Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Schron na szczycie
AutorWiadomość
Schron na szczycie [odnośnik]04.05.19 23:54
First topic message reminder :

Schron na szczycie

Ponieważ pogoda w okolicach górskiego szczytu bywa wyjątkowo kapryśna, a Ben Nevis okresowo nawiedzają trudne do przewidzenia śnieżyce, na płaskim wierzchołku wzniesienia wybudowano schron. Prosty, niewielki, o nierównomiernych kamiennych ścianach, stanowi doskonałe schronienie przed niską temperaturą i śnieżnymi burzami, a pechowym wędrowcom pozwala na przeczekanie najgorszej nawałnicy bądź dotrwanie do świtu - zwłaszcza, odkąd przebywanie po zmroku na przekształconym przez anomalie terenie równoznaczne jest z proszeniem się o śmierć.
Wnętrze schronu nie jest duże, zmieści się w nim maksymalnie sześć osób; oprócz dwóch podłużnych ławeczek znajduje się tam palenisko oraz niewielki zapas wody i niepsującej się żywności, uzupełniany głównie przez samych podróżników, którzy akurat nie znajdują się w nagłej potrzebie.
Wychodząc rano z kryjówki, warto zachować szczególną ostrożność i najpierw porządnie się rozejrzeć, bo jest to również miejsce, w którym lubią gromadzić się okoliczne trolle, urządzając między sobą głośne walki na maczugi; niosące się echem uderzenia są przez mieszkających u podnóży góry mugoli często mylone z grzmotami nadchodzącej burzy.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Schron na szczycie - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Schron na szczycie [odnośnik]06.12.21 20:58
-Tak. Jak gwiazda. - powtórzył za nim cicho niczym echo. Mimo strachu Rigel marzył o tej chwili - pragnął usłyszeć, jak Michael wypowiada jego imię. W ustach aurora nazwa gwiazdy wybrzmiała jak najcudowniejsza muzyka, piękna do tego stopnia, aż zapierało dech, i od której bolało serce.
Tak długo tkwili w kłamstwach, niedopowiedzeniach, unikach, i teraz, kiedy w końcu prawda wyszła na jaw, lord Black mimo początkowego bólu i przeraźliwego smutku, czuł także dziwną lekkość. Nie mieli już przed sobą żadnych tajemnic.
Prawie.
Rigel był pewien, że Tonks nie wie o zadaniu, jakie zlecił mu nestor rodu - dołączenie do sojuszników Rycerzy, i większe zaangażowanie się w sprawę. Nie było już odwrotu. Obiecał służyć rodzinie i jeśli ta chciała, żeby szedł i pomagał najbliższemu otoczeniu Czarnego Pana - mimo głębokiej niechęci, jaką żywił do tej osoby, musiał się podporządkować. Inaczej czekało go wygnanie lub śmierć. Koniec, jaki spotkał Francisa.
Nie wyobrażał sobie sytuacji, w której musiałby wybierać, czyj honor oraz życie będzie musiał poświęcić - swoje czy Michaela. Nigdy nie był bohaterem i nigdy się za takiego nie uważał.
W błękitnych tęczówkach mężczyzny Black dostrzegł niemą prośbę, błaganie, żeby wszystko to, co tworzyli wspólnie, nie kończyło się w taki sposób. Rigel również nie chciał się rozstawać. Przerażała go wizja samotności, ciemności, jaka czekała na niego, kiedy tylko kochanek zniknie z jego życia na dobre. Ale czy mieli inne wyjście? List gończy sprawił, że każde ich spotkanie było niebezpieczną grą w chowanego, igraniem ze śmiercią, która i tak koniec końców zawsze wygrywa.
-Nic… nic nie szkodzi. Nie mogłeś wiedzieć... - powiedział smutno, próbując go nieudolnie pocieszyć, uspokoić, wierzchem dłoni dotykając jego policzka, wilgotnego od łez.
To było tak absurdalne, że przez cały ten czas, kiedy razem pracowali w ministerstwie, byli tak blisko siebie - prawie na wyciągnięcie ręki. Może nawet widzieli się na korytarzach, nie zdając sobie sprawy, że tuż obok jest drugi człowiek - podobnie skrzywdzony i samotny. Prawdziwa miłość. Jedna na milion. To był okrutny żart, jaki zgotował im los.
Czarodziej ponownie boleśnie zacisnął zęby na dolnej wardze, już i tak lekko spuchniętej przez pocałunki i nerwowe ugryzienia.
-Wiem, Mike, wiem. - odpowiedział, patrząc mu w oczy, starając się tym razem nie pozwolić łzom ponownie popłynąć. Nie mógł, nie chciał się licytować, kto dla kogo jest większym zagrożeniem w tej sytuacji.
Chciał dodać coś jeszcze, ale urwał, czując dotyk ciepłych dłoni i ust na swoich policzkach. Chyba niczego więcej nie potrzebował, nie pragnął - bo w tamtej sekundzie miał wszystko. Był kochany, ważny dla kogoś. Tak po prostu. Nie za osiągnięcia, nie za nazwisko czy ilość galeonów w sakiewce. Tak, taka miłość rzeczywiście zdarza się tylko raz w życiu - Rigel teraz był tego pewien.
A wielkość, zaszczyty… Te nigdy nie była dla niego celem samym w sobie. Były tylko miłym dodatkiem, efektem, który można było uzyskać, pomagając innym, odkrywając w swoim krótkim życiu rzeczy, które przyniosą wiele dobrego przyszłym pokoleniom.
-Wolałbym po prostu być kimś szczęśliwym, wiesz? - zdobył się na słaby uśmiech. Chciał podążać tą drugą drogą, o której mówił posąg mędrca - żyć tak, jakby wszystko było cudem. A znalazłszy się na szczycie - kiedyś, może, - nie uświadomić sobie, że jest się najsamotniejszą istotą we Wszechświecie.
Mocniej objął mężczyznę, kiedy ten ponownie oparł się o jego ramię, i delikatnie musnął ustami jego skroń. Zupełnie jakby chciał mu pokazać, że co by się nie działo, chce go chronić i w mimo wypowiedzianych wcześniej słów, koszmarnej reakcji oraz paniki, może czuć się przy nim bezpiecznie. Rigel zrobił to zupełnie nieświadomie, jakby była to najnaturalniejsza rzecz na świecie.
Gdyby tylko mógł, pomógłby mu... Ukrył, używając swoich wpływów. Niestety, stałby się wtedy cholernym zdrajcą, a i Zakonnik również by na to nie poszedł. To była sytuacja bez wyjścia.
-Ja… w porządku. To nic… - odpowiedział, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok. Black zły na siebie, że nie potrafił ukryć tego, że ciało, wymęczone huśtawką emocjonalną, zaczynało powoli sztywnieć. Nie wiedział, czy jest gotów o tym mówić. Może powinien? Jednak ze wszystkich tematów, ten najbardziej go przerażał. Był gorszy od mówienia o samookaleczaniu i strachu przed śmiercią, kiedy zostanie wysłany, aby walczyć u boku Rycerzy.
-Tak, usiądźmy. To... dobra myśl.
Rigel poczekał, aż blondyn zdejmie płaszcz, po czym sam zrobił to samo, chcąc wykorzystać swoje ubranie, aby okryć nim ich ramiona, gdyż mimo ognia, który na dobre rozpalił się w palenisku, w schronie nadal było dość zimno.
Od razu zauważył, że Michael ma na sobie sweter, który, wydawałoby się, w innym życiu Rigel zaczarował, zmieniając kolor na czerwony. Zgrali się bardzo dobrze, gdyż Black również założył sweter, który miał w Kent. Ten, który został rozerwany na strzępy podczas ich pierwszej nocy.
Sytuację tą skomentował to cichym, lekko histerycznym śmiechem.
To niemożliwe, żebyśmy aż tak perfekcyjnie się zgrywali.
Ułożenie swojego nieposłusznego ciała obok Michaela sprawiło Blackowi pewne trudności, chociaż czarodziej za wszelką cenę starał się robić wrażenie, że wszystko jest w jak największym porządku. Może gdyby miał luźniejsze ubranie, a nie typowe dla górskich wycieczek, składające się ze spodni do kolan i czarnych, opinających łydki skarpet - łatwiej byłoby ukryć nienaturalna sztywność kończyn. Nie pomyślał, że ściągając wierzchnie ubranie, sprawi, że kolejny z jego sekretów może zostać... odkryty. Ale w tamtej chwili bardziej myślał o komforcie swojego kochanka.
Czuł również, że potrzebuje zapalić, aby uspokoić nerwy i rozdygotane ciało. Wydobył więc z kieszeni spodni papierośnicę z różanego drewna, prześlicznie rzeźbioną w rajskie ptaki, w której to trzymał swoje ulubione Zmiennobarwne Papierosy Jarella.
-Chcesz? - wyciągnął w jego stronę blondyna otwarte pudełeczko. - Wiem, że lepsze byłoby Diable ziele, ale niestety mój dealer gdzieś przepadł… i z tego typu substancji zostały mi już tylko Widły. - to mówiąc, kiwnął głową w stronę torby, która leżała na podłodze koło ławy, mającej robić im za stół.
Rigel przysunął się do Michaela bliżej i oparł głowę na jego ramieniu, wpatrując się w przestrzeń.
Od momentu wybuchu wojny wszystko się zmieniło. Na początku młody lord cieszył się z możliwości, jakie otwierały się przed magicznym społeczeństwem, kiedy pozbyli się dyktatury mugoli. W końcu miało być lepiej. Bezpieczniej. Ale im dłużej Black przyglądał się całej sytuacji, tym bardziej zdawał sobie sprawę, że kompletnie nie potrafi się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Część przyjaciół przestała się do niego odzywać, na typowo szlacheckie wydarzenia zaczęły przychodzić osoby, nie należały do wyższych sfer; Londyn nie rozkwitał, tylko głodował… a do tego jeszcze śmierć Alpharda. Dziwna i bezsensowna.
