Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Gabinet towarzyski
AutorWiadomość
Gabinet towarzyski [odnośnik]24.02.19 22:57
First topic message reminder :

Gabinet towarzyski

★★★★
Wejście do gabinetu znajduje się tak od głównego korytarza Fantasmagorii, jak bezpośrednio od najwygodniejszych lóż głównej sceny; w trakcie antraktów miejsce to służy do spotkań towarzyskich znamienitszych gości, odbywają się tutaj poczęstunki szampanem, po spektaklach niekiedy organizowane są spotkania z artystami. Niekiedy odbywają się tutaj także autonomiczne wieczorki poetyckie. Czarodzieje pogrążają się w intelektualnych dysputach, racząc się przy tym drogim alkoholem i wykwintnymi przystawkami. Poza wydarzeniami, w trakcie tygodnia, gabinet służy przede wszystkim artystom oraz pracownikom Fantasmagorii - zarówno jako miejsce odpoczynku, jak i bardziej formalnych spotkań. Dalej, za gabinetem, mieszą się główne dyrektorialne pomieszczenia.
Wnętrze urządzone jest w morskich barwach nawiązujących fantazją do morskiego świata, główne ozdoby stanowią muszle z różnych zakątków świata, należące głównie do rzadkich wodnych stworzeń, podczas gdy na ścianach znajdują się zaczarowane obrazy wykonane w całości z masy perłowej. Wygodne kanapy, podobnie jak fotele i pufy, mogą pomieścić większą grupę czarodziejów - a wzory na marmurowej posadzce zdają się poruszać jak morskie fale, hipnotycznie przyciągając wzrok. W powietrzu unosi się słodki zapach róż docierający zza okien wychodzących na ogród.
Nałożone zaklęcia: Muffiato.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 20:22, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Gabinet towarzyski - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]22.05.21 23:40
Być może nie dorosła jeszcze do miana najważniejszej gwiazdy w sprawach śpiewu – zdarzały się bowiem kobiety, które śpiewały znacznie dłużej niż ona i szczyciły się znacznie bardziej imponującym dorobkiem scenicznym – była jednak zdeterminowana, by to kiedyś osiągnąć. Nie mogła jednak ukryć, że nie posiadała w sobie na tyle ambicji, by aktywnie piąć się w górę – nie tak jak pozostałe artystki. Wolała podejść do całej tej sprawy cierpliwie i nie przyspieszać zanadto swojego przeznaczenia. Od dziecka wiedziała, że chce sprawiać innym przyjemność i wywoływać uśmiechy na ich twarzach… Była jednak skromna, zazwyczaj nie oczekiwała zaszczytów. Nawet będąc ćwierćwilą i to jeszcze wychowywaną przez jedną z nich, nie potrafiła tak bardzo zmienić swojego charakteru.
Nie odmawiała jednak okazji do wzięcia udziału w występie. Dla niej to była szansa na dostrzeżenie przez tych, którzy zawsze ją umniejszali. I tak, nawet przy kimś z jej krwią zawsze trafiali się ci, którzy w nią nie wierzyli. Albo po prostu postrzegali ją jako zbyt słabą. Ale ona nie zamierzała zawieść nadziei rodziny i potwierdzać tych okropnych przypuszczeń.
Bacznie lustrowała Deirdre, kiedy ta rzuciła wzmianką o nowym Ministrze. Nie doczytała się jednak śladów podstępu – najpewniej dlatego że tego rodzaju temat był dla niej jak rozmowa o pogodzie. Miała wrażenie, że wszyscy w stolicy podzielali te poglądy, narzekają ciągle na to samo i nikt nie twierdzi inaczej.
Potrząsnęła więc głową w odpowiedzi, rozluźniając nieco ramiona, aż w końcu nieporadnie westchnęła:
Mam taką nadzieję, pani Mericourt. Mam taką nadzieję…
Lekki uśmiech malował się na jej ustach, ale nie trudno było zauważyć, że kryła się pod nim niepewność. Sama Angelica nie maskowała nawet tego szczególnie. Wiedziała przecież, że pokój jest kruchy jak śnieżnobiały kwiat lilii wodnej – bez jeziora, które by ten kwiat odżywiało, łatwe do przewidzenia było to, że kwiat w końcu zeschnie i umrze. I tak samo było z pokojem. Bez czarodziejów, którzy byliby w stanie zasilić szeregi magicznej policji, ale także i zwykłych obywateli zdolnych strzec porządku, Londyn był niczym. To oni tworzyli podwaliny dla całej hierarchii. Kiedy ich brakowało, wszystko zaczynało się sypać.
Zmarszczyła nieco brwi i wydęła usta, słysząc o samym pomyśle, jakoby miałaby się pojawić na egzekucji. Nie chodziło o to, że najzwyczajniej w świecie się bała – bo krew i inne rzeczy miała okazję zobaczyć w książkach i u pacjentów ojczyma – ale o to, że tam po prostu nie pasowała. Starała się nie wkraczać do światów, które mogłyby zmienić ją najgorszą, a ten – taki właśnie jej się wydawał. Jej przodkowie ze strony Blythe’ów być może nie byliby dumni, jako że często siłą odbierali to, co było ich. Nie potrafiła jednak pozbyć się wrażenia, że jest dzięki temu wierna swojej drugiej rodzinie – ojczymowi, który był przecież uzdrowicielem i w życiu nie pochwaliłby napawania się śmiercią oraz Delacourom, którzy tak desperacko walczyli o piękno i równość.
Mm, nie miałam okazji – odparła po chwili, nie wiedząc, co w sumie odpowiedzieć. Świat był brutalny i rozumiała to jak każdy inny… Tylko jak wytłumaczyć to, że ktoś tak konserwatywny jak ona zdecydował się nie przyjść? – Miałam wtedy występ, poza tym nie jestem zwolennikiem publicznych egzekucji… Niemniej rozumiem tych, którzy postanowili jednak w tym uczestniczyć. – Wila natura podpowiadała jej, że gdyby słowo „publicznych” zostało usunięte z jej wypowiedzi, cała jej odpowiedź okazałaby się jednym wielkim kłamstwem. Bo przecież bardzo dobrze znała prawdę – okrutnicy nie powinni nigdy więcej oglądać światła dziennego, powinni za to przebywać w zamknięciu i zwariować tam do tego stopnia, że sami błagaliby strażników o śmierć. Sama nie uważała się jednak za takiego barbarzyńcę, bo jedyne czego Angelique szczerze potrzebowała od życia to to, żeby spojrzeć winowajcy śmierci jej brata prosto w twarz, a na koniec zdeptać go swoim pięknym butem… To byłby piękny finisz jego życia – bo swoich smukłych bladych dłoni nie zamierzała sobie pod żadnym pozorem brudzić.
Pokiwała głową z uwagą na następne słowa przełożonej. Faktycznie, Fantasmagoria zdawała się całkiem dobrze chronionym miejscem. Blythe nie widziała więc powodów do zmartwień. Miała jedynie nadzieję, że – jeśli kiedyś dojdzie do tego, że będzie tu regularnie występować – nigdy się to nie zmieni. Znając jednak obecnych właścicieli, przypuszczała, że jeśli kiedykolwiek ulegnie to zmianie to na pewno nieprędko. Musieliby odejść od zmysłów albo lokal musiałby trafić w zupełnie inne ręce.
Skinęła głową na wypowiedź Deirdre, która dodała jej nieco otuchy. Nie sądziła jednak, że powinna powiedzieć więcej, więc odparła po prostu:
Dobrze.
I ruszyła za nią. Z ciekawością, ale i uwagą lustrowała każdy element gmachu. Nie była tu w końcu zwiedzać – przyszła tu w konkretnym celu, a głupio byłoby się tuż przed występem zgubić. Może i kojarzyła niektóre zakamarki, ale nie znała tu przecież wszystkiego w takim stopniu jak w reszcie brytyjskich oper, w których na co dzień śpiewała.
Podczas oprowadzania nie pozostało jej nic innego jak kiwać głową, co jakiś czas przeplatając to z jakże wymownym „rozumiem”. Nie uważała jednak, by było to coś złego – sama w sobie przecież była małomówna. Znacznie bardziej ceniła sobie poznawanie wszystkiego przez doświadczenie niż trajkotanie czy prowadzenie bezsensowych kłótni. Mogła się wtedy całkowicie skupić na swoim celu.
Kiedy dotarły do sceny, Angelica musiała przyznać, że robiła wrażenie. Nie było jeszcze wszystkiego do występu, ale i tak widok był imponujący. Draperie i inne dekoracje niewątpliwie dodawały uroku już i tak wnętrzu emanującemu przepychem.
Ach, pięknie tu – westchnęła z zachwytem, składając ręce. Gdyby nie to że była w pracy, najpewniej by się teraz obróciła, wirując swawolnie po scenie. – To będzie prawdziwa przyjemność tu wystąpić.




Wiesz, czemu śnieg jest biały? Bo zapomniał już, kim był dawniej.
Angelique Blythe
Zawód : Śpiewaczka operowa
Wiek : 22 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Kiedy na Ciebie patrzę, czuję to.
Patrzę na Ciebie i jestem w domu.
OPCM : 3
UROKI : 11
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 10
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Półwila
Gabinet towarzyski - Page 6 Fc0329004d837b1e8b9c4ed128660124
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7798-angelique-blythe-budowa https://www.morsmordre.net/t8098-christine https://www.morsmordre.net/t8129-markiza-angelica#232491 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8095-skrytka-bankowa-1875 https://www.morsmordre.net/t8096-angelique-blythe
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]24.05.21 12:45
Artystyczny występ uniemożliwiający obserwowanie rozlewu krwi – Deirdre uśmiechnęła się przelotnie na to wyjaśnienie, na moment zamyślając się nad równowagą świata. Ohydztwo zdradzieckiego szlamu równoważyło magiczne piękno: w tym samym momencie, w którym głowa Rodericka turlała się pod stopy śmierciożerczyni, Angelique wyciągała najwyższe tony podczas oklaskiwanego przez wyrafinowanych słuchaczy spektaklu. Miła świadomość: szaleńcy z Zakonu Feniksa nie zdołali zniszczyć wszystkiego, ciągle były miejsca niedotknięte tragedią wojny, a jednym z nich miała być właśnie La Fantasmagoria, usytuowana w bajecznym porcie, z dala od placów spływających krwią zdrajców czarodziejskiego społeczeństwa.
- Rozumiem, że to ze względu na brutalne obrazy, mogące wywołać u tak delikatnej niewiasty omdlenie? – podsunęła akceptowalną odpowiedź, mając nadzieję, że pod dość enigmatycznym wyrażeniem dotyczącym „zwolennictwa” wobec publicznych egzekucji kryje się tylko wydelikacenie, typowe dla śpiewaczek, tancerek, malarek oraz całej reszty uduchowionej menażerii. Czystokrwista panna Blythe przypominała delikatny kwiat, gotowy rozsypać się pod wpływem mocniejszego dmuchnięcia, nawet jeśli napływ powietrza miałby wiązać się z pełnym szacunku dla jej urody pocałunkiem. Wierzyła jednak, że oprócz porcelanowej delikatności w środku śpiewaczki kryje się stalowy kręgosłup, niewzruszony rdzeń nie tylko poglądów, ale i pracowitości, pozwalający znieść nadchodzące dni pełne ciężkiego treningu przed ważnym dla młodej wokalistki wieczorem.
Mericourt wiedziała, że zapoznanie się z budynkiem nieco zmniejszy zdenerwowanie debiutantki. Potrafiła już przewidzieć zachowania większości gwiazdek i gwiazdeczek, a także, w razie potrzeby, uspokoić przewrażliwione solistki, kojąc histerie wynikające z niedopinających się sukien albo dawnego adoratora, który złamał kobiece serce, na widowni. Liczyła, że z panną Blythe obędzie się bez takich przykrych fajerwerków; wydawała się przejęta, lecz w zdrowy sposób. – Szczycimy się nienaganną akustyką. Podczas próby generalnej proszę nie wstydzić się i jasno formułować swe potrzeby, nasi magiczni technicy są do panny dyspozycji – poinformowała, splatając dłonie na podołku i obserwując rozglądającą się dookoła z zachwytem półwilę. Nawet w półmroku nieczynnej sali koncertowej zdawała się błyszczeć wewnętrznym światłem, przyciągać wzrok, co dawało nadzieję, że nawet jeśli trener głosu nie oszlifuje tego diamentu pod każdym kątem, to i tak zachwyci on wymagającą publikę. Niebywała uroda pomagała zakryć niedociągnięcia, choć Deirdre przewidywała, że takie się nie pojawią – o ile Angelique nie chce narazić się na jej niezadowolenie lub wręcz gniew. Na razie na nic takiego się nie zapowiadało, skośnooka pozwoliła artystce nacieszyć się przestrzenią, po czym wróciła do konkretów.
- Czas na nas. Przejdziemy od razu do naszych drogich garderobian, by rozpocząć proces przymiarek, później zostanie panna zaprowadzona to trenera śpiewu, pana Hollowaya. Jeśli potrzebuje panna czasu na odświeżenie lub posiłek, proszę dać znać – zagadnęła rzeczowo, bliska popędzającego zatarcia rzecz. Każda godzina była cenna, wernisaż musiał być idealny w każdym calu, by renoma La Fantasmagorii nie ucierpiała, a goście opuścili imponujący budynek przekonani, że doświadczyli czegoś wyjątkowego: czegoś, co pozwoli im jednocześnie zapomnieć o wojnie, ale i pamiętać o tym, dzięki komu otrzymali szansę na chwilę wybitnego relaksu. – Radziłabym też omijać zaplecze i samą Podwodną Scenę. Nasze syrenie gwiazdy są niezwykle kapryśne, nie przepadają też za ludźmi, których nie znają – poradziła uprzejmym szeptem, gdy powracały korytarzami w stronę kulis oraz pomieszczeń techników i scenografów. Możliwość kontaktu z mitycznymi istotami na pewno kusiła, lecz każda z trzech morskich śpiewaczek kryła w sobie dość paskudny charakter, mogący źle wpłynąć na młodą solistkę. Mericourt chciała roztoczyć nad nią parasol ochronny, przedstawiła ją więc mistrzowi śpiewu, a później przekazała garderobianym szczegóły dotyczące kreacji po merliniej pamięci Gabrielle, by Angelique zaprezentowała na wernisażu nie tylko swój niebywały talent, ale i wszelkie zalety niespotykanej urody.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]28.05.21 23:28
„Jeżeli boisz się kolców, nie sięgaj po różę.”, to były słowa matki, które ta powiedziała Angelice, kiedy ćwierćwila była jeszcze mała. Być może wtedy dziewczyna nie znała prawdziwego znaczenia tych słów, które wówczas stanowiły dla niej coś w rodzaju szyfru, zwykłego miłego powiedzenia. Ale teraz zaczynała to wszystko rozumieć. Kto wie, może wreszcie przejrzała na oczy… Może właśnie dlatego że straciła resztki niewinności, która przysługiwała Blythe, nim dożyła dnia swoich osiemnastych urodzin. Obecnie musiała brać odpowiedzialność za własne czyny i śmiało przeć do przodu bez względu na wszelkie przeciwności. Wiedziała, że inaczej niczego nie osiągnie.
Jej miejsce jednak nie było pośród tłumu gapiów wiwatujących na widok ścinanych głów. To nie był przyjemny widok. Nie chodziło tylko o jej pragnienie realizacji zemsty w samotności – po prostu była świadoma, że tam nie pasowała. Znając życie, krew ubrudziłaby jej sukienkę, co tylko poskutkowałoby popsutym humorem. Co prawda Angelique dzielnie znosiła realia, w których przyszło jej żyć… Ale niekoniecznie się do nich pchała.
Można tak to ująć – odparła, delikatnie się uśmiechając. Nadal czuła się słaba w obliczu wojny i wokół wielu utalentowanych czarodziejów, ale nie określiłaby się tak kruchą istotą jak wcześniej. Wiedziała przecież, na co się pisze, przyjeżdżając do Londynu. – Zdecydowanie wolę zagrzewać ducha naszych rodaków na deskach teatru czy opery niż szubienicy. – Przyłożyła zadbane paznokcie do swojego bladego policzka niczym urocza panna na wydaniu. Starała się, żeby zabrzmiało to jak najmniej brutalnie, ale chyba nie wyszło. Może dlatego że obudziło się w niej pragnienie odwetu. Może dlatego że nie lubiła tego tematu… A może po prostu dlatego że wolała od razu zabrać się do pracy.
Otworzyła szerzej oczy na słowa Deirdre. Nie była niezadowolona – wręcz przeciwnie, całkiem jej się to podobało. Z ich rozmowy wynikało bowiem, że nie miała tylko narzuconych zasad, sama również mogła je ustalać.
Och, rozumiem. Będę na bieżąco informować o wszelkich uwagach. – Pokiwała głową z niekrytą ulgą i satysfakcją. Czuła się tu już prawie jak w domu – a o to było trudno przy jej nieśmiałej i dość wycofanej naturze. – To prawdziwa przyjemność pracować z takim zespołem – dodała mimochodem. Na korytarzach minęła wielu sławnych artystów. Znała imiona kilku z nich, a większość co najmniej kojarzyła z twarzy. Nie wymarzyć sobie lepszego miejsca.
Czas jednak naglił, więc odpowiedziała lekkim skinieniem głowy i udała się za swoją przełożoną w tylko jej znanym kierunku. Puściła mimo uszu wzmiankę o syrenach – nie chciała zdradzać, że sama jest potomkinią wil i że sama nie była do końca pewna, jak taka syrena by na nią zareagowała. Mama nigdy jej nie opowiadała, jak te stworzenia reagują na tego typu geny. Ba, Angelica sama nie wiedziała za wiele o tej rasie. Nie zamierzała więc kusić losu i zanotowała w pamięci, by omijać Podwodną Scenę szerokim łukiem.
Kiedy dotarły w końcu na miejsce, Angelique rozpoznała w mężczyźnie nauczającym śpiewu znajomą twarz. Nie była pewna, skąd się znali, ale miała już na tyle doświadczenia w zawodzie, żeby stwierdzić, że stanowczo łatwiej pracuje się z kimś, kogo się kojarzy. Obdarzyła go więc delikatnym uśmiechem, dopytując o potencjalne problemy, które mogły wystąpić, a które pojawiły się z pewnością u poprzedniej solistki. Nie chciała powielać tych samych pomyłek – nie było na to czasu. Poza tym wszyscy wiedzieli, że na czyichś błędach uczy się zawsze najlepiej.
Zdawała sobie jednak sprawę, że na tym jej praca się nie skończy. Najgorsze miało dopiero nadejść. Występ stanowił jej przepustkę do wielkiej kariery albo do sromotnej porażki. Ale ona zamierzała dać z siebie wszystko bez względu na efekt.

[z/t x2]




Wiesz, czemu śnieg jest biały? Bo zapomniał już, kim był dawniej.
Angelique Blythe
Zawód : Śpiewaczka operowa
Wiek : 22 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Kiedy na Ciebie patrzę, czuję to.
Patrzę na Ciebie i jestem w domu.
OPCM : 3
UROKI : 11
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 10
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Półwila
Gabinet towarzyski - Page 6 Fc0329004d837b1e8b9c4ed128660124
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7798-angelique-blythe-budowa https://www.morsmordre.net/t8098-christine https://www.morsmordre.net/t8129-markiza-angelica#232491 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8095-skrytka-bankowa-1875 https://www.morsmordre.net/t8096-angelique-blythe
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]08.06.21 19:38
| 17 grudnia

Nie spodziewała się, że Evandra tak szybko wyrazi chęć współpracy - a może raczej surowego nadzoru? - nad repertuarem La Fantasmagorii. Lady doyenne miała wiele na głowie, zwłaszcza w czasach wymagającej poświęceń wojennej propagandy, gdy godne reprezentowanie rodu Rosierów a także najbliższego Czarnemu Panu śmierciożercy zapewne wysysało z młodej matki wiele sił witalnych. Tak przynajmniej to sobie wizualizowała, umniejszając rolę żony Tristana do pięknego rekwizytu, zapierającej dech w piersiach błyskotki, którą dobrze jest się pochwalić, a później, po wysłuchaniu zachwytów, zamknąć na cztery spusty w kryształowej gablocie. I choć ich ostatnie spotkanie sprawiło, że Deirdre spoglądała na Evandrę nieco przyjaźniejszym okiem - okazała się zaskakująco bystra, pełna artystycznej pasji oraz budzącego szacunek, królewskiego wręcz majestatu - to ciągle spoglądała na nią przez pryzmat męskiego spojrzenia. Lub, co bardziej prawdopodobne, a mniej wygodne dla nadwyrężonej dumy: przez pryzmat pełzającej gdzieś w tyle serca zazdrości. Chciała widzieć półwilę płytką i słabą, beznamiętną i wyniosłą, nudną w ten najbardziej szlachecki ze sposobów, imponujący na zewnątrz aroganckim opanowaniem, ale powoli uśmiercający intensywne uczucia. Damę zaślepioną swą urodą, chichoczącą wstydliwie po kielichu wina; oddaną matkę i żonę, zamkniętą w złotej klatce, niechętną temu, co dziko piękne. Łatwiej było łudzić się wcześniej, zanim miała możliwość bezpośredniej rozmowy, kiedy to sama padła nieświadomą ofiarą niebywałego uroku Evandry, nie tylko tego emanującego z nieskazitelnej twarzy, ale też lekkości i wnikliwości, z jaką omawiała artystyczne doznania.
A teraz miały widywać się częściej. Widocznie sugestia patronatu - kontroli, Deirdre, nie łudź się - nad działaniami magicznego baletu, miała zamienić się w stałą współpracę. Przynajmniej do czasu, do końca roku, taki termin podał jej Rosier, łaskawie oferując drugą szansę. Żałosna cierpkość tego tymczasowego zezwolenia psuła radość z postępów La Fantasmagorii nawet tego ranka, gdy wszystko układało się tak, jak powinno. Począwszy od przespanej rozkosznie nocy, po równie przyjemny brzask, dzielony we dwoje na dębowym biurku, z nim. Wyjątkowo spotkali się tego wczesnego poranka z Rosierem tutaj, w magicznym balecie, obydwoje przygnani obowiązkami, a budząca niechęć kontrola poczynań madame Mericourt zakończyła się szybkim, ekstatycznym wyładowaniem nagromadzonych emocji. Dobre rozpoczęcie długiego dnia, psujące nieco gładki kok Deirdre oraz wymagające od niej zapięcia quipao na ostatni, sięgający wysoko na szyi, guzik, by ukryć sine ślady.
Nie powiedziała mu o tym, że widzi się z Evandrą; nie czuła takiej potrzeby, zrelaksowana, uspokojona - zaspokojona - na tyle, na ile mogła z perspektywą stałej oceny jej działań jako opiekunki la Fantasmagorii, zarówno przez Tristana, jak i jego małżonkę. Mimo tego bez problemu zebrała swoje starannie wykaligrafowane zapiski dotyczące planów na grudzień oraz nadchodzący rok, zniosła na boczny stolik drobiazgowo wypełnione kalendaria, odebrała też od księgowego podsumowania finansowe oraz potencjalne gaże dla nowych primabalerin i innych artystów. Teoretycznie była więcej niż gotowa na przyjęcie lady Rosier w swych - jej? ich? - skromnych progach, odpowiadając na wszelkie wątpliwości oraz w miarę śmiało forsując własną wizję nadchodzącego repertuaru. Czy te wyobrażenia pokryją się z perspektywami wytyczonymi przez Evandrę? Czy podczas zażartej dyskusji będą porozumiewać się równie płynnie, co w czasie zwykłej pogawędki? Czy zdoła zachować wystudiowany, obojętny profesjonalizm, wiedząc, że przed godziną całowała te same usta, które przysięgały półwili wierność do końca życia? Nie, nad tym nie mogła się zastanawiać; wyrzucała z pamięci smak nestora, poprawiała włosy, otwierała na oścież okna gabinetu, by wpuścić lodowate powietrze, a w międzyczasie dyrygowała kelnerami, którzy przynieśli do pomieszczenia wystawne, francuskie śniadanie, przygotowane świeżo w restauracji. Godzina była stosunkowo wczesna, bliższa obiadowi niż śniadaniu, ale Deirdre chciała, by potrzeby Evandry były zaspokojone - i by zrobiła na lady dobre wrażenie swoją gościnnością. Upewniwszy się, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik, z westchnieniem opadła na fotel za biurkiem, wdychając głęboko mieszankę zapachu świeżego powietrza, kwiatów i upieczonych bułeczek oraz croissantów, oczekujących na porcelanowych talerzykach. Sądziła, że ma jeszcze chwilę, że zdąży zapalić albo jeszcze raz zerknąć na listę proponowanych przez nią dyrygentów, lecz drzwi otworzyły się szybciej niż przypuszczała.
- Dzień dobry, lady Rosier. Proszę pozwolić mi raz jeszcze wyrazić radość i wdzięczność z faktu, że poświęci mi lady swój cenny czas - od razu wstała zza biurka, przechodząc przed nie, w pobliże suto zastawionego stolika oraz dwóch wygodnych foteli. Dygnęła bez szlacheckiej wprawy, ale z szacunkiem i odpowiednimi manierami, podnosząc spojrzenie na nieco bladą twarz półwili. Boleśnie piękna. Zdążyła zapomnieć, jakie wrażenie robi niezwykła uroda, w porównaniu z którą najdoskonalsze posągi wydawały się jedynie nieociosaną parodią ludzkich rysów. - Jak się lady czuje? Czy sen był tej nocy dla lady łaskawy? Proszę usiąść, przygotowałam skromny poczęstunek, który umili nam pracę - kontynuowała, wskazując jeden z foteli, ten wyraźnie większy, wygodniejszy, z bardziej zdobionymi nóżkami. Naprawdę chciała zadowolić Evandrę, nawet nie wiedząc, po jak cienkim lodzie zaczynała stąpać. Wkrótce miała pochłonąć ją koszmarna otchłań, uwięzić na dobre pod przeźroczystą taflą, ale jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy, jak zwykle profesjonalna, uprzejma, prawie czuła, posyłając żonie swojego kochanka zachęcający, niewinny uśmiech.



konsekwencje locus


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]09.06.21 0:39
Tak bardzo zepchnęła ją na dalszy plan, że zdołała na pewien czas zapomnieć o przykrościach. Podczas wizyty w towarzystwie na aukcji charytatywnej na Nokturnie spostrzegła dawno niewidzianą twarz, natychmiast spięła się, przypominając dawne scysje, po których złość już dawno miała wyparować, a mimo to wciąż budziła w niej emocje tak mieszane, że zakrawające o nieprzyzwoitość. Krótka była stąd droga skojarzeń do szanownej madame, która bez większych ograniczeń oddawała się tej nieprzyzwoitości. Znów czuła gotującą się w sobie złość i wzbierającą chęć rozwiązania tej sprawy raz na zawsze. List nakreśliła niespiesznie, choć wyraźnie przelewając nań wewnętrzną irytację oraz typowo szlachecką wyniosłość.
Wczesnym porankiem, nim reszta pałacu budziła się do życia, chłodna kąpiel i spacer wzdłuż klifów. Coraz częściej czerpała radość ze spędzanych samotnie chwil, zupełnie jakby absencja przyzwyczaiła ją do ciszy, trzasku fal, dźwięków harfy, wystawiając je ponad potrzebę kontaktów towarzyskich. Znów zaczęła unikać Tristana, tłumacząc się smutkiem po śmierci brata. Choć Francis rzeczywiście był jednym z powodów jej nieprzysiadywalnego stanu, to ponownie wezbrana niechęć do małżonka związana była z kimś innym.
W garderobie oddawała się konemplacji swojego ciała, przyglądając mu się uważnie w zwielokrotnionych odbiciach. Doskonałej jakości misternie zdobione złotem lustra ukazywały jej smukłą sylwetkę z satysfakcjonującą dokładnością. Wybrany na tę okazję strój był ryzykownym, nowoczesnym rozwiązaniem, do którego to Evandra przyzwyczajała się pewną chwilę z zamyśloną miną. Długa, wąska spódnica przewiązana w talii wąskim paskiem podkreślała syrenią grację. Finezyjnie marszczona przy dekolcie falbana stanowiłaby zdecydowany kontrast, gdyby nie zgaszone, granatowe barwy. Dłoń Evandry zdobiła biżuteria, pierścień zaręczynowy z kamieniem i złota obrączka, drobne perłowe kolczyki w połączeniu z wpiętą w niski kok spinką tworzyły subtelną całość, pozostawiając szyję nagą.
Do drzwi La Fantasmagorie przybyła zdeterminowana, gotowa wręcz sięgnąć do skrajnych rozwiązań, by zdobyć potrzebne jej informacje. Ze zwykłą dla siebie gracją przestąpiła ostatnie stopnie  kamiennych schodów i rozpięła klamrę przy pelerynie, podając ją mężczyźnie z obsługi teatru, który biegł za nią przez całe foyer, by pomóc z odzieniem. Odrzuciła je niedbale, odprawiając młodzieńca, by już w pełni móc skupić się na tej, z którą miała się dziś skonfrontować. Gdzieś w podświadomości towarzyszyła jej myśl, pragnąca zanegować domysły i odrzucić plotki jako niedorzeczność, lecz gdy tylko przestąpiła próg gabinetu, uświadomiła sobie jak bardzo płonne były to nadzieje.
Wystarczyło jedno spojrzenie madame Mericourt, by w niepewności ugięły się pod nią kolana. W ciągu ostatnich tygodni czasem wyobrażała sobie tę dwójkę w różnych, niecodziennych sytuacjach. Towarzyszyła im w jadalni, na spacerze, w korytarzu na piętrze, a teraz także i w tym gabinecie. Jak czuła się z tą wiedzą, co chciała osiągnąć przychodząc tutaj? Choć spędziła czas na zastanowieniu i przygotowaniu, tak w jednej chwili plan stał się bez znaczenia. Nie powinna była iść na żywioł, ale instynkt wołał ją zbyt donośnym głosem, by go zignorować.
Zadarła nieco głowę i przyjrzała się czarownicy z zaciekawieniem. Hipnotycznie czarne spojrzenie, niedbale związany kok, biły od niej siła oraz zdecydowanie - czy to takich kobiet Tristan pragnął? Czy awansowana przed miesiącem Virginia także budziła w nim poczucie wyzwania i potrzebę dominacji? Brew Evandry nieznacznie drgnęła, na na jej twarzy pojawił się uprzejmy, nakreślony szkarłatną pomadką uśmiech.
- Dzień dobry, madame Mericourt - przywitała ją lekkim tonem i korzystając z zaproszenia zajęła miejsce na skraju wskazanego fotela, krzyżując nogi w kostkach. - W dzisiejszych czasach zapominamy, jak potrzebne jest dbanie o siłę niegasnących serc. Doceniam twoją pracę, madame, chcę stać się jej częścią. - Choć w tych słowach nie kryło się żadne kłamstwo, bo plan włączenia się w życie baletu zakiełkował w jej głowie już dwa miesiące wcześniej, tak nie spodziewała się z obrotu zaistniałych spraw i przymusu pokonania niechęci względem kochanki męża.
- Jesienne powietrze mi sprzyja, dziękuję - odparła krótko, nie chcąc rozwlekać się nad własnymi koszmarami. Sen przychodził późno, płytki, łatwo wyłapujący najdrobniejsze szmery. Cienie na jasnej cerze łatwo skrywały się pod cienką warstwą ryżowego pudru. - Jeśli praca zawsze odbywa się tu w takich warunkach, chętnie będę pojawiać się częściej. - Nawet na moment nie zerknęła jeszcze na ułożone na blacie bocznego stolika pergaminy z notatkami i wyliczeniami. Spojrzenie błękitnych oczu wodziło nienachalnie za kobietą, zupełnie jakby rzeczywiście przyszła tu wyłącznie ze względu na repertuar. Czy zdawała sobie sprawę z tego, że będzie tą, która przyczyni się do jej upadku, pogrążenia w mroku i koszmarnej otchłani?
- Cieszę się, że Fantasmagorie nie ustają w pracach, wciąż racząc nas nieprzemijającym pięknem. Mniemam iż luki w corps de balet udało się prędko uzupełnić. - Naturalnie miała na myśli balerinę, która rzekomo odnalazła się w marnych teatrzykach na północy kraju. Nawet przez chwilę nie pomyślała, że Deirdre mogła spisać pierwszą z brzegu balerinę na straty tylko po to, by uchronić samą siebie, wszak Tristan nie ograniczałby się tylko do nich dwóch, czy tak?



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]09.06.21 9:05
Śledziła ukradkiem ruchy Evandry, poruszającą się z syrenią gracją sylwetkę, wąską talię płynnie przechodzącą w pełne biodra, alabastrową skórę dekoltu, kuszącego zagięciami falban, przesłaniających newralgiczne punkty. Ciągle nie mogła pozbyć się tej wręcz męskiej fascynacji, którą przesiąknęła w Wenus, bo choć rok półwili nie działał na nią tak, jak na opętanych miłosnym pragnieniem czarodziejów, to zbyt długo przebywała w ich towarzystwie - oraz za bardzo chciała stać się kimś pokroju Tristana, silnego, potężnego i wpływowego - by przejść wobec tej na wpół magicznej istoty obojętnie. Hamowała nachalność, przyglądała się jej uprzejmie, skrywając za lekkim uśmiechem prymitywną, usatysfakcjonowaną widokiem kontemplację podkreślonej dość współczesnym strojem sylwetki. Była piękna. Nie istniało inne słowo, inne określenie, a wszelkie wiersze, poematy czy metaforyczne zachwyty wydawały się kpiną wobec bijącego od lady Rosier blasku. Nic dziwnego, że walczył o nią przez lata, że ją wybrał, że uczynił ją swoją żoną, że traktuje ją jak Królową Róż. Bo kim jesteś w porównaniu z Evandrą? Szybko pozbyła się tej myśli, tego przedpołudnia miała sprawić, by arystokratka zachwyciła się opieką, jaką roztaczała nad La Fantasmagorią. Od tego zależało bezpieczeństwo pozycji madame Mericourt, nieświadomej na razie, że gra toczyła się o jeszcze większą stawkę. Nie znała jej zasad, nie wiedziała nawet, że znajduje się tuż nad przepaścią, w biernym oczekiwaniu na ostatni ruch, pewna, że życie dalej płynie własnym, względnie bezpiecznym rytmem. W którym mijały się z Evandrą, piękną, szanowaną, hołubioną wręcz, wielbioną jako lady doyenne, opływającą w luksusy i obsypywaną szaleńczą wręcz miłością przez czarnoksiężnika, który wydawał się do niej już niezdolny. Owszem, nieświadoma półcienia, skrywającego brutalne żądze, ale czy tak nie było dla niej lepiej? Czy Deirdre była bezpiecznikiem, chroniącym delikatną arystokratkę przed całym spektrum pragnień Tristana? Nie chciała tego tak widzieć, żałośnie pragnąc być kimś więcej, ale wydarzenia ostatnich tygodni tylko potwierdzały to przypuszczenie.
Żadne z tych rozważań nie zabłysło smutkiem, żalem czy gniewem w czarnych oczach Deirdre, gdy również zasiadała na fotelu naprzeciwko Evandry, czekając, aż ta pierwsza sięgnie po rogalik lub filiżankę z kawą, którą Mericourt napełniła krótkim machnięciem różdżki. - Lady słowa są dla mnie niezwykle cenne. Robię wszystko, co w mojej mocy, by to miejsce spełniało najwyższe standardy - wszak powstało na cześć lady - odparła gładko, szczerze; ktoś inny na jej miejscu mógłby złośliwie pragnąć, by marmurowy dowód małżeńskiej miłości kochanka podupadł, lecz nie ona. Łaknęła perfekcji, profesjonalizmu, absolutnego piękna, dlatego dbała o magiczny balet tak, jakby wcale nie był monumentalnym dowodem tego, jak niewiele znaczyła w życiu Rosiera w porównaniu z jego żoną.
Uprzejmą, nonszalancką, czule zabawną. Mericourt ostrożnie sięgnęła po filiżankę tuż po tym, gdy uczyniła to szlachcianka i upiła łyk, na dobre pozbywając się z języka posmaku pocałunków arystokraty. - Zazwyczaj nie sprawiam sobie takich przyjemności,  w ferworze obowiązków zdarza mi się zapominać o jedzeniu, lecz specjalnego gościa należy przyjąć z wyjątkowymi honorami. Mam nadzieje, że przekąski spełniają lady wymagania? - zdradziła, początkowo przyjacielskim szeptem, później już ze zwykłym spokojem, spoglądając znad parującego naczynia na Evandrę. Nie wyczuwała, by cokolwiek zmieniło się w jej podejściu, instynkt nie podpowiadał zagrożenia. Jedyne przecież usunęły wspólnymi siłami, czyż nie? Kącik pełnych ust Deirdre uniósł się na wspomnienie Virginii: nie tęskniła za tą wyuzdaną małolatą, a pozbycie się jej było jednym z przyjemniejszych momentów w ciągu ostatnich tygodni. Przeszkadzała. Była też ryzykiem; kto wie, co zakochanej panience przyszłoby do głowy. Może nie trzymałaby języka na kłódkę, może sprawiłaby inne, brzemienne problemy, których konsekwencjami musiałaby zająć się zapewne sama Mericourt - właściwie Tristan powinien być wdzięczny za to, że zesłała ją do spalonych teatrzyków pośrodku niczego.
- Tak, luka po Virginie została wypełniona a nasza wychowanka podobno zachwyca wymagającą publikę północnych miasteczek - powiadomiła Evandrę, nie ukrywając lekkiego uśmiechu, niezamierzenie krocząc jeszcze dalej w stronę stromego klifu. Czy i ją czekało podobne wygnanie? - Nie kryję jednak, że zastępstwo nie jest...idealne. Przygotowałam kilka kandydatur primabalerin, które chciałabym zaprosić do współpracy przy zimowych spektaklach. Będę wdzięczna za lady sugestie dotyczące ostatecznego wyboru - kontynuowała, sięgając po jeden z grubszych folderów, wypełnionych życiorysami - oraz fotografiami - pięciu wybitnych tancerek. Pochyliła się, by podać pergaminy Evandrze, ale zatrzymała się wpół ruchu. - Lady wybaczy, zazwyczaj przechodzę od razu do konkretów, naleciałości z pracy w Ministerstwie mnie nie opuszczają - zawahała się, nie wiedząc, czy lady Rosier już teraz pragnie zająć się kwestiami La Fantasmagorii, czy może w spokoju zjeść posiłek. Mimo to nie cofała ręki, podnosząc czarne spojrzenie na twarz półwili. Z bliska wydawała się jeszcze piękniejsza, gładka, wykuta nie z marmuru, a z czystej bieli światła.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]25.06.21 9:32
Uprzejme przyjęcie wcale jej nie zaskoczyło, wszak madame Mericourt zdążyła nie raz zachwycić swą elegancją i manierami. Dotychczas widywała ją w biegu, wyłapywała charakterystyczną sylwetkę przemykającą między możnymi na oficjalnych przyjęciach, lecz dziś miał być ich pierwszy raz sam na sam. Jak zachowa się, mając świadomość, że tu nie dosięgną je żadne z zachłannych oczu gapiów? Evandra, choć nie otrzymała jeszcze żadnych twardych dowodów na słowa Primrose, traktowała Deirdre tak, jakby miała już absolutną pewność. W tym momencie nie przejmowała się ryzykiem rzucenia oskarżeń na osobę niewinną, za bardzo przepełniona była emocjami, które tłumiły rozsądek i zwyczajową dla siebie empatię, które zwykle powstrzymywały ją przed nieprzemyślanymi decyzjami.
Sięgnęła po bieloną porcelanę, zerkając na głęboką czerń zawartej w niej kawy, zaraz uzupełniła ją łyżeczką cukru i zamieszała. Naturalnie madame Mericourt chciała ją zachwycić, goszcząc ze wszelkimi niezbędnymi wygodami. Na ile była to zwykła uprzejmość, a na ile misternie ułożony plan, mający mydlić jej oczy? Przekąski są w porządku, za to ty mi się w ogóle nie podobasz.
- Kawa w zupełności wystarczy - odparła od razu, bo nawet jeśli głód dawałby się we znaki, wolała nie spędzać z Deirdre więcej czasu, niż to konieczne. - Zapominanie o własnych potrzebach jest przywarą osób pełnych pasji, oddanych innym, wyższemu celowi. Kiedy zatracamy się w obowiązkach, często umykają nam istotne sprawy. Odwracamy się na krótką w naszym mniemaniu chwilę i nagle nie poznajemy otaczającego nas świata. - Podeszła lekko do tematu, z którego problemem sama się utożsamiała, czy perfekcyjna opiekunka La Fantasmagorie borykała się z czymś podobnym? Czy cokolwiek było w stanie wyprowadzić ją z równowagi, zburzyć idealny obrazek, wywołać zmarszczkę, grymas na tej gładkiej twarzy?
- Takimi talentami należy się chwalić, o sukcesy naszych podopiecznych trzeba dbać -  mówiła z zadowoleniem na otrzymaną wzmiankę o balerinie. Jak zadbać o twój sukces, Deirdre? Prędko odepchnęła myśli rozkapryszonej szlachcianki o wytarganiu jej za włosy czy wydrapaniu oczu, bo choć osiągnęłaby tym satysfakcję, finalny efekt byłby pusty i niewystarczający.
Powiodła wzrokiem za płynnym ruchem czarownicy, wciąż maskując swoją czujną obserwację zwyczajną ciekawością. Wyciągnęła dłoń, sięgając po wręczane pergaminy.
- Najpierw obowiązki, a później przyjemności? - Odstawiła filiżankę i zerknęła na Deirdre znad dokumentów, chcąc wyłapać jej czujne spojrzenie. - To bardzo rozsądne podejście, nie można się temu sprzeciwić. Nie chcę tak bardzo angażować się w sprawy kadrowe. Z pewnością masz w tym więcej doświadczenia madame, zawierzę twej ocenie. - Mimo to spojrzała na otrzymane dokumenty i najpierw przebiegła po nich pobieżnie wzrokiem, sprawdzając czy któreś z nazwisk bądź twarzy nie okaże jej się znajome, a dopiero wtedy skupiła się na referencjach.
- Byłabym zapomniała, moja znajoma śpiewaczka operowa Angelique Blythe, wspomniała, że rozgląda się za nową sceną. Poleciłam jej, by zwróciła się do ciebie, lecz nieznane są mi jej dalsze losy. - Przypomniała sobie o prowadzonej niegdyś rozmowie, panna Blythe zdawała się być mało zaradna i zareagowała z pewnym przestrachem, gdy Evandra zasugerowała poszukiwania. Nie tylko z Angelique rozmawiała na temat angażu w La Fantasmagorie. W jeden z lipcowych wieczorów miała przyjemność słuchać koncertu sympatii sprzed lat. Harry Smith zniewalał uśmiechem, czarował głosem, nic więc dziwnego, że występował w coraz to nowych miejscach, a jednak madame Mericourt odmówiła mu, niezadowolona z występu. Czy to głos mężczyzny nie przypadł jej do gustu, czy też miała ku temu inny powód? Harry wspomniał w liście, że wyruszył za ocean, ale nie miała odwagi, by do niego napisać. Wymiana korespondencji bywała zdradliwa, nie chciała ryzykować bezpieczeństwa żadnego z nich, zwłaszcza w tak delikatnej sprawie.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]26.06.21 20:16
Gdyby tylko posiadła niemożliwie trudną umiejętność wślizgiwania się w czyjeś myśli, poprowadziłaby tę rozmowę zupełnie inaczej. Mniej dwuznacznie, skupiając się wyłącznie na suchych konkretach, utrzymując w ryzach również własne wyobrażenia o tym, co działo się wokół tej niedorzecznie pięknej istoty. Z bliska uroda Evandry wręcz raziła; pomimo kilku spotkań nie była w stanie otrząsnąć się z wrażenia, jakie czyniła, a podskórna zazdrość, rozrastająca się coraz silniej po ostatnich wieściach o zaszczycie, jakiego dostąpiła, nosząc przy sobie fragment duszy najwierniejszego sługi Czarnego Pana, wcale nie łagodziła tego piorunującego wrażenia. Czuła się przez to gorsza, mniej ważna, jeszcze brutalniej zepchnięta niżej; robiła jednak dobrą minę do złej gry, starając się docenić nawet okruchy uwagi Tristana. Przelotny dotyk szorstkiej dłoni. Zdawkową pochwałę, gdy relacjonowała mu swe działania. I odwiedziny, szarpane, namiętne, pozostawiające w pamięci świeże obrazy - to żywy posmak ust Rosiera na jej własnych pozwalał zachowywać się wobec Evandry tak uprzejmie, wręcz uniżenie, pomimo coraz głębszej zadry, raniącej żałosne uczucia, skrywane głęboko nawet przed samą Deirdre.
Jak zwykle zwróconą ku jasnej twarzy czarownicy, prezentując nienaganną w każdym calu madame Mericourt, przejętą oferowaną gościną - właściwie która z nich była tu gospodynią i panią na baletowych włościach? - oraz wymaganiami arystokratki. Uśmiechnęła się ze zrozumieniem i uznaniem, nie wyczuwając zjadliwej aluzji w żadnym z wypowiedzianych przez nią zdań. - Doskonale to lady opisała. Czasem jestem pewna, że tutaj, w La Fantasmagorii, czas płynie inaczej. Kilka mrugnięć: i zapada noc. Zdarza się, że opuszczam te mury razem z brzaskiem, zwłaszcza w napiętym czasie premier - zgodziła się, zakładając kosmyk włosów za ucho: niepotrzebnie, ten nie przesłonił twarzy, ale chciała podkreślić aurę uporządkowania, którą wokół siebie roztaczała. - Czy jakaś pasja pochłania lady w podobny sposób? - zagadnęła, chcąc wykazać zainteresowanie, ale nie wścisbkość. Wiedziała, że Evandra żyje pięknem; że śpiewa, że gra, że zachwyca, lecz nie znała szczegółów. A masochistycznie pragnęła wiedzieć, w czym jest lepsza od niej. Poza oczywistymi kwestiami niemoralnej satysfakcji, jaką mogła obdarzyć go tylko kobieta upadła, niewychowana, pozbawiona ograniczeń i troski wyższych sfer.
Kącik równo umalowanych warg Dei zadrżał, gdy usłyszała pytanie zahaczające o ten temat. - To zależy od dnia. Bywa, że rozpoczynam go od przyjemności. Wtedy łatwiej skupić się na obowiązkach, nawet tych bardzo wymagających - odpowiedziała nieco przeciągając głoski, melodyjnie i zaskakująco szczerze. To był jeden z takich dni: krótki, ale boleśnie intensywny akt, który odbierała jako dowód na to, że jednak mu zależy. Żałosna argumentacja, której trzymała się jednak kurczowo, by nie oszaleć do końca w ferworze żałosnego zepchnięcia na dalszy plan. - Myślę, że z powodzeniem możemy współpracować, lady Rosier. Wszak La Fantasmagoria została stworzona, by uczcić miłość do lady właśnie - jestem więc gotowa spełnić wszelkie wymagania i podążać za lady sugestiami - ciągnęła, dalej z imponującą swobodą, nie sięgając po żadną przekąskę. Była głodna, lecz nie wypadało częstować się frykasami przed Evandrą, pilnie więc zerkała, czy dama połasi się na jeden ze smakołyków. Ciekawe, co lubi jeść. Ciekawe, jak smakują jej usta tuż po wypiciu kawy: gorzko, czy może magia półwili zamienia każde doświadczenie w obezwładniającą słodycz? Zawiesiła wzrok wargach szlachcianki na nieco dłużej niż dotychczas, otrząsając się jednakże z niedorzecznych myśli, dyktowanych manią porównywania się. Czy aby na pewno tylko nią? - Panna Blythe z powodzeniem zastąpiła wczoraj jedną z naszych śpiewaczek. Wspaniale odnalazła się podczas wernisażu, na którym wystąpiła z wspaniałym recitalem. Miała niewiele czasu na przygotowania, ale i tak sprawiła się wręcz perfekcyjnie. Wspominała o lady poleceniu - i dlatego zdecydowałam się na zaufanie tej młodziutkiej śpiewaczce. Faktycznie, posiada niezwykły talent - odpowiedziała w rozbudowany sposób, czując, że robi się coraz bardziej głodna. Sięgnęła więc po srebrną papierośnicę, najpierw oferując ją Evandrze: a dopiero później pstryknięciem odpaliła własną, elegancką lufkę, odnajdując w tym prostym geście nieco wytchnienia. Skup się, Deirdre, musisz sprawić, by Evandra opuściła balet zachwycona. - Czy mogę odpowiedzieć jeszcze na jakieś lady pytania lub rozwiać nurtujące wątpliwości? - zapytała w końcu łagodnym tonem, rada, że tytoniowy dym choć na moment przesłonił idealną twarz arystokratki. Nic dziwnego, że wybrał ją na żonę; nic dziwnego, że to z nią dzielił teraz największy, czarnomagiczny sekret, odbierając Dei jedyny teren ich znajomości, na jakim czuła się pewnie. Dotąd był ich światem.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]05.07.21 15:11
Uprzejma postawa madame Mericourt nie była w stanie uśpić jej czujności, zamiast tego dolewając wyłącznie oliwy do tlącego się ognia. Profesjonalna, pełna wdzięku, idealna na piastowane przez nią stanowisko, co Evandra niechętnie przed sobą przyznała. Popychana zazdrością nie zwątpiła już w swoje oskarżenia, w emocjach łatwiej było przyjąć skrajności za pewnik, nie poszukując prawdy.
- Jak każdy rodowity Lestrange, sprzedałam duszę sztuce - zaśmiała się krótko, siląc na neutralność rozmowy podczas podtrzymywania fasady chodzącego ideału. - Moją pasją jest muzyka, szczególnie bliskie są mi dźwięki harfy. Grywam od dzieciństwa, zajmuje szczególne miejsce w moim sercu - zdradziła bez wstydu, wiedza ta w szlachetnych kręgach nie była wszak tajemnicą. Choć w pierwszych latach cierpiała katusze, patrząc na swoje poranione od strun palce, dziś z dumą przyznawała się do świetnej znajomości tak skomplikowanego w obyciu instrumentu.
”La Fantasmagoria została stworzona, by uczcić miłość do lady.” Evandra odniosła wrażenie, że jej żołądek skręca się i wywraca na drugą stronę. Nie miała jak uniknąć spojrzenia Deirdre w obawie przed spłonięciem rumieńcem w złości, nie pozwoliła jednak, by to lekkie zaróżowienie wyprowadziło ją z równowagi. Wyglądało jednak na to, że madame Mericourt zapatrzyła się na krótką chwilę, na co półwila nie zareagowała w widoczny sposób. Spięła się za to, nie mogąc odgadnąć jej prawdziwych motywacji. Czarownica zapewniła ją o swej gotowości do spełniania wszelkich wymagań, ale tego, czego chciała, nie mogła jej przecież dać.
Tytoń niezupełnie ją interesował, drapiąca w gardło gorycz daleka była od sprawiania przyjemności, o czym Evandra dowiedziała się jeszcze w czasach Hogwartu, teraz wciąż dziwiła się jak można odnaleźć w tym radość. Czy dziś przypadłby jej do gustu, tak jak niegdyś opium? Spotkanie z Deirdre nie było odpowiednim momentem na testowanie zmian we własnych preferencjach, pokręciła tylko głową i wróciła spojrzeniem do pergaminów. Zawieszony na literach wzrok nie poruszał się po kolejnych zdaniach, tkwiąc uparcie w jednym miejscu, skupiony, maskujący analizowane myśli.
- Dobrze to słyszeć. Jestem zdania, by dawać szansę artystom, potrafią nas zaskakiwać. - Ucieszyła się na słowa wyjaśnienia, żałując nieco, że nie miała okazji, by samodzielnie pogratulować pannie Blythe udanego występu, lecz jeśli naprawdę się sprawdziła, będzie ku temu jeszcze okazja.
Kiedy unoszący się z końca papierosa dym otulił je miękko duszącym zapachem, padło decydujące pytanie, jakie zadawała samej sobie od kilku dni. Czego tak naprawdę chciała się dowiedzieć, jakie wątpliwości rozwiać?
- Prawdę mówiąc doszły mnie słuchy, jakoby mój mąż był wciąż rzekomo… rozpraszany, czego źródłem nie są wszak problemy natury walki o ideały. - zaczęła po chwili namysłu, zapadła się w wygodnym fotelu, unosząc na Deirdre nieco nonszalanckie spojrzenie, za którym skryła swoje zdenerwowanie. Przyszła tu z konkretnym planem, wywiedzieć się szczegółów, cokolwiek ustalić, uspokoić zszargane nerwy. Czy miała w sobie wystarczające pokłady opanowania, by nie wybuchnąć w szale, nie skończywszy układać pytania? - Odczuwam pewną konsternację, mając świadomość, iż w balecie znajdują się wciąż osoby - a na pewno jedna z nich… - których braki w przyzwoitości stać się mogą poważną plamą na naszej reputacji. - Ściągnęła brwi w mocnym zastanowieniu, a szczupłe palce zacisnęły się nieco mocniej na pergaminie, miąc jego delikatną strukturę. - Proszę mi powiedzieć, bo nie ukrywam, trapi mnie przyszłość La Fantasmagorie. Jak długo będę znosić w tych murach brak poszanowania i ułudę? - Piękna, łagodna twarz Evandry nabrała nagle ostrzejszych rysów, uśmiech zniknął, ustępując beznamiętnej czerwieni ust. - Z początku sądziłam, że jest między nami nić porozumienia, że wspólnie dążyć będziemy do świetności tego miejsca. - Jeszcze we wrześniu, kiedy spotkały się podczas bankietu, Rosier szczerze wierzyła, że zależy im obu na dalszym rozsławianiu niezwykłości magicznego baletu.
- Z tego, co mówisz wynika, że trzymasz nad wszystkim pieczę. Racz mi wybaczyć, madame, ale w zaistniałej sytuacji z trudem zawierzam twym kolejnym słowom. - Ich dzisiejsze spotkanie było dowodem na to, że wszystko szło po jej myśli. Skoro mimo misternie utkanego kłamstwa, dotarły do niej strzępki informacji, mogły trafić też do innych, mniej dyskretnych osób. - Pytanie brzmi więc, w jaki sposób chcesz mnie do tego przekonać? - Choć nie mówiąc otwarcie wobec kogo kładzie swe podejrzenia, wbiła wyczekujący wzrok w Deirdre. Jak długo będzie wodzić ją za nos, ile czasu minie, aż zdecyduje się przyznać? Błękit tęczówek wcale nie wydawał się być chłodny, zdradzał natomiast utrzymywane na wodzy emocje; drążył, przeszywał na wylot, wcale nie rozluźniając gęstniejącej w zaskakującym tempie atmosfery.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]06.07.21 12:44
Perlisty śmiech Evandry wybrzmiał niczym świergot kryształowych dzwoneczków, skutecznie tłumiąc potrzebę, by sprostować słowa o każdym rodowitym Lestrange. Deirdre znała jednego, który zaprzedał duszę płytkim rozrywkom oraz żałosnemu bumelanctwu, lecz przywoływanie teraz jego imienia nie byłoby rozsądne. Ciekawe, czy siedząca naprzeciwko szlachcianka wiedziała, czym zajmował się jej brat? A właściwie czym udawał że się zajmuje; był tylko chwiejnym płomieniem na świeczniku podtrzymywanym przez Giovannę, leniwym, niepotrafiącym udźwignąć ciężaru odpowiedzialności wiecznym chłopcem. Tak różnym od siostry, majestatycznej, utalentowanej, władczej w najdelikatniejszy i najpiękniejszy ze sposobów. Przez moment Mericourt zastanowiła się, czy i jej dzieci będą tak od siebie odmienne, szybko jednak powróciła myślami do tu i teraz. Dekoncentracja nie wchodziła w grę, tak samo jak irracjonalne wyobrażenia przyszłości, jaka dla bliźniąt mogła nigdy nie nadejść.
- Słyszałam o lady pasji. Niebanalna i bez wątpienia wymagająca. Podobno instrumenty szarpane wymagają wielkiego poświęcenia, a gra na harfie tylko pozornie przypomina lekkie głaskanie strun – skomentowała z uznaniem, znów pozwalając sobie na pochlebstwo. Szczere, wiedziała o muzyce coraz więcej, każdego dnia uczyła się w La Fantasmagorii czegoś nowego, zarówno z francuskich pism, jak i po prostu obserwując przygotowania baletnic i orkiestry. Czym innym była teoria, czym innym praktyka, wiedziała to też na przykładzie Evandry. Znała ją od lat, pamiętała nieprzytomne wyznania Tristana w Wenus, gdy próbował zdławić pragnienie tej jednej, wyjątkowej półwili innymi kobietami i używkami. Każdy strzęp informacji o – wtedy jeszcze – lady Lestrange zapadał w pamięć, tkwił tam po dziś dzień, a umysł Deirdre utkał z tych poszarpanych materiałów makabryczną podobiznę, patchworkową lalkę z najsłodszych koszmarów, która w konfrontacji z rzeczywistą osobą rozpadała się w proch. Czarownica, którą kochał Rosier, była inna, rzeczywista, swobodna i boleśnie piękna. A w tej krótkiej chwili także – zwycięska w długiej walce, w której od początku znajdowała się na przegranej pozycji okłamywanej żony.
Deirdre spodziewała się dalszej owocnej rozmowy dotyczącej La Fantasmagorie, ferworu dyskusji o proponowanym repertuarze oraz nazwiskach gwiazd, poranek zapowiadał się przecież przyjemnie – i być może dlatego straciła czujność, zwiedziona nie tylko urodą rozmówczyni, ale i okazywaną przez nią początkową sympatią. Uśmiechała się dalej, lekko, zaciągając się głębiej papierosem, coraz swobodniejsza, a przez to podatniejsza na oślepiający błysk nonszalanckich wypowiedzi, padających spomiędzy różanych warg półwili.
W pierwszej chwili naprawdę nie pojmowała, co Evandra ma na myśli, pozostając ślepa i głucha na przebijające się przez okrągłe słowa ostrze, brutalnie niszczące niewzruszoną do tej pory kurtynę tajemnicy. Dopiero po kilku kolejnych słowach, wypowiedzianych władczym tonem, pojęła, że stało się to, co nie mogło się stać. Na kilka zdradzieckich sekund zamarła. W pół gestu zaciągnięcia się papierosem, w pół oddechu, w pół spojrzenia. Prawie słyszała trzask pękających oczekiwań, prawie czuła zalewającą ją lodowatą wodę szoku, spod której próbowała wydostać się o kilka sekund za późno, by mogło umknąć to uwadze lady Rosier.
- Proszę mi wybaczyć, ale nie rozumiem, co ma lady na myśli. Takie sugestie budzą mój największy frasunek – odparła, mając nadzieję, że zdąży naprawić pęknięcie w niewzruszonej fasadzie na tyle szybko, by rysa umknęła uwadze Evandry. Coś podpowiadało jednak – może to wyniosłe, przeszywające spojrzenie koloru oślepiającego błękitu – że tak się nie stało, że ona wiedziała już wszystko. Paniczne myśli galopowały gdzieś w tyle głowy, ale Deirdre dalej prezentowała się nienagannie, umiejętnie dawkując widniejące na twarzy emocje. Tłumione oburzenie podobnymi oskarżeniami, zaniepokojenie, smutek, podbite kolorytem lekkiej irytacji tak haniebnymi oskarżeniami. - Jak lady zapewne doskonale wie, plotki bywają niezwykle krzywdzące, rzadko też mają cokolwiek wspólnego z prawdą, więc… - kontynuowała ostrożnie, jeszcze utrzymując idealną maskę. Przylegała dokładnie, nie zdradzała burzy skrytej za woalką teatralnego urażenia, lecz nawet najtrwalszy materiał, wykuty w ogniu wieloletnich występów na przeróżnych scenach kłamstw, nie zdołałby przetrwać ciosu brutalnej prawdy.
Serwowanej na pozłacanej tacy aluzji, te jednak były tak celne, że dalsze kontynuowanie gry aktorskiej – wybitnej, co prawda – byłoby nie tylko zbędne, a wręcz dla samej śmierciożerczyni upokarzające. Łgarstwo zazwyczaj dawało przewagę kłamcy, lecz gdy rozmówca wiedział już o manipulacji, to właśnie on zyskiwał władzę nad całą sytuacją. A Deirdre nie znosiła pozostawać bezradna, cóż jednak mogła zrobić? Zamilkła, przytłoczona celnymi spostrzeżeniami, wytrzymując ostre spojrzenie Evandry. Bez mrugnięcia, bez ucieknięcia wzrokiem przed naporem intensywnego wzroku, bez nawet lekkiego rumieńca zawstydzenia. Później, gdy ta zakończyła serię retorycznych pytań, o dziwo, paradoksalnie, widocznie się rozluźniła. Strzepnęła popiół, zaciągnęła się ponownie z lubością, rozsiadła się w fotelu wygodniej, już nie siedząc na jego krańcu jak przejęta wizytą przełożonej pensjonarka. Powoli założyła nogę na nogę, nie dbając też o to, by quipao nie podjeżdżało wyżej niż i tak już podniesiona norma dla tego typu orientalnego ubioru, obnażająca łydkę. Stało się to, co mogło bezpowrotnie zmienić jej wygodne życie, czegóż więc mogła się więcej obawiać? Gra w pozory się zakończyła, szkoda marnować energię na dalszą magię kłamstwa, najważniejszy widz przestał wierzyć w piękno sztuki. Dei ściągała więc maskę, a ta spłynęła z jej twarzy z prawie budzącą obrzydzenie łatwością. Jej rysy również się wyostrzyły, oczy nabrały drapieżnego wyrazu, znikł uprzejmy uśmiech podwładnej, a cała aura madame Mericourt, z czarującej i do bólu perfekcyjnej zmieniła się w – po raz pierwszy w kontakcie z żoną Rosiera – w prawdziwą. Gęstą, mętną, budzącą raczej niepokój i czujność, pewien dyskomfort, podobny do tego obcującego z dzikim zwierzęciem. Również jej głos uległ metamorfozie, stał się niższy, bliższy kociemu, leniwemu pomrukowi niż profesjonalnemu brzmieniu, dopracowanemu do ostatniej głoski.
- Na pewno się nie poczęstujesz? Spróbuj brzoskwiń, są wyśmienite, pierwszy gatunek. Tristan je uwielbia – zagadnęła swobodnie, z prawie wyuzdaną nonszalancją, pochylając się do przodu, by porwać z półmiska jeden z soczystych owoców. Wgryzła się w niego, czując, jak słodycz miąższu miesza się z goryczą tytoniu. Odłożyła trzymaną w drugiej ręce lufkę na podłokietnik, przegryzając przysmak. Zmrużyła oczy, zadowolona, lubiła ten smak, lubiła lepki sok ściekający po krawędzi dłoni i masochistycznie lubiła to napięcie, wypełniające teraz każdy cal gabinetu. Przejście na ty przyszło swobodnie, tak samo jak wspomnienie imienia Tristana. Chciała ją rozdrażnić? Raczej wybadać grząski grunt, zorientować się, czy również półwila porzuci wystudiowaną grzeczność na rzecz bezpośredniej szczerości. No, dalej, pokaż swój ogień. Chciała o tę najwyższą stawkę grać w otwarte karty. - Jak się dowiedziałaś? – spytała po chwili konkretnie, jak zwykle pragnąc detali. Oblizała usta z soku brzoskwini, obracając ją w dłoni, drugą ręką przesunęła po podłokietniku w prawie pieszczotliwym geście. - I co cię tu tak naprawdę sprowadza, Evandro?– uniosła nieco brodę, wyzywająco, prowokująco, masochistycznie ciekawa, jak potoczy się ta rozmowa. Kości zostały rzucone, pytanie, czy w ślad za nimi zjawią się inferiusy, czy też na żyznej od trupów – wyciągniętych z szafy razem z kłamstwami - ziemi wyrośnie coś nowego. Smakowała imię lady na swoim języku z podobną satysfakcją, z jaką przed chwilą wgryzała się w brzoskwinię. Lady doyenne przyszła tu po to, by wszcząć awanturę? Wyrzucić ją na zbity pysk? Wepchnąć do Tower siłą swych decyzji? – Przejdźmy do konkretów. Naprawdę je cenię – mrugnęła do niej prawie zawadiacko, odnosząc się do ich poprzedniej rozmowy, podczas której zaprezentowała się niczym prymuska. Nie kłamała, nie we wszystkim. A teraz zamierzała opierać się tylko na prawdzie. Nawet bolesnej, tym razem dla niej samej. - On cię kocha – powiedziała nagle bez zawahania, ale i bez pretensji, prawie od niechcenia, uważnie obserwując reakcję Evandry, spragniona, by płomienie w jej oczach przedostały się głębiej, obnażając to, co skrywała pod idealnymi manierami. Czy instruktaż szlachcianek przewidywał podobne spotkanie – z kochanką swojego męża? – Nigdy nie widziałam czarodzieja, który kocha czarownicę tak mocno – dorzuciła ciszej, jakby do siebie. Szczerze. Odkąd go poznała, pragnął tylko jej, marzył o niej, zdobył ją, uczynił swoją żoną, a ostatnio powierniczką największego skarbu, najpotężniejszej broni i przerażającego sekretu własnej śmierci. Nic nie mogło się z tym równać. Ta świadomość znów ją zapiekła, zraniła, lecz nie okazała tego, dalej z drapieżną ciekawością wpatrując się w lady Rosier. Chyba nie takiej wypowiedzi spodziewała się po zdradzieckiej lafiryndzie. - A mi, wbrew temu co zapewne teraz myślisz, zależy na świetności La Fantasmagorii – kontynuowała, parafrazując oskarżenia Evandry. Znów ugryzła kęs brzoskwini, potem drugi, finalnie odkładając pestkę na talerzyk, by potem nieelegancko oblizać palce z soku. – Nie martw się, nie robię tego przy gościach – podniosła ponownie wzrok na półwilę, z uśmiechem błąkającym się w kącikach ust, tak, jakby przed chwilą wcale nie przyznała się do przegranej w walce o miłość łączącego je obie mężczyzny.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]12.07.21 7:47
Ofiarowała pani Mericourt dłuższą chwilę na połączenie kropek i zastanowienie się nad wybrnięciem z sytuacji. Obserwowała ją wciąż czujnie, nie chcąc przegapić momentu, w którym ta poddaje się i opuszcza fasadę ideału. W duchu odetchnęła z ulgą, widząc nagłą zmianę Deirdre. Przez jedno uderzenie serca odniosła wrażenie, że jedyne, co otrzyma, to dowód na własną bezczelność, głupotę oraz lekkomyślność. Któż inny zaatakowałby w tak bezpośredni sposób, wybijając samemu sobie z ręki broń? Evandra miała jednak dość udawania i kontynuowania gry, z której nie wyniosłaby nic konkretnego. Wiązała z tym spotkaniem wiele nadziei, licząc na wyjaśnienia, osiągnięcie spokoju. Jej natura miała natomiast inne zdanie w tym względzie.
- To, że dał ci przyzwolenie na wejście do swojego życia, nie znaczy, iż możesz wparować i do mojego - odparła ostro, słysząc jak ta zwraca się do niej po imieniu, widać wraz z odsunięciem maski, w las szły także dobre maniery. Zdradzenie Primrose jako tej, która z dobroci serca i lojalności wobec przyjaciółki podsunęła jej plotkę o życiu Tristana nie wchodziło w grę. Poza tym, co innego domyślać się, a co innego mieć pewność. Jeszcze za czasów szkolnych, kiedy to zachłysnęła się możliwościami idącymi za płynącym w jej żyłach wdziękiem, gdy podpuszczała kawalerów, sprawdzając jak daleko są zdolni się posunąć, marzenie o życiu u boku lorda Rosiera zeszło na dalszy plan. Dlaczego ograniczać się do jednego adorującego ją mężczyzny, kiedy oczywistym było, że jej przeznaczenie było inne - bo jak inaczej wytłumaczyć, że niezwykły urok przypadł właśnie jej? Nie przewidziała jednak, że jej małżonek ma o sobie podobne mniemanie i dodatkowo będzie w tak perfidny sposób wykorzystywać swą pozycję.
Dotychczas nie było powodu, by przejmować się potencjalnymi romansami męża, wszak nie miała z nimi bezpośredniego kontaktu. Virginia stała już na granicy, świadomość ryzyka spotkania jej na baletowej scenie była zbyt drażniąca, by przejść obok niej obojętnie. Sprawa Deirdre malowała się z goła inaczej - czy legła z nim w łożu już po tym, jak objęła posadę w La Fantasmagorie czy też dostała ją właśnie z tego powodu? Evandra już wcześniej zastanawiała się czy kiedykolwiek w przyszłości jej noga stanie jeszcze na tych marmurowych, ciosanych specjalnie dla niej schodkach, czy też obrzydzenie będzie na tyle dominujące, by nie pojawiać się tu, póki ona tu jest?
Jedno było natomiast pewne, wiara w słowa i działania Tristana już nigdy nie będzie tak samo silna, jak dotychczas.
- Naprawdę sądzisz, że oczekuję od ciebie jakichś zapewnień i deklaracji? - Odłożyła dokumenty na blat stolika. Pochmurne spojrzenie spod ściągniętych brwi spoglądało na czarownicę w bez zrozumienia. - Jak śmiesz odwoływać się do kwestii, o których nie masz pojęcia?
”Miłość jest kłamstwem”, po raz kolejny w jej głowie zadźwięczał głos Adalaidy Nott, z którym długi czas nie chciała się zgodzić. Skoro Tristan wspomniał Deidre o uczuciu, jakim rzekomo darzył małżonkę, nie mogło się ono pokrywać z prawdą. Tristan nie dawał jej powodów do wątpliwości w swoje uczucia, zawsze oddany, wspierający i pełen pasji. Czy był aż tak dobrym kłamcą, czy wodził ją za nos, chcąc na krótkiej smyczy trzymać więcej, niż jedną kobietę? Jak mógł przychodzić do niej, zapewniać o miłości i swym oddaniu, po czym z czystym sumieniem wychodzić do niej?
Wierzyła w jego zapewnienia, gorące wyznania, ciepłe oraz szorstkie słowa świadczące o ich sile, dzięki której są w stanie przetrwać wszystko. ”Musisz nauczyć się mi ufać”, mówił, wymagając posłuszeństwa, jakie przychodziło jej z trudem. Surowym był nauczycielem, choć stosował nieco inne metody, niż wobec Deirdre. Kiedy zagłaskiwanie nie przynosiło efektu, należało odwołać się do działających metod. Na Evandrę działała siła autorytetu, wierzyła w szumnie brzmiące słowa. Dała się oszukać. Znowu.
Kiedy brzoskwiniowa pestka wylądowała na talerzyku w Evandrze coś się zagotowało. Siedząca przed nią madame Mericourt okazała się po opuszczeniu maski wulgarna i obrzydliwa, przeświadczona o własnej wyższości, bezpiecznym statusie oraz ciepłej posadce na garnuszku tego, który ją dostrzegł. Nie przypuszczała, że czarownica da pokaz swego tupetu i odrzuci wszelkie trzymające ją ograniczenia. Od samej zdrady większym bólem była tylko świadomość, że Tristan porzucał ją na rzecz kogoś takiego.
Czy instruktaż szlachcianek przewidywał rozmowę z kochanka męża? O tym, że małżeństwo nie wygląda nigdy tak, jak pięknie przedstawiają to wysnuwane przez matki, ciotki i przyjaciółki wizje miała już świadomość. Począwszy od wyrwania jej siłą z murów Thorness Manor, oddana, zdobyta niczym myśliwskie trofeum. Raz zdobyte traciło na wartości, dołączało do kolekcji, którą zawsze miło pochwalić się w towarzystwie. Evandra odgrywała wyznaczoną sobie rolę z wielką uwagą, starając się doścignąć ideałów.
Czy każda inna szlachcianka podeszłaby do sprawy z większą rozwagą i spokojem? Evandra niezbyt miała się jak porównać, w jej żyłach płynęła inna, pierwotna magia, niszczycielska i chorobliwie zazdrosna. Większość uwielbiała półwile za ich niepowtarzalny urok, zachwycający wdzięk, łaknąc ich towarzystwa i deklarując gotowość do porzucenia wszystkiego, byleby spędzić z nimi dłuższą chwilę. Nie każdy jednak zdawał sobie sprawę z konsekwencji, z jakimi trzeba się było mierzyć po wyprowadzeniu takiej z równowagi.
Doprowadzona na kraniec swej wytrzymałości, pełna furii zerwała się z miejsca, jeszcze resztką rozsądku trzymając swoje nerwy na wodzy. Wsparła się na blacie stolika, nachylając do westalki baletu. W błękicie oczu Evandry płonęła głęboko skrywana złość, już od dawna trawiąca ją od środka. Trzymana na uwięzi moc wzbierała na sile, zupełnie jakby czekała na ten właśnie moment.
- Kim ty w ogóle jesteś?! - Nawet w gniewie głos lady Rosier nie tracił na melodyjności, choć ciężar podniesionego tematu wykraczał daleko poza normy. W tym momencie do unoszącego się w powietrzu słodkiego, brzoskwiniowego zapachu dołączył inny, cięższy swąd palonego drewna. Skrzące się pod szczupłymi, bladymi palcami iskry trudno było przeoczyć, zwłaszcza gdy popchnięta impulsem Evandra uniosła jedną z dłoni, dając upust swej furii. Błysnęło ciepłe światło, w stronę Deirdre poszybowała płonąca kula.

| Tu krytyczny sukces na ognisty temperament, obrażenia=25.
Z opisu w tabeli - niewielka kula ognia, która może pozostawić większe oparzenie.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]12.07.21 16:15
żywotność 191/216, -5 do kości

Coś się zmieniło, szklana tafla pozorów popękała, lecz pojawiające się na nieskazitelnym wizerunku Evandry głębokie rysy nie odejmowały jej uroku, a wręcz przeciwnie - według Deirdre w końcu magiczne piękno półwili rozkwitało w intensywnych prawdziwych barwach. Złości, gniewu, poruszenia. Delikatne płatki róży tężały, hartowały się w ogniu intensywnych emocji, melodyjny ton uderzał w inne rejestry, groźniejsze i uwypuklające pochodzenie aury piękna: przecież według plotek i legend moc wil pochodziła od harpii, okrutnych w swym na wpół ptasim szaleństwie.
Chyba nawet wolała ją taką: wzburzoną, poruszoną, szczerą w gniewie i pogardzie, przebijających się przez idealnie symetryczne rysy, zasługującą na miano godnej...rywalki? Zupełnie jej tak nie postrzegała, wbrew zazdrości, towarzyszącej Deirdre odkąd tylko Tristan stał się kimś więcej niż hojnym gościem Wenus. Pozwalając Czarnej Orchidei zaistnieć w swoim życiu. Mericourt uśmiechnęła się odruchowo słysząc te słowa, bynajmniej chcąc zakpić z pełnej emocji wypowiedzi Evandry. Nie zdawała sobie sprawy z rodzaju łączącej ich więzi, nie pojmowała zasad, które wytyczył Rosier, wyrywając ją najpierw czysto fizycznie z Wenus, by potem wyszarpać z całego życia, niszcząc do cna wszystko, kim była. Właściwie byli do siebie podobni z Evandrą - ta myśl szczerze ją zdziwiła - bo czy w tym momencie lady Rosier nie robiła czegoś podobnego? Nie zaczynała destrukcji fundamentów, na jakich stał pozornie niemożliwy do naruszenia posąg madame Mericourt, chcąc zrównać go z ziemią?
- Jak się dowiedziałaś? - powtórzyła raz jeszcze, nieustępliwie, z lekkim znudzeniem, mrużąc oczy, tak, jakby bystrzejszy wzrok mógł wyczytać odpowiedź z drżących kącików ust Evandry. - To nie wejście w twoje życie, a chęć zabezpieczenia twojej pozycji. Waszej pozycji - wyjaśniła cierpliwie, akcentując poszczególne słowa jak wyrozumiała nauczycielka, bliska pokręcenia głową z niedowierzaniem. Pomimo ściśniętego gardła, nieprzyjemnego zaskoczenia i podświadomego lęku, myślała logicznie, układając już plan awaryjny, serię działań, mogących załagodzić potencjalny wybuch toksycznych pogłosek. Z wrodzoną służalczością wobec Rosiera i kobiety, którą kochał. Takie plotki mogły im zaszkodzić, uprzykrzyć życie, nadszarpnąć renomę, należało więc skutecznie wyeliminować ich źródło. Jak mogła o tym zapomnieć? Ukrywali się tak długo, nie było to specjalnie trudne, Deirdre była dyskretna, a historia madame Mericourt więcej niż wiarygodna. Czy ktoś ich zobaczył? Jeśli tak - to gdzie? Czy wylać truciznę prawdy mogła któraś z sióstr Tristana? W tym momencie najważniejsze dla Dei wydawało się oszacowanie ryzyka oraz poniesionych strat. I upewnienie się, z jakimi intencjami pojawiła się przed nią Evandra, zdająca się w końcu pokazywać swój półwili charakter.
- Jeśli nie po deklaracje przyszłaś - to po co? - kontynuowała więc niezłomnie, nie spuszczając wzroku z coraz chmurniejszej twarzy jasnowłosej szlachcanki. Szelest odkładanych dokumentów jej nie zdekoncentrował, nagły zwrot rozmowy skutecznie wyczyścił umysł z jakichkolwiek kwestii dotyczących współpracy w celu zachwycenia widzów nowym repertuarem La Fantasmagorii. Miały ważniejsze sprawy do omówienia.- Wyrzucić mnie stąd? Dopytać o szczegóły? Kazać zostawić go w spokoju?- ciągnęła, przeciągając głoski nieco prowokująco, choć tak naprawdę nie okraszała wypowiedzi wrogim sarkazmem. Taka po prostu była, szukająca beznamiętnych konkretów nawet tam, gdzie rządziły skrajne emocje, potrafiące zamienić zachowawczą arystokratkę, stawianą za wzór dobrych manier i opanowania, w rozwścieczoną istotę. Gdy Evandra podniosła się z fotela, Dei ani drgnęła, przyglądając się sylwetce szlachcianki z kocią uważnością, pozbawioną widocznego lęku, za to - zaintrygowaną. - Mam o nich większe pojęcie niż ci się wydaje. I o was - odpowiedziała, zmieniając ton na cichszy, suchszy, okraszony tylko szczyptą...przestrogi? A może po prostu żalu. Wolałaby nie widzieć miłości Tristana do półwili, wolałaby pozostać ślepą na wszystko, co o niej opowiadał, niezależnie, czy przed laty, w pijackiej tęsknocie, czy też aktualnie, gdy dzielił się strzępkami informacji, które zbierała w całość. Kochał ją - Evandrę, swoją żonę, matkę dzieci. Nic - i nikt - nie był w stanie tego zmienić. Chciałaby by, było inaczej - ale czy na pewno? - lecz wyjątkowo nie naginała rzeczywistości do własnych wyobrażeń, żyjąc z ciężarem tej świadomości na co dzień. Otwierała usta, by powiedzieć coś jeszcze, ostrzejszego, może otrzeźwiającego, lecz po raz drugi tego przedpołudnia lady Rosier niezmiernie ją zaskoczyła.
Zdążyła zauważyć ruch jej dłoni z lśniącą obrączką, rumieniec wściekłości rozlewający się na policzkach, ba, dotarły do niej nawet lekkie, jaśminowe perfumy, lecz na pewno nie przewidziała, że w jej stronę pomknie ognisty pocisk. Prawdopodobnie mogłaby się obronić, sięgnięcie po różdżkę użytą w roli szpikulca podtrzymującego kok trwałoby mniej niż sekundę, lecz nie zrobiła tego. Podniesienie zitanowego drewna przeciwko żonie Rosiera wydawało się niemożliwe. Nawet w obronie własnej; Deirdre wbrew opinii swego nauczyciela myślała szybko, znając konsekwencje swych działań. Silna tarcza zapewne odbiłaby kulę prosto w nieprzygotowaną do walki półwilę, cierpiącą na ciężką genetyczną chorobę. Mericourt nie zrobiła więc nic, by się ochronić, od razu czując palący ból, roznoszący się od talii w dół i bok. Syknęła, nie mogąc się powstrzymać, a popiół z palącej się sukni posypał się żarzącym brokatem, gdy podniosła się z fotela, odruchowo przykładając dłoń do miejsca uderzenia. Dopalające się resztki tkaniny lekko poparzyły też palce, odsunęła je więc, wpatrzona w poranione miejsce, wyłaniające się spomiędzy obartego quipao. Gdyby w chwili ataku nie siedziała, siła uderzenia pewnie cofnęłaby ją kilka kroków do tyłu. Bok piekł żywym ogniem, w powietrzu uniósł się przykry zapach palonej skóry, tylko odrobinę przykryty nieco przyjemniejszą wonią tlącego się materiału drogiej sukienki. Mimo to Deirdre uśmiechnęła się, nagle, szeroko, prawie z zadowoleniem, przyglądając się żarzącym brzegom ubrania oraz czerwonej skórze.
- Imponujące - powiedziała szczerze, z subtelną pochwałą, przyglądając się teraz, dla odmiany, dłoniom Evandry. Magia kryła się nie tylko w bolesnym pięknie, jakim emanowała: widocznie i one miały coś wspólnego, pod pozornym urokiem skrywając trudne do przewidzenia niebezpieczeństwo. - Czy zaraz wyrosną ci harpie pazury? - dopytała bez ironii czy sarkazmu, ze szczerym, śmiałym zaciekawieniem. Ruszyła ku niej, powoli, wymijając dzielący ich stolik i podpalone płomieniem kwiaty, których płatki jeszcze cicho skwierczały, zamykając się i umierając. - Ale radziłabym nie robić tego drugi raz - przestrzegła swobodnie, z westchnieniem, zachowując dla siebie resztę sugestii, jak mogłaby zakończyć się dalsza wymiana uprzejmości podobnego kalibru. Szła ku niej powoli, jak do rozkapryszonego kocięcia, nie spuszczając z niej wzroku. Musiała załagodzić sytuację; nie dla niej, a dla niego. - Jak widzisz, będę cię chronić, nawet przed twoimi irracjonalnymi decyzjami, ale nie za wszelką cenę - powiedziała, chwytając ją nagle za nadgarstek prawej dłoni, mocno, masochistycznie ciekawa, czy pomiędzy delikatnymi palcami harfistki zdoła wykwitnąć kolejna kula ognia - i jakich zniszczeń może dokonać z tej odległości. Czy taka bliskość powstrzyma półwilę przed kolejnym atakiem? Czy powinna wyciągnąć różdżkę, by się bronić? Czy powinna przestać wdychać kwiatowe, kuszące perfumy, zmieszane z ciepłą wonią półwilej skóry? Zacisnęła palce mocniej na delikatnej skórze, nie na tyle silnie, by zostawić ślad. - Nie jestem dla ciebie zagrożeniem - odparła w końcu, uznajac, że lepiej będzie opierać odpowiedź na wykrzyczane pytanie na zaprzeczeniach. Bo kim właściwie była? Evandra powinna zadać to pytanie Tristanowi, serwującemu pogardliwe wyzwiska; może wtedy pojęłaby, że Mericourt nigdy nie stała na jej drodze. To Rosier nadał jej imię i nazwisko, lecz zwracał się do niej w inny sposób, spychając ją tak nisko, że nie dostrzegała nawet pełni uwielbienia, jakie roztaczał wokół swojej żony. - Nigdy nim nie byłam. I nie będę - dodała, poważniejąc, z bliska przyglądając się błękitnym oczom Evandry. Stała tak blisko niej, że prawie czuła skrzące napięcie buchające z jej ciała, ten instynktowny magnetyzm, oddziałujący na nią słabiej niż na mężczyzn, a jednak bez wątpienia istniejący. Wpływ Rosiera łamał konwenanse i skłonności, męskie otoczenie wypaczało pragnienia, czyniąc Deirdre wrażliwszą na czar kobiet, zwłaszcza tak niezwykłych. Dekoncentracja nie wchodziła jednak w grę, musiała być skupiona, dwoma powolnymi mrugnięciami przegnała więc groteskowe wyobrażenia, przyciągnięta do rzeczywistości także przez gorycz. Znów: mówiła prawdę, obnażała swoją słabszą pozycję, nie miała nawet o co walczyć - ostatnio Rosier tylko podkreślał fakt, że była dla niego zabawką, trzymaną przy boku z niskich pobudek. - Po co tu przyszłaś? - powtórzyła po raz trzeci, pochylając się nad nią zdecydowanie zbyt blisko.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]18.07.21 9:52
Evandra przywykła do myśli, że nie miewa rywalek, lecz głęboko skrywany strach przed porzuceniem, który miał być przecież irracjonalny, nie wziął się z niczego. O lekkości duszy małżonka wiedziała nie od dziś, był to wszak jeden z powodów, przez które zareagowała tak gwałtownym sprzeciwem na wieść o zawiązanych zaręczynach. Nikt nie chciał być na drugim miejscu, na przegranej z góry pozycji. Otrzymany wraz z obrączką tytuł miał być dla lady Rosier zabezpieczeniem, gwarantem spokoju przypieczętowanym narodzinami syna, lecz seria niefortunnych zdarzeń, jakie nastąpiły wraz z dniem przestąpienia progu Château Rose pod nowym nazwiskiem zburzyły fundamenty jej pewności siebie.
- Ah więc to tak - wymsknęło się tylko spomiędzy karminowych ust, zabezpieczenie pozycji - ciekawy dobór słów. Jak miała to interpretować - dlaczego nestorstwo rodu Rosier miało potrzebować jej pomocy? Czy była w stanie utrzymać Tristana w ryzach, dbała o niego, piłując temperament, a może to zwyczajnie rzucane w przestrachu kłamstwa zazdrosnej kochanki?
- Jestem niezmiernie wdzięczna za twą niezwykłą dobroć i wspaniałomyślność. Rzeczywiście, moja pozycja nigdy nie plasowała się wyżej - rzuciła niepozbawionym sarkazmu tonem, gdy ledwie trzymała się na powierzchni trzeźwości umysłu, choć słowa czarownicy wiodły ją bezsprzecznie w kierunku utraty kontroli. Przepełniona arogancją i pewnością siebie, zdawała się nie tylko nie dążyć do porozumienia, ale i chełpić się swoim statusem w najgorszym z możliwych momentów. Świadomość posiadanych przez Mericourt informacji, bez względu na to o czym traktowały, została odebrana przez Evandrę jako próbę wbicia kolejnej szpili.
Czy Tristan naprawdę dzielił się z kochanką opowieściami z ich wspólnego życia? Jak wiele jej zdradził, czym się szczycił, na co narzekał? Ponownie naszła ją fala mdłości, gdy uświadomiła sobie, że jeśli słowa Deirdre pokrywają się z prawdą, to najbliższy jej mężczyzna mógł rzeczywiście wyłącznie się nią bawić, tylko jaki miał w tym cel? Któremu z nich powinna była zawierzyć - temu, który na zmianę zawodził ją i ugłaskiwał czy tej, która w jednej chwili z uprzejmej madame zmieniła się w wyrachowaną arogantkę?
Naturalnie, brała ją za zagrożenie, brak wiedzy był jej największą słabością, a każdy zapytany dobrze starał się o to, by pożałowała podniesienia tematu. Na każdym kroku napotykała powód do wątpliwości i pomimo usilnych starań osób z jej otoczenia, wciąż trudno było uwierzyć, że świat nie jest zwrócony przeciwko niej. Jak nazwać relację Tristana z Deirdre, jeśli nie odwetem, wymierzonym prosto w jej półwile serce?
Znajome mrowienie w palcach poczuła już chwilę wcześniej, gdy wezbrana w niej złość wydarła czekającą w niecierpliwości moc, wiedziona zazdrością i okrutna w swym wpół ptasim szaleństwie. Plotki nie były dalekie od prawdy, utrzymywanie samej siebie w ryzach nie należało do najłatwiejszych z zadań.
Niewielu wiedziało, że w złośliwości odnajdywała przyjemność, ciche podszepty, którym zdarzało jej się ulegać wtedy, gdy nikt nie patrzył, popychały do drobnych występków, mających uprzykrzyć innym życie. Jeszcze za czasów Hogwartu upatrzyła sobie szczególnie jedną ze szlachcianek, taka rywalizacja była wszak akceptowana, nie wzbudzając żadnych większych podejrzeń względem czystości serca. Najważniejszym wszak było w wychowaniu młodych panien, by odznaczały się grzecznością oraz taktem. Miały znać swoje miejsce, nie dawać się ponieść żadnym skrajnym emocjom, radość miała być okazywana delikatnym uśmiechem, złość głęboko tłamszona. Grzeczna, ułożona, cierpliwa i kochająca - Evandra pragnęła taką być, idealną, spełniającą oczekiwania, godną pochwały oraz zazdrości. Latami więc dusiła własne uczucia, byleby dostosować się do wyznaczonych jej ram. Prawdziwie chciała kochającej rodziny, licznych dzieci, bliskich więzi, a nie mogła tego osiągnąć będąc zwyczajnie sobą. Znosiła własne poczucie winy z powodu każdej utraty kontroli i podniesionego głosu, jak mogła być tak nieidealna? Nic dziwnego, że Tristan wybrał inną.
Wezbrana w niej złość wystrzeliła płomieniem, raniąc gorącem bok czarownicy. Wypuszczona kula przyniosła chwilową ulgę, żaden z triumfalnych uśmiechów nie zagościł na jej twarzy. Dostrzeżona reakcja kobiety świadczyła przecież o tym, że nie zraniła jej zbyt dotkliwie, półwila już poczuła niedosyt. Śledziła jej kolejne kroki, nie przesuwając się z miejsca choćby o cal. Już miała się odsunąć, wyrwać z uścisku, kiedy korzystając z przesadzonej bliskości, także przyjrzała się twarzy madame Mericourt, będąc wręcz pewną, że ta słyszy szaleńcze bicie serce. Czy zdawała sobie sprawę z tego, jak działa na Deirdre? Dostrzegła to z pewnym zdziwieniem, także ze względu na swoją własną reakcję. Niespodziewany dotyk zadziałał na nią uspokajająco, przywoływał wspomnienie słabości z początku miesiąca, kiedy to rozgoryczona śmiercią brata podniosła na Tristana nie tylko głos. Z ciekawością dostrzeżoną w oczach czarownicy Evandra spotkała się już niejednokrotnie; z fascynacją i rosnącym napięciem, dotarciem do granicy i sprawdzaniem jak mocno można ją jeszcze naciągnąć. Tym razem sama nachyliła się do jej policzka, niemal stykając go z własnym. Wpuściła do płuc powietrze zmieszane z ciężarem perfum Deirdre, ale i kimś jeszcze. Czy i dziś tutaj był, po drodze do rezerwatu? Czy w ogóle bywał w miejscach, o których wspominał, że był, czy też traktował je jak zwykłą wymówkę? Tak właśnie, Evandro, spełnia się twój koszmar, zwróciła się do samej siebie i wypuściła wstrzymany oddech, unosząc brew.
- Wiem, że nie jesteś - żachnęła się ściszonym głosem, ignorując uwagę o harpich pazurach. - Nie winię cię, że mu uległaś, w końcu każda ulega. - Wciąż nie odrywała od niej swojego silącego się na obojętne spojrzenia, skrząca się w nich złość z wolna gasła. - Po co tu przyszłam? Nie chcę cię stąd wyrzucać, na twoje miejsce znajdzie przecież inną, co mija się z celem. - Była przekonana, że spełnienie tej najgorszej z obaw wywrze na niej większe wrażenie, odciśnie bolesnym piętnem i zamknie ją nie zawsze, tymczasem w obliczu jej potwierdzenia odnajdywała zadziwiający spokój. - Jedyne, co mnie zastanawia, to dlaczego czarownica o twoim statusie wciąż się na to godzi. - Jako wdowa, szanowana opiekunka czarodziejskiego baletu, mogła mieć każdego. Niejeden ustawiłby się w kolejce do tak pięknej i utalentowanej kobiety, co więc kryło się w myślach Deirdre, że zadowala się świadomością bycia tą drugą? - Ja nie mam wyboru, ale ty? - spytała wciąż nie podnosząc głosu, w zastanowieniu lustrowała jej twarz wzrokiem, by finalnie utkwić wyczekujące spojrzenie w czarnych tęczówkach.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]19.07.21 13:03
Brak odpowiedzi na konkretne, niezwykle ważne dla nich obydwu, pytanie, mocno ją zirytował. Nie przywykła do ignorowania poruszanych tematów, prowadziła konwersacje wartko i czujnie, zdobywając od razu cenne informacje – Evandra jednak wydawała się niewzruszona, zahartowana ognistą złością niczym stal, o dziwo nie dając się ponieść żałosnej, płomiennej fali gniewu. Cedziła słowa surowo, z misternym sarkazmem, wsuwając je niczym ostrza noża pomiędzy żebra, pozornie niezauważalnie, lecz celnie trafiając w serce problemu. Przynajmniej pozornie, bo Deirdre nie czuła się urażona ironią a omijaniem tak umiłowanej prawdy. – Nie odpowiedziałaś na moje pytanie – wtrąciła ostro, tracąc cierpliwość: czy Evandra nie zdawała sobie sprawy, jak ważne było ukrócenie tych plotek w zalążku? Tristan nie cieszył się jako młodzik nieposzlakowaną opinią, ale odkąd stał się mężem i nestorem, błędy przeszłości zostały mu zapomniane. Na jak długo? I czy właściwie wieść o tym, że nie jest swej ukochanej wierny, cokolwiek zmieniłaby w jego pozycji? Deirdre zbyt wiele czasu spędziła w Wenus, by wierzyć, że którykolwiek mąż i ojciec pozostawał swej rodzinie całkowicie lojalny. Wielu z nich traciło szacunek, lecz dlatego, że wybierali złe kobiety. Manipulujące, chytre, gotowe wszcząć prawdziwe szantażowe piekło, byleby osiągnąć swój cel, finansowy lub ckliwie romantyczny. Miu – Dei – taka nie była. – To dobrze, bo powinnaś być – odpowiedziała nieco chłodniej tuż po niezmiernych podziękowaniach, przez moment zastanawiając się, czy powinna obedrzeć lady Rosier ze złudzeń. Kubeł lodowatej wody mógł ją otrzeźwić, lecz czy chciała tego bolesnego oświecenia z rozsądnych pobudek, czy też była to tylko sadystyczna chęć sprawienia bólu kobiecie, która zawsze była od niej samej ważniejsza? Zawahała się na moment, zaciskając pełne usta w wąską linię, podkreślającą tylko mocno zarysowane kości policzkowe, obce, egzotyczne, nadające drapieżnych w zwierzęcy sposób rysów, tak odmiennych od delikatnej, królewskiej wręcz twarzy półwili. – Uderzył cię kiedyś? – spytała wprost, prawie beznamiętnie, mrużąc oczy z chciwą podejrzliwością. Chciałaby otworzyć jej oczy na to, że dzięki niej nie musi martwić się przypadkowymi dziewczynami przewijającymi się przez łoże nestora – te, które sama sprowadzała Tristanowi, były przecież jednorazową, śmiertelną rozrywką, nie generującą ryzyka. A także – że Deirdre jest w pewien sposób wentylem bezpieczeństwa, zabawką, którą można było bić, torturować i wylewać na nią chaos syconych czarną magią emocji. Nieraz zastanawiała się, czy Rosier kiedykolwiek skrzywdził Evandrę, w jakikolwiek sposób. Czy podniósł na nią rękę lub różdżkę; czy poniżył, obraził i groził? Wątpiła w to, kochał ją, prawdziwie i mocno, gotów rzucić pod jej stopy cały świat.
Przyglądała się jej z nową uwagą, nie tylko dlatego, że właśnie zaatakowała ją ognistą kulą, stworzoną bez użycia różdżki. Ciągle pozostawała pod wrażeniem tego wybryku, nigdy nie spotkała się z tak fizycznym gniewem półwili. Ani z tak czystą i szczerą konfrontacją z czarownicą, która znaczyła dla Tristana więcej od śmierci, jaką świadomie bądź nie, nosiła na swej dłoni. – Zawsze jesteś w stanie to zrobić, czy tylko wtedy, kiedy targają tobą negatywne emocje? – spytała ponownie, na sekundę znów zerkając w dół, na poparzony bok, dalej promieniujący palącym bólem. Zadawała jej wiele pytań, nie doczekując się odpowiedzi, ale nie zamierzała się wycofywać. Stojąca przed nią czarownica intrygowała ją, fascynowała, a jednocześnie drażniła. Stanowiła fizyczne przypomnienie o dzielącej ich przepaści. Pozycji, ale przede wszystkim znaczenia dla Rosiera. Czasami Mericourt udawało się o tym zapomnieć, okłamywała samą siebie z zadziwiającą wprawą, lecz ostatnio było to więcej niż niemożliwe, a finałem festynu odrzucenia było właśnie to spotkanie, pełne złowrogiego napięcia. Podążała za nim, tak samo jak za instynktem, nakazującym unieruchomić nadgarstek ognistej agresorki, choć w ten sposób akcentując swoją złudną przewagę. Chciała ją podbić, przekonać – i Evę, i samą siebie – że tak naprawdę nie cierpi i nie czuje zazdrosnej goryczy. Udawała tak długo, że nie wydawało się to wymagające, pomimo trudu, z jakim utrzymywała skupienie, stojąc tuż przed frustrująco piękną szlachcianką. Na Merlina, jej skóra z bliska zdawała się jaśnieć wewnętrznym blaskiem – czy to było normalne? Przesunęła dłoń z nadgarstka kobiety wyżej, po przedramieniu, aż na łokieć, za który pochwyciła mocniej, przysuwając tym samym Evandrę ku sobie. Do tego ją przecież prowokowała – myślała, że się wyrwie, że zacznie krzyczeć albo znów pośle ognistą kulę prosto w jej brzuch, zaskoczyła ją jednak w inny sposób, zmniejszając dzielący je dystans, wręcz dotykając własnym policzkiem do jej. Dekoncentrując ją na dobre. Odetchnęła głęboko sekundę po słyszalnym wdechu rywalki, wpatrzona w wachlarz jasnych rzęs skrywających chłód błękitnego spojrzenia. Dopiero potem pochyliła się jeszcze niżej, ignorując przebiegający po karku dreszcz - irytacji, lęku, fascynacji? – przełamując granicę i prawie muskając ustami wrażliwą skórę tuż przy włosach, przy uchu, przy szyi- Skąd wiesz, że to nie on uległ mnie? – szepnęła prosto do jej ucha, mimo goryczy odrzucenia nie chcąc obnażyć się z drżącą w niej niepewnością. Uśmiechnęła się prowokująco i znów wyprostowała się, stojąc naprzeciw niej, bliżej, niż było to komfortowe i akceptowalne. Chciała zasiać w niej ziarno zazdrości, bardziej jednak zależało na tym, by wypielęgnować je w sobie: odepchniętej, zawsze na dalszym planie, zapominanej i odrzucanej. Przed Evandrą udawała, że jest inaczej, choć czyż nie taka była prawda? Uwiodła go, oczarowała, uzależniła, dopiero potem padając ofiarą własnego toksycznego pragnienia. Odczuwanego i przez wygłodniałego doznań Rosiera. Uśmiechnęła się nieco kpiąco na wyjaśnienie półwili, znów przesuwając swoją dłoń po jej ręce, tym razem nieznośnie powoli, prawie pieszczotliwie, zatrzymując palce na nadgarstku, tak, by poczuć jej puls.
- Rozsądnie – pochwaliła ją mruczącym tonem, nie dodając, że wątpiła w to, by Tristan był w stanie znaleźć kogoś na jej miejsce. Była wyjątkowa. W ten plugawy, wulgarny, pozbawiony zahamowań sposób, nosząc przy tym znamię Czarnego Pana. Pocieszała się tym, przekonywała, pokazując Evandrze maskę zmysłowej pewności siebie, graniczącej z obrazoburczą arogancją.
- Naprawdę pytasz dlaczego godzę się na bliskość z nestorem rodu, wpływowym arystokratą o skarbcu pełnym galeonów? Z mężczyzną potężnym i burzliwie przystojnym, o spojrzeniu, które może zamienić cię w lód lub spopielić w ciągu sekundy? – zaśmiała się cicho, bynajmniej perliście, raczej ze złowieszczym szelestem, chrypką podkreślającą retorykę pytania. – Z najbliższym sługą Czarnego Pana? – dodała ciszej, nagle poważniej, mocniej zaciskając dłoń na delikatnym niczym gałązka nadgarstku. Była taka krucha. I tak niebywale cenna, jako żona jednego z najpotężniejszych czarodziejów tych czasów. Musiała zdawać sobie z tego sprawę. - Powiedzmy, że mamy podobne zainteresowania i tak samo cenimy piękno – dodała nieco lekceważąco, choć silniej brzmiała dwuznaczność, wibrująca prowokacja Piękno krwi, piękno czarnej magii, piękno erotyki i kobiecego ciała. Nie chciała odpowiedzieć wprost, bo prawda była więcej niż bolesna – bycie tą drugą nie było największym ciężarem, lecz pytanie lady Rosier należało do tych zasadnych. Dlaczego godziła się na takie traktowanie? I czy poniżenie i niepewność było warte tych krótkich chwil, gdy drżała otumaniona krwawą rozkoszą? Tak, cisnęło się na usta, nie powiedziała jednak nic, rozluźniając uścisk na nadgarstku kobiety, pozostawiając po nim zaróżowione ślady po wbitych w skórę paznokciach. – Przyszłaś tu bo chciałaś mnie poznać? Ocenić? – rzuciła jeszcze, nagle olśniona, odejmując dłoń i cofając się o krok, świadoma, że choć pozornie prezentuje się nienagannie, wyniosła, prowokująca i boleśnie szczera, to spięte mięśnie skrywały zdecydowanie zbyt szybko bijące serce, rozjuszone – poruszone? – bliskością czarownicy, dla której Tristan był w stanie zrobić wszystko.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Gabinet towarzyski [odnośnik]04.08.21 23:38
Znów ten ostry, arogancki ton, wobec którego lady Rosier miała mieszane uczucia. Jak długo zamierzały się spierać i przepychać, tańczyć na ostrzu noża w takt przyspieszonego bicia serc. Ściągnięte wargi cedzące chłodne słowa zadawały kolejne rany, obok których nie sposób było zignorować. Evandra nie lubiła tracić cierpliwości, lecz nie dlatego, że bała się zdradzić swoje słabe punkty, lecz z powodu nagłego otrzeźwienia, jakie zawsze przychodziło w najmniej odpowiednim momencie, odbierając satysfakcję.
- Tym nie musisz się już martwić. Zabrał tą wiedzę ze sobą do grobu - powiedziała wymijająco, decydując się jej dłużej nie ignorować. - Skoro jednak pomimo, jak sądzę, usilnych starań, ta wieść doszła i do mnie, czeka cię sporo poszukiwań. - Tak jak i ona wolała utrzymać te rewelacje w sekrecie, ale była pewna, że Primrose, jako lojalna przyjaciółka, nie powie o tym nikomu więcej.
Pokręciła tylko wolno głową, bardziej do własnych myśli, niż w odpowiedzi Mericourt. Istna ironia losu, lawina nieszczęśliwych następstw wywołanych nagromadzonymi sekretami, spadła wprost na jej drogę, chcąc zesłać kolejne przykrości, którym to Evandra nie zamierzała się poddawać. Bezczelność czarownicy kłuła nadal, wdzierając się bezwstydnie do zamkniętej dotychczas sfery ich życia. Do czego była w stanie się posunąć, by zdobyć to, czego nie mogła mieć?
- Widać nie jesteście tak blisko, skoro ci nie powiedział - odparła sucho na tą chciwą podejrzliwość, nie chcąc dać jej satysfakcji z posiadania tej wiedzy. Tristan nie musiał podnosić na nią ręki ani różdżki, by sprawić jej przykrość. Widać wystarczyło mu wyłącznie bycie sobą. Ledwie przed dwoma tygodniami, tak jak Deirdre teraz, ściskał jej nadgarstek, chcąc wymusić posłuszeństwo, nie rozumiejąc że w tamtym momencie daleka była od prawdziwego buntu. A dziś?
Zatrzymana w pewnym napięciu, na palącym bezdechu, w tych kilku przeciągających się na wieczność uderzeniach serca przesuwała spojrzeniem po osłoniętej błyszczącym quipao szyi, biegnąc ku górze do drobnego ucha i wzdłuż linii włosów. Kolejna prowokacja, cel Deirdre został osiągnięty, w lady Rosier wezbrała się zazdrość, która jakby tylko czekała w ukryciu na bezpośredni impuls, gotowa do wybuchu.
- Chyba zgodzisz się, że w przypadku Tristana nie jest to żaden wyczyn - odparła równie ściszonym głosem. Już nie była pewna czy złości się na niego czy też na Deirdre. A może na Primrose, że zdradziła jej tą tajemnicę, a może na Francisa, że i z tym zamierzał się dłużej kryć?
Dla lady doyenne stojąca przed nią czarownica była tylko jedną z wielu, z którymi szanowny małżonek miał dzielić łoże. Przelotną znajomością, niewiele znaczącą, możliwą do zepchnięcia w kąt. Liczyła, że właśnie tak to wyglądało, że była wciąż szansa na utwierdzenie się w przekonaniu, iż to we dwoje trwać będą wiecznie, bez rys na zaufaniu. Tymczasem Deirdre swym dominującym zachowaniem zaznaczyć chciała pewność siebie, podkreślić własną wyższość. Dla Evandry jasnym było, że aby zachowywać się w ten sposób po otrzymaniu ognistą kulą w brzuch, wybranka Tristana musiała być szalona albo prawdomówna.
Złączyła z nią swe spojrzenie, sięgając w głąb czarnych, przepełnionych łapczywą dzikością oczu. Wiedziona ciekawością i ekscytacją zapragnęła jej sprostać, wyjść naprzeciw - nie zmierzyć się, a sprawdzić. Wystarczyło przecież unieść wolną dłoń i wsunąć pod brzeg nadpalonego materiału, dotknąć lepkości rany, zacisnąć lekko palce, zarysować paznokciem. Sprawdzić jak daleko sięga nieprzekraczalna granica, jak mocno trzeba ją nagiąć, by w butnym spojrzeniu dostrzec zawahanie, upadający triumf.
Jeszcze do niedawna wierzyła w słowa Tristana. Ufała, gdy wspierał, wierzyła, gdy mówił, że kocha i będzie z nią trwać. Teraz, stojąc przed madame Mericourt, z trudem brała którekolwiek z zapewnień za prawdę. Nie była już pewna, czy gdy mówił o pozostaniu wiernym temu, w czym się urodził, miał na myśli szlachetność serca czy też inne, nieznane jej dotąd Rosierowie zwyczaje.
Moja pozycja jest teraz jedynym, co cię chroni, śmiał twierdzić małżonek, uznawszy za mało istotne uświadomić ją o dopisanych znikającym tuszem warunkach. Kazał jej rosnąć w siłę, przekuwać słabości w moc, lecz nie pomyślał, że nawet najpiękniejszy posąg upadnie, gdy go postawić na kruchych i chybotliwych fundamentach.
Opuściła wzrok, niechętnie odpychając od siebie wezbrane nagle pragnienie. Ze słowami Deirdre nie sposób było się nie zgodzić. Szorstki głos drażnił, zmuszał do napięcia kolejnych mięśni, przyspieszał bicie serca i na nowo budził uśpiony instynkt. Bezczelność przywołała myśli, jakie atakowały jej udręczony umysł oraz poszarpane serce, które jedyne, czego pragnęło, to kochać. Myśl nieodparta, powracające obrazy - to żal czy wrogość? Smutek czy zawiść? Złość czy ciekawość…?
Czując słabnący nacisk na nadgarstek, ruszyła lekko palcami, jakby nie była pewna czy wbijające się w skórę paznokcie naprawdę tam przed chwilą były, czy też podobnie jak Tristan, dała się odurzyć niskiemu, hipnotycznemu głosowi oraz spojrzeniu, jakie zaglądać chciało do wnętrza jej duszy.
- Mam już wszystko, po co tu przyszłam, madame - zapewniła ją bez żadnych uśmiechów ani kotłującej się złości. W myślach półwili niejednokrotnie wcześniej pojawiała się sylwetka westalki magicznego baletu, analizując i próbując przewidzieć jak potoczy się dzisiejsze spotkanie. Mimo pewnej przewidywalności faktów, postawa czarownicy ją zaskoczyła, nasuwając tylko dodatkowe wątpliwości. Kiedyś naprawdę sądziła, że znajdzie się między nimi porozumienie, ale los zdawał się mieć inny plan na to przeznaczenie. Zrobiła krok, wpuszczając między nie odrobinę powietrza, którym zachłysnęła się z pewną ulgą, jak i nieodgadnionym żalem.
Zerknęła na zastawiony dokumentami i talerzykami z jedzeniem osmolony stolik; na poszarzałe od pyłu kwiaty i nadpaloną kartkę z przypiętym doń zdjęciem baleriny. - Ta się nada. - Wskazała tylko krótkim ruchem głowy na referencje, którym cudem udało się uciec przed ostatecznym spłonięciem. Jeszcze jednym, ostatnim spojrzeniem zaszczyciła twarz orientalnej piękności, ale wzrok ten nie zdradzał już niczego, jakby utracone na chwilę kontrola i fascynacja niełatwe były do ponownego odzyskania. - Do zobaczenia na premierze, jestem pewna, że dopilnujesz, by okazała się sukcesem. - Ze słowami pożegnania ruszyła do wyjścia, chcąc czym prędzej oczyścić umysł świeżym powietrzem.




Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654

Strona 6 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Gabinet towarzyski
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach