Wydarzenia


Ekipa forum
Gabinet towarzyski
AutorWiadomość
Gabinet towarzyski [odnośnik]24.02.19 22:57
First topic message reminder :

Gabinet towarzyski

★★★★
Wejście do gabinetu znajduje się tak od głównego korytarza Fantasmagorii, jak bezpośrednio od najwygodniejszych lóż głównej sceny; w trakcie antraktów miejsce to służy do spotkań towarzyskich znamienitszych gości, odbywają się tutaj poczęstunki szampanem, po spektaklach niekiedy organizowane są spotkania z artystami. Niekiedy odbywają się tutaj także autonomiczne wieczorki poetyckie. Czarodzieje pogrążają się w intelektualnych dysputach, racząc się przy tym drogim alkoholem i wykwintnymi przystawkami. Poza wydarzeniami, w trakcie tygodnia, gabinet służy przede wszystkim artystom oraz pracownikom Fantasmagorii - zarówno jako miejsce odpoczynku, jak i bardziej formalnych spotkań. Dalej, za gabinetem, mieszą się główne dyrektorialne pomieszczenia.
Wnętrze urządzone jest w morskich barwach nawiązujących fantazją do morskiego świata, główne ozdoby stanowią muszle z różnych zakątków świata, należące głównie do rzadkich wodnych stworzeń, podczas gdy na ścianach znajdują się zaczarowane obrazy wykonane w całości z masy perłowej. Wygodne kanapy, podobnie jak fotele i pufy, mogą pomieścić większą grupę czarodziejów - a wzory na marmurowej posadzce zdają się poruszać jak morskie fale, hipnotycznie przyciągając wzrok. W powietrzu unosi się słodki zapach róż docierający zza okien wychodzących na ogród.
Nałożone zaklęcia: Muffiato.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 20:22, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : -
Wiek : -
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Gabinet towarzyski - Page 8 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]09.12.22 13:04
Na tyle na ile pozwalała jej na to wyobraźnia, starała się nie wspominać incydentów z czasu swojej pożałowania godnej choroby. Łaźnia w Chateau Rose była wtedy zaledwie przystankiem, ale jednym z gorszych. Gorszych pod względem zażenowania jakie sobie przyniosła, nie warunków, bo znaleźć się w jednej wannie ze wspaniałą choć - niestety - jeszcze nie nagą wilą było zapewne czymś, co powinna uznać za szczęście. Może i by uznała, gdyby zdarzenie to nie odbyło się zupełnie poza jej kontrolą i planem. Nie cierpiała tracić kontroli.
- Zaledwie podstaw - odparła grzecznie, by w jakiś sposób wybrnąć z faktu, że nie była wcale językoznawcą poza jedną jedyną łaciną, która fascynowała ją już na kursie uzdrowicielskim. Z tego mogła być dumna i o tym wspomnieć, by sprawiać wrażenie bardziej zainteresowanej tą rozmową niż jest. Wciąż nie zdołała przejrzeć Evandry i jej gry, ukrytych motywów, które musiały istnieć, wbrew temu co powiedziała Odetta i co próbowała wmówić jej ta nestorowa. - Owszem, jest wyjątkowy i melodyjny dla ucha. To dla mnie wielka przyjemność słuchać lady doyenne, gdy sięga po swój ojczysty język. Ja natomiast bardzo gładko posługuję się łaciną. Kwestia zainteresowania antykiem oraz naleciałości z czasów, gdy wszystkie traktaty medyczne były uzupełniane tym językiem. - Zastanawiała się, czy powinna się teraz pochwalić jakąś sentencją, ale zrezygnowała. Jeżeli Evandra jej o to nie poprosi, nie zamierzała usilnie udowadniać własnej wartości, która była bezdyskusyjna. Nie była pawiem, by musieć prezentować piórka, i tak czuła się już niekomfortowo w tych pięknych sukniach krępujących oddech.
Lekko uniosła brew i zakryła usta brzegiem filiżanki, gdy padło nazwisko Primrose. Rzecz jasna zdawała sobie sprawę z łączącej czarownice przyjaźni, nie sądziła jednak, że Burke może mówić o niej w towarzystwie tak wiele, by przykuło to uwagę Evandry Rosier. Nie była jeszcze przekonana, czy bardziej ją to łechta czy niepokoi. Nie chciała takiej uwagi, nie od kogoś tak ściśle związanego z Tristanem.
- Ja również cenię sobie przyjaźń lady Burke, choć, rzecz jasna, jest ona znacznie krótsza i świeża. Mam więc rozumieć, że o mnie wspominała? - Pragnęła usłyszeć wszystko co mogło padać na jej temat za jej plecami, ale musiała powściągnąć ciekawość, by nie wyjść na łapczywą. A łapczywa, w istocie, była.
Przywołała na twarz grzeczny, wystudiowany uśmiech, gdy wila kontynuowała swoje wywody na temat baletu. Słuchała jej, bo nie miała wyjścia, choć temat był dla niej po stokroć nudny i płytki. Czy naprawdę przyszła tu dziś rozmawiać o tańcach?
- Rozumiem. - Zjadła jedno ciasteczko dla pozorów, ale nie zamierzała sięgać po więcej, zniechęcona jego smakiem, słodkością herbaty, słodkością powietrza i tej przesłodzonej kobiety, która równie dobrze mogła się nią wzgardliwie bawić. - Miałyśmy tę przyjemność. Przede wszystkim jednak współpracujemy. - Nie wiedziała, ile dokładnie Rosier mówił żonie o tym co robią i niewiele ją to interesowało; osobiście nie miałaby oporów przed zdradzeniem jej wszystkich, najbardziej czarnych szczegółów, ale nie uznawała jej jak na razie za godną zaufania.
Musiała dłużej zastanowić się nad pytaniem Evandry, gdyż nie miała nic, co mogłoby ją zainteresować. Nie zajmował ją taniec, śpiew, muzyka ani poezja, malarstwo ani moda. Do czego właściwie mogłaby się przyznać, by nie wyjść na ignoranta w sprawach, których nie rozumiała, równocześnie nie zrażając kobiety swoją prawdziwą pasją? Na krótką chwilę zacisnęła usta, jakby walczyła sama ze sobą, a potem westchnęła bezgłośnie i wróciła do uśmiechu. Pustą filiżankę odłożyła na spodek. To wszystko było bardziej męczące niż sądziła.
- Historia medycyny i anatomia z patofizjologią. - powiedziała w końcu sucho, nie dodając nic o prosektoriach, morderstwach i czarnej magii. - Transmutacja, z naciskiem na polimorfię. - Może była uprzedzona, ale nie sądziła, by miały znaleźć jakikolwiek wspólny grunt do dyskusji.


you cannot burn away what has always been
aflame
Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Uzdrowicielka, koronerka, fascynatka anatomii
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Once you cross the line,
will you be satisfied?
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +6
CZARNA MAGIA : 17
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
unsteady
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t12162-elvira-multon#374517 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]21.12.22 15:12
- Francja nie jest moją ojczyzną. Pochodzę z Wyspy Wight, a na kontynencie niestety miałam przyjemność bywać tylko kilka razy - wyjaśniła bez cienia żalu, choć musiała przyznać, że podróże leżały w kręgu jej zainteresowań. Wprawdzie za sprawą zobowiązań biznesowych ojca częściej bywała w Austrii, niż we Francji, ale żywo wierzyła, że po zakończeniu wojny będzie mieć więcej okazji do zwiedzania szerokiego świata. - Łacina od zawsze wydawała mi się elitarnym językiem badaczy. Znajomość jej służy ci wyłącznie do odczytywania ksiąg, czy używasz go także w mowie? - zapytała tonem neutralnej pogawędki, rzadko kiedy spotykając kogoś, kto posługiwałby się łaciną w celu innym, niż naukowym. Kojarzyła wprawdzie sztuki wystawiane w tym języku, lecz jak na złość nie potrafiła przypomnieć sobie żadnej z nich.
- Tak - odparła bez zawahania na pytanie o słowa Primrose. - Miało to miejsce przy okazji mojego zaniepokojenia twoją absencją podczas ostatnich uroczystości. Zwróciłam się do niej, wiedząc że działacie ściśle we wspólnej sprawie. - O tym, że przyjaciółka dołączyła do Rycerzy Walpurgii świadoma była od dawna, wspierając ją w kolejnych przedsięwzięciach na rzecz wolności czarodziejów. Od Tristana nie otrzymałaby żadnych plotek, o Deirdre nawet nie wspominając. Primrose była więc oczywistą osobą, do której mogła się zwrócić. - Spodziewałam się, że zawiążecie nić porozumienia, co zresztą potwierdziłaś w swoim liście. - Zdziwiło ją, że Elvira Multon znała datę urodzin lady Burke, zwłaszcza że zdecydowała się ten fakt w wiadomości podkreślić, ściśle warunkując ich spotkanie od tego dnia. Nie zamierzała podsuwać jej jednak szczegółów rozmowy z Primrose - nie teraz, kiedy nie wiedziała jeszcze czy może jej w jakikolwiek sposób ufać.
Oszczędne słowa o łączącej Elvirę z Deirdre relacji świadczyły o tym, że nie chciała wiele zdradzać, bądź też niewiele do wyjawienia pozostało. Madame Mericourt nie była jednak najistotniejszym elementem dzisiejszej rozmowy z panną Multon, toteż Evandra nie kontynuowała tematu, kwitując wypowiedź czarownicy skinieniem głowy.
Ciągła, nienachalna obserwacja rozmówczyni pozwalała lady Rosier dostrzegać targające nią emocje. Widziała tą sprzeczność wymuszonych uśmiechów, zawahanie, ciężkie westchnienia i zaciskające się na jedno uderzenie serca wargi. Błękit oczu półwili przepełniony był łagodnością. Tego dnia nastawiła się na zgromadzenie potężnych pokładów cierpliwości, bo choć Primrose w swoim liście zapewniła ją, że nie ma powodów do obaw, tak w pamięci utkwiła jej wzmianka o braku ogłady.
- Doprawdy? - ożywiła się nagle, słysząc o zainteresowaniach panny Multon. Po raz pierwszy od początku ich spotkania była pozytywnie zaskoczona. Szczerze liczyła na to, że Elvira pokaże jej wreszcie odrobinę szczerości - czy to był właśnie ten moment? - Nie wiem na ile leży to w obrębie zainteresowań medycyną oraz anatomią, natomiast doszły mnie słuchy, że w Courtauld Gallery w Somerset House powstała nowa wystawa poświęcona turpizmowi. Pierwsze recenzje mówią o odważnych zabiegach artystów i wykorzystaniu doń ludzkiej anatomii, jednak nie miałam jeszcze okazji, by jej doświadczyć. - Elementy ciał w różnym stadium, zaklęciami powstrzymywane przed rozkładem, rzeźby ułożone z kości, obrazy malowane krwią i fekaliami. Lady Rosier zamierzała wybrać się tam w najbliższym czasie, jednak bez odpowiedniej osoby towarzyszącej wizyta w galerii była w opinii półwili wybrakowana. - Transmutacja jest zaś bardzo bliska memu sercu, choć z polimorfią niewiele mam doświadczenia. - Pomijając złodzieja przemienionego w gęś, który przed paroma miesiącami obrał sobie za cel niepozornie przebraną arystokratkę. Tamtego dnia zareagowała odruchowo, działając w obronie własnej, jednak teraz pracowała nad tym, by umiejętność magii przeobrażania jednego w drugie stała się jej codziennością. - Jak twoje postępy? Uczysz się sama, bazując na praktyce i księgach, czy też korzystasz z pomocy nauczyciela? - zainteresowała się, bo sama sięgnęła po wsparcie mentora. Wpadł w jej ręce zupełnym przypadkiem, zachwycając umiejętnościami transmutacyjnymi, ale też wprawnym prowadzeniem ciekawej konwersacji. Na twarzy półwili można było dostrzec ciekawość, choć tylko wprawni, znający ją obserwatorzy, mogli potwierdzić, że jest ona szczera, a nie tylko wyrażona sztuczną grzecznością.



show me your thorns
and i'll show you
hands ready to
bleed
Evandra Rosier
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka, filantropka
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 16 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]07.01.23 17:10
Niewiele wiedziała o Evandrze Rosier, to prawda. A wiedza, którą już posiadała, z rzadka wychodziła poza plotki, powszechne i nagłośnione fakty oraz własne podejrzenia. Czy chciała ją poznać? Och, w jakimś stopniu na pewno tak. Każda nowa wiedza była bronią, którą mogła dzierżyć, a przyjaźń z kimś tak prominentnym i bliskim Tristanowi Rosierowi mogła przynieść jej wyłącznie korzyści. Wciąż jednak, w głębi ducha, wątpiła w to, by lady doyenne naprawdę chciała tego spotkania dla celów towarzyskich. Wciąż nieufnie doszukiwała się podstępu.
Mimo to słuchała, słuchała z uwagą, kiwając głową w odpowiednich momentach, wydając z siebie pomruki przesycone sympatią i zainteresowaniem, które sugerowały większą przyjemność niż w rzeczywistości czuła. Przy Primrose mogła mówić otwarcie o wielu trapiących ją kwestiach, czuła w jej towarzystwie wiedźmią solidarność. Evandra Rosier chyba wciąż była w jej oczach arystokratką z okładek, śliczną, grzeczną i pustą.
- Ma lady rację. Przede wszystkim łacina przysługuje mi się naukowo, gdy sięgam po oryginały traktatów i ksiąg. Pomagała mi w czasie studiów nad przekleństwami dziedzicznymi. W środowisku uzdrowicielskim wciąż jednak posługujemy się nią także w mowie, do opisywania mankamentów anatomii i stanów chorobowych, które nie doczekały się tłumaczeń. Łacina była od wieków językiem medycyny. Arteria, inferior vena cava, wszystkie te słowa opisujące ciało od niej pochodzą, choć przebyły już drogę do języka powszechnego - Mówienie o medycynie sprawiało Elvirze przyjemność niezależnie od rozmówcy, z zaskoczeniem więc chętnie włączyła się w dyskusję, zginając mimowolnie kostki palców, jakby chciała raz jeszcze schwycić w dłoń narzędzia używane na co dzień w pracy. Miała swoje pasje, swoje magnum opus, nawet, jeśli nie była i nie będzie nigdy artystką.
Lekki uśmiech, który pojawił się na ustach Elviry przy wspomnieniu o Primrose, przygasł, gdy lady doyenne wyraziła zaniepokojenie jej nieobecnością na uroczystościach kwietniowych. Przez chwilę Elvira milczała, przypatrując się szlachciance krytycznie, jakby próbowała zrozumieć, czy kobieta z niej drwi. Wszystko jednak wskazywało na to, że jest dokładnie tak nieświadoma, jak wydawała się przedstawiać.
- Moja absencja... - zastanowiła się, uniosła filiżankę. - ... była wynikiem splotu niefortunnych zdarzeń. Żałuję, że nie udało mi się przyjąć zasłużonych orderów. - Nie udało jej się, w istocie, nie miała ich do tej pory. - Owszem, lady Burke... Primrose... jest mi bardzo bliska - cicho wspomniała imię czarownicy, pokazując tym samym, że ich przyjaźń osiągnęła już poziom, w którym mogła sobie pozwolić na nazywanie jej bez tytułów w odpowiednim towarzystwie. Robiła to rzadko, nie chcąc jej umniejszać, ale Evandra była wszak również jej przyjaciółką, i to dłużej niż Elvira. Jeśli był na to odpowiedni moment, to teraz.
Dziwne było spojrzenie tej pięknej półwili, dziwny jej ton głosu i ciepło uśmiechu. Nie pamiętała, by kiedykolwiek wcześniej, choćby na niesławnej uroczystości charytatywnej na Connaught Square, Rosier obdarzała ją aż taką uwagą. Być może Primrose naprawdę szepnęła jej na temat Elviry kilka zaskakująco pochlebnych słów. Bardzo by jej to łechtało, ale choć wydawało się oczywiste, nie chciała niczego brać za pewnik.
- Turpizm - powtórzyła Elvira szeptem, nie mając pojęcia, co oznacza owe słowo, zaraz jednak uśmiechnęła się i wychyliła do rozmówczyni. Fakt wykorzystania ludzkiej anatomii dla sztuki przykuł jej uwagę. - Dziękuję, że lady o tym wspomina. Będę musiała zapoznać się z tą wystawą. - Nawet nie próbowała proponować wybrania się wspólnie. Wolała sobie oszczędzić upokorzenia w przypadku odmowy. Być może jednak zdoła namówić kogoś z najbliższego kręgu znajomych; jeśli nie, była przecież przyzwyczajona do samotnych wędrówek. - Naprawdę? - Nie zdążyła w porę ukryć zaskoczenia, ale zaraz się poprawiła. - To fascynująca dziedzina magii. Gdy byłam młodsza, lubiłam sądzić, że kiedyś nauczę się przemieniać w zwierzę samą siebie równie skutecznie jak czynię to innym. Niestety, z czasem uzdrowicielstwo zupełnie pochłonęło mój czas. - W ostatnim czasie w jej planach samorozwoju dominowała głównie czarna magia, ale tego tematu nie poruszyła i na razie poruszać nie chciała. - Nawykłam do uczenia się samodzielnie, mam całkiem dobrze zaopatrzoną biblioteczkę. Nie oznacza to jednak, że nie sięgam po pomoc, gdy natrafię na ścianę. Mam rozumieć, że lady również praktykuje transmutację? - Jakkolwiek dziwna była to myśl, czuła się coraz skłonniejsza w nią uwierzyć.


you cannot burn away what has always been
aflame
Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Uzdrowicielka, koronerka, fascynatka anatomii
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Once you cross the line,
will you be satisfied?
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +6
CZARNA MAGIA : 17
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
unsteady
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t12162-elvira-multon#374517 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]19.02.23 10:46
Chętnie przyjmowała nowinki, słuchając z nieudawanym zaciekawieniem o tematach, w jakich specjalizowali się jej rozmówcy. Kto mógłby mieć na ich temat szerszą wiedzę, jeśli nie prawdziwi pasjonaci? Elvira Multon skrywała wiele tajemnic, lecz półwila nie zamierzała odkrywać ich wszystkich na raz. Szukała punktów zaczepienia, czegoś, co potwierdziłoby, że nawiązanie z nią znajomości wyłącznie się opłaci.
- Przekleństwami dziedzicznymi? - powtórzyła za panną Multon, wyciągając z wywodu fragment, który najbardziej przykuł jej uwagę. O samej magimedycynie nie wiedziała wiele, mało interesując się anatomią i generalnie wszystkim, co wiązać by się mogło z ludzkimi wnętrznościami i chorobami. Wiedziała natomiast wszystko o swojej własnej przypadłości, która kładła się cieniem na całym życiu arystokratki. Doskonale zdawała sobie sprawę z kruchości swego istnienia, drzemiącej w niej magii, gotowej zaprzepaścić wszystko, do czego dążyła. - Czy to one są twoją specjalnością? - Jasna brew Evandry drgnęła, zdradzając zainteresowanie.
Pokiwała głową ze zrozumieniem, doskonale wyłapując sposób, w jaki Elvira wypowiada się o lady Burke. Nie była to zwyczajna grzeczność czy chęć przypodobania się. Czarownica już zdążyła jej pokazać, że niezbyt radzi sobie z dyplomacją oraz nierozerwalnie łączącą się z nią subtelnością. Zdradzała się i można było z niej czytać jak z otwartej księgi; Evandra zaglądała pomiędzy wiersze, chcąc sprawdzić jak wiele można było z nich wywnioskować. Relacja między czarownicami była silniejsza, niż zakładała, a przynajmniej ze strony uzdrowicielki.
- Koniecznie proszę zdać mi później relację. Chętnie usłyszę co myśli o tym ekspert. - Mogły wybrać się na wystawę razem, rozważała przecież opcję, by zaprosić pannę Multon na kolejne spotkanie, lecz nie wiedziała jak zakończy się dzisiejsze i czy komfortowym będzie późniejsze potencjalne odwoływanie wspólnego wyjścia. Wyuczony takt nie pozwalał jej także zmuszać rozmówczyni do szukania wymówek, nie, kiedy prawdziwie zależało jej na poznaniu czarownicy i wydobyciu zeń tego, co najlepsze.
- Zgadza się - przytaknęła z szerszym uśmiechem, dostrzegając na twarzy Elviry subtelną zmianę. Czyżby tym razem sama ją czymś zaintrygowała? Wspólne zainteresowania, dzielenie pasji były niewątpliwie najlepszym sposobem do przełamywania barier i zacieśniania więzów. Półwila nie sądziła, że tak prędko uda im się znaleźć wspólny mianownik, zwłaszcza że dotąd zdawały się pochodzić z zupełnie różnych światów. Blondynka rozbawiła ją stwierdzeniem o wprawnym przemienianiu innych w zwierzęta. Czy wypadało jej chwalić się, że także zdarza jej się do tego sięgać? - Ja również, gdy byłam młodsza, lubiłam sądzić, że osiągnę taką biegłość w transmutacji, by móc sięgnąć po animagię. Mój czas pochłonęła jednak rodzina. - Przed nią jeszcze długa droga, nim spełnić będzie mogła swoje marzenia, lecz nic nie stanowiło przeszkody przed dalszym rozwojem. Dopiero kiedy wypowiedziała te słowa na głos, uświadomiła sobie, że nie do końca pokrywało się to z prawdą. Rodzina była tym, co jeszcze kilka lat temu napędzało Evandrę do poszerzania swoich granic. Tak bardzo pragnęła zakosztować życia jeszcze przed zamążpójściem, ująć w dłonie i pochwycić w ramiona jak najwięcej, że zatraciła się gdzieś po drodze, gubiąc prawdziwą istotę tego, co chciała przecież osiągnąć. Uśmiech lady doyenne zelżał nieznacznie, uzupełniła swoją filiżankę, chcąc zamaskować chwilowe wybicie z tropu. - Do praktyki wróciłam niedawno, chciałabym częściej znaleźć wolną chwilę na ćwiczenia. Sama pewnie wiesz, że nie jest to takie łatwe. - Uśmiechnęła się przepraszająco, zakładając że w codziennym biegu Elvira ma znacznie mniej czasu, niż ona sama. Pogodzenie ze sobą wszystkich obowiązków przychodziło z trudem, zarówno opieka nad rodziną, prowadzenie domu, działalność charytatywna, kształcenie się w każdej z interesujących dziedzin, o czasie wolnym nie wspominając. Nawet dziś, będąc tu na spotkaniu z panną Multon, nie robiła tego dla własnej przyjemności, a wyłącznie spełniała prośbę męża. Musiała jednak przyznać, że czarownica pozytywnie ją zaskoczyła, okazując się być ciekawą partnerką do rozmowy, mimo tych kilku początkowych potknięć. Może dzień ten jednak nie okaże się być straconym. - Poza ćwiczeniami samych zaklęć, staram się sięgać po teorię, zrozumieć mechanizm tworzenia czarów. Ja również zwykłam pracować sama, ale dobry nauczyciel to nieoceniona pomoc. Słowo pisane nie zawsze jest w stanie wytłumaczyć każdą nurtującą nas kwestię, wyjaśnić zawiłości, o których w akapitach wyłącznie pobieżnie wspomniano. Jeśli masz godne polecenia księgi, chętnie zapoznam się z tytułami.



show me your thorns
and i'll show you
hands ready to
bleed
Evandra Rosier
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka, filantropka
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 16 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]21.02.23 19:27
Każde kolejne słowo, ukradkowe spojrzenie, zdanie, pozwalało Elvirze rozluźnić spięte mięśnie i poświęcić się raczej wzajemnemu zapoznawaniu się z lady doyenne niż ustawicznym doszukiwaniu podstępu. Wciąż nie ufała jej w niewielkim nawet stopniu, miała wszak uzasadnione podstawy do ostrożności w towarzystwie wszystkich Rosierów, ale po kolejnym łyku dobrej herbaty przyszło jej na myśl, że być może nie powinna pozwalać na to, by lęk zatruwał jej spojrzenie na tę młodziutką wilę. Ostatecznie, ją samą niejednokrotnie postrzegano jedynie przez pryzmat cudzych opinii i opowieści, przekonała się o tym boleśnie nie raz, choćby w towarzystwie swojej pożal się Merlinie mentorki, dlaczego więc miałaby oferować Evandrze tę samą nieuprzejmość? Ostatecznie, jak dotąd wszystko wskazywało na to, że lady naprawdę interesuje to co ma do powiedzenia - że być może próbuje wejrzeć dalej niż tylko na płytkie wody, które zwykle odbijały wyłącznie twarz tego, kto w nie spoglądał.
Nie okazała zaskoczenia, gdy lady Rosier okazała zaciekawienie tematem przekleństw dziedzicznych; spędziła z pacjentami wystarczająco wiele czasu, by wiedzieć, że w głównej mierze dotyczyły one szlachty. Potężna magia pielęgnowana z pokolenia na pokolenie miewała swoją cenę.
- W Szpitalu Świętego Munga pracowałam na odcinku chorób wewnętrznych, a moją specjalizacją były choroby genetyczne. Byłam w jej trakcie i, niestety, nigdy nie otrzymałam certyfikatu, gdyż moje drogi ze szpitalem wkrótce się rozeszły. Wykorzystywałam jednak nabytą wiedzę w praktyce, opiekując się przez kilka miesięcy latoroślami rodu Selwynów - powiedziała cicho i siląc się na skromność, choć była to cecha, której nie przejawiała nigdy, przekonana, że swoich sukcesów należy być pewnym. - W chwili obecnej skupiam się raczej na patologii tkanek, ale dziedziny te mogą się łączyć. Czasami rodziny ofiarują mi ciała młodych ludzi zmarłych z powodu serpentyny lub klątwy Ondyny. Te badania umożliwiają dalszy rozwój medycyny, która kiedyś, kto wie, być może umożliwi nam doskonalsze leczenie wrodzonych chorób. - Nie spytała się Evandry o to, czy sama choruje, choć mogła podejrzewać odpowiedź. Tak osobiste pytania nie były jednak na miejscu podczas ich (oficjalnie) pierwszego spotkania, tyle przynajmniej potrafiła się domyśleć. Jeżeli arystokratka zechce, sama się przed nią zwierzy, ale szczerze w to wątpiła.
Gładkość ich rozmowy i tak była dla Elviry zaskoczeniem; zdawało się, że co chwilę znajdują wspólny temat, a Evandra była na tyle dobrze obeznana ze sztuką konwersowania, że łatwo schodziła z kwestii tego, co Elvirę ewidentnie nie fascynowało i obracała to w coś nieporównanie lepszego. Nie sądziła, że w Fantasmagorii, znanej ostoi baletu, ktoś zdoła ją zachęcić do obejrzenia jakiejś wystawy artystów, wyglądało jednak na to, że mogła dać się namówić.
- To będzie dla mnie wielka przyjemność, lady - skłoniła głowę, uśmiechając się kątem ust, nawet nieszczególnie sztucznie.
Fakt, że mogły dzielić z Evandrą jakiekolwiek wspólne marzenie, napełnił ją nieoczekiwanym ciepłem, które szybko zagryzła kawałkiem słodkiego makaronika. Nie chciała sprawiać wrażenia przesadnie zadowolonej.
- Nie wątpię, że rodzina, dzieci, zwłaszcza małe, są bardzo wymagające. Być może jednak przyjdzie jeszcze dla nas czas. Gdy nadejdzie pokój, łatwiej będzie nam przychodziło spełnianie marzeń, prawda, lady? - Pokój czaił się już właściwie tuż za rogiem, tak przynajmniej zdawały się prawić gazety, sama jednak wątpiła w to, czy między czarodziejami a sukcesem nie stoją jeszcze litry przelanej krwi. Nie wprawiało jej to w smutek ani przesadny lęk. Było coś rozkosznie pociągającego w przemocy, w czarnej magii, zwłaszcza, gdy już raz się po nie sięgnęło.
Zauważyła chwilowe zawahanie Evandry, była wystarczająco spostrzegawcza, nie domyśliła się jednak, co może ono oznaczać, gdyż nie znała czarownicy na tyle dobrze. Jej własny uśmiech nie zelżał, rozsądnie udała, że niczego nie dostrzegła.
- To prawda. - Na czubku języka zawisło jej pytanie, czy lady doyenne chciałaby kiedyś spróbować się w transmutacji wspólnie, nie w pojedynku, rzecz jasna, ale na wcześniej wybranych celach w jakichś wygodnych, pasujących do wątłych wil warunkach. Ugryzła się jednak w policzek do krwi, dochodząc do wniosku, że nie jest pewna, w jaki sposób zostałoby to odebrane. Ta wątpliwość zapiekła ją dusząco w piersi. - Osobiście bardzo doceniam Transformację przez wieki Yaxleya jako dzieło obszerne i wielowymiarowe. Wciąż aktualnym klasykiem jest dla mnie również Przeistoczenie, książka z XV wieku. Z nowszych poleciłabym lady Faunę wewnątrz nas Horrowaya. Autor jest półkrwi i zakrawa czasem o niepotrzebne dygresje, ale skupia się na transmutacji ludzko-zwierzęcej, dogłębnie opisując ten dział. - Przesunęła smukłą dłonią po blacie stołu, zamilkła, szukając odpowiednich słów. Skoro sama lady zadała jej tego typu pytanie, co szkodziło spróbować i spotkać się nawet z ugrzecznioną odmową? - Jeżeli o mnie chodzi, nie miałabym nic przeciw spotkaniom naukowym, lady - powiedziała ostrożnie, zawieszając zdanie w pytającym tonie.
Wmówiła sobie, że wcale nie jest zdenerwowana, ale rytm serca i tak nieco jej przyspieszył.
[bylobrzydkobedzieladnie]


you cannot burn away what has always been
aflame
Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Uzdrowicielka, koronerka, fascynatka anatomii
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Once you cross the line,
will you be satisfied?
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +6
CZARNA MAGIA : 17
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
unsteady
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t12162-elvira-multon#374517 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]01.03.23 9:52
Zmiana w nastawieniu Elviry była lekko dostrzegalna, jako że wolno postępująca. Dopiero przy kolejnej filiżance herbaty ściskająca gardło niechęć zaczęła ustępować miejsca śmiałości; tej samej, o której istnieniu Evandra doskonale zdawała sobie sprawę, lecz dotąd skrzętnie skrywanej pod fasadą tak niemożliwej, że aż sztucznej idealności. Półwila z zadowoleniem obserwowała jak się oswaja i z wolna przekonuje.
- Jeśli takie są twoje aspiracje, życzę, by się spełniły, abyś mogła powrócić do przerwanej praktyki. - Dopytywanie o powody przerwanej pracy oraz brak wymaganego certyfikatu były zbędnym, plotkarskim dociekaniem, których zasady neutralnej pogawędki nie obejmowały. - Uzyskać zaufanie i pełnić pieczę nad zdrowiem oraz życiem członków takiego rodu, to nie lada wyzwanie. - Niegdyś niewątpliwie wystarczyłoby to do przeciągnięcia szali na korzyść czarownicy. W ostatnich jednak latach mało kto lubił się z Selwynami. Przez niefortunny obrót zdarzeń gwałtownie odsunęli się oni od reszty rodów, zepchnięci na margines musieli zacięcie walczyć o powrót do łask. O ile rodzina Lestrange nie podchodziła doń z tak negatywnym nastawieniem, co inni, tak Rosierowie mieli własne powody, przez które utrzymywali dystans. - Chętnie zapoznam się z twoimi referencjami, o ile planujesz zająć się tym ponownie w przyszłości. - Evandra nie poznała wielu wybitnych specjalistów uzdrowicielstwa, jacy skupialiby się w pracy na chorobach genetycznych. Czy jej istnienie nie byłoby przepełnione spotkaniami z nimi, gdyby byli aż tak zafascynowani i poświęceni badaniom? Czy nie znalazłyby się już nowe, choć eksperymentalne sposoby, dzięki których opracowaniu zyskałaby nadzieję na cieszenie się życiem? - Anatomia i szczegółowy przebieg tych przypadłości są mi obce. - Przynajmniej w znacznej większości. - Wierzę, że badania pomogą wkrótce rozwikłać ich zagadkę, pozwolą chorym cieszyć się życiem nieco dłużej. - Choć nieco dłużej, czy aż tak wiele wymagała? Pragnęła spędzić z mężem, dziećmi i przyjaciółmi niemal każdą wolną chwilę. Spełniać marzenia, sięgać do gwiazd i sprawić by to, co niemożliwe, stało się dostępne na wyciągnięcie ręki. Na horyzoncie kreślił się jednak niepokój, bezpośrednio wiążący się z kiełkującą pod jej sercem drugą pociechą. Starała się utrzymywać, zarówno przed resztą świata, jak i samą sobą, że pogodzona jest z nieuchronnym końcem, jaki zbliżał się doń wielkimi krokami. Serpentyna to zazdrosna i niezwykle kapryśna towarzyszka, mogła zabrać ją ze sobą w każdym momencie, odbierając wszystko to, co kocha. Evandra nie chciała żyć w przestrachu, z obawą o przyszłość, nie mogła.
- Na pewno tak się stanie - przytaknęła na deklarację wiary w lepsze jutro. Czyżby panna Multon podzielała pogląd, by z optymizmem spoglądać w przyszłość? Półwila powtarzała o tym głośno podczas wszelkich wydarzeń charytatywnych, także i na Connaught Square, kiedy to Elvira została przydzielona do jej ochrony. Czy słuchała którychś z jej słów, czy zatrzymała się przy nich na moment, czy oddała im słuszność, a może zwyczajnie powtarzała frazesy, chcąc się Evandrze przypodobać?
- Doskonały pomysł - ucieszyła się może odrobinę za bardzo. Szeroki, rozświetlający twarz półwili uśmiech był jawną oznaką radości lady doyenne. Rzadko kiedy przytakiwano jej w kwestiach naukowych, rzadko zapraszano na poruszające te kwestie spotkania czy wykłady. Czyżby właśnie zdradziła się z wielką chęcią zmiany swego położenia, nadpisania etykiety, z jaką wszyscy się do niej zwracali przez pryzmat dziewczęcej, eterycznej urody, a która też nakierowywała pannę Multon podczas dzisiejszej herbaty? - Próbowałam się z Przeistoczeniem, lecz może to ta trudniejsza w przyswojeniu XV-wieczna forma, nie przypadliśmy sobie do gustu. Horrowaya nie znałam, to cenna uwaga, by po niego sięgnąć. - Zapisała w pamięci, by posłać po wspomniane przez czarownicę tytuły. W otoczeniu arystokracji nieczęsto można było natknąć się na pasjonatów tychże, a tych, którzy brali ją na poważnie - ze świecą szukać. Nie wstydziła się odsłonić szczerej reakcji przed Elvirą, miała nadzieję, że uda im się spotkać ponownie.
Ostatnie krople na dnie porcelanowego dzbanka oznajmiły o dobiegającym końcu spotkania. Czy udało jej się skruszyć choć pierwszą fasadę uzdrowicielki, przekonać ją do siebie, sprawdzić czy madame Verity dobrze o nią dba? Primrose w swym liście tłumaczyła, iż obawia się, że Elvira zatraci w tym procesie cząstkę siebie. Evandra była zdania, iż nikt nie powinien gubić się z samym sobą, tego też jej nie życzyła. Obserwowała tylko z wolna odpuszczającą barierę i tą pierwszą, tak beznadziejnie skrywaną niechęć, jaką udało się przełamać. Czy to półwili uśmiech spełnił swoją rolę, a może niezwykle kojące otoczenie ogrodów La Fantasmagorie? Wedle lady Rosier szkopuł tkwił w jednej, jakże marginalizowanej rzeczy - w słuchaniu.
- Dziękuję, że w tym przepełnionym ciężką pracą nad przyszłością magimedycyny trybie życia, udało ci się znaleźć dla mnie chwilę. - Od czarownicy biła prawdziwa wdzięczność oraz uznanie. Nie miała powodu, by zakładać, że mija się ona z prawdą, zwłaszcza że nie zamierzała też jej oceniać na podstawie kilku różnych opinii i jednym, wysoko skrajnym w swym odbiorze incydencie z teleportacyjną czkawką. Elvira Multon mogła ją jeszcze nie raz zaskoczyć.

| zt x2



show me your thorns
and i'll show you
hands ready to
bleed
Evandra Rosier
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka, filantropka
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 16 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t12082-kronika-towarzyska#372204 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]07.07.24 22:05
| 25 VIII

Jak wyglądała rozsądna reakcja na koniec świata - zwłaszcza, gdy w pewien pokrętny sposób czuło się za armageddon odpowiedzialnym? Czy należało od razu przejść w tryb zadaniowy, zajmując się tysiącem problemów na raz, z trudem odnajdując się w gąszczu kryzysów? Czy może pozwolić sytuacji się rozwinąć, niemożliwym do uratowania ofiarom umrzeć, a skazanym na zagładę budynkom runąć, by później ocalić to, co przetrwało? Nie istniały rozwiązania idealne, a Deirdre czuła, że tego właśnie od niej oczekiwano; jakby była w stanie jak za dotknięciem czarnej różdżki uchronić ludność magicznej stolicy od niemożliwego. Potrafiła wiele, sięgała po okrucieństwa wykraczające poza rozumienie przeciętnego człowieka, obracała w nicość intensywnie bijące serca, wyrywając je z rozciętej klatki żeber, ale to, co stało się zaledwie dziesięć dni temu sprawiło, że znów poczuła się bezbronna.
Mała. Nieważna. Zamieniona w kruchą figurkę, gotową roztrzaskać się o marmurowe podłogi La Fantasmagorii przy kolejnym pełnym pretensji liście, artykule podważającym kompetencję Namiestniczki Londynu lub pogardliwym komentarzu, dotyczącym jej zdolności przywódczych w czasie kryzysu. Znosiła te pchnięcia z kamienną twarzą, działając dzięki nim jeszcze sprawniej, lecz kiedyś musiała zrzucić z siebie maskę, by ta ponownie stała się niemożliwa do odróżnienia od prawdziwej twarzy madame Mericourt.
Dzisiejsze popołudnie było pierwszym od katastrofy, które mogła spędzić sama, we względnym spokoju, pozwalając opaść mentalnym fasadom. Nawet godzina, wykradziona z postkatastroficznego chaosu, wydawała się obrazoburczym zbawieniem - kiedy drzwi gabinetu zamknęły się za ostatnim tej środy petentem, oparła się o skrzydło z głębokim westchnieniem. Nie chciała wracać do Chateau Rose, nie czuła się tam swobodnie; jedyną namiastka domu był więc jej gabinet, w którym zamierzała się choć przez chwilę zrelaksować. Ruszyła w stronę części towarzyskiej, przystając przy biurku tylko na moment. Zza pasa pończoch wyjęła różdżkę, kładąc ją na dębowym blacie, w zamian za to ujmując w dłonie srebrzystą papierośnicę. Zgrabnie wyjęła z niej papierosa i wsunęła go do ust, na razie bez zapalania. Schyliła się, by rozpiąć paski butów na wysokim obcasie, z ulgą kładąc stopy na chłodnej podłodze. Kiedy ostatnio miała dla siebie aż godzinę? Bez petentów, bez asystentów, bez marszandów; bez dzieci, bez czujnych spojrzeń służby, bez reporterów, bez cienia Tristana nad sobą? Dziwne uczucie, niewygodne; czuła ulgę, lecz ta podszyta była niepokojem. Czy zasłużyła na ten moment wytchnienia?
Wyminęła jeden z szezlongów i przystanęła przy wysokim, wykuszowym oknie, zapalając papierosa. Zaciągnęła się nim od razu, głęboko, wpatrzona w łunę pożarów, dogasających nad wschodnią częścią Londynu. Zachodzące słońce topiło się w ich karmazynie, odbitym w niewzruszonej tafli portowej wody. Widok tylko przypominał o obowiązkach, nie zamykała jednak kotar, drugą ręką sięgając do uszu, by zdjąć z nich ciężkie, złote kolczyki. Właśnie odkładała je na parapet, gdy do jej uszu dobiegł dźwięk zdecydowanych kroków i skrzypnięcie drzwi. Dziwne, ale nie niemożliwe, nawet się nie odwróciła, pewna, że wystarczy krótki rozkaz, by zostawiono ją samą.
- Mówiłam, żeby mi nie przeszkadzać - wyartykułowała oschle i władczo. Wiedziała, że to ostatni z lokajów pozostających jeszcze na posterunków, nikt inny nie znajdował się już w magicznym balecie - pomijając dwoje odźwiernych, upewniających się, że budynek pozostanie bezpieczny także nocą. Nie podejrzewała, że stało się coś złego; ot, pewnie nieopierzony jeszcze pracownik - poprzedni zginął tragicznie w kontakcie z spadającym z nieba meteorytem - uznał, że świecące się na piętrze światło domaga się zgaszenia, nie znając nawyków madame Mericourt. Często zostawała w La Fantasmagorii po godzinach jej zamknięcia.
Ciągle stała przodem do okna, spodziewając się urywanych przeprosin i ponownego skrzypnięcia drzwi, domykającego klamrą spokój jej długiego dnia, gdy do jej nozdrzy dotarł zapach piżma, białego pieprzu i drzewa cedrowego. Specyficzna mieszanka męskich perfum, drogich, luksusowych, rozpasanych. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł przez jej plecy - jakby lodowata końcówka ostrza sunęła wzdłuż srebrzystych blizn - szybko rozpływając się w gorącu wieczoru. Doskonale pamiętała, czyje ciało tężało tuż nad nią w mgle konkretnego zapachu. I doskonale pamiętała uczucia, które wtedy jej towarzyszyły. Zmarszczyła brwi - niedorzeczne jak jej umysł, spuszczony ze smyczy obowiązków, szybko zastępował niepokój nieprzyjemnymi wspomnieniami z nie tak zamierzchłej przeszłości, igrając z syntestezją zmysłów. Zamieniając koszmar katastrofy na widmo bardziej personalne, w którego namacalną obecność nie chciała uwierzyć do samego końca.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Deirdre Mericourt
Zawód : namiestniczka Londynu, metresa nestora
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
one more time for my taste
I'll lick your wounds
I'll lay you down

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +8
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t12147-deirdre-mericourt https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]09.07.24 19:45
Znałem końce świata gorsze od meteorytów niszczących kraj i zabierających ludzkie istnienia; dla tych szczęśliwców śmierć była zapewne i tak wybawieniem od codzienności trosk i wyrzutów sumienia, że zmarnowali sobie życie. Gorszą tragedią było przeżyć; dzień za dniem szukać odpowiedzi na męczące pytania dlaczego odeszła?, co zrobiłem nie tak?, gdzie popełniłem błąd? i nigdy ich nie znajdować; po zamknięciu oczu widzieć pustkę, gdy z biegiem czasu przyjemność czerpana w przeszłości odchodzi w niepamięć. Mądre księgi w szpitalnej bibliotece i na półce Hectora uparcie nazywały ten stan depresją; dla mnie było to czcze słowo, które nijak nie oddawało uczuć, które mną miotały – szarpały i wywlekały na drugą stronę każdy podskórny nerw mojej świadomości – a których nie dało się niczym stłumić.
Łatwo było zrzucić moją nagłą przemianę w ponurego ducha włóczącego się korytarzami rodowej posiadłości na karb straty żony, jednakże utrzymywanie takiego pozoru wśród troszczących się o mnie ludzi wymagało ogromnego wysiłku. Aktor ze mnie marny, szybko więc porzuciłem przykrywkę zrozpaczonego wdowca, sięgając na powrót do swobodnej przeszłości, w której nie byłem ograniczony małżeństwem i mężowskimi obowiązkami. Rzuciłem się w wir flirtów i powabnych spojrzeń, delikatnych muśnięć dłoni i mocniejszych uścisków, gdy wzrok kryjącego się wokół arystokratycznego wścibstwa został na chwilę zasłonięty ulicznym zaułkiem czy restauracyjnym parawanem. Bawiłem się, korzystałem z życia i szukałem zapomnienia, które jednak nie nadchodziło.
Powinienem wiedzieć, że o pewnych rzeczach się nie zapomina. Że własność raz przeze mnie naznaczona, pozostanie nią na zawsze. Nawet jeśli zniknie, jeśli się zagubi, zawieruszy, jeśli zostanie skradziona – tygodniami podejrzewałem każdego znanego mi bywalca Wenus o ten podły czyn – to w końcu j a zostawiłem na niej swój ślad. Nigdy nie przestanie być moja, tak jak ja nigdy nie znajdę sposobu, aby o niej zapomnieć; w końcu jesteśmy odpowiedzialni za rzeczy, które wzięliśmy w opiekę. Zamiast więc szukać zapomnienia, zacząłem wspominać; szukałem namiastki swojego utraconego klejnotu w kobietach, które spotykałem na swojej drodze.
I nie traciłem nadziei.
Moja cierpliwość została wynagrodzona – o tym też powinienem przecież wiedzieć, każda burzowa chmura skrywa słońce, a moje wzeszło ponownie pewnego sierpniowego popołudnia, gdy przeglądałem gazetę. Można by pomyśleć, że wielkie chwile dzieją się w wielkich okolicznościach: jerychońskie trąby i królewskie orszaki, złote kobierce i palmowe gałązki pod stopami herolda oznajmiającego ważną nowinę. Tymczasem moja wielka chwila nadeszła nad jajecznicą i tostem, gdy znudzony przeglądałem najnowsze polityczne doniesienia, których od czasu deszczu meteorytów nie brakowało. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz sięgnąłem po gazetę; było to zapewne tuż po śmierci mojej żony. Nie pamiętam też, czemu sięgnąłem po nią wtedy. Nie miało to jednak znaczenia, bo dzięki temu zobaczyłem tamto zdjęcie.
Dlatego dzisiaj stałem tutaj, u progu La Fantasmagorii, u progu gabinetu, próbując nie liczyć uderzeń własnego serca napełnianego wściekłością, żalem i nienawiścią. Wieczór tlił się za grubymi kamiennymi ścianami, a we mnie budził się poranek – och, jak uwielbiałem te poetyckie skojarzenia! - rozświetlając na nowo mroki mojej duszy. Idąc tutaj wyobrażałem sobie dziesiątki scenariuszy, nie po to, aby odpowiednio na każdy zareagować, lecz by napawać się każdorazowo częścią wspólną – jej zaskoczeniem i zdziwieniem. Nie zapukałem, to byłby absurd i śmieszność. Nikt nie oznajmia wszem i wobec, gdy sięga po coś, co do niego należy i nikt nie prosi o pozwolenie, aby to zrobić.
- Zdaje się więc, że powinnaś wrócić do przyjmowania rozkazów a nie ich wydawania – powiedziałem tonem rozpoczynającym wręcz przyjacielską pogawędkę, wchodząc jednocześnie do środka i zamykając za sobą drzwi. O ironio, tym razem nawet nie skrzypnęły, jakby świadome powagi sytuacji, której nie powinny zagłuszać niepotrzebnym dźwiękiem. Cisza, to była melodia dopuszczana tu i teraz, więc w ciszy mierzyłem Miu spojrzeniem. - Namiestniczka Londynu – wyszeptałem miękko, smakując każdą zgłoskę, robiąc krok w jej stronę, nieśpieszny, bo i nigdzie mi się nie śpieszyło. - Cóż za honor poznać p a n i ą. - Stanąłem, spoglądając na kobietę z odległości kilku metrów. Idealne miejsce, z którego jej profil delikatnie rozświetlały promienie zachodzącego słońca – znów ten poetycki romantyzm! - padające zza okna. Doszukiwałem się zmian i inności; znalazłem dobrze znane sobie rysy twarzy, które po tylu miesiącach budziły we mnie niemal rozczulenie. Niemal.
Harland Parkinson
Harland Parkinson
Zawód : Uzdrowiciel, drugi syn
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 6 +2
UZDRAWIANIE : 19 +2
TRANSMUTACJA : 0 +1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 19
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t12391-harland-dunstan-parkinson#381407 https://www.morsmordre.net/t12425-dior#382440 https://www.morsmordre.net/t12445-harland-parkinson#382735 https://www.morsmordre.net/f170-gloucestershire-cotswolds-hills-broadway-tower https://www.morsmordre.net/t12451-skrytka-bankowa-nr-2651 https://www.morsmordre.net/t12439-harland-parkinson#382675
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]09.07.24 21:50
Powinna spodziewać się nadejścia tego wieczoru, ba, powinna być na niego przygotowana każdego ranka, niczym mugolską modlitwę szpecząc nazwiska wszystkich mężczyzn, których mogła spotkać na swej drodze. Wpływowych gości Wenus, rozkochanych w wdziękach Miu, gotowych zagrozić nowej pozycji Namiestniczki. Pierwsze miesiące celebrowania tego stanowiska wiązały się ze stałym lękiem, lecz potem, z biegiem czasu, stała, nerwowa czujność uległa rozmyciu. Wtedy sądziła, że świat zawali się przy pierwszym kontakcie z dawnym gościem Wenus - lecz ci okazali się zaskakująco ślepi. Większość nie rozpoznawała w doskonale ubranej, dobrze odżywionej, chłodnej i sztywnej Śmierciożerczyni, posiadającej coraz większą władzę, tamtej kurewki - zabiedzonej Azjatki, potrafiącej przybrać setki masek. Dla niektórych bywała urocza, dla innych przerażona, dla większości: uległa. Tańczyła, śpiewała, usługiwała; jako Chinka, Koreanka i Japonka. Jej tożsamość rozmywała się w namiętności i używkach, z satysfakcjonującym zdziwienieniem przyjmowała więc swą nową anonimowość. Narażoną na szwank zaledwie kilka razy, jednak żaden rozsądny lord, który wykazał się wyjątkową spostrzegawczością, nie próbował podkreślić ich dawnej znajomości. Ta obciążałaby i jego pozycję, zawierali więc niewypowiedziany sojusz. Wszystko to dawało Deirdre złudne poczucie bezpieczeństwa, powodujące rozluźnienie dotychczasowej zapobiegliwości.
To dlatego nie była przygotowana na wizytę kogoś, kogo najchętniej widziałaby martwego. Rozerwanego na strzępy przez grupę oszalałych wilkołaków. Pozbawionego głowy, kończyn i godności, wiszącego gdzieś na latarni w zapomnianej przez Merlina wsi. Mało kogo nienawidziła w ten sposób, palący i uwłaczająco namiętny, gotowa stracić kontrolę, byleby tylko wymierzyć mu sprawiedliwość, odwracając przyjęte przed trzema laty role.
Teraz przecież spełniło się to jej skryte marzenie - ale czy na pewno? Pojawił się tutaj jak u siebie, od progu mrucząc słowa na melodię znanej już klątwy. Pogardy, prowokacji, władczości.
Zaskoczył ją. Widocznie - powinien być z siebie dumny, na twarzy Deirdre rzadko ukazywały się prawdziwe emocje, lecz na ułamek sekundy właśnie one rozkwitły na nieco bladej twarzy. Zdziwienie, wściekłość, frustracja. Wszystkie podszyte ogniem, który smakował najdoskonalej wśród krwi i przemocy. Opanowała się szybko, choć sekundy za późno, by umknęło to uwadze Harlanda Parkinsona.
Ponownie pojawiającego się w jej życiu z nonszalancją, z jaką zazwyczaj przekraczał próg komnat Wenus. Od tamtej pory zmieniło się wszystko, lecz nie on - tak samo postawny, przystojny, ubrany z zachwycającą precyzją. Kiedyś dała zwieść się jego wyglądowi, uznając go za nieszkodliwego, ujmującego arystokratę, lubującego się w co najwyżej wyyzwającej bieliźnie. Bardziej mylić się jednak nie mogła. I przypłaciła tę pomyłkę niezwykle srogo.
Wzrok Deirdre od razu po przesunięciu się po ciele Parkinsona - oceniająco, gorąco, ostro - pomknął w stronę biurka, na którym zitanowa różdżka zdawała się wręcz lśnić fioletem. Dlaczego ją odłożyła? Dlaczego pozwoliła sobie na złudne poczucie bezpieczeństwa? Musiał dostrzec to szybkie spojrzenie - zwierzęcia rozumiejącego, że znajduje się w potrzasku, znajdującego jedyne wyjście. Na razie instynktowne, nie rozsądne: co zrobi po dobiegnięciu po różdżkę? Odetnie mu głowę? Oderwie rękę? Wsunie niewidzialny miecz w trzewia, by rozciąć to idealne ciało na pół? Na razie o tym nie myślała, powracając do swego miejsca pod oknem. Czy mogła udawać głupią? Powinna? Czy potrafiła to znów robić? Czy miała inne wyjście?
- Lord Parkinson, cóż za niespodzianka - odpowiedziała więc nieznośnie powoli, gładkimi, okrągłymi słowami, pozbawionymi jednak dawnej słodyczy. Chłodny ton nie brzmiał jak kiedyś - spoglądała śmiało w oczy mężczyzny, próbując dostrzec jego konsternację lub wycofanie, lecz nie napotkała na żadną z tych emocji. Nie pojawił się tu przypadkiem. Nie kierował się chęcią zdobycia elitarnych biletów na nadchodzący sezon lub wymuszenia specjalnej dedykacji dla ukochanej. Był świadom tego z kim rozmawia, a świadomość ta - lepka, słona, odurzająca i mdląca - lśniła wyraźnie w jego brązowych oczach. Kpiących. Rozpłomienionych frustracją, ale i ulgą. Zadowoleniem z tego, że w końcu znalazł się znów blisko niej.
Kąciki jej warg zadrżały, bynajmniej w uśmiechu, opanowała je jednak, robiąc krok do przodu. Wbrew intuiccji, nakazujacej jej wtulenie się w kamienną wnękę okna. Już nie chciała się chować i uciekać; Harland stał tuż obok blatu, na jej drodze ku różdżce, ale gdyby była wystarczająco szybka...Nieświadomie oblizała spierzchnięte usta. Nerwowo, nie kokieteryjnie, jak kiedyś.
- Co lorda do mnie sprowadza? O tej porze nie przyjmuję już interesantów - brnęła więc dalej - mimo faktu, że stała przed nim boso, wykazując skrajny nieprofesjonalizm - mając wbrew wszystkiemu nadzieję, że to pozorne niezrozumienie kupi jej kilka chwil, niezbędnych do tego, by wyprowadzić go z równowagi - a jej umożliwić dotarcie do biurka. Powolne, dyskretne - zrobiła jeszcze jeden krok do przodu i w bok, z jedną ręką opuszczoną wdłuż boku cnotliwie zabudowanej sukni, z papierosem ciągle żarzącym się między palcami. - Radziłabym lordowi wyjść. Jestem zajęta - dawała mu szansę, Merlin świadkiem. Mógł się jeszcze wycofać, a obydwoje - mogli zagrać w znaną przez innych gości grę niepamięci. Instynktownie wyczuwała jednak, że nie mogła liczyć na taką przychylność losu - a przede wszystkim, na przychylność Harlanda Parkinsona. Z jego łask wypadła w chwili, w której na dobre pogrzebała wenusjańską wersję siebie.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Deirdre Mericourt
Zawód : namiestniczka Londynu, metresa nestora
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
one more time for my taste
I'll lick your wounds
I'll lay you down

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +8
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t12147-deirdre-mericourt https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]11.07.24 23:46
Czy można nasycić się samym spojrzeniem? Zaspokoić głód i pragnienie jedynie patrząc? Zaznać zaspokojenia ciała i spokoju ducha wyłącznie za pomocą samego wzroku? Czy kilka szybkich mrugnięć może dzielić człowieka od nieokiełznanej euforii? Tyle pytań, które przemknęły w jednej chwili przez moją głową, a chociaż poznawałem właśnie na nie odpowiedzi, w zadziwiający sposób pozostawały retoryczne. Przecież wiedziałem, że m o ż n a, bo wielokroć tak się właśnie czułem w przeszłości, patrząc jak ten wenusjański kwiat przede mną rozkwita, jak jej płatki czerwienią się po każdej pieszczocie rzemyków.
Bywały tygodnie, gdy przychodziłem do Wenus codziennie. Pierwszego dnia, by ją naznaczyć swoim śladem – wtedy oczywiście nie patrzyłem, korzystając z jej uroków w sposób, do którego została stworzona jako posłuszna dziwka. Patrzyłem za to w kolejnych dniach; podziwiałem, jak moje znamię zadomawia się na jej skórze jaśniejąc czerwono-różowymi pręgami i obserwując, jak powoli znika, wzbudzając mój smutek. Część pozostała jednak na stałe i te lubiłem najbardziej; były tylko moje. Tylko ja znałem tajemnicę ich powstania.
- Lord? - zapytałem, ujmując w tym słowie niemal szczere zdumienie. - Czy jako namiestniczka nie jesteś mi już prawie równa? Po cóż to trzymanie się pozorów, moja słodka Miu? [/b]- westchnąłem, nie spuszczając z niej wzroku. Chciałem ponownie nasycić się widokiem mojej odzyskanej zguby, poczuć na nowo dreszcz przyjemności, gdy moje spojrzenie docierało do każdego widocznego zakamarka jej ciała, każdego załomu i krągłości podkreślanej ubraniem. Już wcześniej potrafiłem docenić jej styl, jej umiejętność doboru zdobiących ją szat w taki sposób, że od samego patrzenia... Nie, nie mogłem teraz ulec pokusie rozkosznych wspomnień.
Skupiłem się więc na jej oczach, spojrzeniu, którym odwzajemniała moje. Co spodziewałem się w nich zobaczyć? Pokorę? Wstyd? Uległość? Bynajmniej – nie byłem głupcem, zdawałem sobie sprawę, że Wenus to arena wielkiego teatru fałszu z aktorkami, które doskonale odgrywały swoją rolę. Jeśli wtedy w jej wzroku widziałem którąś z tych cech, to nigdy nie była ona prawdziwa; miała na celu wzbudzenie aplauzu u widza, który przecież zapłacił niemało, aby zasiąść w pierwszym rzędzie, ba! by samemu napisać najlepszy scenariusz sztuki. Dzisiaj, poza granicami zamkniętego już teatru, widziałem w jej spojrzeniu wściekłość; rozpoznaną od razu, bo moje oczy wyglądały zapewne dokładnie tak samo.
- Jakże cudownie więc, że nie jestem interesantem – powiedziałem lekkim tonem, znów robiąc krok w stronę kobiety. Szybkim spojrzeniem omiotłem wnętrze gabinetu, wyłuskując z otoczenia najważniejsze szczegóły, ustawienie mebli, dostępność dróg ucieczki, potencjalne ryzyko tego, że ktoś nam przeszkodzi. - Dla starych przyjaciół znajdziesz chyba odrobinę czasu? - zapytałem, dostrzegając jednocześnie różdżkę na biurku. Skupiłem na niej uwagę na długą chwilę; wystarczyło wyciągnąć dłoń. Ponownie przeniosłem spojrzenie na Miu; ponownie walczyłem z pokusą poddania się wspomnieniom, gdy też stała przede mną w dumnej pozie, zanim nie nauczyłem jej, jaką powinna przybierać postawę.
Może powinienem znów jej o tym przypomnieć? Drgnąłem, przywierając ciałem do blatu biurka, odcinając ją od różdżki. Jak już wspominałem, nie byłem głupcem. Wiedziałem, na co stać rozwścieczoną kobietę, zwłaszcza zakleszczoną w zamkniętej klatce ze swoim... hm, kim właściwie dla niej byłem? Jak mnie postrzegała? Kim była dla mnie, wiedziałem doskonale. Własnością, zabawką, ukojeniem, spokojem. Kwiatem, o który dbałem.
- Wiesz, ja też byłem zajęty przez ostatnie miesiące. - Rozpiąłem guziki marynarki przybierając rozluźnioną, swobodną pozę, której całości dopełniałoby wsunięcie dłoni w kieszenie, ale wolałem trzymać je na wierzchu. - Obsesyjnie cię szukałem. Tęskniłem. - Wbiłem w nią zagniewane spojrzenie przeczące sygnałom wysyłanym przez ciało. - Uciekłaś ode mnie – rzuciłem oskarżycielsko, tłumiąc jednak nadal wściekłość w moim głosie. Musiałem nad sobą panować, nie mogłem stracić kontroli i pozwolić jej sądzić, że miała, że ma nade mną jakąkolwiek przewagę. Dostatecznie wiele ryzykowałem przychodząc tutaj, godząc się na stoczenie tej pierwszej potyczki właśnie na jej terenie. Podjąłem jednak to ryzyko w pełni świadomie, co jednak nie oznaczało, że kolejne moje kroki miały być pochopne i nieprzemyślane. Stąd spokój i opanowanie, swoboda w słowach, gestach i postawie. Nie krzyczałem, nie rzucałem rzeczami niesiony gniewem i wściekłością. Byłem grzeczny. Łaskawy. W końcu miałem też do czynienia z namiestniczką, co zmieniało w jakiś sposób reguły naszej dotychczasowej gry. Nie wiedziałem, jak wielka była to zmiana, niewątpliwie jednak musiałem stawiać pionki na szachownicy z większym wyczuciem i zachowawczością. Nie uważałem Miu za królową, jednak przecież miała swojego k r ó l a; to rodziło już pewne komplikacje.
Harland Parkinson
Harland Parkinson
Zawód : Uzdrowiciel, drugi syn
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 6 +2
UZDRAWIANIE : 19 +2
TRANSMUTACJA : 0 +1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 19
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t12391-harland-dunstan-parkinson#381407 https://www.morsmordre.net/t12425-dior#382440 https://www.morsmordre.net/t12445-harland-parkinson#382735 https://www.morsmordre.net/f170-gloucestershire-cotswolds-hills-broadway-tower https://www.morsmordre.net/t12451-skrytka-bankowa-nr-2651 https://www.morsmordre.net/t12439-harland-parkinson#382675
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]12.07.24 18:24
Wiedziała, że nagłe zniknięcie Czarnej Orchidei z dusznych komnat Wenus wywoła wiele skrajnych emocji wśród jej gości, lecz chyba do końca nie potrafiła przewidzieć długofalowe konsekwencje własnego zniknięcia. Naiwnie sądziła, że garstka klientów - pod koniec świetlanej kariery Miu tylko wąskie grono mężczyzn potrafiło obsypywać właścicieli przybytku wystarczającą ilością złota - szybko otrząśnie się po stracie, odnajdując ukojenie w ramionach innych kobiet. Piękniejszych, o pełniejszych kształtach, łagodniejszej urodzie i zdecydowanie przyjemniejszych stawkach za godzinę luksusowego towarzystwa. Tak się nie stało, a choć unikała plotek, docierały do jej uszu żądania powrotu Miu i rosnąca wściekłość władającej przybytkiem Borgii, nie potrafiącej poradzić sobie z zawiedzioną klientelą. Podobno finalnie informowano o śmierci skośnookiej atrakcji; wieść tę sama zainteresowana przyjęła z ulgą. Takie rozwiązanie miało sens, myślała więc, że i Harland uwierzy w tę bajkę, była bardzo wiarygodna, sam przecież czasami chwiał się na krawędzi ostatecznego spełnienia ulubionej kurewki. Mężczyźni pragnęli krwi i zabrania ostatniego wdechu, w końcu któryś zdobył ten złoty strzał - tyle, koniec historii.
Nie doceniła jednak wrażliwości męskiego ego i ognia niespełnionych fantazji, mogącego płonąć przed długie miesiące a nawet lata. Nie doceniła samego Harlanda, traktującego Miu jak zabawkę, na której mógł wyładowywać skrajne emocje, przelewając je na jej ciało. Porażki, sukcesy, wątpliwości; pragnienia i lęki - jako jedna z niewielu potrafiła je znieść, dopiero pod koniec zwracając się do Borgii z prośbą o skreślenie Parkinsona z listy klientów. Bez powodzenia; płacił zbyt hojnie, przychodził zbyt regularnie, by mogła mu odmawiać, pod koniec nienawidziła go więc równie mocno, co potrzebowała. Niemal pozwalając mu się złamać. Gdyby nie Tristan - pewnie by mu na to pozwoliła, miała jednak plan.
Okazujący się sukcesem, długotrwały, niezachwianym - do dziś. Trzęsienie ziemi pojawiało się w jej gabinecie w postaci eleganckiego diabła, próbującego wskrzesić do życia niemożliwą już rzeczywistość. W jednym miał rację, nie była mu równa, przewyższała go - być może dlatego starała się zachować pozory, przynajmniej początkowo, bo z każdym jego na wpół kpiącym, na wpół wściekłym - choć tę emocję starał się ukrywać dość dobrze - uśmiechem przekonywała się, że nie zdołają dojść do porozumienia. Zwłaszcza, gdy zwracał się do niej tak słodko, tak protekcjonalnie.
- Nie mów tak do mnie - starała się brzmieć spokojnie, zdecydowanie, głucho, lecz wściekłość zaczynała już buzować w twardości głosek. Dawne imię raziło ją bardziej od wulgarnych wyzwisk; pogrzebała Miu na dobre, poczuła się pewniej i bezpieczniej, przekonana, że nic nie zagraża już posągowi madame Mericourt...aż do teraz. Gdy personifikacja najgorszych wspomnień nonszalancko opierała się o jej biurko, lepkim, sfrustrowanym wzrokiem przesuwając po jej ciele.
Zmieniła się. Nie była już wychudzonym kocięciem w przeźroczystych koronkach; jej ciało było pełniejsze, zdrowsze, silniejsze - a rąk nie ograniczały kajdany. Problem w tym, że nie trzymała w nich różdżki; ta zniknęła za plecami Parkinsona. Blisko i daleko jednocześnie; kącik ust znów zadrżał w grymasie z trudem tłumionej frustracji.
- I nie jesteśmy przyjaciółmi. Nigdy nimi nie byliśmy - wyartykułowała lodowato, mając nadzieję, że zdoła zapanować nad rosnącą w siłę furią. Każde jego słowo uderzało w nią niczym siarczysty policzek. Elegancki, wyniosły, opanowany - wolałaby chyba, by splunął jej w twarz, mogłaby zareagować adekwatnie, teraz zaś więziły ją te pozornie czułe, troskliwe zdania. Większość kobiet oddałoby za ich usłyszenie wiele - nawet swe drobiazgowo chronione dziewictwa - ale w Deirdre wywołały niebezpieczne drżenie. Zapomniała o trzymanym w dłoni papierosie, bibułka dopaliła się do końca, parząc ją w palce; odrzuciła go na bok, powstrzymując odruch przydeptania niedopałka - była boso. Odseparowana od różdżki. Za sobą mając tylko okno z rozlewającym się krwawym zachodem słońca, przed sobą zaś - jedną z niewielu osób, które ciągle odwiedzały ją w najgorszych snach.
Nie zamierzała jednak uciekać ani budzić się z krzykiem. Zrobiła jeszcze jeden krok do przodu - intensywny zapach piżma, pieprzu i sandałowca stawał się trudny do zniesienia; trauma zapisywała się głębiej w niematerialnej ulotności - podnosząc głowę. Wytrzymując jego ciężkie, pozornie spokojne spojrzenie.
- Po co tu przyszedłeś? - ciągnęła, sama coraz bardziej bliska wybuchu. Nie rozumiała, dlaczego się tu zjawił; jeśli ją rozpoznał, jeśli ją odnalazł - tak stęskniony i sfrustrowany - to przecież nie mógł liczyć na powtórkę z niemoralnej rozrywki. A może mógł? A może arogancja, narcyzm i przekonanie o własnej sile zaślepiły go do tego stopnia, że oczekiwał innego powitania? Zrobiło się jej niedobrze; nadszarpnięte męskie ego potrafiło dodać ślepej odwagi.
- Nie masz tu czego szukać, Harland. Pozwolę ci odejść, jeśli zrobisz to teraz - wykazała się ostatnimi strzępkami zdrowego rozsądku, równie grzeczna i wspaniałomyślna co on; jego imię brzmiało w jej ustach jak potłuczone szkło, a obydwoje znajdowali się jedną iskrę od furii, wyczuwała to. Stał tak blisko, że widziała pulsującą skórę szyi, cień zarostu, jaśniejsze nitki w brązowych tęczówkach. Najchętniej wydrapałaby mu oczy; sądziła, że przepracowała już dawne traumy, że zostawiła cierpienie za ciężkimi kurtynami, prowadzącymi do komnat Miu; że zdoła zachować wyniosły spokój, gdy znów stanie twarzą w twarz z mężczyzną, który oszpecił ją na stałe - lecz stojąc w oparach jego perfum, bez różdżki, musząc zadzierać głowę, by zmrozić go pozornie lodowatym spojrzeniem, zdała sobie sprawę z własnej naiwności. Tak naprawdę nigdy na dobre nie opuściła pokoju w Wenus. I nigdy nie pozbyła się jego zapachu z poranionej skóry.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Deirdre Mericourt
Zawód : namiestniczka Londynu, metresa nestora
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
one more time for my taste
I'll lick your wounds
I'll lay you down

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +8
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t12147-deirdre-mericourt https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]12.07.24 19:36
W każdym ze scenariuszy pisanych na tę okazję pojawiało się zawsze to jedno imię, które wypowiadałem cały sobą. Było krótkie i konkretne, a jednocześnie miękkie i wdzięczne. Smakowało przyjemnością i wyuzdaniem, twardością spółgłoski łagodzonej słodkością samogłosek. Pamiętam, jak przeciągałem na nich akcent, sycąc się jak najdłużej brzemieniem tego imienia. Nie zamierzałem teraz z tego rezygnować, oddawać jednej z nielicznych przyjemności, która mi po niej pozostała. Uśmiechnąłem się jedynie przekornie, doskonale zdając sobie sprawę z tego, do jakiej furii musiało ją to doprowadzać i notując w myślach pierwszy – z wielu? - punktów zapalnych, które mogłem wykorzystać w przyszłości.
Prowokacja była tym typem ataku, tym rodzajem broni, które zadawały otwarte i widoczne ciosy, nie próbując niczego ukryć, a przez to stawała się śmiertelnie niebezpieczna. Wywoływała emocje, budziła uczucia, które zasłaniały zdrowy rozsądek, a choć ceniłem swoją przeciwniczkę – ach, cóż za paskudne słowo! kochankę, czyż nie brzmi lepiej? - zakładałem, iż w kwestii opanowania radzę sobie od niej nieco lepiej. Nie bałem się więc prowokować, choć wiedziałem, a przynajmniej miałem taką nadzieję, kiedy należało się wycofać.
- Wybacz zatem moją pomyłkę – powiedziałem nieszczerze. - Rzeczywiście trudno mówić o przyjaźni dziwki z lordem – skinąłem głową, przyznając jej rację, ale była w tym geście również drwina, którą zaznaczyłem tonem swojego głosu; słodkiego i sztucznego. Cóż, w końcu nie skłamałem. Była dziwką, a ja byłem lordem, czy mogę odpowiadać za to, że prawda brzmi brutalnie i wulgarnie? Nawet jeśli n i g d y wcześniej jej tak nie nazwałem, nawet jeśli z moich ust padały ku niej wyłącznie komplementy i zachwyty, teraz nie miało to żadnego znaczenia. Niegdyś chwaliłem ją i podziwiałem słowem, wyrażałem zachwyt poematami tworzonymi naprędce pod wpływem jej bolesnych spojrzeń – tak, potrafiłem docenić kobietę ustami w tym samym czasie, gdy znaczyłem jej ciało symbolami przynależności do mnie – dzisiaj jednak po tym wszystkim nie było śladu.
- Naprawdę nie wiesz, czemu tu jestem? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Poruszyłem się nieco, przysiadając na brzegu biurka. Rozpięta marynarka podwinęła się lekko, przygładziłem ją więc naturalnym gestem, bo to właśnie było dla mnie normalne: trzymać fason, zachować klasę, prezentować się nienagannie. Poczucie stylu i świadomość nieprzeciętnej urody były moim pancerzem, zbroją przed światem i jednocześnie mieczem, którym mogłem go podbijać. - Przyszedłem odebrać to, co należy do mnie. - Przesunąłem wzrokiem po jej ciele po raz kolejny w ciągu tych kilku minut, czy może wieczności, jaka minęła od mojego wejścia do gabinetu. - Niemniej – skrzywiłem się, kręcąc lekko głową i na moment urywając, bo kolejne słowa, które miałem wypowiedzieć, nie podobały mi się ani trochę. - Niemniej zdaję sobie sprawę, że reguły gry nieco się zmieniły. Na początek więc zadowolę się zwykłym przepraszam. Chcę je usłyszeć – zażądałem, zmieniając błyskawicznie głos w bardziej hardy, oczekujący, bezkompromisowy.
W kilku moich scenariuszach Miu przepraszała mnie w sposób dość oczywisty, w pozie do przeprosin idealnej, znanej od wieków i przez stulecia praktykowanej, w rzeczywistości jednak wiedziałem, że jest to fantazja równie odległa jak cofnięcie czasu. Zadowolę się zwykłym słowem, wysyczanym wyplutym, ledwie wyszeptanym – bez znaczenia, bez wartości, ale wciąż słowem, które padłoby z jej ust. Świadomie odkryłem przed nią jedną ze swoich kart: tak, bolało mnie jej zniknięcie i odebranie mi ulubionej zabawki, ale to urażona duma i ego tkwiły jak uporczywa zadra w mojej świadomości. Jej bezczelność i brak szacunku doskwierały bardziej niż brak możliwości pobawienia się jej ciałem.
- Pozwolisz mi odejść– powtórzyłem za nią, nie panując nad dreszczem, który przebiegł mi po plecach. Nie zaskoczenia, zdziwienia czy nawet strachu wywołanego niepewnością, jakie mogły wywołać te słowa: ona miałaby mi na coś pozwolić? Ten dreszcz był zupełnie inny, odmienny, tak rozkoszny, że musiałem głęboko odetchnąć, aby uspokoić budzące się pragnienia. Sama bowiem myśl o tym, że Miu uważała się za kogoś, kogo polecenia miałbym spełniać i świadomość tego, w jaki sposób mógłbym doprowadzić ją do porządku i pokazać jej miejsce rozpaliły we mnie na nowo tlące się pogorzelisko pożądania. Zacisnąłem dłoń na brzegu biurka, wyobrażając sobie, że wbijam palce w jej ciało, zaciskam na biodrze, przyciągam bliżej, tak jak robiłem to wielokrotnie w przeszłości i co powtarzałem w sennych fantazjach.
- Przeproś za swoją ucieczkę – zażądałem ponownie. Głos miałem czysty, pewny, stonowany, chociaż wewnętrznie drżałem od napływających wspomnień i wyobrażeń. - Przeproś za ukrywanie się, za zostawienie mnie samego bez słowa wyjaśnienia. Wtedy wyjdę i dam ci czas na przygotowanie się do kolejnego spotkania – obiecałem niemal miękkim, delikatnym tonem, jakbym szeptał kochance obietnicę ponownego spełnienia. Nie musiałem dodawać nic więcej; jak słusznie zauważyła: b y ł e m lordem. Jak słusznie zauważyłem: b y ł a namiestniczką. Będziemy się spotykali. Nasza przyszłość była naznaczona balami, wizytami, wydarzeniami, w których nasza wspólna – choć pozornie osobna – obecność będzie czymś naturalnym.
Harland Parkinson
Harland Parkinson
Zawód : Uzdrowiciel, drugi syn
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 6 +2
UZDRAWIANIE : 19 +2
TRANSMUTACJA : 0 +1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 19
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t12391-harland-dunstan-parkinson#381407 https://www.morsmordre.net/t12425-dior#382440 https://www.morsmordre.net/t12445-harland-parkinson#382735 https://www.morsmordre.net/f170-gloucestershire-cotswolds-hills-broadway-tower https://www.morsmordre.net/t12451-skrytka-bankowa-nr-2651 https://www.morsmordre.net/t12439-harland-parkinson#382675
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]12.07.24 22:09
Wolałaby, by ich konfrontacja przebiegła w miejscu publicznym, wśród czujnego tłumu, w świetle kryształowych żyrandoli; przy akompaniamencie gwaru rozmów i smyczkowego kwartetu. Łatwiej byłoby utrzymać fasadę całkowitego opanowania, wymuszając lodowatą wyniosłość - a Harland nie mógłby pozwolić sobie na aż tak wiele. Widziała go w stanie skrajnej wściekłości, widziała przemęczonego i sfrustrowanego, widziała wygłodniałego i poruszonego, lecz nigdy wcześniej nie odezwał się do niej w ten sposób, tak wprost ujmując dzielącą ich przepaść.
Zasypaną osiągnięciami Deirdre. Deirdre, nie Miu; nigdy nie uważała tego konkretnego Parkinsona za niesamowicie bystrego, lecz dzisiejszego wieczoru wykraczał poza skalę lekkomyślności. Dalej uważał ją za całkowicie bezbronną? Sądził, że mógł z nią pogrywać? Igrał z ogniem, może nieświadomy, najprawdopodobniej - zbyt arogancki, by rozumieć, że ich role się odwróciły.
Gdyby tylko miała przy sobie różdżkę. Jej brak palił ją w palce mocniej od wyrzuconego obok niedopałka; najchętniej wcisnęłaby zitanowe drewno do gardła szlachcica, tak głęboko, jak w innej konfiguracji czynił to on, lecz natychmiastowe zakończenie tej czczej rozmowy znajdowało się tymczasowo poza jej zasięgiem.
- Zadziwia mnie twoja skłonność do ulegania fantazjom - wyartykułowała coraz mniej chłodno, z gorejącą pogardą kpiną. Chciał odebrać to, co do niego należało - nie mogła uwierzyć, że naprawdę to powiedział. Że naprawdę tak myślał. - Nie należę do ciebie. Ani do nikogo innego - wycedziła już przez zaciśnięte zęby; gdyby nie wprawa, spięta szczęka mogłaby zacząć boleć. Odruchowo zacisnęła dłonie w pięści, złoty sygnet, podarowany przez Tristana, wbił się w delikatną skórę. Raniła siebie, chociaż najchętniej wydrapałby Harlandowi oczy. Jego spojrzenie było cięższe od dotyku - i sprawiało, że zbliżała się coraz szybciej do krawędzi opanowania. Gotowa sprowadzić go na ziemię groźbami, nawet jeśli te nie były przesadnie realne. - A zdajesz sobie sprawę z tego, że mogę po prostu oderwać ci głowę? - wyszeptała śpiewnie, uroczo, niemal jak przed laty - choć tak naprawdę nie mogła spełnić tej obietnicy. Był arystokratą, jego krew i wsparcie jego rodu było więcej cenne; mimo tego próbowała podpowiedzieć mu jedyne rozsądne wyjście. Odejście z podkulonym ogonem, by na zawsze zapomnieć o Miu. O jej ciele, o jej poranionych plecach, o jej łzach i krzykach; tak byłoby lepiej dla nich obojga. - Wiem, że przywykłeś do tego, że wszystkie czarownice unoszą przed tobą suknie na jedno twe mrugnięcie, ale niestety ze mną to się nie uda. Już nie jestem od ciebie zależna - znała siłę jego uroku, czaru, jaki wokół siebie rozpościerał, przyspieszając bicie serca wszystkich kobiet, niezależnie od ich stanu cywilnego i wieku. Był przystojny, ujmujący, elegancki w każdym pieprzonym calu; dwuznaczny na tyle, by pobudzić wyobraźnię, ale i na tyle pełen szacunku, by nie przerazić wrażliwej panienki. Właściwie w swym obdarzaniu atencją szerokiego grona ludzi nie różnił się od Miu aż tak bardzo - a przynajmniej tak chciała go teraz postrzegać. Jako sfrustrowanego głupca, nie jako realne zagrożenie dla jej reputacji.
Rzeczywistość nie była jednak tak prosta - i tak jej przychylna. Zwłaszcza, gdy sprawnie wyłamywał granicę tego, co rozsądne, sugerując, że powinna przeprosić. Znów udało mu się ją zaskoczyć, uniosła lekko brwi, na moment wybita z rytmu ich ostrej konwersacji.
A potem - zaśmiała się. Głośno, melodyjnie; nie pamiętała, kiedy śmiech wyrwał się spomiędzy jej warg tak naturalnie, zadziwiająco nawet dla niej samej. Musiał żartować. To on powinien błagać o przebaczenie; przywlec się tutaj na klęczkach, przerażony tym, co mogłaby mu uczynić, gdyby tylko zechciała. Frustracja narastala w Deirdre z każdym wdechem, tym płytszym, im blizej Parkinsona się znajdowała. Teraz dzielił ich już tylko krok, może dwa - i cała przepaść nienawiści, coraz wyraźniej buchająca z stężałej w grymasie z trudem skrywanej pogardy i wściekłości twarzy Mericourt. Mógł dostrzec, jak się zmieniła - i jak naga się stała, bez dziwkarskiego makijażu, sztucznego uśmiechu i łez spływających po lśniących od brokatu policzkach.
- Przygotowanie? Mam ubrać twój ulubiony, ciemnozielony gorset i schłodzić Château Lafite Rothschilda? - śmiała sie dalej, bynajmniej rozbawiona, a dźwięk ten stawał się coraz mniej przyjemny. Pamiętała smak tamtego niedorzecznie drogiego wina - i to jak nieprzyjemnie drażnił świeże rany bieliźniany podarunek, drogi i misternie skrojony, lecz sprawiający ból przy każdym wdechu. Wiedziała, że i on to pamięta - i dobrze, chciała go rozkojarzyć, wyprowadzić go z równowagi choć na moment.
- Oczywiście - szepnęła w złudnej obietnicy niedorzecznych przeprosin, sięgając dłońmi przodu jego marynarki; zacisnęła lodowate palce na jej połach, kurczowo, jakby chciała przyciągnąć go do siebie i wychrypieć oczekiwane słowa - lub zepchnąć z krawędzi urwiska, nawet kosztem własnego upadku. Miała wrażenie, że od ciala szlachcica bucha gorąc; mocny, chory, jak znad jakiegoś przeklętego, pełnego zła bagniska. Trudny do wytrzymania przez ułamki sekund, którymi pragnęła go omamić. Licząc, że nie dostrzeże w jej całkiem czarnych oczach zbyt jawnej chęci mordu.
A później - przesunęła się gwałtownie w bok, z zamiarem pochylenia się nad blatem biurka i próbą pochwycenia różdżki, leżącej na jego przeciwległej krawędzi. Odsłaniała się, narażała, ale musiała podjąć to ryzyko. Świadoma, że jej szanse nie były zbyt duże, bez magii pozostawała tylko kobietą. Drobną, próbującą wykorzystać sekundę nieuwagi stojącego zbyt blisko mężczyzny. Miał dłuższe ręce, zagradzał część dębowego mebla - ale ona zamierzała w całej frustracji i wściekłości być o cal szybsza.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Deirdre Mericourt
Zawód : namiestniczka Londynu, metresa nestora
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
one more time for my taste
I'll lick your wounds
I'll lay you down

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +8
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t12147-deirdre-mericourt https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]15.07.24 9:42
Miałem wielką ochotę zedrzeć z niej tę suknię, zaciągnąć przed lustro i pokazać każdy ślad, jaki zostawiłem na jej ciele. N i e n a l e ż a ł a d o m n i e? Wszystko w niej do mnie należało. Nawet jeśli częścią niej musiałem się dzielić z innymi – nic to, nie byłem zaborczy – nie miała prawa zakłamywać prawdy, fałszować przeszłości, zaczarowywać teraźniejszości. Każdy jęk, każdy krzyk, każde stęknięcie, nie było rzeczy, której by mi nie oddała, a której bym nie przyjął. Szarpnięcia, spazmy, ból i przyjemność, a teraz odmawiała mi prawa własności?
Napiłbym się wina. Ta nagła myśl dopadła mnie w tej samej chwili, gdy po raz kolejny zawisłem spojrzeniem na czerwieni ust Miu, choć tym razem podkreślonej łuną słońca kryjącego się powoli za fasadami budynków na zewnątrz. Nie dostrzegłem tego wcześniej, zanim zrobiła krok w moją stronę, a teraz jej intensywność uderzyła mi do głowy, przywodząc skojarzenia z kielichem szkarłatnego trunku chłodzącego gardło cierpkością wymieszaną ze słodyczą. Nie uważałem się za wielkiego znawcę bukietów i smaków, nie unosiłem się gniewem, jeśli do wołowiny podano nie ten rocznik, który należało podać; były to rzeczy o wiele mniej ważne od odpowiedniej kamizelki i krawata dobranych do kolacji. Niemniej niespodziewana potrzeba zwilżenia gardła alkoholem nieco wytrąciła mnie ze stanu upojenia, jaki przeżywałem wpatrując się w kobietę, której poświęciłem tak znaczną część swojego życia.
- Odkryłem przez tobą tyle fantazji, że nie powinno cię już nic dziwić – rzuciłem tonem lekkiej konwersacji, nadając głosowi wydźwięk niemal swobodnego przekomarzania się dwójki dobrych przyjaciół. Gdybyśmy siedzieli przy stoliku, dyskutując jak cywilizowani ludzie, zapewne szturchnąłby ją stopą pod blatem. - Co do kwestii twojej przynależności do mnie bądź do nikogo innego, pozwolę sobie się nadal nie zgodzić – wzruszyłem ramionami, świadomy tego, że moje lekceważenie może ją jeszcze bardziej rozsierdzić. Chyba właśnie na to liczyłem: utratę przez nią kontroli i danie się ponieść emocjom, które pamiętałem z przeszłości. Oczywiście miałem podejrzenia, że jej reakcje, które mi pokazywała, mogły być udawane, odgrywane, zaplanowane, aby mnie zadowolić, co nie zmienia faktu, że za nimi tęskniłem. Zobaczyć na jej twarzy pogardę i kpinę to jedno, ale nieukrywaną wściekłość... och. Mimowolnie zaśmiałem się w duchu; byłoby zapewne nierozsądne zażądać tego wina. Niebezpieczeństwo zalania nim mojej śnieżnobiałej koszuli wydawało się stokroć groźniejsze niż oderwanie głowy, którym mi właśnie groziła.
- Taaak – przeciągnąłem tę jedną sylabę, przenosząc jednocześnie ze swobody w powagę. - Bez wątpienia nie jesteś już zależna ode mnie – ostatnie dwa słowa z kolei podkreśliłem i rozejrzałem się wymownie dookoła. Odrobiłem pracę domową, poukładałem puzzle w domu i przychodząc tu miałem dość dokładny obraz całej sytuacji. - Najwyraźniej twój nowy protektor, do którego oczywiście nie należysz, na tobie nie oszczędza. - Dodałem drwiąco i, nadal nie rozumiem, czemu to zrobiłem, przewróciłem oczami. Jej nagłe zniknięcie, ucieczka i równie nagłe pojawienie się na wysokim, eksponowanym stanowisku nie mogły być przypadkowe. Byłem zły na siebie, że nie dostrzegłem niczego wcześniej, że nie rozpytywałem o jej klientów, potencjalne znajomości, że nie zapobiegłem temu, co się wydarzyło. Nadal nie znałem nazwisk, ale w obecnej chwili nie było to ważne. Liczyło się tylko to, że Miu z pewnością nie mogła tego wszystkiego osiągnąć sama; stał za nią ktoś inny.
Jej śmiech wytrącił mnie z równowagi. Nawet nie zauważyłem, kiedy zbliżyła się do mnie tak bardzo, że wystarczyło wyciągnąć rękę, aby jej dotknąć. Usta, które powracały do mnie we wspomnieniach, znalazły się tuż obok i, na Merlina, tak bardzo chciałem je teraz ugryźć, całując z całą pasją wściekłości na nią i jej ucieczkę, jaka we mnie tkwiła. Niestety byłem dżentelmenem, więc nigdy nie pocałowałbym kobiety bez jej zgody... lub uprzednio jej za to nie płacąc, a miałem przykre podejrzenia, że tym razem żadna z tych opcji nie wchodziła w grę. Z twarzy Miu mogłem teraz czytać jak z otwartej księgi i nie było w niej szczęśliwego finału z ustami w roli głównej.
- Jesteś – zacząłem, przerywając niemal od razu, gdy wyciągnęła dłonie w moją stronę, oparła je na materiale marynarki, zacisnęła. W czasie całego wieczoru nic nie zaskoczyło mnie bardziej, jej widok, jej głos, wygląd, słowa, jak ten jeden gest. Przez moment, sekundę, może dwie, stałem nieruchomo, po prostu pozwalając mojemu ciału się rozluźnić. Wciąż opierałem się o biurko, ale mimo to nadal nie dorównywała mi wzrostem; nadal patrzyłem z góry jak wielokroć wcześniej; nadal... nie, z n ó w znalazła się na swoim miejscu. Niżej. Pode mną. A potem to dostrzegłem. Jakaś część mnie nie dała się sprowokować jej bliskości, jakiś zabłąkany anioł stróż czuwał nad swoim oszołomionym podopiecznym, dając mi zauważyć jej ruch w ostatniej chwili. Ruszyłem się nagle, ramieniem blokując Miu dostęp do różdżki. Widziałem, jak musnęła ją palcami.
Ale nie złapała.
- Przestań – warknąłem, łapiąc ją mocno za nadgarstek. Różdżka przeturlała się po biurku, ale nie słyszałem odgłosu spadania. Męska siła i sprawność przeciwko kobiecej furii; pojedynek był wyrównany, ale w tej walce sędziowie okazali mi większą łaskawość. Szarpnąłem nią gwałtownie, obracając tyłem do siebie i unieruchamiając, odcinając od różdżki. Utkwiłem wzrok w jej karku. Potem przesunąłem spojrzeniem niżej. Pod materiałem, tutaj... na wysokości łopatek? Musiały tam być, czekać. Z gardłowym jęknięciem odepchnąłem ją od siebie i odetchnąłem głęboko, boleśnie wciągając powietrze do płuc, jakby sam oddech przepełniony jej zapachem palił mi gardło. - Rozumiem, że nie przeprosisz, ale przynajmniej nie rób nic głupiego – powiedziałem suchym tonem, prostując się i górując nad nią jeszcze bardziej. Wyrzuciłem z głowy myśli o jej nagim karku, plecach, o chęci pozostawienia na jej ciele śladów ugryzień i zaciśniętych palców, czerwonych pręg po skórzanych rzemieniach. Nie byliśmy w Wenus. Nie zapłaciłem za ten rodzaj przyjemności. Nie mogłem ponieść się fantazjom i zrobić czegoś, czego nie powinienem.
- Wyjdę - rzuciłem wciąż gniewnie suchym tonem. - Dam ci czas na zastanowienie się nad przeprosinami. - Wygładziłem marynarkę, zyskując kilka sekund na opanowanie emocji, pozornie zajmując się ubraniem, ale czujnie obserwując stojącą naprzeciwko Miu. Znów dzieliły nas dwa kroki, ale tym razem nie dam się nabrać na jej sztuczki. Ja też miałem różdżkę.
Harland Parkinson
Harland Parkinson
Zawód : Uzdrowiciel, drugi syn
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 6 +2
UZDRAWIANIE : 19 +2
TRANSMUTACJA : 0 +1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 19
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t12391-harland-dunstan-parkinson#381407 https://www.morsmordre.net/t12425-dior#382440 https://www.morsmordre.net/t12445-harland-parkinson#382735 https://www.morsmordre.net/f170-gloucestershire-cotswolds-hills-broadway-tower https://www.morsmordre.net/t12451-skrytka-bankowa-nr-2651 https://www.morsmordre.net/t12439-harland-parkinson#382675
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]15.07.24 16:14
Mężczyźni, wbrew stereotypom, przykładali zaskakująco wielką wagę do słów. Nauczono ją tego pierwszego tygodnia w Wenus, podkreślając, jak ważne jest umiejętne posługiwanie się językiem - nie tylko w tym prymitywnym, zmysłowym aspekcie. Proszenie o więcej i o łaskę zarazem mogło przynieść hojny napiwek, pokorne przeprosiny za wyimaginowane uchybienia - na przykład zbyt powolne ściągnięcie z siebie kunsztownego peniuraru - uczynić przypadkowego gościa tym stałym, uzależnionym od kontaktu z tak grzecznie, anielsko uległą dziewczyną; nie wspominając już o ochrypłym podziękowaniu za udawane spełnienie. Cały ten wokalny teatr miał uwieść, omamić i zaspokoić wiecznie głodne męskie ego: początkowo tego nie rozumiała, uznając wszelkie grzecznościowe formy za przesadzone, kiczowate, zbyt jawnie naciągane, lecz gdy w końcu podążyła za wytycznymi bardziej doświadczonych kurtyzan, zrozumiała ich podejście. I lepiej pojęła pragnienia, szarpiące klientami Miu. Większość potrzebowała ukojenia nadszarpniętego ego, ucałowania ran zadanych przez jakże okrutny świat, niedostrzegający ich wielkości - do tych mężczyzn czuła pogardę i odrazę, niezależnie od ich perfekcyjnego wyglądu. Harland należał do innego grona, węższego, przynoszącego większe zyski - choć większym kosztem. Świadomy odpowiedzialności i pewny siły swego uroku, potrzebował jedynie ujścia skrajnych emocji; wyrzucenia z siebie tego, co nie przystawało uzdrowicielowi i szlachcicowi. Lęku, gniewu, wstydu, pożądania; nikt nie nauczył mężczyzn kooperowania z nimi, mogli je tylko przekazywać dalej, w skrystalizowanej formie namiętnego okrucieństwa. Tak, jakby pełne bólu spojrzenie kobiety pomagało uspokoić własne poranione serce. Miu doskonale rozumiała te potrzeby, odpowiadała na nie całą sobą - i zapewne dlatego cieszyła się taką estymą. Niezłomna, elastyczna, nieuchwytna; niektórzy goście Wenus uważali, że Borgia zatrudniła dwie lub trzy skośnookie piękności, bo dla każdego stawała się kimś innym. Niewinna, pokorna, wyuzdana, dominująca, wroga, cicha, głośna; nauczyła się odgadywać pragnienia i zaspokajać najgłębiej skrywane potrzeby. W tym te Parkinsona. Podążała za nim, nieważne, czy oczekiwał zmysłowej bliskości czy jej krzyków bólu; igrała z nim a potem - on bawił się nią. Pamiętała noc, podczas której ją zaskoczył - i pamiętała, jak zapamiętale scałowywał łzy bólu z jej policzków.
Może dlatego tak łatwo go znienawidziła. Zbyt wiele ich łączyło. Zbyt wiele razem przeżyli. Zbyt władczo i spokojnie zachowywał się tu i teraz, dalej nienagannie ubrany i uprzejmie uśmiechnięty. Irytował ją ten spokój, chociaż wiedziała, że był pozorny. Przyszedł tu przecież, zaryzykował, domagał się zadośćuczynienia - nie mogła więc być mu chłodnie obojętna. Mimo to potrafił się opanować, spoglądał na nią z żalem, lecz ten czynił go mocniejszym. Trudniejszym do złamania. Miał rację, nie dziwiło ją już nic, znała go i wiedziała, do czego był zdolny. I jak bardzo lubił ignorować zagrożenia, przekonany o własnej nietykalności.
- Nic o mnie nie wiesz - już warknęła, zęby zazgrzytały; mało co doprowadzało ją do wściekłości tak intensywnie, jak słodka mieszkanka politowania i kpiny, ociekająca po tym, czego dokonała. W gablocie nieopodal leżał Order Merlina, jej przedramię zdobił - szpecił? - Mroczny Znak; ryzykowała życiem, poświęciła wszystko, by dostać się na sam szczyt a i tak Harland zdołał zranić ją sugestią, że wszystko to otrzymała z powodu swego ciała. Nie umiejętności, talentu, nie dzięki godzinom ciężkiej pracy, a dzięki nowemu protektorowi. - Nie potrafisz się z tym pogodzić, tak? Z tym, że przestałam być na każde twoje zawołanie? Że poradziłam sobie sama? - zwinnie ominął temat oderwania głowy, jak zwykle unikając konkretów. Nie mówiła zgodnie z prawdą, ale nie musiał o tym wiedzieć - choć mógł. I to bolało ją chyba najmocniej. Niewielu klientom pozwoliła poznać się bliżej, wślizgnąć pod skórę prosto do serca; Harland rozciął kilkoma uderzeniami miękką membranę bezpieczeństwa; ranił ją, lecz zarazem należał do jej ulubieńców. Epoki lat wcześniej, teraz znów stawali w szranki.
Musnęła ciepłe, zitanowe drewno opuszkami palców, lecz nie zdołała pochwycić różdżki. Słyszała jak turla się po blacie a potem spada po drugiej stronie dębowego biurka - nie ta świadomość była jednak najgorsza. Syknęła, gdy Harland złapał ją za nadgarstek, mocno, a potem szarpnął nią, zawisając tuż nad jej karkiem. W upokorzającej dla niej pozycji, sprawiającej, że na moment to ona zdrętwiała. W wyuczonym paroksyzmie posłuszeństwa, stężała w wymuszonej pozie, pewna, że za chwilę poczuje na karku mocną rękę, a jej twarz uderzy o drewniany blat mebla. Spodziewała się tego, była tego pewna, a mimo to - Parkinson zdołał ją zaskoczyć. Ochrypły jęk - zawodu czy irytacji? - zwiastował nagle uwolnienie; zachwiała się znów, przytrzymując się biurka. Czując się tak, jakby uniknęła groźnego zaklęcia, śmigającego tuż na jej głową. A jednocześnie, gdzieś poniżej świadomości, zakłuł ją zawód. Spodziewała się bezpośredniego kontaktu, fizycznej konfrontacji, zadlawienia się jego bliskością - lecz ta i dla niego okazała się równie trudna, co dla niej. Dlatego ją odepchnął, z tym stłumionym, głuchym stęknięciem odmawiającego sobie przyjemności zakonnika. Pozostawiając ją na wpół spetryfikowaną, zagubioną, sfrustrowaną. Słabość potrwała mgnienie oka - wyprostowała się równie szybko, obracając się przodem ku Harlandowi. Pochwycony przez niego przed sekundą nadgarstek palił żywym ogniem - bynajmniej z bólu.
- Jeśli jeszcze raz mnie sprowokujesz, pożałujesz. Naprawdę. A ja - nigdy cię nie przeproszę - wycedziła każde słowo osobno, patrząc mu prosto w oczy. Lojalnie go przestrzegała, nie chciała, by do tego doszło, ale on z nonszalancją przekraczał granicę. Oddychała płytko, ciężko, jakby ten kilkusekundowy kontakt z jego ciałem wymagał od niej całego opanowania świata. - Nienawidzę cię - wyszeptała cicho, niemal bezgłośnie; zwerbalizowana słabość - ale i obietnicę. Tego, że stał się kimś wyjątkowym; kimś, kto burzył w niej krew na tyle, by realnie rozważała ostateczne próby ukrócenia własnego cierpienia. Jego kosztem. Rozmasowywała nadgarstek ścinięty przez moment jego ręką, nie próbowała jednak przeciskiwać sie wokół biurka po leżącą gdzieś na podłodze różdżkę. Byłoby to skrajnie upokarzające, nie potrafiła też obrócić się do niego plecami. Wzburzona, przerażona, przede wszystkim - rozogniona. Dawno nikt nie doprowadził jej do takiego stanu - i frustrowało ją to równie mocno, co jego obecność. I własna zależność; chłodny dreszcz przemknął po pełnych blizn plecach, gdy próbowała wytrzymać jego wyniosłe spojrzenie. Nie zamierzała dać mu satysfakcji, ale wyczuwała, że tak skrajną reakcją dokładnie to mu tego wieczoru podarowała.



there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Deirdre Mericourt
Zawód : namiestniczka Londynu, metresa nestora
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
one more time for my taste
I'll lick your wounds
I'll lay you down

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +8
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t12147-deirdre-mericourt https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt

Strona 8 z 9 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Gabinet towarzyski
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach