Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Zejście do Azkabanu
AutorWiadomość
Zejście do Azkabanu [odnośnik]14.03.19 18:35

Zejście do Azkabanu

W związku z utratą połączenia z budynkiem Azkabanu, podjęto decyzję o budowie więzienia o zaostrzonym rygorze głęboko pod podziemiami Tower of London w którym mieścił się dotychczasowy areszt. Budowę ukończono w listopadzie 1956 r. i pozostano przy starej nazwie Azkabanu.
Zejście do niego odchodzi od głównej odnogi strzeżonego korytarza piwnic Tower, przy którym nieustannie dryfuje trzech dementorów. Wpierw pokonać należy równo trzysta sześćdziesiąt schodów prowadzących w dół. Im schodzi się niżej, tym chłodniejsza panuje temperatura i tym trudniej wziąć jest oddech. Po pokonaniu schodów pozostają trzy przejścia będące chwiejnymi drewnianymi mostami prowadzącymi nad przepaściami prowadzącymi w nicość: ponoć na ich dnie mieszkają stworzenia wyrwane z najstraszniejszych koszmarów. Ich szepty złowieszczo niosą się po grocie, pozostając słyszalne w niemal każdym ich zakątku. By otworzyć ostatnią bramę należy przyłożyć dłoń do strzegących ją drzwi. Otworzą się wyłącznie przed uprawnionymi - wyżej postawionymi aurorami lub wysoko postawionymi uprawnionymi politykami Ministerstwa Magii.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]24.11.20 23:46
Znalazłszy się w bocznym korytarzu, Zakon Feniksa mógł odczuć chwilową ulgę. Czarodzieje widzieli, że ich plan działał — strażnicy pobiegli w stronę, w którą posłali iluzje. Zanim się zorientują w sytuacji, mogli być już dawno tam, gdzie chcieli dotrzeć. Korytarz był pusty, długi, ale na samym końcu wyraźnie zarysowywały się drzwi i były uchylone. Po trzech sylwetkach, które wcześniej dostrzegał pod postacią bladych poświat Vincent nie było ani śladu. Ponieważ nie nikt nie opuszczał korytarza poza Kruegerem i Thornem, można było przypuszczać, że ktokolwiek to był, przeszedł drzwi na drugą stronę.

Im bliżej drzwi czarodzieje się znajdowali, tym większy chłód czuli, a wraz z nim niepokój. Po przekroczeniu progu zimny wiatr, niczym przeciąg, uderzył w nich niespodziewanie. W dół prowadziły strome, kamienne schody. Droga z góry zdawała się coraz węższa, coraz słabiej oświetlona, aż w końcu prawie znikała w ciemności. Gdzieś tam na dole majaczył jakiś koniec, kamienny okrąg, pochodniami rozświetlającymi obszar wielkości małego orzecha i trzy drogi ginące w ciemności. Przestrzeń wokół była pusta, jakby poza schodami wokół nic nie było. Kamienne ściany, niczym najgłębsza jaskinia, mogły liczyć kilkadziesiąt, jak nie setki metrów. Łukowate sklepienie było wyrzeźbione starannie, ale surowo, bez ozdób, bez zbędnych udziwnień. Pojedyncze błyski światła tańczyły nad nim, tworząc przerażające cienie.

Schodząc w dół, ostrożnie, powoli, trzymając się niewyszukanych poręczy coraz bardziej zbliżało się do poziomu który mógłby być uznany za najprawdziwsze podziemie. Wokół unosiła się mgła, para lub dym cuchnący zgnilizną, rozkładem i siarką. Przede wszystkim — śmiercią. I choć na pierwszy rzut oka nigdzie nie była widoczna dawało się ją wyczuć w powietrzu, była wszechobecna i niewidzialna. Kryła się w ciemności. Schody kończyły się na kamiennym placyku, którego nie otaczały już żadne barierki. Wokół była tylko przepaść — zionąca pustką, smutkiem, przerażeniem. Odległe, słabe światła z dołu, płatały oczom figle. Przyglądając się temu, co było tam dało się dostrzec zatrzymane na skałach ciała w różnym stanie rozkładu — mniejszym i większym, nabite na ostre krawędzie, jakby zatrzymały się na nich przypadkiem, gdy wrzucano zwłoki w przerażającą czeluść. Niektóre z nich miały na sobie więzienne szaty, niektóre wciąż kawałki łańcuchów przy kostkach, inne, ogołocone już z mięśni, skóry i ludzkich części, wydawały się całkiem nagie. Gdzieniegdzie były też kości, pojedyncze, niezrzucone w odmęty nieznanej Zakonnikom głębi. Z dołu dochodziły przeróżne dźwięki. Nie brzmiały jak odgłosy zwierząt ani stworzeń, które znali, raczej istot, których wcale nie chcieli oglądać.

Temperatura w tym miejscu była niska, a aura przytłaczająca. Ze środka trzy mosty prowadziły na drugą stronę. Każdy był zwrócony w innym kierunku, ale pomimo odymionego powietrza można było dostrzec, że ostatecznie wszystkie ścieżki po drugiej stronie mogły się połączyć pod kolejnymi wrotami. I właśnie tam znajdowała się brama do Azkabanu. Niemalże legendarna, choć nowa, świeża, a już tak samo okazała jak historie o dawnym więzieniu dla najgorszych zbrodniarzy. Brama z metalu, ciężka — wyraźnie wskazywała na porządną robotę goblinów. Ustrojona była drobnymi ornamentami i oznaczona runami ochronnymi, które Vincent podobnie jak Cedric od razu mogli ujrzeć. Nie było żadnej klamki ani zamka. Runiczne napisy stanowiły też instrukcję dla każdego przybywającego: by otworzyć bramę należało przyłożyć do niej dłoń, wrota każdemu uprzywilejowanemu czarodziejowi miały stanąć otworem.

| Na odpis macie 48h. Tura: 6. Mistrz Gry najmocniej przeprasza za opóźnienie, ale zatrzymały go sprawy rodzinne. W związku z tym postanowił sprezentować Wam jeden krytyczny sukces, przyznany losowo po zakończeniu tej tury.

Działające zaklęcia i eliksiry:
Kameleon (Cedric) 3/3
Kameleon (Lydia) 3/3
Kameleon (Vincent) 3/3
Kameleon (Alex) 3/3
Kameleon (Billy) 3/3
Michael (peleryna niewidka)
Magicus Extremos (Lydia) +9 2/3

Możecie w tej turze dokonać dwóch akcji, a także przemieszczać się w granicach rozsądku. Możecie rozdzielić swoje działania na dwa posty, wykorzystać do tego szafkę lub jeśli w niczym to nie przeszkadza, zawrzeć wszystko w jednej odpowiedzi.


Ekwipunek:

Żywotność:
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]25.11.20 22:16
Wbiegając do ciemnego, ciasnego korytarza widział jedynie nicość. Ostatnie urwane dźwięki więziennych oprawców odbijały się od zimnych, kamiennych ścian. Miał nadzieję, iż sprytna iluzja odciągnie uwagę mężczyzny oraz nadbiegających strażników. Szedł do przodu nie oglądając się za siebie. Słyszał jedynie swój własny, przyspieszony oddech wypierając fakt, że tak naprawdę był to przecież najzwyklejszy, paraliżujący strach. Dopiero teraz, nie mając wokół siebie żadnej żywej duszy, grzęznąc w klaustrofobicznej przestrzeni o drażniącym, przeszywającym zapachu - zrozumiał. Adrenalina opadła, prawdziwe ludzkie odczucia wydobyły się na pierwszy plan. Czarne myśli uderzyły w umysł wciskając najokropniejsze, najbrutalniejsze wizje; czy uda im się przeżyć? Czy mają szansę w ogóle wyjść z tego cało? Czy uda im się uratować uwięzioną Zakonniczkę? Jaką mają pewność, że gdzieś tam, w odległej głębi obskurnej pułapki znajduje się jej sylwetka? Zmizerniała, zmęczona, raniona tygodniowymi torturami. Nie mógł znieść tak parszywych odczuć, czując jak wzmożony chłód obezwładnia całe ciało. Zadrżał zaskoczony, chyba otarł się o bok, któregoś ze współtowarzyszy. Byli obok, jednakże każdy nieproszony dźwięk był w tym momencie niepotrzebny. Wydawało mu się, że korytarz ciągnie się w nieskończoność, lecz poświata wysunięta z lekko uchylonych drzwi wtłoczyła rąbek nadziei. Schodził po schodach przyciśnięty do chropowatej ściany. Próbował amortyzować upadek tonąc w hebanowej ciemności. Dłoń zaciskała się na cienkiej, śliskiej poręczy wiodącej na sam dół. Schodzili do najgorszej, obrzydliwej otchłani. Widział bladą mgłę niczym oddech uciemiężonych winowajców. Powietrze cuchnęło siarką, zgnilizną i rozkładem. Wolną ręką zasłonił nozdrza starając się skupić na poprawności korku. Jeden nieskoordynowany ruch mógł doprowadzić do niechcianej tragedii. Czuł dziwny ciężar winnej odpowiedzialności ulokowany na wszystkich wnętrznościach. Smutek, zrezygnowanie, niemoc mieszany z nawarstwiającym przerażeniem. Szli na swoje własne skazanie, był tego pewny. Próbując złapać chociaż jeden, głębszy oddech ujrzał kontury rozczłonowanych postaci. Były wszędzie - spiętrzone na ostrych skałach w różnym stopniu rozkładu. Bez kończyn, bez duszy, bez życia. Makabryczny widok powodował mdłości, odrzucenie, pragnienie ucieczki. Próbował zabrać wzrok, opuścić głowę, lecz paskudny obraz powracał niczym mantra; a jeśli jej ciało też tam jest? Co jeśli się spóźnili? Przełknął ślinę i niekontrolowanie przyspieszając swój ruch. Chciał stąd odejść, przejść dalej, uwierzyć w nadwrażliwy umysł produkujący realistyczne, zwodnicze wizje. Ciężar zziębniętych mięśni nie pomagał. Rozmasowywał ramię wtłaczając utracone strużki ciepła. Dziwy, nieludzki odgłos dochodził z pustego wnętrza. Po krótkiej chwili, zauważył je; trzy ścieżki zawieszone pomiędzy niedostrzegalną pustką. Prowadziły do jednej, charakterystycznej, metalowej bramy. Ozdobiona drobnymi ornamentami, solidna, mosiężna. Wykonana przez precyzyjne istoty słynące ze swojego wyuczonego fachu. Stanął przed nią zadzierając brodę, spoglądając na każdy element oraz najmniejszy pręt. Po krótkiej chwili je dostrzegł; wyczulony jako zawodowy Łamacz Klątw. Zauważył drobną, runiczną sentencję wyrytą w metalu. Znane symbole układały się w sentencję, pewien rodzaj instrukcji. Niewidzialny Rineheart podszedł odrobinę bliżej, aby niczego nie pominąć, dobrze odczytać każdy znak, nawet ten zatarty. Licząc, że wszyscy współtowarzysze stoją obok powiedział: – Brama ma na sobie runiczne zabezpieczenie. Jest ciężka, solidna, najpewniej robota goblinów. – zaczął doglądając szczegóły. – Nie ma żadnej klamki, ani uchwytu. Ale runy układają się w pewną sentencję, chyba instrukcję. Przekładając to na bardziej ludzką mowę, aby otworzyć wrota należy przyłożyć do nich dłoń. Te otworzą się przed każdym, uprzywilejowanym czarodziejem. – wypowiedział na głos, słysząc echo zachrypniętych słów. Musieli znaleźć sposób na pokonanie pułapki, miał już pewien pomysł.

| piszę jeszcze jeden post



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]26.11.20 0:23
Rzucili się w przejście, choć Farley wręcz czuł, że ledwo im się udało. Czy pomogło im prędkie przemieszczenie się, czy szczęście: nie był pewien, lecz skłaniałby się ku obu. Praktycznie depcząc sobie po piętach ruszyli do przodu, wciąż niewidzialni, wciąż skryci w ciemności. Może to lepiej: posępne szepty niosące się w dziurze – nie było co kłamać, byli w dziurze – nie zachęcały do tego, aby manifestować swoją obecność niczym wywieszany w narodowe święto sztandar. Farley przelotnie zerknął w dół i wciął głęboki oddech. Kojarzyło mu się to z poprzednią wizytą w Azkabanie kiedy sam pod sobą przeciął podtrzymujące go sieci i spadał w podobną otchłań, a choć nie miał lęku wysokości to samo wspomnienie nie było zbyt przyjemnym. Miał jeszcze jedno powiązanie aktualnej sytuacji z czymś z czym się już zdążył zetknąć, jednak nie do końca w realnym życiu. Miał wrażenie, że właśnie wprowadził swoją drużynę wgłąb kopalni Moria. Drgnęły mu kąciki ust kiedy szli naprzód, stawiając stopy na pierwszym stopniu. Drugim, trzecim... trzydziestym. Punkt widzenia zdecydowanie zależał od punktu siedzenia: Alexander nigdy nie porównywałby się z bohaterami książek. Nie uznawał się za herosa. I nie chciał, nie oczekiwał poklasku. Każde z nich robiło to, co musiało, co należało zrobić, a choć skojarzenie pozostawało skojarzeniem dość trafionym, to nie było nieomylne.
Między sto siódmym a sto trzydziestym czwartym stopniem Alexander zaczął mieć wrażenie, że nie posuwają się do przodu. Było to pewnie złudzeniem, jak wiele rzeczy, które zdawały mu się chować we wszechobecnym mroku. Od jego zachowania zależało jednak zbyt wiele, żeby mógł pozwolić sobie na utratę nerwów. Zaciskał tylko dłoń na różdżce, dokładnie wpatrując się w każdy ruch i majak, który wychwytywały jego pomylone oczy i głowa. Kiedy minęli stopień dwieście dwudziesty drugi złudzenie tkwienia w miejscu minęło, za to zdecydowanie nieiluzoryczny stawał się narastający chłód.
A kiedy zeszli z trzysta sześćdziesiątego stopnia, przeszli przez trzy chybotliwe przejścia i ujrzeli przed sobą bramę, na której jeszcze znajdowała się inskrypcja Farley nie był już w stanie się powstrzymać.
Powiedz przyjacielu i wejdź. Mellon – rzucił półgłosem. Pewnie właśnie wszyscy dziwnie się spojrzeli na miejsce, z którego dobiegał jego głos, ale naprawdę musiał to zrobić. Może choć jedna osoba tutaj zrozumie o co mu chodziło. – Jak stąd wyjdziemy to pożyczę wam taką jedną książkę i zrozumiecie – rzucił mimo wszystko w czasie kiedy ktoś pochylił się nad inskrypcją w celu jej odczytania, a przynajmniej na to wskazywało ciche szuranie kroków kierujące się w stronę przeszkody. – Ostrożnie – na wszelki wypadek mruknął Farley, omiatając spojrzeniem odrzwia. W jego trzewiach zagnieździło się nieprzyjemne uczucie, które prędko zostało potwierdzone przez Vincenta.
Alexander ze świstem wypuścił z piersi powietrze, unosząc wolną dłoń do skroni i intensywnie ją masując. Gdyby teraz był widoczny to można by ujrzeć na jego twarzy, jak bardzo paruje mu właśnie mózg.
Gobliny... uprzywilejowany czarodziej... uprzywilejowany, uprzywilejowany... – mamrotał pod nosem, zaczynając dreptać. Przez to, że wszyscy byli niewidoczni musiał oczywiście komuś nadepnąć na stopę. – Przepraszam – bąknął prędko, ale nie do końca było w tym słychać zaangażowanie, bo jego myśli były już zupełnie gdzie indziej. Zatrzymał się jednak, tym samym zabezpieczając stopy pozostałych przed stratowaniem. – Budowę więzienia zlecił Harold Longbottom – zaczął myśleć na głos, palcami lewej dłoni bębniąc energicznie w dolną wargę. Sięgnął po tym do kieszeni po dwukierunkowe lusterko, ale nie widział w nim Kierana. Szlag, przydałoby im się coś więcej, jakieś przydatne informacje. – Ukończone zostało przez rząd Malfoya. Nie wiadomo w jaki sposób brama rozróżnia kto jest uprzywilejowany, nie wiadomo jaka jest definicja osoby uprzywilejowanej. Musimy więc bazować na czystych domysłach – stwierdził, obracając się przodem do bramy i mierząc ją wzrokiem. – Nie jesteśmy na tyle lekkomyślni żeby próbować wysadzić goblińską robotę, bo są o wiele większe szanse, że sami wybuchniemy. Goblińskie rzemiosło jest specyficzne – użył dość miałkiego terminu, bo więcej z historii magii nie mógł sobie przypomnieć w tej chwili. Zaplatając ręce na piersi i obracając różdżkę w palcach ciągnął jednak dalej, wiedząc, że mieli mało czasu i musiał wyklarować w swojej głowie to, do czego dążył. – Nie mamy też dłoni Krugera, a metamorfowanie się w niego nie będzie tu rozwiązaniem – westchnął, odrzucając kolejną myśl. – Musimy więc zaryzykować wersję, która ma choćby cień szansy na powodzenie – stwierdził, a w jego głosie zadźwięczała nuta pewności. – Trzeba zaryzykować stwierdzenie, że awansowany auror jest wystarczająco uprzywilejowany, nie mamy nic lepszego. Jednak, Mike, nie wiem gdzie stoisz ale popatrzyłbym się na ciebie teraz, kwestią sporną pozostaje to, czy nadal byłbyś w stanie przejść. W czasie powstania bramy pracowałeś dla Ministerstwa, przed odejściem byłeś wyższy rangą, czyli poniekąd uprzywilejowany. To bardzo szkicowa teoria, ale może gdybyśmy wszyscy pozostali spróbowali skonfundować bramę to może, ale to może uznałaby cię za wystarczającego – wyrzucił z siebie, po czym wziął głęboki oddech.
Michael to nasza najlepsza opcja. Zakładając sukces, wejdziemy do Azkabanu – stwierdził i żałował niezmiernie, że nie mógł na nich wszystkich teraz popatrzeć. – Ustawimy się w półokręgu naprzeciwko bramy. Od prawej strony Lydia, Vincent, Billy, Cedric, ja. Michael stanie między nami a bramą, w razie gdyby go odepchnęła to wytraci prędkość na nas, a nie na przepaści. Następnie konfundujemy bramę, tylko celujemy wyżej żeby nie skonfundować Tonksa, a Michael przykłada do niej dłoń – powiedział, po czym wziął jeszcze jeden głęboki oddech. – Jeżeli ktoś ma lepszy pomysł niech przemówi teraz, jak nie to ustawiamy się. Tylko powiedzcie, jak będziecie na miejscu. Od prawej w Lydia, Vincent, Billy, Cedric, ja – powtórzył raz jeszcze, stawiając najsilniejszych na środku. – Musimy też ochronić się przed chłodem, Caldasa powinna być wystarczająca – powiedział, po czym ustawił się z lewej strony. – Na pozycji. Reszta? – zapytał spokojnie, starannie ukrywając lekką nerwowość, którą czuł w mrowiących go palcach. Kiedy otrzymał potwierdzenie od wszystkich, odetchnął raz jeszcze. – Caldasawymówił inkantację kierując różdżkę na siebie. Zaczekał na resztę i nie czekając na efekt zaklęcia odezwał się ponownie. – Policzę do trzech, na trzy konfundujemy celując w górną część bramy, a jak tylko czary uderzą to Mike od razu przykłada dłoń – oznajmił. Nie było odwrotu, mógł jedynie jeszcze raz odetchnąć żeby nie zadrżał mu głos. – Raz... dwa... trzy! Confundus!rzucił zaklęcie, celując w wyższą część bramy, aby przypadkiem nie trafić w Tonksa.

| Rzut na Confundusa, rzucam na Caldasa.


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : 52
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 37
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Zejście do Azkabanu 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]26.11.20 0:23
The member 'Alexander Farley' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 53
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]26.11.20 0:49
Przestraszyła się, że Krueger odkrył ich podstęp, a iluzje wyczarowane przez zakonników zdały się dla niego tylko pustą iluzją, którą szybko przejrzał – jego krzyk wywołał na jej ciele zimny dreszcz, a nogi niemal same zareagowały, biegnąc zaraz w głąb korytarza, przy którym jeszcze chwilę temu stała. Biegła na oślep, przed siebie, ale słyszała oprócz swoich kroków również inne, zdawać by się mogło, że znajome. Chciała dotrzeć do drzwi, spod których migotała blada, rozwodniona łuna światła, jak najszybciej, ale jednocześnie na nikogo nie wpaść, nie stworzyć hałasu upadających ciał. Przysunęła się do ściany najbardziej jak mogła, mając nadzieję, że złapie kogoś za dłoń – udało jej się to, objęła palcami czyjś łokieć.
Billy? – myśl była instynktowna, pierwsza. Nie, to chyba nie on. A może? Nie zastanawiała się nad tym dłużej, nie było czasu, przeszła przez drzwi zaraz za kimś, za którymś ze współtowarzyszy. Zimno uderzyło nagle, strącając z ciała natychmiast najdrobniejsze ogniki ciepła, które nie zdążyły uczepić się skóry, wtłoczyć w nią życiodajne żar. Zadrżała po tym lodowatym powiewem, nieprzyjemne uczucie przechodzenia z cieplejszego w zdecydowanie zimniejsze zaatakowało ją znienacka. Musiała się otrząsnąć, dokładnie jak zwierzę strząsające z futra mroźne krople. Kiedy schodzili, opuszkami palców starała się dotykać ściany, wspierać o nią, ale kiedy zimno było zbyt przejmujące, musiała trzymać równowagę tylko nogami i pozornym wrażeniem prostej postawy. Czas dłużył się przy tym niemiłosiernie, a każda sekunda jednocześnie oddalała i przybliżała ich do Just. Zęby szczękały delikatnie, nie tylko z powodu chłodu, ale i nadmiaru emocjonalnych bodźców – napięcie, stres, obawy: to wszystko nawarstwiało się grubą pod skórą. Wreszcie dotarli na sam dół. Dotarli do samego progu królestwa śmierci.
Odór zgnilizny był zadziwiająco subtelny – tylko z początku. Każdy krok jednak naganiał go do nozdrzy coraz więcej i więcej, aż smród drapał w gardle przy każdym przełknięciu śliny. Jeszcze jeden krok wprzód, dokonany z pełną wahania rozwagą, i wreszcie oczy zaczęły przyzwyczajać się do tej ciemności tylko czasem przecinanym pojedynczym mignięciem światła. Cień padł na jakąś twarz, a jej oczy zaraz za nim pobiegły – żałowała.
O mój Boże… – szepnęła do siebie, bo przecież, choć mogła przysiąc, że pozostali byli tuż obok, w tej chwili jakby była sama. Przerażenie zawarczała jej wprost do ucha. Oczy nie skupiały się już na jednym obiekcie, pokiereszowanym, na mięśniach szczęk rozluźnionych do tego stopnia, że usta były już tylko ciemną dziurą z pojedynczymi zębami i spuchniętym językiem. Ślina miała gorzki posmak, obrzydliwy, siarczysty, każdy oddech miał kształt szarawej, ciężkiej chmury papierosowego dymu. Nie patrz. Odwróciła wzrok. Musisz być dzielna. Cholera jasna, udowodnij wszystkim, że jesteś.
Drgnęła, gdy w tej batalii odezwał się głos Vincenta, a zaraz za nim Alexandra. Odetchnęła. – Jesteśmy tu wszyscy? Niech ten eliksir przestanie już działać, do diaska… – szepnęła, na próżno rozglądając się dookoła.
Szli dalej – aż do bramy. Potężnej, mówiącej „nie sforsujecie mnie, umrzecie tutaj, tuż przed mym progiem”. Słuchała Alexandra, spojrzeniem uparcie wywiercając dziurę w podłodze, nie patrząc na boki, gdzie ciała uparcie się w nią wpatrywały, jakby chciały przegonić, zmusić do ujścia stąd żywym. Od razu wykonała rozkaz, ustawiając się tak, jak wskazał gwardzista – od prawej. Odszukała odpowiednie miejsce przy krawędzi, ale wciąż na tyle od niej daleko, by nie spaść przy wykonaniu kroku.
Skoro zamiana w Kruegera nic nie da, to może w ministra Longbottoma albo tego szuję Malfoya? – rzuciła, przygotowując różdżkę. Wzrok mimowolnie, jakby obrzydlistwo ciągnęło je ku sobie, padł na krótki moment na wydętym od gnicia męskim brzuchu. Chciała zakląć w desperacji, ale zacisnęła tylko usta. – Caldasa – wypowiedziała, musiała się wzmocnić. Jeśli tu zamarzną… nie, nie zamarzną, musieli iść po Just. – Confundus! – wypowiedziała pewnie, ale niezbyt głośno, gdy tylko Alexander wypowiedział magiczne „trzy”.

| pierwsza kostka - caldasa; druga - confundus



jesteś wolny
a jeśli nie uwierzysz, będziesz w dłoń ujęty
przez czas, przez czas - przeklęty



Lydia Moore
Zawód : goniec
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
niczego nie wymagam
od toni pod lasem
na jedno się nie zgadzam
na swój powrót
tam
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8739-lydia-moore https://www.morsmordre.net/t8778-do-lydii#261196 https://www.morsmordre.net/t8755-dla-przyjaciol-lydia https://www.morsmordre.net/f302-griffydam-elder-lane-4 https://www.morsmordre.net/t8848-skrytka-bankowa-nr-2073#263628 https://www.morsmordre.net/t8780-l-moore#261243
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]26.11.20 0:49
The member 'Lydia Moore' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 90

