Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Michael Tonks
AutorWiadomość
Michael Tonks [odnośnik]19.04.19 3:37
Talia Tarota


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Michael Tonks 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Michael Tonks [odnośnik]30.01.20 6:54
Głupiec
Oslo, Norwegia1955


-Nie lepiej poczekać, aż dojdzie do siebie?
-Budzi się...
-Nie ma na to czasu, pełnia wypada jutro.
-O ile ją przeżyje, ta rana wygląda paskudnie. Nieświadomość bywa błogosławieństwem.

Większość wilkołaków zostaje pogryzionych podczas pełni księżyca i ma cały miesiąc na to, by dojść do siebie, podleczyć rany i oswoić się z koniecznością własnej przemiany. Pacjent czarodziejów z Oslo nie miał na tyle szczęśćia.

Michael Tonks, profesja: auror, narodowość: Anglik, miejsce urodzenia: Londyn, wiek: trzydzieści trzy lata.
Obrażenia: gryziona rana na lewym barku - wyrwany kawał mięsa, obrażenia szarpane. Cięte rany po pazurach na torsie i lewym przedramieniu. Stłuczenia na plecach i torsie. Trudności z oddychaniem, najprawdopodobniej zapalenie płuc. Odmrożenia na prawej dłoni.
Prognoza: Rany cięte, ostre przeziębienie i nawet obrażenia zostały zażegnane magią i zagoją się w ciągu kilku tygodni.Klątwa po ugryzieniu nie minie nigdy.

Pamiętał przenikliwy mróz, ale lewa strona ciała paliła go żywym ogniem. Ból kulminował się w barku, uniemożliwiając mu poruszanie lewą ręką i powodując dreszcze. Był nieprzytomny, a może śnił. Granica między jawą a koszmarem zacierała się. Różdżka aresztowanego Olava leżała w śniegu, a las drżał od ryku bestii. Pazury i zęby szarpały ciało, powietrze przecinał kobiecy krzyk. Zielone świato. Cisza.

Ból i ciemność. Inkantancje zaklęć z zakresu magii leczniczej. Sny o krwi, o księżycu, o ludzkim mięsie. Czasem był w nich ofiarą, a czasem katem. Na nowo przeżywał własny ból, a potem obserwował z góry szarpane ciało. Aż w końcu stawał się bestią i sam gryzł, szarpał i pił gorącą krew.
W końcu zapach krwi i mrozu zaczął zanikać, zastąpiony szpitalną wonią spirytusu i tanich prześcieradeł. Jak przez mgłę słyszał szepty medyków - znał zaledwie podstawy norweskiego, więc musiał się skupić, by wyłowić z nich sens. Ból utrudniał skupienie, a to, co słyszał, nie miało sensu. Jaka pełnia, dlaczego miałby jej nie przeżyć? Jeśli był w szpitalu, to był już bezpieczny... prawda?

-Astrid... Thomas... - wychrypiał, otwierając oczy. Pamiętał, że bestia rzuciła się najpierw na niego, a potem na Thomasa... a może najpierw na Thomasa, a później na niego? Nie wiedział już, co pamiętał. Astrid miała szansę uciec, stała z boku, ale powietrze przeciął przecież jej krzyk - blisko, tak jakby została tuż przy nich.
Potoczył błędnym spojrzeniem po szpitalnej sali, usiłując skupić się na rozmytych sylwetkach. Oczy powoli przyzwyczajały się do światła, a Michael wyłowił z mgły kształt, który układał się w twarz ciemnej blondynki w szpitalnym fartuchu. Usiłował złapać z nią kontakt wzrokowy, ale ona uparcie patrzyła w podłogę. Dlaczego?
-Moi towarzysze, co z nimi? - świat wirował, ale Michael desperacko starał się zebrać myśli i przypomnieć sobie norweskie słówka. Kameratene mine, hva skjedde med dem? - powtórzył z naciskiem, przekonany, że właśnie bezcześci język norweski. -Z... hva med... Olav... ? - wzdrygnął się nagle, a przed oczyma znów stanęła mu twarz dawnego przyjaciela, skurczona w wyrazie strachu i gniewu, błyskawicznie przemieniająca się w obrzydliwy pysk.
Nigdy nie szli by do lasu podczas pełni. Ale wtedy nie było pełni - tylko panika i wściekłość.

Kobieta nadal unikała jego wzroku, przygryzając wargę. Ciszę przerwał bardziej stanowczy, męski głos.
-Przykro mi, wszyscy nie żyją. - powiedział ktoś po angielsku, a świat na moment się zatrzymał. Michael jęknął głucho. Zacisnął powieki, powstrzymując krzyk, samemu nie czując już swojego bólu ani ciała. Czuł tylko przytłaczający ciężar, który już nigdy nie miał go opuścić.

-Zostawmy go, nie widzi doktor, w jakim jest stanie?
-Musimy mu powiedzieć, nie ma co zwlekać. Szok i tak nastąpi, przeciąganie prawdy to okrucieństwo.
- kobieta i mężczyzna znów wymieniali słowa po norwesku - szybkie, nerwowe i niezrozumiałe.

Michael doskonale zapamiętał moment, w którym dowiedział się o śmierci swoich przyjaciół aurorów i wilkołaka. Nie zapamiętał za to dokładnie chwili, w której medycy przekazali mu wiadomość o ugryzieniu i o klątwie. O wyroku, który zawisł nad nim na całe życie. Wspomnienie rozmyło się we wściekłym krzyku, łzach i szarpaninie.
Dopiero wtedy, wierzgając na łóżku, zorientował się, że jest spętany skórzanymi pasami - które następnej nocy miano wymienić na srebrne łańcucjhy. Ciężko ranny, był medycznym ewenementem, jednym z rzadkich likantropów, którzy zostali ugryzieni przez kogoś, kto przemienił się celowo lub pod wpływem emocji, poza czasem pełni księżyca. Pierwsza pełnia takich przypadków następowała przedwcześnie i nie było pewności, czy ją przeżyją. Ostrzeżono go przed tym, z prawdziwym lub udawanym współczuciem, pętając go starannie łańcuchami. Po wybuchu furii i niedowierzania, popadł w marazm i apatycznie pozwalał medykom na wszystko. Wciąż nie wierzył w straszną diagnozę, ale jeśli miała być prawdą - to chciał umrzeć. Nie przeżyć tej pierwszej nocy, odpłynąć w nicość i dołączyć do Astrid i Thomasa. Zawiódł jako auror, jako lider, jako przyjaciel i autorytet Thomasa i kochanek Astrid. Zawiódł jako profesjonalista i dawny przyjaciel Olava. Okazał się nieostrożnym głupcem i być może poniósł zasłużoną karę. Ale... teraz miał spędzić resztę życia jako krwiożercza bestia i być zawodem i niebezpieczeństwem dla wszystkich? Jak spojrzy w oczy matce, ojcu, bratu, siostrom?
Ból promienujący z lewego barku odbierał mu jasność myślenia, ale z zadziwiającą trzeźwością postanowił w duchu, że nie chce żyć w tym nowym, przerażającym świecie, że nie chce zostać bestią. Poddał się niewygodnym łańcuchom i planowi medyków, a jego znękany duch błagał obolałe ciało, by nie walczyło i nie starało się przetrwać. By poddało się, tak jak jego psychika. Michael Tonks pragnął umrzeć.

Drzwi izolatki zamknęły się, zabezpieczone z zewnątrz dodatkowymi łańcuchami. Nastała cisza. Ze szpitalnego łóżka Michael nie miał widoku na zakratowane okno, nie mógł zresztą się poruszyć. Słyszał tylko przyśpieszone bicie własnego, czuł gorąco i ból promieniujące z rany i nie wiedział, jak szybko będzie po wszystkim. Czy to jego ostatnie świadome chwile? Czy to ostatnie chwile jego życia? Przemiana miała być poważnym obciążeniem organizmu - może nie zdąży jej nawet przeżyć, może umrze jako człowiek. Chciałby tego, wolałby umrzeć teraz, niż o świcie. Jako stuprocentowy człowiek, a nie ktoś skażony wilczym przekleństwem.

Nie był pewien, jak zorientuje się, że na niebie pojawił się księżyc, ale tego nie dało się z niczym pomylić. Jego ciało przeszedł najpierw dreszcz, jak silne porażenie prądem. A potem zaczęła się agonia, symfonia bólu i cierpienia. Jako auror, wiele razy był ranny i obolały, a godziny spędzone w norweskim szpitalu były naznaczone najsilniejszym jak dotąd w jego życiu bólem z odniesionych ran. To wszystko było jednak niczym w porównaniu z bólem, towarzyszącym przemianie - nie był nawet określić jego skali, a wcześniej nie potrafiłby sobie wyobrazić czegoś takiego. Wrzeszczał, mając nadzieję na szybką śmierć albo chociaż utratę przytomności, ale te nie nadchodziły. Przemiana nie dawała luksusu omdlenia, była zbyt gwałtowna i intensywna - pełnia księżyca podnosiła zresztą poziom adrenaliny, nie pozwalając na senność i owocując agresją. Otępienie i zmęczenie miały przyjść dopiero po niej, ale Michael wciąż liczył, że nie będzie żadnego "po." Na razie całe jego ciało zmieniało kształt, kości przestawiały się i wydłużały, mięśnie rozciągały, kły przebijały przez dziąsła, a wyrastanie pazurów przypominało uczucie wyrywania paznokci. Ludzka jaźń i ludzkie ciało nadaremnie starały się opierać temu procesowi, wydłużając tylko cierpienie, dodatkowo zintensyfikowane świeżą raną na barku - Michael zapamiętał pierwszą pełnię jako najboleśniejszą i najduższą (co mogło mieć coś wspólnego z norweską zimą z długimi nocy i krótkimi dniami) ze wszystkich. Co najgorsze, przez pierwsze kilka(naście?) minut wcale nie poczuł żadnego "wyłącznika", magicznie przestawiającego świadomość z ludzkiej na wilczą, a właśnie tego się spodziewał: że po prostu odpłynie, a cała przemiana odbędzie się bez jego udziału i świadomości. Wręcz przeciwnie, pozostawał zatrważająco przytomny i świadomy procesów, zachodzących w jego ciele. Kątem oka widział jasną sierść, wyrastającą z kończyn i torsu. Na plecach czuł wyrastające wybrzuszenia, których wcale nie powinno tam być, a ból przemieszczanych kości był jak najbardziej realny. Zwierzęca jaźń wkradała się w to wszystko stopniowo, w upiorny sposób mieszając się z tą ludzką. Przerażenie i bezsilność zmieniały się we wściekłość i agresję. Ból otumaniał, odbierał zmysły i zdolność do przytomnego myślenia. Nie miał już siły krzyczeć, więc wrzask zmienił się w szloch i jęki, a te - wraz z wydłużającymi się strunami głosowymi - w zwierzęce wycie. Pamięć i świadomość stracił dopiero po dłuższym, za długim czasie.

Normalnie budził się po pełni wycieńczony i głodny, ale mało brakowało, a po tej pełni nie obudziłby się wcale. Przytomność stracił podczas porannej przemiany i ocuciły go dopiero zaklęcia oraz norweskie słowa medyków.
-Jest silny, traciliśmy go, ale został z nami...
-Dostał krwotoku, ale teraz będzie już można na stałe zasklepić ranę, zagoi się szybciej niż w miesiąc...
-Skoro nie zszedł teraz, to przeżyje...


Nie chciał przeżyć, ale medycy właśnie wydali na niego kolejny wyrok. Poza jego udziałem, dyskutowali o tym, że jego szanse właśnie wzrosły, że z tego wyjdzie. Omawiali kurs leczenia, tak jakby mieli do czynienia ze zwykłym pacjentem, a nie obrzydliwym potworem. Tonks chciał im przerwać, nakrzyczeć na nich, poprosić o truciznę albo chociaż eliksir słodkiego snu - ale po nocnych męczarniach, ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Był ociężały, całkowicie ochrypł i w końcu zasnął, nawet bez eliksiru. Po przebudzeniu rzucił się na jedzenie, jak wygłodniałe zwierzę - a potem, odzyskawszy trzeźwość umysłu, rozpaczliwie dopytywał medyków, czy to wszystko naprawdę się wydarzyło. Czepiał się resztek złudnej nadziei, usiłując przypisać upiorne wydarzenia jakiemuś koszmarowi.
Ale koszmar rozgrywał się na jawie i był wyrokiem na całe życie. Zgodnie z podejrzeniami medyków oraz własnym życzeniem, Michael Tonks umarł tamtej nocy. Tyle, że nie ciałem, a duszą.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Michael Tonks 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Michael Tonks [odnośnik]03.02.21 23:30
Mag
Błonia Hogwartu / Norweskie lasySiódmy Rok Hogwartu / grudzień 1955
pozycja odwrócona


Księżyc w pełni świeci jasno na niebie, a Olav nie odrywa od niego wzroku.
-Dzisiaj jest świetna noc na warzenie eliksirów. - mówi cicho Krukon, a Mike prycha głośnym śmiechem. Obaj leżą na trybunach boiska do Quidditcha, ciesząc się zbliżającym się końcem roku szkolnego.
-Zdaliśmy owutemy! Wstrzymaj na moment z tą nauką. Dzisiaj świętujemy. - przewrócił z rozbawieniem oczami i wyjął z dłoni przyjaciela piersiówkę Bezdna. Olav i tak coś mało pił, a Mike zamierzał kontynuować dopóki wino nie zawróci mu w głowie. W Hogwarcie trudno było pić alkohol, w domu Tonksów też, choć przecież byli już (prawie) dorosłymi siedemnastolatkami. Mugole nie śnili nawet o piersiówkach Bezdna, choć Michael chętnie opowie kiedyś o nich ojcu, porównując je do termosu o nieskończonej pojemności i praktycznym, niewielkim kształcie. Za to rodzina Olava... Cóż, czasem wydawało mu się, że przyjaciel miał wszystko. A na pewno piwnice ze starym winem, do których podłączona była ich zdobycz. Olava zdobycz. Prezent z okazji zdania eliksirów na owutemach. Mike'owi aż zrobiło się głupio, bo też powinien się czymś odwdzięczyć. Na szczęście, miał to już zaplanowane i aż nie mógł się doczekać swojej niespodzianki.
-Nie zdałbym tych eliksirów, gdyby nie ty. - mówi Mike po raz piętnasty, a na ustach Skandynawa błąka się nieśmiały uśmiech.
-Wiem. - przyznaje Olav cicho i tylko Mike jest w stanie rozpoznać jego rozbawienie. Większość Anglików brało Skandynawa za raczej poważnego, ale to pewnie tylko jego konserwatywne, chłodne wychowanie. Znali się od jedenastego roku życia i Olav był równym gościem.
Spędzili razem cały semestr w pracowni alchemicznej, a Olav tłumaczył wszystko Tonksowi cierpliwie, krok po kroku. Mike miał naprawdę oporną głowę do eliksirów i zupełnie nie rozumiał logiki ich profesora, ale dzięki spokojnemu przyjacielowi wszystko stawało się bardziej zrozumiałe. Zamierzał zakuć, zaliczyć i zapomnieć wszystko, co nie będzie potrzebne mu na kursie aurorskim, ale nie przyznawał się przyjacielowi. Choć Olav chyba czuł opór, z jakim Gryfon przyswajał wiedzę. Mike tym bardziej cenił bezinteresowną pomoc. Naprawdę usiłował się skupić podczas ich lekcji, ale czasem po jego minie było widać, że interesują Olava równie mocno, jak mecze Zjednocznych z Puddlemere.
Co było w sumie dość dziwne. Olav zawsze przychodził na mecze Krukonów i Gryfonów (a nawet Gryfonów, kiedy nie grali z Krukonami!) i kibicował Michaelowi z ogromnym entuzjazmem. Może po prostu wolał grę na żywo?
Jak już skończą szkołę, to pójdą razem na prawdziwy mecz - postanowił sobie Mike. To mógłby być jego prezent, ale na dzisiaj przygotował jeszcze lepszy.

-Napijesz się jeszcze? Za dziesięć minut trzeba będzie... - Mike podnosi się na łokciu i uśmiecha łobuzersko. -...się podzielić. - dodaje triumfalnie. Olav marszczy lekko brwi, jak zawsze, gdy Gryfon wyskakuje z jakimiś spontanicznymi pomysłami.
-Podzielić? Myślałem, że dzisiaj świętujemy... tylko my, sami. - mamrocze, mocno ściskając piersiówkę w bladych palcach. Mike kiwa ze zrozumieniem głową, wie przecież, że Olav jest samotnikiem. Nigdy nie złapał wspólnego języka z jego paczką z Gryffindoru, nawet z Leo.
-Świętujemy z Jenny i Kitty! - uśmiecha się coraz szerzej, spoglądając na kolegę wymownie. -Kitty przedstawi cię Jenny, co ty na to?! Podwójna randka na błoniach, zaczynamy o północy. - tłumaczy, ożywiony. Wie, że Olav jest nieśmiały i że nigdy nie miał dziewczyny, ale zadbał przecież o wszystko. O miejsce, oprawę, wino i dziewczynę.
-Zaprosiłeś... dziewczyny? - pyta Olav jakoś słabo, umykając wzrokiem. Tym razem to Mike marszczy brwi. Nie rozumie. Spodziewał się wdzięczności. Tej norwegowej, chłodnej, mało wylewnej, ale... przecież byłoby świetnie. Oni dwaj i dwie blondynki. Czwórka jak z obrazka. Nigdy nie byli na podwójnej randce.
-No tak, będzie fajnie, zobaczysz! Wiem od Kitty, że Jenny cię lubi. - zdziwiony Mike próbuje ośmielić kolegę, ale Olav odkłada piersiówkę na ziemię i zrywa się do pionu.
-Mogłeś mnie spytać. Mieliśmy świętować we dwoje i... pójdę już. - zaczyna, podnosząc lekko głos (co jest do niego niepodobne), ale Mike chwyta go za nadgarstek, gdy kolega jeszcze siedzi. Olav zamiera, tak jakby nie chciał już wstawać. Zostaje na trybunie, blednie jeszcze bardziej, palce mu drżą. Mike widzi to drżenie kątem oka, nadal trzyma jego rękę, jakby bojąc się, że przyjaciel ucieknie. Przecież miało być tak miło.
-Przecież będzie jak we dwoje. Tylko w czwórkę. Myślałem… że się ucieszysz. - tłumaczy Mike spokojniej, łagodniej. Czasem nie rozumie introwertyków. Czasem nie rozumie Olava.
Czasem woli go nie rozumieć. Na przykład teraz, gdy przyjaciel patrzy na niego tak smutno, tak dziwnie, tak… inaczej. Gdy jemu, Mike’owi, robi się jakoś ciepło, chociaż ręce Olava są takie zimne.
Gwałtownie puszcza jego dłoń, a Olav zaciska mocno usta. Tak, jakby bał się odpowiedzieć.
-Słuchaj, jeśli będzie niezręcznie… ale nie będzie niezręcznie, naprawdę podobasz się Jenny. - powtarza Mike uporczywie, próbując odszukać wzrok kolegi. Norweg zaciska powieki i kręci głową.
-Nie rozumiem… - szepcze Mike, Olav otwiera oczy i kieruje głowę w jego stronę, nagle ich twarze są bardzo blisko. Tym razem to Mike zamiera na kilka sekund. Zapada cisza.
W końcu Mike cofa głowę, a Olav bierze gwałtowny wdech i zrywa się na nogi.
-Ej, daj spokój… co ja zrobię sam, z dwoma dziewczynami? - zakłopotany Michael ucieka się do żartu, próbując zrozumieć, dlaczego jego niespodzianka nie wypaliła. Albo raczej, udawać przed sobą, że nadal nie rozumie.
-Myślę, że doskonale wiesz, co z nimi zrobisz. Miłej zabawy. - syczy Olav lodowato, z niepodobną do siebie ironią, a potem szybko schodzi z trybun. Mike zostaje sam, patrząc w księżyc i myśląc sobie, że chyba nie ma już ochoty na randkę ani z Jenny, ani z Kitty, ani z obydwoma na raz. Nie biegnie jednak za kolegą. Siada na własnych dłoniach, bo jakoś dziwnie drżą i bierze głęboki oddech. Napije się więcej wina, poczeka na dziewczyny, najwyżej za godzinę odprowadzi je do zamku.
Nie wie jeszcze, że jutro Olav nadal będzie go unikał. Że to początek końca ich przyjaźni.

Półksiężyc świeci jasno na niebie, a auror otwiera szeroko oczy.
-Olav?! - pyta, zamiast rzucić Petryficusa, tak jak zaplanował. Jest ciemno, ale oczy dawnego przyjaciela są tak samo jasne jak zawsze. Na chwilę zapada cisza i w mroźnym lesie są tylko oni, tak jak w pracowni eliksirów, jak na błoniach, jak zawsze. Zawsze byli w tej przyjaźni tylko we dwoje.
-Znasz tego nekromantę? Petry… - wcina się nagle Astrid, stając obok Tonksa. Muska jego rękaw futrem kołnierza, jest taka niziutka. Pomimo chłodu, Mike mógłby przysiąc, że nadal czuje obok jej ciepło. Wczorajszej nocy było im bardzo ciepło.
Nadal czuje na sobie lodowaty, rozbiegany wzrok Olava. Krukon wygląda trochę jak spanikowane zwierzę, cofając się po omacku i zerkając to na Mike’a, to na Astrid. Einara na razie ignoruje. W ręce ma różdżkę, ale nie atakuje.
-Expelliarmus! - woła Michael, powstrzymując Astrid gestem przed wyprowadzeniem jej zaklęcia. Norweg nawet się nie broni, różdżka wypada mu z ręki. Teraz Mike zauważa, że dłonie strasznie mu się trzęsą. -Olav…
-Z…zostawcie mnie, MUSICIE mnie zostawić… - odzywa się w końcu Olav jakimś nieswoim, warkliwym głosem. Mike nie rozumie, patrzy tylko w jego oczy. Jasne, jak zawsze. Kręci głową, bawiąc się w dobrego policjanta. Chciałby móc być dzisiaj dobrym policjantem. To w końcu… Olav. Podejrzany o warzenie trucizn i o eksperymenty z nekromancją, Tonksowi nie chce się w to wierzyć, ale mają przecież twarde dowody i zeznania świadków. Mieli nawet imię i przydomek. Nie mieli tylko nazwiska, więc Michael dopiero dzisiaj przyporządkował tego Olava do personaliów najlepszego przyjaciela.
-Olav, musisz z nami iść. Jeśli to nieporozumienie, to wszystko wyjaśnisz. - przemawia, jak do dziecka, ale Norweg kręci głową, coraz szybciej i szybciej, aż nagle postępuje krok do przodu i…
-Esposas! - Astrid reaguje tak, jak Mike ją wyszkolił. Jest tylko kursantką, Tonks powtarzał jej wielokrotnie frazesy o bezpieczeństwie. Nie pozwól podejrzanym ruszyć do przodu ani schylić się po różdżkę, i tak dalej.
Łańcuchy nie sięgają jednak celu. Ten unika zaklęcia ze zwierzęcą gracją i nagle zaczyna… być zwierzęciem. Mike na moment zamiera, nie wierzy w to, co widzi.
Przecież… nie ma pełni księżyca.
Przecież siedzieli niegdyś na błoniach przy księżycu w pełni.
Einar rzuca jakieś zaklęcia, Astrid też, Mike też wznosi różdżkę, ale widzi tylko złote oczy potwora, który rzuca się na niego.

To wszystko dzieje się tak szybko.
Najpierw jest lodowato zimno, a potem gorąco.
Czy to jego własna krew jest taka ciepła?
Wstrzymuje oddech, jak mu się wydaje - ostatni.
Różdżka wypada mu z dłoni
Uciekajcie - może krzyczy, może szepcze, a może tylko myśli. W jakimś atawistycznym odruchu próbuje się wyrwać, ale wilcze szczęki trzymają go za bark jak kleszcze. To koniec, to już koniec.
Bestia puszcza go na śnieg jak szmacianą lalkę, wilkołak szczerzy zęby, w żółtych oczach lśni głód.
W jasnych oczach.
Jasnych?
Wilkołak zamiera nagle, a Michael mógłby przysiąc, że w jego wzroku widzi jakiś przebłysk Olava, przyjaciela. On też wykrwawia się nieruchomo na śniegu, chcąc zatrzymać na sobie uwagę drapieżnika, chcąc dać aurorom czas na ucieczkę. Słyszy kroki, ktoś biegnie w las.
Powietrze przecina czerwony błysk Drętwoty, Mike słyszy krzyk Astrid.
Astrid…? Co ty robisz? Uciekaj!
Wilcze ślepia znów stają się żółte, a bestia zwinnie rzuca się na Astrid. Tyle krwi. Mike usiłuje nie patrzeć na krew, na rozrywany płaszcz z futrzanym kołnierzem, na twarz blondynki rozdzieraną pazurami, ale zarazem nie może oderwać od tego spektaklu wzroku. Jak zahipnotyzowany. To sen, to piekło, to śmierć.
Na oślep czołga się po różdżkę, choć chyba nie zamierza jej użyć. Olav, wilkołak zaraz skończy z nią i wróci do niego, i wtedy zatańczą w gwiazdach obydwoje, Astrid i Mike.
Ale bestia już na niego nie patrzy. Podnosi łeb i puszcza się w pogoń za Einarem. Teraz słychać krzyk Einara. Dopadł go.
I Mike wie już, co musi zrobić.
Zielony błysk przecina leśną polanę, zaklęcie trudne, zaklęcie śmiertelne, dozwolone tylko w wyjątkowych przypadkach. Celne, choć na jakimś poziomie chciał chybić. Obraz przed oczami mu się rozmazuje, ale widzi jeszcze, jak wilkołak pada ciężko na śnieg. Sam też opuszcza głowę na śnieg, gotów tańczyć w gwiazdach. Z Astrid albo z Olavem.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Michael Tonks 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Michael Tonks
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach