Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Most w Richmond

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
Autor toWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Most w Richmond - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Most w Richmond - Page 4 Empty
PisanieTemat: Most w Richmond [odnośnikMost w Richmond - Page 4 I_icon_minitime15.03.19 20:24

First topic message reminder :

Most w Richmond

Most na obrzeżach Richmond nie jest szczególnie często uczęszczany - w przeciwieństwie do swojego zbudowanego z kamienia bliźniaka, który łączy ze sobą dwie części miejscowości leżące na przeciwległych brzegach Tamizy. Miasteczko znajduje się na przedmieściach Londynu w górnym biegu rzeki. Leżące dość blisko miasta Richmond stało się jednym z ulubionych miejsc wypoczynku angielskich królów - w rezydencji Sheanes mieszkał między innymi Henryk I czy Edward II. Znajdują się tu rozległe tereny łowieckie oraz kilka parków ulokowanych w zatokach rzeki. Okolica jest niezwykle spokojna, zamieszkana zarówno przez mugoli jak i czarodziejów, którzy uciekli na obrzeża miasta w poszukiwaniu spokoju i ciszy.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Anne Beddow
Anne Beddow

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Zawód : powsinoga
Wiek : 17
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Most w Richmond - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Most w Richmond [odnośnikMost w Richmond - Page 4 I_icon_minitime15.02.21 18:34

Ona ich nie znosiła. Mimo, że znała je nader dobrze, bardziej niż by tego chciała, mimo że przylgnęły do ciała i spacerowały z nią krok w krok - nie znosiła kłopotów. To one znajdowały ją, nigdy na odwrót; niemal od zawsze, począwszy od dni, które ograniczały się tylko do murów budynku i sztachet płotu sierocińca, przez obce dzieci, które zawsze chciały więcej wiedzieć i więcej móc, po te obce, które z werwą wymachiwały magicznym drewienkiem, z lekkością wzbijały się w powietrze i z łatwością nazywały ją brzydkim słowem na sz.
Teraz też ich nie znosiła; wywoływały nieprzyjemny dreszcz w dole pleców i mrowienie w palcach, kiedy przyglądała się czerwonym plamom i smugom. Na moment wstrzymała oddech, krzyżując z nim spojrzenie, z niepewnie wysuniętą dłonią i przestrachem mieszającym się z wdzięcznością w spojrzeniu.
Znała go; jej oczy go znały – ze szkolnych korytarzy, hogwardzkich cieni i kłopotów, z którymi kroczył. Może nawet pamiętała jego imię, ale zdecydowała się nie mówić niczego, trwając jeszcze przez krótką chwilę z wyciągniętą chustką, na wypadek gdyby zmienił zdanie.
Finalnie pokręciła głową i cofnęła dłoń.
– Nie – dzięki niemu nie, bo zapewne dopadłby ją w kilku dłuższych susach na otwartej przestrzeni, chyba że zdążyłaby zbiec na leśną ścieżkę i zmylić jego kroki. Teraz wolała jednak o tym nie myśleć.
Wyciągnięte w jej kierunku owoce spotkały się z drobnym zmarszczeniem brwi; z ręki podniosła spojrzenie na jego twarz, nieco skonfundowana, sięgając w końcu po podarek gdy ponaglił swój gest głosem.
– Czemu to zrobiłeś? – czemu, po co, dlaczego znów? Gdyby nie stanął na drodze tamtego chłopca, nie wycierałby teraz lepkiej krwi, tyle tylko, że świeża jucha zdawała się mu w ogóle nie przeszkadzać.
Przyspieszyła kroku, w międzyczasie obierając mandarynkę, zostawiając za nimi pomarańczowe skrawki skórki; kiedy stanęła obok, przedzieliła owoc na pół i podała mu jedną część, swoją rozdzieliła i kawałek wsunęła do ust, kiwając głową na jego słowa. Jak wielu ich jeszcze było? Ile mieli siły, czasu i chęci, by bawić się w samozwańczych panów?
– Kojarzę cię ze szkoły – wypowiedziane dopiero po dłuższym czasie, naznaczonej odgłosem rwącego nurtu rzeki, jakby samo wspomnienie Hogwartu było na tyle odległe, że ocierało się niemalże o zapomnienie. A przecież nie była tam tak dawno temu. Powinna być tam teraz.
– Dokąd idziesz? – zapytała niepewnie, urywając kolejną część ze swojej połówki, podnosząc na niego spojrzenie.




czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Powrót do góry Go down
James Doe
James Doe

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
Here comes trouble



OPCM : 3
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Most w Richmond - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Most w Richmond [odnośnikMost w Richmond - Page 4 I_icon_minitime18.02.21 13:22

Biel haftowanej chusteczki jaśniała w jej dłoni jeszcze przez chwilę. Nie mógł jej przyjąć. Nie zrobił tak naprawdę nic, by na nią zasłużyć, by ją sobie przywłaszczyć, splamić ją krwią, która nigdy się nie spierze. I kiedy przyjdzie jej otrzeć łzy lub tą delikatną buzię z kurzu i pyłu wznoszącego się spod butów podczas szaleńczego biegu, nie będzie miała czym. A tak się stanie. Wyglądała na dziewczynę, do której trudy życia przyklejały się niczym okruszki chleba do bosej stopy. Mała, niewinna, zagubiona. I to przerażenie w jej oczach wzbudzało w nim złość. Odwrócił się przez ramię wściekle wypatrując gnojka, który gnał za nią jak wilk za sarną. Chłystka, któremu od urodzenia powtarzano, że jest lepszy od innych i może kłaść łapska na wszystkim czego chciał. I jeśli chciał krzywdzić innych, to mógł, bo kiedyś mu przyzwolono. I jednocześnie zdawał sobie sprawę, że na takich nie było ani rady ani sposobu, a to, co zrobił by dać upust własnym frustracjom nie mogło być prawdziwą nauczką na przyszłość, dopóki znajdą się tacy, którzy będą mu przyklaskiwać i śmiać się z czynionych przez niego obrzydliwości.
A ona? Ona była taka drobna.
Jak dojrzały mlecz, mogła być zdmuchnięta jednym silniejszym powiewem wiatru.
Jej pytanie rozbiło się o niego zmuszając go do oderwania od niej spojrzenia i odrzucenia od siebie nieswoich spraw, konfliktów, dramatów. Nie chciał jej zatrzymywać, niech gna tam, dokąd zmierza. I on chciał iść dalej. A wciąż trudno mu było się ruszyć w przeciwną stronę. Gniotła go świadomość, że nie powinien jej zostawiać, przynajmniej nie teraz. Jeszcze bardziej gniotła go myśl, że sam mógł docenić jej towarzystwo, nawet jeśli jeszcze tych kilkanaście minut.
— Wpadł na mnie— skłamał gładko i szybko, nie patrząc jej oczy. — Nie widziałaś?— Wiedział przecież, że nie, zaczepił go, sprowokował. Minąłby go ledwie ocierając się o ramię, ale to nie miało już żadnego znaczenia. Pomógł mu pozbyć się tego czegoś, co go rozzłościło i co miało eksplodować na samą myśl, że znalazł sobie słabszą od siebie ofiarę, przedmiot nędznej, prymitywnej rozrywki — ale o tym pomyślał dopiero, gdy rzucił mu worek pod nogi, a on zatoczył się po drewnianej kładce. Poprawił worek na ramieniu i pokręcił głową, odpychając od siebie cichy, wewnętrzny głos szepczący prawdę o powodzie, dla którego to uczynił. Tak inny niż ten, który jej zdradził bez wahania. — Odmówiłaś mu spaceru, że postanowił zmienić go w polowanie? Nie wyglądasz na fankę gry w berka. — Zerknął na nią, stopy zaszurały na nierównym podłożu. Kiedy podała mu mandarynkę zawahał się, ale zaciśnięta obręcz wokół żołądka ostatecznie zmotywowała go do wzięcia połówki, którą obrała. Uśmiechnął się pod nosem do siebie jeszcze nim wyjawił jej sekret. — Nienawidzę ich obierać — podzielił się z nią luźno, przerywając krótką ciszę przetykaną skrzeczącym pod butami podłożem. — Zawsze pozostaje po nich ten zapach na dłoniach. — Uniósł brew i przyłożył mandarynkę do ust, zębami odrywając sobie kawałek mięsistego owocu. I o ile nie znosił tego aromatu na palcach, smakowały wybornie, słodko. I kojarzyły mu się z Hogwartem. W domu nigdy ich nie było. Przytaknął jej lekko. — James — przedstawił się, spoglądając na nią po dłużej chwili. On też ją znał, ale zapomniał jak miała na imię.
Oddalali się od Tamizy, tu drzewa zaczynały szumieć ciszej, spokojniej. Powietrze było lżejsza, bardziej rzeźnie.
— Miałem zamiar rozejrzeć się po mieście, poszukać jakiegoś zajęcia. Czegoś pod Londynem — brakowało mu tej wolności, która nie istniała w stolicy wypełnionej kamieniem, betonem, wysokimi kamienicami.— A ty? Odprowadzę cię – zaproponował, choć nawet nie powiedziała mu skąd uciekła. Pomoże jej wrócić do domu.




Dziś późno pójdę spać
I nie wiem o czym myśleć mam
*
żeby mi się przyśnił taki świat
W którym się nie boję spać.
Powrót do góry Go down
Anne Beddow
Anne Beddow

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Zawód : powsinoga
Wiek : 17
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Most w Richmond - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Most w Richmond [odnośnikMost w Richmond - Page 4 I_icon_minitime18.02.21 16:14

Mogła się zastanawiać, czy zrobił to tylko dla adrenaliny – czy był jak inni chłopcy, którzy uwielbiali kłopoty, wypuszczali z ust zaczepki jak wydychane powietrze, a burdy sprawiały im rozrywkę porównywalną z najlepszymi zabawami. Nawet jeśli tak było, gdzieś w środku i, o zgrozo, też na buzi, teraz naznaczonej niepewnym grymasem, z oczami wypełnionymi nerwowością i zwykłym strachem, czuła się mu dłużna. Dłużna kilku ciosom i krwi, która poplamiła jego skórę i ubranie. Nie musiał tego robić. Nawet jeśli zapierałaby się w najlepsze i wierzyła w jego wersję wydarzeń, w której chłopak wpadł na niego.
Ale nie mówiąc już nic, uciekając wzrokiem od ciemnoczerwonych plam, pokiwała głową pospiesznie. Uratował ją – tyle i aż tyle.
– Dziękuję – było jedyną odpowiednią i wartą – niezbędną – do wypowiedzenia reakcją; bez zbędnych słów, bez zbędnego drążenia i prób zrozumienia, dlaczego to zrobił. Nie wiedziała też dlaczego tamten zrobił to co zrobił. I dlaczego uciekała, skoro ona sama nie zrobiła nikomu żadnej krzywdy.
Ale czasem to było za mało; za mało albo za dużo – niektórym przeszkadzał nieodpowiedni wzrok, zły krok, nawet najlichsze spojrzenie czy oddech posłany w złym kierunku. Nie chciała się zastanawiać nad powodami.
– Poszłam tam gdzie nie powinnam, chyba, sama nie wiem – stwierdziła, marszcząc nieco brwi i wzruszając ramionami. Tacy jak on nie potrzebowali wybujałych powodów, by zacząć pierw krzyczeć, później biec, finalnie grozić i obiecywać to, co mroziło krew w żyłach.
– Tacy jak on nie lubią takich jak ja – dodała, dużo ciszej, być może tylko do samej siebie, jakby te kilka słów i jej miało ułatwić zrozumienie. Tego, co nimi kierowało i tego, co rządziło podłym światem.
Miękka ziemia była niemalże jak zbawienie, przynosiła ulgę bolącym stopom i pozwalała uspokoić wciąż przyspieszony oddech. Mandarynka rozpłynęła się w ustach, jej smak i jego słowa wywołały czysty uśmiech.
– Nie ma za co – odpowiedziała, unosząc kącik ust wyżej. Maleńka próba złagodzenia własnego długu, jaki wobec niego miała. Wsunęła do ust kolejną część, a grymas na buzi nieco zelżał, jeden kącik ust wciąż tkwił w górze, drobny uśmiech wydawał się niemal beztroski, tak daleki od dzikiego pędu i przestrachu, jaki kwitł na jej policzku zaledwie kilka chwil temu.
– Annie – zrewanżowała się, podnosząc na niego spojrzenie na moment, nim znów nie omiotła nim ścieżki; teraz spokojniejszej, naznaczonej leśnym krajobrazem. Łagodniej, zupełnie jakby tamten chłopiec nie istniał.
Tutaj chyba nie mógł ich już znaleźć, nawet jeśli zamierzał wrócić.
– Prawdę mówiąc, nie jestem pewna – stwierdziła, całkiem szczerze, może przyznając się też przed samą sobą, że nie wie dokąd zmierza – Ale jak najdalej od Londynu, choć jak widać, średnio mi to wychodzi – kiedy stawia się stopy na obcej ziemi, należącej do obcych ludzi, którzy innych obcych wyjątkowo nie lubią.
– Może zostanę dziś w Richmond, a jutro pójdę dalej, zobaczymy – rzuciła w eter, dojadając resztę mandarynki.
– Jakiegoś zajęcia? Masz na myśli pracę?




czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Powrót do góry Go down
James Doe
James Doe

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
Here comes trouble



OPCM : 3
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Most w Richmond - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Most w Richmond [odnośnikMost w Richmond - Page 4 I_icon_minitime09.03.21 14:25

Nie zrobił tego dla niej, a przynajmniej to sobie powtarzał uparcie. Nie był żadnym rycerzem, bohaterem. Nie miała za co dziękować, to był tylko przypadek, że na siebie wpadli, nie wierzył w przeznaczenie. Zbyt często widział jak babka wróży z dłoni za pieniądze, mamiąc i czarując swoich klientów, by wracali do niej po nowe informacje. Ponoć czasem zdradzała im prawdę, by ich utrzymać, ale za ciemne chmury nikt nie chciał płacić. Wracali po nadzieję, że słońce któregoś z dnia się zza nich wyłoni i doda im otuchy w ciemnych czasach. Świat obcych opierał się na kłamstwie, na pozorach. Oni wiedzieli zawsze lepiej, po cóż ich wyprowadzać z błędu, skoro można było dopasować rzeczywistość do tego, co uważali. Nie była taka, jak oni. Mógł ją nawet zrozumieć. Potrafił ją zrozumieć, chociaż wcale jej nie znał. Pokiwał głową i westchnął, znał to dobrze — niewłaściwe miejsce o niewłaściwym czasie.
— Teraz nigdzie nie jest bezpiecznie. Richmond też nie jest bezpieczne, jeśli tam zostaniesz, jutro może spotkać cię to samo — albo coś gorszego, ale tę wizję zachował już dla siebie. Spojrzał na nią z boku, kiedy szli przed siebie. Zerknął na jej profil. Wydawała się bezradna, zupełnie zagubiona. — Masz kogoś bliskiego? Kogoś, kto mógłby ci pomóc? — spytał bez ogródek. Oni zawsze trzymali się razem, dopóki ich nie rozdzielono, dopóki nie zagubili się w tym pogrążonym wojną świecie. Na rodzinę, nie tylko taką, z którym dzielili więzy krwi. Wychował się w przekonaniu, że tylko na nich mógł liczyć — Mam mieszkanie — skłamał, nie było jego, ale nie musiała o tym wiedzieć. — ale w porcie, w Londynie. — Tam nie było dla niej bezpiecznie. Służby ministerstwa robiły wszystko, by oczyścić miasto z ludzi, którzy według nich nie byli godni życia w nim. Chciałby jej powiedzieć, że znał ludzi, który mogli zapewnić jej bezpieczeństwo, ale to nie była prawda. Nie chciał robić jej nadziei. — Mogę z tobą dzisiaj zostać, jeśli chcesz — zaproponował, nie mając w tym żadnego celu. I tak sam włóczył się wszędzie bez powodu, ledwie zdobywając jedzenie. W mieszkaniu nie trzymało go nic, nikt na niego nie czekał. Wciąż liczył na to, że uda mu się zdobyć dostatecznie dużo pieniędzy, by zapłacić ludziom za informacje, zapłacić komuś, by odnalazł jego bliskich, a przynajmniej dowiedział się czegoś. Musiał wiedzieć gdzie są. Musiał wiedzieć, czy żyją. — W Twickenham i Hampton nie będzie lepiej. Byłaś kiedyś w Dorset? Devon? Albo Kornwalii? Ludzie mówią, że tam jest spokojniej. Uciekają w tamtą stronę. Tam byłabyś bezpieczna — Nie był pewien, czy tak zupełnie, ale na pewno miałaby się lepiej niż tutaj, gdzie każdy łypał na każdego nieufanie. Wepchnął sobie kawałek mandarynki w usta, a słodko-kwaśny smak rozlał się po języku i podniebieniu. Myślał przez chwilę — zastanawiając się nad tym, jak jej pomóc, sam oddalał od siebie własne problemy i dylematy. Sam nie wiedział, co powinien zrobić ani jak. Anglia była ogromna, ludzie, których szukał mogli być wszędzie. Biała gołębica wracała bez listów, ale nikt nigdy na żaden nie odpisał. Zaczynał tracić nadzieję, że żyją. — Tak — przytaknął, jej w końcu, przełknąwszy owoc. Ścieżka skręcała lekko w prawo, spojrzał na nią jeszcze, na delikatny profil, jasne włosy. — Ale i o to trudno teraz. Trudniej niż do tej pory. — tym bardziej dla kogoś takiego, jak on, wyglądającego jak on. — Chyba, że do grzebania ciał w zbiorowych mogiłach...— Westchnął cicho, smętnie, spuszczając wzrok pod nogi. — Jak to się dało, Annie, że jesteś tu sama?— spytał od razu, unosząc na nią oczy.




Dziś późno pójdę spać
I nie wiem o czym myśleć mam
*
żeby mi się przyśnił taki świat
W którym się nie boję spać.
Powrót do góry Go down
Anne Beddow
Anne Beddow

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Zawód : powsinoga
Wiek : 17
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Most w Richmond - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Most w Richmond [odnośnikMost w Richmond - Page 4 I_icon_minitime10.03.21 18:14

Przez znaczną część swojego życia nie wierzyła w to wszystko; w barwne iluzje, kolorowe światła, zagiętą rzeczywistość, która raz po raz potrafiła wywrócić świat do góry nogami, a potem namalować go na nowo. Pierwsze tygodnie w Hogwarcie były jak wejście w niezwykle wybujałą baśń, jak niekończący się sen, który mimo piękna potrafił także przerażać i niepokoić; potrzebowała lat, by zrozumieć, że szkoła jest jedynym miejscem, któremu faktycznie mogłaby nadać miano domu.
Ale teraz już jej nie miała – ani szkoły, ani przekonania o posiadaniu własnego miejsca, kąta, skrawka świata, w którym mogłaby być naprawdę sobą. Dawny dom zrównany z ziemią, kolejny wypełniony nieopisanym niebezpieczeństwem; gdzie tak naprawdę miała teraz pójść?
– Tak... tak jakby – bo przecież miała, prawda? Miała Petera, od zawsze i na zawsze; fakt, że od jakiegoś czasu gdzieś się zawieruszył, a ona nie mogła go znaleźć – jeszcze – nie świadczył wcale, że została sama.
– Ale się rozdzieliliśmy – sprostowała zaraz potem. Stwierdzenie, propozycja, prosta informacja; kiedy wspomniał o mieszkaniu, w portowym Londynie, zmarszczyła nieco brwi, nie do końca wiedząc co powinna była odpowiedzieć. - Więęęc? - angielska stolica kojarzyła jej się źle; bardzo źle, coraz gorzej, choć przecież to w niej się wychowała i ją znała niemalże jak własną kieszeń. Jedynie spoczywająca gdzieś na poboczu świadomości data, ta, którą wyznaczyła przypadkiem spotkana w lesie dziewczyna, kilka dni temu, przybliżała ją do myśli o Londynie. Chcąc nie chcąc musiała tam wrócić, przecież obiecała.
– Och, jeśli ty masz chęć, jasne – odpowiedziała, wciąż odrobinę skonfundowana  - wspólnie na pewno byłoby im raźniej, a ona nie czułaby na własnym karku oddechu niepokoju spowodowanego chociażby myślą o tych, którzy z wielkim zapałem gotowi byli przepędzać z przypadkowych miejsc ludzi takich jak ona. Ale gdzie mieli iść? Dokąd podążać? Gdzie zostać?
– Tylko no... tak jakby, nie wiem gdzie... gdzie mamy zostać – wybory odwiedzanych ziem dyktowane były tylko przypadkiem; czasem zasłyszaną plotką, czasem pochwyconą w biegu informacją o pozornym bezpieczeństwie czy zapasach jedzenia, które mogła znaleźć w określonym miejscu. Takie jak te, którymi dzielił się zaraz później; pokiwała głową na informacje o skrawkach ziemi, które być może mogły jeszcze zapewnić odrobinę schronienia.
– Może masz rację – przytaknęła głową, kodując, dla samej siebie, że to tam powinna pójść następnie; w końcu i tak nie miała już żadnego kroku, żadnej wskazówki, a trzymanie się centrum było najgorszym z możliwych wyborów.
– A ty? Ty tam byłeś? Albo wracasz? Pod Londynem masz rodzinę? – zapytała otwarcie; może byli tam i jego bliscy, skoro tam kierował kroki w poszukiwaniu pracy?
Utrzymywała wzrok na ścieżce starając się przekalkulować bilans zysków i strat, prawdopodobnych scenariuszy, wyobrazić sobie miejsca, w których faktycznie mogliby – albo on, albo ona – znaleźć coś do roboty, kawałek dachu nad głową i suche miejsce do spania. Trzymając się kurczowo myśli o tym, że faktycznie mogli jeszcze zrobić cokolwiek, starała się zignorować drobne drżenie wywołane kolejnymi z jego słów.
Śmierć, groby, porzucone, zapomniane ciała w zatęchłych uliczkach – jakim cudem jej miasto stało się wylęgarnią zła i strachu? Minęło kilka uderzeń serca, nim odważyła się podnieść na niego spojrzenie, odrobinę skonfundowane. Jak to się stało? Chyba sama nie wiedziała.
– Rozdzieliłam się z moim bratem. My...mieliśmy plany, a ja, prawdę mówiąc, powinnam być teraz w Hogwarcie – przyznała wprost; sojusz mandarynek i obity nos tamtego chłopca był wystarczającym gwarantem drobnej nici zaufania – Ale wszystko się posypało. Wszystko zaczęli niszczeć... ludzie zaczęli znikać – nie musiała mu tego mówić, na pewno wiedział. O strachu, o ucieczkach, o ukrywaniu się wśród zgliszczy – Ja nie mam żadnej... gwarancji. Gwarancji bezpieczeństwa, nikt za mnie nie poświadczy, więc jedyne co mogę robić, to szukać mojego brata – wyjaśniła po krótce; i jego zniknięcie, i własną brudną krew, choć pozornie nie wspomniała o niej słowem, mógł się domyślić.
– Jak go znajdę, to wszystko jakoś się ułoży. Wyjedziemy gdzieś, o, za granicę może.




czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Powrót do góry Go down
James Doe
James Doe

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
Here comes trouble



OPCM : 3
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Most w Richmond - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Most w Richmond [odnośnikMost w Richmond - Page 4 I_icon_minitime17.03.21 1:36

Dom był tam, gdzie jego bliscy, rodzina, członkowie społeczności. Dom był tam, gdzie ludzie, którzy mogli się wspierać i na siebie liczyć, dzielić sukcesy i porażki. Nie chodziło przecież o mury. Puste ściany nic nie znaczyły, ale tęsknił za śmiechem rozbrzmiewającym w ciasnych czterech ścianach, za spojrzeniami pełnymi nadziei. Zawsze w to wierzył, a teraz nie było nikogo. Londyn był tak wielki, wcześniej pełen ludzi, teraz opustoszały. Opuszczony. Wypędzono z niego mieszkańców, rodziny. Rozbito bliskich. I też nie potrafił w tym wielkim mieście znaleźć kąta, w którym mógłby w końcu poczuć coś więcej. Nie miał nawet pojęcia, jak bardzo byli podobni w tym osamotnieniu i tęsknocie za skrawkiem własnego miejsca. Spojrzał na nią, ale na krótko, kiedy wspomniała o rozdzieleniu się. Poprawił worek na ramieniu i zacisnął na im mocniej palce.
— Napewno wkrótce się odnajdziecie. Na pewno dzieli was już mniej, niż więcej — odpowiedział powoli, starając się włożyć w zachrypły głos nieco otuchy. Czuł, że chciała to właśnie usłyszeć i pewnie, gdyby był na jej miejscu też by tego pragnął. Aby ktoś w to wierzył, tak jak on; nie przestawał mieć nadziei, że pewnego dnia jego rodzeństwo znów stanie mu na drodze. Pozwolił na chwilę myślą popłynąć dalej, zagubił się, nie skojarzywszy o co pytała w pierwszej chwili. — Więc? — powtórzył po niej, obracając głowę i unosząc brew. — Och, och! — Zreflektował się po chwili, ledwie powstrzymując się przed palnięciem otwartą dłonią w czoło. — Miałem na myśli, że jeśli nie masz się gdzie udać, możesz wrócić tam ze mną. Jeśli chcesz, możesz tam zostać. — Przymknął na moment oczy, obracając twarz przodem do kierunku drogi. — Źle to zabrzmiało — mruknął z rezygnacją, spoglądając na nią znów, szukając na chwilę jej spojrzenia. Ostatnie czego chciał w tej chwili to ją urazić i wystraszyć, po tym co przeszła.— Chciałem ci zaoferować pomoc w Londynie, jeśli jej potrzebujesz.— A może on jej też potrzebował, tylko nie potrafił przed sobą przyznać, że potrafiłby docenić nawet to jedno popołudnie. Nie nadawał się do samotności, źle znosił ciszę, odosobnienie. Nie miałby nic przeciwko, gdyby zechciała się tam z nim wybrać, ale przecież próbowała zrobić coś odwrotnego. Uciec z miasta, zniknąć z miejsca, które przesiąknięte było podejrzliwością.
— Gdziekolwiek.— Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że brzmiało to jakoś desperacko. Wzruszył ramionami. — W Richmond, tak jak w Londynie jest masa opuszczonych mieszkań. Niektóre z nich są otwarte, ludzie uciekają w pośpiechu, nie myślą o tym, by wziąć więcej niż w pierwszej chwili muszą. — Wybierała się dokądś, musiała założyć, że jeśli nie spotka tam swoich bliskich, będzie musiała znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, ciepły kąt, w którym będzie musiała odpocząć nocą. O takim miejscu właśnie myślał. Nim to jednak określił jaśniej, zerknął na nią, jakby w ogóle zastanawiał się, czy miała jakikolwiek plan, czy w ogóle wiedziała, jak o siebie zadbać. — Długo się już tak błąkasz? — Jak bardzo potrafiła się obyć w takich warunkach? Jaka była szansa, że dożyje końca tygodnia; że nie skończy w rynsztoku, albo przyparta twarzą do obskurnego muru. Ta myśl wywołała w nim ukłucie gdzieś w żołądku; myśli mimochodem pomknęły w stronę siostry, która mogła błąkać się dokładnie w ten sam sposób. Pozostawiona sama sobie. Przełknął gorycz, która pojawiła się w jego ustach, kiedy dotknęła ego tematu. Pokiwał przecząco głową, ale nie powiedział jej nic. Nie od razu. Wziął głęboki węch, wpatrując się w kamienie osadzone na ścieżce, którą kroczyli.
— W Londynie mam brata. Brata z innej matki— dodał po chwili. Marcel był jedynym członkiem rodziny, jaką tu miał. — Właściwie to dwóch — poprawił się po chwili, wciąż rozpatrując ile prawdy powinna usłyszeć, ile chciał jej powiedzieć. A może ona ją spotkała? Zaraz odrzucił w głowię tę myśl. Gdyby ich ścieżki się kiedykolwiek spotkały, znalazłby w swoim towarzystwie pocieszenie i siłę. Zwolnił, a w końcu się zatrzymał, kiedy wyznała, że szuka brata. Zatrzymał na niej spojrzenie, zastanawiając się nad tą ironią losu, nad tym — jak to możliwe, że się spotkali i czy naprawdę to spotkanie było przypadkiem. Nawet jeśli trwała wojna, nawet jeśli podczas jej trwania każdy kogoś zgubił, każdy kogoś szukał.
— Jak on wygląda?— spytał, świadom, że ma znacznie lepszą pamięć do samych twarzy niż imion. Czy mógł go przypadkiem spotkać? — Masz jakąś jego fotografię? — Po niej najłatwiej byłoby go odszukać. Znał ludzi, którzy może zechcieliby jej pomóc, ale nie zrobiliby tego z dobroci serca. Na takie jak ona wielu tylko ostrzyło zęby, czyhając na okazję. — Trudno dziś uciec za granicę.— Port był patrolowany, szukali uciekinierów do Francji, Niemiec, nawet Rosji. Ze świstoklikami był problem, słyszał to od ludzi nie raz. — Bez odpowiednich kontaktów... Ale trzymam kciuki. Mam nadzieję, że będzie tak, jak mówisz.— Nie chciał odbierać jej tego, choć nie był takim optymistą. Ruszył w końcu znów, powoli. Przed nimi droga rozwidlała się, w prawo kładka prowadziła na drugi z mostów do Richmond, prosto wracała w stronę centrum Londynu.




Dziś późno pójdę spać
I nie wiem o czym myśleć mam
*
żeby mi się przyśnił taki świat
W którym się nie boję spać.
Powrót do góry Go down
Anne Beddow
Anne Beddow

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Zawód : powsinoga
Wiek : 17
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Most w Richmond - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Most w Richmond [odnośnikMost w Richmond - Page 4 I_icon_minitime18.03.21 11:59

Pokiwała głową na jego zapewnienia; na pewno tak musiało być.
Tylko tyle zostało.
I jej, i jemu, choć tego wiedzieć nie mogła; mieć nadzieję, przekonanie, desperacko i uparcie zaciskać palce na tym, co musiało być prawdą, oczywistą oczywistością, nawet jeśli świat co krok chciał wytrącić ich równowagę. Jakiś cel, nieważne jak wybujały – jasny, klarowny, punkt dla którego wstawali i szli dalej, nie patrząc na brak jedzenia, brak pracy, czy łobuzów goniących młode dziewczyny na skrzypiących mostach.
– Nie powinnam wracać do Londynu – mruknęła cicho, przez moment marszcząc brwi, kiedy zaczął się tłumaczyć; bardziej niż zakłopotana samą propozycją przejmowała się faktem, że życie tuż pod nosem tych, którzy tak gorliwie chcieli udowodnić jej – im – że wcale nie powinno ich tutaj być, wydawało się jakąś abstrakcją – Ale ilekroć to mówię, prędzej czy później znowu tam jestem – próbowała się uśmiechnąć, choć uśmiech wkradający się na wargi miał w sobie więcej niepokoju niźli wesołości.
Jej miasto. Jej, w którym spędziła całe życie, które znała tak dobrze, teraz przeczące niemal wszystkiemu.
– Richmond wydaje się odrobinę spokojniejsze, nie? – rzuciła, podnosząc na niego spojrzenie. Opuszczone mieszkanie tutaj, a na wpół zawalona kamienica w Londynie; zdecydowanie wolała zająć któreś w tej okolicy, wspólnie na pewno byłoby im raźniej – Ale mówiłeś, że szukasz jakiegoś zajęcia – przypomniała, unosząc brew ku górze. Wybierał się gdzie indziej; może mogli wybrać się tam rano, o świcie? Albo rozdzielić? Po raz kolejny miała ochotę niemal się roześmiać z przypadkowości jej obecnego życia.
Drobne wzruszenie ramionami było przez dłużej niż chwilę jedyną odpowiedzią; przeniosła wzrok na leśną ścieżkę, w międzyczasie wpychając dłonie w kieszenie kurtki. Mówiono, że czas jest względny, ale ile tak naprawdę to było dużo? Ile za dużo? Może już zbyt długo błąkała się bez celu.
– Od lata – proste, krótkie, choć niewiele wyjaśniające; czerwiec wydawał się bardzo odległy, o czym przypominały jesienne podrygi chłodnego wiatru.
Kiedy on wspomniał o rodzinie, zaczęła myśleć; i o upływającym czasie, i o łączących ich relacjach. O tęsknocie, żalu, smutku? Każdy miał swoją skalę wytrzymałości, każdy wolał nie dopuszczać pewnych myśli do głosu. Powoli pokiwała głową, nie chcąc chyba brnąć dalej, z obawy o przekroczenie jakiejś granicy.
– Och, pewnie – wyrzuciła z siebie prędko, zaraz potem sięgając do środka własnej torby; odrobinę pognieciona, naznaczona kilkoma rysami, ruchoma fotografia, którą pochwyciła, przedstawiała roześmianego Petera. Podała mu zdjęcie – Ma na imię Peter. Możesz kojarzyć go z Hogwartu, chyba. Ile masz lat? – pytaniu towarzyszył uniesiony wzrok, jak gdyby starała się określić, jak dużo starszy mógł być na podstawie rysów jego twarzy.
– Za granicę, do innego miasta, nad morze, do jakiejś wioski... tak czy siak, gdziekolwiek – skwitowała, wzruszając ramionami.
Rozwidlenie, jakie przed nimi wyrosło, spotkało się z drobnym zmarszczeniem brwi.
– Nie mam żadnych...planów – wymamrotała cicho; Londyn – Richmond, Richmond – Londyn; i co teraz? – Ty wybierz, James.




czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Powrót do góry Go down
James Doe
James Doe

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
Here comes trouble



OPCM : 3
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Most w Richmond - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Most w Richmond [odnośnikMost w Richmond - Page 4 I_icon_minitime22.03.21 10:53

Uśmiechnął się ze zrozumieniem i pokiwał głową, patrząc przed siebie, na ścieżkę prowadzącą prosto do centrum stolicy. Nie musiała więcej zdradzać, jeśli nie była tam bezpieczna powinna trzymać się z daleka od miejsc, w których uliczni rabusie byli najmniejszym problemem.
— Nie jest, tak naprawdę— mruknął po chwili zastanowienia. — W porównaniu z tym, co działo się jeszcze niedawno, Londyn stał się bezpieczniejszy. Nie dla wszystkich — dodał szybko, zerkając na nią. — Na ulicach roi się od patroli, wszystkie formy buntu i agresji najczęściej są szybko tłumione. Wydaje mi się, że panuje tam duża dyscyplina, choć... ci, którzy jakiś czas temu musieli się ukrywać dziś bezkarnie chodzą sobie po ulicach, handlują czym popadnie, rzadkimi artefaktami, trutkami — przecież słyszał, w porcie dość często dochodziło do obrotu przedmiotami, których wartości nawet nie był w stanie oszacować, słysząc tylko skrawki informacji o tym, jak potworne i szkodliwe miały działanie. — Ci, którzy kiedyś mogli czuć się bezpiecznie musieli uciec. Los bywa przewrotny — mruknął smętnie. — Wokół Londynu czasem dochodzi do starć. Ci, którzy uciekli z centrum jeszcze stawiają opór temu, co się w nim dzieje.— Idealiści, przeklęci samobójcy. To, o co próbowali walczyć brzmiało pięknie i w głębi siebie potwornie pragnął, by te przewroty doszły do skutku i wizje dobrych ludzi się ziściły, ale nie wierzył, by szybko buntownikom udało się powstrzymać tę władzę, zatrzymać tyranię, która zakorzeniła się w Londynie, i która stawiała całą Anglię w stanie wojny. — Ale dla takich dziewcząt nigdzie nie jest bezpiecznie — młodych, samotnych, pozostawionych samych sobie. Spojrzał na nią, gryząc się w język. Nie chciał odbierać jej nadziei, stawiać ją w gorszym położeniu niż była, ale podróżując samotnie, tylko się narażała, gdziekolwiek nie była, mogła trafić na złych ludzi. Dziś trafiła na niego, udało jej się zbiec, ale następnym razem może nie mieć tyle szczęścia. — Nie powinnaś się poruszać po Anglii sama — zasugerował jej subtelnie, unosząc nieco jedną brew. Nie mógł jej zaoferować niczego więcej, chciał tu zostać jeszcze przez chwilę. — Na pewno masz jakiś przyjaciół, u których mogłabyś się zatrzymać. Chodzenie po ulicach z nadzieją, że trafisz na swoje rodzeństwo jest mało skuteczne, zaufaj mi — urwał na chwilę, marszcząc brwi. Przyglądał się chwilę czarodziejowi na fotografii, którego wskazała i pokiwał lekko głową. Zdawało mu się, że go kojarzy, na pewno gdzieś kiedyś go widział — minął może, ale nie był w stanie przytoczyć żadnej konkretnej sytuacji. Mogło to być nawet w pierwszym dniu szkoły; na pewno nie miał z nim nic wspólnego. — Nie spotkałem go raczej, nie w ostatnim czasie.— Szukała go od lata, zaginął niedawno. Na pewno zapamiętałby, gdyby do ich spotkania doszło w takim czasie. Starał się zapamiętać rysy, jakby miał czujniej przyglądać się otoczeniu. Chciałby jej pomóc, chciałby posłać jej dobrą wiadomość w przyszłości. Oddając jej zdjęcie, uniósł wzrok, spoglądając w jej jasne, błyszczące oczy. — Też szukam siostry — wyznał jej w końcu; szczerość za szczerość. Nie zdradził jednak od jak dawna, wiedząc, że to pozbawi ją nadziei. Już od jakiegoś czasu przebijała się bolesna perspektywa; tragiczna świadomość, że wcale nie przeżyła, ale nie dopuszczał jej do siebie, nie chciał w nią wierzyć. — Twojego wzrostu, ciemne oczy, włosy, uśmiechnięta, dobra. Sheila. Kwiat paproci — uśmiechnął się lekko, ale poczuł nagle ścisk w żołądku i wrócił wzrok w stronę Richmond. — Chodźmy tam. Znajdziemy ci jakieś miejsce, w którym będziesz dziś bezpieczna. A jutro...— Jutro już zależało od niej. Zignorował pytanie o zajęcie, poszuka czegoś później. Nie chciał jej mówić, jaka była prawda. Kiedy na nią patrzył zalała go fala dziwnego wstydu. Ruszył w tamtą stronę, licząc na łut szczęścia.




Dziś późno pójdę spać
I nie wiem o czym myśleć mam
*
żeby mi się przyśnił taki świat
W którym się nie boję spać.
Powrót do góry Go down
Anne Beddow
Anne Beddow

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Zawód : powsinoga
Wiek : 17
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Most w Richmond - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Most w Richmond [odnośnikMost w Richmond - Page 4 I_icon_minitime23.03.21 14:04

Jego słowa niosły za sobą dziwaczne odrętwienie; uścisk zmusił zęby do naciśnięcia na dolną wargę ust, później przetoczył się przez gardło i zacisnął na krtani, niedługo potem wpływając bezdechem w płuca, by finalnie zalęgnąć się w żołądku, prawie boleśnie. Kiedy świat zaczął tak wyglądać? Kiedy zaczęły się pierwsze sygnały? Kiedy mieli jeszcze czas by coś naprawić?
Nie rozumiała – ani wtedy, ani teraz – dlaczego ludzie robili to wszystko, w imię czego, i dla kogo. James przedstawiał obraz miasta, które przecież było jej. W którym się urodziła i wychowała, które znała tak dobrze, tylko po to, by dziś wiedzieć, że nie znała go wcale.
Londyn już nigdy miał nie wrócić. Nie taki, jakiego go zapamiętała.
Nieważne ile czasu by minęło – krew spłynęła ulicami, wsiąknęła w ziemię. Budynki, które niegdyś znała, teraz przypominały gruzowisko. Ludzie, których znała nie żyli; znikali na zawsze, albo stawali się kimś całkowicie obcym.
Może sama przestawała już być sobą?
Lepsi i gorsi, źli i dobrzy, czyści i brudni – które z określeń miało takie znaczenie, by niszczyć i zabijać?
Milczała nadal, przecież i tak miał racje; było niebezpiecznie, z dnia na dzień coraz bardziej, dalej, głębiej – musiała znaleźć Petera zanim Anglia pozbędzie się nawet najmniejszego kąta, w którym mogłaby choć częściowo być sobą. Nie uciekać, nie ukrywać się, nie bać, chociaż przez moment.
Samotność, o której mówił, była niemalże czymś tak banalnie oczywistym, czymś z czego doskonale zdawała sobie sprawę – a mimo to wciąż robiła te same błędy, stawiała te same kroki, porywała się niemal z motyką na słońce, bez planu, pomysłu, czasem nawet tropu czy cienia faktycznej pewności, że może się udać. Czym różniło się Richmond od przeklętego Londynu? Czym różniła się Kornwalia? Po co były jej te wszystkie miejsca, skoro wciąż skupiała się tylko na jednym?
Przedłużyła milczenie, słowa płynęły gdzieś obok nich, dryfowały na poboczu jej świadomości, kiedy chowała z powrotem fotografię do torby. Dopiero wspomnienie o siostrze zmyło nieco nieobecne spojrzenie, zmieniło je w ożywione, a te prędko spoczęło na jego obliczu.
– Sheila? Paprotka to twoja siostra? – rzuciła niemal od razu, faktycznie zdumiona, kilkukrotnie mrugając, jak gdyby to miało jej faktycznie pomóc w rejestrowaniu rzeczywistości. Sheila Doe, której ciemne włosy i łagodne spojrzenie pamiętała aż za dobrze; obraz dziewczyny pojawił się niemal jak na zawołanie w jej głowie, kiedy wspominała szkolne czasy – Och, znam ją, to znaczy, znamy się – wyjaśniła prędko, potakując głową – Znam ją ze szkoły, ojej, ja nawet nie wiedziałam, że wy jesteście rodzeństwem – dawne dni wydawały się czymś z innego świata, choć pamiętała korytarze Hogwartu tak barwnie i szczegółowo.
– Ale, och, nie widziałam jej, od....jakiegoś czasu – pokręciła głową prędko, próbując przypomnieć sobie ostatni raz, kiedy faktycznie Paprotka była obecna w jej życiu.
Kolejne dziwaczne uczucie zaległo się w trzewiach, kiedy dotarło do niej, że obydwoje kogoś szukają. Obydwoje błądzą, obydwoje chcą znaleźć tych, którzy byli tak istotni w ich życiu. Rodzina była najważniejsza, tak mówiono, a ona w to wierzyła, nawet jeśli jej własna zamykała się tylko na jedną osobę.
– Zdecydujemy jutro – skwitowała, podnosząc wzrok ze ścieżki na niego. O tym co dalej, o tym gdzie iść, razem czy osobno; kroki popłynęły w kierunku Richmond, ale w tym momencie to nie było ważne. Wciąż starała się przypomnieć, kiedy ostatni raz widziała Sheilę; gdzie, kiedy, dlaczego.
Ale nieważne jak bardzo się starała, nie potrafiła znaleźć odpowiedzi; nawet kiedy zmierzch nawiedził nieboskłon, a oni znaleźli bezpieczne miejsce, w którym mogli spędzić noc – drewniany, opuszczony domek na skraju niegdyś owocowego sadu, teraz polany nagich drzew, jeszcze umeblowany, jeszcze nie do końca zabrudzony i wciąż pamiętający ludzką obecność.
Mandarynki zostały spłacone pieczonymi nad ogniskiem ziemniakami, informacje informacjami, jego troska ofiarowanym kocem, który miał mu pomóc zasnąć.
Kiedyś miało nadejść lepsze jutro. Tego wieczora była tego niemal pewna.

zt x2 :pwease:




czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Powrót do góry Go down
 

Most w Richmond

Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Okolice :: Przedmieścia Londynu-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-21