Może i stare czasy były okropne - życie w ukryciu, pod butem mugoli… tylko że to był świat, w którym Rigel wiedział jak funkcjonować. Teraz, szczególnie teraz czuł się okrutnie zagubiony.
Westchnął ciężko.
-Teraz wszystko się skomplikowało. - przyznał. - Wybacz. Nie chciałem… nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. I nadal nie wiem.
Niestety był przekonany, że o ile Michael nie skrzywdziłby go, o tyle inni Zakonnicy pewnie zrobiliby to bez wahania. Wojna była już na tym etapie, że okazywanie litości i zrozumienia graniczyło z cudem. I już nigdy nie będzie jak dawniej. Ale nie musiał tego mówić na głos. Tonks prawdopodobnie i tak o tym doskonale wiedział.
Black słuchał jego słów, próbując poznać tę część jego historii. Oczywiście, że pamiętał wojnę. Pamiętał krwawo-czerwoną łunę nad miastem, zmieniająca spokojną letnią noc w ognisty koszmar, potworny huk, krzyki rozpaczy i chaos. Stał wtedy przy oknie - mały chłopiec przerażony horrorem, który rozgrywał się tuż na jego oczach. Nie rozumiejący, dlaczego ktoś niszczy jego ukochane miasto, obraca je w stertę gruzu. Nie mógł też zapomnieć tego, jak bał się, czy głodne płomienie nie strawią i jego domu. Chociaż najbardziej mroziła mu żyłach krew świadomość, że tam, za wzmocnionymi magią oknami Grimmauld place 12, ginęli niewinni ludzie.
Że niby my, jesteśmy jak mugole?
To przecież nie mieściło się w głowie. Przecież oni - czarodzieje - nie są tacy. Nie rozpętują wojen z tak błahych powodów. Nie przelewali krwi ku czci nieistniejącego boga, nie zwracali aż tak wielkiej uwagi na kolor skóry, nie skazywali kalek na śmierć. Bardziej dbali o otaczający świat.
Ale czy aby na pewno?
Przecież takich jak oni, powszechnie nazywanych “zboczeńcami” również ich społeczeństwo się pozbywało.
Nie, to inna sprawa.
Rigel kompletnie nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony odzywały się w nim te wszystkie postawy i myśli, wpajane mu od dzieciństwa - wyrósł przecież w przekonaniu, że jest lepszy, bo pochodzi z bardzo dobrej rodziny z wielowiekowymi tradycjami. Znającymi i dbającymi o historię, o kraj. Z drugiej strony dawała o sobie znać wrodzona empatia, której lord Black posiadał stanowczo zbyt wiele.
Nadal nie rozumiał wyborów Tonksa, ale w młodym lordzie coś drgnęło. Mimo ogromnych różnic, jakie ich dzieliły, zgadzali się w jednym - należy chronić słabszych. Tylko że Black nie wyobrażał sobie, jak można pomagać mugolom. Komuś, kto tak długo zmuszał ich społeczeństwo do ukrywania się, zabijał ze strachu i w ofierze swemu bogu.
Były jednak wyjątki.
Lord Black nigdy by się sobie do tego nie przyznał, ale czuł głęboką odrazę na myśl, że ktoś dla zabawy zabija mugolskie dzieci.
-Chyba... rozumiem, co masz na myśli. - powiedział w końcu. Nie popierał tego, ale zaczynał rozumieć, jak Michael widzi świat. Dotychczas też Rigel nie miał możliwości porozmawiania z osobą z tej drugiej strony o wojnie oraz poznania ich motywacji. To było… rozwojowe. Pomogło mu też zrozumieć jeszcze jedną rzecz, która sprawiła, że ponownie poczuł przejmujący dreszcz. Lodowaty oddech strachu, który go prześladował od początku tej rozmowy. Jedynym wyjściem z sytuacji, w jakiej znalazł się kraj, było zwycięstwo jednej ze stron. Każdy doskonale pamiętał te wszystkie krzywdy, jakie doświadczył od przeciwników. Było w tym za dużo gniewu, bólu i determinacji, żeby odpuścić. Ktoś musiał wygrać, a ktoś - ponieść klęskę.
-Nie mogę tego przyjąć, ale rozumiem, czemu wybrałeś taką drogę. - odpowiedział powoli. Dom Roweny Ravenclaw uczył przyglądać się różnym stronom, myślom i decyzjom, nawet tym, które na pierwszy rzut oka wydawały się błędne i niebezpieczne. Niestety, Rigel zaczynał o tym skutecznie zapominać, otoczony zupełnie innymi przekonaniami, innymi problemami.
Kiedy usłyszał imię swojego brata, poczuł, jak gardło ponownie ściska niewidzialna ręka.
-Wiem, że to nie wy zabiliście Alpharda.- podniósł swoje przepełnione smutkiem spojrzenie. Wiedział, co podano do gazet, a jaka była prawda. Nie był głupi, potrafił zauważać rzeczy i łączyć fakty, chociaż czasami brakowało większych elementów układanki, aby złożyć je w pełny obraz sytuacji.
-Nie, nie przeszkadza. - przyznał z delikatnym, ciepłym uśmiechem, ale również się speszył. - Chociaż… powinno.
Z drugiej strony, czystość krwi najbardziej liczyła się w kwestiach wyboru żony i płodzeniu potomków, a nie miała nic wspólnego z... innymi kwestiami. W otoczeniu Rigela zawsze były osoby o różnym pochodzeniu: bohema, naukowcy, przyjaciele z czasów szkolnych... Na część z tych znajomości rodzina patrzyła dość krzywo.
Na dodatek młody lord miał trochę inne podejście do kwestii krwi, mało popularne w jego kręgach - oczywiście, szlachetnie urodzeni stali wyżej niż inni obywatele, jednak to magiczny dar decydował o wszystkim. Dlatego czarodziej rozumiał, jak ciężko było charłakom żyć w społeczeństwie. Niejednokrotnie zastanawiał się, jak im pomóc, ale kompletnie nie wiedział jak.
“Więcej czasu”
To było coś, z czym Black mierzył się każdego dnia. Choroba zabierała mu cenne chwile każdego dnia, również, jak i czysta krew, która płynęła w jego żyłach. Próbując godzić się z przemijaniem, wyobrażał sobie, że jest jak ten motyl, albo kwiat, który przychodzi na ten świat, żeby maksymalnie wykorzystać tę krótką chwilę, jaką ma. Przynieść radość innym, wypełnić swoje przeznaczenie jak najlepiej.
Ale nie szło mu najlepiej. A czas był bezduszny i przesypywał się przez palce niczym piasek.
-Czas… jest bezlitosny. - odpowiedział drżącym głosem, wtórując swoim myślom. - Dziesiątki lat Departament Tajemnic go bada i nadal nie jest w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania. Przede wszystkim na najważniejsze z nich - jak zapanować nad uciekającymi minutami...
Czuł, że i dla Michaela ten temat jest niezwykle trudny, dlatego, żeby dodać mu otuchy, uniósł ich splecione dłonie, żeby ostrożnie pocałować jego palce.
-To jedyna możliwość, żeby oszukać czas. Pamięć. - również spróbował się uśmiechnąć, wpatrując się w błękitne tęczówki. Czas na chwilę zwolnił. - Byłeś i jesteś moim światłem.
Po chwili zauważył, że coś zmieniło się w wyrazie twarzy aurora. I usłyszał, propozycję, przez którą serce Rigela zaczęło bić jak szalone.
Pomysł Michaela wydawał się absurdalny, nieprawdopodobny… Tak trudno było przewidzieć, co przyniesie im przyszłość. Przecież były auror będzie musiał się ukrywać, a Ministerstwo będzie do utraty tchu szukać każdego, kto był związany z Zakonem. I nie odpuści, aż nie pozbędzie się wszystkich. Jak Tonks planuje go odnaleźć? Chce zaryzykować, że zostanie znaleziony?
Przecież to szaleństwo!
Istniał jeszcze inny scenariusz - tak bardzo nierealny, że Black z trudem wziął go pod uwagę. Jednak wrodzona ciekawość pozwoliła puścić wodzę wyobraźni.
Co będzie, jeśli to jednak Zakon wygra?
Pyjaciół czekałaby śmierć lub więzienie. Czy Michael byłby w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której przychodzi pod kraty więziennej celi, żeby się z nim zobaczyć? A może będzie stał gdzieś w tłumie, który zbierze się, aby obserwować, jak na szyję Rigela kat zarzuci pętle?
Czy propozycja Zakonnika miała sens?
Rigel z trudem podniósł się na kolanach i oparł dłonie na ramionach blondyna, żeby złapać równowagę i poczuć jego ciepło. Potrzebował, widzieć jego twarz, skrzyżować spojrzenia.
-Czy naprawdę chcesz żyć w takim zawieszeniu? Czekać, a nie próbować ułożyć sobie życie na nowo? - zapytał poważnie, nie kryjąc żadnego podtekstu. Chciał usłyszeć prawdę i tylko prawdę. - Nie wiem, czy wiesz… ale o tym, jak będzie wyglądać nasze życie, decydują nestorzy. I może dojść do tego, że w pewnej chwili zostanie mi wybrana żona.
O tym, że Pollux już rozkazał Rigelowi, aby ten zawalczył o rękę Melisande Rosier, wolał przemilczeć. Tym bardziej że ta została oddana komu innemu. Na szczęście.
-Czy byłbyś w stanie znieść ten widok? - patrzył na niego z ogromną determinacją. - Powiedz, proszę.
Nie chciał go skrzywdzić, ale musiał wiedzieć, czy mężczyzna wie, na co się pisze.
Tak bardzo pragnął, żeby kiedyś udało im się ponownie spotkać, ale zdawał sobie sprawę z tego, jak może wyglądać jego przyszłość. Żona, praca, może dzieci. Ciemna kamienica. Kurz.
Odrobinę mocniej zacisnął dłoń na lewym barku aurora, gdzie pod swetrem i kamizelką znajdowały się blizny, jakie pozostawił wilkołak. Podczas wszystkich spotkań często ich dotykał, głaskał i całował, za każdym razem udowadniając Michaelowi oraz Fenrirowi, że się ich nie brzydzi.
Czuł, że też, że przyszła i jego kolej zaryzykować.
-Czy zachowasz wstążkę? - wypowiedział pytanie gorączkowym szeptem.
Skapitulował. Nie był w stanie definitywnie odciąć się od Michaela. Może i było to niezdrowe, wręcz toksyczne. Ale nie potrafił teraz tak raz na zawsze pozbyć się kogoś z życia. I już szczególnie osoby, którą kochał całym swoim sercem. Był uzależniony od niego. Jak ostatni ćpun.
-Oszaleję, jeśli nie będę wiedzieć, czy wszystko z tobą w porządku.
Listy były dla nich niebezpieczne. Spotkania tym bardziej. Ale może to właśnie był jedyny sposób na podtrzymanie kontaktu? Domyślał się, że prosi o zbyt wiele, lecz po wszystkich wypowiedzianych słowach, po próbie ognia, jakim zostało poddane ich uczucie, nie mógł tak po prostu zerwać tych wszystkich nici, jakie ich łączyły.
Był jednak gotów na to, że Michael odmówi.


The truth may be out there
But the lies are inside your head.

Rigel Black
Zawód : Stażysta w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : 0
UROKI : 17
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647
Re: Schron na szczycie [odnośnik]09.12.21 1:39
Uśmiechnął się blado, bo gdy Rigel był blisko - gdy już go nie odtrącał - nawet groza tej sytuacji wydawała się mniej upiorna, a bardziej absurdalna. Nadal czuł zimne odrętwienie na myśl, że to koniec, to koniec, to koniec, ale teraz przynajmniej był to koniec ich spotkań, a nie ich uczucia. Wyznanie miłości ze strony Rigela poprawiło mu humor, wbrew tragizmowi tej sytuacji, wbrew wszystkiemu.
-Pewnie mogłem się domyślić. - zaprotestował z bladym uśmiechem. -Milordzie. - dodał z ciepłą nutą rozbawienia, i delikatnie przytrzymał jego dłoń przy swoim policzku. Spojrzał na młodszego mężczyznę, wplótł wolną rękę w jego krucze włosy. Rysy twarzy Rigela wypaliły się już pod powiekami Michaela - zapamięta je na zawsze. Zmieniona dla kamuflażu fryzura, martwy brat, cenna sakiewka - poszlaki mnożyły się i może mógł je złożyć w całość wcześniej. A może po prostu mógł dopatrzyć się w jego urodzie arystokratycznego rysu i podobieństwa do rycerzy, w których nieświadomie podkochiwał się jeszcze jako uczniak. Teraz nie wierzył, że ktoś o takim nazwisku ufnie się do niego tuli, całuje, pociesza - ale wcześniej nie dowierzał przecież, że ktoś tak piękny patrzy na niego w ten sposób, ofiarowując tyle uczucia i wyrozumiałości. Z daleka Black mógłby wydawać się posągiem wykutym w skale kilku wieków idealnie dobieranych dziejów, złotą nicią na rodowym gobelinie, dumnym kawalerem mającym zapisać swoje imię w historii czarodziejskiej Anglii. Ale tutaj, blisko, był ciepły, żywy i zapłakany. Przystojny w sposób, który mrowił skórę i rozdzierał serce. Powoli przesunął wzrokiem po silnej szczęce, dumnie uniesionych kościach policzkowych, zadziwiająco delikatnie wykrojonych wargach i prostym nosie, aż wreszcie spojrzał mu prosto w oczy - czarne jak węgiel, lśniące jak gwiazdy.
-Jesteś szczęśliwy...? - dopytał z naiwną nadzieją, odwzajemniając słaby uśmiech. Rigel - nawet teraz, nawet gdy Michael wiedział już o krwi przelanej przez jego przodków - wydawał się patrzeć na świat niewinniej i z większą dozą mądrości niż Tonks. A teraz Michael pragnął szczerze wierzyć, że pomimo blizn, pomimo nazwiska, pomimo okoliczności łamiących im serce, Black potrafił znaleźć szczęście w otaczającym go świecie. Że będzie szczęśliwy, nawet gdy będą osobno. Mike nigdy nie potrafił dostrzec, że jest szczęśliwy - docenił lata młodości dopiero, gdy stracił perspektywy, dumę, (tymczasowo) pracę i zdrowie. Wcześniej wciąż za czymś gonił, gnany ambicją i niespełnieniem. Może zresztą teraz oceniał dawnego siebie zbyt krytycznie - bo przecież nie miał szans znaleźć spełnienia u boku tamtych przygodnych dziewczyn, bo nawet nie umiał się łudzić, że któraś z nich ma szansę wzbudzić w nim te uczucia, które tak wyraźnie czuł przy Rigelu. Rodzina, praca, przyjaźń - tam upatrywał teraz szczęścia, ale z nich najsilniejsza jest miłość. Słowa słyszane dawno temu w mugolskim kościele dźwięczały łagodnie w głowie, gdy zrozumiał wreszcie, że najszczęśliwszy był przez te ostatnie kilka tygodni, gdy kochał i był kochanym. Rozumiał też, że upadek z tej wysokości nie pozostanie bez blizn - spopieli jego serce, jak Ikara, że ból i tęsknota będą równie silne jak radość, którą niedawno odczuwał. Na razie próbował jednak o nich nie myśleć, tak jakby chciał cieszyć się teraźniejszą chwilą, chłonąć każdy moment, przedłużyć czas. Bądź szczęśliwy, Rigel. - błagał bezgłośnie, a brunet mógł dostrzec tą prośbę w jasnych, zdesperowanych oczach. Przymknął oczy, z wdzięcznością przyjmując pocałunek złożony na skroni, ale...
...coś było nie tak. Zmarszczył lekko brwi, czujnie przesuwając wzrokiem po sylwetce Rigela, ale nic nie powiedział. Skoro tamten nalegał, że wszystko jest w porządku, to nie będzie naciskał - ale przez dalszą część rozmowy zerkał od czasu do czasu kontrolnie na Blacka, wychwytując osobliwe gesty, na przykład papierosa zapalanego drżącymi rękami i dziwnie ułożone nogi. Mam nadzieję, że go ie przewiało, tam na miotle. - pomyślał w ramach rozsądnego wytłumaczenia.
-Wiem, że ciągle go noszę, ale... przypomina mi o miłych wspomnieniach. - skwitował z rozbawieniem, gdy Rigel roześmiał się na widok jego swetra. Objął go lekko, by teraz, gdy usiedli, było mu wygodniej. Pokręcił głową.
-Twoje nie pachną źle - bo kojarzą mi się z tobą -ale od ugryzienia nie lubię palić. I... pozostańmy dziś trzeźwi. Chcę wszystko pamiętać, każdą sekundę. - poprosił, gdy Rigel oparł głowę na jego ramieniu. Lekko przeczesał krucze loki, których tak lubił dotykać i które tak miękko układały się pod jego palcami. Przymknął oczy, ale otworzył je z niedowierzaniem, gdy Rigel zaczął go... przepraszać?
-Nie przepraszaj. Wiem... że wychowano nas zupełnie inaczej. I też nadal nie wiem, co myśleć o tym, że ludzie, którzy wychowali ciebie... - zabiliby mnie, a Zakon może zabić ich - z Alphardem ktoś pojedynkował się przecież na śmierć i życie. Nerwowo przełknął ślinę i odruchowo objął Rigela mocniej, jakby chcąc go odgrodzić od tego wszystkiego. -Ale cieszę się, że jesteś. Że cię poznałem. Że dziś mnie... wysłuchałeś. - wyszeptał, przypominając sobie początek ich rozmowy, lęk i pretensje i niezrozumienie. Czy to prawdziwy cud, prawdziwa miłość, czy prawdziwa naiwność albo zaślepienie, że nadal byli zdolni siedzieć tutaj ramię w ramię? Nie wiedział, ale chyba... chciał się tak czuć. Zawsze chciał się tak czuć, zawsze chciał być częścią ich świata, nie szukał przecież konfliktów. Chciał ich chronić przed czarną magią - wszystkich - aby zasłużyć na choć trochę ich podziwu, aż okupił ten wybór klątwą i pogardą.
I, mimo wszystko, Rigel kochał go nadal. Nie mogę tego przyjąć, ale rozumiem, czemu wybrałeś taką drogę. - to wystarczyło.
-Nigdy bym cię nie poprosił, żebyś to przyjął. - wyznał, zniżając głos do szeptu, bo ten nieco się załamał. Jakaś jego część chciała w a l c z y ć i go o to poprosić i wyrzec się wszystkiego, żeby było sprawiedliwie i uciec daleko, w bezpieczne i słoneczne miejsce. Ale Rigel ma do stracenia więcej niż ja, więc to nigdy nie będzie sprawiedliwe. -Ale dziękuję, że próbujesz mnie zrozumieć. - nie miał odwagi spytać, czy nadal uważa go za mordercę - może bał się usłyszeć odpowiedzi. Ale był tutaj, nie odtrącił go, to wystarczyło, to musi wystarczyć. Wiedział, że nie zabili Alpharda, nie przeszkadzała mu kwestia bycia mugolakiem - a dostrzegając jego smutek, Mike uśmiechnął się tylko w odpowiedzi i nachylił się do krótkiego, czułego pocałunku.
Dziękuję.
Więcej czasu - obydwaj tak bardzo tego pragnęli.
-Zawsze będę pamiętał, każdą sekundę. W moich wspomnieniach jesteś najjaśniejszą gwiazdą. - odwzajemnił wyznanie, splatając razem ich palce. I zaryzykował, prosząc go o jedną niewielką, a zarazem ogromną obietnicę - o możliwość spotkania po wojnie, ocenę czy jest jakaś przyszłość dopiero wtedy, a nie teraz. Przygryzł lekko dolną wargę, gdy zobaczył zaskoczenie i namysł kochanka - cisza przeciągała się upiornie, czy poszedł o krok za daleko? W głębi serca przeczuwał, że to oni wygrają, ale tak bardzo chciał przeżyć. Wymyślić coś, by nie narażać siebie i Rigela. Kupić metamorfomulet, liczyć na amnestię, cokolwiek. A jego strona nie skazałaby na śmierć niewinnego lorda - Zakon mógł być uprzedzony do wszystkich szlachetnych rodów, ale Michael wolał wierzyć w przyszłość bez samosądów. A Fenrir wyciągnąłby go z więzienia albo zagryzł wszystkich ludzi na publicznej egzekucji, gdyby zaszła taka potrzeba.
Rigel niespodziewanie klęknął i poszedł o krok dalej, a Michael rozchylił lekko usta, z niedowierzania i... radości?
-O co... chciałbyś mnie teraz prosić, Rigel? - wychrypiał zniżonym głosem. -Żebym czekał? - upewnił się cicho. Czy o coś więcej, o miłość, wierność, uczciwość i te wszystkie sprawy, zarezerwowane dla...? Stłumił tą myśl z instynktownym wstydem, ale serce zabiło szybciej, a na policzkach pojawił się rumieniec. I jeszcze Rigel przed nim klęczał. Dostrzegł determinację w oczach kochanka, dociekliwe pragnienie prawdy, więc spróbował się skupić. Odpowiedzieć prosto z serca, z rozsądkiem, a nie w emocjach.
-Wydaje ci się, że moje życie można jeszcze... ułożyć? - wytknął z łagodnym smutkiem. List gończy, likantropia, problemy psychiczne, krew na rękach i mugolska krew - chyba tylko Rigel był na tyle szalony, by przyjąć go właśnie takiego, bezwarunkowo, i za to Michael będzie go kochał, już zawsze. -To ty... ty mógłbyś ułożyć swoje. Zrozumiałbym. - chciałby dodać, że nie miałby pretensji, ale to nie przeszłoby Fenrirowi przez usta. Tak czy siak, nie byli jedynymi innymi mężczyznami na świecie, a Rigel był przystojny i bogaty i gdyby był ostrożny...
...te rozważania przerwała jednak kwestia tak absurdalna, że Fenrir mimowolnie wybuchnął ciepłym śmiechem.
-Miałbym być zazdrosny o… żonę? - wypalił, nie mogąc pohamować niedowierzania (i lekkiej pogardy) na myśl o jakiejś mimozowatej szlachciance. Przesunął wierzchem dłoni po policzku Rigela, a potem delikatnie zsunął rękę na jego szyję, zjeżdżając aż do obojczyka. Drugą objął go lekko w pasie, tuż nad granicą tego, gdzie wypadało. Tak, jak tamten lubił. Tak, jak często zaczynali czułości. Wiedział już przecież, co Rigelem lubił, a czego nie - i że kobiet nie lubił. Wiedział też, że z nikim przed Rigelem nie było mu aż tak dobrze i że jemu z nikim nie będzie tak dobrze. W oczach błyskały znajome iskry, uśmiechnął się - niemalże wyzywająco - aż znowu spoważniał, pod naporem spojrzenia czarnych oczu.
-Nie będzie mi łatwo, słysząc o Twoim ślubie, ale przecież zniosę jej widok, przecież nie miałbym w niej konkurencji. Bardziej bałbym się… nie wiem, eleganckich lordów. - stwierdził prostolinijnie, zapominając, że Rigel pewnie nie przywykł do takiej… bezpośredniości. -Skoro nestorzy wybierają wam żony, to możecie mieć… kochanki, prawda? -ani tym bardziej do takiej bezpośredniości. Ty mógłbyś mieć mnie - sugerowały śmiałe spojrzenie, ochrypły ton i lekko uniesiony podbródek, ale nie miał śmiałości wypowiedzieć tych słów na głos, wiedząc, że wojna i niepewna przyszłość wszystko komplikowały. Czy w ogóle ją przeżyją? Jeśli nawet nastanie pokój, to jaka nienawiść zapanuje wśród przeciwnych stron? Coś zabolało go w mostku na myśl o tym, że jeszcze rok temu ich wspólna przyszłość byłaby możliwa, a teraz nawet marzenia wydawały się zbyt odważne.
Ale czy powinni czekać i żyć złudzeniami, czy układać sobie życie na nowo…? Uśmiechnął się smutno, uświadamiając sobie, że tylko Rigel był w stanie spytać tak bezpośrednio o coś tak trudnego - i że kochał go za tą odwagę, za tą troską, potencjalnie okupioną własnym bólem. Widział, że młody lord jest gotowy usłyszeć odmowę i znieść wszystko, w imię szczerości.
Wziął głęboki wdech, usiłując nazwać silne uczucia i złożyć chaotyczne myśli w składną całość.
-Nie wierzę, żebym w ciągu tych paru miesięcy lub lat ułożył sobie życie, ale... nie dlatego chcę czekać. - przyznał. Bo chciał czekać - i nie chciał, by Rigel myślał, że jest planem B. Złapał go za wolną, nieśmiało splatając ich palce. Uśmiechnął się blado, czując jego rękę na swoim barku, czuły i stanowczy dotyk na bliznach, które tak długo pozostawały ignorowane. -Ja… - jak to powiedzieć? Słowa, tak trudne, domagały się dopowiedzenia. -…zależało mi w życiu na kilku osobach. - wtedy wydawało mu się, że je kocha, choć nigdy nie powiedział tego nikomu na głos - i pewnie były mu prawdziwie bliskie, ale w inny sposób. Przywiązywał się łatwo i szczerze, ale do nikogo tak, jak… -…ale na nikim tak, jak na tobie. I… - zarumienił się lekko, uśmiech wydał się bardziej łobuzerski. -…to, co między nami… wątpię, by z kimkolwiek innym było nam tak dobrze. - pod każdym aspektem, również tym, o którym dżentelmenom rozmawiać nie wypada. To zdawało się zresztą oczywiste, ale Michael wiedział, że Rigel ma mniejsze … doświadczenie i chciał go zapewnić, że jest wyjątkowy.
-Jasne, że ją zachowam. - uśmiechnął się, bo choć w złości cisnął ją na stół to teraz ten gest wydawał się oczywistością. -Też bym oszalał, gdybyś był w niebezpieczeństwie. - uśmiech momentalnie spełzł z twarzy, bo choć Michael nie chciał kończyć tej romantycznej chwili, to pewna kwestia domagała się dopowiedzenia. List od Forsythii, słowa o zmuszaniu członków rodziny w zaangażowanie się sprawy Rycerzy Walpurgii, wyobrażenie martwego Alpharda - i Rigela, kończącego w ten sam sposób. Zadrżał lekko i tym razem to on przesunął dłonie na ramiona Blacka, spoglądając mu prosto w oczy.
-Skoro nestor decyduje o waszym życiu... - młody lord, nieświadomie, stworzył Michaelowi idealną i mało podejrzaną okazję do podjęcia tego tematu. -to mógłby cię... nakłonić, albo zmusić do czynnego zaangażowania na polu walki, do poświęcenia w Czarnego Pana? - wyszeptał z wyraźnym lękiem. -Czy mógłbyś... odmówić? Przekonać ich, że jesteś tylko alchemikiem, pomagać jakoś inaczej jeśli taki jest twój obowiązek? - czy właśnie nakłaniał go do mniejszego zła? Rano uświadomi to sobie z obrzydzeniem, ale już przecież znienawidził siebie, a teraz liczył się on. -Zrozum, nie proszę jako auror i członek Zakonu, a jak ktoś, kto cię kocha i kto... - westchnął ze wstydem. -...widział, jak się bronisz. - temat był przykry, ale konieczny. -Rozbroiłem cię w ruinach w sekundę, Rigel, nie ćwiczyłeś defensywy od czasów Hogwartu, prawda? To... bezpieczeństwo na polu walki wymaga miesięcy, jeśli nie lat nadrabiania, a wojna szaleje teraz. Nawet mugolski kule mogą zabić, jeśli nie przywołasz tarczy w wyuczonym i wyćwiczonym odruchu, więc proszę, błagam... - o co? -...wymyśl coś. Bądź bezpieczny, bo ja też oszaleję. - poprosił z naciskiem, stalowa determinacja i złoty obłęd przeplatały się w jasnych oczach. Oszalał już kilkakrotnie, ale bał się pomyśleć, do czego jeszcze byłby zdolny jeśli straciłby Rigela.
Zarżnąłbym wszystkich na swojej drodze. - nie wszystkich, ale wszystkich odpowiedzialnych za jego krzywdę. - zdecydowali wspólnie. I spalił ten ich pieprzony las na ziemiach Blacków, ten do którego nie wolno teraz wchodzić.
Dopiero teraz, gdy wyrzucił to z siebie, dostrzegł, że kolana Rigela nadal lekko drżą, jakby był zmęczony albo obolały. Klęczeli aż tak długo...?
-Usiądziemy? - zaproponował ponownie. -Nie... przewiało cię na tej miotle? - tym razem nie krył już troski ani tego, że widział.








You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Schron na szczycie - Page 4 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Strona 4 z 4 Previous  1, 2, 3, 4

Schron na szczycie
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach