Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Cela nr 2

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
Autor toWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Cela nr 2 - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Cela nr 2 - Page 3 Empty
PisanieTemat: Cela nr 2 [odnośnikCela nr 2 - Page 3 I_icon_minitime08.04.19 18:07

First topic message reminder :

Cela nr 2


I tej celi mieszczącej się w Tower of London nikt nie nazwałby luksusową. W korytarzu jest jedną z pierwszych od wejścia i przez długi czas była bardzo nielubiana z powodu tego, jak blisko znajdowała się od zastępczej kwatery Departamentu Przestrzegania Prawa. Nie różni się od innych ciemna klitka bez okien z jednym wąskim łóżkiem i siennikiem usypanym po drugiej stronie pomieszczenia. Od posadzki bije chłód, który wnika w skórę. Kurz osadził się na wszystkich, łącznie z kratami za którymi zamyka się tych, co złamali prawo. Co jakiś czas da się dosłyszeć odgłosy wydawane przez szczury.  


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Marcelius Sallow
Marcelius Sallow

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Zawód : Akrobata
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

red - the blood of angry men

OPCM : 5
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 29
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Cela nr 2 - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Cela nr 2 [odnośnikCela nr 2 - Page 3 I_icon_minitime06.04.21 23:14

Raz, dwa, trzy, cztery...
W kącie celi stała szklanka - do połowy pusta - z wodą. Oszczędzał ją, bo wiedział, że drugiej pewnie dzisiaj nie dostanie. Jego żołądek skręcał się z bólu, jedzenia nie dostał ani razu, w końcu miał tu być tylko na chwilę - naprawdę? Po dobie zaczął mieć wątpliwości, czy ktoś o nim nie zapomniał, a z każdą kolejną chwilą tracił wiarę w to, czy w ogóle zamierzano go wypuścić. Nocy nie przespał, rwał sobie włosy z głowy, odpędzając szczura od obgryzienia własnych stóp. Im bliżej rana, tym mocniej uzmysławiał sobie, że tylko zdrowy umysł miał szansę pomóc mu tutaj przetrwać. Rano zabrali jego współlokatora - na przesłuchanie. Nie wiedział po czym, był mrukliwy. Wrzucili go z powrotem jakiś czas temu - leżał w kącie - skatowany i nieprzytomny, prowadziła do niego krwista smuga. Ostatnie parę godzin spędził wpatrując się tępo w jego nieprzytomne ciało. Próbował rzucić na niego okiem, ale przecież nie potrafił go zbadać - a stan, w którym się znajdował, daleko wykraczał ponad zwykłe kontuzje. To samo zrobią jemu? Za co? Za nic?
Pięć, sześć, siedem, osiem...
Musiał się czymś zająć, zająć głowę, ciało, nie potrafił siedzieć bezczynnie, to go zabijało. Nieposkromione myśli rwały się wtedy przez ocean wątpliwości i pędziły w obcym, zbyt strasznym kierunku. Tańczył nad przepaścią, nie mając nawet pewności, czy jeszcze stal nad krawędzią, czy już leciał w dół. Niewiedza - niewiedza była w tym wszystkim najgorsza, potraktowano go jak najgorszego zbója, a przecież naprawdę nie zrobił nic. Nie miał może najczystszego sumienia w mieście, ale parę włamań i kilka kradzieży nie robiły z niego jeszcze mordercy - a nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek z nich o tym wiedział. A może jednak?
Dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwanaście, napięte mięśnie brzucha ciągnęły ciało do góry, kiedy wisiał na kolanach zahaczonych o kraty oddzielające go od wolności; miał smukłe, drobne nogi, był w stanie się o nie zahaczyć. I ciało, które mimo głodu radziło sobie z wysiłkiem - musiał zachować formę, musiał wyjść na swój występ. To dziś czy jutro? Chyba stracił rachubę, dzienne światło tu nie dochodziło. Brakowało okien. Odróżniał pory dnia po reakcjach strażników więziennych, może mniej może bardziej trafnie. Po przeczuciu. Po głodzie.
Trzynaście, czternaście, piętnaście, szesnaście, w oddali dostrzegł sylwetkę, która wyraźnie kierowała się w jego stronę. Przełożył dłonie z karku na kraty, uwieszając się na stalowych prętach; trwało to ledwie chwilę, gdyby strażnik więzienny znalazł go w podobnej pozycji z bliska, pewnie wyrwałby mu nogi ze stawów - wygiął się daleko w tył, sięgając dłońmi twardej kamiennej ziemi i wysunął stopy zza krat, na ułamek sekundy stając na rękach; potrafił z tej pozycji płynnie, lekko przejść na nogi, ale teraz był osłabiony głodem - kiedy je opuszczał, opadły ciężko, z łoskotem, który poniósł się echem po korytarzach. Został na ziemi, podciągając pod brodę jedną nogę, na której niedbale wsparł łokieć. Drugą dłonią - wsparł się od boku, spoglądając na odkrytą tożsamość tajemniczego jegomościa - nie był pewien, kogo się tutaj spodziewał. Ratunku z Zakonu Feniksa? Wątpliwe. Kogoś od pana Carringtona? Chyba prędzej, strażnik więzienny nie ukrywałby twarzy. Ale to, co zobaczył - i co usłyszał - przeszło jego najśmielsze oczekiwania.
Co gorsza, nie miał jak od tego uciec - odwrócić się na pięcie i odejść. Nie chciał z nim wcale rozmawiać.
- Może i mówiłeś - wzruszył niedbale ramieniem. - A co zrobiłeś, żeby mi pomóc? - Nic. Palcem nie kiwnął, bo nie. Bo ubzdurał sobie, że ma na to lepszy pomysł. Pieprzony gnojek, co on tu w ogóle robił? I tak mu przecież nie powie. - Pieprz się - rzucił w jego stronę, poirytowany, by ledwie moment później gwałtownie podciągnąć się na kratach w górę, bliżej niego. - Czekaj, wyciągnij mnie stąd - poprosił, nagle, bez zawahania, z nadzieją i szczerą naiwną wiarą dźwięczącą w jego głosie; jasne oczy matki otworzyły się szerzej, poszukując jego spojrzenia. Innego wyjścia przecież i tak już nie miał. A może jednak - jego ojciec przyszedł tu dla niego? - Nic nie zrobiłem - wytłumaczył na tym samym wydechu. - Nie mam czasu tu zostać - mówił to też urzędnikom, ale z jakiegoś powodu nieszczególnie ich to interesowało. Był niewyspany, brudny i głodny. I zaraz miał występ.




jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Powrót do góry Go down
Cornelius Sallow
Cornelius Sallow

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, specjalista od propagandy i kontaktów z mediami
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 5
UROKI : 30
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Cela nr 2 - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Cela nr 2 [odnośnikCela nr 2 - Page 3 I_icon_minitime06.04.21 23:58

Zatrzymał spojrzenie na więźniu, na Marceliusie, na synu na dłużej - ale dopiero, gdy wyrzucił z siebie skumulowaną złość. Ten dzień, tydzień, miesiąc, nie mógł być chyba gorszy. Miał tyle obowiązków, miał problemy z własną psychiką, miał dziecko w drodze, a teraz jeszcze jego pierworodny...
..."na tydzień przed pełnią październikową, zacisną się kajdany..." - wspomnienie Mathildy, powiązane z widokiem więziennych krat i obecnością Marceliusa, przywiodło nagle Sallowowi na myśl jej zagadkowe słowa wypowiedziane miesiąc temu. Wziął je wtedy za nonsensowne majaki osłabionej kobiety, ale...
...kiedy będzie ta pełnia...?
Wziął szybki, urywany oddech, nieobecnym spojrzeniem omiatając wygibasy syna. Skąd on w ogóle potrafił takie rzeczy...?
Prędko oderwał od niego wzrok, tak jakby bał się przyznać przed samym sobą, że akrobatyka zrobiła na nim jakiekolwiek wrażenie. I wtedy zobaczył jego matką w kącie.
Cofnął się o krok, spoglądając na zakrwawioną postać ze zgrozą. Zamiast męskiej sylwetki obróconej twarzą do ściany zobaczył coś zgoła innego - smugę krwi na posadzce, jelita wijące się na ziemi. Znowu poczuł tamten smród, tak jakby wykradzione wspomnienie stało się rzeczywistością - a może ta cela zawsze tak cuchnęła? Zacisnął usta, dławiąc odruch wymiotny i pośpiesznie zamrugał.
Krew pozostała, jelita zniknęły.
To nie była Layla.
Marcelius już się odzywał, a Cornelius utkwił pusty wzrok w kratach, w posadzce, byle nie na twarzy syna. Obawiał się, że tym razem dostrzeże na niej, w niej jego matkę. To do Layli był bardziej podobny, z przystojną twarzą i miodowymi włosami. W celi straciły chyba swój blask, ale wolał nie sprawdzać.
Wolał nie przyznawać się do błędu. Ani przed nim, ani przed samym sobą. Nigdy nie powinien był legilimentować członka rodziny, to.... to niosło za sobą jakieś ryzyko. Nie wiedział jakie, nikt nigdy tego nie zbadał, to wszystko wina tych przeklętych międzynarodowych konwencji i ograniczeń, jakie narzucali na siebie sami czarodzieje, na szczęście Czarny Pan i Minister Malfoy mieli zgoła odmienny pogląd na sprawę i pod ich światłymi rządami badania nad legilimencją wreszcie rozkwitną, ale to i tak nie zdołało ochronić jego samego przed koszmarnym obrazem wywleczonych na ziemię jelit, powracających jak wyrzut sumienia i wcale nie czuł się jak ofiara dla dobra nauki, bo nigdy się nikomu do tego nie przyzna i...
...Powstrzymał galop rozpędzonych myśli, chwytając się jedynej najtrzeźwiejszej. Ilekroć Cornelius Sallow nie wiedział, co robić, tylekroć chęć chronienia własnej skóry pomagała mu odzyskać zdrowy rozsądek. A teraz instynkt samozachowawczy krzyczał, że postać w kącie to jednak nie Layla, a ktoś obcy. Ktoś, kto może ich podsłuchać. Sallow nie znał się na anatomii, nie miał zamiaru sprawdzać, czy więzień jest nieprzytomny ani prosić o cokolwiek Marceliusa.
-Czekaj. - uciął słowotok syna i wyciągnął różdżkę, kierując ją na więźnia z beztroską godną kogoś, kto od dawna nie przejmował się cudzym losem. -Clamario. - wyszeptał, zniżając głos z przyzwoitości. Prawdę mówiąc, nie zależało mu jednak na tym, czy Marcelius go usłyszy. Byle nikt inny ich nie słyszał.
A tego anonimowego skazańca i tak obejrzą kiedyś medycy. Albo i nie.
-Opowiedz mi teraz po kolei, jak tu trafiłeś i co zrobiłeś. - przerwał Marceliusowi sucho i rzeczowo, pozornie głuchy na wyzwiska i prośby.


Powrót do góry Go down
Morsmordre
Morsmordre

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Cela nr 2 - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500

Cela nr 2 - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Cela nr 2 [odnośnikCela nr 2 - Page 3 I_icon_minitime06.04.21 23:58

The member 'Cornelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 53


Powrót do góry Go down
Marcelius Sallow
Marcelius Sallow

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Zawód : Akrobata
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

red - the blood of angry men

OPCM : 5
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 29
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Cela nr 2 - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Cela nr 2 [odnośnikCela nr 2 - Page 3 I_icon_minitime07.04.21 0:56

Odnajdując zainteresowanie ojca, odnalazł też nadzieję - że może jednak mu pomoże, był tu przecież jakąś szychą, pracował w Ministerstwie Magii, na pewno mógł otworzyć te lub inne drzwi, sypnąć groszem tu lub tam, gdyby tylko... chciał. Krótka inkantacja, która ucięła jego słowa, zaskoczyła go na tyle, że rzeczywiście ucichł i nie zareagował w żaden sposób - nie zdążył, z niedowierzaniem rozchylając usta, kiedy różdżka ojca wymierzyła zaklęcie w skatowanego więźnia. Błękitne oczy otworzyły się szerzej, pięści mocniej zacisnęły się na stalowych kratach, sprawiając, że jego knykcie pobielały. Przez chwilę wpatrywał się we więźnia - nie poruszył się nawet - nic dziwnego, nie był przecież nawet przytomny. Trudno stwierdzić, jak długo miał być jeszcze w ogóle żywy. Czy wciąż był żywy.
- Czy ty zwariowałeś?! - zwrócił się do ojca ze złością, odchodząc od krat, by podejść bliżej mężczyzny. Przez chwilę przyglądał mu się z odległości, by ostrożnie - nie bez zawahania - przykucnąć przy nim i sięgnąć dłonią jego ramienia, odwrócić jego głowę w swoją stronę. Jeśli rzeczywiście ogłuchł, mógł go zbyt łatwo wystraszyć. Ale - przynajmniej na razie - nic nie wskazywało na to, by przytomność miała mu powrócić. Przeciwnie, sięgnął dłonią piersi, sprawdzając bicie serca, po czym chwycił przegub jego dłoni, szukając pulsu. Słaby, ale był. Jego spojrzenie przebiegło, z twarzy więźnia na twarz ojca. Nie wiedział, za co ten człowiek tu siedział - czy jego ojciec wiedział? To do niego tutaj przyszedł? - Głupio pytam, przecież wiem, że jesteś świrem. - Próbował wedrzeć mu się do głowy, tak po prostu, szukając wspomnienia matki, choć nie był wart ni jednego jej spojrzenia. Nie miał prawa na nią patrzeć, nie był tego godzien. - Co mógłby usłyszeć? On tu umiera! - zwrócił się do niego, szczerze przejęty. - Każ im kogoś do niego sprowadzić. Magomedyka, on potrzebuje pomocy. Potrzebuje jej natychmiast - mówił dalej, nie wstając znad ogłuszonego mężczyzny. Czy ktokolwiek w ogóle zorientuje się, że padł ofiarą tego zaklęcia zamiast uznać, że od kolejnych uderzeń na stałe utracił słuch? Ściągnął jasną brew, nienawistnie sięgając wzrokiem pozbawionego skrupułów ojca - pewność, z jaką się tutaj poruszał zdradzała, że nie był tu wcale przypadkową personą.
- Po co tu przyszedłeś? - zapytał, ostrożnie, odpowiadając pytaniem na pytanie. W niego też zacznie ciskać zaklęciami? Nie miał swojej różdżki. I w zasadzie to nie wiedział, czy kiedykolwiek jeszcze ją odzyska. Gniew, gniew kłębił się w nim silnym żywiołem. Wprawiał w drżenie serce, pulsował w żyle na skroni, krążył w krwiobiegu jak wężowy jad. Przecież mówił, że nic nie zrobił, ale jeśli ta wersja zdarzeń mu nie pasowała, mógł mu przedstawić inną. - Nasrałem na biurko komendantowi magicznej policji - oznajmił bez zająknięcia, ostrym spojrzeniem wpatrując się w twarz ojca. - Naplułem mu też do kawy i podpisałem się pełnym imieniem i nazwiskiem na drzwiach jego gabinetu. Nie spodobało mu się, więc przysłał mnie tutaj, żebym nabrał ogłady. Niestety spotykam tu samych chamów - dodał równie hardo, zadzierając lekko podbródek, jego ojciec mógł nosić eleganckie stroje i mieć galeony w kieszeniach, ale nie zmieniało to faktu, że był zwyczajnym sukinsynem.
- Pomóż mi - powtórzył nagląco, niemal żądając od niego przejścia do działania. Zamierzał go tu zostawić - tu - otoczonego zewsząd sadystycznymi katami, pozbawionego różdżki, godności, przyszłości, jego, jedynego syna? - Nie mogę tu zostać - powtórzył jak echo, musiał zdążyć wrócić na Arenę. Jeszcze dzisiaj, przecież go tu nie zostawi?




jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Powrót do góry Go down
Cornelius Sallow
Cornelius Sallow

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, specjalista od propagandy i kontaktów z mediami
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 5
UROKI : 30
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Cela nr 2 - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Cela nr 2 [odnośnikCela nr 2 - Page 3 I_icon_minitime07.04.21 16:47

Czy ty zwariowałeś? - pytanie, kotłujące się natarczywie pod czaszką od wczoraj, odkąd Sallow usłyszał zjadliwe słowa Celine, wybrzmiało wreszcie w powietrzu. Cornelius nie miał odwagi sam go zwerbalizować, ani na głos, ani w myślach - choć wiedział przecież, że myśli samobójcze miewają tylko wariaci.
(Tak, właśnie te myśli, oraz niemożność opędzenia się od powabnego obrazu Celine Lovegood niepokoiły go najbardziej. W swojej pasji do legilimencji oraz nonszalancji, z jaką ogłuszał nieznajomych, nie widział i nigdy nie zobaczy nic nienormalnego - do takiej normalności przyzwyczajał się wszak latami.)
Teraz nie było zaś ucieczki od strasznego podejrzenia - zwerbalizował je nie kto inny, jak jego własny syn. Maska na moment opadła, a Cornelius wzdrygnął się jakby Marcelius go spoliczkował. Rozbieganym spojrzeniem spoglądał to na więźnia (więźnia, nie Laylę, nie Celine!), to na syna. Aż cofnął się o krok.
-S...kąd wiesz, omal nie uleciało z rozchylonych bezwiednie ust. Nie powinien się przyznawać, ale był Sallowem-legilimentą o krwi Crabbe'ów, m u s i a ł wiedzieć, co go zdradziło. Zanim zdążył zaprzeczyć, przywdziać pozory normalności, Marcelius stwierdził zresztą kategorycznie. Wie, że jestem... "świrem"? Ja sam nie wiem...nie wiedziałem... Merlinie, powinienem komuś zapłacić za bardzo dyskretną konsultację w Mungu, a nie siedzieć t u t a j...
To upiorne, był wariatem od niecałych dwudziestu czterech godzin, a jego porzucony syn już o tym wiedział. W spostrzegawczości smarkacza było coś imponującego, ale Corneliusa bardziej zaniepokoił fakt, że to on sam stracił rezon.
Nie, nie mógł porzucić roli. Musiał wślizgnąć się w znajomy kostium masek i kłamstw - to zawsze przywracało go do rzeczywistości, a raczej pozwalało dowolnie kreować ową rzeczywistość. To mu przypomni, kim jest. Kim nie jest.
Pokiwał nieobecnie głową, bo młody mówił z sensem - trzeba tu było magomedyka. Magipsychiatry. Tak, to mu pomoże. Jemu, Corneliusowi.
Zamrugał, przypominając sobie o więźniu. Nie dbał o niego, ale smarkaczowi wydawało się na nim zależeć, a przy jego histerii niczego się nie dowie.
-To twój znajomy...? - upewnił się trochę nieobecnie - bo kto walczyłby tak zaciekle o zdrowie nieznajomego? Zdrowie, nie życie. -Nie martw się i nie przesadzaj, nikt tu nie bije tak, żeby zabić. - żachnął się ze szczerym oburzeniem zanim przemyślał własne słowa (a zawsze myślał przecież o własnych słowach, to Marcelius albo Celine Lovegood wytrącili go dziś z rytmu). Przynajmniej wierzył we własną propagandę. A może to fakt, a nie propaganda? Już nie pamiętał. Bez sensu bić więźniów, jeśli zamierza się ich przesłuchać...
Bić.
Więźniów.
Z solidnym opóźnieniem, do Corneliusa dotarło, że jego syn oraz ten skatowany mężczyzna są w jednej i tej samej celi.
-Co zrobił...? - wyszeptał, marszcząc brwi, choć usta same rwały się do krzyku, CO TY ZROBIŁEŚ GÓWNIARZU, ale nie, to musi być jakaś straszna pomyłka, może ten skatowany pisał choćby antyrządowe napisy na portowych murach (te wiersze z września - obrzydliwe!!!), a Marceliusa nie mieliby przecież po co przesłuchiwać, prawda, prawda...?
Wziął głęboki wdech, uświadamiając sobie, że w ten sposób do niczego nie dojdą. Od gówniarza aż pulsował gniew, który w przedziwny sposób udzielał się jemu samemu. Musiał się opanować. Rozluźnił mięśnie twarzy, tak jak wtedy gdy ktokolwiek mówił przy nim o szmalcownikach (od śmierci Layli jakoś trudno było mu o nich słuchać), zmusił się do przybrania zatroskanej miny i wygięcia ust w smutnym i odpowiednio bladym uśmiechu, a potem przemówił* - łagodnym tonem. Tak, jakby przed Marceliusem stał inny człowiek, a nie rozgniewany wariat.
-Naprawdę myślisz, że zostawią go tu w tym stanie? Zaraz ktoś przyśle tu medyka, sam ich o to poproszę. Tylko niech to Clamario i ta rozmowa zostaną między nami, synu, wszyscy w trójkę mielibyśmy spore problemy gdyby strażnicy dowiedzieli się o jakichkolwiek... względach dla ciebie. Prawo musi być wszak sprawiedliwe dla każdego, czyż nie? - perswadował łagodnie, choć słuchającemu trudno byłoby określić czy w przymilnych słowach czai się obietnica, prośba, czy groźba. Sam Cornelius się zresztą nie zdecydował - świadomość, że Marcelius wie zdecydowanie zbyt wiele docierała do niego stopniowo, a instynkt rodzicielski walczył w sumieniu z tym samozachowawczym. Możliwe, że ten drugi wygra - Sallow dbał wszak o własną skórę już przez czterdzieści cztery lata, a o syna tylko przez jakieś cztery.
-Przyszedłem, bo dowiedziałem się, że tu jesteś. Mówiłem ci żeby nie zbliżać się do Komisji Rejestracji, dlaczego mnie nie posłuchałeś? - cokolwiek nie mówiłoby mu sumienie, nadal grał dobrego ojca, a pretensji dźwięczącej w głosie nawet nie musiał udawać.
Skrzywił się lekko, gdy syn sprzedał mu opowieść o bezczeszczeniu gabinetu Arnolda Montague - ironiczną, obrzydliwą, tak niepoważną, że aż burzącą krew w żyłach. I nieprawdziwą, miał nadzieję. Sam fakt, że poczuł ukłucie wątpliwości, nieprzyjemnie ubódł jego dumę.
-Widzisz stan swojego współwięźnia i jeszcze sobie żartujesz? - skwitował, odwołując się do tej nadmiernej empatii Marceliusa i wygodnie zapominając, że kilka minut temu sam wyglądał na nieporuszonego jego stanem. -Marceliusie, sam widzisz, że nie można kpić z prawa, mam nadzieję, że masz na tyle wyobraźni by zaniepokoić się tym, co może spotkać ciebie za nierozsądne wybryki. Wybryki, mam nadzieję, bo z nich łatwiej się wybronić niż z celowego fałszerstwa, obrazy rządu, cokolwiek zrobiłeś. Nie mogę ci pomóc jeśli nie wiem, co narobiłeś. - przypomniał, wbijając w syna natarczywe spojrzenie. -Próbowałeś się zarejestrować jako Marcelius Carrington i... co, co się stało? - tyle sobie dopowiedział, reszty nie umiał wyłowić z chaotycznych plotek urzędniczki, o resztę bał się kogokolwiek pytać. Nie powinien przecież wypytywać o obcego człowieka, nawet gwiazdę cyrku.


*perswazja III


Powrót do góry Go down
Marcelius Sallow
Marcelius Sallow

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Zawód : Akrobata
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

red - the blood of angry men

OPCM : 5
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 29
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Cela nr 2 - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Cela nr 2 [odnośnikCela nr 2 - Page 3 I_icon_minitimeYesterday at 16:39

Nieświadom tragicznych rozważań własnego ojca pozostał pochylony nad nieprzytomnym więźniem, czując narastający gniew wobec rodziciela; jak mógł nie szanować ludzi w ten sposób? Jak mógł, znęcać się nad człowiekiem tak bardzo pozbawionym już człowieczeństwa przez rząd? Jak mógł, uczestniczyć w tym upokorzeniu, potraktować go jak psa - tylko dlatego, że mógł? Dlaczego mógł, dlaczego nikt nie reagował, dlaczego nikt nic nie zrobił? Ten człowiek wciąż oddychał, ale ciągnąca się ku niemu krwawa smuga wyglądała potwornie. Nawet, jeśli miał przeżyć: co zrobił, by zaznać takiego traktowania? Był mordercą, gwałcicielem? Nie, dla takich nie było już tutaj miejsca, ci zajmowali dziś najwyższe zaszczyty - pewnie był ledwie podejrzanym o sprzeciw wobec rządu. W emocjach nie dostrzegł jego zawahania, jego wątpliwości, załamania w oku. Usłyszał dopiero pytanie - czy to był jego znajomy? Zawahał się, zastanawiając się, czy kłamstwo mogło mu dzisiaj pomóc. Nie wiedział, jak daleko sięgały wpływy ojca - czy mógłby wyciągnąć stąd i jego? Chociaż przywołać uzdrowiciela?
- Zamknęli nas razem  - odpowiedział więc, szukając wzroku ojca, kłamstwo wymknęło się z ust lekko, walcząc o resztki godności obcego człowieka. - Ze mną też to zrobią? - Tego naprawdę nie wiedział, niezależnie od tego, kim był nieprzytomny mężczyzna, ale chyba łudził się na jakikolwiek ludzki odruch ze strony ojca, na współczucie, przecież stanął tu przed nim - i nie zrobił tego wcale bez powodu. Chyba? - Co? - wymknęło się z jego ust tępo, gdy bezdusznie podsumował działalność tutejszych służb, palce wsunęły się pod złote włosy, odgarniając je z czoła, z twarzy, sięgając skroni, gdzie tętno nieznośnie przyśpieszyło, pulsowało nierównym rytmem, niosło ból. - Więc po co to robią?  - Dla rozrywki? Sadystycznej przyjemności? Dla zasady? Dla zastraszenia? I to jest w którymś momencie normalne? Jak on mógł mówić o tym tak spokojnie, jak o naturalnym porządku rzeczy, który przecież był tak obcy, tak upiorny. - Nic nie zrobił, jest niewinny - dodał butnie, chyba naprawdę już w to wierząc; absurd gonił absurd, a on jeszcze nie zdążył oswoić się z pierwszym. Odbierana po kawałku wolność wznosiła sprzeciw, szczerzyła zęby, nie dostrzegając młota, który te zęby jeden po drugim wybijał. - Wezwij magomedyka już teraz. Niech go stąd zabiorą, wtedy na pewno nic nie usłyszy - Czy mógł nauczyć się grać w tę grę? Nie dostrzegał, jak dobrym nauczycielem był jego ojciec.
Zamiast tego spoglądał na niego gniewnie - z ogniem w oczach - kiedy ten próbował się uspokoić, nie podsycając dłużej żaru Marcela; nie uspokoiło to jednak wcale młodszego Sallowa. Chaotyczna zmiana nastrojów nie dodawała mu wiarygodności, niezależnie od tego, jak przekonująca wydawała się jego mowa. A jednak, w słowach ojca było coś, co zmusiło go, by choć spróbował zastanowić się nad swoją sytuacją. Pojmano go do Tower za nic, nie powiedziano, jak długo będą go tutaj trzymać, a po prawdzie nie miał pewności, czy ktoś jeszcze o nim pamiętał. Mógł tu umrzeć - sczeznąć najstraszniejszych ze strasznych śmiercią, śmiercią głodową. Czy ojciec mógł mu pomóc? Mówił rozsądnie,  czy szczerze, tego wiedzieć nie mógł.
- Jakie znowu prawo? - warknął, odnosząc się tylko do jego ostatnich słów. - Tu już od dawna nikt nie szanuje żadnego prawa - obruszył się, niechętnie wstając znad więźnia, by, po krótkiej chwili zawahania, podejść bliżej krat; zacisnął na ich stalowych prętach zmęczone dłonie, równając twarz z twarzą ojca. Jego była zmęczona, wysuszona, był silny i zdrowy, młody, ale brak posiłków i cień strachu doskwierały mu bardzo mocno. - I już od dawna prawo niektórych traktuje łaskawiej - wycedził ojcu w twarz nienawistnie, nie mając już wątpliwości, w której z grup znalazł się jego rodziciel. - Wiedzą? - zapytał butnie. - Że masz dziecko z mugolką? - Ściągnął gniewnie brew, szukając na jego twarzy emocji, jakich, może rozdrażnienia? Chciał go sprowokować? Sam nie był pewien, przecież nie sądził, że wzbudzi w nim w ten sposób jakiekolwiek wyrzuty sumienia.
- Mówiłem ci, że potrzebuję zarejestrowanej różdżki - przypomniał, mocniej zaciskając palce na prętach krat. - Mogłeś mi pomóc - Co sądzi o jego pomysłach wyjazdu - ojciec już przecież wiedział.
Umilkł na krótki moment, gdy ojciec sprowadził go na ziemię, odciągając uwagę do skatowanego współwięźnia, oczy otworzyły się szerzej, źrenice błysnęły - czy lękiem? - zaraz jednak znów zaszły gniewem, bo wiedział, że gorzej już nie będzie.
- Mówiłeś, że przesadzam - powtórzył kpiąco, odwracając spojrzenie ku mężczyźnie jeszcze raz; to było takie frustrujące, że mogli z nimi zrobić wszystko, wszystko co chcieli. I z samym Marcelem też mogli, kpina tego nie zmieni. Ale  ojciec - ojciec chyba mógł i wyglądało na to, że był w tym momencie jego ostatnią deską ratunku. Pan Carrington przecież nawet nie wiedział, że Marcel tu był. Nierozsądne wybryki, prychnął ze złością. Nie zastanawiał się nad tym, skąd jego ojciec znał częściową prawdę. - Nic nie zrobiłem - powtórzył ostro, unosząc ku niemu spojrzenie z powrotem. Prawda była tak naprawdę brutalniejsza dla nich obojga, bo jeśli dotrą do prawdy, dotrą do całej prawdy. Spojrzał przez jego ramię na więzienny korytarz, upewniając się, że rzeczywiście byli tutaj sami, nie licząc nieprzytomnego i głuchego już współwięźnia. - Pan Carrington podał mnie jako swojego syna z urodzenia. Ale oni zaczęli grzebać w mojej przeszłości, szukać wyników moich egzaminów, dokumentacji szkolnej...  - Nie znajdą jej, bo nie zdawał OWUTEM-ów. Ale jeśli dobrze dokopią, dotrą do SUM-ów, gdzie jego imię figurowało pod innym nazwiskiem. Trochę zresztą pogubili się w rocznikach, w tym bałaganie prawda zajmie dużo czasu, a oni mieli zapewne dużo pracy. - Ten gość coś chrzanił o tym, że pewnie nie zdałem egzaminów i nie mam prawa posługiwać się różdżką. To bzdura, mam zdane SUM-y. Ale nie oddali mi różdżki i kazali mi tu poczekać, aż dotrą do wszystkiego, co ich interesuje, czyli do mojego urodzenia. Do ciebie i do mamy - Jeśli nie moją, to ratuj przynajmniej swoją dupę, tato. Kwestię obrazy urzędnika, którą mu ponoć przypisano, przemilczał celowo, szczerość miała swoje granice. - Pomożesz? - zapytał, chyba wciąż zbyt ufnie. Ale był nie tylko zagubiony, był zmęczony, głodny, brudny i przerażony. Na twardej i zimnej podłodze nie dało się usnąć. - Proszę... tato - Nie zostawiaj mnie tu? Nie pozwól im zrobić ze mną tego co robią tu z więźniami? Ściągnął jasną brew, w jasnych tęczówkach błysnęło coś zrozpaczonego, przełamującego wcześniejszą zasłonę gniewu. Bał się. Bał się tu zostać, bał się tu być, bał się tu umrzeć. W zamknięciu - jak cyrkowy jaguar w klatce. - Słyszałem, że tak robią. Zabierają ludziom różdżki, że nigdy ich już nie zwracają, że czarodzieje przepadają już potem bez wieści - Chyba każdy już o tym słyszał. - Nie pozwól im... - poprosił, gdy jego głos zadrżał, złamał się żałośnie gdzieś w pół wypowiadanego słowa.




jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Powrót do góry Go down
 

Cela nr 2

Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster :: Tower of London-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-21