--------------------------------

#2 'k100' : 7
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]26.11.20 1:02
Wbiegli w przejście wśród promieni zaklęć, a z różdżki Michaela wybiegł (dosłownie) Anthony Skamander. Doskonale, choć Tonksowi wydawało się, że Krueger nadal trzyma się na nogach - szkoda.
Schodził na dół wraz ze swoją drużyną, aż przesunął wzrokiem po bramie, po przepaści. Mięsień na policzku drgnął mu lekko, ale poza tym nie zareagował na widok trupów. Z każdym miesiącem wojny, zmarli robili na nim coraz mniejsze wrażenie.
-Myślisz, że to może być takie proste? - mruknął do Alexa, unosząc jedną brew z krzywym uśmiechem. Nie spodziewał się, że dawny lord czytywał mugolską literaturę. Zaraz jednak odezwał się Vincent i Mike zrozumiał, że to faktycznie może być tak proste.
-Na zasadach ustanowionych przez Harolda Longbottoma, faktycznie powinienem mieć tutaj dostęp. - zgodził się, zerkając dla potwierdzenia na Cedrika. -Jeśli można skonfundować ten mechanizm, cofnąć go do poprzednich instrukcji... - nie był pewien, na ile pozmieniali tutaj ludzie Malfoya. Zmarszczył z namysłem brwi, a na sugestię Alexa skinął lekko głową.
-Spróbujmy z moją dłonią. - zgodził się bez większego wahania, bez strachu. Przyszedł tutaj w końcu dla Just, gotów oddać wszystko, co miał. Przed śmiercią chciałby co prawda jeszcze zobaczyć siostrę, więc z wdzięcznością przyjął plan asekurowania przepaści i skupił się, postanawiając zachować czujność. W razie czego sięgnie po różdżkę, był dobry w samoobronie - przynajmniej przed standardowymi zaklęciami. Brama budziła w nim niepewność, ale musiał się z niej otrząsnąć. W końcu przychodził tutaj jako ktoś uprzywilejowany.
Zanim zbliżył się do mechanizmu, skierował jeszcze na siebie różdżkę. Niedawno wpadł do zimnej wody, nie chciał znowu dygotać z chłodu.
-Caldasa. - powtórzył za Gwardzistą, a potem, tymczasowo nie bacząc na efekty zaklęcia, podszedł do wrót. Raz... dwa... na trzy, gdy rozbrzmiały Confundusy, przyłożył dłoń do bramy. Jestem starszym aurorem, jestem upoważniony - powtarzał sobie w myślach, na wypadek gdyby ustrojstwo mogło wyczuć jego nastawienie.

akcja 1: Caldasa
akcja 2: przykładam dłoń do bramy jako starszy auror


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Zejście do Azkabanu 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]26.11.20 1:02
The member 'Michael Tonks' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 94
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]26.11.20 1:36
Aż trudno było mu uwierzyć, jak wiele mogło zamknąć się w zaledwie ułamkach sekund: różdżka drżąca gwałtownie pod naporem zaklęcia, które – chwała Godrykowi – udało mu się odeprzeć; świst zaklęć, promienie przecinające powietrze; bieg do przodu – na ślepo, ryzykownie; gdyby miał czas na zastanowienie, uznałby to za szaleństwo, a fakt, że żadna ze świetlistych wiązek w nich nie trafiła – za cud, ale skupiony był tylko na poruszaniu się do przodu, pokonywaniu kolejnych metrów, krok za krokiem – uważając, by nogi nie zaplątały mu się w poły niewidzialnych szat współtowarzyszy. Usłyszał swoje imię, wypowiedziane głosem siostry; odwrócił głowę instynktownie, ale jego oczy napotkały jedynie na pustkę. – Lily – powiedział mimo wszystko, chcąc dać jej znać, że tak, był tutaj – że wciąż byli razem. – Trzymaj się b-b-blisko – dodał cicho. Nie zatrzymywał się jednak, szedł dalej – choć im dalej w korytarz się zagłębiali, tym więcej wysiłku i silnej woli kosztowało go powstrzymanie się przed zawróceniem. Na widok prowadzących w dół schodów coś zacisnęło się mocno na jego wnętrznościach, jakaś żelazna obręcz sprawiła, że wypuścił ze świstem powietrze z płuc; chociaż od samego początku zdawał sobie sprawę, że misja miała być ryzykowna, to dopiero teraz dotarło do niego, dlaczego. Nigdy, w nawet najdalej idących wizjach, nie byłby w stanie wyobrazić sobie uczucia, które go ogarnęło – potęgowanego przez chłód strachu, o siebie, ale przede wszystkim – o Lydię; jak mógł ją tutaj przyprowadzić? Wargi mu zadrżały, przez moment miał ochotę nalegać, żeby została – ale z odrętwienia wyrwało go lekkie popchnięcie, ktoś otarł się o niego, przesuwając się w stronę kamiennych stopni. Weź się w garść, przykazał sobie stanowczo, łapiąc się myśli, że nie byli tutaj sami; że miał dookoła siebie innych Zakonników – nawet jeśli ze względu na ich niewidzialność i paskudną, oblepiającą skórę aurę, łatwo było o tym zapomnieć.
Marsz w dół trwał w nieskończoność, stopień po stopniu, metr po metrze; przez chwilę próbował je liczyć, ale zakręciło mu się w głowie, więc przestał – skupiając się wyłącznie na prowizorycznej poręczy i celu, który czekał na nich na dole. Gdzieś tam, pośrodku tego przerażającego więzienia, była Justine; w przeciwieństwie do nich – sama, od tygodni skazana na łaskę i niełaskę wroga, otoczona przejmującym do kości zimnem i mgłą – dostrzegał ją teraz, kłębiącą się na dole. Odetchnął powoli, niemal spokojnie; drżał – choć nie był pewien, czy z chłodu. Coś, cichy, tchórzliwy głosik, wciąż namawiał go do zawrócenia – ale zakneblował go stanowczo i zamknął w odległej, ciemnej części umysłu; nie mógł uratować Rodericka, nie zdążył – ale drugi raz nie miał zamiaru popełnić tego błędu.
Gdy jego stopy zastukały o kamienną posadzę na dole, zatrzymał się na ułamek sekundy, wsłuchując się w otoczenie, żeby zorientować się, gdzie znajdowała się reszta – i szybko tego pożałował. Do jego uszu dotarły dźwięki dziwne, nieludzkie, niepokojące – sprawiające, że dreszcz przebiegł mu po plecach. Odchrząknął, głównie po to, żeby usłyszeć własny głos – żeby odciągnąć uwagę od tego, co mogło znajdować się na dole, w przepaści – choć przebłyski roztrzaskanych o skały ciał migały pośród rozrzedzającej się gdzieniegdzie mgły, z jakiegoś powodu wyciągając na wierzch wspomnienie jego ostatniego spotkania ze szmalcownikiem i jego ofiarami. – Którędy t-t-teraz? – zapytał, dopiero po wypowiedzeniu tego zdania orientując się, że szeptał. Podnoszenie głosu wydawało mu się dziwnie nie na miejscu, choć nie był w stanie określić, dlaczego.
Kiedy dotarli do bramy, w pierwszej chwili spodziewał się, że po prostu ją pchną – dopiero po słowach Vincenta przyglądając się jej dokładniej i zauważając, że w istocie nie miała żadnej klamki. Reszta przemyśleń o runach i zabezpieczeniach zlała mu się w jedno; nie nadążał za rozumowaniem Alexandra, nie mając pojęcia, co powinni robić dalej – nie wiedząc, jakim cudem Gwardziście udawało się zebrać myśli. On sam miał wrażenie, że niewidzialna siła ściska go za przełyk, wpatrywał się w metalowe zdobienia, tknięty wstydliwą myślą, że bardzo nie chciał dowiedzieć się, co znajdowało się za nimi. Jak miał nad tym zapanować? Czuł się zagubiony, dosłownie i w przenośni, zrobił więc pierwszą rzecz, która przyszła mu do głowy i podszedł bliżej, odnajdując Lydię, gdy się odezwała i palcami ściskając ją za nadgarstek. Paskudne myśli opuściły go na moment, zastąpione czymś innym: determinacją. Musiał ją stąd wyprowadzić, ją i Justine; bez względu na wszystko.
Nie oponował, gdy Alexander podjął decyzję, od razu wypełniając polecenie. – Vincent? – odezwał się, starając się odnaleźć miejsce, w którym zatrzymał się czarodziej, żeby stanąć obok; wyciągnął lekko rękę, sprawdzając, czy po jego prawej stronie ustawił się Cedric. Skierował koniec różdżki na siebie. – Caldasa – wypowiedział. Transmutacja nie była dziedziną, w której czuł się choć trochę pewnie, miał jednak nadzieję, że tak proste zaklęcie leżało w zasięgu jego możliwości. – Na p-p-pozycji – powiedział krótko, potwierdzając swoją gotowość; odnosząc wrażenie, że głos drżał mu odrobinę zbyt mocno. Podniósł różdżkę, wybierając miejsce na bramie – wyżej niż ludzka sylwetka, plus jeszcze kawałek – dla bezpieczeństwa. Zacisnął mocniej palce, a gdy tylko Alexander wymówił: trzy, rzucił: – Confundus! – Skupiał się na słowach Gwardzisty, pamiętając o tym, co chciał osiągnąć: zaburzyć działanie bramy na tyle, by chroniąca ją magia przepuściła Michaela jako upoważnionego do wejścia aurora.


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]26.11.20 1:36
The member 'William Moore' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 43

--------------------------------

#2 'k100' : 35
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]26.11.20 13:03
Odetchnął ciężko prezentując skłębione myśli w formie kilku, sensownych zdań. Zimno, które dotykało z każdej strony nie pozwalało na perfekcyjne skupienie. Choć niewidzialny, przechodził z nogi na nogę, ręce schował do kieszeni przylegającej kurtki. Cały czas przyglądał się tej przeklętej bramie, nie chcąc pominąć żadnego elementu, drobnego szczegółu, zwodniczej runy, która mogłaby ich oszukać. Niepokój prześlizgiwał się przez wszystkie wnętrzności, kiedy Alexander, dowódca rozpoczął znaczący monolog. Słuchał w milczeniu, pewnej zadumie kalkulując każde, prezentowane słowo. Nie miał pojęcia, iż budową więzienia zajmował się niejaki Harlod Longbottom. Kolejne informacje pozostawały równie zaskakujące, dlatego też wlepił rozszerzone źrenice w pustą nicość, pod którą mógł ukryć się młody Gwardzista. Niewidzialność męczyła okrutnie. Zaoferowany skrupulatnie wystosowanym planem, zastanawiał się czy jest on właściwy, czy na pewno zadziała? Nie mieli przecież wyjścia, musieli działać szybko, gdyż każda, uciekająca sekunda oddalała ich od celu. Każda opcja była na wagę złota. Przecież bariera nie mogła być, aż tak skomplikowana! Sam przyznał to przed chwilę, więc dlaczego te wątpliwości? Poruszył się niespokojnie i odchrząknął jeszcze dodając bardziej informacyjnie: – Jeżeli brama będzie stawiać jakiś magiczny opór, całkiem dla nas niezrozumiały, możliwe, że będzie to wina aktywnych run. Wtedy mogę spróbować z zaklęciem Finite. Byłoby to podobne działanie jak przy łamaniu klątw, lecz mogłoby okazać się skuteczne. – wtrącił jeszcze w trakcie wypowiedzi Farleya, dając nadzieję na inne opcje pokonania metalowej przeszkody. – Oczywiście mówię to jako domniemany plan B. – wyjaśnił jeszcze, aby nie wprowadzać zamieszania i niepotrzebnych nieporozumień. Kiwnął głową odnośnie ustawienia i wyciągając ręce przed siebie, starał się namierzyć współtowarzyszy. Gdy Moore wypowiedział jego imię, odwrócił się w jego stronę i powiedział spokojnie: – Tu Billy. – dłonią wymacał skrawek odzieży Zakonnika i pozwolił, aby bez żadnego problemu zajął pozycję obok niego. Usłuchał rady odnośnie zaklęcia podnoszącego temperaturę. Kierując trzonek różdżki na siebie, wymamrotał zaprezentowaną inkantację: – Caldasa. – aby następnie przesunąć się o kilka milimetrów w prawo i wyrzucić w mglisty eter: – Też na pozycji. – odczekał kilka sekund nabierając powietrza w obolałe płuca. Przyjął wygodniejszą, lekko przygarbioną postawę i na znak wyrzucił gromkie: – Confundus! – celował w miejsce pod runami. Pragnął wybudzić uśpioną magię, która dzisiejszego dnia tak bardzo zawodziła. Wrota musiały odpuścić, zelżyć magiczną barierę wpuszczając byłego pracownika Biura Aurorów.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]26.11.20 13:03
The member 'Vincent Rineheart' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 85

--------------------------------

#2 'k100' : 84
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]26.11.20 20:40
Przekląłem znów w duchu, kiedy Krueger się obronił przed moimi dwoma zaklęciami. Porzuciłem jednak kolejne próby, gdy wyraźnie zajął się wyczarowanymi iluzjami - dał się zwieść, co dało nam szansę. Podążyłem korytarzem za innymi, musieliśmy się śpieszyć, czas się kurczył. Wciąż martwiło mnie jak przejdziemy do samego Azkabanu, lecz szansa na pojmanie Kruegera przepadła.
Robiło się coraz zimniej i mroczniej. Szliśmy i szliśmy, korytarz zdawał się nie mieć końca, lecz ostatecznie trafiliśmy pod ścianę, na której dostrzegłem runy. Od razu podszedłem bliżej, przyglądając im się uważnie, a Vincent pierwszy opowiedział o nich na głos. - Tak. Potrzebna jest dłoń kogoś uprawnionego - potwierdziłem krótko, przypomniawszy sobie, że nie mogą jeszcze zobaczyć mojego kiwnięcia głową. Wysłuchałem z uwagą słów Alexandra.
- Nie sądzę, aby było to takie proste - mruknąłem sceptycznym tonem. Byłoby dobrze, gdyby ten tok rozumowania mógł się sprawdzić. Może po silnym skonfundowaniu mechanizmu ten pomysł miał rację bytu. - Awansowałeś przed rozwiązaniem Biura Aurorów, czy Rineheart uczynił to już później? Mechanizm może pamiętać jedynie tych, którzy mieli takie uprawnienia za czasów Longbottoma[/b - spytałem, bo chyba o tym nie słyszałem, mogło mi to umknąć. Jeśli tak, to mogło zadziałać. Jeśli nie, to obawiałem się, że dotyk zwykłego aurora to za mało. Wciąż jednak pozostawało mieć nadzieję, że wystarczająco silne Confundus zmyli mechanizm, może sprawi, że cofnie się o kilka miesięcy - jeśli strażnicy pod władzą Cronusa Malfoya wprowadzili jakieś zmiany. Westchnąłem cicho, wciąż żałując, że nie udało nam się pojmać Kruegera. To rozwiązałoby sprawę.
Sam przypominałem po wyjściu z łódki o konieczności chronienia się przed chłodem, a czując narastające zimno, poszedłem w ślady innych i postanowiłem spróbować się zabezpieczyć. Trzeba było wziąć grubszy kożuch, ale może gruba wełna na ciele wystarczy. - [b]Caldasa
- mruknąłem, skierowawszy różdżkę na siebie.
- Billy, Alexander, gdzie jesteście? - spytałem, musząc się upewnić gdzie stoją, bo wciąż ich nie widziałem przez działanie eliksiru kameleona. Odnalazłszy właściwie miejsce pomiędzy dwójką czarodziejów, tak jak nakazał Gwardzista, wycelowałem różdżką w ścianę - wysoko, tak, aby promień zaklęcia nie trafił przypadkiem Tonksa. - Confundus.
Oby się to udało.

1. Caldasa
2. Confundus


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]26.11.20 20:40
The member 'Cedric Dearborn' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 90

--------------------------------

#2 'k100' : 59
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 1 z 15 1, 2, 3 ... 8 ... 15  Next

Zejście do Azkabanu
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach