Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Sala przesłuchań
AutorWiadomość
Sala przesłuchań [odnośnik]26.01.19 20:28
First topic message reminder :

Sala przesłuchań

Małe pomieszczenie mające nie więcej niż cztery metry długości i trzy szerokości. Na ścianach nie ma ozdób ani nawet tynku. Na nagich cegłach połyskuje jedynie typowa dla Tower wilgoć. W centrum znajduje się stolik oraz para ustawionych naprzeciwko siebie krzeseł. Pod sufitem skrzy magiczne, ostre światło, które jedynie uwydatnia ascetyzm pomieszczenia. Jedna ze ścian sali jest zaczarowana tak, że jest jednostronnie przeźroczysta i przepuszcza dźwięk. Dzięki temu kandydaci na aurorów mogą zza niej uczyć się od starszych kolegów sztuki przesłuchiwania.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Sala przesłuchań [odnośnik]06.08.21 18:16
Doskwierała mu myśl, że są tu zamknięci. Że nigdy ich nie wypuszczą, że nie wyjdą. Oddychał ciężko, za wszelką cenę próbując się opanować, ale im mocniej o tym myślał, im bardziej się skupiał na tym, by przestać się bać, tym bardziej brakowało mu powietrza w płucach, a w głowie wszystko zaczęło wirować. Ściany niebezpiecznie zwężały się, zacieśniając przestrzeń, w której egzystowali. Zamknięcie ich tutaj, w tak małym pomieszczeniu samo w sobie było torturą. Sheila uciekła — słyszał to, choć coraz mocniej szumiało mu w głowie. Ten cholerny ból potylicy nie dawał mu o sobie zapomnieć. To było duże pocieszenie, ale nie był w stanie się na tym skupić. Wokół była tylko ciemność, wilgotne ściany, głos własnego ojca, który coraz silniej przemawiał w jego głowie. Jakby czuł, że zaraz tu wejdzie, ze stał po drugiej stronie i tylko słuchał. Czekał, aż pęknie. Słyszał słowa własnego brata. Zaczepne, pełne jadu, gniewu. Może to one odciągnęły jego uwagę od drzwi. Obrócił ku niemu głowę, spoglądając nieco nieprzytomnie, ale z każda chwilą zyskując coraz większą świadomość tego, co się działo. O czym on mówił? Po co ta prowokacja? Po co to wszystko? Złość jednego na drugiego, na Merlina, głąby. Zamknęli nas tutaj. Co oni robili? Romskie słowa brata zlewały mu się z angielskim. Krew w nim już wrzała od pewnej chwili, ale paraliżowała go, koncentrowała na ucieczce i rosnącej panice, której nie potrafił powstrzymać — a tu, za jego plecami awantura skutecznie odwracała jego uwagę. —Kretyni— powiedział z niedowierzaniem, wyrzucił z siebie szybko odrywając się od drzwi, jakby nagle coś przeskoczyło, a on mógł się odkleić od blokady w przejściu, by do nich doskoczyć; nie, by między nich wejść, rozdzielić ich, zanim się pozabijają. Idioci, zamknęli nas. Zamknęli, kretyni, a wy skaczecie sobie do gardeł?!— Był wściekły; jeśli przyjdzie mu tu tkwić całą wieczność z dwoma trupami, nie zniesie tego, nie wytrzyma. Głąby jedne, gdzie oni mieli głowy, w wiadrze pełnym fekaliów, z gównem zamiast mózgu. Byli tu razem, musieli być razem, silni i w kupie. Wróg był tam, za drzwiami, tam się czaił, czekał, jak dziki zwierz, odwlekający moment ataku, by zaatakować, kiedy ofiara będzie już zbyt zmęczona, by się bronić. Wszedł w nich bez namysłu, może wpadł całym sobą, twarzą do Marcela. Nie będą się tu prać po gębach, nie teraz.

| nie wiem, co robię, próbuję między nich wejść, powstrzymać ich, rozdzielić to nie wiem, zwinność? chcę zdążyć nim Tomek dostanie


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]06.08.21 18:16
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 69
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]06.08.21 20:16
Cela nie należała do najmniejszych, jakich można było spodziewać się w londyńskim więzieniu. Była wygodna, relatywnie przestronna, ponieważ znajdowała się na piętrze i stanowiła tymczasowe miejsce pobytu więźniów oczekujących rychłego przesłuchania. Ciemność, mieszająca w głowie prostota oraz poczucie zamknięcia w szczelnym, kamiennym schronie potęgowały niepewność. Po niedługim czasie spędzonym w dusznych oparach zaczęło kręcić wam się w głowach; odnieśliście wrażenie, że znajdujecie się głęboko pod ziemią, że ściany wokół grożą rychłym zawaleniem. Tu i tam dostrzegaliście pierwsze pęknięcia, w uszach jednak wciąż dzwoniła cisza. Przerwała ją dopiero narastająca awantura. Racjonalizm Thomasa i próba załagodzenia nastrojów nie odniosły skutku. Marcelius pozwolił, aby poniósł go gniew, przerażony James tymczasem począł uderzać w drzwi z krzykiem na ustach. Na niego ostateczność uwięzienia wpłynęła najmocniej - czuł, że z każdą upływającą sekundą powracające wspomnienia z dziecięcych lat stają się wyraźniejsze, do tego stopnia, że gdy w końcu przestał rozbijać knykcie o zimny metal, odniósł wrażenie, że słyszy za nim przepity głos ojca.
- Wiedźmi bękart, skurwysyn, zawszony kundel. Sczeźniesz w ogniu jak twoja matka.
Podryg agresji, którą James wyładował na drzwiach, chłopak przypłacił nasilającym się bólem w okolicy złamanego żebra. Niestabilna kość podrażniała opłucną, a gdy podbarwiona krwią żółć podeszła mu do gardła, zdał sobie sprawę, że krwiak nie jest wyłącznie zwyczajnym siniakiem.

Szepty i mamrotania, które James usłyszał jako jedyny, nie były wyłącznie wytworami zmęczonego umysłu. Wszyscy bowiem mogliście ujrzeć szron, narastający od podstawy metalowych drzwi. Lód objął wrota do wysokości trzech czwartych łydki Jamesa, sięgnął też kawałka podłogi. Wraz z kolejnym głośniejszym okrzykiem Marcela mróz zanikł jednak, zostawiając na brudnej podłodze kilka plam wilgoci. Szron nie powrócił już, w głowie Jamesa nie rozległ się też żaden nowy szept. Teraz do uszu docierały mu wyłącznie głosy brata i przyjaciela, szorstkie, potęgujące ból drażniący potylicę, skronie i okolice stawów żuchwowych. Monolog za monologiem, pełne wyrzutów, złości, podjudzały także i jego agresję. Niespotykanie intensywnie.

Thomasowi nie udało się posadzić na pryczy Marceliusa, który mimo podobnego wieku był od niego znacznie silniejszy. Czas na słowa dobiegł końca, akrobata przeszedł do rękoczynów jako pierwszy, chwytając Thomasa za rękaw i rozciągając i tak wiotki materiał. Odepchnięty Doe wdepnął gołą stopą w martwego szczura, przez co na wpół rozłożony gryzoń rozpłynął się jak ciepła kostka masła. Thomas poczuł, że coś chłodnego i ruchliwego pełza pomiędzy jego palcami, wspinając się na grzbiet stopy. Ciemna, cuchnąca obrzydliwe krew ściekła pod ścianę. Zaalarmowany James nie zdążył dobiec na czas pierwszego uderzenia w klatkę piersiową brata - gdy jednak Marcel podniósł pięść do kolejnego ataku, wpadł pomiędzy współwięźniów, wciskając się pod silny cios.

Zdawało się, że nic już nie zdoła powstrzymać trzech młodych mężczyzn zdeterminowanych, aby udowodnić swoje racje. Nic, poza - być może - piskliwym skrzypnięciem otwieranych drzwi celi. Wkraczający do środka barczysty mężczyzna w skórzanym płaszczu ściskał rozjarzoną różdżkę w pięści porośniętej krótkimi, acz bardzo ciemnymi włosami. Nie zdążył jeszcze dojrzeć więźniów, lecz już od progu wydał z siebie dudniący basem okrzyk:
- Doe, mały gnojku, słyszałem, że się stęskniłeś!

Thomas, Marcelius podjął próbę zadania ci wyważonego ciosu w klatkę piersiową, aby się przed nim obronić możesz podjąć próbę odskoku (k100+podwojona zwinność, ST 114). Możesz też podjąć próbę uniku, suma obrażeń zostanie wtedy obniżona o k10+S punktów obrażeń.

James, podjąłeś próbę zatrzymania Marcela, nie byłeś jednak dość szybki - udało ci się jedynie wepchnąć pod wyważony cios w nos. Możesz się przed nim obronić za pomocą odskoku (k100+podwojona zwinność, ST 89) lub spróbować uniku jak wyżej.

Rzuty wykonujecie w szafce zniknięć.

Czas na odpis niezmiennie wynosi 48 godzin.

Żywotność
Marcel 151/241 -15 do kości
-40 tłuczone (posiniaczone nadgarstki, kostki, kolana i klatka piersiowa)
-20 cięte (przygryziony język)
-20 psychiczne
-10 wychłodzenie

James 120/220 -20 do kości
-61 tłuczone (złamane dolne żebro, rozbita głowa, posiniaczone nadgarstki, kostki i kolana)
-30 psychiczne (-10 działanie dementora)
-10 wychłodzenie

Thomas 170/225 -10 do kości
-20 tłuczone (posiniaczone nadgarstki, kostki i kolana)
-25 psychiczne (-5 wdepnięcie w zdechłego szczura)
-10 wychłodzenie
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]06.08.21 21:45
Głos własnego ojca dźwięczał mu w głowie. Tak sądził. Wierzył, że to był on — wierzył, że go pamiętał, że potrafiłby go rozpoznać na ulicy, pomimo tego, że uciekli z domu w tak młodym wieku. Pewnie nie było to prawdą, a w jego wyobrażeniach zawsze brzmiał inaczej, po prostu podsycony nienawiścią nie tracił pewności siebie. Może wcale nie pamiętał tych krat, małego okienka, może ten pokój wcale nie wyglądał jak tamta komórka, a tamte wspomnienia ewoluowały w koszmarach małego dziecka do czegoś potwornego, ale tu i teraz nie miał nad tym władzy. Żadnej. Do gardła podskoczyła mu żółć z krwią, poczuł jej metaliczny smak w ustach, ale przełknął to, nie zdążywszy wypluć, przyprawiając samego siebie jedynie o większe mdłości. Nie chciał o tym myśleć, nie zastanawiał się nad powagą własnych obrażeń. Przeżył już niejedno, był młody, co mogło mu grozić? Zamieszanie jakie powstało miedzy nimi doprowadziło go do nagłej reakcji; nigdy nie był dobry w analizowaniu sytuacji. Działał odruchowo, instynktownie, pchany przez pierwszą myśl. Teraz tą cichą sugestią była potrzeba uspokojenia ich dwóch — a może wcale nie, może po prostu był wściekły i rozgoryczony, że się tu znalazł, a ci dwaj skaczący sobie do gardeł jedynie podsycali jego frustrację. Wchodząc między nich nie pomyślał o konsekwencjach, dopiero kiedy pięść Marcela trafiła go w twarz, zamiast brata pomyślał, jak fatalny był to pomysł. Nie pocieszała go myśl, że przecież o to mu chodziło, chciał osłonić Thomasa. Złapał się za nos i usta, a drzwi się w końcu otwarły. Ani głos, ani nawet wypowiadane — do niego? — słowa nie brzmiały, jak Sallow, nie wierzył, że mogło chodzić o niego. Wyciągnął rękę za przyjacielem, by złapać go za poły szaty, worka, czy tego czegoś, co na siebie narzucili, zmrużył oczy przed światłem różdżki.
— Różdżka, Tom— mruknął po romsku do brata, spod dłoni, którą jeszcze trzymał się za nos. Gdyby mu ją odebrać? Mogliby stąd wyjść? Uciec? Strażnik był chyba sam.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]06.08.21 22:28
Wcale nie był zadowolony z tego, jak Marcel nim szarpał znowu. Tym bardziej czując trupa pod stopą, włochate i miękkie jednocześnie, śmierdząca ciapkę szczura. Poczuł obrzydzenie, chciał od razu zabrać nogę na oślep, czując jak coś mu wypełza. Czy to uczucie było lepsze od tego stworzenia z wody? Teraz nie czuł przynajmniej strachu, jedynie żołądek mu się zacisnął niemiłosiernie. Spokojnie, to tylko trup... I robale. Nie będziesz się bał tego, co już widziałeś.
Chciał, żeby ten debil usiadł na tyłku i się uspokoił! Po prawdzie, martwiły go obrażenia młodszego kolegi. Nie życzył mu źle, nawet podczas bójki - tym bardziej będąc w takim miejscu jak Tower! Ale to za jakie dno miał go Marcel, bolało i wywoływało gniew jednocześnie. Naprawdę miał o nim aż tak niskie mniemanie?! Naprawdę myślał, że ich sprzedał? Że wtedy zrobił to dla swojej przyjemności? Że to co im zrobili teraz to wielkie pobicie?!
- Za najlepszy pokój w Tower, no kurwa Marcel, nie widzisz? Już trzy godziny temu jak smacznie spałeś - warknął na niego, wciąż wściekły. Naprawdę myślał, że był w stanie go sprzedać? Tak po prostu, za byle co? Że wtedy nie zrobił tego, nie mając innej możliwości? Że sprzedał tamtych ludzi, bo go grzecznie o to poprosili?!
Czuł jak Marcel się odsuwa i przygotowuje do ataku. Znał to, wiedział gdzie ten celuje, bo jakieś dwa tygodnie spotkało go to samo. Wychylił się, chcąc wykonać unik, ale truchło szczura kompletnie mu to utrudniło, sprawiając że jedynie poślizgnął się na posadzce i mocniej oparł o ścianę, wręcz wystawiając się bardziej na uderzenie cyrkowca.
Skrzywił się dostając pierwsze uderzenie, czując je bardzo podobnie jak jedno z tych wymierzonych w cyrku. Znowu to samo, znowu to samo miejsce? Idiota, kretyn... Ile jeszcze?!
Skrzywił się, zaciskając oczy, bo wiedział że kolejny cios miał zaraz nadejść, ale nic się nie stało. Słyszał brat, krzyczącego po romsku, a widząc zaraz, że nie oberwał od Marcela, bo to James zablokował cios, jeszcze bardziej się w nim zagotowało. Już chciał krzyknąć, już chciał zawołać i zwyzywać jeszcze bardziej blondyna. Co on sobie wyobrażał?! Już chciał na niego krzyknąć, wrzasnąć i zwyzywać go za brata, za to że śmiało, niech go zajebie tu i teraz, bo może by mu to ulżyło, kiedy usłyszał skrzyp otwieranych drzwi, a zaraz po tym poczuł nagły ból głowy, czując jak nie może utrzymać nawet otwartych oczu. Momentalnie je zamknął, czując jak zaczynają łzawić. Te resztki światła dla jego światłowstrętu były wręcz zbawienne, a teraz znowu pieprzone lumos...
Słyszał głos typa, zaraz po tym romskie słowa brata. Co się działo? Różdżka? Nie, James, nie rób tego. Błagam cię, nie przemknęło mu przez myśl momentalnie. Bał się, zestresował się jeszcze bardziej. Nie mógł, nie rób niczego głupiego. Zaraz odszukał ręką ramienia Marcela, zaciskając na nim palce błagalnie. Migrena wciąż go nie opuszczała. Pieprzone Lumos. Miał nadzieję, że przyjaciel zrozumie, mimo romskiego - mimo braku wypowiedzianej prośby, żeby nie pozwolił Jamesowi na to, co on właśnie zaproponował. Nie mógł. Kurwa, Marcel, przydaj się do czegoś.
- Nie - rzucił krótko po romsku, zaraz odchrząkając, mając nadzieję że to umknie uwadze strażnika. To był on, jeden z nich przynajmniej. - Jestem już tak znany? Może rzeczywiście powinienem częściej was odwodzać - rzucił zaraz po tym, starając się zachować typowy dla siebie przyjacielski ton. Może zaraz za niego oberwie...
Wbił na moment paznokcie w ramię Marcela, tylko po to, żeby go odsunąć od siebie, żeby ten się ocknął.
- brat - rzucił znowu po romsku, ciszej już do Marcela. Błagał w myślach, żeby zrozumiał; żeby go przypilnował.
- Ale jakie szczęście, że od razu znajoma... Znajomy głos - rzucił znów, poprawiając się nieco, odsuwając się nieco od współtowarzyszy niedoli, jakby mając nadzieję że dzięki temu cokolwiek strażnik chciał zrobić, ominie ich. Spróbował też otworzyć powoli oczy, mając nadzieję że migrena ustanie.

Nieudany odskok


Sala przesłuchań - Page 3 EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 3 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]07.08.21 0:39
Thomas znalazł się przy ścianie, ale kiedy odwijał ramię, żeby mu przyłożyć, pięść uderzyła w twarz Jamesa, która napatoczyła się po drodze; Marcel działał zbyt szybko i w zbyt silnych emocjach, przy przyhamować ten ruch - zamiast tego zaklął siarczyście, ześlizgując się pięścią na ramię na ramię przyjaciela.
- Cholera jasna, Jim! - syknął, wbijając palce w jego skórę, nie zdążył jednak zrobić nic więcej, gdy wreszcie rozchyliły się drzwi celi, rozjaśniając wnętrze blaskiem zaklęcia. Co on mówił? Co oznaczało to słowo? Miał je na końcu języka, często używali go w Hogwarcie, ale sowa w tym kontekście nie miała żadnego sensu. Poczuł na ramieniu uścisk dłoni Thomasa, nie musiał się na niego oglądać, żeby zrozumieć jego niemą prośbę, krótkie zaprzeczenie potrafił wychwycić, i późniejsze ostrzeżenie - zwracające jego uwagę na Jamesa, co on kombinował? Wciąż paliła go złość, nagromadzone emocje szukały ujścia, ucieczki, chciały wybuchnąć, był sfrustrowany swoją sytuacją, swoim położeniem, ciasnotą czterech ścian i zaduchem, szronem, który kątem oka dostrzegł pod drzwiami, a który przeszył całe ciało lodowatym dreszczem strachu, bo mógł oznaczać tylko jedno: istoty tak potężne i tak bezduszne, tak okrutne, że mogły sprowadzić na nich los gorszy od śmierci. Czym je tutaj żywiono: przypadkowymi więźniami? Odsunął się od Thomasa, wciąż chwiejnie, opadając na bok, tak, by znaleźć się między Jamesem a strażnikiem: na wszelki wypadek. Cokolwiek zamierzał, nie mogli mu na to pozwolić. Jeśli nawet Thomas stwierdził, ze to durny pomysł, to musiał być wybitnie durny pomysł.
Uderzył tyłem głowy o ścianę, uspokajając tętno i zbyt szybkie bicie serca, szukając wolniejszego oddechu. Starzy kumple, co, Thomas? Rozmawialiście już dzisiaj? Jesteście na ty? Kogo im dzisiaj sprzedasz, co? Żadnego z tych pytań nie miał odwagi zadać na głos, zamiast tego ukrył twarz w dłoniach, odrzucając z twarzy kosmyki włosów, nie wierząc, że to wszystko - działo się dzisiaj naprawdę. Chciał tylko pomóc Jamesowi, który znowu ładował się w kłopoty. Nie powinno go tutaj być. Żadnego z nich nie powinno tutaj być. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności, kosztowny błąd. Miał nadzieję, że Sheili naprawdę udało się uciec, ale co z nimi? Zacisnął powieki, czuł, że oczy zaczynały go piec, miał ochotę krzyczeć: a jednak milczał zawzięcie, opierając się o brudną ścianę celi.
- On nic nie zrobił - Wziął Thomasa w obronę, zostawcie go. Idźcie w cholerę albo nas stąd wypuśćcie, czego więcej chcecie?


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]07.08.21 16:55
Skumulowana w Marceliusie agresja okazała się fatalna w skutkach. W zamkniętej celi, w której nikt nie mógł przed nim uciec, okazał się pierwszym oprawcą obu swoich współwięźniów. Przyciśnięty do wilgotnej ściany Thomas nie zdołał uniknąć uderzenia, a impet oraz ślizgająca się na szczurzych wnętrznościach stopa spowodowały, że wygiął się w przód, nadstawiając do ciosu. Powtórne zderzenie ze ścianą za plecami odebrało Thomasowi dech, zakrztusił się śliną z domieszką żółci, czując przeraźliwe chrupnięcie na wysokości trzeciego żebra po prawej stronie. Ból rozlał się po całej klatce piersiowej, wzmagając mdłości i utrudniając obracanie tułowiem. Kolejny cios mógłby okazać się dla chłopaka nokautującym, gdyby nie interwencja Jamesa. Na swoje nieszczęście, skostniały z zimna i rozkojarzony koszmarami chłopak nie zdołał zatrzymać pięści, która w zamian sięgnęła jego nosa. Po uderzeniu James odbił się w tył, wpadając na brata i sprawiając, że oboje zsunęli się na ziemię prosto w wijące się larwy. Młodszy Doe nie poczuł krwi spływającej na usta, miał jednak trudność ze złapaniem powietrza przez nos, w uszach drażnił go wysoki pisk.

Dwóch więźniów na ziemi oraz ostatni, stojący nad nimi - taki widok zastał Daryl po wejściu do celi tymczasowej. Mrok rozjaśniała mu różdżka, która objawiła rysy w ścianach i pojedyncze, bordowe plamy na podłodze, trwały dowód katorgi setek złapanych, którzy przewinęli się przez to miejsce wcześniej. Dziś dołączyć do nich miały kolejne. Z każdym krokiem Daryla, wyraźniejsza stawała się jego kwadratowa twarz pokryta starannie przystrzyżoną brodą. W zębach miętosił coś, co przypominało zgaszonego papierosa, grzbiet jego butów był ubrudzony różowawą masą, która podejrzanie przypominała jelita rozpłaszczonego pod ścianą szczura. Thomas i Marcelius zdążyli wyrzucić z siebie kilka słów, których strażnik w żaden sposób nie skomentował. James wstał jako ostatni i najtrudniej było mu utrzymać równowagę. Wreszcie Daryl wykonał niewielki gest, dobrze widoczne machnięcie głową. Jak na sygnał do środka weszła trójka innych czarodziejów w bordowych szatach - jeden z nich wskazał różdżką na stojących blisko siebie chłopców.
- Expulso!
Siła odśrodkowa rozrzuciła więźniów po sali, posyłając ich na brudne ściany. Zderzenia były bolesne z uwagi na istniejące rany; zarówno Thomas, jak i James poczuli łzy pod powiekami, gdy złamane kości podrażniły wrażliwe nerwy. Nim zdążyliby wyjść z oszołomienia, trzech strażników złapało po jednym więźniu i siłą odciągnęli ich ręce w tył, wiążąc szorstkimi sznurami. Oczy Jamesa i Marcela zostały zasłonięte zaklęciem Obscuro, Thomas tymczasem stał unieruchomiony przez silny chwyt na krtani, przyduszający go do piersi strażnika. Stał i obserwował brata oraz jego przyjaciela, gdy strażnicy bezlitośnie kopali ich po nerkach i kolanach, przydeptywali palce, wycierali podeszwy w brudne togi - jeden z nich przypadkiem wycelował w podbródek Marcela, krusząc mu dolną jedynkę i zalewając krwią podrażniony język. W czasie, w którym strażnicy zabawiali się dwójką małolatów, Daryl podszedł do Thomasa i schwycił w garść jego ciemne włosy.
- Ty sobie z nas, kurwa, jaja robisz? Imienne zaproszenie dostałeś na styczeń, a tydzień po wyjściu z celi dajesz się złapać ze złodziejem i rozbójnikiem? Na publicznym jarmarku? Chcesz nam coś udowodnić, Doe? - Nachylił się nad nim tak, że owiał Thomasa oddechem śmierdzącym tytoniem i tanim winem. - Byliśmy zbyt łaskawi? Jak myślisz, Doe? Mów! - Splunął chłopakowi między oczy i puścił jego włosy.
- Dość! - Na ostry okrzyk strażnicy odsunęli się od ofiar. Obaj skopani więźniowie czuli niemoc na całym ciele, siniaki, których nie dało się już określić w liczbach. Każdy głębszy oddech potęgował cierpienie, próba wypowiedzenia choć jednego słowa kończyła się kaszlem i krwiopluciem. - Pojedynczo do przesłuchania. Najpierw ten odważny pizduś od łyżwy. - Owłosionym paluchem wskazał na Marcela.
Dwóch strażników podniosło go za barki i wywlekło na korytarz. Metalowe drzwi zamknęły się z kolejnym przeraźliwym skrzypnięciem. Tym razem Jamesa i Thomasa otoczyły grobowe ciemności. Świeczka, wcześniej rzucająca lekką, pomarańczową poświatę, zgasła z powodu przeciągu. Młodszemu z braci zapewne nie robiło to różnicy, jego oczy wciąż przysłaniała czarna opaska niemożliwa do ściągnięcia bez pomocy magii. Zostali sami. W ciszy słychać było tylko rzężący oddech Jamesa.

Marcelius
Obscuro skutecznie odebrało ci wzrok, nie miałeś pojęcia, gdzie jesteś prowadzony, choć co jakiś czas czułeś, że schodzicie w dół schodów. Strażnicy trzymający cię pod pachami szli szybko, nie mając żadnej litości dla twojego stanu. Niezależnie od tego, czy szedłeś, czy powłóczyłeś grzbietami stóp po szorstkim kamieniu, ciągnęli cię twardo, nawet na stopniach. Zapach stęchlizny i ludzkich fekaliów ustępował powoli, zmieniając się w smród wilgoci i pleśni. Podłoga stała się mokra, za chwilę brodziliście w cienkiej warstwie wody, której zimna twoje lodowate stopy nie były już w stanie odczuć. Upadłeś na kolana, gdy znów dotarliście do schodów, tym razem prowadzących w górę. Skrzypnęły stare zawiasy, po zmianie natężenia światła zrozumiałeś, że trafiliście do innego pomieszczenia. Ktoś posadził cię na krześle, ktoś inny brutalnie uniósł związane ręce i założył je za jego oparcie - manewr był na tyle bolesny, że mimo wyjątkowej rozciągliwości twojego ciała, wydarł ci z gardła jęk.

Później przez długi czas panowała cisza, przerwana wreszcie przez monotonny, męski głos.
- Marcelius Carrington, akrobata na Arenie Carringtonów, mieszka w cyrku... uprzednio karany za utrudnianie przesłuchania i obrazę pracownika Ministerstwa. - Jeżeli ktokolwiek notował jego słowa, nie słyszałeś szelestu pióra. - Aresztowany za usiłowanie zabójstwa cywila na jarmarku poprzez próbę podcięcia gardła... łyżwą. - Głos zawahał się przed dodaniem ostatniego słowa. Ktoś westchnął, zaraz potem usłyszałeś plusk nalewanej do szklanki... herbaty? Wody? Od doskwierającego pragnienia ścisnął ci się żołądek. - Carrington, musisz wiedzieć, że zdążyliśmy już dowiedzieć się na twój temat wszystkiego. - Mężczyzna ostentacyjnie głośno przełknął pity napój. - Nie masz zbyt wielu przyjaciół, prawda? - Za twoimi plecami rozległ się chrapliwy rechot. - Jeśli do wszystkiego się przyznasz, wymiar kary może okazać się łagodniejszy. - Ton przesłuchującego zaostrzył się.
Sznur wpijający się w twoje nadgarstki zostawiał krwawe odparzenia

Czas na odpis wynosi niezmiennie 48 godzin.

Żywotność
Marcel 116/241 -30 do kości
-65 tłuczone (posiniaczone nadgarstki, kostki, kolana i klatka piersiowa, obity kręgosłup i nerki, złamany paliczek prawej dłoni, pokruszony ząb)
-20 cięte (przygryziony język)
-20 psychiczne
-10 wychłodzenie

James 63/220 -50 do kości
-116 tłuczone (złamane dolne żebro, rozbita głowa, posiniaczone nadgarstki, kostki i kolana, stłuczony nos, obity kręgosłup i nerki, wybity nadgarstek)
-30 psychiczne (-10 działanie dementora)
-10 wychłodzenie

Thomas 144/225 -15 do kości
-46 tłuczone (posiniaczone nadgarstki, kostki i kolana, złamane górne żebro)
-25 psychiczne (-5 wdepnięcie w zdechłego szczura)
-10 wychłodzenie

[bylobrzydkobedzieladnie]
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]07.08.21 21:38
Thomas sobie zasłużył, ale nie chciał, naprawdę nie chciał zranić Jamesa, nie zdążył jednak zrobić nic więcej, gdy w celi wybrzmiała inkantacja zaklęcia; wyrzuciło go o ścianę, boleśnie, poczuł ból wzdłuż całego ciała, nim bezwładnie opadł i nie zdążył się podnieść, kiedy dopadły go wściekłe psy. Nie do końca wiedział, nie do końca rozumiał co się z nim działo, kiedy zaczęli go szarpać, zamknął oczy, by je ochronić, ale wkrótce na jego twarzy pojawiła się opaska, która i tak przysłoniła krajobraz czernią; zaczęli go bić, jak psa, jak zabawkę, jak śmiecia, tylko tyle dzisiaj znaczył. Nic nie widział, nic nie słyszał, miał nadzieję, że robili to tylko jemu - to jego w końcu odnaleźli nad Jamesem i Thomasem. Strumień myśli zatrzymał się gdzieś w niebycie, w głowie miał pustkę przetykaną tylko pojękiwaniami bólu; starał się zagryzać zęby, znieść to dzielnie, jak mężczyzna, ale przecież nie był w stanie, może bili go dla zabawy, może po to, żeby go upokorzyć, a może po to, żeby skatować i zabić: w tej konkretnej chwili, kiedy jego ciało eksplodowało bólem, było mu już tak naprawdę wszystko jedno. Chciał omdleć, zasnąć, może nawet umrzeć, wtedy dadzą mu spokój, wtedy przestanie to czuć, wtedy będzie już daleko stąd. Skrzywił się w okrutnym wyrazie bólu, kiedy kopnięto go w twarz, instynktownie, leżąc na boku, podciągnął kolana do klatki piersiowej, ściągając głowę niżej, usiłując ochronić wrażliwsze części twarzy, złote włosy wycierały starą krew na wilgotnych kamieniach celi, czuł krew w ustach, tak bardzo chciał do domu. Jakiego domu? W czułe ramiona matki, zawsze otwarte, kiedy miał kłopoty, przecież była już martwa. Między przyjaciół, przecież leżeli obok. Myślał o Sheili. O tym, że udało jej się uciec, o tym, że jej tutaj nie było, bo nie było, prawda? Myślał o zapachu Areny i o tym, jak Ollie uwielbiał melony, kiedy jeszcze dało się je zdobyć, o tysiącu gwiazd na niebie i o tym, jak pięknie było wzlecieć ku niebu. Czy wtedy, kiedy z nim skończą - jeśli w ogóle przeżyje - będzie w stanie jeszcze kiedykolwiek wzlecieć nad areną? Myślał o tym, jak pięknie mieniły się wody Tamizy, choć brudnej, gdy nad Londynem zachodziło słońce: kiedyś, dawniej, kiedy w jej wodach nie płynęła jeszcze ludza krew. Myślał o tym, co spotkało jego matkę i o tym, jak bardzo ci wszyscy psychopaci mieli w pogardzie ludzkie życie. Myślał o tym, co mogło się wydarzyć i nigdy nie wydarzyło, myślal też o tym, co nigdy już nie wydarzy się w jego życiu, jeśli nigdy stąd nie wyjdzie.
Gdzieś obok leżał martwy szczur rozdeptany przez Thomasa, czuł jego zapach, nawet jeśli go teraz nie widział. Nie musiał, pamiętał, że wyglądał jak Steffen. Ból był zbyt silny, by był w stanie skupić się na słowach skierowanych do Thomasa, przez dźwięki uderzeń okutych butów zresztą wcale ich nie słyszał.
Dość - rozkaz sprawił, że momentalnie przestali, a on chciał, żeby nie przestawali: proszę, róbcie to dalej; dopiero teraz, kiedy umilkł pierwszy wyrzut adrenaliny, kiedy ciało przestało być tarmoszone na wszystkie strony, w pełni uderzył go bol zadanych ran. Nie podniósł głowy, nie ruszył się ani o cal, nie mógł oddychać. Był niemal bezwładny, kiedy unieśli go za barki i zabrali na zewnątrz, i choć bał się jak nigdy, był wdzięczny, że zabrali właśnie jego. Nie potrafił sobie wyobrazić, co przeżywałby w celi, gdyby na jego miejscu był teraz James lub Thomas. Drzwi skrzypnęły, to już koniec - dokąd idziemy? Na egzekucję? Zetną mnie o głowę? Do przesłuchania, mówił, czym było dla nich przesłuchanie? Przecież nie rozmową, tutaj nie chcieli już znać prawdy. Przecież wiedział. Splunął krwią, kiedy go podnieśli, czując, jak gęsta ślina zmieszana z posoką spływa mu po brodzie. Zamykał oczy pod opaską, starając się odnaleźć właściwy rytm oddechu - nie był w stanie, każde poruszenie klatki piersiowej wywoływało straszliwy przeraźliwy ból.
I mimo tego bólu, kiedy go ciągnięto, starał się podciągnąć stopy tak, by odnaleźć nimi bezpieczny grunt, iść, nie być wleczonym: z godnością, na nogach, bo nigdy nie zamierzał zginąć na kolanach przed ludźmi, którzy mieli go za zwierzę z powodu urodzenia. Ledwie za nimi nadążał, właściwie nie miało to żadnego znaczenia, ale próbował, ale walczył - już nie o życie, o resztki godności. Bezskutecznie, poczuł ból, gdy upadł na kolana, i zatrzymał w płucach oddech, gdy posadzono go na krześle. Co dalej, avada kedavra w czoło? Wyciągnięto jego ręce w tył, starał się powstrzymywać jęk, robił, co mógł, ale mógł niewiele. Ostatni raz czuł się podobnie przed tamtym szmalcownikiem.
Marcelius Carrington. Carrington - otoczono go opieką i zaufaniem, wierząc, że nie sprawi kłopotów. I naprawdę nie próbował się w nie dzisiaj wplątać, chciał tylko zrobić zamieszanie, które pozwoli Jamesowi uciec. Jak to możliwe, że znalazł się aż tutaj? Nie miał sił protestować, kiedy wymieniono mu dawne przewiny, też przekłamane. Nie awanturował się. Nikogo nie obraził. Chciał żyć. Żyć normalnie, jak dawniej. Emocje na przemian wzbierały się i opadały z rezygnacją, gdy bezsilność otulała go całunem okrutnej ostateczności. Piekły go oczy - czy to były łzy?
Aresztowany za co? Usta rozchyliły się bezwiednie, twarz pobladła jeszcze mocniej niż wcześniej, czuł falę gorąca na przemian z dreszczami zimna, czy to był ponury żart?
- N-n - Bolał go język. Zalany krwią, czy pobiją go mocniej, jeśli spróbuje to wypluć? Nie interesowało ich to, przecież wiedział. Musiał się zmusić. Czym był ten sznur? Wygiął się niespokojnie, ale zacisnął usta, by nie zacząć krzyczeć: palił, wbijał się w skórę jak ogień, związali go tak mocno, czy był zaczarowany? Już mu było wszystko jedno. Słyszał chlupot wody, tak bardzo pragnął choć łyku. Był wykończony. - N-niezamierzałemnikogoskrzywdzić - wybełkotał w końcu, na jednym tchu, klatka piersiowa bolała go przy każdym wypowiadanym słowie. - Łyżżżwy mi wypadły - mówił dalej, nie wytrzymał, splunął krwią w bok. Na oślep, bo go oślepili. - Upuściłemje - wyrzucił z siebie, nie potrafił zebrać rozbieganych myśli. Naprawdę je, psiamać upuścił, miały być tylko pretekstem, upaść na ziemię, miał się za nimi odwrócić i wtedy szturchnąć tego gościa barkiem. Otworzyli drzwi celi akurat wtedy, kiedy rzucił się na Thomasa, a James wlazł mu pod pięść. To pewnie nie pomagało.
Ale nie próbował go, kurwa, zabić.
- C-c-co z nim? - zapytał tępo, co z tym gościem, to był wypadek, cholerny, pieprzony wypadek, zachował się durnie. Ale żeby usiłować kogoś zabić trzeba chyba chcieć kogoś zabić, co? Pieprzone cholerne psy. Bezduszne kreatury. Potwory. A może mieli rację, to on był potworem? Naprawdę mógł go zabić? Nie pomyślał choć przez chwilę? Próbował sobie przypomnieć tamte chwile, ale wszystko działo się tak szybko, że wyłapywał tylko pojedyncze obrazy. Nie zrobił mu prawdziwej krzywdy, prawda? To brzmiało poważnie. Zbyt poważnie.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]07.08.21 22:21
Marcel, zajebię cię, zobaczysz przeszło mu tylko przez myśl, kiedy przez zaklęcie został przyciśnięty do ściany. Bolało jak jasna cholera, czy on musiał się na niego rzucać przy każdej nadarzającej się okazji? Naprawdę nie mógł się uspokoić? Zaakceptować tego co się stało… Tych kilku, może kilkunastu rzeczy? Przecież starał się to naprawić! Jakkolwiek pokrętnie i nieudolnie… I jakkolwiek miał na to zaledwie kilka dni od ostatniego wyjścia.
Seria niefortunnych zdarzeń, to wszystko. Nie miał na to wpływu jak zawsze! Skąd miał przewidzieć, jak skończy się podszywanie pod Buchananów? Jak skończy się później zwykła gierka i teatrzyk podczas kradzieży, których odstawili w życiu już tyle, że cieżko było podać konkretną liczbę. To nie był ich pierwszy raz, nie byli pieprzonymi amatorami w kradzieżach kieszonkowych!
Więc czemu, dlaczego to się tak kończyło?!
Bolało go, miał przeszklone oczy z tego wszystkiego, z całego bólu jaki czuł, z tej migreny przez światłowstręt. Ledwo się skupiał na słowach mężczyzny, bo jedyne co go obchodziło to James. Był bity przez niego, katowany… Marcel również. Nie chciał tego dla nich, wiedział doskonale sam jak to było, nie móc się ruszyć po tym wszystkim. Nie zabiją ich, nie mogli, prawda? Na pewno… Nie, nie zrobiliby tego teraz. Nie mieli powodów… chociaż… Czy to nie był ten sam człowieka? Inni ludzie, ale kierujący się tym samym co ci, którzy dwa lata wymordowali tabor; mugoli i czarodziejów, wszystkich traktując jak nic nie warte psy, które tylko przez moment na nich poszczekały i padały martwe. Oni chcieli zemsty, chcieli się móc bawić… Wiedział o tym, właśnie dlatego starał się zachować spokój. Nawet jeśli nie miał pojęcia czy był w stanie to zrobić, czując sznur na nadgarstkach, mając problem ze złapaniem oddechu.
Słyszał słowa, widział zarys tego mężczyzny, starając się trzymać otwarte oczy. Tego chcieli? Żeby na to patrzył?
Chciał powiedzieć, zawołać… krzyknąć. Zrobić cokolwiek, ale nie mógł! Wiedział, że nie powinien. Nie pokaże, nie zawoła, nie da im tej satysfakcji. Wiedział, dlaczego go nie bili - chcieli mu pokazać to w inny sposób, prawda? Tak jak wtedy, kiedy podali mu to imię… Curhbert Mason. Pamiętał, tak jak chcieli. To on wtedy zginął… A może blefowali? Może tak naprawdę od początku to ten dzieciak miał zginąć?
Chciał odpowiedzieć mu, tak jak zawsze kiedy był zapytany. Miał siły, tym razem nie był aż tak sparaliżowany, żeby nie pyskować, ale… Nie odważył się, czując jak ma problem z oddychaniem. Nie obchodziło go jak go traktują. Mogli na niego napluć, pobić, skopać, cokolwiek. Byleby przestali kopać Jamesa; byleby ich obu wypuścili. On da radę, już raz dał. Marcel nie musiał, nie powinien tego przeżywać. To nie on kradł tam, wmieszał się jak jebany idiota w ich sprawę! Ich problemy...
Powinien powstrzymać brata wtedy, lepiej go obserwować i pilnować. Sheila uciekła, wierzył w to, że uciekła. Na pewno… Dlaczego nie zdążył wtedy wypchnąć Jamesa?! Kazać mu spierdalać w siną dal! Czy nie mógł się tego nauczyć w końcu!? Ta jedna rzecz, której od niego nie zgapiał, żeby uciekać, a nie stawać do walki… Żeby uciekać! Brać nogi za pas!
Chciał się wyrywać do niego, chciał go ochronić, zacząć po nich krzyczeć i bić, ale jedyne co to czuł rosnącą gulę, jak łzy mu napływają do oczu. Bolało, miał problem złapać oddech. Stres? Chwyt stażnika? Nie chciał pokazać, że martwi się, starał się to ukryć. Jeśli znajdą to… jeśli dowiedzą się, że James to jego brat… Nie, nie dowiedzą się. Nie dowiedzą się o tym, nie mieli jak. Może byli podobni, oczywiście, ale to tylko ślepy strzał, prawda? Nie mogli mieć podejrzeń, że są spokrewnieni. Walczył przy każdym odgłosem, żeby się nie próbować szarpać czy wyrywać. Nie powinien… Nie, musiał…
Dość.
Puszczony, powstrzymał odruch kaszlu, wręcz się przez to dusząc. Chciał łapczywie złapać oddech, chociaż kiedy otoczyła ich ciemność, padł po prostu na kolana. Dopiero, kiedy drzwi się zamknęły, pozwolił sobie na kaszel. Nie pobili go, był nietykalny? Chcieli go złamać inaczej..?
Ciemność. Cholerna, jebana ciemność…
- Jimmy… - rzucił cicho, nieco zachrypnięty, zaraz po omacku szukając brata. Chciał się przy nim znaleźć, blisko. Cholerni… Znowu, zawsze tak było. Zawsze ich byli. Za co? Za jebany portfel? Za ryj tego gościa?! Wizyta w mungu i mógł nawet nie mieć blizny ani rany! To miał być ten lepszy świat czarodziejski? Pieprzony Londyn, pieprzone Tower!
Zaraz postarał znaleźć się przy bracie, na oślep, nie myśląc o obślizgłym szczurze, krwi, kurzu, i innym brudzie, jaki był na podłodze. Obrócił się do niego bokiem, zaraz mimo bólu starając się ułożyć związane z tyłu dłonie jakoś przy nim. Chciał, żeby wiedział, że był tutaj…
Znowu ich zawiódł. Znowu. I Sheilę, i Jamesa. Nie chciał nawet myśleć o tym, że Paprotka mogłaby zostać złapana. Nie, to nie miało prawa się wydarzyć, na pewno nie.
- Jimmy, odezwij się… Jestem tutaj, słyszysz? Jestem… Jesteśmy w Tower, zabrali nas z jarmarku… Paprotka i Eve są w domu, bezpieczne… Wiesz o tym, prawda? Zobaczymy je… - mówił cicho, zachrypnięty. Potrzebował wody, potrzebował się czegoś napić… Ale nie miał, nie mógł… Nie wiedział co miał zrobić. Nie mógł nawet przygarnąć do siebie młodszego teraz, bał się że każdy jego ruch mógł przynieść tylko więcej złego. Pamiętał, w jakim był sam stanie po tym… Wtedy…
- Będą krzyczeć pewnie, jak zawsze… Wiesz, jak wrócimy… A później się będą cieszyć… I przytulisz Eve, będzie zła… Na pewno, ale ona cię kocha. Ucieszy się, że wróciłeś. Paprotka tak samo… - mówił wciąż po romsku, zachrypniętym głosem. Miał nadzieję, że to jakkolwiek ukoi Jamesa, pomoże mu w jakikolwiek sposób nie myśleć o bólu. Niech nie myśli o nim, niech myśli o uśmiechach Eve i Sheili, o tych delikatnych jak się cieszą, jak pięknie tańczą, jak wspólnie grają.
Niech nie myśli, że nie ma tutaj Marcela. Nie musiał się martwić, na pewno nie… Zadadzą mu kilka pytań, prawda..? Na pewno to nie była egzekucja. Był pewny, nie mogła być… Miał nadzieję, że ten idiota nie zacznie pyskować, nie wpakuje się w większe kłopoty.
Wiedział, że to nie mogło być dalsze od prawdy. Nie chciał, żeby ich wspólny przyjaciel przez to przechodził. Mógł być zły na Marcela, mógł mieć mu wiele za złe, mógł się z nim bić przy każdej okazji, kiedy go tylko widział, ale nie chciał jego krzywdy! Chciał, żeby mógł żyć spokojnie w cyrku, na Arenie… Może dlatego był też taki wściekły teraz na niego, że rzucił tymi łyżwami? Że wtrącił się; że wpakował się razem z nimi. Mógł wtedy odciągnąć Jamesa, rzucić się z nim do ucieczki. On by się zajął Sheilą, zapewnił pomógł jej znaleźć drogę w tłumie.
Przymknął oczy, czując samemu jak wzrasta w nim panika. Uczucie z poprzedniej wizyty, sprzed tych zaledwie kilku dni, z przesłuchania. Nie, nie stracił wzroku… Nie rzucili na niego zaklęcia. Na pewno nie. To była po prostu ciemność, prawda? Zwykła, niegroźna i niemagiczna ciemność.


Sala przesłuchań - Page 3 EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 3 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]08.08.21 2:45
Jeden ruch różdżką wystarczył, by desperackie pragnienie doskoczenia do strażnika zmieniło się w mgliste marzenie, niepoprawny sen, którego nie miał już jak dokończyć. Chyba nie zdążył się zorientować, co naprawdę się stało. Nim dobrze wstał, oprarł się na przyjacielu, coś odepchnęło go w dal, poleciał — polecieli wszyscy — jak szmaciane kukły a lalkowym teatrzyku znudzonej dziewczynki, która postanowiła na zakończenie zabawy zniszczyć własną scenę. Zaparło mu dech w piersi; był pewien, że żebro musiało przebić się już na wylot. Nie potrafił przecież oddychać. W gasnącym przed jego oczami świetle dostrzegł tylko kilka par butów, które zbliżają się bez cienia zawahania, a potem poczuł, jak jego ręce siłą targane są w tył. Oczy go zapiekły z wszechobecnego bólu, a z gardła prawie wydobył się krzyk, ale zacisnął zęby i powieki — a gdy je otworzył, nie ujrzał już nic. Ciemność spowiła wszystko, ogarnęła też jego, podobnie jak chłód i wszechobecna beznadziejność. Mieli go za nic. Za worek do bicia, kolejnego więźnia do skopania, przeszkodę na swej drodze. Cios za ciosem. Kop za kopem. Liczył je wpierw, chcąc skupić się na seriach, przewidzieć następny ruch poprzez powtarzalność, ale szybko się zgubił. Nie było żadnego schematu, nie hamowało ich nic. Okute buty były bezlitosne dla pleców, nerek. Odbijały się na wystających kościach — był przecież dość chudy, dwa lata karmił się tylko tym, co było. Próbował uciekać ciałem, odsuwać się jak najdalej od ciosów, ale nie potrafił. Dostawał raz za razem, z każdym kolejnym coraz mocniej — a może to po prostu on przestawał walczyć, napinać mięśnie chroniące wewnętrzne narządy przed atakami. Chciał myśleć o czymś miłym, chciał skupić się na tym, że siostra była bezpieczna — Thomas tak powiedział, a przecież ufał bratu. Ślepo i naiwnie, całe swoje życie brał jego prawdę za własną, za jedyną słuszną. Nie umiał. Oczami wyobraźni widział potwory z własnych koszmarów. Wciskał policzek w wilgotną z czegoś podłogę, próbując jeszcze obrócić się na bok, uratować. Bez szans. Aż w końcu odpuszczał, pozwalał, by to wszystko działo się gdzieś obok. Nie na nim, nie w nim. Obok. Słyszał ciosy wymierzane z którejś strony, dziką szarpaninę, stłumione jęki, wypluwane dźwięki. Pragnął, by przestali. By skończyli. Słyszał głos, ale nie rozumiał co mówił. Słyszał własny szarpany oddech, gniecione w sobie prośby. Słyszał dźwięk pękającego balona i szum krwi. Ciało, w którym się znajdował nie należało już do niego.
Przestali już po tym, jak się poddał, przestał walczyć z siłą, z którą nie miał najmniejszych szans. Słyszał, że go zabierali, ale nie miał sił, by się podnieść, usiąść, by ich zatrzymać. Leżał na podłodze w ciemności — nie będąc pewnym, czy to światło zgasło, czy po prostu oślepł. Zaciskał zęby, usta w cienką linię, nie wydając żadnego dźwięku, nie pozwalając sobie na żaden kaszel, chociaż dławiło go w gardle, a żółć cofała mu się w przełyku. Miał ochotę wymiotować, a przynajmniej splunąć, ale tego też nie zrobił. Tylko leżał. Nie wiedząc, co się działo, nic nie widząc, słysząc tylko to, co przedostawało się do niego przez szumy w głowie. Czy dalej tam byli? Czy ktoś nad nimi stał? Czy patrzył na nich? Jego, Thomasa? Czy ich złamali? Nie chciał tego pokazać. Twardo, nieruchomo, w duchu prosząc, by zimna ziemia jakimś cudem wchłonęła go w siebie.
Aż poczuł go przy sobie, usłyszał jego głos. A więc był tu, byli tu obaj. Jeszcze. Serce wciąż biło mu w piersi mocno, jak szalone; zgubiło teraz rytm. Może to była iskra nadziei — Thomas był cały, przytomny. On był z pewnością, słyszał jego słowa przecież wyraźnie. Czy to jednak był już sen? Spał? Stracił przytomność? Kiedy zaczął do niego mówić, poczuł, jak łzy bólu wyciskają mu się spod mocno zaciśniętych powiek. Pamiętał, kiedy bał się tak po raz ostatni. To było gdy miał kilka lat, gdy w jego ramionach kuliła się dwuletnia siostra płacząc, nie pojmując co się dzieje. Bał się, że nigdy nie przestanie, że ten płacz będzie mu towarzyszył do śmierci; bezradny, nie będzie w stanie jej pomóc, uspokoić, dodać otuchy, zapewnić bezpieczeństwa. Bał się, że gdy jednak przestanie, padnie z wycieńczenia, a on zostanie sam. Całkiem sam. W tych ciasnych czterech ścianach, ciemnej, wilgotnej piwnicy. ZNów słyszał jej płacz w głowie, lament i zawodzenie. Słyszał we własnej głowie jak odchodzi od zmysłów — już nie w komórce, tam gdzie była, dokąd uciekła. Była sama, zdana na siebie. W domu, bezpieczne. Eveline też. Smutno pomyślał, że przecież byłoby znacznie lepiej, gdyby nigdy się nie odnaleźli — gdyby została w Dolinie Godryka układając sobie życie na nowo, pogodzona z przeszłością, ze śmiercią, z tym, co zostawiła już za plecami. Nie, Thomas, przestań. Nie zobaczymy ich już. Nie mógł tego znieść. Powinien się odezwać, odpowiedzieć. Powinien się poruszyć, drgnąć, dać mu znak, że jest, wszystko jest w porządku — tak, poradzą sobie. Ale nie potrafił się ruszyć. Nie potrafił wydusić z siebie ani słowa, ani zająknięcia, wciąż zaciskając mocno usta, drżąc z chłodu, bólu i udręki. Marcel był gdzieś tam. Zabrali go; nie zobaczą go już też. To była jego wina. Zatłuką mu przyjaciela przez bezmyślność, głupotę. Zabiją, bo nie mógł ten jeden raz odpuścić. Ale on by nie odpuścił. Nie miał zbyt wiele takich osób w życiu, był jak brat. A za brata gotów był wejść w sam ogień i w tym ogniu spłonąć. Marcel był taki sam. Teraz skatują go jak psa, truchło wyrzucą do rynsztoka. Co im było po nim? Nędznym więźniu. Nikt z nich dla nich nic nie znaczył. Byle jacy chłopcy, z byle jakich domów.
Będą krzyczeć pewnie.
Zacisnął mocniej powieki. Niech krzyczą. Niech krzyczą głośno, ale nie płaczą. Nie mógł już znieść tego zawodzenia w głowie, szlochu. Nie wrócimy dziś do domu, Thomas, pomyślał w chwilowym przebłysku. Ani jutro, ani za dwa dni. Chciał myśleć o czymś przyjemnym. Próbował sobie przypomnieć zapach włosów Eve. Ciepło jej dłoni. Ciepło, które tak bardzo by mu teraz pomogło. Jej spojrzenie. Usłyszeć perlisty śmiech; bo tylko ona tak dźwięcznie i melodyjnie potrafiła się śmiać. Ale nie potrafił, a może bał się, że kiedy o tym pomyśli to będzie oznaczać już tylko koniec. Ostatni zakręt, przyjdzie go pożegnać. Nie przychodź, Eve. Nie żegnaj się jeszcze. Włosy przylepiły mu się już do podłogi, łachmany chyba przemokły; oblepiony brudem leżał tuż obok Thomasa, nieruchomo, bezgłośnie. Czuł go przy sobie, słyszał. I cieszył się, że wrócił. Że był.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]08.08.21 12:20
James & Thomas
W ciemnościach obskurna cela przeobraziła się w grobowiec, mroźną nicość pozbawioną nadziei. Brak okien i szpar sprawiał, że nie wiadomo było już, gdzie kończy się podłoga, a zaczyna ściana, gdzie zwisa smętna prycza bez siennika, a gdzie wygłodniałe larwy pożerają resztki szczurzych wnętrzności. Nie pozostało nic poza duszącym fetorem, z każdą chwilą tracącym na intensywności - umysł przyzwyczajał się, przyjmował bodziec już nie jako obrzydliwy zapach, ale opar zatykający nos, wzmagający zawroty głowy. W głuchym mroku rozlegały się rozpaczliwe szepty brata do brata w języku znanym wyłącznie im. Thomas starał się schwycić Jamesa za dłonie, ciasne węzły jednak uniemożliwiały ruchy nadgarstków; szorstki sznur wpijał się w cienką skórę na kostkach, zostawiał ślady krwistej wilgoci po odparzeniach. Ból wstrząsał ciałem Jamesa, szarpał nim w spazmach przypominających drgawki. Dopiero po chwili zrozumiał, że aby zaczerpnąć tchu musi wykrztusić pienistą ślinę o żelazistym smaku. Ból skopanego brzucha w połączeniu z mdłym smakiem przeważył nad resztkami wytrzymałości; obrócił głowę i zwymiotował wszystko, co miał w żołądku, głównie gorzką żółć. Nie mając sił wstać, skończył leżąc we własnych wymiocinach. Thomas mógł usłyszeć młodszego brata z wysiłkiem walczącego o oddech, nie mógł jednak pomóc mu inaczej niż słowem. Sam panikował już przecież, świadomość przeżarta strachem nie radziła sobie z odebraniem najważniejszego ze zmysłów. Nie wiedzieli, jak wiele minęło czasu od kiedy wyprowadzono Marcela, minuty rozciągały się niczym wieczność.
I wreszcie skrzypnęły metalowe drzwi, z piskiem szurając po podłodze. Dwóch strażników weszło do środka szybciej niż więźniowie zdążyliby przyzwyczaić oczy do migotliwego światła pochodni na korytarzu; zwłaszcza Thomas cierpiał z powodu spływających na nos łez i niewyraźnej wizji, zdominowanej przez rozległą, jasną plamę. Pierwszy z mężczyzn jednym silnym ruchem odepchnął Thomasa od brata. Drugi chwycił Jamesa za kark i pociągnął w górę. Nie zdołał jednak podnieść go na jeden raz, a James, zbyt słaby, by ustać o własnych siłach, upadł na kolana, brudząc togę wymiocinami.
- Dzieciaka nie uniesiesz? - zaparskał jego towarzysz, zaraz potem zaciągając nosem i spluwając w bok.
- To jest kurwa kukła wypchana, a nie dzieciak, patrz go, jak leży!
Kpina kolegi musiała podrażnić ego strażnika, gdy bowiem sięgnął po Jamesa po raz kolejny, bez zawahania złapał w garść togę na jego plecach i uniósł do góry; wątły materiał nie wytrzymał napięcia, rozpruł się na szwach. Strażnicy zaklęli paskudnie, ale nie zamierzali odpuścić. Złapali Jamesa pod pachy i wywlekli z celi, bez względu na protesty drugiego z więźniów. Drzwi trzasnęły, echo poniosło się wzdłuż ścian.
Thomas został sam. Towarzyszyły mu już tylko myśli, wiadro i szczur.

James
Droga nie była długa, ale każdy z trudem stawiany krok był jak krok stawiany w cierniach. Zimna podłoga zmieniła się w wodę, w wodzie obślizgłe macki co jakiś czas muskały twoje kostki. Powietrze było zimne, ale niezwykle wilgotne, osiadało mgiełką na posiniaczonym ciele; niedaleko od celi toga zsunęła się bowiem z twojego ciała i nikt nie zatrzymał się, aby ją podnieść. Szedłeś nago, nie wiedziałeś jednak, czy widzi cię ktokolwiek poza strażnikami i raczej nie miało to znaczenia. Wybity nadgarstek dał się we znaki, gdy staw spuchnął i zaczął wpijać się mocniej w sznur. Katorga ciągnęła się nadal, nie zauważyłeś, w którym momencie woda zmieniła się w popękane kafelki, a ktoś usadził cię na twardym, drewnianym krześle. Cały proceder był upokarzający, nie mogłeś pohamować drżenia, drzazgi z siedzenia wbijały ci się w intymne miejsca.
- Patrin Tremaine, zamieszkały na ulicy Pokątnej, 20/4, bezrobotny, próbował zafałszować dane osobowe podczas rejestracji... - Głos, który usłyszałeś był bez wątpienia głosem kobiecym, choć oschła nuta i chrypka nałogowego palacza nadawały mu nieprzyjaznego charakteru. Zaszeleścił pergamin, przesłuchująca najwyraźniej czegoś szukała. - Hmm. Podejrzewany o kradzież. Aresztowany za próbę kradzieży. Kto by, kurwa, pomyślał. - Kolejna przerwa, syk odpalanego od różdżki papierosa. Nie mogłeś wysiedzieć w miejscu, jeśli jednak spróbowałeś zmienić pozycję, na ramieniu jak imadło zacisnęły ci się palce strażnika. - Dobra, kmiotku, przejdźmy do rzeczy. Złapali cię na gorącym uczynku, więc cokolwiek masz na swoją obronę, jest chuja warte. - Coś zaskrzypiało przeraźliwie, dźwięk przywiódł ci na myśl paznokcie sunące po tablicy. - Znaj jednak litość pańską, bo oferujemy wymianę. Współpraca za lżejszą karę. Słuchasz mnie, Tremaine? - Strażnik złapał w garść twoje włosy i odciągnął głowę w tył, by kobieta mogła ci się lepiej przyjrzeć; ty jednak nadal widziałeś wyłącznie ciemność. - Kim są dla ciebie Marcelius Carrington i Thomas Doe i dlaczego pomogli ci w spisku?

Marcelius
Łzy wzbierały pod twoimi powiekami i powoli, acz nieubłaganie przemakały przez ciasną opaskę. W miarę upływających sekund ból w barkach zmieniał się w tępe pulsowanie, w fale gorąca; czułeś, że tracisz czucie w rękach, ich nienaturalna pozycja odcinała bowiem dopływ krwi, uciskała nerwy. Niewyraźny bełkot wydobywający się z twoich ust oraz ściekająca na wargi krew nie robiły na przesłuchującym wrażenia. Interesowały ich wyłącznie odpowiedzi, a im dłużej z nimi zwlekałeś, tym wyraźniejsza stawała się ich niecierpliwość.
- Nie skaml jak pies. Łyżwy mi wypadły - stojący za twoimi plecami strażnik powtórzył z prześmiewczą ironią. - Bezmyślne bachory, zakały...
- Twierdzisz więc, Carrington, że wycelowane w twarz cywila łyżwy przypadkiem ci wypadły. Co za rozczarowanie. - Przesłuchujący wszedł strażnikowi w słowo, a ten zamilkł posłusznie. Widocznie nawet w Tower działała hierarchia. Kolejny głośny łyk, kolejny plusk nalewanej do szklanki wody. - Zeznanie jest odważne, biorąc pod uwagę, że próbowałeś w ten sposób zatuszować czyjąś kradzież. Patrin Tremaine, mówi ci to coś? - Szkło zadźwięczało niedaleko ciebie, zupełnie jakby ktoś postawił szklankę tuż pod twoim nosem, na podłokietniku krzesła. - Tremaine też był zamieszany w ten plan? Chcieliście zabić człowieka i okraść, w biały dzień, na publicznym jarmarku, żeby udowodnić... co? - Mężczyzna zignorował pytania o stan zaatakowanego łyżwami cywila, najwyraźniej nie miał zamiaru niczego zdradzać. - Przez Tremaine'a nie udało wam się zrealizować planu do końca, więc zemścił się pan na nim w celi. Co jednak robił tam Thomas Doe, Carrington? Czemu został złapany razem z wami? - Kroki, skrzypienie krzesła, gdy ktoś się na nim oparł. Może strażnik, może mężczyzna prowadzący przesłuchanie. Szept, który usłyszałeś przy uchu, był jednak zbyt uprzejmy, nie tak monotonny jak ten, który towarzyszył ci do tej pory. - Mów, Carrington, mów, przecież widzę, że chce ci się pić. Potrzebujesz pomocy, Carrington? Tego potrzebujesz? - Coś chłodnego dotknęło twojego rozpalonego, lepkiego od łez policzka. Potrzebowałeś dłuższej chwili, aby to rozpoznać.
Szklanka. Szklanka z wodą, pachnącą cytryną.

Czas na odpis wynosi niezmiennie 48 godzin.

Żywotność
Marcel 106/241 -30 do kości
-65 tłuczone (posiniaczone nadgarstki, kostki, kolana i klatka piersiowa, obity kręgosłup i nerki, złamany paliczek prawej dłoni, pokruszony ząb)
-20 cięte (przygryziony język)
-30 psychiczne (-10 tortury psychiczne)
-10 wychłodzenie

James 53/220 -50 do kości
-116 tłuczone (złamane dolne żebro, rozbita głowa, posiniaczone nadgarstki, kostki i kolana, stłuczony nos, obity kręgosłup i nerki, wybity nadgarstek)
-35 psychiczne (-10 działanie dementora, -5 nagość)
-15 wychłodzenie (-5 nagość)

Thomas 144/225 -15 do kości
-46 tłuczone (posiniaczone nadgarstki, kostki i kolana, złamane górne żebro)
-25 psychiczne (-5 wdepnięcie w zdechłego szczura)
-10 wychłodzenie

[bylobrzydkobedzieladnie]
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]09.08.21 0:37
Panikował, coraz bardziej czuł ten strach. Tym razem go nie bolało tak jak wtedy, ten ból zdawał się być wręcz nieistotny. Chłód, mróz, otarte kostki czy ręce, sznur wbijający się w jego skórę to wszystko było nieważne. Słyszał brata. Jeszcze żył. Nie mógł nic zrobić i to najbardziej go gnębiło. Oddałby wszystko, byleby tylko go zabrać czy pomóc, żeby mógł być bezpieczny w domu z Sheilą. Idiota, nie uciekał! Nigdy nie uciekał, zawsze rzucał się do walki, próbował zostawać zamiast się ratować. To była ta jedna jedyna rzecz, której nigdy od niego nie zgapiał! Gdyby wtedy uciekał, Marcel również by się rzucił do ucieczki. On by sam by sobie poradził, dałby radę. Mógłby być uznany za przypadkowego przechodnia, mniej czy bardziej...
Chciał pomóc mu w jakikolwiek sposób. Starał się ruszyć, zrobić cokolwiek, kiedy słyszał jak brat wymiotował. Chociaż z drugiej strony, to znaczyło, że żył. Jeszcze żył. Jak długo? Ile mieli szans, że przeżyją... I James, i Marcel. Nie chciał myśleć, że mogli ich wynieść... Nie, na pewno tylko przesłuchanie. Na pewno. Nie zabiliby ich... prawda?
- Paprotka ugotuje nam coś smacznego... I Mars, też będzie szczekał i biegał, chcąc się bawić. Pewnie znowu na mnie wskoczy, tak jak to robił. Albo pogoni Dynię... Pamiętasz jak pogonił Eve pod postacią sroki, bo się wystraszył jej? Hej, Jimmy... Wyjdziemy stąd, wiesz o tym, prawda? Zobaczymy je... Na pewno, nie myśl nawet inaczej... Wyjdziemy, będzie w porządku... - mówił, starając się go o tym zapewnić. Sam wtedy tego potrzebował, kiedy był w Tower pierwszy raz. Mimo, że czuł ból gardła, że jego głos był zachrypnięty to nie przestawał mówić. Młodszy zawsze wierzył w jego słowa i kłamstwa, i bajki... A teraz tym bardziej nie miał siły ich kwestionować. Thomas musiał go przekonać, żeby się nie poddawał...W końcu wyjdą. Na pewno.
Poczuł przez ułamek sekundy ulgę. Widział. Widział, nie oślepł. Kształty, ciemne plamy na jasnym tle. Widział cokolwiek. Ta ciemność nie była stała...
Poczuł odepchnięcie, z którym nie walczył. Myślał, że teraz przyszli po niego, ale tak się nie stało. Łzy ciekły mu po policzkach, a on nie mógł się skupić na dojrzeniu żadnych szczegółów. Mrugał, mrużył oczy.
- Nie, nie, nie... zostawcie go! Nie zabierajcie go! - zaraz zawołał wbrew swojemu wcześniejszemu postanowieniu, że nie chciał reagować - bo w końcu nie powinien im dawać sygnałów, że James był dla niego w jakikolwiek sposób ważny. A co jeśli to wykorzystają? Na pewno to wykorzystają...
Nie mógł wytrzymać słysząc to wszystko, zaraz zaczynając się też podnosić z podłogi. Nie, nie jego brata. Zostawcie go! Nie chciał myśleć o tym co z nim chcą zrobić, gdzie chcą go zabrać. Niech go zostawią, niech go nie dotykają! Nie chciał myśleć o tym, że... że James mógł być...
Niech leży, jest bezpieczniejszy niż z wami.
Nie jest. Na pewno nie. Na pewno po prostu... po prostu nie ma siły. Prawda?
- Nie, nie... Nie, proszę, zostawcie go... Nie, nie, nie... - zaczął panikować, próbując się podnieść. Chciał się za nimi rzucić, zrobić cokolwiek. Protestował, mimo że w głębi duszy wiedział, że to nic nie da - to było dla nich tylko zabawne jak był gotowy błagać o to, aby zostawiono najmłodszego. Jednocześnie przerażenie, które go ogarniało, nie pozwalało mu na zapanowanie i powstrzymaniem tych odruchów, mimo kaszlu i ochrypłego gardła. Mimo wszystkich znaków, że nie powinien tego robić - nie mógł. Czuł przerażenie na myśl, że jego młodszy brat mógł być martwy. Nie mógł, nie był. Na pewno był żywy, nie mogło być inaczej! Nie miał prawa zginąć tu i teraz, wyciągną go stąd i zabiorą... zabiorą gdziekolwiek, do kogokolwiek kto będzie mógł mu pomóc.
Jednak głusi na jego błagania, po prostu go zabrali. Zabrali jego braciszka...
Chciał krzyczeć, ale czuł, że głos mu grzęźnie, krtań boli, a oczy zalewają się łzami, które obficie spływają mu po policzkach. Nie mógł nic zrobić, niczego. Nic nie przychodziło mu do głowy. Nienawidził tej bezradności! Skurwiele! Co im zrobił James, Marcel!? Do niczego przecież nie doszło, ten człowiek jak najbardziej tam żył!
Ciemność, smród. Myśli... Myśli były najgorsze, bo podsuwały mu wizję, że i James, i Marcel mogli być już martwi. Nie chciał tego, to nie mogło się tak skończyć. Przecież by ich nie zabili za coś... coś takiego? Za co ich w ogóle zabrali! Napaść, próbę kradzieży? Próbę! Zachowywali się tak jakby wyrządzili temu człowiekowi niesłychaną krzywdę, a on sam się o to prosił...
Podniósł się w końcu nieporadnie, chcąc odnaleźć pryczę i to na niej usiąść. Przyjdą po niego? A może go przytrzymają? Może wrzucą mu do celi tylko Marcela i Jamesa, których skatują podczas... podczas czego? Zabrali ich i nie mógł być nawet pewny gdzie. Co jeśli zabrali ich na egzekucję... Albo żeby skatować dla zabawy? Chociaż w ich wypadku najwyraźniej była to jedna i ta sama rzecz.


Sala przesłuchań - Page 3 EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 3 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]09.08.21 1:54
Zaciskał powieki, bo wmawiał sobie, że nie stać go na ani jedną łzę. Nie będzie płakał, mężczyźni nie płaczą. Zaciskał usta, bo wiedział, że kiedy tylko je otworzy z jego gardła wyskoczy coś, nad czym już nie zapanuje, cała kawalkada dźwięków pomiędzy krzykiem a szlochem. Nie mógł tego powstrzymać. Podskakującej mu do gardła żółty, pienistej śliny gromadzącej w ustach, kwasu, który w spazmatycznych bólach wylewał mu się z żołądka. Wyrzucił wszystko z siebie, od razu łapczywie nabierając powietrza, charcząc przez złamane żebro przy ciężkim, bolesnym wdechu i wydechu. Chciał się obrócić, ale nie był w stanie. Zrozumiał, że kiedy się nie ruszał bolało mniej, więc przestał. Zastygł w bezruchu, nie bacząc na to, że tuż przed i pod sobą miał lepka wydzielinę z żołądka, żółć z krwią i śliną.
Powinien mu odpowiedzieć — potem tego żałował. Powinien z nim porozmawiać, dać znać, że wszystko jest w porządku. Skłamać, by się nie martwił, by był spokojny. Słyszał nerwowe drżenie w jego głosie, pomimo tych wszystkich pięknych, ciepłych słów wypowiadanych w ich rodzinnym języku. Opowiadał jak bajki. Nikt nie opowiadał tak, jak Thomas. I mógłby słuchać ich bez końca, gdyby nie seria kolejnych niepokojących dźwięków.
Ile czasu już minęło? Stracił zupełnie rachubę. Nie miał sił się odezwać, wstać, a co dopiero walczyć z ludźmi, którzy po niego przyszli. Wciąż nie widział nic. Koniom zasłaniano oczy, żeby się uspokoiły — nie dostrzegając nigdzie zagrożenia przyjmowały ten niepokój, pozostając czujne na otaczające je dźwięki, ale nie płochliwe. Im nie o to chodziło, zamierzali wywołać odwrotny efekt. Odebranie mu zmysłu wzroku doprowadzało go na skraj obłędu. Nie widział gdzie jest, z kim, ani gdzie. Ilość bodźców jaka nagle go otoczyła była ciężka do wytrzymania, choć jeszcze jaki czas temu był tylko Thomas, Marcel i cztery ciasne ściany. Szarpali go, próbowali podnieść. Chciał nogami się podeprzeć, ubezpieczając się przed upadkiem, ale nie był w stanie utrzymać równowagi, padł więc na kolana. To działo się szybko. Za szybko, by zdołał odpowiedzieć bratu. Stracił rezon, zgubił się w przestrzeni, która go otaczała. Ciągnęli go gdzieś. Czuł wodę wokół kostek — dreszcz przebiegł mu po plecach. Było mu potwornie zimno, trząsł się cały, a kiedy toga zsunęła się z jego ciała, zadrżał już całkiem, pokryty gęsią skórką. Woda wzmagała uczucie chłodu. Starał się nadążać, przebierać nogami, ale nie był w stanie. Ciągli go jak kukłę, dopóki nie wyprowadzili do jakiegoś miejsca i nie posadzili na szorstkim krześle.
Nagość była najmniejszym problemem w chwili, w której jesteś przekonanym o tym, że prowadzą cię na śmierć. A on wiedział, że tak właśnie skończy. Przestał się łudzić. Myślał już tylko o tym, że był tu Marcelius. Był Thomas. Nie powinni się tu znaleźć przez niego, wciągnął ich w kłopoty i musiał zrobić coś, by pomóc im się wydostać. Pal licho, z nim. Ledwie trzymał się na krześle — złapali go na próbie kradzieży. Więc co? Obetną mu ręce? Ta myśl go przerażała najmocniej. Wolał, by go zabili. Ale tego też się bał. Zaciskając ciągle zęby, próbując powstrzymać narastające wewnątrz emocje, walące w piersi serce i ból, który cały czas dawał się we znaki, powtarzał sobie, że musi się trzymać. Jeszcze chwilę. Upokorzeniom nie było końca. Potęgowała je tylko wizja, że posadzili go tak, nagiego, trzęsącego się z zimna, zbitego jak kundla wprost przed kobietą. Kto jeszcze był z nimi? Kto jeszcze znajdował się w pomieszczeniu? Nieważne. To było nieważne. Miał to gdzieś.Kiedy jednak usłyszał serię pytań i żądanie wyjaśnienia, zrozumiał, że to ta chwila, być albo nie być. Miał im coś do powiedzenia. Trudno było mu się skoncentrować w takiej chwili, w takiej sytuacji, gdy zewsząd atakowało go wszystko. Nawet strażnik, który pociągnął go do tyłu, by zadrzeć mu głowę. Próbował się poruszyć, odsunąć od stołu w jakimś krótkim zrywie, proteście, ale strażnik zaraz przygniótł ręce do jego ramion przytrzymując go w miejscu. Nie mógł z nim walczyć. Nie miał na to sił.
Wiedział, co im odpowiedzieć, ale nim to zrobi musiał zaryzykować. Był złodziejem, oszustem. Kłamał przy rejestracji różdżki podając się za jakiegoś człowieka, o którym nie wiedział, że jest tak znany i wysoko postawiony. Jeśli wszystko powie, nie uwierzą. A muszą. Tylko tak mógł spróbować ich wyciągnąć. Thomasa, Marcela. Myślał już tylko o tym. By stąd wyszli, by ich puścili. Gotów był powiedzieć i zrobić wszystko; byle dali im spokój, nic nie zrobili. Teraz albo nigdy, innej szansy już nie dostanie. Może nie będą wcale czekać? Nie wiedział, liczył na to, że będzie chciało im się jeszcze raz powtórzyć pytanie. Czy uwierzą? Traktowali go jak śmiecia, jego słowa niewiele są dla nich warte. Cenne jest jednak przekonanie, że mają rację, przewagę. Jeśli coś miało mu teraz pomóc — pomóc słowom, zeznaniom, to tylko ich własna wiara w to, że wyciągnęli z niego te zeznania siłą, przemocą. Błagania, ból, skowyt, łzy — tylko one mu pomogą w tej próbie zeznań. Tylko one podkreślą prawdę. Doprowadzenie na skraj, do ostateczności. Przekonanie, że zeznania wydarli z jego gardła, chociaż próbował je dla siebie zatrzymać. Sam zbyt rozmownych ludzi nigdy nie brał zbyt poważnie.
— Nic wam nie powiem.Pieprzcie się, chciał powiedzieć, ale zabrakło mu odwagi. Głos załamał mu się na końcu, serce zabiło, jak w agonii — bo już wiedział, już czekał, co przyniosą jego słowa. I bał się. Był przerażony jak diabli, trząsł się. Resztkami sił, próbując przygotować się na najgorsze, napiął mięśnie, starając ignorować ból, jaki tylko spotęgował tą reakcją. No dalej, bierzcie mnie siłą, przecież chcecie wiedzieć. Zacisnął mocno usta, by powstrzymać ich drżenie. Spytajcie jeszcze raz, zaśpiewam wam jak z nut.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]09.08.21 3:07
Właściwie nie czuł już wygiętych rąk, odcięta krew nie dopływała do dłoni, obolałe ciało pragnęło spokoju, chwili odpoczynku, spokoju, z głodu robiło mu się niedobrze, był zmęczony, chciał zasnąć, z trudem przychodził mu oddech, a każde poruszenie ciała wywoływało falę spazmatycznego bólu, nie potrafił zapanować nad reakcjami swojego ciała, łzy cisnęły się do oczu, usta drżały, pobladła twarz zawisła nad piersią, nie próbując uciekać - przepaska zasłaniająca oczy odcinała go od wszystkiego, co działo się wokół niego. Krew w skroniach pulsowała zbyt szybko, suchość języka sprawiała, że głos grzęzł mu w gardle, serce waliło w piersi jak ptak zamknięty w klatce żeber. Czy mógł się jeszcze przebudzić? Czy to wszystko mogło okazać się tylko strasznym snem? Nazwał go bezmyślnym, pewnie takim był od: od urodzenia, szybciej robił, wolniej myślał, nie potrafił nad tym zapanować. Ale nigdy wcześniej nie skrzywdził człowieka w ten sposób. Nie chciał tego, ale przecież widział - krew na jego policzku, krwawą szramę. Jak mógł być tak głupi? Płozy były ostre, oczywiście, że tak, naostrzył je na tyle, by dało się na nich kręcić piruety na lodzie. Ale naprawdę nie chciał nikomu zrobić krzywdy. Tylko, czy kogokolwiek to w ogóle interesowało? Kim był ten gość? Jakąś szychą? Nie było już między nimi równości, prawo broniło silnych i bogatych, jemu została gorycz do przełknięcia, słone łzy i żal, jaki spływał do zranionego serca.
Chciałem tylko mówić prawdę, lecz zamknięto usta mi;
chciałem komuś podać ręce teraz ręce są we krwi.

Nie chciał - ale kogo to interesowało? Tych ludzi, którzy przed nim siedzieli? Nie był przecież aż tak naiwny, nie zamknęli go tutaj po raz pierwszy, nikogo z nich tutaj nic nie interesowało. Był tylko kundlem, jednym z wielu, chłopcem do picia. Mogli rzucić go na ziemię i zabawić się z nim jak przed chwilą, z nimi wszystkimi. Bo byli nikim. Bo nic nie znaczyli. Tyle co kurz, wczorajsza chwila, śnieg z zeszłej zimy, błysną i zgasną, znikną na zawsze. Może i już teraz, pamiętał, tamtego faceta, z którym siedział za pierwszym razem, był pobity bardziej niż on dzisiaj. Nikogo nie obchodził jego los. Nikogo nie obchodziło, czy tam umrze. Chciał tylko pomóc. Jamesowi. Miał przecież przy sobie małą Sheilę, niedawno odnalazł Eve, powinien się nimi opiekować. Powinien być z nimi, z rodziną, której szukał tak długo. Było w tym coś ironicznego, że wystarczyło, żeby Thomas pokazał się na horyzoncie - a kłopoty nagle przyszły same.
Na podane nazwisko początkowo nie zareagował, sądząc, że przesłuchujący mówił o facecie, którego próbował okraść James, olśniło go dopiero po chwili - dzięki Thomasowi. To on zapytał o różdżki. James podał nazwisko, Tremaine. To było imię? Co tam robił Thomas Doe, świetne pytanie.
- P-proszę - jęknął drżącym głosem, gdy poczuł na policzku zimne szkło szklanki, zapach wody, nie myślał o rozciętym języku, nie myślał o tym, jak na ranę może zadziałać cytryna, szarpnął głową gwałtowne, chcąc sięgnąć ustami naczynia. - N-niech mi pan pomoże, s-sir. W-w-wszystko powiem - wybełkotał w końcu, czując, jak przy oczach zbierają się większe łzy. Za kogo się właściwie miał? Zawsze wydawało mu się, że potrafił być odważny. Że potrafił zachować się tak, jak należy. Uczciwie.
Przepraszam, Jimmy.
Przez chwilę milczał, wpatrując się w czarną otchłań przed oczyma, milczał, drżąc z bólu, strachu i rozpaczy, pokręcił głową, zbierając myśli. Tracili cierpliwość. W końcu ją przecież stracą, rzucą go w kąt, zabrudzony krwią i gównem, do ciemnicy, i nie będą już chcieli słuchać. Aż tam umrze, aż go nie wyniosą, albo nie wrzucą do mętnych wód Tamizy.
Musisz nauczyć się kłamać, mówiła Maeve. Opuścił głowę niżej, co sił zaciskając załzawione powieki - choć jego oczy i tak okryte były czarnym materiałem.

zeznania marcela na pw u mg


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]10.08.21 14:49
Thomas
Strażnicy za nic mieli sobie twoje krzyki, histeryczne prośby o pozostawienie młodszego brata w spokoju. Odebrali ci go, wywlekli za drzwi, zamykając je z donośnym hukiem, które przeszył cię na wskroś, dosięgając najwrażliwszych partii. Wizję na powrót spowiła ciemność, zapewniając chwilową ulgę dla zmęczonych światłem oczu, z upływem sekund jednak głębia granatu i czerni przypełzła do ciebie, wywołując strach większy niż ten, jaki spowodowałoby zaklęcie Obscuro. W pustej celi wyraźniejsze stały się najlżejsze odgłosy, delikatne skrobanie ponad poziomem sufitu oraz bardzo odległe nawoływania, przywodzące na myśl katowaną kobietę. Nie próbowałeś walczyć, nie ochroniłeś ani brata ani jego przyjaciela, nie próbowałeś nawet krzyczeć, więc miałeś dużo czasu na to, aby łkając i trzęsąc się na skrzypiącej pryczy, przemyśleć własne położenie. Mijały kolejne minuty, a ciebie wciąż nikt nie niepokoił, nie próbował zajrzeć do celi ani wywlec na przesłuchanie tak jak Jamesa i Marcela. Z powodu zaduchu i przyspieszonego płaczem oddechu zaczęło kręcić ci się w głowie. Dopiero w samotności, nie mając nikogo, kim mógłbyś się zaopiekować, zrozumiałeś jak okropnie jesteś głodny i spragniony.
Siedziałeś na pryczy piętnaście minut, pół godziny, godzinę? Nie potrafiłeś określić, ale jakiś czas temu ucichły już krzyki udręczonej kobiety. I wreszcie usłyszałeś kroki ciężkich butów, zatrzymujące się pod drzwiami twojej celi. Tym razem w polu żółtawego światła stanęła tylko jedna osoba, ale zmrużone, łzawiące oczy nie pozwoliły ci dojrzeć szczegółów. Z pewnością nie był to ani James ani Marcelius, sylwetka była wysoka, dumnie wyprostowana. Przez chwilę człowiek stał w milczeniu, może cię obserwował, a gdy w końcu uniósł różdżkę, czubek drewna rozjarzył się ostrym, białym światłem Lumos. Proste zaklęcie spotęgowało odczuwane przez ciebie mdłości, przeszyło skronie ściskającym bólem, który zmusił cię do zamknięcia oczu.
- Wstawaj, Doe. Mamy do porozmawiania.
Spokojny głos był ci doskonale znany. Kimkolwiek był mężczyzna, przesłuchiwał cię już raz, gdy ostatnim razem trafiłeś do Tower za oszustwa podczas rejestracji. Mimowolnie odczułeś napinające się mięśnie, kolana zatrzęsły ci się konwulsyjnie, a do ust napłynęła żółć, którą musiałeś przełknąć, aby odpowiedzieć. By spełnić żądanie mężczyzny, zsunąłeś się z pryczy i postawiłeś brudne, bose stopy na zimnym kamieniu. Jak dotąd spętane miałeś tylko nadgarstki; podkrwawiające, ale nie sprawiające bólu większego niż ten, którego doświadczyłeś ostatnim razem. Nawet po rozwarciu powiek nie mogłeś przyjrzeć się oprawcy, każda próba kończyła się bowiem zaostrzeniem bólu głowy. Dopiero po dotarciu pod same drzwi czarodziej okazał ci litość i zasłonił oczy zaklęciem Obscuro.
- Pójdziesz przodem, tam, gdzie ci wskażę. Jeden niewłaściwy ruch i zerwę ci skórę z podeszew. I dalej będziesz szedł. - Groźba rzucona beznamiętnym głosem budziła znacznie większy lęk od rubasznych odzywek strażników.
Nie miałeś możliwości wiedzieć, gdzie idziesz ani osłonić twarzy dłońmi, gdybyś nagle znalazł się na wprost ściany. Każdy najmniejszy kamyczek po drodze wbijał ci się w stopy, kilkukrotnie wdepnąłeś w coś, co mogło być plamą krwi, moczu lub wody. Mężczyzna podążający za tobą ostrzegł cię o zdążających w dół stopniach, zrobił to jednak w ostatniej chwili - nie zdążyłeś złapać równowagi i stoczyłeś się z kilku z nich, uderzając skronią w ścianę. Zamroczyło cię, odniosłeś wrażenie, że na kilka sekund straciłeś przytomność. Gdy ją odzyskałeś, znów stałeś prosto, jakbyś zapomniał moment, w którym ktoś pomógł ci się podnieść. Dalszą drogę przebyliście brodząc w zimnej wodzie po kostki; a przynajmniej ty brodziłeś, nie słyszałeś bowiem za plecami charakterystycznego pluskania.
W końcu dotarliście do pomieszczenia, w którym silny chwyt na ramieniu zmusił cię do zajęcia miejsca na krześle. Pod stopami wciąż czułeś cienką warstwę wody. Mężczyzna zdjął z twoich oczu czarną opaskę, zanim jednak zdążyłbyś przyzwyczaić wzrok do półmroku, kolejne rzucone przez niego zaklęcie - Lumos Maxima - odebrało ci nadzieję na przyjrzenie się przesłuchującemu. Emitująca światło kula wisiała nisko między tobą a nim, spoglądanie wprost na nią doprowadzało cię do obłędu.
- Długo zastanawiałem się, od czego zacznę i doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie pozwolić mówić tobie. Więc proszę, mów. I lepiej dla ciebie i twoich współwięźniów, abym poczuł się usatysfakcjonowany. - Rozkazowi towarzyszyło szybkie i słyszalnie złośliwe uzupełnienie: - Skoro dałeś się tak prędko złapać policjantom, mniemam, że miałeś wystarczająco dużo czasu, aby zgromadzić cenne informacje. - Skrzypnęło drewno, mężczyzna usiadł w fotelu. Ledwie widziałeś cokolwiek za połyskującą kulą, wydawało ci się jednak, że znajduje się wyżej niż ty.

James
Potężna łapa we włosach nawet na moment nie przestała ściskać ich tak, że czułeś pierwsze kępy wyłażące ze skalpu razem z cebulkami. Nagie ciało drżało bez kontroli, okolice żołądka co jakiś czas kurczyły się w spazmach, które zmusiłyby cię do kolejnych wymiotów, gdybyś tylko miał czym wymiotować. Wyczerpanie, liczne krwiaki i wciąż odczuwalne pulsowanie pod czaszką utrudniały ci skupienie się na słowach przesłuchującej. Jedno zdanie, które zdecydowałeś się powiedzieć, choć bez wątpienia odważne, zabrzmiało słabo i mrukliwie, bo z zimna szczękały ci zęby. Już przy pierwszych słowach mogłeś poczuć, że strażnik szarpie twoją głową mocniej, aż kark wbił ci się boleśnie w oparcie krzesła. Kobieta musiała mu jednak coś pokazać, bo łapa zniknęła zbyt nagle, abyś zdołał wyłapać konkretny moment. Chwiałeś się na granicy przytomności, co być może - ale tylko być może - zadziałało na twoją korzyść.
- Balneo.
Wiadro lodowatej wody spadło na twoją głowę, poddusiło, poparzyło, wszystkie mięśnie szczupłego ciała skurczyły się boleśnie, aż podskoczyłeś na krześle. Byłbyś z niego spadł, gdyby nie czuwający strażnik, którego palce na powrót wpiły się w przemoczoną głowę.
- Pobudka, królewiczu, nie śpimy. Powtórz, coś powiedział, bo nie dosłyszałam! - Ostra nuta w głosie czarownicy sugerowała jednak co innego, chrapliwy ton nabrał natarczywości. - Kim są dla ciebie Marcelius Carrington i Thomas Doe? To twoja jedyna szansa, mrucz dalej, a będziemy łamać ci palce, jeden po drugim, jak przystało złodziejowi.
Stojący za twoimi plecami strażnik nie czekał na polecenie, złapał za ciemiężące cię więzy i poluźnił je na tyle, aby wyszarpnąć z nich dłoń - prawą, zdrową. Gwałtowny manewr zaognił ból wybitego lewego nadgarstka. Po tym mężczyzna pociągnął szczupłą rękę do góry, nie mając z tym większego problemu, ponieważ byłeś zbyt słaby, aby protestować. Szorstki kciuk oparł się na małym palcu twojej dłoni i nacisnął na niego ostrzegawczo.
Nie pozostawiając wątpliwości, od którego miejsca zaczną.

Marcelius
Chłodny zapach lemoniady z miętą nęcił twoje zmysły mimo słusznej konkluzji, że w pokiereszowanej jamie ustnej kwas zada jeszcze większe cierpienia. Pragnienie było silniejsze niż ból; pragnienie bowiem mogłeś czuć całym sobą, mieszało ci w żołądku, w zmysłach, nawet w głowie. Mężczyzna o tym wiedział, przesuwając chłodną szklanką wzdłuż załzawionego policzka, podsuwając ci ją pod nos, ale cofając prędko, gdy tylko próbowałeś złapać jej krawędź wyschniętymi ustami. Gdy wreszcie zacząłeś mówić, opuszczając w dół brodę, kat odsunął się i pozwolił ci się skupić - w niewielkim, cuchnącym wilgocią pokoju zapadło nagle takie milczenie, że nie miałeś żadnej wątpliwości, iż przesłuchujący spijają z twoich ust każde pojedyncze słowo.
Po zakończeniu zeznań zapadła głucha cisza. Gdzieś niedaleko rozlegało się jedynie cichutkie kapanie; być może z przemokniętego sufitu, może z rury. Dźwięk wzmógł palące pragnienie, o czym przekonałeś się sekundę później. Czyjaś dłoń wplotła palce w twoje gęste, złote włosy, odciągnęła głowę w tył - mocno, ale nie na tyle, by ogłuszyć - i w tym samym momencie przy twoich ustach znalazła się krawędź szklanki. Strażnik wlał ci do gardła trzy potężne łyki, nie pozwalając zaczerpnąć tchu ani spokojnie przełknąć. Ostatecznie spora część kwaśnej wody spłynęła ci po brodzie, zacząłeś się też krztusić, próbując pozbyć nadmiaru, którego przełyk nie był w stanie przyjąć. Przygryziony język na nowo zapłonął bólem, czułeś w ustach krew. Pieczenie było na tyle nieznośnie, że pierwsze słowa przesłuchującego umknęły twojej świadomości.
- ...że Tremaine próbował wyciągnąć mu portfel. Zeznania są sprzeczne. Jak się do tego odniesiesz? - Pytanie musiało paść do ciebie, ale odpowiedział ktoś inny, mrukliwy, starczy głos, dobiegający jakby z daleka.
- Stał do nich tyłem.
Oprawcy znów zamilkli.
- Czy zamierzasz z pełną świadomością poświadczyć, że wszystko, co powiedziałeś, jest prawdą? - Mężczyzna najwyraźniej znalazł się na progu podjęcia decyzji. - Jeżeli tak, poniesiesz karę adekwatną do popełnionych wykroczeń, niezależnie od tego, czy były one zamierzone. - Pod koniec zdania głos stał się miły, uprzejmy, niemalże zachęcający.

Czas na odpis wynosi niezmiennie 48 godzin.
Marcel, rzucasz w tej turze dodatkową kością k3.

Żywotność
Marcel 106/241 -30 do kości
-65 tłuczone (posiniaczone nadgarstki, kostki, kolana i klatka piersiowa, obity kręgosłup i nerki, złamany paliczek prawej dłoni, pokruszony ząb)
-20 cięte (przygryziony język)
-30 psychiczne (-10 tortury psychiczne)
-10 wychłodzenie

James 48/220 -50 do kości
-116 tłuczone (złamane dolne żebro, rozbita głowa, posiniaczone nadgarstki, kostki i kolana, stłuczony nos, obity kręgosłup i nerki, wybity nadgarstek)
-35 psychiczne (-10 działanie dementora, -5 nagość)
-20 wychłodzenie (-5 nagość, -5 balneo)

Thomas 134/225 -20 do kości
-56 tłuczone (posiniaczone nadgarstki, kostki i kolana, złamane górne żebro, obita skroń)
-25 psychiczne (-5 wdepnięcie w zdechłego szczura)
-10 wychłodzenie
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 3 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Sala przesłuchań
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach