Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Zejście do Azkabanu
AutorWiadomość
Zejście do Azkabanu [odnośnik]14.03.19 18:35
First topic message reminder :

Zejście do Azkabanu

W związku z utratą połączenia z budynkiem Azkabanu, podjęto decyzję o budowie więzienia o zaostrzonym rygorze głęboko pod podziemiami Tower of London w którym mieścił się dotychczasowy areszt. Budowę ukończono w listopadzie 1956 r. i pozostano przy starej nazwie Azkabanu.
Zejście do niego odchodzi od głównej odnogi strzeżonego korytarza piwnic Tower, przy którym nieustannie dryfuje trzech dementorów. Wpierw pokonać należy równo trzysta sześćdziesiąt schodów prowadzących w dół. Im schodzi się niżej, tym chłodniejsza panuje temperatura i tym trudniej wziąć jest oddech. Po pokonaniu schodów pozostają trzy przejścia będące chwiejnymi drewnianymi mostami prowadzącymi nad przepaściami prowadzącymi w nicość: ponoć na ich dnie mieszkają stworzenia wyrwane z najstraszniejszych koszmarów. Ich szepty złowieszczo niosą się po grocie, pozostając słyszalne w niemal każdym ich zakątku. By otworzyć ostatnią bramę należy przyłożyć dłoń do strzegących ją drzwi. Otworzą się wyłącznie przed uprawnionymi - wyżej postawionymi aurorami lub wysoko postawionymi uprawnionymi politykami Ministerstwa Magii.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]06.12.20 22:20
Zakon Feniksa tracił cenne minuty na Panoptikonie. Wokół robiło się chłodno. Policzki czarodziejów zaczynały nabierać rumieńców, podobnie jak ich nosy i odkryte dłonie. Wełna dobrze chroniła przed zimnem większą część ciała. To miejsce było zimne. Było smutne. I złowieszcze. Wokół kolumn unosiły się ciche szepty, które powoli zaczynały wnikać w głowy czarodziejów, oraz trudniej było je oddzielić od własnych myśli.

Po widowiskowym, choć niepotrzebnym upadku aurora na ziemię, Alexander znalazł się tuż przy nim. Dotknął go końcem różdżki i wypowiedział uzdrowicielską inkantację, dzięki czemu ból spowodowany potłuczeniami minął. Po chwili machnął różdżką i spróbował jeszcze raz swoich sił z białą magią, pragnąc wzmocnić swoich towarzyszy. Tym razem udało się bez przeszkód, a wszyscy po chwili poczuli, jak jego magia ich wzmacnia.

Michael wciąż patrzył w stronę celi ze strażnikiem. Widział, że ten choć patrzył w jego kierunku nie widział go, rozglądał się tylko dookoła. Nie skupiał też uwagi na żadnym z Zakonników, a raz po raz, odwracał głowę w bok, w róg celi. Siedział na ziemi z nogami podkulonymi. Światło słabo tam docierało, auror nie dostrzegał więcej.
— Głupi, durny jesteś. Kretyn, idiota, skoro dobrowolnie tu przyszedłeś. Ale czego można się spodziewać po takiej wszy— splunął w bok i siąknął nosem. — Mała, nie podsłuchuj!— krzyknął wściekle, podrywając się do góry, a łańcuchy, którymi był przymocowany do ściany zadzwoniły. — Średnia, mała. W górę, w dół. Tak, tak, Nancy, dobrze, dobrze. Płuca nie będą mu już potrzebne. — Zwrócił się w bok, a później znów usiadł na ziemi i zajął się czymś, ale Michael nie wiedział czym. — Gówno mi dasz, nie przysługę. Nie wierzę ci, śmierdzący thórzu. Chowasz się, nie podejdziesz. Za durnia mnie masz. Jak mnie uwolnisz to cię do niej zaprowadzę. Wiem, gdzie jest, wiem, co jej robili, dokąd ją zaprowadzili, oj wiem, ja wszystko wiem, wszystko to słyszałem. Byłem tu. Jestem tu od dawna. Podejdź tu i wyciągnij mnie, cela jest otwarta. Tylko to — uniósł łańcuch i poruszał nim. — Nie, Nancy, ten ścierwojad nas nie wypuści. Wszyscy pierdolą to samo, chcą tego samego, a nikt dotąd nam nie pomógł. Mają nas za głupców. Zajebie cię, Nancy, kurwa, jeszcze słowo, a rozłupię ten ryj o podłogę, głupia kurwo!
Tonks zbliżył się do Rinehearta, który stał przed korytarzem oznaczonym runą przypominającą "X" i położył mu dłoń na ramieniu, a później wypowiedział inkantację zaklęcia. Jasna mgiełka wyłoniła się z różdżki, raczej przypominając opary niż światło, a później zniknęła. Michael był rozdygotany, rozgorączkowany, a aura tego miejsca zaczynała być przygniatająca. Zabrakło sił, by odnaleźć w sobie jakiekolwiek szczęśliwe wspomnienie.

Vincent czuł, że traci cierpliwość, a słowa więźnia jedynie zwiększały jego nerwowość. Ten jednak się wcale nie zamknął, właściwie zachowywał się tak, jakby zignorował jego gorącą prośbę zajęty swoją Nancy. Po chwili ruszył w kierunku, w którym zniknął świetlisty Bernardyn Williama. Machnął różdżką, a piękna, srebrzysta nić zaczęła opadać powoli i lekko na ziemię, z każdym jego krokiem w ciemność wydlużając się coraz bardziej.

Nikt nie spostrzegł w pierwszej chwili powracającego patronusa ze względu na jasne światło bijące z zawieszonej wysoko kuli. Świetlisty kruk minął ją, a później siedzących na miotle Moore'ów, w końcu docierając do Farleya i zniknął. Jego powrót, brak wiadomości i brak patronusa Rinehearta były co najmniej dziwne. Azkaban był miejscem pełnym przedziwnej magii, zabezpieczony wrotami wykutymi przez same gobliny — wrotami, które nie przepuszczały żadnej magii, a w końcu wrotami, które Zakon Feniksa w obawie przed dementorami za sobą zamknął. Być może nie było żadnej innej drogi, którą patronus mógł przedostać się na powierzchnię. Mury Azkabanu były wzmocnione, chronione runami i wielką mocą. To znaczyło, że tu, głęboko pod ziemią, w tym magicznym miejscu czarodzieje byli zdani wyłącznie na siebie.

Gwardzista, jedyny osobiście znający Pomonę Sprout czarodziej, jedyny mogący potwierdzić jej tożsamość, a może też jedyny, który w tym miejscu był w stanie jej pomóc podjął szybką decyzję dzieląc grupę ratunkową na pół, pozostawiając drugą grupę bez wsparcia, medykamentów i innych eliksirów. Opuściwszy panoptikon ruszył za świetlistym bernardynem. Gdyby się odwrócił za siebie, ku jego zdziwieniu, na panoptikonie nie ujrzałby już ani Williama ani Lydii, ani nawet Cedrica, choć wyraźnie słyszał ich głosy. Zupełnie tak, jakby wcale ich tam nie było. Nie widział też wiader z wodą i ubrań Justine.

Krzyk Lydii rozniósł się wyraźnym, dźwięcznym echem po całej okolicy. Był słyszalny na prawo, a później na lewo od nich wszystkich i w ślad za nim, zwiększały się szepty i głosy, zupełnie tak, jakby więźniowie nagle się zbudzili i zaczęli mówić — do siebie samych, do towarzyszy w celach obok, naprzeciwko. Z tych głosów nie dało się jednak usłyszeć nic szczególnego. To samo mogli Zakonnicy ujrzeć na własne oczy. Więźniowie w celach zwróconych przodem do panotpikonu patrzyli w ich stronę, na nikim jednak nie skupiając większej uwagi. Wewnętrzny protest czarownicy pozostał bez znaczenia, gwardzista podjął decyzję i ruszył przed siebie, pozostawiając trójkę czarodziejów za sobą. Po chwili rzuciła zaklęcie, nieszczególnie udane. Zadziałało jednak. Jej oczy zmieniły się. Tęczówki powiększyły na cały obszar, a za nimi to samo ucyzniły źrenice, przypominając dwa wielkie czarne spodki. Czarownicy trudno było z początku przywyknąć do tego co i jak widziała — widziała w ciemności nieco lepiej, a obraz, choć było odrobinę szerszy, w większości pozostawał zamazany, poza pojedynczymi, najbliższymi elementami. Pytania zadane przez Williama wybrzmiały i pozostały bez odpowiedzi, Farley opuścił panoptikon, wkraczając w ciemny korytarz. Informacji zdawał się udzielić mu często przebywający w ogarniętym wojną Londynie Cedric, słusznie kojarząc Pomonę z dziewczyną z plakatów, niesłusznie jednak zakładając, że jej postać mogła być wszystkim tak samo znana. Kiedy Dearborn wypowiedział inkantację, z jego różdżki błysnęło błękitne światło. Jasna sylwetka foxhounda przebiegła przez powietrze lecąc do przodu, ale po kilku metrach zniknęła bez śladu. W pobliżu nie było żadnych dementorów, których mógł odgonić, a tylko do tego był zdolny jego patronus. Po chwili jasne kółko zimnego ognia zawisło w powietrzu, a czarodzieje mogli ruszyć dalej.

Zakon Feniksa pozostawił za sobą panoptikon i przedziwny labirynt, który miał pomóc im odnaleźć się w ciemnych i ponurych murach Azkabanu. Nie trudząc się nad jego rozwiązaniem, być może nie przyglądając mu się dostatecznie długo lub z powodu drzemiących w czarodziejach emocji wyciągnęli z niego skąpe wnioski — czy słuszne, miało się wkrótce z pewnością okazać.

Alexander, Michael, Vincent

Zakonicy wkroczyli w wybrany przez siebie korytarz kolumn. Idąc, zbliżali się do cel, w których nektórzy więźniowie poruszyli się, jakby nagle zaczęli ich dostrzegać. Ci, którzy zaobserwowali ich obecność ruszyli się z miejsca i zbliżyli do krat, stając dwa kroki od nich.
— Uwolnijcie mnie! — powiedział pierwszy z nich, czarodziej z bardzo długą brodą. Był wychudzony. Choć więzienna szata wisiała na nim jak na wieszaku, wyraxnie widac było spod niej chude jak patyki nogi i ręce. Jego twarz była zapadnieta, a skóra ziemista, oczy podkrążone. Długie włosy na głowie były skołtunione i sięgały do pasa. Był brudny, a ponieważ był najbliżej, mijając jego celę mogliście bez trudu stwierdzić, że był też śmierdzący. I nie był wyjątkiem, podobnie wyglądali wszyscy inni więźniowie Azkabanu. Część z nich nie zwracała na Zakonników uwagi. Jeśli się w ogóle oddzywali, gadali do siebie. W korytarzu układ cel się zmienił — były zwrócone do siebie wzajemnie. Zaraz jednak pojawił się zakręt, a ściana po prawej stronie zmusiła czarodziejów do skrętu w lewo, a później w prawo i znów w prawo, krętą ścieżką cel przemierzając nieznane. Czarodzieje poruszali się po ciemku, wokół nie było widać nic, tylko ciemność, do której oczy stopniowo zaczynały się przyzwyczajać, dzięki czemu potrafili dostrzegać zarys korytarza, a także więzienne kraty, słabo wnętrze cel i znajdujących się w nich postaci. Im Zakonnicy szli dalej, tym było zimniej. Po plecach przebiegł wszystkim zimny dreszcz. Nić zostawiona z różdzki Vincenta jaśniała w ciemności, pozostając jedynym wyraźnym śladem w mroku.

I nagle wszyscy to poczuli. Wszechogarniający bezsens, nicość, pustkę. Farley pomyślał mimowolnie o swoim ojcu, którego postać z próby była jednym żywym pozostałym w nim wspomnieniem. Patrzył na niego z umiechem, wyciągał ku niemu rękę — nie z odrazą, a dumą. Policzki i palce zaciśnięte na różdżkach zapiekły wszystkich z mrozu. Szepty więźniów ucichły momentalnie. Alexander, Michael i Vincent usłyszeli w tej ciszy własne oddechy, a może nawet uderzenia swoich serc. Michael nagle przypomniał sobie o swojej mamie. Nie było go tu, kiedy zmarła. W podobnych warunkach. W podobny sposób, co Justine. Nie dostrzegli żadnego ruchu, postacie w celach też znieruchomiały, jakby czas się zatrzymał. I choć żaden z czarodziejów tego nie dostrzegał, tuż przed nimi było coś. Vincent odniósł wrażenie, że wszystko, co robią pójdzie na marne. Był przekonany o tym, że odniosą dziś klęskę — nawet jeśli do niej dotrą, będzie martwa.

To coś było tu. Blisko, tuż przed nimi.


William, Lydia, Cedric

Zagubieni czarodzieje zostali zdani na siebie, ruszając w kierunku korytarza, z którego — jak sądzili — dobiegał ich wcześniej krzyk nieznanej kobiety. William z Lydią na miotle, Cedric pieszo za nimi. Opuszczając panoptikon oddalali się także od śródeł światła, krocząc korytarzem kolumn w stronę zwyczajnych więziennych korytarzy. Podchodząc bliżej cel dostrzegali więźniów. Część z nich miała na głowie żelazne maski, siedzieli nieruchomo pod ścianami. Nie było widac ani ich oczu ani ust, spod masek wystawały czasem włosy. Byli jednak też tacy, którzy nie mieli ich na sobie. Zbliżając się do korytarza jeden z nich doskoczył do krat, ale nie dotknął ich. Krzyknął tylko w obcy, niezrozumiałym dla całej trójki języku. Brzmiało wulgarnie i cierpko:
— Blyad! Poshel na khuy!— Po czym splunął w ich kierunku. Miał ciemną krótką brodę i bardzo długie, lekko szpakowate włosy rozsiane po całych ramionach. W jego oczach było coś niedobrego, podobnie jak w pociągłej twarzy o trupiobladym kolorze. Więzienna szata nie ukrywała, że był wychudzony, do tego garbił się, a jedną z nóg, chudych i kościstych, miał wykrzywioną pod niezdrowym kątem. Mimo to, wyglądał tak, jakby był w stanie udusić ich gołymi rękoma. Krzyk Pomony nie nasilał się, słabł z każdą chwilą, ale wydawał się dziwny, zupełnie tak, jakby krzyczały dwie osoby.
Kiedy czarodzieje wkroczyli w korytarz od razu ujrzeli, że droga się rozgałęzia, ale zbliżywszy się do tego miejsca, widząca więcej Lydia była w stanie dostrzec, że prawa odnoga kończy się ślepym zaułkiem. Tu cele były zwrócone ku sobie. Wszystkie takie same, o grubych ścianach, również tych z przodu, okratowane podwójnie przejścia dzieliło pół metru odstępu. W środku był tylko kamień, nieco siana i więźniowie przykuci łańcuchami do ściany. Nie widzieli nic więcej. Oczy przyzwyczajały się do ciemności, te kocie Lydii były w stanie zaobserwowac znacznie wiecej szczegółów. Pasiaste stroje więźniów były wyblakłe, niektórzy z nich byli poobijani, wszyscy byli brudni, niektórzy nawet własnymi fekaliami o czym wyraźnie świadczył zapach. Ich oczy były mętne, puste, pozbawione sensu. Większość z nich wydawała się ospała. Czarownica skulona w kącie po lewej stronie płakała cicho, chowając twarz w dłoniach, w ogóle nie zwróciła na nich uwagi; krzyk czarownicy, której poszukiwali tłumił szloch.

Skręciwszy korytarzem w lewo szybko dotarli do kolejnego rozwidlenia. Stojąc przez chwilę, nasłuchując obaj mężczyźni mogli usłyszeć, że gasnący krzyk prawdopodobnie dobiegał z prawej — był zniekształcony przez niosące się echo, które odbijało się też z lewej. Z lewej za to docierało do nich coś jeszcze:
— Tutaj! Tu! Pomocy! Błagam! Dementorzy, ja nie chcę umierać! Błagam!— Również kobiecy głos, bardziej desperacki, przeraźliwy, nagły. Być może spowodowany echem wcześniejszego krzyku Lydii, być może czymś zupełnie innym.

Dwa krzyki zagłuszały się przez moment, a później znów zaczeły słabnąć, zmieniać się w płacz. Prawie bliźniaczy, a jednak wyraźnie — należący do dwóch różnych kobiet.

| Na odpis macie 48h. Tura: 10. AZKABAN: 5

Mistrz Gry dla przyspieszenia akcji popchnął obie grupy w stronę wybranych korytarzy, ale jeśli jest coś, co chcecie jeszcze zrobić na panoptikonie nim to się wydarzyło — możecie.

Alexander, od przekroczeniu progu Azkabanu, przez wzgląd na słabszą kondycję psychiczną rzucasz kością na skutki po przebytej klątwie, co drugą turę. {1/2} Brak efektu..

Działające zaklęcia i eliksiry:
Michael (peleryna niewidka)
Caldasa (Alexander, Lydia, Michael, William, Cedric, Vincent)
Veritas Claro (Vincent) 2/5
Magicus Extremos (Alexander) +21 1/3


Możecie w tej turze dokonać dwóch akcji, a także przemieszczać się w granicach rozsądku. Możecie rozdzielić swoje działania na dwa posty, wykorzystać do tego szafkę lub jeśli w niczym to nie przeszkadza, zawrzeć wszystko w jednej odpowiedzi.


Ekwipunek:

Żywotność:
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]07.12.20 11:58
Wsłuchiwał się jeszcze przez kilka sekund w oddalające się kroki drugiej grupy, starając się zrozumieć, jak mogli zignorować ich tak po prostu, wysyłając do wykonania zadania, które wydawało się z góry skazane na porażkę; przełknął ślinę, razem z nią starając się pozbyć ściskającego go za gardło rozczarowania i lęku, nie mógł jednak czekać na wsparcie w nieskończoność, skoro najwyraźniej nie miało nadejść; zostali we trójkę, zdani wyłącznie na siebie.
Wreszcie, z ciężkim sercem, skierował miotłę w stronę korytarza, z którego docierał do nich krzyk, błagalny, przerażony; przeleciał ponad zimnym ogniem pozostawionym przez Cedrica i bez trudu go dogonił - nie odzywając się, bo nie wiedział, co mógłby powiedzieć, przez jakiś czas jeszcze odtwarzając w głowie ostatnie wydarzenia, wyłuskując z nich wszystko, co wiedział. Nie było tego wiele, a natłok bodźców, który uderzył w niego, gdy zagłębili się mocniej w korytarz, skutecznie go rozproszył. - Wylądujemy - powiedział cicho w stronę Lydii, zniżając głos do szeptu; nawigowanie na miotle wąskimi, pełnymi zakrętów i zaułków korytarzami, stawało się z każdą chwilą coraz trudniejsze, skierował więc miotłę w dół, łagodnym łukiem prowadząc ją w stronę ziemi - ledwie jednak jego stopy dotknęły kamiennej posadzki, poczuł się przytłoczony. Misją, podziemiami, otaczającymi ich szeptami i głosami, nawarstwiającymi się na siebie, groźnymi, niepokojącymi; nie był pewien, czy to miejsce działało na niego w ten sposób, czy był to po prostu instynkt - ostrzegający go przed czającym się za każdym rogiem niebezpieczeństwem, przekonujący, że powinien jak najszybciej odwrócić się i odejść, zabrać siostrę z tego przeklętego więzienia, w którym nie czekało na nich nic prócz śmierci - lub gorzej.
Drgnął gwałtownie, gdy jeden z więźniów skoczył w ich kierunku, zatrzymując się przy kratach; przesunął się odruchowo, tak, żeby znaleźć się pomiędzy nim a Lydią, jakby nie ufał solidności dzielącej ich, metalowej bariery. W rzeczywistości - nie ufał niczemu, co się tu znajdowało, a już na pewno nie wpatrującym się w nich, pustym oczom mężczyzny, który wykrzyknąwszy coś niezrozumiałego, splunął w ich stronę. William nie chciał na niego patrzeć - odruch nakazywał mu oddalić się od niego jak najdalej, ale przez moment i tak nie potrafił oderwać wzroku: od skołtunionych włosów, trupiego odcienia skóry, nogi wygiętej pod nienaturalnym kątem; być może złamanej i źle zrośniętej, pozostawionej samej sobie. Czy wszyscy mieszkańcy Azkabanu znajdowali się w takim stanie? Czy kobieta, po którą szli, również mogła być w podobnym?
Choć wszystko mówiło mu, żeby zawrócił, ruszył dalej, zatrzymując się dopiero na rozwidleniu i nasłuchując; krzyk niósł się korytarzami w postaci echa, rozdwojonego, jakby zwielokrotnionego? Czy może należącego do dwóch różnych osób? Nie był pewien - a przynajmniej do chwili, w której kolejny głos wezwał ich na pomoc, wyraźnie docierając do nich z lewej strony; przeciwnej do tej, z której - jak mu się wydawało - słyszeli czarownicę, która mogła być wspomnianą Pomoną. - Pójdę sp-p-prawdzić lewy korytarz - powiedział, odwracając się najpierw w stronę Cedrica, a później przenosząc spojrzenie na Lydię; ważąc możliwości przez sekundę, może dwie. - Lily, idź z Cedrikiem - poprosił. Nie chciał spuszczać jej z oka, ale nie miał wątpliwości co do tego, że wyszkolony auror był w stanie w razie konieczności ochronić ją lepiej niż on. Odwrócił się w stronę korytarza, z którego przyszli, wskazując różdżką w jego stronę. - Flagrate - wypowiedział, powtarzając zaklęcie, którego użył wcześniej Dearborn, chcąc zaznaczyć w ten sposób drogę powrotną. - Jeśli nie m-m-musicie, nie wychodźcie poza zasięg słuchu. Cedric - zwrócił się do mężczyzny, zatrzymując na nim spojrzenie - ta k-k-kobieta, której szukamy, może już nie przyp-p-pominać czarownicy z plakatów. Kiedy ją znajdziecie, zapytaj ją o coś, co powinien wiedzieć t-t-tylko członek Zakonu - zaproponował, w pamięci wciąż mając spojrzenie rzucone mu przez więźnia; paskudne, dziwne. - Wpadło mi też do głowy - podjął po chwili, na moment przenosząc spojrzenie na ściskaną w palcach różdżkę - zanim uw-w-wolnicie kogokolwiek, rzućcie na niego amicus. Oberwałem k-k-kiedyś tym zaklęciem, pod nim nie będzie w stanie zrobić wam krzywdy - zasugerował, przypominając sobie walkę pod apteką na Pokątnej; wciąż pamiętał moment, niezrozumiały, pozbawiony sensu, w którym poprosił Keatona, by nie atakował czarownicy, która w oczywisty sposób próbowała zaatakować ich.
Zrobił krok w stronę lewego korytarza, ale zanim zagłębił się w niego, odwrócił się jeszcze. - Nie będę daleko. Lumos - rzucił, chcąc rozjaśnić sobie drogę, choć gdy ruszył w kierunku, z którego dochodziło desperackie wołanie o pomoc, polegał głównie na słuchu - jedną dłoń ściskając na trzonku miotły, drugą na różdżce, obejmując jarzębinowe drewno tak mocno, jakby zależało od tego jego życie. I prawdopodobnie - tak właśnie było. Pokonując kolejne metry, rozglądał się wokół siebie, próbując przede wszystkim zlokalizować właścicielkę głosu - przygotowując się na obezwładniające uczucie przerażenia, które zapewne miało do niego powrócić, gdy tylko zbliży się wystarczająco do atakujących kobietę dementorów.

| zaklęcia są bez ST, ale sprawdzam, czy nie dopadnie mnie krytyczna jedynka


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]07.12.20 11:58
The member 'William Moore' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 10, 94
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]08.12.20 15:41
-Spokojnie... - mruknął do Vincenta, słysząc jak ten - cichym sykiem - każe więźniowi się zamknąć. Nie, tego nie chcieli. Chcieli informacji. -Musisz to znieść. - dodał, odrobinę łagodniej. Pierwszy raz zwracając się do Rinehearta ze zrozumieniem i bez tej cichej pretensji, która dźwięczała dotychczas w jego tonie przy każdej próbie rozmowy (do których na szczęście nie mieli zbyt wielu okazji).
Przeniósł wzrok na resztę Zakonników i sięgnął do sakwy z eliksirami.
-Mieszanka antydepresyjna i wywar wzmacniający. Dla was, albo dla Pomony. - zaproponował. Najsilniejsze eliksiry lecznicze zostawił (być może nieco egoistycznie) dla Just, nie czuł się pewnie nawet pomimo obecności uzdrowiciela. Nie mógł jednak zostawić ich bez wsparcia. Przekazał mieszankę antydepresyjną Lydii i wywar wzmacniający Cedrikowi. -Lepiej niech dawkuje je ktoś, kto zna się trochę na anatomii, Lydia. - dodał jeszcze, słysząc od Alexa, że to ona znała się na leczeniu. Na szczęście był pod peleryną, więc nie widzieli jego zatroskanej miny.

Arogancko sięgnął na patronusa, nie poświęcając chwili na dostatecznie intensywne skupienie się na własnych wspomnieniach - i zaraz pożałował. Ręka mu drgnęła, z różdżki nie wydostał się srebrny wilk. Przygryzł mocno wargę, bezradnie obserwując strzęp jasnej mgły. Czy to on powinien sięgnąć po oddaną właśnie Lydii mieszankę antydepresyjną? Pokręcił lekko głową, zmagając się sam ze sobą. Musiał być silny. I zdecydowany.
Wzdrygnął się, słysząc propozycję więźnia - ale spojrzał jeszcze na Alexandra, samemu gotów do podjęcia nawet do tej najdziwniejszej z decyzji.
-Alex? - szepnął potwierdzająco, a potem skierował się do celi.
Omiótł ją wzrokiem, jakby szukając spojrzeniem tej Nancy, ale nie śmiał zareagować ani nic powiedzieć - nie chcąc jeszcze bardziej rozjuszyć więźnia.
-Umowa stoi. - zapowiedział, zastanawiając się, na ile zaskoczy to czarnoksiężnika. -Pójdziesz z nami i zaprowadzisz nas do Justine. Wszystko nam powiesz. Gdzie ją zabrali, co słyszałeś. - zarządził, zbliżając się do ściany i kierując różdżkę na miejsce, w którym łańcuch był do niej przymocowany. -Confringo. - szepnął, chcąc aby łańcuch eksplodował, odłączył się od ściany. Chwycił łańcuch w lewą dłoń, gotów prowadzić na nim więźnia - zamierzał cały czas trzymać go na celowniku różdżki. Nie ufał mu. A na wszelki wypadek...
-Amicus. - mruknął, celując w więźnia i chcąc, aby ten nabrał nieco bardziej przyjacielskiego nastawienia. Największą wrogością darzył tu Michaela, szlamę - niech więc nie próbuje względem niego żadnej agresji.
Jeśli udało mu się odczepić łańcuch od ściany, pociągnął, aby zabrać więźnia ze sobą.

Michael szedł za Alexandrem, w ciemność. Nagle zrobiło się cicho. Bardzo cicho.
-...Dlaczego jest tak cicho? - szepnął, marszcząc brwi. Czy to efekt dementorów? Zrobiło mu się zimno i nagle zaczął się zastanawiać, czy jego mama umierała w takich warunkach. Całkowicie sama, otoczona nieprzyjaznymi szeptami, z najgorszymi wspomnieniami i wyrzutami we własnej głowie. Pamiętając o tym, że pierworodny syn się od niej odciął, nie chciał z nią rozmawiać, zatrzaskiwał drzwi, używając likantropii jako wymówki na wycofanie się ze świata. Nie było go przy niej. A Justine dotarła do niej za późno.
-Za późno, jesteśmy za późno... - szepnął pod nosem, drżąc z frustracji i strachu. Przenieśli ją już do celi, nie znajdą jej nigdy w tym labiryncie, zostanie tu sama, jak jego mama. A oni też zgniją i umrą, ale za daleko od niej, za daleko...


1. akcja - chcę uwolnić więźnia, 1. rzut na Confringo
2. akcja  - Amicus
przekazuję Lydii mieszankę antydepresyjną, a Cedrikowi wywar wzmacniający z mojego ekwipunku

nie wiem jak mi poszło uwalnianie więźnia, więc resztę postu piszę jako post schroedigera - więzień jest z nami lub nie... w zależności od oceny MG...


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Zejście do Azkabanu - Page 6 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]08.12.20 15:41
The member 'Michael Tonks' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 10
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]08.12.20 20:48
Zanim jeszcze ruszyłem w stronę korytarza, skąd dobiegał krzyk rzekomej Pomony Vane, wziąłem w rękę miotłę, aby zawiesić jej pasek na tułowiu, by mieć ją na plecach. W chwili, kiedy Michael wyciągnął w moim kierunku fiolkę z eliksirem wzmacniającym, wyrzuciłem tę pustą po Kameleonie; jej miejsce zajęła nowa, pełna. Mogła się przydać. - Dzięki - skomentowałem jedynie krótko.
Wkroczyłem w ciemność korytarza pełen niepokoju i poddenerwowany. Frustrowało mnie, że nikt z nas nie zdołał rozwikłać tajemnicy labiryntu na podłodze, a runy niewiele nam mówiły, pomimo usilnych starań. Wciąż rozmyślałem nad tym intensywnie, byłem pewien, że i Vincentowi nie daje to spokoju (zwłaszcza, jeśli było się świadkiem czułości pomiędzy nim a Justine podczas łowienia wianków na początku sierpnia), lecz nie mogliśmy dłużej trwonić czasu na zastanawianie się - Justine mogła w każdej chwili stracić duszę. Trzeba było podjąć ryzyko.
Pozostawiwszy w korytarzu lśniący ślad z zimnego ognia ruszyłem w ciemność za Williamiem i Lydią, lecącymi na miotle, szybkim krokiem, by nie stracić ich z oczu.
Gdy do krat doskoczył więzień, wykrzykując coś w obcym języku, plując, skierowałem ku niemu różdżkę, nic gorszego jednak nie mógł nam uczynić, choć byłem pewien, że gdyby tylko nie oddzielały nas od niego kraty, z pewnością by spróbował. William znalazł się pomiędzy nim, a siostrą, osłaniając Lydię własnym ciałem, a ja spróbowałem się skupić na słabnących krzykach. Skąd dokładnie dochodziły? Czy były podobne do tego, który Alexander określił jako głos Pomony Vane?
Dotarłszy do rozwidlenia korytarzy zawahałem się lekko. Dalsze rozdzielanie się, ruszenie w pojedynkę mogło skończyć się tragedią, ale czy mieliśmy wyjście? W mojej głowie niemal rozbrzmiewało nerwowe tik tok....
- Gdybyś potrzebował pomocy, krzycz, wyślij za siebie iskry - odpowiedziałem Williamowi, gdy zdecydował się sam podążyć korytarzem na lewo. Czy Lydia będzie ze mną bezpieczniejsza to się miało okazać - we dwoje mogliśmy nie sprostać większej liczbie dementorów. Spotkała ich wcześniej, czy te z mostu były pierwszymi? Wolałem o tym nie myśleć.
Skinąłem głową, myśląc o tym, że moglibyśmy spytać o pierścień Zakonu. Sam go jeszcze nie posiadałem, ale widziałem u innych - jedynie członkowie organizacji mogli nosić go na palcu. Nie zaproponowałem tego jednak głośno, z obawy, że inni więźniowie mogą słuchać.
- Słuszna uwaga. Timoria działa podobnie, jedynie wprawia w silny lęk, uniemożliwiający atak. To miejsce... może nawet go potęgować - odparłem na propozycję Williama, spoglądając też na Lydię. - Uważaj - powiedziałem jeszcze na ostatek, gdy zatrzymał się przez ruszeniem na lewo. - Chodźmy - ponagliłem Lydię, po czym sam skierowałem się jako pierwszy na prawo, skąd dochodziły dwa niemal bliźniacze głosy. - Fera Ecco - szepnąłem, kierując różdżkę w stronę własnej twarzy, aby i swoje oczy przetransmutować w kocie. Słyszałem tę inkantację padającą z ust Lydii i wydało mi się to dobrym pomysłem. Bystra dziewczyna. - Pomona? - zawołałem, idąc w głąb korytarza, nasłuchując uważnie, próbując odróżnić jeden krzyk od drugiego. Różdżkę trzymałem w pogotowiu.

| 1. Ferra Ecco
2. spostrzegawczość




when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu - Page 6 Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]08.12.20 20:48
The member 'Cedric Dearborn' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 92

--------------------------------

#2 'k100' : 76
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]08.12.20 21:43
To tylko post uzupełniający odnoszący się sprawy w celi (dla Michaela i pozostałych)

By dostać się do więźnia, Michael musiał otworzyć pierwsze kraty — zgodnie z tym, co powiedział tkwiący w celi czarnoksiężnik rzeczywiście były otwarte, nie wymagało to żadnej filozofii; później pokonać krok i otworzyć drugie kraty. Znajdując się jednak pomiędzy nimi, popychając kolejne kraty, usłyszał, jak coś w dwóch ścianach skrzypnęło. I nim zdołał jakoś zareagować, a nawet obrócić głowę w prawo lub lewo poczuł nagły, przeszywający ból z obu stron. Lodowe ostrza wysunęły się ze ściany, przebijając wpierw pelerynę niewidkę, czyniąc w niej straszne szkody; ubranie, skórę, ciało. Ostrza wbiły się też pomiędzy żebra i tak zostały, uniemożliwiając Michaelowi jakikolwiek ruch. Tonks poczuł potężną słabość, a później jego ciałem wstrząsnęły dreszcze. Każda próba poruszenia się wywoływała kolejną falę bólu, była też dla jego zdrowia i życia niebywale niebezpieczna.
Drugie kraty ustąpiły, otwierając się na oścież, a więzień poderwał się i rzucił do przodu, ale upadł na ziemię.
— Kurwa jego mać!— zaklął z twarzą w podłodze, łańcuchy znów zadzwoniły wyraźnie.
Michael wciąż pozostawał niewidoczny — bardzo dobrze widoczne były jednak lodowe kolce, które wyskoczyły ze ścian, zdawały się być pozbawione końców, a przynajmniej taki widok mógł pojawić się przed pozostałymi.


| Czas na odpis mija jutro o 21:00; Mistrz Gry uznaje obie czynności powstałe po wejściu do celu za niebyłe; Michael ma prawo napisać kolejnego posta w tej turze i się do niego ustosunkować, a także wykonać dwie akcje.

Michael otrzymuje 50 ciętych obrażeń;
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]09.12.20 0:28
Niepotrzebnie krzyknęła, nie chciała skupią uwagi na sobie, na nich, ale to była mimowolna reakcja, kompletnie pozbawiona kontroli – troska o Cedrica upomniała się sama. Ale być może zrobiła przez przypadek coś, co mogło zwrócić ich uwagę na pewien element. Światło rozganiało ciemności nieco za panoptikonem, częściowo pozwoliło wzrokowi sięgnąć do cel, nawet do twarzy więźniów. Sądziła, że prędko odnajdą ją swoimi mętnymi spojrzeniami, o to nie było trudno w tak pustym, tak akustycznym miejscu. Nie poczuła na sobie ich wzroku, nie było tego charakterystycznego uczucia bycia obserwowanym. Kawalkada zdarzeń później odcięła ją od tego zdarzenia, od tej krótkiej myśli i musiała skupić się na tym, co się działo. W ostatniej chwili wzięła od Michaela, posłała mu dziękujące spojrzenie. Zwłaszcza na tym, jak mimo wrażenia nieudanego zaklęcia zmieniły się jej oczy – mrugała uparcie, aż obraz się nie wyklarował, a ciemność nabrała szarego wymiaru. Całe światło, choć najlżejsze, z początku ją oślepiało – na przykład kiedy obróciła się w stronę placu, żeby po raz ostatni spojrzeć za odchodzącą grupą – ale przyzwyczajała się. Zaraz wszystko stało się wyraźniejsze, choć w momencie, gdy Billy zleciał na dół i w trójkę weszli głębiej, mogła tego pożałować. Twarze więźniów stały się dla niej za bardzo widoczne – wychudłe, wklęsłe, ziemiste, bliskie postradania zmysłów, wygłodniałe i… spokojne, choć tylko pozornie, czekające na ostatnie sekundy swojego życia, pustego i bez znaczenia tutaj, w Azkabanie. Za spokojem kryło się wiele innych emocji, o wiele bardziej przerażających niż ich powierzchowny wygląd. Oddychała uważnie, wsłuchując się te oddechy, w to, co ich otaczało. Wtedy wyskoczył na nich więzień, krzycząc coś w nieznanym języku, surowym, chłodnym. Cofnęła się natychmiast, dusząc w sobie pisk, z wielkimi oczami, kocimi, obserwując jego sylwetkę. I nagle coś ją naszło.
Patrzy na nas – głos jej się łamał przez zimno, przez strach. Z pozoru oczywiste rzeczy często jednak umykały uwadze. – Tamci nie patrzyli na nas, a na plac, jakby nas tam nie było, a krzyknęłam. Rozumiecie? – powiedziała do Billy’ego i Cedrica, zanim brat podjął decyzję o rozdzieleniu się. – Tam coś jest, coś, co, które oddziela panoptikon od reszty labiryntu. Jakaś zasłona, przez którą nie było nas widać. Oni też za nią zniknęli. Może to ona odwraca runy? – myśl równie abstrakcyjna, co opinia – obie zaczynały w niej powoli gasnąć, jakby niepotwierdzone parowały. Kompletnie się na tym nie znała, ale próbowała łączyć to, co mówili Alexander i Vincent. Szli dalej – umilkła. Koci wzrok pozwalał jej widzieć znacznie lepiej w niecałkowitych ciemnościach i prędko zobaczyła, że jeden z korytarzy, który minęli jako pierwszy, kończył się ścianą. – Ślepa uliczka – powiedziała i wskazała w nią palcem, starając się nie patrzeć w oczy tym, którzy wciąż zwróceni byli w ich stronę. – Billy, tylko… tylko uważaj na siebie. Spotkamy się tutaj za chwilę – kiedy tylko odnajdziemy tę kobietę. Nie chciała go zostawiać, ale nie było tu już miejsca na podobne akty tęsknoty. Poradzi sobie, wiedziała to, zawsze sobie radził.
Jej krzyk – czy na pewno jej? – rozległ się z każdej strony. Mimowolnie uchwyciła Cedrica pod łokieć, lekko, nie krępując jego ruchów, byleby tylko znaleźć choć kapkę pocieszenia; rozglądała się dookoła siebie, szukając w ciemnościach, choć teraz nieco bardziej wyraźnych, wrogiej sylwetki. Serce biło mocniej.
Carpiene – wypowiedziała ostrożnie, nadgarstkiem nieco zbyt sztywno wykonując odpowiedni gest. Czuła zagrożenie napływające zewsząd, wolała być pewna, czy ich kolejny krok nie skończy się dla nich źle. Sylwetka kuląca się w kącie celi zwróciła na siebie jej uwagę. Nie podchodziła bliżej, ale zatrzymała się przy niej, kocim spojrzeniem szukając w niej jakichkolwiek śladów człowieczeństwa. – Dementorów tutaj nie ma.
Jeszcze.



jesteś wolny
a jeśli nie uwierzysz, będziesz w dłoń ujęty
przez czas, przez czas - przeklęty



Lydia Moore
Zawód : goniec
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
niczego nie wymagam
od toni pod lasem
na jedno się nie zgadzam
na swój powrót
tam
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8739-lydia-moore https://www.morsmordre.net/t8778-do-lydii#261196 https://www.morsmordre.net/t8755-dla-przyjaciol-lydia https://www.morsmordre.net/f302-griffydam-elder-lane-4 https://www.morsmordre.net/t8848-skrytka-bankowa-nr-2073#263628 https://www.morsmordre.net/t8780-l-moore#261243
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]09.12.20 0:28
The member 'Lydia Moore' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 80
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zejście do Azkabanu - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]09.12.20 17:12
Wpierw zirytowany syk Vincenta, a później zagubiony głos Lydii i fala pytań w jego stronę zaczęła coraz bardziej pogrążać Alexandra w niepewności. Za dużo działo się w zbyt krótkim czasie.
Farley zatrzymał się w miejscu, musiał pomyśleć. Spojrzał na Cedrica mówiącego o plakatach, a później na Williama, bardzo mocno marszcząc przy tym brwi. Mógłby przysiąc, że jest przekonany, że Billy znał Pomonę.
Pomona Sprout, po mężu Vane, Zakonniczka. On odszedł z Zakonu, ona została, był wokół tego spory szum w lipcu zeszłego roku. Energiczna, żartobliwa, raczej głośna, nie bojąca się odezwać i ruszyć do pierwszego szeregu. Miała... – urwał, na moment odrywając wzrok od Moore'a i patrząc na jeden z korytarzy – bardzo wydatne kształty. Bardzo – podkreślił, zerkając znów na Williama. Obaj byli facetami, zauważenie takich elementów kobiecego wyglądu działo się już gdzieś na poziomie podświadomości. Farley miał narzeczoną, którą kochał całym sercem, ale charakterystycznych kształtów Pomony w życiu by nie zapomniał gdyby nie pomogła mu nieznana, czarna magia. Los pozwolił mu sobie jednak o nich przypomnieć na własne oczy i miał nadzieję, że jeżeli nawet Pomona przez tygodnie była głodzona w więzieniu to jego wskazówki będą wystarczające, żeby Moore był w stanie rozpoznać Sprout.
Czekajcie, weźcie jeszcze to – powiedział i szybkim krokiem wrócił się, podając Billowi jedną porcję mieszanki antydepresyjnej i różdżkę strażnika Tower, a Cedrikowi wręczając jedną porcję eliksiru uspokajającego. – To eliksiry na wypadek pogorszenia się stanu umysłu, a różdżka moze się przydać Pomonie – wyjaśnił jeszcze, po czym ruszył znów w stronę w którą mieli udać się z Tonksem i Rineheartem. Po drodze zatrzymując się jednak znów na środku panoptikonu, bo zauważył wracającego do niego kruczego patronusa. Alexowi ścisnął się żołądek. Wyciągając przed siebie lusterko dwukierunkowe raz jeszcze spróbował wywołać drugiego Gwardzistę.Kieran? – zapytał, zerkając w gładką taflę, licząc, że znajdzie tam coś więcej niż swoje własne, wełniane odbicie.
Zatrzymały ich też słowa więźnia. Na pytanie Tonksa Alexander skinął mu głową. Kiedy niewidzialny auror miał zająć się więźniem, Farley spojrzał jeszcze na Rinehearta. – Vincent, mam wrażenie, że moje spojrzenie na te wszystkie runy jest niepełne. Mam też wrażenie, że się pospieszyliśmy – powiedział.

| Przekazuję Billowi mieszankę antydepresyjną (1 porcja) i różdżkę strażnika z Tower, a Cedrikowi eliksir uspokajający (1 porcja); jeszcze nie wkraczam w gęstą akcję z lodowymi soplami, ale zrobię to w kolejnym lub którymś z kolejnych postów w tej kolejce, zależy jak mi się rozłoży


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : 52
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 37
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Zejście do Azkabanu - Page 6 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]09.12.20 17:44
Cenny czas umykał w zatrważającym tempie. Wiedział o tym czując jak ogromna niemoc opada na wszystkie zmęczone kończyny. Przenikliwe zimno szczypało odkryte, wysuszone policzki oraz czubek nosa. Skostniałe palce chował w miękki materiał czarnego, krótkiego płaszcza, lecz chłód dopadał je nawet tam. Przechodził z nogi na nogę uwalniając ostatnie strużki upragnionego ciepła. Coraz głośniejsze, przenikliwsze, wzmożone szepty wnikały w umysł, rozsiadały się pomiędzy warstwami podświadomości podsyłając najokropniejsze, najokrutniejsze wizje. Wydawały się odległe, nieludzkie, należące do istot, które przecież nie miały prawa istnieć. Do tego ten krzyk, słowa dotykające wnętrza, najgłębszych odczuć; mógłby przysiąść, że gdyby nie reakcja spokojnego Tonksa rzuciłby się w stronę metalowej klatki przyciskając do niej głowę bezczelnego więźnia. Musisz to znieść, zaszumiało w jego głowie niczym mantra. Słowa powielały się nakładały na siebie, przecież chciał w nie uwierzyć. Wciągnął lodowate powietrze i wypuścił je z gwiżdżącym świstem. Szeroko otwartymi, jasnymi tęczówkami spojrzał na Michaela, sprawdzając czy wszystko co dzieje się wokół jest prawdą. Czy istnieje i tak jak on stoi na kamiennej, przeklętej ziemi? Ruchomy labirynt, a także runy wyżłobione w grubej posadzce przez cały czas nie dawały mu spokoju. Przekonany, iż wcześniejsza, aktywowana runa przyniesie oczekiwany efekt, dziwił się, że mapa, po jakimś czasie zareagowała właśnie w taki sposób. Element, który udało im się uruchomić, cofnął się do innego położenia.
Wewnętrze, starożytne znaki rozpłynęły się w powietrzu. Porzucili pierwotny trop, który mógł okazać się właściwy. Westchnął przeciągle i zerkając w stronę Farleya odpowiedział: – Też mi się tak wydaje. Cały czas się nad tym zastanawiam. Coś przeoczyliśmy. – rozmyślał na głos wykorzystując ten krótki moment swobody. Długie palce oparł na brodzie myśląc: – Dziwi mnie, że labirynt wrócił do pierwotnej formy, a runy wewnątrz korytarzy zniknęły. Myślę, że były istotną wskazówką, mogły otwierać kolejne, wewnętrzne przejścia, przepuszczać nas dalej. – kontynuował. – Aktywowałbym runę fehu jeszcze raz. Tym samym zastanowił się nad innymi znakami, które wcześniej rozważaliśmy. Może aktywowanie jeszcze jednej runy da nam większe pole do manewru wewnątrz. – powiedział, po czym wysuwając miotłę zza paska torby dosiadł jej, aby jeszcze szybciej przedostać się pod runę fehu przypominającą literę „F” z wydłużonymi ramionami. Tak jak poprzednio przyłożył do niej obie ręce koncentrując całą magię. Chciał, aby była aktywna.

| działanie przed akcją Michela złapanego w pułapkę w celi więźnia



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]09.12.20 18:07
Alexander przez chwilę taksował spojrzeniem młodego Rinehearta. Widząc jawne oznaki zimna na nim Alexander sam również zadrżał, ściskając razem kościste członki, usiłując jak najwięcej ciepła zachować przy sobie. Łatwiej było zachowywać względną niepamięć względem chłodu gdy nie patrzyło się na jego skutki. Gdy było się odrętwiałym, zatopionym we własnych emocjach i stresie. Alexander już nawet nie był pewien czy dałby radę rozprostować palce zaciśnięte na wciąż trzymanym przed sobą lusterku. Chłód, nerwy, niepewność, zwątpienie: to wszysko trzeba było znieść. Alexander starał się oddychać spokojnie, nie dać się rozproszyć, choć czuł, że atmosfera panująca w Azkabanie zaczyna odciskać na nim swoje piętno coraz dobitniej. Jakby zamiast powietrza otaczała go woda, Słup wody zgniatający jego głowę i płuca, których być może żadne z nich nie będzie potrzebowało jeżeli stąd nie wyjdą. Cały czas musiał mierzyć się z przykrymi konsekwencjami- – Chodzi mi tylko o to, że podobnie jak zapewne ty wiem, że cokolwiek robimy, może to ze sobą nieść przykre konsekwencje, nie mam tu na myśli tylko żartów i to nie oznacza, że przestajemy robić cokolwiek, tylko że zabezpieczamy się przed konsekwencjami.
Farley zesztywniał nieco, bo ostatnim czego się spodziewał to to, że będzie słyszał głos – wspomnienie? – Bertiego w takiej chwili. Alexandrowi zrobiło się jeszcze zimniej. Bertie nie żył. Był tylko w jego głowie, był tylko jakimś echem. Wyrwany z kontekstu. Może wcale tego nie powiedział do niego, może to jego podświadomość płatała mu figle. Ale może to był czas żeby w końcu przestać wypierać dziwne myśli i przeczucia i zaufać własnej intuicji, skoro zostali tu sami w szóstkę, bez pomocy z zewnątrz? W końcu polegali tylko na sobie odkąd dotarli pod Tower. To współpracą dotarli aż tak daleko i dalej musieli współpracować.
To, że Vincent miał podobne odczucia dodało Alexowi otuchy, że może jednak jeszcze dadzą radę zbliżyć się do rozwiązania, ruszyć w korytarze labiryntu z czymś więcej niż odwagą i wiarą w sukces.
Aktywuj ją, nic nie stracimy. Jak już korytarze tylko się otworzą – zgodził się z Vincentem, a kiedy ten ruszył ku runie nazywanej fehu uzdrowiciel próbował odtworzyć w myślach ostatnie parę minut, wymiany zdań. Konsekwencje ich słów. Coś go trafiło. Niedokładnie posłuchał Billy'ego gdy ten opowiadał o tym co widział pod Homenum Revelio. Za mało uwagi poświęcił mu jak mówił, że dwie najbliższe sylwetki są w korytarzach, jednym z którego krzyczała Pomona i drugim obok. Przecież najbliżej nich był więzień, którego właśnie ruszył uwolnić Michael. – Pomona krzyczała tam – powiedział i odwrócił się do korytarza, w którym zniknęła reszta. – Ten sam korytarz w którym Billy mówił, że widzi w Homenum sylwetkę najbliżej nas. W korytarzu, a przecież najbliżej nas są jeszcze inne cele. I mówił, że w korytarzu obok jest jeszcze jedna taka sylwetka – powiedział, patrząc znów pod swoje stopy. Po aktywacji fehu pojawił się tam przecież wielki X, który Rineheart nazwał gebo. – Dlaczego na środku pojawiło się wtedy gebo, Vincent? Jak teraz mówisz to może właśnie gebo byłoby drugą runą, którą musisz aktywować. Nie rozumiem kompletnie run, ale to brzmi jak zaklęcie rzucane w dwóch etapach. Nawet jeżeli pierwszy ci wyjdzie to drugi etap trzeba ukończyć do pełnego działania. Tutaj do... pełnego otwarcia labiryntu, skoro takie jest jego działanie – powiedział, mówiąc coraz prędzej, trzęsąc się od czasu nie tylko z nerwów, ale i z ekscytacji. – I to fehu i gebo, one są na przeciwko siebie. Mówiłeś coś o odwrotności. Może chodzi o runy naprzeciwko siebie. I może to wszystko jest po prostu na odwrót, wychodząc na zewnątrz panoptikonu przez kolumny tak naprawdę idziemy do środka labiryntu – mówił, snując domysły jak szalony.

| Jeszcze nie koniec!


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : 52
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 37
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Zejście do Azkabanu - Page 6 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]09.12.20 18:36
Dobrze było wyrazić swoje myśli na zewnątrz. Nawet jeśli wzmożone słowa zamieniały się w białą, lodowatą parę. Uwielbiał pracować sam, jednakże pewne kwestie wypadało skonsultować z drugą jednostką. W tym przypadku natrafił na młodego Gwardzistę, który z tą samą intensywnością próbował rozwikłać niezrozumiałe elementy okrągłej zagadki. Zimno, które jeszcze przed chwilą odczuwał tak intensywnie, zelżało. Podekscytowanie związane z ponownym, nieco przyspieszonym procesem myślowym wdrożyło umykające strużki prawdziwego ciepła. Podniósł się do pionu zaraz po aktywacji runy. Wierzył, że można zrobić coś więcej, pójść o krok dalej. Chciał, aby wewnętrzne znaki ponownie rozświetliły ciemną przestrzeń ukrytą pomiędzy licznymi kolumnami. Zaraz potem głos dowódcy wyrwał go z zamyślenia, skupił na nim swoją uwagę: – Zgadza się. – potwierdził, gdy mężczyzna wskazał kierunek, z którego dobiegał krzyk byłej Zakonniczki. Wyrazy wypowiadane na głos pozwalały na uporządkowanie myśli i chronologii wydarzeń. – To też się zgadza. – zawtórował przypominając sobie wcześniejszą poszlakę wypowiedzianą przez Moora. – Wspomniałem o bliźniaczych runach wewnątrz korytarza, do tych, które znajdują się na zewnątrz okręgu. Były w różnych odległościach.
Runa bliźniacza do gebo, czyli tej przypominającej X, znajdowała się na samym środku. Co do dwuetapowości, przeciwległego położenia…
– zamyślił się na chwilę spoglądając przed siebie jakby chciał to sobie zwizualizować. – Runy opierają się na symbolice, różnych zależnościach. – opowiadał dalej odpowiadając na pytania zadawane w głowie. – Tak mówiłem, że runy są odwrócone. Nie licząc tych, których odwrócić nie można. – mówił, a dalsze rozważania przemawiały do niego coraz bardziej. Była to kolejna teoria, lecz łączyła w sobie wszystkie pozostałe, nad którymi zastanawiali się w większym gronie. – Spróbujmy. – odpowiedział niemalże od razu. Wykonał podobną czynność. Ponownie rozsiadł się na miotle dmuchając w skostniałe palce. Podleciał do runy gebo, przypominającej wielki „X”. Ukląkł przy niej, kładąc obie ręce na wyżłobieniu. Zamknął powieki i skoncentrował całą magię, aby aktywować znak.

| będę jeszcze pisać



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Zejście do Azkabanu [odnośnik]09.12.20 19:18
Michael zabrał się za otwieranie więziennych krat, a desperacja - bądź głupota - skłoniły go do zaufania partnerowi w umowie. Słyszał rozmowę Alexa i Vincenta, ale - nie znając się na runach - na razie skupiał się na własnym zadaniu. O tym, że skrzywdzenie szlamy może być dla więźnia cenniejsze niż ucieczka (być może niemożliwa) z tego miejsca, przekonał się o włos za późno. Nagle zrobiło mu się przeraźliwie zimno w okolicach torsu i głębiej, coraz głębiej. Odruchowo zerknął w dół i dopiero wtedy zobaczył sople, poczuł ból.
-Po…mocy! Wszedłem w… - urwał, czując jak lód przenika jego wnętrzności przy każdym słowie, każdym gwałtowniejszym ruchu. Spróbował uspokoić oddech, ale wstrząsnęły nim mimowolne dreszcze, a kolce były ostre…
-Circo Igni. - wychrypiał, jak najdelikatniej celując różdżką (której przecież nie wypuścił z ręki) pod własne stopy. Ogień, ogień nie skrzywdzi go jeszcze przez najbliższe kilka chwil, a powinien roztopić tą… pułapkę?
-Carpiene. - szepnął, na wypadek gdyby pułapek było tu więcej. Dla niego już za późno, ale nie dla kompanów.


1. rzut na połowicznie udane circo
2. carpiene


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Zejście do Azkabanu - Page 6 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Strona 6 z 15 Previous  1 ... 5, 6, 7 ... 10 ... 15  Next

Zejście do Azkabanu
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach