Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Elvira Multon

Go down 
AutorWiadomość
Elvira Multon
Elvira Multon

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
You like me best
when I'm off my rocker
OPCM : 0
UROKI : 1
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 22
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 3
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica
watch your back

Elvira Multon Empty
PisanieTemat: Elvira Multon   Elvira Multon I_icon_minitime31.03.19 14:51



Elvira E. Multon

Karty Tarota
0
1



[bylobrzydkobedzieladnie]




Elvira E. Multon
I've been silent
for so long




Ostatnio zmieniony przez Elvira Multon dnia 06.09.20 15:28, w całości zmieniany 6 razy
Powrót do góry Go down
Elvira Multon
Elvira Multon

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
You like me best
when I'm off my rocker
OPCM : 0
UROKI : 1
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 22
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 3
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica
watch your back

Elvira Multon Empty
PisanieTemat: Re: Elvira Multon   Elvira Multon I_icon_minitime31.03.19 20:14

Głupiec
Worcestershire/Londyn1936


Do pewnego momentu dzieciństwa jedynymi nićmi, jakie łączyły Elvirę z rzeczywistością było pięć zmysłów, wszystko to, czego mogła dotknąć, co mogła poczuć, zobaczyć, spróbować. Sens oraz logika rozmywały się, niepotrzebne, w miejscu, gdzie jedyne prawo stanowiła natura. Wstawała o świecie albo przed świtem, jeżeli miała na to ochotę, jadła śniadanie w kuchni albo na drewnianej werandzie, po południu razem z mamą czytała poezję lub słuchała jak gra na starym pianinie, a potem jeszcze był obiad, kolacja i pora na sen, bardzo wcześnie albo bardzo późno, jeśli potrzebowała akurat pooglądać gwiazdy z parapetu okna w małym pokoju. Wiedziała, jak to jest czuć wczesnym rankiem wilgotną trawę pod gołymi stopami, ponieważ nikt nie kontrolował, czy wybiegła do ogrodu bez butów. Znała dobrze kwiatowy zapach bzu, lawendy, róży, otaczających jej drobne ciałko jak labirynt. Lepiej niż miękkość pióra znała puch płatków piwonii - i też nie sparzyła się po raz pierwszy ogniem w kominku, ale ostrymi kolcami gałązek głogu, które łapała w piąstki, próbując je zerwać i obejrzeć z bliska. Nie karmiono jej drogimi deserami ani wystawnymi daniami na porcelanowych talerzach - mała Elvira wyjadała konfitury prosto ze słoika, łyżką albo rękami, plamiąc bawełniane spódnice plamami, które mama zauważała i usuwała dopiero kilka godzin później, gdy przysiadały razem w cieniu lipy, by pleść sobie warkocze przy śpiewie. Miriam miała w zwyczaju nucić wesoło balowe walce z Sabatu, natomiast Elvira podrygiwała nogami w rytm nieznanych sobie zupełnie tańców, ściskając w brudnych palcach książkę o niezrozumiałych wersach - umiała oczywiście czytać, ale nikt nigdy nie nauczył jej szukać w wierszach tego, co widziała mama. Nie wiedziała, dlaczego romanse i dlaczego ballady ani jak to jest umrzeć z miłości albo odurzyć amortencją, ale i tak czytała, żeby pokazać mamie, że umie czytać. Co za nieszczęście, że to przestawało już wystarczać; dawniej słyszała pochwały, gdy stawała na chwiejącym się krześle w zakurzonym salonie i mówiła na głos jej ulubione wiersze. Brała ją w nagrodę na ręce i nazywała małą poetką, podczas gdy tata klaskał i mówił; geniusz. Potem jednak zechciała nauczyć Elvirę śpiewać i grać, lecz niestety małe palce stawały się krzywe w zetknięciu z dużymi, zacinającymi się klawiszami, a głos był chwiejny, piskliwy, niepodobny zupełnie do sennych tonacji Miriam. Muzyka nie zgrywała się ze zmysłami dziewczynki, więc zamiast tego zaczęła uciekać rano z domu i biegać boso między żywopłotami, wchodzić do zimnej, popękanej fontanny i kłaść cienkie łokcie na parapecie, żeby oglądać gwiazdy. Dzięki temu na nowo stała się geniuszem, artystyczną duszą, muzą, cokolwiek miałoby to oznaczać. Brzmiało ładnie, więc - chociaż gwiazdy były nudne i wszystkie takie same, ogród zapuszczony i nieco straszny, a woda zimna - robiła, co tylko mogła, by pozostać muzą. Artystka w domu miała ten przywilej, że nikt nie mówił jej, kiedy ma iść do łóżka, kiedy wstać i ile słodkiego dżemu wyjeść, jeżeli tylko zabrała ze sobą słoik pod bukszpan. W ten sposób poznała wszystkie zapachy kwiatów, raniła się głogiem i dziką różą, chorowała na odmarznięte stopy, wiedziała jakimi kolorami wschodzi, a jakimi zachodzi słońce. Nie istniało nic poza wielkim ogrodem i małym domem, którego małe pokoje zmniejszały się jeszcze przez ilość poupychanych w nich bibelotów. Świat tworzyła duża artystka, czyli mama, nieobecny artysta, czyli tata (który dużo pracował, wracając jedynie wieczorami) oraz ich mała muza, najładniejsze, najzdolniejsze dziecko w świecie, artystyczna dusza, poetka, która nie wiedziała, dlaczego miłość.
W tej rozmytej rzeczywistości jako dziecko czuła się nadzwyczaj bezpiecznie. Wszystko wyznaczały jasne zasady - jeżeli narwie konwalii i przyniesie je do domu, mama pozwoli jej na resztę dnia ułożyć się przy kominku z dowolną książką, a sama pójdzie z wazonem do pokoju obok, ułoży kwiaty na porysowanym pianinie i zacznie grać. Elvira odetchnie zapachem żarzącego się drewna, uniesie do góry brązowe stopy, nie czytając jednak wierszy, tylko stary tom z historiami, otwarty na rozdziale o Carmilli Sanguinie, która kąpała się we krwi, żeby zawsze być ładną. Nie zapyta się mamy, dlaczego ona nie próbowała kąpieli we krwi, bo gdy kiedyś próbowała dowiedzieć się, gdzie jest ich pałac (Miriam sama przyznała przecież, że jest damą), starsza czarownica posmutniała wyraźnie, a potem spędziła resztę południa torturując Elvirę przymierzaniem dziesiątek spłowiałych sukienek, mówiąc niepotrzebny mi pałac, skoro mam księżniczkę. Tak samo wiedziała, że jeśli zmarznie wieczorem w samej halce dostanie dodatkowy kubek gorącej czekolady z całusem i że jeśli pobiega chwilę wokół kasztanowca, najlepiej zrywając gumkę z warkocza i pozwalając blond włosom falować w słońcu, mama wzruszy się, a potem zatopi w rolce pergaminu z autorską poezją, dając Elvirze pełną swobodę. Wszystko było na tyle oczywiste, powtarzalne i jasne, że nie istniała potrzeba analizowania. Czasem tylko do tego świata wdzierali się jak ciernie obcy ludzie - nauczycielka, która nie lubiła artystów i kręciła nosem na wolność rozpuszczonej Elviry albo koledzy taty, przed którymi dziewczynka uciekała daleko pod lipę, bo byli zbyt głośni, krzykliwi i głupi, by wpasować się w letni sen jej życia. Nie cierpiała ich całym sercem za to, że odwracali uwagę taty od jego muzy i że żartowali ze starej matki, gdy pozwalała córce wchodzić i wychodzić z domu, gdy tylko miała na to ochotę. Nikt ich nie pytał o zdanie. Byli tutaj gośćmi, a nawet mniej - zupełnie niepotrzebni.
Żyłaby pewnie znacznie dłużej w tej chaotycznej arkadii, gdzie jedynym prawem była natura oraz jej nieodłączne muzy, gdyby kocia ciekawość nie sprowokowała jej do sięgnięcia po narcyz Hadesa - jako śliczna siedmiolatka poprosiła tatę, by zabrał ją do Ministerstwa, ponieważ czytała o nim w książce i chciała je zobaczyć, a jeżeli czegoś chciała, zazwyczaj miała to na wyciągnięcie ręki. Ogród i dom przestawały wystarczać, stawały się mniejsze w miarę jak ona stawała się większa, wzmagały głód świata, który żądał czegoś ponad rzadkie wizyty w aptece lub spacery po łąkach i strumykach Worcestershire. Nathan Multon nie miał powodu, by się nie zgodzić po tym, jak Elvira wskoczyła mu na kolana ze sprytnym uśmiechem w wielkich, niebieskich oczach.
Ubrała tego dnia jedną ze swoich najładniejszych sukienek i bez słowa protestu dała mamie upleść długiego warkocza. Była grzeczna, cicha, ułożona, ostrożnie wsuwając się za tatą w kratki kominka. Nauczycielka za nic nie poznałaby, że to to samo dziecko, które krzywi się wrednie, kiedy mu się coś rozkaże i z założonymi rękoma czeka, kopiąc przy tym na złość w nogi stolika, aż rozzłoszczona mentorka wezwie rodziców - po to tylko, by się na oczach mamy teatralnie rozpłakać.
Ministerstwo okazało się wielkie, większe niż potrafiła zobaczyć to wcześniej oczami wyobraźni, a do tego głośne, ciemne i nieprzyjemnie pachnące, kłębiącą się masą świeżo wyprasowanych szat, drażniącą nos mieszaniną perfum i lakierowanym drewnem. Elvira była gotowa wejść w wielki świat z wysoko uniesioną głową - pozwolić czarodziejom, którzy jak mama znali się na poezji i muzach, zachwycić się piękną dziewczynką z anielską buzią - lecz jedyne, co na początku była w stanie zobaczyć to tłum nóg, przez który przemykała się niezauważona, wspierana jedynie ciepłą ręką taty. Mnogość twarzy, głosów i faktur pod opartymi na ścianach palcami przytłaczają ją. Miała ustawiczne wrażenie, że się gubi, choć tata wciąż prowadził ją pewnie korytarzami, dbając o to, by nigdzie nie zboczyła. W ogóle jej to nie odpowiadało - w ogrodzie mogła biegać, gdzie tylko chciała, ale tutaj z początku przez myśl nie przeszło jej, by mogła utrzymać się na nogach pozostawiona sama sobie.
Kiedy dotarli do wielkiej sali pełnej identycznych boksów, dozwolono jej wreszcie przysiąść na niskim stołku i w skupieniu przyjrzeć się życiu Departamentu Sportów, które jeszcze parę minut temu tak bardzo ją fascynowało. Było ono chaotyczne; niezliczone plakaty i wycinki artykułów na ścianach rozmywały się w konturach, jednak nie tak, jak rozmywał się czas między porankami, a wieczorami w domu Multonów. Tam, gdzie u siebie dostrzegała porządek, tutaj panował nieład. Spokojną pewność zastąpiła zawstydzająca nieśmiałość. Nie uśmiechała się do czarodziejów, którzy przechodząc pochylali głowę, by powitać córkę swojego kolegi - chociaż zwracali się do niej imieniem (podchwyconym chwilę wcześniej od pana Multona) i nawet chwalili (co za ładna dziewczynka i jaka grzeczna...) Elvira nie mogła pozbyć się wrażenia, że tak naprawdę wcale jej tutaj nie ma. Zauważano ją mimochodem, niektórzy nie robili tego wcale; każdy zajmował się swoimi sprawami poważnie i dokładnie, rozmawiając o rzeczach, o których nie słyszała wcześniej, wymieniając nazwy krajów, sportów, stolic, drużyn...
Nim się spostrzegła już podskakiwała na palcach pomiędzy labiryntem biurek, tak samo jak wcześniej robiła to w swoim ogrodzie, przyzwyczajona do pełnej swobody. Oglądała fruwające po plakatach sylwetki (sama nigdy nie miała miotły), podsłuchiwała rozmowy, zbliżając się coraz śmielej i pewniej w stronę drzwi prowadzących na korytarz. Zanim jednak zdążyłaby wyskoczyć, dać się zupełnie porwać przygodzie, jaką było samodzielne zmierzenie się z monumentalnym Ministerstwem, została złapana za ramię przez wysoką kobietę. Zadarła głowę do góry z rozdrażnionym westchnięciem, gotując się do powiedzenia czegoś przymilnego, została jednak uprzedzona.
- Ładne dziewczynki nie krzywią się w ten sposób. Ani nie próbują uciekać od rodziców. Kto cię tu w ogóle przyprowadził? Naprawdę, tym dzieciom zaczyna się już w głowach przewracać.
Nie były to słowa przełomowe w życiu Elviry ani takie, których jako siedmiolatka już by wcześniej nie słyszała, chociażby z ust swojej wielce poważnej nauczycielki. Nie zapadły jej w pamięć jako te, które po raz pierwszy wskazałaby, że jej domowe życie jest jedynie baśniową ułudą. To, na co naprawdę zwróciła uwagę, to uroda tej pani. Jej kasztanowe, błyszczące loki, cera bez skazy, usta napęczniałe czerwienią i bogata, pięknie obszyta zielonymi nićmi suknia. Kobieta patrzyła na małą dziewczynkę jak na niegroźną przeszkodę, z pobłażaniem. Elvira natomiast oglądała chytrze jej długie, blade palce i perfekcyjny manicure, kiedy prowadziła ją pewnym, władczym krokiem z powrotem do biurka taty, który do tego momentu nie zauważył chyba nawet, że zniknęła albo się tym nie przejął, być może zbyt przyzwyczajony.
Gdy później odeszła, Elvira przez długi czas nie mogła oderwać wzroku od własnych, brudnych od ziemi paznokci, lepkich rąk i pożółkłych koronek na rękawach sukienki, nie zauważając nawet momentu, w którym zacisnęła dłonie w pięści.
Wracając tego dnia do domu miała trudności w ponownym dostosowaniu się do powtarzalnego cyklu, do praw natury; zmysły przestały wystarczać jej w radzeniu sobie z rzeczywistością i coraz więcej czasu spędzała we własnej głowie, tworząc wizje, plany i marzenia. Raz doświadczając wielkiego świata, wielkiego Hadesu, nie czuła się już właściwie we własnym ogrodzie. Imponowanie rodzicom było nudne. Kwiaty śmierdziały. Woda mroziła stopy.
Stara matka brała małą muzę pod lipę, gdzie razem czytały poezję, a ona wciąż nie wiedziała, dlaczego miłość i nie chciała już wiedzieć, bo inne rzeczy interesowały ją bardziej - co zrobić, by być tak piękną, ważną i potężną, ale nie tu, w tym ogarniętym nieładem ogrodzie, lecz daleko za żywopłotem.

[bylobrzydkobedzieladnie]




Elvira E. Multon
I've been silent
for so long


Powrót do góry Go down
Elvira Multon
Elvira Multon

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
You like me best
when I'm off my rocker
OPCM : 0
UROKI : 1
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 22
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 3
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica
watch your back

Elvira Multon Empty
PisanieTemat: Re: Elvira Multon   Elvira Multon I_icon_minitime06.09.20 15:22

Mag
Biblioteka/Hogwart1942


Elvira Multon nie miała żadnych przyjaciół. W Slytherinie wiedzieli o tym wszyscy z tych, którzy posiadaliby powód interesować się przeciętną trzecioklasistką o zwyczajnym nazwisku i ocenach balansujących w górnej granicy średniej. Jeżeli już ktoś wspominał dziewczynkę z zielonym krawatem, trupią karnacją i wiecznie obrażoną miną, zazwyczaj przypominał sobie także o tym, że według dzieci z rocznika jest dziwaczna, współlokatorki twierdzą, że o siebie nie dba i wszystkim dokucza, a chłopcy trzymają się od niej z daleka, ponieważ syczy na nich jak najprawdziwsza żmija.
Co jednak należało przyznać, Elvira Multon nie miała również żadnych wrogów. Uczniowie zwyczajnie nie chcieli z nią rozmawiać, siadać w jednej ławce ani trafić z nią do pary na ćwiczeniach. Była im obojętna. Niewidzialna. Samotniczka i introwertyczka jakich wiele, zajęta swoimi sprawami, odległa myślami i zamknięta we własnym świecie, czasami tylko angażująca się w sprawy klasy spontanicznymi zrywami odwagi. Zazwyczaj były to uwagi krytyczne, narzekania albo wyzwiska. W ten sposób przynajmniej widzieli to inni, ponieważ sama Elvira była święcie przekonana, że ma zawsze rację i pełne prawo wyrazić opinię, jeżeli uzna ją za istotną.
Pokutowały lata dzieciństwa rozpieszczonej jedynaczki - bardziej niż inne dzieciaki nie mogła poradzić sobie z myślą, że nie jest najważniejsza na świecie. Jeżeli nie mogła błyszczeć na forum, wolała pozostać w cieniu z książkami, gorącym kakao i listami od mamy, karmiąc egoizm przekonaniem, że to oni wszyscy są tak aroganccy, że nie widzą niczego poza czubkiem własnego nosa, a poza tym to również głupi, bo tylko głupek dałby się tak szybko zniechęcić i odstraszyć paroma niegroźnymi słowami.  
Nie widziała winy w sobie ani wtedy, gdy w pierwszej klasie bez pozwolenia przegrzebała kufry wszystkich swoich koleżanek z pokoju (była przekonana, że to jedna z nich ukradła jej złotą szczotkę do włosów, którą dostała z okazji rozpoczęcia pierwszego roku), ani gdy napluła na panicza Blacków, który pociągnął ją za warkoczyk na błoniach (ale rozpłakała się potem teatralnie przed profesorem, więc to ona otrzymała przeprosiny i sprawa byłaby zamknięta, gdyby paskudny chłopiec nie napuścił na nią potem swoich kolegów; przez dwa miesiące śmiali się z niej na korytarzu i powinni być jej wdzięczni, że miała na tyle cierpliwości, by ich wszystkich nie pobić).
Merlin jej świadkiem, że na początku Hogwartu próbowała być miła. Wielki zamek i magiczne księgi ekscytowały ją tak, że uśmiechała się do każdego i o wszystkim próbowała rozmawiać. Dziewczyny z jej rocznika były jednak obrażalskie i tępe, wystarczyło, że się jednej powiedziało, że ma strasznie krzywe zęby, co było przecież prawdą. Starsze dzieciaki natomiast przerywały Elvirze w pół słowa i zwracały jej uwagę o każdą pierdołę. Nie podciągaj spódnicy tak wysoko, jak biegniesz, bo ci będzie widać majtki. Nie wymądrzaj się. Nie mów tak o chłopcach, bo cię żaden nie zechce.
O niektórych rzeczach sama dobrze wiedziała, inne zupełnie jej nie interesowały. Co najważniejsze - nie miała zamiaru tego słuchać.
W ten sposób skończyła z łatką "dziwaka" na pierwszym roku, "odludka" na drugim, na trzecim natomiast była już tylko "lekko pomyloną samotniczką". Im starsza była, tym więcej rozumiała, do niektórych niepisanych reguł zaczęła nawet dla świętego spokoju i własnych korzyści stosować się z pełną świadomością. Już nie biegała po korytarzach, starała się nie podnosić głosu, nawet nie przeszkadzała na lekcjach. Wtopiła się w tło, mało kto zwracał na nią uwagę.
Nie widziała jednak szansy na to, by znaleźć kogoś, z kim dałoby się zaprzyjaźnić. Wciąż miała problemy z temperamentem, nie umiała utrzymać języka za zębami - dopóki skupiała się na sobie, uczyła pilnie do testów, przesiadywała z książkami, nawet spacerowała po zamku, dopóty była grzeczna. Przy innych uczniach jednak traciła cierpliwość, zwłaszcza wtedy, gdy okazywali się namolni albo złośliwi. Jeżeli ktoś nie myślał dokładnie tak jak ona i przy tym nie okazywał jej szacunku, nie zamierzała udawać sympatii.
Tysiąc dziewięćset czterdziesty drugi był jednak innym rokiem niż wszystkie dotychczasowe i w końcu miała więcej rzeczy do roboty poza patrzeniem z daleka na zbite grupki zabawiających się razem nastolatków w pokoju wspólnym. Problemy ciekawsze niż słabo tłumiona zazdrość i gorzki żal do świata i wszystkich wokół, że nie ma w Hogwarcie ucznia, który byłby dla niej perfekcyjny i znośny. A przynajmniej nie w jej grupie wiekowej, bo najstarsi uczniowie nie pozwalali trzynastolatkom nawet się do siebie dosiadać.
Cóż jednak z tego, skoro w tym roku całym zamkiem wstrząsnęła tajemnica? Komnata otwarta przez Dziedzica Slytherina - Slytherina, jej domu! - interesowała wszystkich i każdy chciał jako pierwszy dowiedzieć się, kto może stać za groźbami. Elvira również, aczkolwiek jej szanse w porównaniu z nauczycielami i rocznikami po egzaminach nie prezentowały się wyjątkowo.
Chętnie jednak obserwowała ogarniające wszystkich napięcie, w wolnych chwilach poczytując Historię Hogwartu oraz inne książki, mogące zawierać informacje; naiwnie przy tym oczekując, że spłynie na nią oświecenie i to ona wszystkich ocali. Z tym, że - oczywiście - nie spłynęło, a ona właściwie nie chciała naprawdę nikogo ratować, bo Dziedzic Slytherina zapowiedział czystkę wśród szlam. Elvira Multon szlamą nie była, miała nawet szlachtę w rodzie, dlaczego więc miałaby się obawiać? Los najniższej, najbardziej żałośliwej kasty czarodziejskiej niewiele ją interesował. Dobrze było jednak zająć głowę czymś innym niż własną samotnością.
Któregoś dnia przy początku grudnia siedziała akurat w dalekim kącie biblioteki, przy stoliku ukrytym za podwójnym regałem i w bezpośrednim sąsiedztwie wielkiego okna. Szyby od zewnątrz były zupełnie przyprószone śniegiem, lecz w bibliotece panowało przyjemne ciepło. Na blacie płonęły świeczki z magicznym, niekapiącym woskiem, a z daleka dobiegał do Elviry typowy, niski szum uczniów, którzy starali się rozmawiać jak najłagodniejszym szeptem. W miejscach takich jak to najchętniej skrywała się przed towarzystwem. Zapewniało jej to komfort nauki. Była nastolatką dość ruchliwą, czytając często podrygiwała kolanami lub uderzała stopą w nogę krzesła, nie oduczyła się też wciąż obgryzania ołówka, czy oblizywania miękkiej końcówki pióra.
Do nauki i czytania dla przyjemności potrzebowała skupienia, a złośliwe spojrzenia je utrudniały. W opustoszałym kącie nie musiała się martwić ani swoimi tikami ani tym, że krawat ma krzywo zawiązany, a długie, jasne włosy opadają jej na czoło od przodu, kiedy pochylała się brzydko nad książką z łokciami opartymi na blacie. W przeciwieństwie do niektórych leserów z klasy, którzy zdawali się dostawać oceny za nic, Elvira musiała uczyć się długo i z uwagą, tym samym zapracowując sobie na sukces. Im bliżej przerwy świątecznej, tym mniej jej się chciało, zdawała sobie jednak sprawę, że musi dobrze zaliczyć egzaminy semestralne. Gdyby tylko nie brała tej idiotycznej opieki nad magicznymi stworzeniami, nie musiałaby teraz przysypiać nad atlasem zwierzyny.
- Cześć. Jesteś Elvira, prawda?
Elvira drgnęła i gorączkowym gestem odgarnęła włosy na plecy, gdy zza regałów wyskoczyła dziewczyna z Ravenclawu i bez pytania usiadła obok niej przy oknie. Miała krótkie, rude włosy i wyjątkowo suche usta, ale patrzyła na nią pewnie, pogodnie, bez drwiny. Elvira nie wiedziała, jak zareagować, nie lubiła sytuacji, w których ktoś z zaskoczenia przerywał jej błogą samotność.
- Jestem.- wymamrotała, opuszczając wzrok na swoje pergaminy i książki. - Musisz tu siedzieć? - zapytała z przekąsem, wycierając ukradkiem obślinione pióro o skraj szaty.
Dziewczyna wzruszyła ramionami, wysypując na stolik stos podręczników, od których zaskrzypiało drewno.
- Wszędzie indziej jest pełno, a ja wolę spokój. Jestem Nora. - Teraz wyrzuciła z torby pióra i niedokręcony pojemnik atramentu. - Słyszałam o tobie.
Elvira zacisnęła zęby i mocniej schwyciła strony swojej książki, niemalże mnąc je pod palcami. Już wiedziała, że nie będzie miała ochoty tego słuchać. Skoro "Nora" szukała tutaj spokoju, to w jakim celu zaczynała rozmowę? Mogła po prostu usiąść z zamkniętą jadaczką. Czyżby chciała Elvirę sprowokować?
- Super. Uczę się - wycedziła blondynka, zamykając głośno podręcznik do opieki. I tak miała już dość czytania o Niuchaczach, czy innych szczurach. Zamiast tego wysunęła z torby tom, który wypożyczyła dla własnej ciekawości. Podstawy Anatomii, z bardzo ładnie naszkicowanym kościotrupem na okładce.
- Widzę - ciągnęła Nora niezrażonym tonem, mocząc stalówkę w atramencie i robiąc na świeżej rolce pergaminu parę brzydkich kleksów. - Ja będę pisać esej na obronę. A ty co masz? - Wychyliła głowę i Elvira musiała mocno zaprzeć się w sobie, by nie złapać jej za te rude kudły i siłą nie odciągnąć do tyłu. - Anatomia? Nie mamy takich zajęć, ale to jest ekstra! Moja mama jest uzdrowicielką. Też byś chciała? - Nora kontynuowała paplaninę, przewracając strony podręcznika z czarami defensywnymi.
Elvira przygryzła wargę i z niezadowoleniem kopnęła w nogę stolika. Czego ta dziewczyna od niej chciała? W jakim celu próbowała wyciągnąć z niej te informacje? Chciała potem komuś na nią nagadać? Rozpuścić jakieś plotki? Wyśmiać ją?
- Nie wiem - odpowiedziała w końcu częściowo zgodnie z prawdą, licząc na to, że na tym temat się zakończy.
Na pewien czas tak się stało. Obie pracowały w milczeniu - Elvira przerysowywała sobie czerwonym atramentem rysunki kości i czaszek (może podrzuci je potem tej durnej beksie ze swojego pokoju za to, że ostatnio kazała jej nie palić świeczki do późnej nocy), Nora natomiast skrobała już pierwsze linijki eseju. Miała dość szpetne pismo, koślawe i niewyraźne, ale Elvira nauczyła się, że nie zawsze warto było o takich rzeczach wspominać. Zwróci jej uwagę, jeżeli zapyta. Tylko wtedy.
Jak się jednak okazało, Nora nie przykładała wagi do własnych niedociągnięć, była za to nad wyraz chętna, by wtrącać się w sprawy Elviry.
- Słyszałam o tobie - powtórzyła po raz kolejny po jakichś dziesięciu minut, gdy śnieg przestał prószyć i na zewnątrz nieco się przejaśniło. - To prawda, że jak byłaś w pierwszej klasie naplułaś na Blacka, a kiedy Davies zaprosił cię do Hogsmeade, to powiedziałaś, że prędzej poszłabyś z Wielką Kałamarnicą, niż z nim?
Elvira zaróżowiła się. Co za absurd. Nie słyszała tej najnowszej plotki na swój temat, ale doszła do wniosku, że zamkowi plotkarze wychodzą z formy - nikt by jej przecież nigdzie nie zaprosił.
- Nieprawda. Częściowo. Naplułam na Blacka, ale to drugie to nieprawda - wymamrotała, wsuwając ołówek do ust, a potem szybko odkładając go z powrotem na biurko.
Nora jednak nie wydawała się zauważyć tej chwili słabości - uśmiechnęła się pogodnie i z entuzjazmem postukała piórem w pergamin.
- Ale ekstra! No, z tą Kałamarnicą to byłby żałosny tekst trochę, ale nie spodziewałam się, że... - pokręciła głową. - Ale w każdym razie tak mi się wydawało, że nie wszyscy Ślizgoni są do bani. Niektórzy mówią, że dziwna jesteś, ale ja tam lubię dziwnych. Też trochę taka jestem, nie uważasz?
Elvira obejrzała się na nią ostrożnie, niepewna tego, czy powinna się oburzyć, czy uśmiechnąć. Wybałuszone oczy Nory rzeczywiście były jakieś pomylone, gadała też całkiem od rzeczy.
- Tak. Tak uważam - stwierdziła, zbierając podręczniki do torby.
Czuła, że powinna uciec zanim ta dziewczyna - ten ból głowy z nogami i twarzą - jeszcze bardziej namiesza jej w spokoju.




Elvira E. Multon
I've been silent
for so long


Powrót do góry Go down
 

Elvira Multon

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie :: Talia kart Tarota-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20