. Nie to, że zupełnie pożegnała się z dyskomfortem, który odczuwała pod presją kierowanej ku niej, a właściwie ku nim, uwagi. Odczuwając go miała jednak coraz większą ochotę, by działać mu wbrew. Tym razem więc nie próbowała  uniknąć jednoznacznej odpowiedzi na pytanie. - Jestem gotowa, jeśli ty jesteś.


It goes on, this world
Stupid and brutal
But I do not
I do not
Elaine Avery
Zawód : strażniczka pamięci
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
jestem z wieczoru,
który nie chce usnąć
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
in all chaos, there is calculation
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6750-elaine-avery#176175 https://www.morsmordre.net/t6767-appenine https://www.morsmordre.net/t6764-my-heart-is-made-from-gold#176786 https://www.morsmordre.net/f230-shropshire-ludlow-castle https://www.morsmordre.net/t6766-skrytka-bankowa-nr-1694 https://www.morsmordre.net/t6765-e-avery
Re: W rytmie walca, raz, dwa, trzy [odnośnik]04.06.19 20:25
Kącik jego ust drgnął, kiedy usłyszał pytanie zadane przez Elaine; być może jeszcze rok lub dwa lata temu odważne właściwie stwierdzenie, bo nie było to pytanie wyzute z sugestii, wytrąciłoby go z pantałyku, ale już nie dzisiaj. Zawsze przemawiała przez niego pewność siebie, jednak zdawało się, że im był starszy, tym wyżej naturalnie układał podbródek i tym trudniej było mu podkopać grunt pod nogami; w towarzystwie pięknych lady odnajdywał się na tyle swobodnie, że na spojrzenia własnych nadgorliwych ciotek odpowiadał jedynie pobłażliwą arogancją - a być może gdyby jednak wciąż patrzył pod nogi dostrzegłby, że oto z radością wszedł w zastawione na niego sidła równie nieświadomie, co sama Elaine. Ostrza tych sideł nie były jednak ostre, zanęta ładnie pachniała, a kolejne chwile w przyjemnym towarzystwie mijały szybko.
- Drapieżnik nigdy - odparł lekko, z przekonaniem, i choć zgadzał się przecież z towarzyszką, w jego głosie błysnęło coś przekornego; dziś wiedział już, że drapieżnik nigdy nie nazwie się sam drapieżnikiem - w ten sposób tylko utraciłby przewagę. Smok atakuje z przestworzy bez ostrzeżenia - wtedy, kiedy najdzie go ku temu ochota. Tristan wierzył, że idąc za operowaną przez nich metaforą na tej sali na próżno byłoby szukać drapieżnika równie sprawnego, co on sam, nawet jeśli dopiero słowa Elaine uświadomiły go w realności krążących od pewnego czasu myśli. Elaine nie była już dziewczynką, tak jak on nie był ciągnącym ją za warkocze chłopcem; nie zmieniła się tylko ona, zmienili się oni i rodzaj łączącej ich relacji. - Przyjaciel zawsze - dodał po chwili, uchwyciwszy wyraz jej twarzy kątem oka; samemu zastanawiając się, czym właściwie były wypowiedziane przez niego słowa - deklaracją raczej nie, drapieżnik przed atakiem kryje się w zaroślach, by sprawnie wykorzystać element zaskoczenia i uśpić czujność ofiary. Ofiarą  mogła być i lwica - jeśli tylko natrafi na szczególnego przeciwnika. Jagnięta mogły odwracać wzrok na jej dumne spojrzenia, ale jagnięta nie były wiele warte. Czy wypowiadając te słowa tak naprawdę - w sposób oczywiście sprzeczny z ich sensem - sam wychodził na szachownicę naprzeciw niej? Kim tak naprawdę był w tej układance: dziś sam nie wiedział i czuł, że z każdą chwilą wie raczej coraz mniej niż coraz więcej. Skinął lekko głową na podkreślenie jej pozycji - nie była sarną, być może o jedno lub dwa uderzenia serca zbyt długo przyglądając się jej twarzy tak uroczo rozbawionej jego słowy.
- Ciocia Aurelia musiałaby przyznać, że krój jej sukni nieprzypadkowo przypomina krój lady Ulenny - stwierdził ze zmarszczoną brwią, na krótko owiewając salę spojrzeniem - szukając wspomnianych przez siebie kobiet. Ich rozmowę usłyszał przypadkowo, ale w rozmowę wszedł gładko i z przerysowanym przekonaniem, zupełnie jakby plotkowanie o strojach nadobnych dam było bliskie jego sercu. Nie było. - Wątpię, żeby ta prawda porwała tylko jedną ofiarę. Wuj Henry stanąłby w obronie jej honoru, a że wydaje się już trochę podpity, poległby sromotnie. To z kolei sprowokowałoby zemstę ze strony jego ciotecznego brata - wuja Leonarda - mówił ostrożnie, starając się nie pogubić w zawiłościach rodzinnych koligacji; wszyscy na tej sali byli jedną wielką rodziną i było w tym coś zabawnego. - Wuj Leonard w 1905 r. został mistrzem Klubu Pojedynków i wciąż wierzy, że jest równie dobry, co wtedy. Najpewniej skrzywdziłby sam siebie - ale to raczej nie zatrzymałoby łańcucha nieszczęść, bo jego rodzina oskarżyłaby o wszystko ciocię Ulennę. A ta, jak wiadomo, lubi zabawy z ogniem... - zamyślił się, zupełnie serio, nad tym, jak długo przetrwałby ich szlachetny stan, gdyby ktoś nagle nakazał im mówić prawdę. - Pytanie powinno brzmieć, czy my zdołamy wówczas ujść stąd z życiem. - On raczej nie, kilka kobiet usłyszałoby, że jednak nie są aż tak interesujące, jak je zapewniał, a jego czcigodny ojciec, że w zasadzie ma w poważaniu te jego obowiązki, odpowiedzialności i wszystko inne, w imię czego wzywał go od urodzenia.
Upił łyk ponczu, bardziej po to, by ukryć reakcję twarzy, niż po to, by zaspokoić pragnienie, gdy Elaine bezlitośnie obnażyła jego propozycję z niedopowiedzeń.
- Zawsze możemy zaprosić również ciocię, jeśli obawiasz się stąd oddalić bez jej oka - stwierdził, unosząc lekko kącik ust, z czymś prowokacyjnym w głosie. Lubiła wyzwania, prawda? - To zazdrość, Elaine - zapewnił ją, odnosząc się do zerkających na nią dziewcząt - Ściągasz dziś wiele uwagi swoją urodą. Towarzyszący im kawalerowie, zamiast skupić się na towarzystwie pięknych dziewcząt, czekają, aż sobie pójdę. Ale zostawić lwicę na pastwę tych rekinów byłoby okrutną podłością. Nie śmiem obiecywać ochrony przed gniewem lady Nott, nawet najdzielniejszy błędny rycerz winien zatrzymać się przed smokiem, który skruszy jego kopię. Ale jeśli zgubimy się pośród tańczących par, być może umkniemy bokiem tak, że nikt nie zdoła tego dojrzeć... - Jego ściszone słowa miały dotrzeć tylko do niej, na twarzy igrało rozbawienie, aż podjęła decyzję - sam wpierw nie odpowiedział, zamierzając uczynić to, jak należy. Odłożył szklaneczkę, odstępując od stołu, by stanąć naprzeciw niej, wpierw odnajdując wzrokiem wciąż czujną ciotkę - nie zamierzając drażnić starej lwicy odczekał na jej nieme zezwolenie wyrażone kiwnięciem głowy - po czym ukłonił się dworsko, elegancko przed Elaine, pewnie wyciągając dłoń. - Lady Nott, mogę prosić? - Był gotów - zawsze był, w tle rozległy się pierwsze nuty angielskiego walca.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

o b e y

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
W rytmie walca, raz, dwa, trzy 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: W rytmie walca, raz, dwa, trzy [odnośnik]20.06.19 6:36
Czas zdawał się nieco zwolnić. Zdania, które wymieniali stały się coraz krótsze. Złośliwostki względem otaczającej ich szlachty stawały się stopniowo czymś zupełnie innym nie tylko w porównaniu do tego, co kiedyś ale i tego, co na moment wcześniej. Nawet cisza nabrzmiała znaczeniami, z których Elaine rozumiała jedynie tyle, że nie potrafi ich właściwie rozczytać. Nie przewidywała jednak powrotu do roli sarny. Może mogłaby wtedy szerzej otworzyć oczy, może dostrzegałby dokładniej ostry zarys szczęki Tristana, pojęła lepiej ostre spojrzenia jego krewnych i własnych, również tych, które wymieniali między sobą bez ich udziału. Na co jednak zdałoby jej się to wszystko na tę krótką chwilę przed ucieczką? Nie, podjęła już decyzję. Jej powieki opadły nieco, jej oczy nie zmrużyły się jednak w skupieniu na tym co dookoła, a przymknęły na sposób charakterystyczny dla momentów introspekcji. Wewnątrz siebie również nie szukała schronienia, jak czyniła to niejednokrotnie dotąd. Sięgała jedynie po słowa. Odpowiednie.
- Być może, lordzie Rosier - skinęła głową w szczerym uznaniu dla jego słów - jedno z drugim jest jednym z tych pozornie nieznośnych paradoksów, które napotykamy i przyjmujemy na co dzień bez odrobiny zdziwienia. Gdy siła, której nie da się zatrzymać, spotyka się z obiektem, którego nie da się poruszyć.
Czas znowu przyspieszył. To nawet nie było to. Czas między nimi falował, pulsował, wymykał się naturalnemu porządkowi rzeczy. Przez chwilę, która zapowiadała się jak wieczność Elaine czuła, że są nieuchwytni. Znowu, jak dzieci, na które nikt nie zwraca większej uwagi, dopóki przemykają dość zręcznie między stolikami. Wiodła wzrokiem po sali w rytm wyliczanki, którą zaoferował jej Tristan. Tak dokładne rozeznanie, choć przede wszystkim komiczne, zrobiło na niej wrażenie. Wyobrażała sobie, że takie rzeczy są ponad nim. Najwyraźniej zupełnie się myliła. No, niemal zupełnie. Zrezygnowała z przyglądania się kolejnym wspominanym przez niego krewnym na rzecz dyskrecji i własnej wyobraźni wspartej na znajomości większości z ich twarzy. W zamian, jej wzrok spoczął na kończącym już własną tyradę Tristanie. Bardzo płynnie przeszedł od raczej kontrastowej prezencji do harmonii wizerunku i zachowania, pozostając w tym naprawdę zajmującym.
- To chyba łączy nas wszystkich. - Wtrącenie w reakcji na uwagę dotyczącą skłonności lady Ulenny do zabaw z ogniem było dalekie od ostrożnie wymierzonego. Wyglądało na to, że wyobrażenie o zastosowaniu veritaserum okazało się aż nadto sugestywne w jej przypadku. Upiła kolejny, maleńki łyk ponczu w pełni świadoma, że jej wcześniejsze słowa wystarczą również za odpowiedź na późniejsze pytanie. Jeśli ktokolwiek zechciałby jej wysłuchać, na pewno nie miałaby szansy przemawiać długo.
- Byłoby wspaniale - zamknęła usta, odczekała jeden oddech, kąciki jej ust bardzo delikatnie uniosły się ku górze - ale nie wybaczyłabym sobie gdyby musiała ze względu na mnie przerywać, choćby na moment... rozmowę. - monolog lepiej oddawałby stan rzeczy, ale o tym nie trzeba było mówić głośno, nie tylko dlatego, że nie wypadało. Na wyzwanie odpowiedziała wyzwaniem. Może w innych okolicznościach? Zanim jednak jej słowa zdążyły przebrzmieć, doczekała odpowiedzi. Tym razem nie szukała już wzrokiem ani rzeczonych dziewcząt, ani kawalerów, ani smoka. Skorygowała być może nazbyt rozluźnioną sylwetkę, jej spojrzenie odnalazło punkt zawieszony gdzieś w przestrzeni tuż ponad ramieniem Tristana, twarz straciła na wyrazie, spojrzenie na blasku. Ostrzeżenie. Tak naprawdę tańczyli już od dłuższego czasu, osobno, a jednak razem. Elaine nie należała jednak do osób, które mają naturalną łatwość w byciu prowadzonym. Słyszała to bez ustanku na lekcjach tańca w dzieciństwie i tam też nauczyła się to korygować. Wciąż był to jednak czasem wybór, czasem wysiłek, czasem tylko maska. Ten moment wydał jej się właściwy, by o tym przypomnieć. Nie było tu już wahania, które poprzedziło podanie mu ręki wcześniej. Była pauza, starannie wymierzona. Nie napięcie, a znużenie. Obelżywe. Cóż z tego, że tylko pozorne? - Nie będę uciekać.
Nawet tu wdarła się dwuznaczność, akcentowana spojrzeniem, którym wreszcie na nowo obdarowała Tristana. Ostre, ale i przychylne. Za to ostatnie zganiła sama siebie. Tak, ostrzeżenie miało być jedynie nim, nie zamierzała przecież robić scen, nie zamierzała odrzucać propozycji tańca, ani tym bardziej wciąż jeszcze mile widzianego towarzystwa. Nie zaszkodziłoby jej jednak zapewne, gdyby dość jasno wybrzmiało, czego sobie nie życzy. Nie zaszkodziłoby, gdyby naprawdę była oburzona. Nie była. Bawiła się ogniem.
Dygnęła, jego śladem odłożyła na stolik kieliszek i pozwoliła poprowadzić się na parkiet. Tu było już łatwiej. Muzyka narzucała rytm, przewidywalny był przebieg i finał rozgrywki. Naturalna lekkość spotykała się z latami dyscypliny, pozwalając na swobodny ruch w ramach wyuczonych figur. Mimo to, krew odpłynęła jej z dłoni i stóp. Mrowienie ust wymusiło na niej delikatne zagryzienie dolnej wargi. To nie stres. To nie lęk. To nie płochość. Jak płocha może być lwica? Pod iloma spojrzeniami wolno jej ugiąć kark? Swój Elaine wyprostowała bardziej. Uniosła podbródek wyżej, gestem niemal bliźniaczym do tego, jaki był charakterystyczny dla jej partnera. Nie była gotowa. Nie będzie gotowa. Nie miało to już żadnego znaczenia. Zrobiła krok, uniosła się na palcach, lewą dłoń oparła delikatnie na jego ramieniu. Czas się nie zatrzymał, muzyka nie ucichła. Bal trwał nadal.


It goes on, this world
Stupid and brutal
But I do not
I do not
Elaine Avery
Zawód : strażniczka pamięci
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
jestem z wieczoru,
który nie chce usnąć
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
in all chaos, there is calculation
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6750-elaine-avery#176175 https://www.morsmordre.net/t6767-appenine https://www.morsmordre.net/t6764-my-heart-is-made-from-gold#176786 https://www.morsmordre.net/f230-shropshire-ludlow-castle https://www.morsmordre.net/t6766-skrytka-bankowa-nr-1694 https://www.morsmordre.net/t6765-e-avery
Re: W rytmie walca, raz, dwa, trzy [odnośnik]23.06.19 3:47
Słowa Elaine były nadzwyczaj trafne, choć nie mniej zaskakujące, niż cała ta sytuacja; być może tak było, być może właśnie to, że znał ją tak długo, sprawiło, że dziś spojrzał na nią inaczej - być może jednocześnie z tego samego powodu tak lekko było przejść z jednego w drugie i tylko pozornie, a może udając, nie dostrzegać różnicy. Stała przed nim jako dama, olśniewająca nie tylko podkreśloną jak nigdy niebanalną urodą, ale i elokwencją, którą znał przecież dobrze i docenił znacznie wcześniej. Nie zaprzeczając jej słowom, milcząc, mówił tak naprawdę wszystko i był tego świadomy, a właściwie chyba mu to nawet nie przeszkadzało. Dopiero teraz dostrzegł wszak, że stojąca przed nim kobieta chłonie jego uwagę w pełni, że tańczące wokół pary, podobnie jak spojrzenia krewnych, nie mają większego znaczenia, że opowiadając długą i zawiłą historię konfliktów bliższej lub dalszej rodziny szuka na jej twarzy uśmiechu, z jakiegoś powodu chcąc go tam ujrzeć. Było w tej chwili coś ulotnego, dość, by powiedzieć - magicznego.
- Bez wątpienia - odparł na odważną uwagę, nie odejmując spojrzenia od oczu Elaine, zastanawiając się, czy miały bardziej odcień chmurnego nieba czy raczej morskiej wody, choć jedno i drugie uchodziło za równie zachwycające, co nieobliczalne. Zastanawiał się też nad myślami, które kryły się za tymi szarymi barwami - a których tak naprawdę nie mogło wydobyć dzisiaj żadne veritaserum. - Lecz czy można za to winić kogokolwiek? Ogień może pali się krótko, ale intensywnie - po stokroć wolę to od statycznej monotonni. Nawet roślina uschnie, gdy odetnie się ją od silniejszych wrażeń. - Różom trzeba było obcinać pędy, inaczej więdły, stawały się mało okazałe, biedne, nudne. Wbrew pozorom - i nieco krótkowzrocznie - jej ciotka wcale nie wydawała mu się groźnym żywiołem, zyskał jej milczące pozwolenie, a może nawet aprobatę.
- Słusznie - przytaknął z powagą, nie wracając już do jej krewnej spojrzeniem, nazbyt często rzucane nie tylko byłyby niegrzeczne, ale i mogłyby jej zasugerować, że rozmowa w jakimś stopniu dotyczy jej samej - a to byłoby wielce niefortunne i przy odrobinie samozaparcia z jej strony właściwie mogłoby obfitować w skandal. - Jej aktualny partner w dyskusji byłby wielce zawiedziony, pewnie nawet nie zdążył jeszcze przedstawić swojego stanowiska w tej zajmującej... sprawie. - I pewnie nie zdąży już nigdy, bo lady Nott nieszczególnie ono interesowało. Ale sięgnięcie jedynie po półprawdę, która była mu - im - na rękę zdawało się znacznie bardziej kuszące, nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy oboje byli świadomi przywoływanego absurdu. Im bardziej stanowczo odmawiała ucieczki w ogrodowe zacisza, tym pewniej i tym mocniej przekonany był do niej on - ciotka Elaine była jednak ostatnią osobą, którą chciał tam mieć ze sobą. Zwłoka w przyjęciu propozycji, podobnie jak znużenie, które wdarło się na jej twarz, nie wytrąciły go z pewności siebie - ostrzeżenie zostało zrozumiane, ale i on lubił igrać z ogniem. Ale drapieżnik - lęka się tylko silniejszych od siebie. Ostre spojrzenie naznaczone jednak trudną do uchwycenia miękkością, napotkało wzrok nie mniej intensywny - ponoć na wojnie dozwolone były wszelkie chwyty, szermierkę był w stanie prowadzić na naprawdę wielu płaszczyznach. Było mu też daleko do jagniąt, takich jak te, które wcześniej umykały przed nią wzrokiem. Skinął powoli głową, bardziej w zadowoleniu na jej zgodę, niż odpowiedź sprzed paru chwil - pewnym krokiem wyprowadzając ją na parkiet. Złożył dłoń na jej plecach, usztywniając ramę - porywając w taniec, w którym prowadzenie przychodziło mu z naturalną łatwością. Walc był tańcem dystyngowanym, ale pełnym sprzeczności - ich kroki stanowiły przecież swoje odwrotności, przekorę i było w tym coś metaforycznego. Nie był może wybitnym tancerzem, ale kroki znał doskonale - tak jak doskonale opanował musztrę nakazującą mu wyzbywać się niedbalstwa w postawie. Uniesiony w górę podbródek opuścił jako pierwszy, ruch, muzyka i stukanie obcasików nie tylko Elaine, ale i innych kobiet wokół, wymusiły to na nim, by przedostać się przez hałasy; podtrzymanie rozmowy w trakcie tańca było przecież w dobrym tone, nic to, że w tym celu znaleźć się musiał nieco zbyt blisko, jej ramienia, jej ucha.
- A jednak uciekasz, Elaine - zwrócił się do niej dość sugestywnie, półszeptem dość głośnym, by mogła go usłyszeć i dość cichym, by chcąc słyszeć nie mogła się odsunąć. Postawiła swoją granicę jasno, a jako debiutantka przyciągała dziś więcej spojrzeń, przecież to widział. I wiedział też, że z tego samego powodu jego propozycja była odważniejsza i mniej stosowna, niż w jakichkolwiek innych warunkach. Ale o tym, jak bardzo lubił igrać z ogniem, świadczyła chociażby skryta pod rękawem eleganckiej szaty rozległa świeża blizna po smoczym płomieniu, która miała zostać z nim już na zawsze, a która po pierwszej połowie tańca wymusiła na nim bólem lekkie drżenie lewego ramienia. Iskier w jego oczach dostrzec jednak nie mogła, gdy poprawił postawę, odchylając głowę w tył i w bok, płynąc w dalszą melodię; w jego głowie kłębiły się burzliwie mało zrozumiałe myśli krystalizujące się w pragnienie. Czego pragnął konkretnie - nie do końca był jeszcze pewien.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

o b e y

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
W rytmie walca, raz, dwa, trzy 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: W rytmie walca, raz, dwa, trzy [odnośnik]23.06.19 9:33
Zdawało jej się, że słowa których była najmniej pewna, dotyczące codziennych paradoksów, zrobiły na Tristanie największe dotąd wrażenie. A może było to coś innego, co odczytał z nich sam, bez jej udziału? Jeśli tak, nie zdecydował się podzielić z nią swoimi przemyśleniami. Nawet to powodowało u niej niedosyt. Niedosyt, którego pełne było to ich spotkanie. Nigdy dotąd nie czuła go przy nim, nie potrafiła też wytłumaczyć samej sobie, czego dotyczyło. Oczywiście, konwenanse ograniczały ich teraz bardziej, niż zwykle i początkowo bardzo ją to uwierało. Jednocześnie jednak, te same konwenanse wyniosły ich na zupełnie inną płaszczyznę porozumienia; wymuszając inne zachowanie, wymusiły inne spojrzenie. Między wymienianymi kosztem innych żartami uświadomiła sobie, jak katastrofalne dla ich znajomości mogły być te okoliczności. Jeden fałszywy ruch, łatwy do wybaczenia w gronie podrostków, urastał nagle do wagi katastrofy. Tak byłoby, gdyby zostali przyłapani na kpinach, poniekąd przecież otwartych, z szanowanych, starszych krewnych. A co z możliwą katastrofą między nimi? Czuła się trochę jak na spacerze po linie. Bardzo lubiła to uczucie, nie zaspokajało jednak niedosytu, który raz po raz o sobie przypominał. Urastał, kiedy Tristan zatrzymywał spojrzenie na jej oczach. Kiedy trwali tak, czasem tylko przez moment, dłużej po jej uwadze na temat ognia. Czy właśnie jego szukał w jej oczach? Czy potrafił go dostrzec? Czy był równie widoczny, co odczuwalny dla niej?
- Pozostaje mi więc życzyć lordowi życia pełnego silnych wrażeń, przeplatanych monotonią tylko w takim stopniu, by kolejne wybuchy wciąż napawały zachwytem. - Sama podskórnie spodziewała się, a może marzyła o życiu właśnie takim, jakim je opisał. Krótkim i intensywnym. Podobna wizja w jego przypadku wywoływała w niej jednak wewnętrzny bunt. Tacy mężczyźni... tacy ludzie jak on potrafią przeżyć wiele i wyjść z trudności silniejszymi. Nie był jedynie iskrą. Zdaniem Elaine groziło mu raczej zostanie pożogą. Dużą siłę bywa niezwykle trudno okiełznać.
A na okiełznaniu, wbrew wszystkim wyuczonym regułom, Tristanowi zdawało się zupełnie nie zależeć. Pociągnął jej żart dalej, nie ustępując jej ani kroku. Nie była to z jej perspektywy gonitwa, jeszcze nie teraz. Rywalizacja, owszem. Mierzenie się i prezentacja, któremu z nich dalej do owieczek, których nie brakowało wokół. Temu drażnieniu się coraz bardziej brakowało jednak niewinności, wystarczył jeden zwinny manewr i Elaine sama stanęła na pozycji, której teraz miała bronić. Oczywiście, nie musiała. Salony pełne były szmerów na temat panien, które tylko oczekują, o ile nie prowokują, podobnych sytuacji. Ona nie była jedną z nich, ale też opinie na ten temat panien, które decydowały się dyskutować o tym na głos nieszczególnie ją poruszały. Rozumiała sens jego propozycji, rozumiała konsekwencje. Nie odnajdywała w sobie zgody na żadne z nich. To również odbiło się w jej oczach, kiedy poświęcili jeszcze moment na ten ostatni pojedynek przed tańcem. Nie bała się jego przeszywającego spojrzenia. Przeciwnie, upodobała je sobie.
Zaskakująco lekko było jej z nim tańczyć. Nie była beznadziejną tancerką, ale próby dominacji, zamiast prowadzenia, często albo nieporadne lub wprost agresywne powodowały, że sama próbowała przejąć tę rolę. Nigdy nie kończyło się to dobrze. Tristan również na parkiecie nie brakowało pewności siebie, ale nigdzie jej nie ciągnął, nie zamykał, nie dociskał, nie naciskał. Z lekkością prowadził ją poprzez kroki i figury obydwoje znali doskonale od dziecka. To była prawdziwa ulga. Jej spłoszone myśli ustąpiły skupieniu na muzyce, na ruchu, na przyjemności. To, że zbliża się do niej bardziej odczuła, zanim zdążyła zauważyć. Półprzymknięte dotąd powieki zamiast otworzyć, domknęły się, pozwalając Elaine przestawić się na inne odczucia. Rejestrowała tylko barwę jego głosu na tle trwającego balu, tylko temperaturę jego oddechu na własnej skórze. Słowa dotarły do niej z nieznacznym opóźnieniem, co chyba było celem. Podniosła wzrok, kątem oka próbowała na nowo ściągnąć jego wzrok. Nie zadane na głos, ale przekazane dość dobitnie poprzez uniesione brwi, poprzez rozchylone w uśmiechu usta, poprzez zaczepne spojrzenie pytanie brzmiało: naprawdę tak ci się wydaje? Nie wysilała się, by odpowiedzieć szeptem na jego szept. Żeby wykazać, że nie, nie ucieka. Broni swojej pozycji, wciąż jednak pozostaje na miejscu. Wyczuła lekkie drżenie jego ręki. Zaskakująca słabość. Objaw choroby, urazu? To drugie wydawało jej się bardziej prawdopodobne, ale nie mogła mieć pewności. Czuła i widziała jednak ponad wszelką wątpliwość zapewne niezauważalny dla innych objaw. Najgrzeczniej w tych okolicznościach byłoby może go zignorować, dawno jednak przekroczyli granicę, za którą traciło to na znaczeniu. Każdy skuteczny chwyt warty był próby. Kolejna figura, i nagle wymierzony ciut nieprecyzyjnie krok pozostawił ją na palcach, bliżej partnera, niż przewidywał protokół. Usta musnęły materiał tuż pod wysokością jego lewego ramienia. - Nie szukaj mnie, Tristanie.
Skorygowała się natychmiast, zwiększając odległość, głowę odwracając na bok. Jedynie jej usta pozostały rozchylone. To przez nie teraz oddychała, odrobinę ciężej, niż kiedy zaczęli tańczyć. Walc, jak każdy, miał jednak zaraz dobiec końca. Ona wróci do krewnych, przyjmie kolejne zaproszenia do tańca od bliskich kuzynów i kompletnych nieznajomych. Nie ucieknie, ale też nie zaryzykuje pożaru. Pozostanie lwicą tresowaną w złotej klatce.

ztx2


It goes on, this world
Stupid and brutal
But I do not
I do not
Elaine Avery
Zawód : strażniczka pamięci
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
jestem z wieczoru,
który nie chce usnąć
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
in all chaos, there is calculation
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6750-elaine-avery#176175 https://www.morsmordre.net/t6767-appenine https://www.morsmordre.net/t6764-my-heart-is-made-from-gold#176786 https://www.morsmordre.net/f230-shropshire-ludlow-castle https://www.morsmordre.net/t6766-skrytka-bankowa-nr-1694 https://www.morsmordre.net/t6765-e-avery
W rytmie walca, raz, dwa, trzy
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach