Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Sala przesłuchań
AutorWiadomość
Sala przesłuchań [odnośnik]26.01.19 20:28
First topic message reminder :

Sala przesłuchań

Małe pomieszczenie mające nie więcej niż cztery metry długości i trzy szerokości. Na ścianach nie ma ozdób ani nawet tynku. Na nagich cegłach połyskuje jedynie typowa dla Tower wilgoć. W centrum znajduje się stolik oraz para ustawionych naprzeciwko siebie krzeseł. Pod sufitem skrzy magiczne, ostre światło, które jedynie uwydatnia ascetyzm pomieszczenia. Jedna ze ścian sali jest zaczarowana tak, że jest jednostronnie przeźroczysta i przepuszcza dźwięk. Dzięki temu kandydaci na aurorów mogą zza niej uczyć się od starszych kolegów sztuki przesłuchiwania.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Sala przesłuchań [odnośnik]15.08.21 0:54
5.01

List, otrzymany w pracy, przebiegł wzrokiem kilkukrotnie. Nie miał w zwyczaju czytać czegokolwiek więcej niż raz, był człowiekiem zapracowanym, a bystry umysł pozwalał mu szybko przyswajać informacje. Tych jednak przyswoić się nie dało. Marcelius, aresztowany (znowu), tym razem za usiłowanie zabójstwa cywila przy pomocy łyżwy (sic!!!), czy jego syn był w dodatku złodziejem? Pracował dla niego - pierwsze słyszał, czy młody powołał się na to w akcie desperacji? Ale nie, tego nie zrobił Marcelius, tylko jakiś Tremaine. Nazwisko, podobnie jak Doe, zupełnie nic Corneliusowi nie mówiło. Czytał, zagryzając wargi i niemalże mnąc papier (co było wbrew jego pedantycznej naturze) i próbując znaleźć logiczne wyjaśnienie. To, co się działo, umykało jednak wszelkiej logice - podobnie jak cały Marcelius. Powiedział komuś o nim, o swoim ojcu? Temu Tremaine, żeby się ratować?
Albo...
...był ktoś, kto wiedział. Ktoś, kogo nazwiska Cornelius wcale nie znał (choć postanowił nie wyprowadzać go z błędu), ktoś kto na pewno był złodziejem i w czyjej głowie siedział. Ktoś, kto wydawał się być rozsądniejszy od Marceliusa. Wydawał. Czy uznał właśnie ten ponury żart za rozsądek? Sallow potarł skronie dłońmi, sfrustrowany własną niewiedzą. Hipoteza wydawała się prawdopodobna, ale musiał zobaczyć tego Tremaine, by wiedzieć na pewno. A łyżwa i ten trzeci nadal nie pasowały do układanki. Skreślił szybko list do Tower i niecierpliwie czekał, uspokajając się nieco dopiero, gdy dostał odpowiedź zwrotną. Dobrze, że darzono go wciąż szacunkiem, wcale nie musieli go przecież wzywać. Być może w listopadzie, gdy zbierał materiały do laurki pochwalnej na cześć policjantów i cierpliwie przeprowadzał wywiady z funkcjonariuszami, zrobił jednak niezapomniane wrażenie. O Parszywym Pasażerze i związanej z tym wszystkim kompromitacji wolałby w końcu zapomnieć, choć legilimentowaniem chłopaka uratował wtedy swój honor.
Ulżyło mu trochę, że nie powitał go stary znajomy Arnold. W końcu komendant Montague widział jego i Carringtona razem, był w dodatku irytująco inteligentnym człowiekiem.
Cornelius uśmiechnął się przymilnie do mniej-znajomego komendanta i zdecydowanie uścisnął jego rękę. Gdyby szedł do innego urzędu, wziąłby z domu drogie wino, ale był na tyle bystry, by nie próbować przekupywać policji. Jeśli wszystko pójdzie pomyślnie, to im podziękuje, już po fakcie. Wezwali go tutaj jako autorytet, musiał więc - pomimo dreszczu niepewności przemykającego wzdłuż kręgosłupa - kontynuować tą dynamikę, przemawiając z pewnej i wszechwiedzącej pozycji siły. Nawet, jeśli nie miał pojęcia co wymyślił Tremaine i nie zatrudniał jeszcze żadnych informatorów. Przynajmniej zachowywanie pokerowej twarzy przychodziło mu bez trudu, był wszak politykiem z przyklejonym do ust łagodnym uśmiechem. Niezmiernie wdzięcznym za to wezwanie.
Pomieszczenie było wręcz pedantycznie uporządkowane, co poprawiało humor Sallowowi. Sam był pedantem, lubił takie wnętrza. Powinien dojść z panem komendantem do porozumienia. Skinieniem głowy podziękował za lemoniadę, ale jeszcze po nią nie sięgnął - żołądek ściskał mu się z niecierpliwości i ciekawości.
-Słucham pana. - zapewnił i słuchał, z maską nadal przyklejoną do twarzy. W strategicznych momentach opowieści to uniósł z oburzeniem brwi, to pokiwał ze zrozumieniem głową, choć w głębi serca n i c n i e r o z u m i a ł.
Przyznał się do wszystkiego.
Dlaczego?
Dla k o g o?

Podchwycił spojrzenie komendanta bez mrugnięcia okiem i skinął lekko głową. W drodze do Ministerstwa, a także w trakcie całej opowieści, miał czas na przemyślenie swojej wersji zdarzeń.
-Jestem niezmiernie wdzięczny za wezwanie, owe informacje i możliwość ich sprawdzenia. W istocie mam swoich informatorów na zimowym jarmarku, jakikolwiek skandal na tym wydarzeniu poważnie odbiłby się na naszej propagandzie, nie wspominając o tym, że tak doniosłe wydarzenie mogłoby przyciągnąć mącicieli i zamachowców. To faktycznie młodzi chłopcy, bezrobotni, nierzucający się w oczy. Jeśli jakiś z nich okłamał Ministerstwo odnośnie swojej tożsamości, bądź zarejestrował różdżkę na niewłaściwe dane, powinniśmy wyciągnąć konsekwencje - bowiem nazwiska tych młodzieńców słyszę pierwszy raz w życiu. - w jego głosie zadźwięczała lodowata nuta. -Komisja Rejestracji Różdżek powinna już działać bez zarzutu, ale w październiku miałem nieprzyjemność wytropić zdrajczynię wśród urzędników, więc niestety dokumenty nie są niezawodne. Jeśli ja lub moja asystentka mieliśmy jakikolwiek kontakt z tymi młodzieńcami, chciałbym ich zobaczyć. - westchnął boleśnie, czyniąc z siebie ofiarę. Egzekucja Lavinii De Pur na ziemiach lorda Bulstrode odbiła się szerokim echem w Ministerstwie, czy słyszano o niej i tutaj? Gdyby de Pur mieszkała w Londynie, Sallow udałby się do niej w końcu w eskorcie policji - przeprowadzka urzędniczki skłoniła go do sięgnięcia po ludzi Bulstrode'ów.
-Ministerstwo robi jednak co może i jest wdzięczne za pańską opiekę nad zimowym jarmarkiem. Nigdy nie autoryzowałbym spisku na rebelianta w tak... amatorski sposób, jeśli faktycznie byli jednymi z informatorów, to musiała być jakaś niezwykła samowola. Słyszę, że i pan ma swojego donosiciela - w przyszłości chętnie skoordynuję nasze działania w tym zakresie, Ministerstwo chętnie wesprze policję i pozyska informacje. Z uwagi na całą kontrowersję i użycie mojego nazwiska, chętnie zobaczę i przesłucham tych chłopców. Być może komendant Montague wspominał panu, jak... skutecznie potrafię przesłuchiwać, a chyba nie chcemy bawić się w niepewności. - spojrzał komendantowi prosto w oczy, uniósł lekko brodę i uśmiechnął się uprzejmie. -Legilimencja wymaga wysiłku, ale jestem dziś wypoczęty, chętnie pomogę. Z całą trójką, choć Carrington i Tremaine wzbudzili moją największą konsternację. - zaproponował, poświęcając się i swoją energię w imię sprawy. -Skazańców należy unieruchomić, wtedy mogę najskuteczniej działać. - dodał od razu, jeszcze zanim usłyszał zgodę. Legilimentował już dla policji dwukrotnie, najpierw Celine na prywatne zlecenie wysoko postawionego funkcjonariusza, a potem ku przerażeniu publiki za zgodą Arnolda Montague - a korzyści przewyższały chyba wszelkie opory moralne.
-Jak został ukarany Carrington? - dodał sięgając po szklankę, właściwie od niechcenia.



perswazja III, przeważnie mówię prawdę, ale kłamstwo II
Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 5 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]15.08.21 1:05
Chrapliwy głos rozpoznałby wszędzie - Jimmy? Co to za koszmar, usiłował zacisnąć nieistniejące palce, przerażony ich bezruchem, czy to naprawdę był James, czy ledwie mara, jak parę chwil jego matka? Czy on wciąż żył? Jeśli żył: dlaczego James wciąż był zamknięty w tej strasznej celi? Ukarali go, jak karano złodziei, po co, po co im wciąż był? Może to nie on, może to echo przeszłości; podobno, kiedy umierasz, lecisz, przed oczyma przelatują obrazy minionych dni, jeden po drugim, klatka po klatce składając się na obraz całego dotychczasowego życia, może tak to właśnie wyglądało, może miał słyszeć ich głosy, widzieć przy sobie, może byli tu naprawdę: gdzieś między snem a jawą, życiem a śmiercią, może to tylko okrutny chichot losu lub kolejne sztuczki sadystycznych strażników; nie było w tym większego celu, ot sadystyczna błahostka, przyjemna krotochwila. Pragnął dzisiaj śmierci, niczego więcej, szybkiej, tylko śmierć mogła ukrócić ten paraliżujący straszny ból. Czuł uścisk na ciele, czy czuł go naprawdę? Czy to James go trzymał, czy znów porywały go ręce strażników, wydzierając z kolejnego snu, na kolejne tortury? Drzwi otworzyły się po raz kolejny, to nie mogła być prawda; nie mogli się - znowu - znaleźć w tej celi wszyscy troje. Ten pieprzony szpicel powinien być już na wolności, dawno temu, dlaczego? Dlaczego trzymali tu całą trójkę? Mało im było? Zaciskał oczy, ale nic nie mogło sprawić, by ściany wokół niego zniknęły, zadrżał, może z zimna, pozbawiony zbyt dużej ilości krwi, może z bezsilności i rozpaczy, gdy stanął przed świadomością, że teraz - mógł już tylko bezradnie czekać na kres tych cierpień. Czy powiadomili chociaż jego rodzinę? A co mu to da, ucięli mu rękę - jak złodziejowi - tak wystąpić nie mógł. Czy w ogóle jeszcze kiedykolwiek będzie mógł wystąpić? Ćwiczył całe życie, od pięciu lat nieprzerwanie, był młody, był w swojej szczytowej formie, gotów bić rekordy i zdobywać szczyty niemożliwego, sięgać tak wysoko i tak daleko, jak daleko sztuka cyrkowa jeszcze nigdy nie sięgała: wszyscy na Arenie wiedzieli, że to możliwe. Że miał potencjał, że lada moment tam dotrze. Już nigdy nie dotrze. Prawa ręka bolała, był zbyt zmęczony, by choć spróbować oszacować rodzaj obrażeń, ale lewa przecież już nigdy nie wróci do dawnej sprawności. Jego ciało było jego życiem, kochał to co robił, kochał Arenę, kochał cyrk, kochał ruch, kochał latać, latał od dziecka. Czy z jedną ręką - będzie w stanie? Nawet jeśli, nigdy już nie podoła temu tak jak wcześniej. Ile minie czasu, nim odzyska równowagę? Miał ją nadzwyczajną. Wyjątkową. Urodził się z tym. A oni, oni znaleźli sposób, by odebrać mu nawet to. Mogli go od razu zabić, to byłoby bardziej litościwe.
Strzępy rozmowy, słowa Thomasa skierowane do Jamesa, słyszał, ale nie przyjmował, wybrzmiewały gdzieś obok, ich sens pozostawał poza jego rozumieniem. Nie próbował rozumieć, był zbyt osłabiony, zbyt obolały, było mu zbyt zimno, wypierał rzeczywistość - ale ta musiała go dopaść, Thomas odwrócił go w ich stronę, poczuł, jak zabiera mu z twarzy pająka; kiedy opadł bezwładnie na drugą stronę, spomiędzy jego ust wypadła mieszanina krwi, rzygowin i plwociny. Oczy miał otwarte, uniósł je na Thomasa, przeniósł na Jamesa, dlaczego was tu trzymają? Mieli obie ręce, ucięli ją tylko jemu. Jimmy, mieli cię dzięki temu wypuścić do domu. Żebyś zajął się Sheilą i Eve. Dlaczego wciąż tu jesteś? Thomas, jesteś cholernym donosicielem. Współpracujesz z nimi. Ledwo cię pobili. Dlaczego wciąż tu jesteś?
W kącikach oczu zalśniły kolejne łzy, to był koszmar, niekończący się straszny koszmar. Żyję, wymamrotał niezrozumiale, choć nie był pewien, czy słowa wybrzmiały, czy pozostały bezgłośne, poruszył ustami z pewnością, co dalej? Jak długo tu zostaną? Czy pan Carrington o nim pamiętał, czy mu powiedzieli? Może już wiedział, ale brak dłoni czynił go przecież bezwartościowym na Arenie - znał zasady, musiał na siebie zarobić. Rok, mówili, tyle miał trwać wyrok. Rok w tej strasznej celi. Rok w tym strasznym miejscu. A wy? Wypuszczą was wcześniej, prawda? Może dzisiaj? Nie podniósł głowy, ściągnął obie ręce bliżej piersi, tak, by nie widzieć lewej ręki, może to jednak był sen? Przecież czuł ją, pięć palców, po prostu nie potrafił nimi poruszyć - a jednak, kiedy szukał ich, ignorując ból połamanej prawej dłoni, trafiał tylko powietrze budzące stłumiony szloch.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]17.08.21 13:13
Cornelius
Nerwowość komendanta była dostrzegalna na pierwszy rzut oka; być może nie przywykł do nagłych wizyt pracowników Ministerstwa, a może doskonale zdawał sobie sprawę z twojej pozycji oraz umiejętności. Ostatecznie, miałeś do czynienia z Czarodziejską Policją już nie jeden raz i dałeś o sobie dobitne świadectwo, czyniące z ciebie w ich oczach człowieka bezwzględnego i sięgającego po każdy środek, aby udowodnić swoje racje. Po zakończeniu podsumowania ostatnich godzin, mężczyzna sięgnął po szklankę i wypił kilka dużych łyków lemoniady. Teraz przyszła kolej na twoją odpowiedź i miałeś świadomość, że wiele od niej zależało.
W pierwszej chwili, gdy przyznałeś się do posiadania informatorów na zimowym jarmarku, krzaczaste brwi komendanta uniosły się wysoko w górę. Czarodziej jednak odzyskał rezon dość szybko, opierając łokcie na blacie i przysłuchując ci się z wielką uwagą oraz rosnącym spokojem. Widocznie ulgę przyniosła mu wieść, że nie niepokoili cię bez powodu. Po wyjaśnieniu tej wątpliwości rozmowa nabrała znacznie bardziej oficjalnego charakteru.
- Co dokładnie ma pan na myśli, panie Sallow? - zapytał mężczyzna, blednąc nieco na wieść o zdrajczyni wśród urzędników Komisji. Być może informacja ta do niego nie dotarła, a może zatarła się w pamięci. - Komisja Rejestracji Różdżek działa prężnie i wyłapuje oszustów najszybciej jak to możliwe. Patrin Tremaine oraz Thomas Doe według akt usiłowali co prawda zarejestrować różdżkę na nazwiska fałszywe, ale zostali złapani, przesłuchani i ukarani. Być może ci chłopcy nie należą jednak do pańskich informatorów, być może zasłonili się oszustwem... - Dopiero co widoczna ulga zmieniła się w ostrożność. - Kto ośmielił się dopuścić zdrady? - zapytał w końcu znacznie ciszej, zażenowany własną niewiedzą, ale zdeterminowany, by jak najszybciej rozjaśnić wszelkie nieścisłości. Szybko też sprostował: - Rzecz jasna, ma pan prawo przesłuchać więźniów używających pana nazwiska, już po nich posłano, nalegam jednak, aby do przesłuchania doszło w obecności strażników więziennych. Aresztowani potrafią zachowywać się nieobliczalnie. - Wyczułeś, że komendant nie zamierza pozwolić na pozostawienie chłopców sam na sam z tobą, choć nie powiedział tego wprost. Gdy zapytałeś o karę Marceliusa, mężczyzna zamilkł, nad wyraz skupiony na dolaniu sobie wody z dzbanka. Napił się i odchrząknął, zanim odpowiedział. - Nie jestem pewny, czy legilimentowanie więźniów będzie możliwe. Dawniej częściej używano tej metody przesłuchań, okazała się jednak zbyt... - zawahał się - ...śmiertelna dla osłabionych organizmów. Jeżeli natomiast chodzi o Carringtona, o ile mi wiadomo, pozbawiono go jednej dłoni. W Tower to częsty sposób karania za kradzież. - Znów unikał twojego wzroku.
Nie miałeś pewności, czy było to spowodowane oczekiwaniem na złość, czy dopiero co poruszonym tematem twojej wprawy w legilimencji.

James, Marcelius, Thomas
Na długo pozostawiono was w celi samych. Choć w odosobnieniu zacierała się świadomość upływającego czasu, Thomas - jedyny dostatecznie przytomny - wiedział, że zanim na nowo otworzyły się skrzypiące drzwi, musiała minąć przynajmniej godzina. Zgrzyt i światło pochodni wpadające do ciemnego pomieszczenia na chwilę was oszołomiły, wzdrygnęliście się jak szczury, pierzchające przed człowiekiem schodzącym do piwnicy. Do środka wszedł jednak tylko jeden strażnik z ostrzegawczo wyciągniętą różdżką oraz siwiejący mężczyzna w spranej, limonkowej szacie i drucianych okularach na orlim nosie. Gdy znaleźli się w celi, zatrzasnęli za sobą drzwi, w powietrzu zajaśniała kula Lumos Maxima, oślepiająca wszystkich, nie tylko Thomasa.
- Odsunąć się - powiedział twardo strażnik do Jamesa i jego brata trzymających się blisko pryczy, a jeżeli w jakikolwiek sposób zaprotestowaliście, odsunęli was siłą.
Starszy czarodziej, uzdrowiciel, pochylił się nad Marceliusem, mamrocząc coś o parszywie założonym opatrunku. Wykorzystał twoją słabość, aby mimo syków bólu i podchodzących do twoich oczu łez złapać cię za lewą ręką i odplątać przekrwione bandaże. Brzydko zasklepiona rana pod spodem okazała się sączyć posoką oraz czymś żółtawym, w wielu miejscach powstały brązowe, kleiste skrzepy. Czarodziej oczyścił je zaklęciem Purus, a potem za pomocą Feruli zawiązał nowy, czysty i ciaśniejszy opatrunek. Gdy w oczy rzucił mu się napuchnięty, fioletowy palec w drugiej ręce, złapał cię za jej nadgarstek równie bezlitośnie, aby zreperować złamanie Fractura Textą. Na koniec siłą otworzył ci żuchwę, dostrzegając zaschniętą krew w kącikach twoich ust i po chwili zastanowienia naprawił język. Na zęba nie zwrócił uwagi, z ciała usunął jedynie największe i najbardziej widoczne siniaki.
Następny w kolejce był James, którego strażnik siłą postawił do pionu za kark. Gryzący koc zsunął ci się z ramion, dzięki czemu uzdrowiciel mógł zobaczyć krwiak i wybrzuszenie złamanej kości na twojej klatce piersiowej.
- Przebiłoby płuco i by pomarli przed przesłuchaniem. - wymamrotał mężczyzna do strażnika, ale ani na moment nie spojrzał żadnemu z więźniów w oczy.
Zreperowane złamanie przyniosło ci olbrzymią ulgę, uzdrowiciel pozbył się też krwi spod twojego nosa i zajął się wybitym nadgarstkiem. Na więcej nie zwrócił uwagi, a gdy nareszcie cię puszczono, osunąłeś się na ziemię. Przed odejściem, strażnik rzucił ci tę samą cienką, bezkształtną i śmierdzącą wilgocią szatę, którą nosili Thomas i Marcel.
W przypadku Thomasa uzdrowiciel nie poświęcił uwagi niczemu poza opuchniętą wargą oraz złamanym żebrem. Ani on ani strażnik nie odpowiadali na żadne pytania, niczego nie tłumaczyli, w gruncie rzeczy traktowali was jak rzecz niewiele przydatniejszą od zwłok, na których można ćwiczyć pierwsze uzdrowicielskie zaklęcia.
Na koniec bez ostrzeżenia spętano was przy pomocy czaru Esposas. Kajdany zacisnęły się na waszych nadgarstkach i nogach, były jednak o wiele mniej bolesne od szorstkiego sznura spinającego ręce za plecami. Obscuro zasłoniło wam oczy, nie zobaczyliście już więc jak mężczyzna spina kajdany za pomocą jednego łańcucha.
- Ani słowa - warknął mężczyzna, zanim silne szarpnięcie porwało was do przodu.
Nie mieliście wyjścia, wiedzieliście, że uparte zaparcie się stopami skończy się na byciu ciągniętym po ziemi.

Czas na odpis wynosi niezmiennie 48 godzin.

Żywotność
Marcel 55/241 -50 do kości
-55 tłuczone (posiniaczone nadgarstki, kostki, kolana i klatka piersiowa, obity kręgosłup i nerki, pokruszony ząb)
-65 cięte (odcięta lewa dłoń)
-46 psychiczne (-26 tortury)
-10 wychłodzenie

James 94/220 -30 do kości
-80 tłuczone (rozbita głowa, posiniaczone nadgarstki, kostki i kolana, obity kręgosłup i nerki)
-30 psychiczne (-10 działanie dementora)
-15 wychłodzenie (-5 balneo)

Thomas 139/225 -15 do kości
-51 tłuczone (posiniaczone nadgarstki, kostki i kolana, obita skroń)
-25 psychiczne (-5 wdepnięcie w zdechłego szczura)
-10 wychłodzenie

[bylobrzydkobedzieladnie]
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]17.08.21 13:54
Nie chciał się teraz wykłócać z Jamesem odnośnie picia, nie powinien na to tracić energii. Już wystarczająco jej stracili na kłótnie, wszyscy troje.
Zamiast tego skupił się w tym momencie na Marcelu, starając się ukryć przerażenie jego stanem. Był wręcz pewny, że kumpel spróbuje się ruszyć, uderzyć go znów - zrobić cokolwiek. Ale nie. Był wręczy bezwładny...
Tak jak Thomas zawsze to robił, teraz też starał się być... Pogodny. Chociaż dłuższy moment zajęło mu tym razem zamaskowanie zmartwienia z przerażeniem pod pogodnym uśmiechem. Chciał im mówić, że wszystko będzie w porządku, że przecież nie muszą się martwić.
Zacisnął zęby, widząc i czując to co zwrócił Marcel, ale nie odsunął się od niego. Zamiast tego, złapał fragment swojego worka, starając się wytrzeć chłopakowi usta. Nie przejmował się już tym w jakim stanie będzie siedział. Jeśli stąd wyjdzie - będzie się cieszył. Ale tak naprawdę... jakie miał na to szanse? Za kilka tygodni odkryją, że wszystko co powiedział było kłamstwem i go zabiją. Tak naprawdę czekał tu na wyrok... czy Marcel też lub Jamese? Obiecali jednego z nich wypuścić...
Odgonił od siebie te myśli. Nie mógł teraz na nie sobie pozwolić. Ostrożnie przechylił na bok Marcela, a później na ramieniu uniósł jego głowę, klnąc w myślach na cholerny ból w klatce piersiowej kiedy to robił. Ale nie mógł go zostawić w takim stanie przecież. Przecież przyjaciel tam niczym nie zawinił na jarmarku, a mimo to została mu wymierzona kara. Wziął winę na siebie? Gdyby tylko wtedy uciekli...
Sięgnął po miskę z wodą, podstawiając ją pod usta blondyna.
- W porządku, pij... Powoli, okej? Odrobinę na raz... - starał się mówić spokojnie, chociaż wymagało to od niego większego wysiłku przez ból. - Jak wyjdziemy, uczcimy to eggnogiem. Słodkim, z przyprawami... Wciąż jest w końcu zima, prawda? Może nawet takim z alkoholem? Hej, ogarniemy jakieś brandy, albo whisky. Może nawet ognistą whisky by się udało... Pamiętacie tę z wesela? Była świetna, prawda? - mówił, starając się brzmieć pogodnie, chociaż w jego tonie z pewnością można było wyczuć, że jest spięty - głównie przez nadwyrężanie złamania. Ale to nie było teraz najważniejsze.
- Albo kremowe piwo nad jeziorem jak tylko się ociepli. Pojedziemy gdzieś... Przez wojnę jest ciężej, ale damy radę coś znaleźć, gdzieś się zaszyć. Może jakiś biwak? Spanie pod gwiazdkami... Pamiętasz Jimmy? Tak jak byliśmy mali, kiedy nie mogliśmy spać. Gwiazdy, księżyc i czasem krowa w tle jakaś... Marcel, będziesz musiał do nas dołączyć. Spałeś tak kiedyś? W Londynie nie ma tak czystego nieba jak na obrzeżach... - mówił do nich obu, w końcu odstawiając miskę na bok, zostawiając w niej jeszcze trochę wody. Na wszelkie wypadek jeśli Marcel będzie chciał jeszcze pić - lub jeśli Jamesa obudzi pragnienie.
Po tym już obrócił się do pryczy tyłem, siadając tyłkiem bliżej brata. Jedną rękę ułożył na głowie Jamesa, lekko mierzwiąc mu włosy, a z drugą wykonał podobny gest dla Marcela. W końcu ten też potrzebował zapewnienia, że będzie w porządku. Chociaż... Czy Marcel kiedykolwiek zdawał sobie sprawę jakim Thomas był bratem dla Sheili i Jamesa? Jak całą trójką starali sobie radzić, kiedy przybyli do taboru, a później przez lata, kiedy wszystkiego musieli się uczyć na nowo...
- A może pojedziemy na wybrzeże? Zabierzemy Sheilę i Eve, na pewno też Finnie będzie chciała z nami pojechać. Steff? Myślicie, że znajdzie moment, że gobliny go wypuszczą z banku? Swoją drogą, Dynia coś się mocno interesuje Steffkiem... Ach, to nasz kot, Marcel. Ale wracając, cały czas go wąchał jak go spotkałem na ulicy. Chyba go polubił - mówił wciąż, nie interesując się czy chcieli go słuchać, czy nie. Nawet jeśli jego gardło bolało i miał chrypkę, nie chciał przestawać mówić, bo wtedy ich myśli zrobią się zbyt głośne i powędrują do tej myśli, że to ich koniec. A nawet jeśli to miał być ich koniec - nie chciał im na to pozwolić.
Starał się ich pocieszać, uspokajać. Kierować myśli na wszystko, byleby nie to, że już nie wyjdą na wolność. Nie musieli o tym myśleć, nie w tym momencie.
Na tym właśnie spędził czas zanim drzwi ponownie się otworzyły, a on w odruchu zabrał rękę z Marcela. Wiedział, że mówili do nich, właśnie dlatego zaraz wstał, pomagając Jamesowi się odsunąć od pryczy na oślep. Nawet nie próbował trzymać otwartych oczu. Zamknął je, odwracając wzrok od źródła światła, a kiedy usłyszał rzucane zaklęcia, przeszła mu tylko jedna myśl przez głowę:
Leczą go.
Gdyby nie Yvette, prawdopodobnie by nie rozpoznał tych zaklęć. Jednak wizyta u uzdrowiciela przydała się na coś więcej niż tylko złożenie kości...
Zacisnął mocniej palce na ramieniu brata, tak jakby chciał go zapewnić, że będzie dobrze i żeby się nie rzucał.
- Uzdrowiciel - rzucił cicho po romsku. On sam pamiętał jak przez mgłę to jak wypuszczono uzdrowiciela do jego sali... Ale wiedział, że była nadzieja. Nie leczyliby ich, gdyby chcieli ich skazać na śmierć, prawda?
Chociaż  już po chwili przełknął nieco zestresowany ślinę na myśl, która do niego przyszła. A co jeśli szykowali coś... Coś gorszego dla nich? Więcej tortur? Chcieli, żeby tak szybko nie zginęli?
Nie odzywał się, kiedy ci ludzie opatrywali ich rany, ani kiedy skuli ich zaklęciem. Grzecznie ruszył, mimo że chciał krzyczeć i pytać - wszystko na raz. Gdzie ich prowadzili? Co z nimi chcieli zrobić? Dlaczego całą trójkę...
Wypuszczą ich?

| Poprosimy o datę 5 stycznia fluffy



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 5 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]17.08.21 15:07
Ogień tańczył w rytmie ich oddechów. Ta sala była wciąż mała. Wciąż tak samo ciasna jak wcześniej. Wciąż ciemność, której nie mógł przebić ogień świecy wyciągała po niego ręce, o wiele bardziej lepkie i nieprzyjemne niż wcześniej. Jego serce spowalniało i biło coraz szybciej na przemian. Walczył — z napadami paniki, wspomnieniami, wyobrażeniami o tym, co jeszcze może się zdarzyć. Patrzył na ten płomień nieprzerwanie, ale to nie on dawał ciepło jakie czuł — jego resztkę, ale z pewnością nie iluzję. To jego brat, który tkwił obok, który z takim oddaniem, troską i miłością próbował dodać im odwagi. Był tu już wcześniej. Dwukrotnie. Przeżył to, jakoś przetrwał. To jakieś pocieszenie. Dla Jamesa to wciąż był pierwszy raz, a mimo wszystko strach i ból z dziecięcych lat kreował w jego głowie przekonanie, że spędził tu całe życie — nigdy naprawdę nie wyszedł z tej obskurnej komórki. Nigdy nie zaznał szczęścia, nie poczuł powiewu wiatru we włosach, słodkiego pocałunku. To przyjaciel, którego miał za plecami, bliski mu jak brat — był wszak bratem z innej matki. Całą szkołę blisko, tuż obok. Potem na chwilę daleko, by ich drogi znów skrzyżowały się w Londynie. Oni dwaj i myśli, że mimo wszystko wciąż żyli trzymały go jeszcze sztywno. Patrzył na ten płomień i próbował wmówić sobie, że naprawdę mieli szczęście, że wciąż żyją. On miał, że oni żyli.
Ale nie potrafił.
Widok Marceliusa, jego stanu, jego dłoni odebrał mu resztki nadziei. Odebrał mu wiarę w samego siebie i własny szacunek, wiarę, że kiedykolwiek stąd wyjdą. jego stan sprawiał, że myślał tylko o tym niefortunnym jarmarku, o przeklętych dzieciakach, własnej nieudolności. Jak to się stało? jak do tego doszło? Nie potrafił na niego patrzeć. Spojrzeć na niego i powiedzieć mu, że zrobił, co tylko mógł, by dać mu szansę na opuszczenie tego piekła. Ale nic się nie działo. Zamiast go wypuścić, pozbawili go kończyny. Dłoni, która w jego świecie była wszystkim — wolnością, marzeniami, szansą. Życiem. Nie miał odwagi spojrzeć na brata, którego nie potrafił zostawić, wiedząc, że za trzecim razem mógł nie opuścić już więzienia. Jak miał mu się wytłumaczyć z tej porażki? Uczył go całe życie, jak kraść. Pokazywał sztuczki, korygował błędy. Jak straszny zawód musiał odczuć, gdy to wszystko się stało. I jeszcze gdy wplatali w to Sheilę. Ich małą, kochaną siostrzyczkę.
Chciało mu się pić. Jego krtań była sucha jak papier, usta spierzchnięte, ale nie pozwolił sobie na to. A kiedy jego brat zaczął mówić; kiedy usiadł obok niego i położył mu dłoń na głowie w tym braterskim geście, czuł, jak się kruszy. Jak pęka; niewidzialna szczelina rozrywa mu pierś. te wszystkie słowa — tak bardzo potrzebne — brzmiały jak bajka. Opowiedz mi jeszcze jedną, Tommy. Taką, która pozwoli mi usnąć na dobre. Chciał tego. Chciał zasnąć. Chciał przestać czuć. Chciał przestać się martwić, bać.
Kiedy drzwi otworzyły się nagle, podskoczył i zacisnął powieki, bo oślepiające światło rozlało się po pomieszczeniu, przyprawiając go o krótkie oszołomienie. Pociągnięty za Thomasem odsunął się na bok. Słyszał zaklęcie, próbował otworzyć oczy. Nie był pewien, co mu robili. Czy to miała być powolna śmierć? Czy robili mu krzywdę? Próbował otworzyć oczy, zobaczyć, ale nie potrafił. Dopiero słowa Thomasa, jak przez mgłę, w romskim języku uświadomiły mu, że był tu ktoś, by ich wyleczyć. Chcieli ich puścić? Przyszli ich uzdrowić, by wypuścić? Czy to mogło brzmieć tak pięknie?
I wtedy szarpnięto go w górę, a koc opadł zupełnie znów czyniąc go zupełnie nagim. Paskudna dłoń na karku zaciskała się mocno i zmuszała go do potwornego wysiłku, słaniał się na nogach. I wtedy to do niego dotarło. Wtedy to usłyszał.
Kolejne przesłuchanie.
Uzdrawiali ich po to, żeby ich przesłuchać znów. Żeby ich znów męczyć, dręczyć. Żeby ich katować w nieskończoność. Na samą myśl o przejściu tam, do sali przesłuchać, spotkaniu ze strażnikiem zrobiło mu się niedobrze i słabo. Nie chciał tego przechodzić raz jeszcze. Nie chciał, żeby ich ciągli na to znów. Naprawa złamanego żebra i obolałego nadgarstka dodała mu sił. A może to adrenalina wystrzelona znów do krwioobiegu, instynkt, zmuszający ofiarę do ucieczki za wszelką cenę. Kiedy osunął się na ziemie, rozchylił powieki i chwycił materiał, który mu rzucili. Założył go sprawnie, w końcu miał więcej sił. Złamana psychika nie mogła mu przeszkodzić. Kiedy tylko zajęli się Thomasem spiął się. To był moment, ułamek sekundy. Nie myślał nawet o tym wcale. Pomimo bólu, dzięki wyrzutowi adrenaliny poderwał się do góry na sprężystych nogach, żeby doskoczyć do strażnika. Jednego, jedynego, który — jak się okazało w sekundach przed chwilą — wszedł. Rzucił się na niego z rękami. Chciał mu szybko wyrwać różdżkę z ręki, zwrócić ją przeciwko niemu.

| Nie wiem, czy mogę, ale próbuję się z akcją wstrzelić w lukę miedzy leczeniem mnie a skuciem; to chyba na zwinność


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]17.08.21 15:07
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 64
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]17.08.21 20:12
Nie do końca rozumiał, co się wokół niego działo, po części ze względu na jego stan, po części, chyba nawet mocniej, po doznaniu szoku po utracie ręki; ciało było sensem jego życia, wolność pragnieniem, pobity i złamany mógł tu sczeznąć nawet w tydzień. Odebrano mu to, co było dla niego najcenniejsze, złamano mu karierę, złamano mu możliwości, złamano mu wrodzony talent - jedyny, jaki w życiu miał. Łzy płynęły po policzkach, bezgłośny szloch ustąpił w końcu zrozpaczonemu zobojętnieniu. W zamknięciu i tak nie byłby w stanie sięgnąć gwiazd, ale utrata ręki była jak ostateczna pieczęć przekreślająca całe jego życie. Thomas mówił, ale on go nie słuchał, nie słyszał, brzmienie jego głosu przedzierało się w cichej celi jak z oddali, z innego życia, z innego świata. Nie udzielał mu się jego spokój, było na to za wcześnie, ciągnął go ku ziemi, odciągając od całkowitego szaleństwa. Czuł jego dotyk na swojej głowie, zamknął oczy, był trochę jak dotyk mamy. Chciał zasnąć. Zasnąć i już nigdy się nie obudzić. Wciąż słyszał pisk wdzierający mu się do uszu, szum własnej krwi, potężną falą świadomości docierającą do niego prawdę: że już nigdy, już nigdy nie znajdzie się na kole, już nigdy nie zawiśnie pod kopułą cyrku, już nigdy nie zatańczy z dziewczyną, już nigdy żadnej nie weźmie w ramiona, że nigdy nie pozna smaku pierwszej miłości, że był jak spętany diabelskimi sidłami, ciągnięty ku ziemi, pod ziemię, oblepiony brudnym błotem systemu, którego nienawidził.
Ledwie rozjaśniało światło, Marcel obrócił twarz przodem w pryczę, by uchronić powieki przed drażniącym blaskiem. Nie podniósł się, nie obchodziło go to. Kazali się odsunąć - komu? - nawet nie wiedział, chyba im. Pociągnął go za źle gojącą się rękę, wywołując kolejne spazmy bólu, na które nie reagował już inaczej niż kolejnymi syknięciami, których ani nie potrafił ani nie próbował powstrzymywać. Może jednak to zakończą? Zabiją go? Czy moglibyście to zrobić? Nie miał już w sobie woli walki, która kazałaby sprzeciwić się temu człowiekowi, przez myśl mu nie przyszło, że na zewnątrz czaić może się znacznie większe zagrożenie, jakim był jego prawdziwy ojciec. Szarpał jego rękami, rozwierał szczękę, jak lalce, która nie oddycha, nie żyje, nie istnieje. Osądzono go i skazano, nawet kiedy zagrożono Jamesowi kolejnym przesłuchaniem, nie sądził, że mogło chodzić również o niego. Traktowano go jak rzecz - bo chyba był już rzeczą, rzuconą do celi i nic nie znaczącą. I wtedy, gdy na jego dłoniach zalśniły kajdany i wtedy, kiedy wywleczono go z celi, a potem ciągnięto - nie szedł o własnych siłach, nawet nie próbował; przed swoim przesłuchaniem walczył, by stać na nogach i nie zginąć na kolanach, teraz ta wola walki uciekła całkiem, na mokrej od łez twarzy zgasł gniew i bunt, opadły siły, nie zapierał się nogami, nawet ich nie podniósł, strażnicy musieli wlec go po ziemi, nie reagował.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]18.08.21 2:41
Nie potrafił określić przyczyn nerwowości komendanta, ale jego zafrasowanie było miłym zaskoczeniem. Dotychczas Sallow miał do czynienia głównie z Arnoldem Montague, oazą zimnego spokoju i wyrachowania. Osobiście wolał jednak pertraktować z ludźmi emocjonalnymi - umiejętna perswazja osiągała wtedy lepszy efekt. Dostrzegł, że chyba uspokoił trochę rozmówcę i miał nadzieję, że to pomoże. Pytanie o zdrajców od razu go ucieszyło, choć nie dał tego po sobie poznać. Uwielbiał się chwalić, zwłaszcza jeśli mógł okazać uprzejme zdziwienie, że wieści z Hertfordshire nie dotarły jeszcze do Tower. Obiektywnie rzecz biorąc, komendant wcale nie miał w obowiązku o tym wiedzieć - ale można ze zdziwieniem uświadomić mu, jaki skandal go ominął. Cornelius uśmiechnął się zatem z uprzejmim zdziwieniem.
-Och, władze Hertfordshire nie przekazały tutaj pełnego raportu? To zrozumiałe, zdrajcy trafili pod jurysdykcję Bulstrode'ów - ale w październiku odkryłem pewne nieprawidłowości w dziale Komisji Rejestracji. Teraz działa prężnie, ale wystarczy jedno słabe ogniwo, by zachwiać całym systemem. Tym ogniwem była Lavinia De Pur, która celowo przymykała oczy na oszustwa przestępców i czarodziejów o mugolskiej krwi. Za to zaniedbanie została przykładnie ukarana - lord Bulstrode wskrzesił dawny zwyczaj patroszenia skazańców żywcem. Muszę przyznać, że w połączeniu z moją przemową zrobiło to na publice ogromne wrażenie, choć nie wiem, czy w Londynie przyjęłoby się tak samo. - streścił łagodnie, uśmiechając się dobrotliwie, tak jakby rozmawiali o pomysłach na innowacyjne zabezpieczenia Tower albo o angielskiej pogodzie. Jedynie, gdy wspomniał o zaniedbaniach, w ciepłym dotąd głosie wybrzmiała ostrzejsza, lodowata nuta. -Dzięki legilimencji znalazłem dowody winy pani de Pur oraz większość czarodziejów, których dokumenty sfałszowała, co pomogło przywrócić Komisję na właściwe tory. Ten przykład pokazuje jednak, że niedokładne wywiązywanie się z obowiązków, celowe lub nie, może zachwiać całym systemem. Kto wie, ilu oszustów zdołało prześlizgnąć się w jesieni, zanim zacieśnieliśmy prace Komisji? - westchnął z ubolewaniem, na pozór narzekając jedynie na urzędników i wcale nie mając na myśli policji z Tower.
Było jednak jasne, że nie opowiada tej anegdoty bez powodu.
-Oczywiście. - odpowiedział, gdy komendant zasugerował warunki przesłuchania. Jego więzienie, jego decyzje. Nie był Ministrem Magii (jeszcze), by wprost dopominać się o szczególne traktowanie. -Dziękuję za troskę o moje bezpieczeństwo. - dodał, na pozór ze szczerą wdzięcznością.
Uśmiech spełzł z jego ust dopiero, gdy napotkał opór w sprawie legilimencji. Z wrażenia aż nie pomyślał z początku, że komendant użył słowa "śmiertelność" w odniesieniu do Marceliusa - najpierw jego myśli zajęła jedynie konieczność przekonania mężczyzny do własnych racji.
-W Tower są chyba uzdrowiciele, którzy potrafiliby poprawić nieco stan więźniów i utrzymać ich w stanie przytomności? - zasugerował stanowczo. -Mam wieloletnie doświadczenie, przejrzenie kluczowych wspomnień nie uszkodzi ich poważniej niż pańskie... kary. - przypomniał, mrożąc komendanta spojrzeniem. -Zdaję sobie sprawę, że te metody były niegdyś kontrowersyjne, ale pomogły już wytropić zdradę wśród pracowników Ministerstwa oraz zapobiec nieszczęściu w domu starożytnego rodu Black, na pewno kojarzy pan sprawę Celine Lovegood. Tworzymy nowy porządek świata, panie komendancie. Nie powinniśmy już mieć oporów przed stosowaniem środków, które pomogą nam zaprowadzić owy ład. - spojrzał komendantowi prosto w oczy, chłodno recytując propagandowe slogany Ministerstwa. Tematu legilimencji nie poruszono jeszcze wprost na forum publicznym, ale odkąd wybuchła wojna, nastało ciche przyzwolenie na stosowanie tej sztuki - a przynajmniej Montague pozwolił mu otwarcie legilimentować chłopca w portowej knajpie. Był sługą Czarnego Pana i Rzecznikiem Ministra - nie spodziewał się skrupułów ze strony sojusznika w walce o bezpieczeństwo Londynu. O ile to były skrupuły, bo problem zdrowia więźniów wydał mu się zasłoną dymną - ich stan chyba jeszcze do końca do niego nie docierał, a poza tym nie zamierzał przecież zmieniać im wspomnień ani penetrować całego życia. Szybkie podglądanie jeszcze nikogo nie zabiło.
Powaga sytuacji dotarła do niego dopiero, gdy usłyszał o odciętej ręce. Nastała sekundowa cisza, podczas której Sallow wyobraził sobie akrobatę bez dłoni. Własne dziecko bez kończyny.
A potem zamrugał, wziął głęboki oddech i zmusił usta do uśmiechu.
-Oczywiście. Wracamy do tradycji, jak lord Bulstrode. Miło mi to słyszeć, okaleczeni złodzieje na pewno dadzą innym adekwatny przykład. Chętnie zobaczę i przesłucham zatem najpierw pozostałych chłopców, jeśli ich stan na to pozwala. - zaproponował, mając nadzieję, że do Marceliusa przyślą w tym czasie jakiegoś uzdrowiciela. No proszę, legilimencja potrafi jednak ratować życie.
Starając się nie myśleć o krwi, odciętych rękach ani wyprutych jelitach, podniósl się powoli, sygnalizując, że jest gotów udać się na spotkanie ze skazańcami. Miał nadzieję, że dzięki przemowie o konieczności sumiennego wypełniania obowiązków oraz zaletach legilimencji, nikt nie będzie mu już robił trudności.
Największą trudnością był w końcu teraz on sam - oraz wyobrażenie odciętej kończyny pod powiekami, oraz zimna wściekłość, że gówniarz nie uciekł do Francji póki jeszcze mógł. Te uczucia szalały jednak tylko w jego duszy - na twarzy wciąż utrzymywał maskę opanowania. Dopóki nie widział okaleczonego dziecka, nie musiał o nim myśleć - mógł jedynie próbować przygotować się psychicznie na to spotkanie.

perswazja III


Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 5 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]19.08.21 12:23
05.01

Cornelius
Wysokiego szczebla urzędnicy Ministerstwa Magii z rzadka pojawiali się osobiście w Twierdzy Tower - większość spraw była załatwiana za pośrednictwem Czarodziejskiej Policji oraz Departamentów, zrozumiałym było więc, że komendant spędzający dni z więźniami, których mógł traktować tak okrutnie, jak tylko zapragnął, potrzebował dłuższej chwili, aby przyzwyczaić się do rozmowy, w której należało uważać na każde słowo. Z nieznacznie pochyloną głową, wysłuchał historii Lavinii De Pur straconej na ziemiach Bulstrode'ów, nie zdradzając żadnych sygnałów tego, że brutalna egzekucja wzbudziła w nim negatywne emocje. Mogłeś nawet odnieść wrażenie, że pod koniec opowieści na cienkich ustach mężczyzny pojawił się cień podłego uśmiechu.
- Nie, nie, raporty na ten temat trafiają bezpośrednio do Komisji i władz Czarodziejskiej Policji, my jesteśmy organem zajmującym się jedynie przestępcami skierowanymi do Tower of London oraz Azkabanu - przyznał komendant z obłudnie fałszywą skromnością. - Istotnie zasłużona kara i kto wie, być może uda nam się za jakiś czas przywrócić dawne tradycje także w Londynie? - Nić porozumienia, jaka złączyła cię z komendantem w sprawie bezlitosnych tortur zdrajców dostrzegalnie rozluźniła panującą dotąd napiętą atmosferę. Czarodziej sięgnął po szklankę i przyjrzał jej się z zastanowieniem, najwidoczniej nie wyłapując aluzji do możliwych uchybień popełnianych pod jego nosem; mimo początkowego zażenowania i stresu, wydawał się pewny swoich decyzji i systemu.
Powietrze zgęstniało na nowo, gdy twój ton nabrał ostrzegawczej nuty. Szklanka z brzdękiem trafiła z powrotem na stół, komendant spojrzał na ciebie z uwagą, jakby nie spodziewał się tak bezpośredniego protestu. Wyciągnął z kieszeni munduru elegancko złożoną chustkę i nerwowo otarł usta.
- Posłano uzdrowiciela, aby doprowadził aresztowanych do porządku, ale to od jego ekspertyzy będzie zależeć, czy wydam zgodę na tę formę przesłuchania - powiedział nieznacznie drżącym głosem. Speszył się i wyprostował, gdy padło nazwisko Celine Lovegood. - Oczywiście, że jestem zaznajomiony ze wszystkimi szczegółami tej sprawy. Uważam jednak... - zamilkł, zawahał się. - Jeżeli stan aresztowanych na to pozwoli, oczywiście nie będę zgłaszał żadnych obiekcji - przyznał w końcu ściszonym głosem, zdając sobie sprawę, że nawet jeżeli aresztowani pomrą przed odsiedzeniem wyroku lub pokazową egzekucją, nie mógł zabronić ci doprowadzenia ich na skraj.
Czarodziej skinął głową i pieczołowicie schował chustkę z powrotem, gdy przyznałeś, że stan twojego syna pozostawiał wiele do życzenia w kwestii potencjalnego penetrowania wspomnień. Przez jakiś czas panowała cisza, przerywana tylko pykaniem pęcherzyków gazu na plasterkach cytryny w szklanym dzbanku. I nagle drzwi otworzyły się, do środka wszedł szybkim krokiem poddenerwowany uzdrowiciel.
- Panie komednancie, panie Sallow - Ukłonił się wam. - Zrobiłem, co w mojej mocy.
Komendant mruknął pod nosem coś, czego nie dosłyszałeś.
- Są zdolni do przesłuchania? - Uzdrowiciel energicznie pokiwał głową. - Legilimencji?
Medyk wysoko uniósł brwi, ale szybko na nowo przybrał neutralną minę.
- Nie jestem przekonany, panie komendancie. Są wyczerpani, chyba nie spali... - Komendant machnął dłonią, sygnalizując, że sen aresztowanych w ogóle go nie obchodzi. - Nie mogę obiecać, że nie zasłabną, panie komendancie. - Komendant zacisnął palce na nasadzie nosa, jakby walczył z bólem głowy. Ostatecznie jednak skinął lekko, a uzdrowiciel wyszedł, ostatni raz kłaniając się w progu.
Kilka minut później drzwi otworzyły się ponownie, tym razem wpuszczając do środka dwóch trzęsących się chłopców w bezkształtnych, brązowych szatach oraz jednego podtrzymywanego przez strażnika. Ostatni z nich w miejscu lewej ręki miał jedynie ciasny opatrunek, wyglądający na niedawno zmieniony. Sprawiał wrażenie kogoś, kto długo nie utrzyma się na własnych nogach i nie przetrzyma ani jednej próby spenetrowania wspomnień.
Wszyscy mieli nadgarstki i kostki zakute w kajdany, na oczach czarne opaski, które strażnik zdjął dopiero po zamknięciu drzwi.

Marcelius, Thomas, James
Podleczeni z najcięższych ran, wciąż odczuwaliście skutki spętania i pobicia; jedynie Thomas trzymał się teraz dostatecznie dobrze, aby bez śladów fizycznego bólu podążyć za rozkazem strażnika. Podstarzały uzdrowiciel opuścił waszą celę jako pierwszy, pozostawiając za sobą znacznie silniejszego mężczyznę, którego zadaniem było skucie was i doprowadzenie do sali przesłuchań. Widząc pokornego Thomasa, wciąż nieobecnego Marceliusa i leżącego na ziemi Jamesa, nie spodziewał się oporu - dlatego, gdy młodszy z braci poderwał się nagle, aby go zaatakować, z zaskoczenia cofnął się o krok.
Próbowałeś wyszarpnąć mu czarną różdżkę z wyciągniętej dłoni, ale nagły ból wzdłuż kręgosłupa oraz zawroty rozbitej głowy w wyniku zbyt gwałtownego ruchu sprawiły, że udało ci się jedynie wytrącić mu broń z ręki. Drewno spadło na podłogę z cichym stukotem, strażnik jednak natychmiast przydeptał je stopą, aby uchronić je przed wątpliwymi zakusami pozostałych więźniów. Ciebie natomiast schwycił za gardło, ciągnąc cię w górę na tyle mocno, że musiałeś stanąć na palcach, aby nie zostać krańcowo podduszonym.
- Śliczniutki chłopczyk... niegrzeczny chłopczyk - mruknął niskim głosem, nachylając się do twojego ucha. Całe twoje ciało przeszedł dreszcz, gdy zdałeś sobie sprawę na przeciwko kogo stanąłeś. Potem strażnik zacisnął dłoń mocniej, aż pociemniało ci przed oczami, aż pod powiekami ujrzałeś gwiazdy. Gdy już prawie traciłeś przytomność, odepchnął cię od siebie, a ty poleciałeś na podłogę, boleśnie obijając sobie kość ogonową. Wciąż z trudem łapałeś oddech, na twoim gardle wkrótce miały pojawić się sine ślady w kształcie palców oprawcy.
Spętano was, zasłonięto wam oczy i pociągnięto do sali przesłuchań. Nikt nie zwracał uwagi na to, czy idziecie, czy tak jak Marcel jesteście ciągnięci po ziemi.
Marcel, rzężąca pustka w twojej piersi uczyniła cię głuchym na słowa towarzyszy. Choć od czasu do czasu leżący na drodze kamyk mocniej tarł twoją i tak posiniaczoną skórę, tępy ból stawał się coraz mniej odczuwalny, nie dorównując innym rodzajom cierpienia, wyciskającym resztki łez z opuchniętych oczu. Wkrótce przestałeś nawet płakać, nie będąc w stanie znaleźć w sobie sił choćby i na to. Na ostatniej prostej strażnik podszedł do ciebie i podniósł cię za ramię.
Znaleźliście się w pomieszczeniu znacznie cieplejszym niż wilgotne korytarze, mniej cuchnącym, gdzie nawet powietrze wydawało się rzadsze i czystsze. Wtedy usunięto wam opaski z oczu i ujrzeliście stół, przy którym siedziała dwójka mężczyzn - komendant i Cornelius Sallow. Strażnik zamknął za wami drzwi i stanął za waszymi plecami, nie rozkuwając was z kajdan Esposas.

Czas na odpis wynosi niezmiennie 48 godzin.

Przychylając się do wniosku złożonego przez Marceliusa, Mistrz Gry odejmuje mu 35 dodatkowych punktów żywotności za stan psychiczny po odcięciu dłoni (najistotniejszej obok stóp w pełnieniu zawodu akrobaty) oraz dopisuje depresję do stanu zdrowia.

Cornelius, na przesłuchanie masz 5 tur, po których aresztowani zostaną odprowadzeni do celi. Mistrz Gry przypomina, że aby skorzystać z legilimencji, trzeba dokładnie zaznaczyć przedział, w który się celuje oraz ewentualne wspomnienie, które chce się odczytać.

Marcelius - tury do utraty przytomności 3/3

Tury przesłuchania 5/5

Żywotność
Marcel 10/241 -70 do kości
-65 tłuczone (posiniaczone nadgarstki, kostki, kolana i klatka piersiowa, obity kręgosłup i nerki, pokruszony ząb, obita potylica)
-65 cięte (przygryziony język, odcięta lewa dłoń)
-81 psychiczne (-26 tortury, -35 odcięcie dłoni)
-10 wychłodzenie

James 84/220 -40 do kości
-90 tłuczone (rozbita głowa, posiniaczone nadgarstki, kostki i kolana, obity kręgosłup i nerki, podduszenie, posiniaczona kość ogonowa)
-30 psychiczne (-10 działanie dementora)
-15 wychłodzenie (-5 balneo)

Thomas 139/225 -15 do kości
-51 tłuczone (posiniaczone nadgarstki, kostki i kolana, obita skroń)
-25 psychiczne (-5 wdepnięcie w zdechłego szczura)
-10 wychłodzenie

[bylobrzydkobedzieladnie]
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]19.08.21 19:32
No proszę - słusznie przewidział, że jego dygresje wywoła pożądany efekt. Uniósł leciutko kąciki ust, choć nie na tyle wysoko, by uśmiechać się otwarcie. Nie byli w końcu sadystami, prawda?
Przynajmniej nie on. Cornelius Sallow ledwo powstrzymywał odruch wymiotny, czując smród ludzkiego potu, zaschniętej krwi i trzewi, ale za to był oportunistą z wyboru i z powołania. A wojna stwarzała ogromnie dużo możliwości dla ambitnych ludzi.
-Byłoby wspaniale. Jeśli władze Tower zdecydują się nieco... urozmaicić egzekucje, osobiście poręczę w Ministerstwie za efektywność powrotu do tradycji. - przytaknął zatem ochoczo, chcąc zasugerować komendantowi, że może stać się jego sprzymierzeńcem, nawet w sprawach niewypowiedzianych. Przysługa za przysługę to przestarzałe podejście, najlepiej od razu zawiązać trwały sojusz szczególnie, jeśli miało się syna kryminalistę.
Uniósł lekko brew, gdy znów napotkał niespodziewany opór, ale szybko przywołał się do porządku i przywrócił na twarz uprzejmy, wyrozumiały uśmiech. Skinął ze zrozumieniem głową, gdyby nie znał realiów w Tower, byłby nawet wzruszony tą troską o skazańców.
W sumie, dodam ten miły detal do artykułu w "Walczącym Magu" - komendanci zawsze dbają o praworządność i pilnują bezpieczeństwa każdego obywatela, nawet więźniów, nad którymi czuwają uzdrowiciele... - pomyślał, choć wróci do tematu na spokojnie. Może lepiej nie rozgłaszać społeczeństwu, że talenty uzdrowicieli marnuje się w Tower, a nie w reszcie ogarniętego wojną kraju.
-Oczywiście. Będę zobowiązany i wierzę, że przyniesie to nam obojgu wiele korzyści oraz wyjaśnień. - skinął głową, powracając do ciepłego i uprzejmego tonu. Komendant nie odmówił mu wprost, perswazja odniosła pożądany sukces, a on przecież nie powinien sprawiać wrażenia, że zależy mu za bardzo.
Potem wbił spojrzenie w uzdrowiciela - zimne, natarczywe, ale nie odzywał się już, pozwalając komendantowi zająć się rozmową z własnym człowiekiem. Chwila niepewności i wszystko potoczyło się po myśli Sallowa, doskonale.
Nie spali, dobre sobie. Omal nie przewrócił oczyma, dopóki nie przypomniał sobie, że Marcelius nie ma ręki. (Odrośnie, nadal powinien mieć tamte pieniądze na wyjazd do Francji, wystarczą na eliksir.)
Uśmiechnął się blado do komendanta, na znak satysfakcji, że przesłuchanie jednak się odbędzie. Potem wbił wzrok w drzwi.
Początkowo jedynie prześlizgnął wzrokiem po dwóch ciemnowłosych chłopcach, podświadomie szukając spojrzeniem jedynie jednego, którego zawleczono do środka.
Całym wysiłkiem woli utrzymał pokerową twarz, widząc kikut, opuchnięte oczy, śmiertelnie bladą cerę i stan, w jakim znajdował się jego syn.
Co by powiedziała Layla...?
Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Marcelius już jedną nogą jest przy niej.
Może tak byłoby lepiej.
Wziął głęboki wdech, ustami, by nie wdychać fetoru bijącego od więźniów. Próbował odgrodzić się grubym murem od własnych emocji, ale było to wyjątkowo trudne. Szczególnie, że były to emocje wyjątkowo sprzeczne. Gorąca wściekłość - na syna, który wciąż pakował się w kłopoty, który skarżył się na niego lady Black, który podrywał jakąś donosicielkę i wymachiwał łyżwami na zimowym jarmarku zamiast bezpiecznie zniknąć z kraju (oraz na tych, którzy doprowadzili go do tego stanu, ale na tą emocję Cornelius nie mógł sobie pozwolić, nie teraz) starła się w nim z dziwnym, nowym rodzajem strachu. Strachu, który po raz ostatni czuł, gdy otrzymał list o śmierci Layli i wiadomość o płomieniach, które strawiły Solasa.
-Tego faktycznie nie przesłucham. - odezwał się chłodno i ostro, na pozór bez innych emocji. Złość przekłuł w autorytet. -Ten uzdrowiciel - nie był w stanie doprowadzić go do porządku? - dodał z lekką pretensją. -Może niech to zrobi, gdy zajmę się resztą? - w październiku obiecał Marceliusowi, że zawoła uzdrowiciela do jego kolegi z celi, ale nigdy tego nie zrobił, nie znał się na magii leczniczej, ani nie miał takiego autorytetu by rozporządzać ludźmi w Tower. Teraz spróbował, bazując na rozmowie i nici porozumienia, którą zdobył z komendantem. To jedyne, co mógł teraz dla syna zrobić - choć ostrzegał go w październiku, że skończy kiedyś jak ten konający chłopak z jego celi - i faktycznie tak skończył i można było za to winić tylko jego.
Jego, albo tych jego... towarzyszy.
Przeniósł spojrzenie na dwóch pozostałych, którzy stali na własnych nogach i mieli obydwie ręce. W przeciwieństwie do Marceliusa. W innych okolicznościach byliby mu chłodno obojętni, ale teraz poczuł coś więcej niż pełną wyższości pogardę.
Zimną, mściwą nienawiść.
Zwłaszcza do tego, na którego twarzy zatrzymał wzrok na dłużej - rozpoznając chłopca z Parszywego Pasażera. Nigdy nie zapominał ludzi, w których głowach siedział. Szczególnie, jeśli później oferował im układy i mandarynki. Brunet, złodziej, przestępca, wzgardził wtedy tym wszystkim, ale Cornelius puścił go wolno, uwierzył mu, licząc, że ten będzie miał oko na jego syna.
Przeliczył się. Zawiódł. Chłopak przyszedł z nim do Tower - nie wiedział, czy podążył tu za durnym Marceliusem jak lojalny pies, czy też był przyczyną tarapatów syna, ale z relacji policji wynikało trochę to drugie. Mieli czas. Zaraz się dowie.
James (którego imienia Sallow wciąż nie znał) mógł przez ułamek sekundy dojrzeć w spojrzeniu Sallowa coś na kształt nienawistnej złości, ale Cornelius zaraz zamrugał i zwrócił wzrok na tego trzeciego. Nieznajomego.
Co ich łączyło? Jak tu trafił?
Zaraz się dowie.
-To ten podał się za Tremaine'a, a ten to... ten Doe? - upewnił się, zwracając się do komendanta.
No dobrze. Czas na rozgrzewkę. Może na tym trzecim, dla uspokojenia, bo jeszcze ze złości zmasakrowałby przyjacielowi Marceliusa wszystkie wspomnienia. Emocje emocjami, ale Cornelius potrafił myśleć trzeźwo, strategicznie. Trzeci z chłopców był enigmą, więc dowie się, co ich wszystkich łączyło - i czy Thomas Doe naprawdę jest lojalnym informatorem służb Tower.
-Spróbuję rozwiać pańskie wątpliwości względem jego osoby. - zaproponował komendantowi, uprzejmie. Najpierw jego interes, potem interes Corneliusa. A potem wyjaśnienia, czy zna Patrice'a Tremaine - nie zamierzał ich udzielać, dopóki nie będzie popędzany. Dopóki nie dowie się więcej.
Chłopcy mieli kajdany, ale i tak mogli się szarpać - Sallow był zbyt doświadczonym legilimentą, by nie brać tego pod uwagę.
-Przytrzymajcie go, proszę. By nie mógł się szarpać ani ruszać głową. - poprosił strażników, podchodząc do Thomasa Doe. Stanął w bezpiecznej dla siebie odległości, takiej na wyciągnięcie ręki. A potem odczekał czy strażnicy spełnią jego rozkaz prośbę, wyciągnął rękę i przyłożył różdżkę do skroni chłopaka.
-Legilimens. - szepnął, chcąc wtargnąć do umysłu chłopaka i przekonać się co - i czy cokolwiek - łączy go z przyjacielem Marceliusa oraz samym Marceliusem. Przekonać się, czy naprawdę nazywa się Thomas Doe i poznać jego słabe strony. Nie wiedział jeszcze, co tam znajdzie, ale jeśli legilimencja będzie udana - Cornelius podświadomie da się porwać ku silnemu wspomnieniu o domu i rodzinie.


legilimentuję Tomka i celuję w przedział: 71-80, legilimenta odczytuje jedno świeże wspomnienie ofiary, wybrane przez siebie, wybieram początek tego wspomnienia (jeśli mogę, jest niezakończone ale ciąg dalszy na razie Corneliusa nie interesuje) z 7 listopada (sprzed niecałych 2 miesięcy, wspomnienie świeże)
Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 5 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]19.08.21 19:32
The member 'Cornelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 36
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]19.08.21 21:21
Bolało go wszystko i ten ból go spowalniał, blokował, utrudniał rzeczy, które normalnie nie powinny stanowić dla niego żadnego problemu, ale nie myślał o tym, chwytając się resztek nadziei, wszystkiego, co miało szansę ich jeszcze powstrzymać. Nie chciał iść. Nie chciał, żeby zabrali ich wszystkich na kolejne przesłuchanie. Nie chciał patrzeć, co robią z jego braćmi — dwoma, Marcel był przecież jak członek rodziny, który znalazł się tu tylko i wyłącznie z jego winy i tylko on, za wszelką cenę musiał zatrzymać ciąg tych felernych wydarzeń. O Tower słyszał wiele historii, o tym, jak podle traktują więźniów, jak pozwalają im umierać w celach z głodu, we własnych szczynach, jak tracą zmysły, ale w najgorszych snach nie spodziewał się, że właśnie takie potwory przyjdzie im spotkać. To, co się działo nie było zatrzymaniem, zamknięciem. Nikt nie zamierzał ich zamknąć, nikt nie zamierzał wytoczyć im procesu, a nawet sformułować jednego aktu oskarżenia. Znęcali się nad nimi. Torturowali ich. Za co, za kradzież. Bał się pomyśleć, co mogli robić ze zbrodniarzami wojennymi; poplecznikami Longbottoma.
Kiedy różdżka mężczyzny upadła i próbował zareagować było już za późno, mężczyzna złapał go za szyję i zacisnął na niej palce. Jego obrzydliwy głos wywołał w nim obrzydzenie i mdłości. Spojrzał na niego — teraz mógł go zobaczyć. Jego twarz. Chciał go zapamiętać. Jeśli przyjdzie mu tu pozostać, zrobi wszystko, by zabić go przed własną śmiercią; jeśli go nie zabiją, udusi go gołymi rękami. Chciał mu splunąć w twarz, ale wtedy mroczki pojawiły się przed oczami, a on prawie stracił przytomność. Zaczął kaszleć, prowadzony na kolejną salę, próbował przywrócić sobie oddech. Nic nie widział — opaska znów przysłoniła mu oczy; a on znów był zdany tylko na los. Może do czasu — kiedy weszli do środka postawili ich przed dwoma mężczyznami, zdjęli opaski. Od razu, intuicyjnie obrócił się za siebie, by spojrzeć na tą parszywą gnidę, na tego drania. Potem spojrzał na chłopaków. Thomasa, Marcela; na końcu przed siebie na jakiegoś funkcjonariusza i tego...
Ojca Marceliusa.
Nie odzywał się. Patrzył na niego z tym samym nienawistnym, wrogim i rozjuszonym spojrzeniem, co wtedy, w Parszywym, choć był obolały, a w jego krwi nie płynął tym razem alkohol. I w jego spojrzeniu dostrzegł coś — jakiś błysk nienawiści. Starał się skoncentrować — kazał strażnikowi przytrzymać go, Thomasa. Wtedy też w Parszywym to zrobili. Chwycili go za ramiona i pociągnęli za włosy do tyłu. Sallow stał już z różdżką gotowy do działania. A on stał sam, niepilnowany przez nikogo. Jego ręce skute były kajdanami, nogi też, uniemożliwiając szybkie rzucenie się do przodu, ale jeśli mógł popchnąć swojego brata, zwalić się na niego, przewrócić go lub chociażby odepchnąć, może nie Sallow nie zdoła zrobić tego, co jemu.
— Nie!— krzyknął, zaprotestował, ruszając się do przodu na tyle na ile pozwalał mu łańcuch miedzy nogami, i przechylając ciałem tak, by wpaść na Thomasa, który stał pomiędzy nim i Marcelem. — Zostaw go w spokoju! Nie zrobisz mu tego — wyrzucił z siebie gniewnie, próbując go zasłonić sobą. Nie mógł pozwolić, by zrobił to jego bratu. By wszedł do jego głowy, umysłu, by spenetrował go tak, jak jego w listopadzie. Nikomu tego nie życzył. A szczególnie Thomasowi. — Po co? Po co?! Przyznałem się do wszystkiego! Powiedziałem, jak było! To ja okradłem tego człowieka! To ja chciałem uciec! To w moich rękach strażnicy znaleźli portfel i to mnie go odebrali. To ja zaatakowałem go łyżwą, żeby zrobić przeklęte zamieszanie. Czego chcecie więcej? — krzyczał, wściekle i z jadem, przenosząc wzrok z komendanta na Kornela. Po co on tu był, po co to chciał robić? Przykładał różdżkę do skroni przy pierwszej, lepszej pierdolonej okazji każdemu kogo spotkał? — I to ja mam informacje — powiedział w końcu do Sallowa, patrząc mu prosto w oczy. — Oni nic nie wiedzą. Zostaw ich w spokoju, są niewinni. Carrington ledwo żyje, nie ma dla ciebie nic, żadnych informacji, bo strażnicy wszystko spierdolili. Puście ich wolno. Zrobię co chcecie, dajcie im spokój. Macie winnego— jego głos z żądania zmienił się w błaganie, ale przecież liczył na to, że się tu zjawi i wyciągnie stąd Marcela. Mówił, że mu zależało na nim. Chciał, żeby nie pakował się w kłopoty. Kłamał? Wtedy myślał, że tak. Dziś łudził się, naprawdę łudził, że może coś w tym było. Liczył na to, że szpiegowanie dla policji ochroni dziś Thomasa. Ostatnia iskra nadziei właśnie gasła.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]19.08.21 21:21
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 33
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 5 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]19.08.21 22:09
- Nie! - rzucił za bratem szybko ledwo powstrzymując się żeby nie przywołać go jego imieniem, kiedy zobaczył jak ten się wyrywa na strażnika, a już po chwili zamarł, widząc co ten mu robił. Wbijał w niego przerażone spojrzenie, wręcz błagalne.
Puść go, puść go, puść go… powtarzał niczym mantrę, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch, chociażby jeden - tym bardziej kiedy uzdrowiciel miał już wycelowaną w jego stronę różdżkę. Co to za problem, zmienić nagle zaklęcie…
Odetchnął cicho, widząc jak jednak dalej nie torturowane Jamesa, ale to zmroziło go po chwili jeszcze bardziej. Oni czegoś od nich chcieli, byli im potrzebni w dobrym stanie. Co chcieli im zrobić? Gdzie ich brali?
Szedł posłusznie przez korytarz i aż dostał gęsiej skórki, czując zmianę w powietrzu. Było… było mniej chłodnie, to na pewno. I tym razem szli razem. Słyszał Marcela i Jamesa, ich… kroki… Marcel. Cholera! Musiał znaleźć sposób jak go wyciągnąć. Musiał myśleć, nad czymkolwiek myśleć… Zastanowić się… co mógł zrobić?
Przecież nie dadzą rady sforsować Tower! Nie z Marcelem w takim stanie… Może… może byliby w stanie się wyrywać, gdyby chociaż na moment udało im się zdobyć różdżkę. Były zaklęcia pomocne do tego w końcu, ale…
Przechodzili przez drzwi, a kiedy mogli tylko się rozejrzeć, Thomas intuicyjnie zmrużył oczy w obawie o mocne światło. Zajęło mu jednak jedynie moment, żeby przyzwyczaić wciąż nadwrażliwe na światło oczy. Był zmarznięty i w tym cieplejszym pomieszczeniu odczuwał to jeszcze bardziej.
Zanim jego wzrok padł na mężczyzn stojących przed nim, jego głowa odwróciła się szybko, chcąc sprawdzić w jakim stanie był jego przyjaciel i brat. Marnym… Szlag!
Marcel, trzymaj się, proszę… Jimmy… Jimmy, wszystko będzie w porządku.
- Nie szarp się, proszę - rzucił cicho do brata po romsku, starając się to jednak zatuszować kaszlnięciem. Pochylił się nieco, jakby chciał rzeczywiście pozbyć się jakiejś duszącej i drapiącej go od środka siły, po chwili jednak prostując nieco bardziej.
Przestąpił nieudolnie z nogi na nogę - przynajmniej spróbował szarpnąć się, ale bardziej niż z chęci ucieczki to z tego, że potrzebował nie być skutym. Nagła chęć rozprostowania ramion czy przejścia się w nim wzmagała.
Odwrócił znów wzrok w kierunku dwóch mężczyzn za biurkiem, kiedy jeden z nich się odezwał. Zaczął się przyglądać Corneliusowi, słysząc jego głos. Skądś… go znał. Gazety? Był medialny? Nie potrafił połączyć twarzy z nazwiskiem ani z funkcją, a może podczas swoich przygotowań do napisania artykułu do Czarownicy, natknął się na niego? Ale jeśli był kimś znanym… Może widział go gdzieś w Ministerstwie, kiedy rejestrował różdżkę? Ale nie zapamiętałby go aż tak…
Nie przesłucha go! Momentalnie na jego ustach pojawił się uśmiech jak u naiwnego szczeniaka. Może… może to był dobry znak? Nie chcieli ich zabić, prawda? Czyli… była nadzieja? Jeśli nie chcieli ich zabić, nie chcieli ich chyba teraz torturować… Chociaż patrząc przez wzgląd, że odsyłał Marcela przez jego słaby stan…
- Proszę… Proszę mu pomóc, sir - wyrwał się mimowolnie, słysząc że była to mowa o Marcelu. Wbił w niego błagalne spojrzenie. Nie wiedział czy on mógł coś zdziałać, czy nie, ale wyraźnie chciał ich żywych - dlaczego w innym wypadku by ich tutaj przyprowadził po udzieleniu pomocy i opatrzeniu ran?
Kiedy rozmawiał z komendantem, ani przez moment nie spuszczał wzroku z mężczyzny, który wydawał się być tak znajomy, ale wciąż umykało mu, gdzie go widział. Starał się znaleźć w myślach nazwisko… jakiekolwiek, które by mu pasowało, ale nie był w stanie.
Zmarszczył brwi słysząc o jakichś wątpliwościach co do jego osoby. Jak ten mężczyzna chciał to zrobić? Zadając kolejne pytania? Musiał się skupić, przygotować kłamstwa, przygotować bajeczkę…
Kiedy nagle dojrzał różdżkę, dojrzał jak Sallow się do niego zbliża i jak stara się zachować odpowiednią odległość.
- Nie… - wyszeptał, coraz bardziej się spinając. Czy on… nie, to nie mogło być to, prawda? Na pewno nie…
I wtedy usłyszał jak brat krzyczy, próbuje się wyrwać. Zaraz przesunął spojrzenie na niego.
- James spokój! Nie! Nie zostawię cię tu idioto! - zaraz rzucił do niego po romsku. Chciał zrobić cokolwiek, żeby tylko znów go nie zawieść. Już to zrobił tak wiele razy! Czuł się, że robił to za każdym razem… Za każdym jebanym razem cierpiał na tym i on, i Sheila!
Zaraz zwrócił spojrzenie na mężczyznę przed sobą, zaraz znów spojrzał na Jamesa, wyciągając w jego kierunku ręce, aby go złapać i przytrzymać w miejscu, odsunąć.
- Błagam, on plecie brednie. Powie teraz wszystko, żeby tylko nic się nie stało Carringtonowi… Proszę, to tylko dzieciaki. Niczego nie wiedzą, nic nie zrobili... On nic nie wie, naprawdę… Proszę… błagam, Carrington i Tremaine są niewinni. Zrobię wszystko. Powiem wszystko, proszę… - zaczął wyrzucać z słowa niemalże na jednym wydechu, spinając się jeszcze bardziej. Stresował się i bał, spoglądając błagalnie na obcego mu mężczyznę z różdżką. - Cokolwiek pan zechce, zrobię wszystko. Donosiłem już. Może są potrzebne panu informacje z portu? Mogę je zdobyć. Ludzie w porcie mnie lubią, rozmawiają ze mną, mogę coś podsłuchać… Proszę… Ze Szkocji? Z Irlandii..? Może Półwysep, Dolina? Nie wyróżniam się… proszę pana… proszę… W porcie działo się nieciekawie w grudniu, mogę panu z tym pomóc… - mówił błagalnie mając niemalże łzy w oczach, czując jak gardło mu się coraz bardziej zaciska ze stresu. Bał się, oczywiście że się bał! Ale bardziej bał się o brata…
Spojrzał znów w stronę Jamesa.
- Spokój… - powiedział ciszej, po angielsku, prosząc go wręcz. Nie wybaczy sobie, jeśli Jamesowi coś się teraz stanie…
Chociaż bał się jeszcze bardziej, bo znał zaklęcie, które mężczyzna chciał rzucić. Wiedział doskonale, czym ono jest, słysząc inkantację…
- Błagam sir…

| Nie wiem czy i jak mnie trzyma strażnik, ale chcę przytrzymać brata w miejscu. słabo trzymam…



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Sala przesłuchań - Page 5 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Sala przesłuchań [odnośnik]19.08.21 22:24
Ktoś go ciągnął, ktoś go postawił, ktoś go przerzucił, ktoś mu pozwolił wreszcie otworzyć oczy, nie patrzył, wszystko wokół działo się gdzieś obok, był poza swoim ciałem, poza tym miejscem, poza czasem i przestrzenią, bolało go całe ciało, ale nieprzytomny wzrok koncentrował się na lewej dłoni, tępo wbity w ucięty kikut. Ciałem obezwładniał paraliż nie pozwalający mu odwrócić wzroku, paraliż odcinający go od wszystkiego wokół, złożone przed sobą dłonie, spięte kajdanami, podkreślały ostateczność tych chwil. Serce krwawiło, oczy nie miały już sił na kolejne łzy, ciało nie miało już sił na życie. Chciał zamknąć oczy i zniknąć, ale nie był w stanie, nie potrafił, nie umiał, chciał zamknąć oczy i nigdy ich już nie otworzyć, jak gdyby rzeczywistość mogła ulotnić się w pył od samego tego gestu. Wstrząsały nim dreszcze, drżał, wciąż czuł szum w uszach, strach chwytał za gardło, utrudniał oddech, nie potrafił skupić ni jednej myśli ani ni jednego spojrzenia, nie panował nad swoim ciałem. Zakute w kajdany instynktownie szukało schronienia, kuląc się w sobie; broda ciągnęła ku piersi, ciężka głowa pragnęła opaść, czuł się bezradny. Tak obezwładniająco i straszliwie bezradny, od momentu, w którym przekroczył te mury, aż do teraz, poza jego władzą, poza jego możliwościami, było wszystko, nigdy nie miał kontroli nad własnym życiem, ale teraz był jak smycz trzymany przy budzie na krótkim łańcuchu, bity i kopany, maltretowany tylko dla sadystycznej przyjemności porąbanego właściciela. Tu nic nie było sprawiedliwe. Przyznał się do winy, wziął ją na siebie, otrzymał karę. A oni, oni wciąż tu byli. Za co? Po co? Dlaczego wciąż ich tutaj wszystkich trzymali?
Miał ochotę krzyczeć, ale nie miał na to sił, miał ochotę krzyczeć, ale i tak nikt nie mógł go usłyszeć, miał ochotę krzyczeć krzykiem, który mógłby zburzyć te mury i pogrzebać ich wszystkich, bo nikt tu nie był wart przetrwania. Sądził, był pewien, że donosicielstwo Thomasa pozwoli mu stąd wyjść jako pierwszemu, próbował mu przecież pomóc, to dlatego między wierszami przemycał informacje, które miały im przekazać, że wywiązywał się ze swoich obowiązków. Dlaczego nikt mu ni wierzył? Czy ktoś go tutaj w ogóle słuchał? Za co właściwie stracił tę rękę - czy też dla zabawy tych sukinsynów?
Złodziej, łapać złodzieja, czy ktokolwiek z nich wiedział, jak trudno żyło się teraz bez znajomości w Ministerstwie Magii? Czy ktokolwiek z nich choć raz poczuł głód, wiedziony biedą, prawdziwy, realny, wykręcający żołądek, oprawcy, tym byli, katami, oprawcami, porąbanymi sadystami. Umysł szukał wyciszenia, lecz z tego wyciszenia wytrącił go głos jego własnego ojca. Czy to działo się naprawdę, czy było tylko złym snem, niekończącym się strasznym koszmarem, obraz za obrazem leniwie przesuwającym się przez najstraszliwsze odmęty jego podświadomości? Uniósł głowę dopiero po dłuższej chwili, wbijając spojrzenie w twarz ojca. Ty draniu. Ty dupku. Ty skończony skurwysynie. Co on tu w ogóle robił? Strzępy rozmów dobiegały go jak z oddali, nic nie rozumiał, nic nie wiedział, nie słyszał wszystkiego, słyszał tylko bicie własnego serca: rozpaczliwie błagającego o kres wszystkiego. O zakończenie tej męki. Chciał się upajać jego upodleniem? Osobiście wysłać go na ścięcie? Zaczął się robić niewygodny, położyć się cieniem na karierze prominentnego polityka? Czego chcesz, ty draniu? Nie wchodził mu przecież w życie, niczego od niego nie chciał, przestał go szukać tuż po tym, jak dowiedział się, kim był. Miał jego pieniądze - obiecał mu je oddać. Odda, kiedy tylko będzie miał. Odda co do knuta, ale to nie po parę knutów tutaj przyszedł, a po niego. Po jego przyjaciół.
Mało mu koszmaru, który stworzył? To od niego wszystko się zaczęło, to przez niego mama umarła. To on ją uwiódł, to on ją mamił - czym? nie wiedział, ale mama przecież nigdy nie pokochałaby potwora - to on go począł, choć nigdy o to nie prosił. To on go zostawił, ich zostawił, by teraz wtrącać się w jego życie na zawsze powiązany więzią, o która Marcel nigdy go nie prosił. Pewnie byłoby łatwiej dla wszystkich, dla niego, dla mamy, gdyby nigdy się nie urodził. Pewnie byłoby dla wszystkich prościej, gdyby teraz nie żył. Rok odsiadki był niczym w porównaniu z tym, do czego zdolny był jego ojciec. Nie przyszedłby tutaj, nie do Jima i Thomasa, gdyby nie Marcel. Głowa opadła bezwładnie ponownie, pięść - jedna tylko - zacisnęła się z bezsilności, a paznokkcie wbiły aż do skóry, zaczynało kręcić mu się w głowie. Tak bardzo chciał zostać sam. Tak bardzo pragnął ciemności. Tamtej śmierdzącej pryczy, było mu na niej tak dobrze. Dlaczego jego ojcu tak zależało, żeby go stamtąd wyrwać? Musiał ciągnąć go jeszcze na te tortury? Odrąbanie kończyn to za mało?
A może on wiedział, wiedział o wszystkim? O liście, który czytał od Harolda, o tamtym jubilerze, u którego był razem z Reginaldem, o rozmowach z Maeve, o tym, że wymysły Frances pokrywały się z rzeczywistością, o tym jedzeniu, które nakradł, o tym statku, który spalił, o tych wszystkich rozrzuconych ulotkach, o plakatach, o Hugh, o Celine, o tych wszystkich ludziach, którym pomagał opuścić Londyn i o tych wszystkich ludziach, między którymi krążył z listami i przesyłkami. Ile zajdzie mu dojście do prawdy: jedną sesję czy dwie? Czy wtedy wreszcie zaciągnie go na upragniony szafot? Chciał tego, chciał umrzeć, ale nie chciał ciągnąć za sobą swoich przyjaciół.
Zamknął oczy, licząc do trzech, skołatane serce nie chciało się uspokoić, dziwnie napięte ciało wydawało się sztywne i nieopanowane, pierwszy raz czuł się w ten sposób: jakby nie mógł poruszyć się ani o cal, nie chciał, nie potrafił, zamknięty w ponurej klatce własnych zmartwień. Słyszał krzyki. Jamesa, potem Thomasa. To nic nie da, chłopaki, to już koniec. On dojdzie do wszystkiego. On wyrwie z was wszystko, a na końcu was pożre. Czy za nimi pójdą inni? Czy wyciągną wszystko o Finley, o Steffenie? Przecież Eve też w tym pomagała.
Przepraszam, Sheilo. Naprawdę próbowałem odesłać go do was do domu.
Nie potrafił być spokojny, stając gdzieś przed granicą swojej ostateczności; gdzieś przed granicą, za którą nie było już nic. Żadnego sądu, żadnej sprawiedliwości, żadnej kary nawet.
Zawsze mówili, że nie wyrośnie z niego nic dobrego. Że był inny.
Kraty w oknach, kraty w drzwiach, kajdany na rękach, kajdany na nogach. Gdzieś tu musiały być drzwi. Wyjście. Światło w ciemności. Czy był już szalony? Zaciskał powieki coraz mocniej, gdy słyszał rozpacz Jamesa stającego w obronie brata, błaganie Thomasa. Ale to przecież nie mogło już nic dać, nic. Zginą tu, jak robaki, nic nie znaczące, rozpłyną się jak śnieg, o którym nikt już nie pamiętał, znikną jak woda po deszczu, a po nich nadejdą kolejni, którzy zginą tak samo głupią śmiercią. Połprzymknięte powieki odnalazły opatrunek na dłoni, ściśniety łańcuchem uwiązanym do drugiej ręki, czy to mogła być szansa? Szansa na ciemności, bez światła, szansa na drzwi bez krat, szansa na odejście. Zerwanie z bólem, na kres wszystkiego.
Szansa na chaos, który odwróci od nich uwagę, choć na chwilę.
Odciągnął kikut ku sobie, chcąc wyrwać go spod obręczy kajdan. Dłoń nie stanowiła przeszkody, trzymał się opatrunek - Marcel nie dbał o to, czy nie ściągnie go przypadkiem, chciał, chciał to zrobić. I dopiero, kiedy udało mu się oswobodzić ranną rękę - nie do końca był świadom tego, jak zamieszanie wokół niego miało szansę odwrócić od niego uwagę - ściągnął pustą obręcz między kolana, na drewniane siedzenie krzesła, po czym z impetem - z taką siłą, jaką był w stanie z siebie wykrzesać - uderzył w nią, w ostrą krawędź, kikutem, chcąc otworzyć niezabliźnioną ranę i skąpać we krwi miejsce, które i tak w niej tonęło. Drewniane siedzenie miało szansę wzmocnić siłę uderzenia, zatrzymując je od drugiej strony - naparł na obręcz całym ciałem, na ile ciało pozwalało mu znieść ból w przytomności. Krzyczał, krzyczał o pomoc bezgłośne, strzępami sił szukając wyjścia, chciał pozbawić tchu siebie, ściągnąć ku sobie uwagę, przykuć atencję ojca, desperacko pragnąc zakończyć tę farsę.

(nie)zręczne ręce tak myślę


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Strona 5 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Sala przesłuchań
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach