Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Old Inverlochy Castle
AutorWiadomość
Old Inverlochy Castle [odnośnik]04.05.19 21:55
First topic message reminder :

Old Inverlochy Castle

★★
Stojący w pobliżu Fort William zamek, choć dla mugoli jawi się jedynie jako zamknięte dla zwiedzających ruiny, w rzeczywistości niemal nieustannie tętni życiem, stanowiąc główny punkt wypadowy wyprawiających się w góry łowców, badaczy i poszukiwaczy, a także zwyczajnych (choć coraz mniej licznych) turystów. Wzniesiony w XIII wieku, był świadkiem dwóch historycznych bitew, w których śmierć poniosły setki mugoli i czarodziejów; wielu spośród tych drugich nigdy nie opuściło zamku, obecnie zamieszkując go jako duchy i czyniąc upragnionym miejscem wizyt magicznych historyków, chcących na własne uszy posłuchać o przeszłości.
Wnętrza zamku zdecydowanie nie przypominają ruin - odnowione i wykończone na średniowieczną modłę, mieszczą w sobie część restauracyjną oraz mieszkalną, w której można wynająć pokój - w cenach przystępnych dla większości czarodziejów. Nieużywane pozostaje tylko jedno skrzydło, odgrodzone od reszty i niedostępne dla odwiedzających, gdyż - według pogłosek - jest domem dla snującej się po korytarzach banshee. Właściciele prosperującego na zamku lokalu stanowczo dementują jednak te plotki, twierdząc, że na zagospodarowanie tamtej części budowli zwyczajnie zabrakło im funduszy, a zakaz wstępu spowodowany jest niestabilnością wymagającej remontu konstrukcji oraz troską o bezpieczeństwo gości.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 20:03, w całości zmieniany 2 razy
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Old Inverlochy Castle - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Old Inverlochy Castle [odnośnik]09.03.21 0:36
Weekend w towarzystwie przyjaciółki wywoływał w niej mieszane uczucia. Przez miesiąc, podczas którego Daniel mieszkał z nią w Szafirowym Wzgórzu zdążyła niezwykle przywyknąć do jego stałej obecności. Uwielbiała wspólne śniadania oraz zasypianie w kochających ramionach męża, a zrezygnowanie z nich choćby na ten jeden, krótki weekend napawało ją swego rodzaju żalem. Z drugiej strony niezwykle cieszyła ją wizja spędzenia odrobiny czasu w towarzystwie przyjaciółki oraz poddanie się iście kobiecym przyjemnością w postaci towarzyskich plotek oraz najróżniejszych kremów. Brakowało jej podobnego wieczoru, damskich pogaduszek do których nie miała często okazji. Październik okazał się niezwykle ciężki - mimo podobnej liczby godzin pracy, Frances dokuczało paskudne zmęczenie oraz pojawiające się co jakiś czas nieprzyjemne bóle w kręgosłupie.
Miejsce w którym przyszło im się zatrzymać niezwykle przypadło do gustu eterycznej alchemiczce. Lubiła wnętrza przepełnione elegancją, w których dało odnaleźć się tak rzadko spotykaną odrobinę dobrego gustu oraz miękkie poduchy mebli. Z zaciekawieniem ruszyła za przyjaciółką do pokoju, z przyjemnością odkładając walizkę na jedno z łóżek. Niewielki nieśmiałek z zaciekawieniem w czarnych oczkach przebiegł po jej ramieniu, ciekaw nowego miejsca.
- Co zabrałaś? - Spytała, czując nieprzyjemne ukłucie gdzieś w środku wiedząc, że nie mogła wypowiedzieć podobnych słów. Uśmiechnęła się blado, widząc te wszystkie dobra. - Och, to wspaniale… - Zaczęła, na chwilę uciekając spojrzeniem gdzieś w bok, a jasne lico przykrył rumieniec zawstydzenia. - Ja niestety nie miałam co zabrać… Daniel się stara, ale te ceny… - Dokończyła myśl z niezręcznością w głosie, mając nadzieję, że przyjaciółka się na nią nie obrazi. Posiadali podstawowe produkty, pozwalające im jakoś przetrwać problemy z zaopatrzeniem, nic jednak nie nadawało się na podobną okazję.

Kilka godzin później miały w końcu okazję, by zadomowić się w pokoju. Frances nawet przy takich okazjach nie lubiła zapominać o odpowiedniej prezencji. Odziana w satynową, elegancką koszulę nocną, na ramiona narzuciła szlafrok - biały, wykonany z półprzeźroczystego materiału, z rękawami w kształcie trąbki sięgającymi jej łydek, ciągnący się za nią po podłodze oraz wykończony białymi piórkami, będący jednym z jej ulubionych. - Och, mam nadzieję, że jutro pogoda bardziej nam dopisze. - Ciche westchnienie wyrwało się z jej ust, gdy usiadła na łóżku, zakładając nogę na nogę. Niewielki nieśmiałek za śladem Forsytchii wbiegł na demimoza, z rozkoszą układając się na jego futerku by przeciągle ziewnąć. Frances wyjęła kilka niewielkich słoiczków z jasnej kosmetyczki.
- Mam do wypróbowania nowy przepis, to taki krem który nakłada się na twarz i zmywa po dwudziestu minutach, ponoć działa cuda na cerę. - Zapowiedziała, chętna by wypróbować go dzisiejszego wieczoru. Nim jednak zaproponowała nałożenie magicznego kremu, z ust przyjaciółki padło pytanie, tyczące podróży poślubnej. Szaroniebieskie spojrzenie błysnęło, delikatny rumieniec ponownie przyozdobił jej buzię, na której szybko wymalował się czysty zachwyt.
- Och, było cudownie! - Wyświergotała, nie potrafiąc inaczej opisać wycieczki. - Daniel zupełnie mnie zaskoczył! Widzisz, z początku planowaliśmy pojechać na kilka dni do domku letniskowego mojej babci, aby odpocząć po tym całym zamieszaniu z przygotowaniami do ślubu… Lecz po ceremonii oraz skromnym obiedzie oświadczył, że ma dla mnie niespodziankę po czym wręczył mi świstoklik, który zabrał nas wprost na sam szczyt wieży Eiffla. - Zachwyt nie znikał z jej buzi, gdy pełnym ekscytacji głosem opowiadała o wspaniałości jej męża. A na ten temat mogła rozprawiać przez naprawdę długie godziny, po uszy zakochana w swej bratniej duszy. - Kiedyś mu opowiadałam, że bardzo chciałam tam pojechać… Po szkole miałam nawet kupiony bilety, wiesz? Mama jednak zachorowała i nie mogłam pojechać… A mój wspaniały mąż to zapamiętał i zorganizował wszystko w tajemnicy. Och, Sysiu tam jest tak pięknie! Dan wynajął nam pokój, z którego mogliśmy oglądać wieżę Eiffla, a dni były tak… sielskie. Jedliśmy śniadania przed południem, spacerowaliśmy urokliwymi uliczkami, jedliśmy w kilku wspaniałych knajpkach, zwiedzaliśmy… - Ciche, rozmarzone westchnienie wyrwało się z jej ust. Dni spędzone z Danielem w Paryżu jawiły się jej jako jedne z najpiękniejszych w jej życiu, głównie przez fakt, iż to właśnie tam oficjalnie dowiedziała się, iż układ przestał być tylko układem, a ukochany czarodziej oddał jej swoje serce. - Och, nadal nie wiem, czym zasłużyłam na tak cudownego męża… - Dodała odrobinę nieśmiało, doskonale wiedząc, iż jej rodzina była niezwykle przeciwna jej wyborom. I nie miała pewności, że panna Crabbe nie podziela ich poglądów.
Frances Wroński
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Even darkness must pass. A new day will come. And when the sun shines, it'll shine out the clearer.
OPCM : 8
UROKI : 0
ALCHEMIA : 40
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f254-surrey-okolice-redhill-szafirowe-wzgorze https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Re: Old Inverlochy Castle [odnośnik]17.03.21 19:28
Nie umknęła jej uwadze reakcja alchemiczki. Nie chciała sprawić jej przykrości, ani nawet nie pomyślała o tym, że mogłoby to w jakiś sposób ugodzić młodą kobietę. Panna Crabbe zawsze chciała dbać o innych na różnorakie sposoby. Prawdę mówiąc, być może gdyby zainteresowała się parę lat temu polityką dogłębniej, być może w tej chwili wcale nie byłaby magizoologiem, a dyplomatką – chociaż w pewnym sensie była dyplomatką magicznych stworzeń, szczególnie pracując w Ministerstwie Magii. Jak inaczej mogłaby w takim razie wykorzystać swój potencjał? W biurze Ministra? Może mogłaby pracować na arenie międzynarodowej? Może mogła interesować się bardziej językami? A może prawem czarodziejów? Bez liku było aspektów, które mogłyby poprowadzić ją w inne ścieżki, lecz czy wówczas byłaby w pełni szczęśliwa? A czy teraz szczęściem mogła nazwać swe życie? Takie myśli nie powinny jej trapić, a mimo to pałętały się w jej głowie, szczególnie gdy brała pod uwagę wydarzenia minionych tygodni. Postanowiła ostatecznie porzucić pytania własnego umysłu i pokręciła głową, podchodząc ostrożnie do przyjaciółki i splotła jej palce z własnymi. – Franiu, zabrałaś siebie. Swoje towarzystwo, to jest dla mnie najważniejsze! Swoje opowieści, urok i spryt, którego powinnam się od ciebie uczyć – wyrzekła dosyć enigmatycznie, mrużąc delikatnie powieki. Dopiero po chwili ciemne oczęta dostrzegły malutkiego nieśmiałka. – Och, Nicholasie… wyprzystojniałeś – rzuciła niemal zalotnie, a zaraz potem puściła przyjaciółkę, aby wrócić do rozpakowywania swojego dobytku. Zajęła się również rozkrojeniem kilku pomarańczy oraz przygotowaniem półmisków ze śliwkami, tak aby później usytuować słodkości przy łóżkach. – Wzrost cen był oczywisty – westchnęła smutno, przenosząc kolejne przedmioty z walizki na półki. – Mamy wojnę, nie zdziwię się, jeśli kolejne miesiące będą jeszcze uboższe. Przeraża mnie myśl… - zaczęła, zerkając niepewnie w kierunku Frances. – Co przeżywają najbiedniejsi. Port… Wsie… Ubogie hrabstwa… - wymieniała, cicho wzdychając. – Uciekinierzy i… - mugole. Chciała to powiedzieć, lecz w tej samej chwili przez przypadek strąciła fiolkę z perfumami, którą udało jej się złapać przed niechybnym upadkiem. Wciągnęła głośniej powietrze i zaśmiała się nerwowo, odkładając szklany flakonik w odpowiedniejsze miejsce.

Czarownica przemknęła spojrzeniem po eleganckim odzieniu Frances, zastanawiając się jakim cudem ona to robiła – niezależnie od okazji, wyglądała olśniewająco. Nawet nie jak szlachcianka, to im było daleko do niej! Do tego czaru godnego gwiazdy, chociażby takiej Celestyny. Tylko Bur… Wroński była naukową gwiazdą, a nie rozrywką. – Jak ty to robisz? – nie powstrzymała się. – Niezależnie co by się działo, wyglądasz tak… dobrze – zaśmiała się niewinnie. – Przecież nawet w szkole często biegałam z rozdartą spódnicą i nacierałam się śniegiem z twoim bratem… i błotem… wyglądałam jak kocmołuch lub wtedy gdy z Cattermolem wchodziłam na drzewa. Och, no i jeszcze to ciągłe bieganie do jeziora, potem chodziłam pół dnia w mokrych szatach, pamiętasz? - roześmiała się, odrobinę czerwieniąc na wspomnienie brudnego ubioru. – Za to ty tak pięknie się prezentowałaś ważąc eliksiry z Perseusem… Wyciągałaś mi gałązki z włosów i ratowałaś przed upokorzeniem gdy kolejne rajstopki zdobiła ferajna rozdarć - westchnęła, uspokajając się odrobinę. Przemknęła spojrzeniem po nienagannej sylwetce alchemiczki i przekrzywiła figlarnie głowę. – I widziałam te maślane oczy Persiego, wiesz, że byłam ciut zazdrosna? – zaśmiała się ponownie, a wspomnienie brata nostalgicznie oplotło ją ramionami. Młody Crabbe zdecydowanie miał trochę podbojów miłosnych – o jednych siostra wiedziała, a o innych nie. Zauroczenie w wówczas pannie Burroughs dostrzegała, zresztą była dobrze ułożoną damą, być może ojciec nie spoglądałby, aż tak krzywo na status krwi? Czy byłoby to mezaliansem? Och, jak Forsythia nienawidziła tych konwenansów, sztucznie wyrwanych ze szlacheckich obyczajów. – W każdym razie, byłaś taka, jaką chciałby mnie chyba widzieć ojciec… takie odnoszę wrażenie – zauważyła, przeciągając się na łóżku. – Więc, jak ty to robisz? Nigdy o to nie pytałam, a dziś chyba mam odwagę przyjąć, choć odrobinę tej tajemnej wiedzy – wypowiedziała tonem godnym uczennicy, gotowej na poznawanie arkanów zakazanej magii. Nie, żeby miała z tego powodu ogromne kompleksy, była, jaka była i sama siebie w jakimś sensie akceptowała, lecz ciekawość popchała ją do zadania tego pytania – a nuż czegoś się nauczy!
Zerknęła za okno, a potem jej dłoń mimowolnie powędrowała bliżej drobnego nieśmiałka. Paluszkiem spróbowała dotknąć wątłego, patykowatego ciałka, aby pogładzić zielonego stworka. Błogi uśmiech wpłyną na usta czarownicy, a słysząc o kremach, nieco się ożywiła. – Sądziłam, że kremy mają się wchłaniać, po co go zmywać? – zastanowiła się na głos, podnosząc ostrożnie do siadu.
Daniel był wciąż enigmatyczną sylwetką, do której panna Crabbe starała się nabrać zaufania. Nie ułatwiało tego ani nazwisko, ani interesy, które robił z jej ojcem, ani wiele innych aspektów. Lecz jeśli Fances była z nim szczęśliwa, to być może istniało w nim coś, o co warto było walczyć nawet z własnymi uprzedzeniami? Nie chciała oceniać książki po okładce, przejechała się już na tym zbyt wiele razy, dlatego dawała szansę mężowi przyjaciółki. Dostał kredyt zaufania, który jeśli nadwyręży, wówczas słono za niego zapłaci. Słuchając początku historii, rozpromieniła się nieco, a błogie spojrzenie powędrowało na talerzyk z owocami. Sięgnęła więc po jedną ze śliwek, wsłuchując się w opowieść, a gdy padło zdanie o świstokliku niemal natychmiast jej brwi uniosły się w dziwieniu, lecz nie chciała przerywać, toteż z komentarzem wolała poczekać na koniec opowieści. Właśnie takie krótkie momenty, drobne opowiastki zdawały się odczarowywać krzywy obraz Daniela Wrońskiego, który wciąż jawił się w pamięci panny Crabbe. Chociaż podróż do Francji brzmiała pięknie, tak Forsythia mimowolnie zboczyła myślami na to, jak wyobrażałaby sobie własną podróż. Daleko jej było do urokliwych uliczek, wspaniałych knajp, czy wieży Eiffla. Dżungla Brazylii kryjąca w sobie przeróżne magiczne stworzenia? Azteckie piramidy otoczone legendami? Górskie szczyty odległej Norwegii, przemierzane w poszukiwaniu zaginionych gatunków smoków? A może ciepłe Fidżi i oglądanie ognistych krabów w naturalnym środowisku? Czyż nie tak miała wyglądać jej podróż poślubna ze zmarłym narzeczonym? Westchnęła cicho, słysząc zachwyt Frances i uśmiechnęła się lekko z odrobiną melancholii w oczach. – Brzmi to jak istna bajka… - zaczęła ostrożnie. – Wiesz… bałam się o ciebie, ja… nie znałam i właściwie nadal nie znam Daniela za dobrze, było mi dane spoglądać na niego zaledwie przez pryzmat jego znajomości z moim… - zacisnęła lekko pięść, spuszczając spojrzenie. – Z moim ojcem, który prowadzi różne interesy, często niewłaściwe, moim skromny zdaniem. Lecz gdy teraz o nim opowiadasz, wydaje się zupełnie innym człowiekiem. I nie pytaj, jak na niego zasłużyłaś, bo to on powinien zadawać sobie pytanie, jak zasłużył na ciebie – zauważyła w kobiecej solidarności. – Spotkaliście tam kogoś znajomego? – zapytała, zaciekawiona dalej podróżą. – Byliście w Luwrze?


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969
Re: Old Inverlochy Castle [odnośnik]25.03.21 0:43
Delikatny  uśmiech pojawił się na buzi eterycznej kobiety, gdy słodkie słowa uleciały z ust Forsythii. Były miłe, ciepłe, w pewien sposób podnoszące na duchu, nie były jednak w stanie w pełni odsunąć specyficznych wyrzutów sumienia. W swym sposobie bycia i ona chciała dbać o najbliższych przyjaciół, miast stanowić dla nich ciężar, niestety spiżarka Szafirowego Wzgórza nie zawierała nic, co mogłoby się nadać podczas podobnej wycieczki. Ciche westchnienie uleciało z jej piersi, a smukłe palce zacisnęły się na palcach przyjaciółki. - Dziękuję, niezwykle miło mi słyszeć podobne słowa. - Odpowiedziała miękko,  przez chwilę utrzymując szaroniebieskie spojrzenie przy buzi Sysi. Nieśmiałek, słysząc jej słowa wypiął dumnie zieloną pierś, wyraźnie dumny oraz niezwykle zadowolony z komplementu. Kolejne słowa sprawiły, że szaroniebieskie spojrzenie błysnęło niezadowoleniem, szybko jednak przeniosło się w kierunku jej własnej torby, by począć rozpakowywanie co ważniejszych przyborów. - Port winien spłonąć już dawno temu. - A wraz z nim wszystkie, dwulicowe cienie przeszłości. Tej myśli nie wypowiedziała jednak na głos, a ton w jakim wypowiedziała sugerował, iż dzisiejszego dnia nie miała najmniejszej chęci by wspominać portową przeszłość.

Eteryczna alchemiczka ostrożnie poprawiła rękawy szlafroku, by z gracją usiąść na materacu swojego łóżka, zakładając nogę na nogę, odruchowo smukłymi palcami prostując materię swojego szlafroku, by prezentował się tak, jak powinien. Delikatny uśmiech wyrysował się na malinowych ustach, gdy usłyszała kierowane doń pytanie. Uśmiech na chwilę zniknął jednak gdy Forsythia wspomniała jej brata, a szaroniebieskie spojrzenie uciekło gdzieś w bok. Ledwie na chwilę, jeden ułamek sekundy by ukryć odrobinę żalu, jaka się skryła się w jej oczach.
- Pamiętam...- Odpowiedziała, przytakując tym samym głową. Szkolny mundurek panny Crabbe był niemal równie niesforny, co ona sama. -  Dzięki Tobie do perfekcji opanowałam cerowanie oraz suszenie szat. - Odpowiedziała z rozbawieniem w delikatnym głosie, z nostalgią wspominając szkolne czasy. Wszystko wtedy wydawało się tak niezwykle proste. Brwi Frances powędrowały ku górze z zaskoczeniem, gdy przyjaciółka wspomniała o maślanych oczach swojego brata. - Zazdrosna? Z jakiego powodu? I... jakie maślane oczy? - Spytała mrugając rzęsami, odrobinę nie wierząc, aby młody Crabbe kiedykolwiek spojrzał na nią w sposób inny, niż jak na koleżankę z jednego domu. - Merlinie, czy ja przegapiłam w Hogwarcie wszystkich chłopców, którzy interesowali się mną w szkole? - Zapytała retorycznie, z rozbawieniem w głosie. Była pewna, że w szkole pozostawała niezwykle niewidzialna, coraz częściej przekonywała się jednak, że wcale tak nie było. - Chociaż, może to i lepiej, w ostatnim czasie niezwykle nieprzyjemnie przekonałam się, iż szkolne zauroczenia raczej nie mają prawa bycia w dorosłym życiu... - Napomknęła, przypominając sobie ostatnie spotkanie z Marceliusem, jeszcze wtedy gdy była przekonana, że Wroński nie żywi wobec niej jakiekolwiek uczucia. Nie było szans, aby wyszła za Sallowa pewna, że połączenie ich rzeczywistości mogłoby skończyć się cierpieniem którejś ze stron, podświadomie wiedząc, iż nie był czarodziejem dla niej.
-A Ty byłaś taka, jaką chciałby widzieć mnie Keat... - Odpowiedziała z ciężkim westchnieniem, jakie przypadkiem uleciało z jej ust. Frances straciła wszelką nadzieję na to, że kiedykolwiek uda im się naprawić ich relację. Teraz z resztą miała nową rodzinę, jednoosobową lecz taką, której nie zamieniłaby na żadną inną. - Jak to robię... - Zaczęła z zamyśleniem w głosie, a malinowe usta ułożyły się śliczny, ciepły uśmiech. - Wychodzę z założenia iż odpowiednia prezencja jest w stanie wpłynąć na to, jak postrzegają nas inni czarodzieje. Większość, mimo wielu zaprzeczeń, ocenia po wyglądzie, a ten, odpowiednio dobrany do okazji, nie raz potrafi pomóc w odpowiednim przebiegu wydarzeń. - Zaczęła spokojnie, delikatnie przyciszonym głosem, jakoby przekazywała jej niezwykle wielką tajemnicę. I tak z resztą było, bowiem niewiele kobiet w pełni pojmowało istotę kobiecości. Subtelnej, pozbawionej wulgarności oraz chamstwa. - Większość prędzej udzieli pomocy eleganckiej damie w opresji niżli portowej dziewce w pobrudzonej sukni i rozwianym włosem. Babcia zawsze mawiała mi, że jak cię widzą, tak cię piszą i och, nawet nie wiesz, jak czasem to ułatwia sprawy. Wystarczy odpowiednia prezencja, kilka odpowiednich gestów, uśmiechów czy spojrzeń a nawet urzędnicy z Ministerstwa potrafią być milsi. - Rozbawienie wybrzmiało w delikatnych tonach jej głosu pod koniec wypowiedzi. Wiedziała, jak wykorzystać swoje atuty oraz podkreślić je odpowiednim strojem, a to nie raz ułatwiło jej żywot. - Widzisz, większość kobiet błędnie uważa iż odsłaniając ciało więcej się zyska, ja jednak uważam, iż odpowiednia prezencja, połączona z odrobiną sprytu działa najlepiej... Dodatkowo przy moim stanowisku muszę odpowiednio się prezentować, aby brano mnie na poważnie... I zwyczajnie lubię dobrze wyglądać. Eleganckie suknie, rękawiczki, etole... Och, niezwykle je uwielbiam. No i nic nie poprawia mi humoru tak, jak Daniel wodzący za mną wzrokiem nie potrafiący skupić się na niczym innym. - Dodała, by zaśmiać się dźwięcznie. Poczucie elegancji zdawało się być cechą, zwyczajnie zapisaną w jej osobowości, nawet jeśli w jej rodzinie próżno było szukać podobnej jej jednostki. Nie dość iż była elegancka, prezentując się niczym najwyśmienitsza z dam, to jeszcze posiadała niezwykle bystry umysł oraz pasję do nauki. Te cechy czyniły z niej białego kruka pośród wszystkich znanych jej Burroughsów oraz Boyle’ów.
- Większość, lecz to jakaś nowa receptura, niezwykle ciekawi mnie jej działanie. - Odpowiedziała z entuzjazmem na temat kremu trzymanego w dłoni.- Przebadałam jego skład, nie zawiera nic, co mogłoby nam zaszkodzić... Chcesz spróbować? - Spytała z ciekawością wypisaną na buzi, uważając testowanie nowego kremu za obowiązkowy punkt wspólnego wieczoru. Eteryczna kobieta wyjęła z torby niewielkie lusterko, które ustawiła na szafeczce.
Kolejne słowa ciemnowłosej przyjaciółki sprawiły, iż Pani Wroński uśmiechnęła się delikatnie.
- Wiem, czym zajmuje się mój mąż. - Wtrąciła ze stoickim spokojem w głosie, gdy panna Crabbe napomniała o interesach, jakie Daniel mógł prowadzić z panem Crabbe. Frances znała swojego męża jak nikt inny, znając wszystkie szczegóły, począwszy od ciężkiego dzieciństwa, na naturze jego zleceń kończąc. Bratnia dusza nie miała przed nią większych tajemnic wiedząc, iż jej może powierzyć najróżniejsze sekrety i nie spotka się z odrzuceniem. - Nie dziwię się, że się o mnie bałaś wiesz? Wiem, czym Daniel się zajmuje oraz że potrafi być niezwykle niebezpieczny i jakie budzi w innych odczucia, lecz dla mnie... Och, Sysiu! Od pierwszego dnia gdy przyszło mi go poznać, jest cudowny. Znam go jak nikt inny i nie wyobrażam sobie by być z kimkolwiek innym. - Wyznała, posyłając Forsythii rozanielone spojrzenie. Daniel był spełnieniem jej najskrytszych marzeń, niezależnie od tego co mówili inni. Zapewne jej przyjaciółka spojrzałaby na niego inaczej, gdyby przyszło jej wiedzieć, jak wiele dobra spotkało panią Wroński ze strony swojego męża. Podczas opowieści zdążyła nałożyć ciemną warstwę zielonkawego kremu na delikatną buzię. - Nie, nie spotkaliśmy... Po cichu liczyłam na spotkanie z Nicolasem Flammelem, to jednak nie jest takie proste, jak można by sądzić. -Rozbawienie ponownie pojawiło się w jej głosie, gdy wstała z łóżka, by sięgnąć do butelki przywiezionej przez przyjaciółkę. Z pomocą różdżki pozbyła się korka, by rozlać zawartość do dwóch kieliszków, z czego jeden wręczyła towarzyszącej jej czarownicy.- Byliśmy w Luwrze, dzieła jakie się tam znajdują naprawdę wzbudzają zachwyt. Odwiedziliśmy również Wersal w którym chyba odrobinę się zakochałam oraz operę, ta jednak nie do końca przypadła do gustu Danielowi. - Odpowiedziała w miarę lakonicznie, nie chcąc zamęczyć dziewczyny tematem swojej podróży poślubnej, nawet jeśli o niej oraz tym, jak cudowny jest jej mąż mogłaby rozprawiać długimi godzinami. Ostrożnie uniosła kieliszek do ust by upić zeń niewielki łyk, zatrzymała się jednak w pół drogi. Frances poczuła jak żołądek wywraca jej się do góry nogami, zmarszczyła nosek pod wpływem zapachu i odstawiła naczynie jak najdalej od siebie, na chwilę przykładając dłoń do ust. - Nie chcę być niegrzeczna, lecz czy to wino nie jest przypadkiem popsute? Ten zapach jest... dziwny. - Spytała, posyłając ciemnowłosej przepraszające spojrzenie. Nie chciała wyjść na niegrzeczną bądź by panna Crabbe poczuła się w jakikolwiek sposób urażona, nie była jednak w stanie nic poradzić na okrutny zapach, unoszący się z kieliszka.


Sometimes like a tree in flower,
Sometimes like a white daffadowndilly, small and slender like. Hard as di'monds, soft as moonlight. Warm as sunlight, cold as frost in the stars. Proud and far-off as a snow-mountain, and as merry as any lass I ever saw with daisies in her hair in springtime.
Frances Wroński
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Even darkness must pass. A new day will come. And when the sun shines, it'll shine out the clearer.
OPCM : 8
UROKI : 0
ALCHEMIA : 40
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f254-surrey-okolice-redhill-szafirowe-wzgorze https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Re: Old Inverlochy Castle [odnośnik]28.03.21 18:07
Zatrzymała na dłużej spojrzenie nocnych oczu, słysząc ton wypowiedzi Wrońskiej. Nie spodziewała się takiej reakcji, właściwie nawet nie wpadła na to, aby to akurat na porcie mogła spocząć myśl eterycznej alchemiczki. Czy chciała jednak drążyć ten temat? Jej wewnętrzna ciekawość wręcz skomlała o pytania, lecz serce uspokajało tę wścibskość. Może potem przyjdzie na to czas, lecz póki co postanowiła zająć się tym, co miała w pierwszej kolejności do zrobienia.

Uważnie przyglądała się reakcjom Frances, czasem obawiając się, że może poruszyć nazbyt wrażliwy temat. Alchemiczka była jedyną osobą, która tak naprawdę wiedziała, z czym zmierzyła się panna Crabbe po stracie brata – ona i… Norweg, lecz on wiedział i tak niewiele. Uratował ją wtedy na moście, lecz jakim był potem wsparciem? Jeszcze te wydarzenia pod koniec września gdy przyszła do niego po te przeklęte listy Perseusa – one też zrobiły swoje. Chociaż, teraz kiedy sięgała do wspomnień, aby przypomnieć sobie jego słowa, to mógł mieć całkiem sporo racji. Westchnęła przeciągle na tę myśl i zerknęła niespiesznie za okno, aby wejrzeć w ciemność skąpaną w deszczu. Czasem przerażało ją, jak wiele zawierzała obcym osobom, gdy straciła brata, ale czy zawsze taka nie była? Szczególnie w Hogwarcie, gdy tylko odnajdywała tych, którzy myśleli podobnie do niej. Zamrugała kilkakrotnie, gdy okazało się, że Wrońska nie do końca chyba zrozumiała o cóż takiego chodziło Sythii.
–  Zazdrosna o uwagę – wyjaśniła z lekkim śmiechem. – Mówił o tobie dużo. Chwalił twój talent do eliksirów, a ja… cóż, niewiele z nich rozumiałam – przyznała się trochę nieśmiało. – Jednak tak to już chyba jest w rodzinach – westchnęła, rozważając, ile podobnych historii do swojej słyszała z ust bliskich znajomych. Chociaż dla niej, więź z bliźniakiem była na swój sposób wyjątkowa, wierzyła, że mieli jedną duszę, wierzyła, że pozostaną na zawsze blisko siebie – każde z nich znajdzie ukochaną i ukochanego, zamieszkają wspólnie, będą żyć w miejscu, które sami stworzą od zera. Miejscu pełnym miłości i odejścia od niesprawiedliwości. Tak, było to jedno z jej marzeń, które brutalnie zweryfikowała rzeczywistość. Pozostała więc sama na placu boju z połową duszy, tak usilnie szukając w innych posmaku utraconej części. Jakże naiwne i smutne to było? – Nie mów, że nigdy tego nie dostrzegłaś – zaśmiała się pod nosem, lustrując uważnie Franię. – Chociaż ja lepsza nie byłam – przyznała, przymykając oczy i chowając na chwilę twarz w dłoni. Zresztą Forsythia wydawała się czasem zapominać, gdzie kończyła się granica uprzejmości, a zaczynał flirt, przychodziło jej to wszystko tak naturalnie i niezobowiązująco względem niektórych osób, na przykład z Johnym. I Michaelem też… – Ciężko nie przyznać temu stwierdzeniu racji. Szkolne miłości bywają brutalne. Swoją drogą, skąd taki wniosek? – zapytała zaintrygowana, chociaż nie chciała wyjść na wścibską. – Ech, pamiętam, jak to było ze mną i Bojczukiem – mruknęła z lekka smętnie. – Zawsze marzyła mi się wielka miłość, smakująca wiatrem przygody i z każdym zakochaniem sądziłam, że to było to – zaczęła opowiadać nostalgicznym tonem. – Mam chyba pecha do mężczyzn – stwierdziła smutną prawdę. Zwykle źle lokowała uczucia, mając w zwyczaju wybierać tych najbardziej nieodpowiednich kandydatów. – Przepraszam, zadałam ci pytanie i się rozgadałam – zmieszała się nieco. – To jaka historia kryje się za twoim stwierdzeniem? – zapytała ponownie, mając nadzieję, że Frania nie będzie miała jej tego za złe.
Słowa o Keacie nieco ją zmartwiły, wszak nigdy nie byłaby w stanie postawić się za wzór tego, co ktoś mógłby chcieć widzieć. Przecież tyle razy słyszała wszelkie okropieństwa od ojca, a kuzynostwo i szlacheckie towarzystwo – często nieświadomie – przypominało jej, jak bardzo odstawała ze swoimi pomysłami i zachowaniami. – Przecież… to twój brat. Zrozumiałabym wymagania rodziców, ale Keat – zawahała się nieco. Może nie powinna? Nie znała ich sytuacji, aż tak bardzo, aby móc się wypowiadać. – Wybacz… ja… ja po prostu nigdy… żadne z was nie mówiło co się między wami działo i… nie rozumiem tej przepaści – przyznała szczerze, spuszczając spojrzenie na futro demimoza. – Zawsze byłam blisko z bratem i ciężko mi pojąć wasz stosunek do siebie – westchnęła szczerze, mając głęboką nadzieję, iż nie uraziła przyjaciółki.
Słuchając wykładu o prezencji i uroku, zaczęła się zastanawiać, ile razy zdołała użyć swojej prezencji, jako nieświadomego argumentu. Miała tę dziwną przypadłość zachowywania się, jak lustro – i czasem było to przydatne, zaś innym razem wydawało się całkowicie bezsensowne. Po części rozumiała, o czym mówiła Wrońska, wszak Forsycja również pamiętała o tym, aby dbać o to, jak postrzegać ją będzie tłum w pracy czy na ważnych wydarzeniach, lecz rzadko kiedy byłaby w stanie pokusić się o to w tak bliskiej relacji, jak chociażby małżeństwo. Uśmiechnęła się lekko, konstruując w głowie pytania w jeden ciąg, aby zabrzmiały one zrozumiale, wszak wcześniej nie chciała przerywać alchemiczce jej wręcz profesorskiego monologu. – Rozumiem… Mam wrażenie, że moja kuzynka Aquila chyba świetnie sobie z tym radzi – przyznała na początek. – Tylko… co jeśli nie jesteśmy w czyimś guście? Lub po prostu jesteśmy na straconej pozycji już od samego pierwszego spojrzenia? Na początku wakacji miałam styczność z jedną lady... Selwyn konkretnie i wierz mi, starałam się wypełniać moje obowiązki należycie, być uprzejmą i prezentować się godnie, a jednak jej uparte i dziwne podejście ciągle próbowało mi grozić. Miałam wrażenie jakby… och, to zabrzmi źle, ale jakby była po prostu głupia i ślepa. Co w takich przypadkach? – przytknęła czubki palców do ust, jakby zawstydzona z lekka własnymi słowami. Zaraz potem zmarszczyła nieco brwi i spuściła wzrok, mając w głowie kolejne pytanie. – Nie przepadam gdy ktoś się lituje nade mną przez wzgląd na płeć. Boli mnie ta nierówność, która dotyka kobiety. Mniej nam płacą, nie szanują naszego zdania, szczególnie w szlacheckim towarzystwie. Jak gdybyśmy miały zaledwie siedzieć i rodzić dzieci – wzburzyła się lekko, lecz widać w jej mimice było jakiś skrywany ból. – I oczywiście masz rację, prędzej pomoc zostanie udzielona damie, niżeli biednej dziewczynie z portu, lecz… denerwuje mnie takie funkcjonowanie świata. Podział na lepszych i gorszych, a przecież każdy jest po prostu człowiekiem – zawahała się i pomyślała o tym komu sama prędzej, by pomogła. Jak wiele zewnętrznych czynników doprowadzało ją do takiego punktu, w którym ustanowiłaby hierarchię, komu należy się pomoc, a komu nie. – Jestem hipokrytką – mruknęła pod nosem, zawieszając przepraszające spojrzenie na Frances. – Chyba zaraz wejdę w filozoficzne dysputy, a nie o tym mowa – zaśmiała się pod nosem. – Wybacz – dodała, sięgając po suszoną śliwkę. – Wracając do tematu – przygryzła śliwkę. – Muszę ci się przyznać, że chyba zastosowałam takie sztuki nieświadomie na twoim mężu, chociaż wtedy jeszcze nie-mężu – zaśmiała się. – Lubi elegancję, nic dziwnego, że jest zakochany w tobie po uszy – wspomnienie doboru odzienia i stworzenie całej aury eleganckiej prawie-damy z dobrego domu, na potrzeby ich konwersacji, wspominała właściwie do dzisiaj. Koleje losu były niezbadane i lubiły najwyraźniej krzyżować się w nieoczekiwany sposób.
Względem kremu w pierwszej chwili była nieufna, lecz zaraz potem na jej twarzy zjawił się szeroki uśmiech, pełen entuzjazmu. – Chcę – przyznała odważnie. – Nakłada się go jakoś… specjalnie? – zapytała, usadawiając się wygodniej na łóżku. – Swoją drogą, ostatniego lata gdy byłam w podróży i przebywałam długo na słońcu, dostrzegłam, że… na mojej twarzy pojawiają się delikatne piegi – wyjawiła już mniej pewnie. – Masz może pomysł, jak temu zapobiec? Nie, żebym przesadnie zwracała na nie uwagę, lecz… przywykłam do tej… „nieskazitelnej bladości” – roześmiała się, z lekka zażenowana własnym stwierdzeniem. – Ależ patetycznie zabrzmiałam – zaśmiała się jeszcze głośniej, leciutko kręcąc głową.
Czyli jednak Frania zdawała sobie sprawę o ciemnych interesach Daniela, z jednej strony Forsycja była tym ciut zdziwiona, a z drugiej… to była Frances – sprytna i inteligentna krukonka, więc jak mogłaby nie wiedzieć? Słuchała jej, kiwając głową i czując, jak lekki pąs zawstydzenia wpełzał na jej policzki. – Nie przeszkadza ci to? Nie boisz się, że któregoś dnia wróci… z krwią na rękach? – zapytała nagle dosyć poważnie. W jej spojrzeniu wciąż tliło się zmartwienie i chciała ufać przyjaciółce, lecz mimo wszystko cień obaw tańczył w jej wnętrzu do wygrywanej muzyki wątpliwości. Sylwetka Daniela według opisu Frances wydawała się wskazywać, że nawet w kimś takim mogło drzemać dobro, że potrafił szczerze kochać – lecz miała prawo to oceniać tylko i wyłącznie polegając na słowach alchemiczki? A właściwie jakie w ogóle miała prawo do oceny? Zrobiło jej się niebywale głupio i spuściła spojrzenie. Poczuła się tak irracjonalnie niedojrzała, a wstyd rozpalił jej ciało, na tyle mocno, że niemal poczuł zaczerwienienie na twarzy. Wypuściła powoli powietrze, starając się skupić na dalszych opowieściach.
Wzięła jeden z kieliszków i upiła całkiem spory łyk wina. Niemal miesiąc odmawiała sobie całkowicie alkoholu przez wiele obaw, a i tak smak wydał się dziwnie znajomy. Czy miała jednak ochotę na więcej? Chyba nie wzięła pod uwagę sentymentalnej wartości drogiego wina, które przewijało się przez jej wiele spotkań z kuzynką czy całą rodziną, do której podejście zmieniło się w przeciągu ostatnich miesięcy. Jednak z samym fizycznym smakiem było wszystko w porządku toteż pytanie, które zadała Frances nieco skonfundowało czarownicę. – Popsute? – powtórzyła, bezwiednie nachylając się ponownie nad kieliszkiem. Przez to wszystko, zapomniała nawet skomentować resztę francuskiej wycieczki. Zapach był taki jak zawsze, nie różnił się niczym od tego co wirowało w jej pamięci. Skosztowała wina ponownie, a smak również okazał się dokładnie taki sam. – Hm… Nie wiem, Franiu. Wydaje mi się, że wszystko jest w porządku… – zmarkotniała, przenosząc się do siadu i zwieszając nogi z łóżka. – Być może to kwestia twojego wyczulonego węchu? Wy alchemicy zawsze… czujecie więcej – zauważyła, uśmiechając się lekko. A może ktoś jej rodzinie sprzedał w tym winie truciznę i to wyczuła alchemiczka? Zmroziło ją odrobinę i pospiesznie chwyciła butelkę, przypatrując się etykiecie – może nie była oryginalna? Jednak wszystko wydawało się takie, jak powinno. – Jesteś pewna? Może… coś zjadłaś i… och, sama już nie wiem – zaczęła rozważać na głos z lekką paniką w głosie. Czy chciała dzielić się swoim pomysłem z Wrońską? Jeśli ktoś chciał je otruć… Może jej własny ojciec liczył, że tak pozbędzie się balastu w postaci wyrodnej córki? Lecz przecież ostatnio nawet nie sprawiali sobie, aż tak wiele problemów, więc jaki miałby powód? Podniosła niepewnie wzrok ponownie na alchemiczkę, a potem westchnęła ciężko. – Czy możliwe, aby jakiś eliksir… no wiesz? – zapytała niepewnie. – Brałam wino z domowej piwniczki, nikt nie powinien był wlać tam niczego, ja… ja nie wiem, Franiu – trzymała kurczowo butelkę, rozważając jej wylanie, tak na wszelki wypadek. Jakie były inne opcje, przez które wino mogło źle pachnieć dla Frances, zaś dla panny Crabbe było zwykłym winem? Upośledzenie zmysłu węchu? Było to co najmniej irracjonalnym pomysłem. A może to te suszone owoce? Może one miały coś w sobie, przez co wino wydawało się normalne? W pierwszej chwili czarne scenariusze zasnuły niespokojne myśli, lecz zaraz potem poczęły sprowadzać się do bardziej prozaicznych powodów, lecz mimo to ciemne oczy wciąż wpatrywały się pytająco w alchemiczkę, wierząc, że ta będzie w stanie wyjaśnić w jakiś sposób tę sytuację. Sythia nie przepadała za momentami, gdy była zależna od czyjejś oceny i wiedzy, a mimo to musiała ścierać się z tym na porządku dziennym. Takie chwile, jak ta powodowały więc zaledwie przeogromną frustrację – nie mogła być alfą i omegą.
[bylobrzydkobedzieladnie]


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak



Ostatnio zmieniony przez Forsythia Crabbe dnia 26.04.21 13:15, w całości zmieniany 1 raz
Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969
Re: Old Inverlochy Castle [odnośnik]12.04.21 20:43
Zaciekawione spojrzenie utkwione było w buzi ciemnowłosej czarownicy, gdy ta odsłaniała przed nią oczywistości rzeczywistości, jakie pozostawały dla eterycznej alchemiczki niezwykle sporą zagadką. Skupiona na książkach oraz obowiązkach prefekta naczelnego musiała nie zauważyć dłuższych spojrzeń bądź jakichkolwiek poszlak, mogących naprowadzić ją na podobne wnioski. Ciche westchnienie wyrwało się z jej ust, a delikatny uśmiech wyrysował się na malinowych wargach.
- Gdybyśmy wszyscy posiadali identyczne zdolności moja droga, świat byłby niebywale nudny. - Odpowiedziała miękko, posyłając czarownicy odrobinę pewniejszy uśmiech. Piękno świata leżało w jego różnorodności oraz tym, iż każdy czarodziej był wyjątkowy oraz niepowtarzalny, samej nie mając ochoty żyć w świecie przepełnionym jedynie mistrzami alchemii (którzy pewnie szybko wymarliby, stawiając pracę ponad podstawowe funkcje życiowe).
Frances pokręciła delikatnie głową w odpowiedzi na pytanie zaprzeczając jego treści. Nie dostrzegała długich spojrzeń, a nawet jeśli jakiekolwiek dotarło do jej umysłu, zwykle nie była pewna, co też mogą one oznaczać. - Na pierwszej randce w życiu byłam dopiero w styczniu tego roku. I to tylko dlatego, iż mama zgłosiła mnie do jakiegoś głupiego konkursu... - Wyznała z zawstydzeniem oraz rumieńcem, jaki pojawił się na delikatnym licu. Eliksiry oraz kociołki zawsze były ważniejsze, zawsze mocniej przyciągały uwagę, zwłaszcza w momencie gdy żyło się pośród portowych uliczek, pełnych obrzydliwe wygłodniałych spojrzeń oraz lepkich, paskudnych dłoni. - Bojczuk? Ten zachrypnięty bażant? - Spytała z zaciekawieniem unosząc brew ku górze. - Och, kochanie jego nie da się uwiązać... A Ty zasługujesz na kogoś lepszego. - Spokój wybrzmiewał w delikatnym głosie alchemiczki. Lubiła Bojczuka, doceniała go jako przyjaciela choć nigdy oficjalnie o tym nikomu nie mówiła. Była jednak pewna, że Forsythia zasługiwała na kogoś, kto nie przypominał swym zachowaniem kupy jesiennych liści, rozwianych przez porywisty wiatr. - Wiesz, miłość to dziwna sprawa, nie raz próbowałam ją opisać obliczeniami lecz często wychodzą niejednoznaczne... Ma jednak to do siebie, iż przychodzi niezapowiedzianie... I jestem pewna, że do Ciebie również przyjdzie. - Dodała ciepło, nie mając przyjaciółce za złe wspomnienia o własnych rozterkach. Bo czy nie na tym polegała przyjaźń? Mogły swobodnie wypowiadać przy sobie to, co pojawiło się w ich głowach bez obawy, iż druga strona je odtrąci. A eteryczna alchemiczka niezwykle doceniała podobne relacje.
- W szkole był taki Marcelius Sallow. Uczęszczał rok niżej, był w Gryffindorze i trochę mi się podobał... Ale jak zebrałam się na odwagę, żeby się od niego odezwać zaplątałam się w szatę i runęłam ze schodów... - Kolejny, palący rumieniec pojawił się na delikatnej buzi, gdy opowiedziała o felernym wypadku. - Spotkałam go przypadkiem jakoś na początku lipca, wtedy jeszcze byłam pewna, że z Danielem jedynie się przyjaźnimy... No i było całkiem miło, poszliśmy na spacer i w ogóle... Miał się do mnie odezwać... No i tu pojawiają się komplikacje. Bo widzisz, byłam pewna, że o mnie zapomniał gdy przez któryś już tydzień nie dostawałam żadnego listu, a Daniel oświadczył mi się w drugim tygodniu sierpnia. Marcelius napisał do mnie dopiero pod koniec września, ledwie kilka dni przed ceremonią, zapraszając na spotkanie. Poszłam, bo chciałam aby sytuacja była jasna, leczy gdy powiedziałam mu o ślubie... Och, to było okropne! Podnosił na mnie głos, obrażał mnie i Daniela i zarzucał, że ponoć jedynie się nim bawiłam, po czym stwierdził, że powinnam wyjść za niego... A gdy odmówiłam, było jeszcze gorzej. - Ciężkie westchnienie wyrwało się z jej piersi tuż po tym jak poskarżyła się na zachowanie szkolnego obiektu westchnień. - Kiedyś myślałam, że był księciem z bajki... Okazał się być człowiekiem pozbawionym ogłady, wychowania oraz choćby odrobiny przyzwoitości czy empatii, skupionym jedynie na sobie. - Dodała, szaroniebieskie spojrzenie odrobinę na dłużej lokując w buzi swojej towarzyszki. W tamtym momencie wybór wydawał się jej niezwykle prosty, choćby przez fakt, iż Daniel nigdy nie potraktowałby jej w podobny sposób.
Szaroniebieskie tęczówki uciekły jednak, gdy temat przeszedł na jej brata. Smutek przebił się na jej twarz przez maskę obojętności. Była zmęczona postawą Keatona coraz bardziej przekonując się, iż w jego życiu nie było miejsca dla niej. - Keat... Jego nigdy nie było. Kiedy zmarł ojciec mama popadła... Merlinie, nawet nie wiem jak to nazwać. Nie raz nie dało się z nią skontaktować przed długie dni gdy zamykała się w sobie... A Keaton znikał, pozostawiając wszystko na moich barkach. Mamę, młodsze rodzeństwo... Nie raz wracał poobijany i interesował się jedynie swoją osobą... - Szaroniebieskie spojrzenie zaszkliło się niebezpiecznie, lecz mocne nabranie oddechu pozwoliło jej powstrzymać irracjonalną chęć do płaczu. - Nigdy nie zachowywał się jak mój brat. Wolał biegać za Philippą i Bojczukiem ich określając mianem rodzeństwa a ja... dla mnie nigdy nie było miejsca w jego świecie. Mogłabym umrzeć, a nawet nie zauważyłby, iż nie ma mnie na tym świecie. - Dodała gorzko, nie mając na tyle odwagi, by przenieść spojrzenie na przyjaciółkę, nie pewna, czy Forsythia była w ogóle w stanie choćby wyobrazić sobie, jak bolesnym było odrzucenie przez własną rodzinę. - To tyle. - Dodała jeszcze nie chcąc zagłębiać się w te wszystkie opowieści; we wszystkie sytuacje w których zapomniał o niej oraz te wszystkie momenty, gdy ją zawiódł.
Temat na szczęście szybko przeskoczył na inny, odrobinę bardziej przyjemny w swej naturze, a delikatny uśmiech ponownie zagościł na buzi alchemiczki. - Nie raz gust nie ma w tej kwestii wiele do powiedzenia... Widzisz, ludzie nieświadomie używają języka ciała, jeśli go rozumiesz oraz wiesz, jak go wykorzystywać, nie raz nie musisz być nawet w jego guście. - Odpowiedziała lekko, jakoby rozmawiali o pogodzie, a nie drobnymi manipulacjami jakich można było używać, na niczemu nieświadomych czarodziejach. - Czekaj... lady Selwyn? Rudowłosa z miną, jakby ktoś podsunął jej zgniłe jajko pod nos? - Dopytała, chcąc się upewnić, że miały do czynienia z tą samą osobą. - Och, kochana na tak beznadziejne przypadki nic się nie poradzi... Miałam okazję spotkać ją w Wieży Astronomów, plotła takie bzdury iż byłam zdziwiona, że ktokolwiek pozwolił jej korzystać z teleskopu. Śmiem twierdzić, że moje pantofelki posiadają więcej ogłady oraz szacunku do drugiego człowieka... - Rzuciła dość odważnie, będąc jednak pewną, że w towarzystwie przyjaciółki może pozwolić sobie na swobodne wypowiadanie tego, co pojawiało się w jej umyśle. - Owszem, to nie jest sprawiedliwe. Uważam jednak, że inteligentna kobieta winna wiedzieć, jak przełożyć podobne realia na swoją korzyść. Obawiam się, iż prędko się to nie zmieni. - Wątłe ramiona uniosły się w delikatnym wzruszeniu. Eteryczna alchemiczka nie wydziała niczego złego w podobnym podejściu. Wszak prawdą oczywistą oraz powszechnie znaną był fakt, iż mężczyzna od wieków pełnił funkcję głowy rodziny... Lecz każda, bystra kobieta winna wiedzieć, jak pełnić funkcję szyi, obracającej głową tak, jak tylko jej się podoba. Frances na swoim mężu nie musiała używać podobnych sztuczek, często jednak te sztuczki ułatwiały jej poruszanie się po świecie zdominowanym przez mężczyzn. Frances uśmiechnęła się delikatnie, dłonią poprawiając złote pukle okalające delikatną buzię. - Nic nie szkodzi, przyjemnie jest czasem porozmawiać o czymś, co nie jest skomplikowaną teorią alchemiczną. - Uspokoiła przyjaciółkę, nie czując potrzeby przeprosin. Rozumiała. Doskonale wiedziała jak nie raz ciężko jest być kobietą, która chce robić coś więcej niż siedzieć w domu oraz rodzić dzieci. Na szczęście jej mąż doskonale rozumiał jej zapędy i nie miał zamiaru odciągać jej od badań naukowych oraz ukochanej pracy.
Szaroniebieskie spojrzenie na chwilę błysnęło chłodem, a dziwna fala ciepła na chwilę uderzyła w delikatny organizm. Czy tym właśnie była dziwna, irracjonalna zazdrość? Wiedziała, iż nie ma do niej powodu, nie potrafiła jednak wygonić jej obecności. - Nie próbuj więcej. - Rzuciła odrobinę dziwnym głosem, lecz ledwie kilka uderzeń serca później na malinowych wargach pojawił się delikatny uśmiech. - Jest, chociaż czasem nadal ciężko mi w to uwierzyć. - Wyznała, a szaroniebieskie tęczówki złagodniały na samo wspomnienie swojej bratniej duszy, czego nie potrafiła powstrzymać, nadal upojona odkrytym uczuciem oraz szczęściem, jakiego doświadczała u boku Daniela.
- Okrągłymi ruchami, ponoć tak najlepiej działa, zobacz... - Smukłe palce na chwilę zatopiły się w słoiczku by nabrać odrobinę kremu. Następnie Frances ostrożnie nałożyła go na swoją twarz, rozprowadzając go dokładnymi, okrężnymi ruchami po jasnej skórze, prezentując Forsythii jak powinna nałożyć krem. Uważnie wsłuchiwała się w słowa przyjaciółki, zastanawiając się nad rozwiązaniem. - Och, nie ma nic złego w chęci zadbania o siebie... Skoro to piegi wywołane słońcem, wpierw spróbowałabym z domowymi sposobami nie zawierającymi czynnika magicznego. Widzisz, przy delikatnej cerze należy być z nim ostrożnym... - Zaczęła z zamyśleniem, przez chwilę zastanawiając się, jaki sposób byłby najlepszy. Nie chciała od razu zaproponować najmocniejszego rozwiązania, zbyt zmartwiona iż cera ciemnowłosej czarownicy uległaby znacznemu pogorszeniu. - Możesz spróbować z tonikiem z cytryny, mieszasz szklankę wody destylowanej z sokiem z dwóch, średnich cytryn. Odstawiasz na trzydzieści minut i regularnie przemywasz nim buzię. Możesz również robić przed snem trzydziestominutowe okłady ze świeżych ogórków bądź przemywać twarz wywarem z rumianku. Spróbuj przez dwa miesiące, a jeśli nie znikną wtedy przygotuję dla Ciebie coś mocniejszego. - Odpowiedziała z uśmiechem, chwilę później sięgając po kawałek pergaminu, by zanotować na nim dokładnie instrukcje powiązane z przygotowaniem odpowiednich specyfików oraz prawidłowym zażywaniem ich.
Kolejne pytanie jakie powędrowało w jej stronę sprawiło, że eteryczna alchemiczka zmarszczyła na chwilę brwi, spojrzenie lokując w śpiących zwierzątkach. Ciche westchnienie opuściło jasną pierś, a pani Wroński w końcu spojrzała wprost w oczy Forsythii.
- Nie, nie przeszkadza mi to. Znam go lepiej niż ktokolwiek inny, Sysiu. Wiem, dlaczego podjął taką decyzję oraz co nim kierowało. Może to zabrzmi dziwnie, lecz czuję się przy nim bezpiecznie bo wiem, że zawsze mnie obroni. I wiem, że mnie nigdy by nie skrzywdził. A krew na rękach... Daniel nie jest głupi, nie sięgnął by po takie rozwiązanie, jeśli nie miałby innego wyjścia. - Odpowiedziała z pewnością w głosie, przekonana co do prawdziwości swoich słów. Nie znali się długo, eteryczna alchemiczka była jednak pewna, że zna go lepiej niż ktokolwiek inny na tym świecie. Byli bratnimi duszami, a ona jako jedyna doskonale wiedziała, że szorstka powierzchnia kryje pod sobą cudowne, kochające serce.
Zainteresowanie alchemiczki szybko przeszło na wino, którego zapach był nie do zniesienia. - Nigdy wcześniej nie miałam z nim do czynienia, stąd moje pytanie... - Odpowiedziała odrobinę niepewnie z odrobiną trwogi w głosie, bojąc się iż mogła swoim spostrzeżeniem urazić przyjaciółkę. A tego z pewnością nie chciała. - Sądzisz, że to przez te ciągłe opary? - Z zaciekawieniem uniosła brew, do tej pory nie spotykając się z podobną teorią, zapewne dlatego, iż o alchemii zwykła rozmawiać jednie z innymi alchemikami. A przy podniosłych teoriach detale takie jak smak, słuch czy węch, pozostawały przecież nie istotne. Pytanie o pewność sprawiło, że Frances złapała za kieliszek, by ponownie przysunąć go do twarzy. Ponownie jednak jej żołądek zdawał się wywinąć paskudnego koziołka, a ślina nabiegła do jej ust przyprawiając o nudności. Pani Wroński odsunęła od siebie kieliszek, posyłając przyjaciółce przepraszające spojrzenie szaroniebieskich tęczówek. - Jestem pewna. Jadłyśmy dziś to samo, nie wydaje mi się więc, aby to był powód... - Zamyślenie pojawiło się na delikatnej buzi, gdy zastanawiała się nad możliwym powodem dziwnego zapachu wina. - Nie jest mi znany eliksir o takim zapachu, istnieje jednak możliwość, iż jakiś jego składnik w połączeniu z alkoholem mógłby dać podobny rezultat... Zaraz to sprawdzimy. - Była przecież alchemikiem. Nie byle jakim a mistrzem w swej dziedzinie, zgłębiającym coraz więcej i więcej alchemicznych tajemnic. I nie byłaby sobą, gdyby nie była przygotowana na również taką możliwość.
Pani Wroński ze swojej niewielkiej torebki zaczarowanej zaklęciem zmniejszająco - powiększającym wyjęła kilka dziwnych przedmiotów, będących przyrządami alchemicznymi które zawsze, tak na wszelki wypadek, nosiła przy sobie. Ostrożnie rozłożyła je na podłodze, samej przysiadając tuż koło nich na całkiem miękkim dywanie. Sprawnie rozstawiła wszystkie przyrządy po czym sięgnęła po kieliszek by pobrać z niego próbkę wina i ostrożnie, przy pomocy niewielkiego, szklanego przyrządu umieścić jej kawałek na szklanej płytce. - Nie zwykłam wychodzić z domu bez podstawowych przyrządów... Wiesz, tak na wszelki wypadek... - Odpowiedziała z miną niewiniątka, przenosząc szaroniebieskie tęczówki na jej buzię, by posłać w kierunku czarownicy anielski uśmiech. Trwało to jednak jedynie krótką chwilę, gdyż spojrzenie alchemiczki powróciło do umieszczonej na szkiełku szybki. Frances wyciągnęła jasne drewno swojej różdżki, aby wykonać kilka niewielkich gestów nad szkiełkiem, uważnie obserwując wynik próby.
- W tym winie nie ma choćby najmniejszej kropli jakiegokolwiek eliksiru. - Odpowiedziała po kilku minutach, z wyraźnym zamyśleniem w głosie. Skoro z winem wszystko było w porządku, to może dziwny zapach był objawem jej zmęczenia? Nie wiedziała.
Frances Wroński
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Even darkness must pass. A new day will come. And when the sun shines, it'll shine out the clearer.
OPCM : 8
UROKI : 0
ALCHEMIA : 40
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f254-surrey-okolice-redhill-szafirowe-wzgorze https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Re: Old Inverlochy Castle [odnośnik]26.04.21 13:53
Uśmiechnęła się na dźwięk słów młodej alchemiczki. Różnorodność – każda – była niebywale cenna, nawet jeśli miała oznaczać konflikty. Tylko dzięki zróżnicowaniu umiejętności, poglądów, charakterów i wielu innych cech, byliśmy w stanie mieć szerszy ogląd na rzeczywistość mieniącą się niczym kalejdoskop. Pokiwała głową, przyznając jej tym samym rację.
W styczniu tego roku? – powtórzyła, dziwiąc się ogromnie. Ileż to randek odbyła? Już nawet nie tylko z samym narzeczonym, a chociażby z pewnym aurorem? Tylko jakie to były tak naprawdę relacje? Mało trwałe… Jednak zaraz myśli Sythii przebiegły w innym kierunku, zastanawiając się, w jak krótkim czasie Wrońska postanowiła wyjść za mąż. Nie komentowała jednak tego szerzej, zresztą już zdążyła przekonać się, że temat mógł być dosyć niewygodny, a przecież nie miał to być wieczór ciężkich rozmów.
Zachrypnięty bażant? Zamrugała kilkakrotnie, kompletnie nie rozumiejąc skąd takie podejście Wrońskiej, do artysty. Zaraz potem spuściła spojrzenie na demimoza, pozostawiają dla samej siebie komentarz względem stwierdzenia alchemiczki. Mogło wydawać się, jakby zgodziła się z blondynką, lecz zagryziona warga zdradziła pewnego obiekcje. Nie chciała nigdy uwiązać żadnego mężczyzny, zresztą myślenie w ten sposób było dla niej bardzo dalekie. Szanowała wolność wyboru i chciała ją również dla siebie, więc nie wyobrażała sobie uwiązywania kogokolwiek na siłę. Jeśli kogoś rwało do innych, to również coś oznaczało. Zaś ona i Bojczuk mieli to do siebie, by trwać w tym dziwnym zawieszeniu. W jakimś sensie jej uczucia wciąż miały ogromny sentyment do wszystkich wspomnień, które gromadziły się wokół sylwetki artysty. Dlaczego tak było? Sama do tej pory nie wiedziała, może to była jej własna, prawdziwa miłość? A może po prostu wciąż tkwiła w wyobrażeniu szkolnej miłości? Westchnęła ciężko, wracając spojrzeniem na Frances. – Być może już przyszła, lecz odeszła – zwróciła uwagę. Piła już nie tylko do samego Bojczuka, ale również do narzeczonego, którego zabrała śmierć. Wszystko zdawało się przychodzić i odchodzić – uczucia, myśli, ludzie… Góry i doliny relacji, których nie potrafiła utrzymać na jednostajnym poziomie, uciekając przed odpowiedzialnością, jaka mogła wiązać się z daną znajomością. Iście odpowiadała podejściu swej rodziny, która równie mocno woalowała między politycznymi zawirowaniami. Chociaż mogła się wypierać i udawać, że tak bardzo odstaje, w gruncie rzeczy była przesiąknięta sposobem podchodzenia do rzeczywistości przez Crabbe’ów. Natomiast gdy mowa już była o miłości Wrońskiej, Sythia zastygła na chwilę, analizując dokładnie sylwetkę przyjaciółki. – Sallow? – uniosła brew, nie do końca wiedząc jak zareagować inaczej. Większość rodziny wuja kojarzyła całkiem dobrze, lecz żaden Marcelius nie figurował w jej pamięci z rodzinnych spotkań i wizyt, w dodatku tak młody. – Jesteś pewna, że Sallow? Sallowowie to moja rodzina – zwróciła uwagę, a potem słuchała dalej. Okazał się być człowiekiem pozbawionym ogłady, wychowania oraz choćby odrobiny przyzwoitości czy empatii, skupionym jedynie na sobie – słowa Frances zabrzmiały niczym opis wuja Corneliusa, na co jedynie lekko drgnął jej kącik ust. Wuj irytował ją niemożebnie, lecz głównie przez fakt bycia wybitnie podobnym do Faustusa, chociaż wydawało jej się czasem, że jednak Sallow miał więcej taktu i szacunku do niej, niż własny ojciec. Również nie potrafiła myśleć już o nim w tak poważny sposób od sytuacji z wybuchowym kociołkiem, który zmienił ich dwoje w pingwiny. Westchnęła ciężko, podpierając głowę na dłoni. – Wiesz… zawsze w takich chwilach próbuję postawić się po drugiej stronie. Zrozumieć, ubrać się w myśli i uczucia tej drugiej osoby, może… Może on wciąż bardzo cię kochał i nie potrafił inaczej tego okazać? Ludzie są różni… tak bardzo różni, że nasze reakcje wydają się irracjonalne w pierwszych chwilach, dopiero potem dostrzegamy to co kryje się pod krzykiem i złością – mówiąc to, jakoś dziwnie spoważniała. Ciepłe mrowienie rozbiegło się wewnątrz nozdrzy, przeskakując frywolnie po policzkach, aż docierając do oczu, by zeszklić jej leciutką taflą wilgoci. Nie zależało jej na usprawiedliwianiu nikogo, a raczej na złagodzeniu konfliktu i negatywnych uczuć, które mogły doprowadzić Frances do przykrych myśli. Jednak jaką hipokrytką była Forsythia, aby mówić i doradzać w ten sposób, gdy sama wciąż nie mogła pogodzić się z własnymi emocjami. Kiedyś przecież próbowała postawić się w skórze ojca, chciała go zrozumieć, pragnęła, aby mógł być dumny i naprawdę wystarczyło tak niewiele, aby zmieniła swoje podejście? Chociaż… czy zabicie narzeczonego było czymś „niewielkim”? Nie, było absurdalnie ogromne i naprawdę ciężko było jej pojąć motywacje własnego rodziciela. Po co? Dlaczego? Co tak naprawdę mu to dało? – Uderzył cię? – pytanie wymsknęło się tak niespodziewanie, że sama autorka wydawała się nim wyjątkowo zaskoczona. Zaraz potem spuściła spojrzenie, bojąc się oceniającego rachunku alchemiczki. Może nie powinna zadawać takich pytań? – Chociaż cóż to za wyznacznik… – mruknęła zaraz potem. Ojciec nigdy nie uderzył matki, a jednak przed dziećmi nie miał oporów. – Zachował się niewątpliwie w bardzo niegrzeczny sposób, wnioskując z twej relacji – pokiwała głową i przymknęła na chwilę oczy. – Ech, Franiu… Ludzie robią różne rzeczy gdy są zakochani – mruknęła ciszej, mając w pamięci swoje własne wybryki.
Powieki podniosła dopiero gdy nadeszła rozmowa o Keatonie. I było to jeszcze większe rozdroże niż nieznajomy jegomość, wszak Burroughsa lubiła i to bardzo szczerze, podobnie jak Philippę. Przecież pomagała jej od wielu tygodni z niuchaczami, wizytowała u niej, więc jak miała podejść do tego tematu obiektywnie? Zazdrość była naturalna, lecz tak ciężka do przetrawienia, gdy stało się pomiędzy dwoma sylwetkami, a panna Crabbe naprawdę nie chciała tracić żadnej z przyjaciółek. Może mogła im pomóc? Powątpiewała w to, zresztą wtrącanie się, aż nadto w czyjeś sprawy nie leżało w jej guście. Mogła doradzać słowem, mogła stanowić wsparcie, lecz strony wybrać nie potrafiła. I tak ze wszystkim, bo czym różniło się to od tego, że pomimo wielu listów wysłanych w kierunku pana A., wciąż myślała o swoim szlachetnie urodzonym kuzynostwie, wciąż tkwiła w Londynie, żyjąc i udając godną obywatelkę. Słuchała uważnie, mając w głowie obraz znikającego i pojawiającego się Keata, z drugiej strony zawsze nosiła w sobie winę za to, że stał się względem niej oschły przez to co zrobiła Bojczukowi, więc go rozumiała. Może jej ogląd na sprawę wyglądałby zupełnie inaczej, jeśli pominąć niektóre kwestie zażyłości z przeszłości? Nie była w stanie przerwać Wrońskiej, ani nawet nie próbowała tego robić, nawet słów jej brakowało na języku, co wyraźnie dało się odczuć po długiej ciszy jaka nastała, gdy wreszcie alchemiczka skończyła. – Rozmawialiście kiedykolwiek o tym? – zapytała cicho. Być może było to pytanie bezsensowne, lecz jeśli miała wyrobić sobie jakąkolwiek opinię, chciała to wiedzieć. Rozmowy były kluczowe, a jeśli Keaton naprawdę znikał i porzucił siostrę… to byłoby niemal równoczesne temu, jakby umarł. Znała to uczucie straty, lecz nigdy też nie było jej dane być aż tak odtrąconą, przez bliźniaka. Zagryzła wargi w lekkiej irytacji – może powinna napisać wprost do Burroughsa? Powolna złość zaczynała tlić się w jej wnętrzu, a zaraz potem znów westchnęła. – Ja… Znam go… ich. Znam ich z zupełnie innej strony – przyznała się, zerkając za okno, choć tam mogła dostrzec zaledwie ciemność. Philippa była powierniczką tajemnicy, prawdziwego powodu, dla którego panna Crabbe zdecydowała się zostawić Johnatana i po dziś dzień, nie pisnęła o tym nikomu słowa. A Keat? Przecież widziała się z nim jakiś czas temu, przecież razem stanęli przed martwym człowiekiem… Nie chciała o tym mówić, nie dziś. Było za wcześnie, a ciężkie serce domagało się usłyszeć tej drugiej strony, najlepiej natychmiast. W końcu z nimi również nigdy nie rozmawiała dokładnie o Frances, chociaż mieli tak wiele okazji. – I nie mów tak, że by tego nie zauważył – wtrąciła poważniej, a delikatne spojrzenie wróciło na Wrońską. – Mówimy właściwie ciągle o różnorodności – zauważyła, postanawiając odbić nieco z przygnębiającego tematu. – On również może mieć po prostu taki sposób na radzenie sobie z… tym wszystkim – dodała, i nie potrafiła wyjaśnić w żaden sposób, skąd brała się w niej ta chęć usprawiedliwiania każdego, szukania dobra i najkorzystniejszej sytuacji. Ile razy miała się jeszcze na tym poślizgnąć, aby przekonać się, że wiara w dobre intencje innych oraz niewinność była tak samo niszczycielska co czarnomagiczne zaklęcia? – Czasem przydałoby się na dzień lub dwa wejść w skórę i myśli innego człowieka, ale nie zaklęciem czy eliksirem, tylko tak… w pełni, aby poznać intencje, zrozumieć co za tym wszystkim płynie. Nie jesteśmy obliczeniami, nie można nas zbadać i zmierzyć… – przeszła w dosyć filozoficzny ton, odpływając najwidoczniej w rejony, w które ta rozmowa nie powinna się potoczyć. – Cały problem świata bierze się z tego, że nikt nikogo nie słucha i nie próbuje dojść do kompromisu, a przecież wszyscy jesteśmy cząstkami jednego współzależnego układu, pewnej jedności – wędrowała ciemnymi tęczówkami po pokoju, aż wreszcie wróciła do demimoza, leciutko gładząc jego futro. – I potem wchodzi na scenę nasze ego, chęć posiadania racji i górowania nad innymi, bycia najlepszym – parsknęła lekko, mając w głowie obraz swojego ojca, którego obserwacja była najlepszym przykładem tego, czego panna Crabbe powinna w życiu unikać. Do czego doprowadzała ogłupiająca chęć władzy – jakiejkolwiek. Zamrugała nagle kilkakrotnie, wracając spojrzeniem na Frances. – Przepraszam, ja… nieco odpłynęłam… O czym my – zawahała się, starając cofnąć się w krokach myślowych do momentu, gdy zaczynała prawić swój filozoficzny monolog. – Ach, tak. Keat… Być może powinnaś spróbować go wyciągnąć na taką właśnie wycieczkę? Ja i mój brat… zbliżaliśmy się najbardziej podczas podróży – zaoferowała na prędze, a jej rozbiegane myśli, wirowały w niepewnym spojrzeniu. Chociaż może na to wszystko było już za późno? Nie miała pojęcia, z drugiej strony tak bliskie relacje zawsze były warte ratowania, chyba że dzieliło je coś naprawdę tragicznego.    
Przyglądała się przez dłuższą chwilę Frances, aby zanotować w pamięci to, co mówiła o mowie ciała. Być może faktycznie leżało w tym sporo prawdy, ale mimowolnie dostrzegała w czymś takim zbyt wiele luk, szczególnie gdy wchodziła kwestia autorytetu. Powątpiewała, aby była w ten sposób w stanie przekonać ojca, wuja czy nawet przełożonego – raczej obawiałaby się, że ktoś mógłby traktować ją za… bądź co bądź słabszą i bardziej kobiecą, a przecież przez tak wiele lat, próbowała dowieść tego, że może być traktowania na równi z mężczyznami. Z jakim skutkiem? Cóż, to pozostawiało wiele do życzenia. – Tak, dokładnie o lady Selwyn, tej samej – pokiwała głową z rozbawieniem, słuchając słów przyjaciółki. Uśmiech powoli rozszerzał się na jej ustach, a rozbawione iskierki zatańczyły w ciemnych źrenicach, odbijając światło z kandelabrów. – Franiu… tak jak mam wiele cierpliwości ta kobieta… Słuchaj, przybyła do mojego departamentu, chcąc, aby obsłużono ją n a t y c h m i a s t. W porządku, zajęłam się nią poza kolejką, tłumaczę dokładnie jej problem, jakie rozporządzenia i nowe ustawy odpowiadają za jej utrudnienia, a ona… – zaśmiała się pod nosem. – Stwierdziła, że… to JA utrudniam jej dostęp do ingrediencji. Nieważne, że przytoczyłam jej każdy papier i zatwierdzoną ustawę wprowadzoną przez nowy rząd. To ja byłam temu winna. W dodatku tłumaczyłam jej, że jeśli chce załatwić coś jak najprędzej, może wówczas udać się ze mną, aby złożyć kilka podpisów, że zajmie to godzinę i wyjdzie z papierkiem. Otóż nie! Bo ona nie będzie tracić czasu – butnie uniosła brodę, odgrywając szlachciankę. – Ona ma ważne sprawy i mam ja to załatwić. Wysłać papiery sową – roześmiała się wreszcie. – Zero szacunku, jak powiedziałaś, ale również chyba do samej siebie, biorąc pod uwagę ten brak… nie wiem nawet jak to nazwać. Zaczęła mnie nawet w pewnym momencie szantażować o wspieranie rebelii, rozumiesz? – uniosła brwi. Właściwie to miała rację, tylko źle umiejscowiła oskarżenia w czasie. Śmiech poniósł się po pokoju. – Siedzę grzecznie za biurkiem, opowiadam jej o ustawach, które mają służyć JEJ bezpieczeństwu, JEJ wygodzie, a ona… Och, słodki Merlinie. Koszmarna kobieta, szantażuje mnie, jak gdyby sądziła, że to zmieni prawo – westchnęła, przecierając policzek, aby założyć zaraz pasmo włosów za ucho. – Nie mam pojęcia, kto uczył ją manier, lecz z pewnością daleko jej do Evandry, Prim czy Aquili – zauważyła, wszak jej szlachetnie urodzone znajome były naprawdę dobrze wychowane w kwestii manier. Co innego poglądów, lecz przynajmniej potrafił się należycie zachować.
Pozostawiając temat płomiennej lady i lekcji mowy ciała, Sythia napomknęła o Danielu, absolutnie nie spodziewając się tak poważnej reakcji Wrońskiej. Przyglądała się jej przez dłuższą chwilę, a potem sięgnęła ponownie po suszoną śliwkę. – Nie mam zamiaru, spokojnie – dodała, aby upewnić znajomą w swej intencji. Wroński ani trochę nie był w jej guście, lecz nie wyznała tego przyjaciółce, wolała zachować to dla siebie.
Nakładanie kremu okazało się przyjemniejsze, niż sądziła, a powolne okrężne ruchy dokładnie roznosiły niewielkie ilości specyfiku po bladej cerze. – Tak? – zapytała dla pewności, chcąc zrobić wszystko poprawnie. – Rozumiem, chociaż nie wiem, czy cytryna nie stanie się zaraz rarytasem wśród produktów – zażartowała dosyć smutno. – Ale ogórki… brzmią wyśmienicie – uśmiechnęła się i nim zdążyła ugryźć się w język, z jej ust umknęła ulubiona anegdota. – W dodatku świetnie sprawdzają się przy poskramianiu kappy. Nie wiem, czy ci o tym opowiadałam, lecz gdy byłam w Chinach, poznała wyborny sposób na ich obłaskawianie. Wystarczy napisać swoje imię na ogórku, a potem rzucić go w kierunku stwora, ten przyjmie prezent i staje się wówczas… obłaskawiony – wyjaśniła, kończąc nakładać krem. – Będę testować i odezwę się do ciebie, jeśli znów mnie te… ech, piegi, dotkną – westchnęła, rozsiadając się wygodniej. Chłód kremu dobrze orzeźwiał, lecz momentami wydawał się szczypać oczy. Mimo wszystko panna Crabbe darowała sobie tę uwagę, uznając, że być może była to po prostu normalna reakcja. Na niektóre olejki reagowała podobnie, więc nie chciała zamartwiać przyjaciółki.
Wysłuchała odpowiedzi odnoszącej się do Daniela i jego pracy, lecz nie odpowiedziała, a zamyślone spojrzenie powędrowało po futrze demimoza. Nie wiedziała, co miała na to odpowiedzieć, właściwie zadając pytanie, nie spodziewała się czegokolwiek konkretnego. Kiwnęła pojedynczo głową, nie chcąc wzbudzać jakichś podejrzeń swoją ciszą. Kiedyś sądziła, że dokładnie wie wszystko o swoim bracie, o ojcu, o rodzinie… lecz potrafiła długo błądzić we mgle.
Cała sytuacja z winem bardzo ją skonfundowała, a pierwsze odpowiedzi alchemiczki, ani trochę nie rozjaśniały oglądu na sytuację. Kiwała zaledwie głową, uważając, że naprawdę mogła stać za tym wina przebywania w alchemicznych oparach, ale słowa zaczynały grzęznąć w gardle. Czuła się okropnie, że mogła narazić Wrońską na otrucie, chociaż zepsute wino również brzmiało wyjątkowo źle. Nietaktem było częstować czymś takim przyjaciół. Panna Crabbe po prostu podążyła spojrzeniem za przyjaciółką, a gdy ta wyjęła przyrządy, brwi mimowolnie powędrowały ku górze, zostając tam na dłuższy czas. Nie sądziła, że ktoś mógł chodzić z podręcznym zestawem narzędzi w torebce… chociaż przecież to była Frances. Czarownica podrapała się lekko po głowie, aby chwilę potem zsunąć się na dywan i przysiąść obok alchemiczki. Nic nie pojmowała z tych wszystkich wykonywanych czynności, chociaż brat przecież robił podobne cuda. – Mhm… – mruknęła, przyglądając się niewielkiemu szkiełku. Cały ten proces wydawał się wybitnie skomplikowany, więc Sythia uznała, że nie będzie rozpraszać Frances swoim głosem.
Odetchnęła z ulgą, słysząc, że w winie nie było żadnego eliksiru, a spanikowane spojrzenie ulotniło się na rzecz… zadumy. Więc co stało się z winem? – Nie rozumiem w takim razie… A nie jesteś hm… chora? Coś z gardłem lub nosem? – zapytała, chociaż było jej to całkowicie obca dziedzina. Zadała jednak te pytania, które czasem rzucał jej brat, gdy było coś nie tak. Co miałaby dalej począć z informacjami? Nie wiedziała, ale być może przyniosłyby mimo wszystko jakieś tropy. Wciąż utrzymywała spojrzenie na podręcznym zestawie przyrządów, jakby była nadal odrobinę zszokowana widokiem.


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969
Re: Old Inverlochy Castle [odnośnik]17.05.21 13:18
Eteryczna alchemiczka kiwnęła nieśmiało głową, potwierdzając przypuszczenie przyjaciółki, a delikatny rumieniec pojawił się na jej policzku. Brak doświadczenia w podobnej materii przez długi czas był dlań zawstydzający, teraz jednak nie żałowała, iż nie miała wielu miłostek. Kto wie, może wtedy przegapiłaby swoją bratnią duszę w tłumie zwykłych, szarych czarodziejów? Frances była przekonana, że z mężem łączyło ją więź niezwykle wyjątkowa oraz niepowtarzalna. I nie sądziła, by kiedykolwiek była w stanie nawiązać podobną zażyłość z kimś innym. - Eliksiry wydawały mi się ciekawsze... I łatwiej nawiązać z nimi relację, opisywanie czarodziejów wzorami alchemicznymi zgadza się zwykle jedynie w maksymalnie pięćdziesięciu pięciu procentach... - Bąknęła w odpowiedzi, czując obowiązek wytłumaczenia się z podobnych braków. Frances zawsze była dziewczyną nieśmiałą, posiadającą problemy z nawiązywaniem głębszych relacji, zwłaszcza jeśli w grę wchodzili mężczyźni, którzy wpadli jej w oko. Wyjątkiem od tej reguły był Daniel z którym, mimo nieśmiałości, niezwykle szybko udało jej się nawiązać silną więź, jednocześnie nie posiadając większych problemów, aby się otworzyć.
Psotny uśmiech pojawił się na buzi pani Wroński, a wątłe ramiona uniosły się we wzruszeniu, gdy emocja przypominająca zdziwienie pojawiła się na buzi panny Crabbe. Jej relacja z Bojczukiem była dziwna, ciężka do opisania, pełna upadków ale i wzlotów, jak chociażby czas, gdy ten pomieszkiwał u niej przez tydzień, przeprowadzając niewielkie naprawy w Szafirowym Wzgórzu oraz reperując niewielką łódkę znajdującą się w jej stawie. Sama pani Wroński z pewnością nigdy nie przyzna, iż parę razy przyszło jej zapytać go o sercowe rady, nie mając nikogo innego, z kim mogłaby poruszyć podobny temat. Brwi alchemiczki zmarszczyły się na chwilę, a szaroniebieskie spojrzenie uważniej przyjrzało się obliczu Forsythii, jakoby próbowała coś z niej wyczytać. - Sysiu, nigdy nie masz pewności, co spotka cię za rogiem. Nie masz pewności, że jeszcze nie przyjdzie. - Odpowiedziała ciepło, pogodnie; chcąc rozgonić chmury, jakie mogły zebrać się nad ciemnowłosą główką. Koleje losu należały do tych, których nie dało się przewidzieć nawet najbardziej skomplikowanymi obliczeniami alchemicznymi, o czym sama Frances nie raz przekonała się na własnej skórze.
- Chyba tak, przynajmniej w szkole widniał z tym nazwiskiem. Może to zbieg okoliczności? Och, naprawdę nie wiem. - Eteryczna alchemiczka zdawała się być odrobinę zbita z tropu informacją, jaką przekazała jej panna Crabbe. Była jednak pewna, iż to właśnie to nazwisko słyszała z ust profesorów bądź komentatora szkolnego meczu, jednocześnie nie chcąc za bardzo zagłębiać się w ten temat, doskonale wiedząc, iż pewnie nigdy więcej nie przyjdzie jej spotkać Marceliusa. - Sysiu, widzieliśmy się wcześniej jedynie raz, po za tym... On sam doprowadził do tego, że nie przyjęłam jego oświadczyn. Gdy spytałam go, jakby to widział uznał, że musiałabym zapomnieć o swoim domu i wrócić do portu, zamieszkać z nim w cyrkowej przyczepie bez moich kociołków i jeszcze zrobić przerwę w karierze. Był głuchy na wszystkie moje słowa, a Daniel... Daniel zawsze mnie słucha, a co najważniejsze, liczy się z moim zdaniem i bierze je pod uwagę. To nie miałoby najmniejszego sensu, po kilku miesiącach albo utopiłabym się w Tamizie albo zaczęlibyśmy skakać sobie do gardeł. - Irytacja pojawiła się w głosie pani Wroński, gdy opowiadała o minionych wydarzeniach, w tym wszystkim jednak najbardziej irytował ją fakt, iż Marcel nie widział jej obaw, bagatelizując przekazywane mu słowa. Forsythia miała rację - czasem brakowało zwykłego, prostego zrozumienia, aby zażegnać konflikt i zrozumieć motywacje drugiej osoby. - Po za tym wiesz, nawet jeśli wyszłabym za kogoś innego, nie umiałabym zrezygnować z obecności Daniela. Mam wrażenie, że nikt inny do tej pory nie potrafił zrozumieć mnie tak, jak rozumie mnie on i... dopiero on sprawił, że... że poczułam się wartościowa. Tak w pełni. - Wyznała z płonnym rumieńcem, jaki przyozdobił delikatną buzię. Ciężko było przyznać się do poczucia braku własnej wartości, nawet jeśli od kilku miesięcy skrupulatnie nad nim pracowała, w czym pomagały te wszystkie ciepłe słowa, jakie słyszała od swojej bratniej duszy. - Nie, lecz czasem słowa bolą bardziej od pięści. - Odpowiedziała jedynie wzruszając delikatnie wątłym ramieniem. Te wydarzenia na szczęście były już za nią, powoli odpływając w zapomnienie przykryte przejęciem związanym z nową, wspanialszą codziennością u boku Wrońskiego oraz tym całym zamieszaniem, jakie powiązane było z ich ślubem.
Ciężkie westchnienie uleciało z jej piersi, gdy na wokandę wszedł temat jej brata który, przynajmniej w percepcji pani Wroński, był sprawą zwyczajnie straconą. Nie obchodziła go. W jego życiu nie było dla niej nigdy miejsca, a jej uczucia nigdy nie miały dla niego najmniejszego znaczenia, w przeciwieństwie do uczuć innych. Frances już dawno temu straciła jakąkolwiek nadzieję na to, że jeszcze kiedykolwiek dowie się, jak to faktycznie jest posiadać starszego brata. - Rozmawialiśmy... - Zaczęła niechętnie, ze smutkiem w delikatnym głosie.  - Za każdym razem kończy się tak samo, twierdzi, że ponoć źle to wszystko odbieram, później obiecuje, że się poprawi i że będę mogła na niego liczyć... A potem znika na kilka miesięcy, nie dając żadnego, choćby najmniejszego znaku życia. - Szaroniebieskie spojrzenie uciekło gdzieś na bok, a eteryczna alchemiczka poprawiła się na łóżku, podświadomie czując się niezwykle niekomfortowo z przykrą prawdą. Jej własna rodzina nie chciała mieć z nią nic wspólnego; odcinała się od niej będąc obojętną na jej problemy bądź cierpienia, nie raz przyprawiając panią Wroński o zwykłe, proste poczucie osamotnienia.
Usta alchemiczki ściągnęły się w wąską linię, gdy kolejne słowa uleciały z ust Forsythii, choć nie była pewna, jak się z tym czuje. Kolejna osoba okazywała się być dla Keata znacznie ważniejszą od niej; kolejna osoba otrzymywała jego zainteresowanie, którego Frances tak bardzo w swoim życiu potrzebowała. Nie skomentowała tego jednak w żaden sposób, uparcie uciekając spojrzeniem od buzi towarzyszki, próbując przełknąć gorzką prawdę. Uważnie wsłuchiwała się w jej słowa nie chcąc wchodzić jej w słowo, spojrzenie cały czas utrzymując na geometrycznym wzorze dywanu, próbując powstrzymać cisnące się do oczu łzy.
- Sysiu, on się tak zachowuje względem mnie przez całe moje życie. Nie pamiętam choćby jednego dnia, gdy zachowałby się względem mnie jak mój starszy brat... Wiesz jak poznałam Daniela? Miałam wieczorną zmianę w szpitalu, Keat miał mnie odebrać, ale się nie zjawił... Jeden z pijaków z Parszywego próbował... próbował mnie zgwałcić... Gdyby Daniel nie ruszył mi na pomoc... Och, nawet nie chcę wiedzieć, co by się stało... - Przejęcie pojawiło się w delikatnym głosie, a szaroniebieskie tęczówki skryły się wilgocią, nawet jeśli wspomnienie tamtego wieczoru po za goryczą traumatycznego doświadczenia niosło ze sobą słodycz nowej znajomości. - Wiesz, czemu Keat po mnie nie przyszedł? Bo zapomniał. Nie rób mi więc proszę nadziei na to, że mogłabym znaczyć dla niego coś więcej niż zeszłoroczny śnieg, bo moje serce nie zniesie kolejnego zawodu z jego strony. - Dopiero teraz odważyła się przesunąć zaszklone spojrzenie szaroniebieskich tęczówek na buzię przyjaciółki, delikatnie unosząc kąciki ust ku górze, jakoby chciała ją zapewnić, że nic jej nie jest. Niewielki nieśmiałek widząc reakcję właścicielki szybko przeskoczył z demimoza, przez szafki, wprost na ramię eterycznej alchemiczki, by przylgnąć do jej ramienia. - Nie wydaje mi się, aby chciał ze mną rozmawiać... Widzisz, Keaton nie przepada za Danielem. I o ile wiadomość o ślubie przyjął w miarę znośnie, tak Philippa... Insynuowała, że Dan mną manipuluje, oczerniała go by finalnie złożyć kilka niesubtelnych sugestii, co by mój maż winien być potraktowany lamino, a ja winna wybrać między nimi, a jedynym czarodziejem na tym świecie, który szczerze mnie kocha. - Głos Frances niebezpiecznie załamał się, gdy do umysłu powróciło wspomnienie gróźb, jakie wędrowały w kierunku jej bratniej duszy. Nie potrafiła wyobrazić sobie choćby dnia bez jego obecności, a samo wspomnienie o tym, iż mógłby poważnie ucierpieć wywoływało u niej nieprzyjemne dreszcze. Ciężkie westchnienie opuściło jej pierś, gdy przez chwilę milczała, próbując zebrać w głowie myśli i nie rozpłakać się podczas wieczoru, który miał być tym, pozbawionym trosk. - Przepraszam po prostu... Jeszcze w pełni tego nie przetrawiłam. - Wypowiedziała ze skruchą w głosie, nie chcąc ściągać smutków nad ich wspólny wieczór.
Ich rozmowa szybko przeszła na przyjemniejsze tory, a ogniki rozbawienia pojawiły się w szaroniebieskich, przed chwilą jeszcze smutnych, oczętach. Uważnie wsłuchiwała się w opowieść, podczas której coraz to śmielszy uśmiech wykwitał na delikatnej buzi, a eteryczna alchemiczka z rozbawieniem zachichotała dźwięcznie, gdy opowiastka dobiegła do końca.
- Uważaj, żeby nie zabroniła ci wstępu do Ministerstwa. Ja spotkałam ją w Wieży Astronomów, upierała się, że gwiazdy jednego dnia świecą jaśniej a drugiego ciemniej za sprawą jasności księżyca która wpływa na barwy innych ciał niebieskich. Wyjaśniłam jej, że z punktu widzenia nauki nie jest to możliwym, że zmiana jasności gwiazdy jest procesem niezwykle długim i z pewnością nie miało to miejsca, zasugerowałam jej również, iż może padła ofiarą złudzenia optycznego, poleciłam księgi traktujące na ten temat... A ta poczęła mnie wyzywać i grozić, że już nigdy nie będę miała prawa wstępu do wierzy... Obawiam się, że na takie przypadki nie ma już rady. - Odpowiedziała, wzruszając delikatnie wątłymi ramionami. Nie sądziła, aby cokolwiek było w stanie zmienić roszczeniowość oraz zarozumiałość tamtej kobiety.  - Evandry chyba nie poznałam osobiście, Aquila... Miałam okazję z nią rozmawiać gdy potrzebowaliśmy tłumacza, lecz nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia. A Primrose... Udzielała mi ślubu, wiesz? A teraz pomoga mi przy moim projekcie naukowym. Próbujemy stworzyć syntetyczne rubiny które, jeśli wszystko dobrze pójdzie, później spróbujemy naładować energią magiczną, która wywoła odpowiednie magiczne działanie. - Entuzjazm pojawił się w głosie eterycznego dziewczęcia, gdy opowiadała o projekcie, nad którym przyszło jej pracować wraz z lady Burke. Wspólne badania fascynowały, zapowiadając niezwykle interesujące rezultaty i eteryczna alchemiczka miała nadzieję, że dojdą do jakiegoś przełomowego rozwiązania, które przybliży ją do jej największego marzenia - zapisania jej nazwiska na kartach historii.
- Tak. - Potwierdziła prawidłowość ruchów przyjaciółki, by chwilę później spojrzenie znów skierować ku słoiczkowi z kremem, ostrożnie nakładając go na delikatną buzię. - Możliwe, coraz mniej rzeczy znajdzie się w sklepach. - Odpowiedziała równie smutno, co Forsythia. Braki w sklepowych półkach dało się odczuć, a Frances doskonale wiedziała, że gdyby nie mąż, zapewne nie raz odczułaby doskwieranie paskudnego głodu. Delikatny uśmiech pojawił się na malinowych wargach, gdy przyjaciółka podzieliła się z nią anegdotką, dotyczącą tajemniczego stworzenia. - Och, to fascynujące! Wiesz może, czemu tak się dzieje? Co jest takiego w ogórku, że obłaskawia stwora? - Dopytała z zainteresowaniem, chyba wcześniej nie mając okazji słuchać o podobnym stworzeniu. Jej wiedza dotycząca stworzeń była całkiem spora, w ostatnim jednak czasie skupiała się głównie na ingrediencjach pochodzenia zwierzęcego oraz ich możliwych zastosowaniach w alchemii. Eteryczna kobieta skupiała się głównie na swojej dziedzinie, stale poszukując czegoś, co przybliżyłoby ją do jeszcze większej ilości wiedzy oraz spełnienia najskrytszego marzenia.
Zapach wina wydawał jej się... dziwny. Nie była w stanie powiedzieć, co tak dziwnego w nim było, jednocześnie nie będąc w stanie zmusić się, by zbliżyć usta do szklanki czując, jak żołądek podchodzi jej do gardła, popędzając nieprzyjemną falę nudności. Pierwszy raz zareagowała tak na wino, nawet jeśli wcześniej nawet lubiła smak wina, zwłaszcza tego niezwykle skąpego w alkohol oraz przepełnionego słodyczą.
Ciche westchnienie uleciało z jej piersi, gdy pytanie powędrowało w jej stronę. Frances nigdy nie lubiła mówić o tym, co zalegało jej na ramionach, zwłaszcza jeśli tyczyło się to jej zdrowia. Nawyk ten miała zakorzeniony od dziecka za sprawą przewlekle chorującej matki. W ich domu zawsze był ktoś, kto czuł się gorzej; kogo problemy zdawały się być ważniejsze od tego, co działo się z nią. - Chyba nie. - Zaczęła niepewnie, z brakiem przekonania w delikatnym głosie. Od czasu zrezygnowania z pracy w szpitalu Świętego Munga, w zasadzie nie miała okazji wybrać się do uzdrowiciela na normalne, rutynowe badanie sprawdzające, czy wszystko z nią w porządku.  - Nie miałam problemów z nosem czy gardłem, nie wiem, czemu wino wydaje mi się dziwnie pachnieć...  Jedyne co mi ostatnio dokucza to zmęczenie. Mam wrażenie, jakby urlop sprawił, że nagle mój organizm zauważa przepracowanie, na które wcześniej był obojętny. -  Odrobina rozbawienia pojawiła się w wypowiedzi, a Frances odruchowo przelała trochę wina do niewysokiego naczynka. Pracoholizm był niezwykle ciężki do pokonania, nawet jeśli czarownica skrupulatnie starała się odnaleźć balans między pracą a odpoczynkiem, nie chcąc zaniedbywać męża na rzecz pracy. - Wiesz, miałam ostatnio ciekawe zlecenie. Jeden z właścicieli niewielkiej wytwórni alkoholu zwrócił się do mnie o z prośbą o pomoc, gdyż niektórzy klienci po spożyciu mieli niezwykle przykre dolegliwości. - To mówiąc, eteryczna alchemiczka dorzuciła do wina kilka niewielkich kryształków, uważnie obserwując zachowanie płynu. - Dziwna to sprawa była, nikt po za właścicielem nie miał wstępu do miejsca gdzie przetrzymują alkohol, a mimo to trunek zawierał śladowe ilości metanolu. Metanol na pierwszy rzut oka przypomina normalny alkohol, jest jednak ślinie trujący i może doprowadzić do ślepoty i śmierci... Okazało się, że zazdrosny kuzyn wchodził do piwnicy i dolewał świństwa do butelek. - Wysnuła opowiastkę, nie konkretyzując jednak, kto był zleceniodawcą. Nie mogła, podobna informacja z pewnością zaszkodziłaby całej firmie, a dobra zapłata sprawiała, że Frances nie miała zamiaru wyjawiać o kogo chodziło.  Szaroniebieskie spojrzenie uważnie przyjrzało się mieszaninie, a jej widok wywołał delikatny uśmiech na malinowych wargach. - Ale nasze wino go nie zawiera, możesz śmiało pić. - Oznajmiła niemal uroczyście, gdzieś w środku walcząc z chęcią zagłębienia się dalej w pracę ze swoim niewielkim, podręcznym zestawem alchemicznym. - Nie pogniewasz się, jeśli zostanę przy herbacie, prawda? - Dopytała, niepewnie zerkając w kierunku przyjaciółki. Nie chciała urazić Forsythii, lecz zapach tego konkretnego wina przyprawiał ją o nieprzyjemne nudności, których skutków wolałaby uniknąć dzisiejszego wieczoru. Frances sięgnęła dłonią po pomarańczę spoczywającą na jednej z szafek czując, jak ślina napływa jej do ust. Owoc, w przeciwieństwie do wina, zdawał się pachnieć niezwykle przyjemnie oraz zachęcająco.


Sometimes like a tree in flower,
Sometimes like a white daffadowndilly, small and slender like. Hard as di'monds, soft as moonlight. Warm as sunlight, cold as frost in the stars. Proud and far-off as a snow-mountain, and as merry as any lass I ever saw with daisies in her hair in springtime.
Frances Wroński
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Even darkness must pass. A new day will come. And when the sun shines, it'll shine out the clearer.
OPCM : 8
UROKI : 0
ALCHEMIA : 40
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f254-surrey-okolice-redhill-szafirowe-wzgorze https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Re: Old Inverlochy Castle [odnośnik]21.05.21 1:51
Uśmiechnęła się pod nosem, a potem kiwnęła głową na wznak, że absolutnie rozumiała podejście Frances. Chociaż nieco surrealistycznym było dla niej stwierdzenie o wiązaniu relacji z eliksirami – czy mówiła do nich? Głaskała kociołek lub fiolki? Przecież nie były to magiczne stworzenia, z którymi zaś ona miała styczność i przy których łatwo było zatracić chęć kontaktu z innym człowiekiem. O ile bardziej stworzenia wydawały się być wyrozumiałe, a ich agresja wynikała w większości z prostych instynktów pozbawionych butnej ideologii. Nie odważyła się jednak zapytać Frances o jej związki z eliksirami. – Czarodzieje to nie wzory, ani liczby. To… hm… - zamyśliła się na dłuższą chwilę, by z iskrą olśnienia wrócić do głosu. – To konstrukty o paradoksalnie nielogicznym ułożeniu, pozbawiony granic możliwych do określenia znanymi nam sposobami – uśmiechnęła się szerzej, będąc zadowolona z własnej definicji. – Aby poddać reakcji hm… podobnej do tej alchemicznej, musisz wystawić również własny konstrukt, intuicję, myśli, przeczucie. Drugiego człowieka można po prostu wyczuć, obserwować, pytać, poznać – dodała, przechylając głowę leciutko na bok. Zawsze należała do tych filozoficznych krukonów, które miast przesiadywać nad obliczeniami, wolały teoretyzować, dać ponosić się myślom, literaturze, by szybować po niebiosach hipotez i teorii. – Człowiek potrzebuje uczucia, życie bez tkliwości i bez miłości jest tylko bezdusznym, skrzypiącym i smutnym mechanizmem – zacytowała i wzruszyła ramionami niewinnie, sięgając po kawałek pomarańczy. Jej ojciec był takim właśnie mechanizmem – smutnym i bezdusznym, nieznającym empatii i czystej dobroci. Dostrzegała też te mechanizmy w sylwetkach popleczników Cronusa Malfoya i Czarnego Pana – jak właściwie mogli spoglądać w odbicie lustra?   
Słysząc odpowiedź o zbieżności nazwisk, pokiwała głową lekko, stwierdzając, że być może faktycznie był to czysty przypadek. Bo ile Crabbe’ów i Sallowów pałętało się po świecie, których nie przyszło jej poznać osobiście? Najpewniej całkiem sporo i ciekawiło ją, ilu z nich było faktycznie czystokrwistymi czarodziejami, a ilu jej ojciec uznałby za niegodnych nazwiska. Zresztą w ich historii widniało kilka incydentów, które skutecznie Forsythia lubiła wspominać podczas rodzinnych sprzeczek, zauważając, jak zakrzywiony widniał obraz rodziny w oczach ojca. Słuchała więc dalej słów przyjaciółki, rzucając nazwisko gdzieś daleko w szuflady pamięci. – Cyrkowej przyczepie? – uśmiechnęła się mimowolnie i chociaż absolutnie była świadoma rodzaju tragedii, jaką przeżywała wówczas Frances, dla niej coś takiego brzmiało, niczym przygoda. Chowana pod kloszem, nie miała okazji zderzyć się z portową codziennością, w której ktoś mógł wparować do mieszkania, by okraść daną osobę z całego dobytku. Nie zderzyła się z tym, by nie mieć możliwości zwrócenia się do kogoś pomoc materialną, bo zawsze za plecami stała jej rodzina. Jej uzależnienie od tego oparcia nie przebijało się nigdy wprost w czynach czy myślach, jednak zdecydowanie nie potrafiła tak łatwo tego odtrącić. Zmarszczyła jednak brwi na słowa o „przerwie w karierze”, chociaż żaden dźwięk nie opuścił jej ust, tak w ciemnych przeźroczach odbił się ognik wzburzonej duszy. Westchnęła ciężko, przeczesując ciemne pasma włosów palcami, nie wiedziała, co mogła jej odpowiedzieć, ani czy miała jakąś radę na to wszystko. Bała się również tego, że nie zareaguje, tak jak życzyłaby sobie tego przyjaciółka. Nie chciała mówić o ślepym zawierzeniu wszelkiej nadziei w Danielu – sama przejechała się niejednokrotnie na takich uczuciach i unikała takiego podejście, szczególnie względem osób, których zawód mógł pozostawiać wiele do życzenia. – To twoje życie, Frances. Ty decydujesz o tym, za kogo wyjdziesz, z dala od aranżowanych małżeństw. Z daleka od przymusów… Wiesz tam głęboko, co jest dla ciebie lepsze i tym powinnaś się kierować – i chociaż jej słowa mogły zabrzmieć, jako pochwała czynów dla pani Wrońskiej, tak zwilżając lekko wargi językiem, dała znak, że miało wybrzmieć coś jeszcze. – Jednak nie każdy będzie to postrzegać w ten sposób i również ty nie będziesz na to za parę lat patrzeć tak samo. Sama rzekłaś przed chwilą, że nigdy nie wiemy, co spotka nas za rogiem, a tym bardziej nie wiesz, co spotka Daniela… co spotkało tego zakochanego młodzieńca, co spotkało każdą osobę, którą mijasz na drodze danego dnia. Chciałabym wierzyć, że te uczucia, o których mówisz, zostaną na zawsze, jednak proszę, abyś mimo wszystko budowała swoje poczucie wartości na sobie, a nie na kimś – tymi słowami doszła do sedna własnej wypowiedzi, która wcale nie miała na celu uporządkowywanie zakochanych we Frances mężczyznach do kategorii, a o zadbanie względem jej podejścia do samej siebie. To zmartwiło ją srożej od całej reszty. Głos jej się załamał, bo sama wątpiła w siebie – ciągle, nieustannie, zawsze. Nie była wystarczająco dobrą córką, siostrą, kuzynką, urzędniczką, magizoologiem, obywatelką Anglii. Nie spełniała norm innych, a jednak wciąż strzępkami sił trzymała się poczucia własnej wartości, gdyż chciała być tym, kogo uważała za dobrą osobę. Tylko była to szalona pułapka, która mogła doprowadzić do licznych błędów, a w tym ślepoty na własne potknięcia, których było niemało – przynajmniej w przypadku panny Crabbe.  
Potem było jednak trudniej, gdy nadszedł temat brata Frances. Pierwsze zdania wydawały jej się układać w ostatni obraz, jaki reprezentował sobą jej kochany przyjaciel – Steffen. Chociaż może on nie mówił jej, jakoby odbierała coś źle, lecz to znikanie, brak najmniejszego znaku życia… a przecież go prosiła. Chciała go dalej w swoim życiu, najlepszego przyjaciela, którego miała – zaraz po bliźniaku, rzecz jasna. Cattermole zawsze potrafił do niej dotrzeć, rozbawić i rozchmurzyć, niczym młodszy braciszek, którego w zamian chciała otoczyć opieką. Rozumiała Frances, bo ile można prosić się kogoś, aby pamiętał o takiej drobnostce, która mogła zaprzątać życie innej osoby, do bólu dręcząc niszczycielskimi myślami. Kolejne słowa lekko ją zmroziły, a wzrok uciekł gdzieś na bok, nie mając odwagi stanąć przeciwko licu Wrońskiej. Cierpiała… każdy cierpiałby, gdyby przyszło mu lub jej zderzyć się z taką sytuacją. Nie znała takiego Keata i nawet nie wiedziała, czy chciała znać. Wzdrygnęła się lekko, choć może to od chłodu? Sięgnęła niespiesznie po koc, a potem przysiadła się do przyjaciółki, otulając ciepłym materiałem nie tylko siebie, ale również i drobne ramiona Frances. Nie miała już słów, którymi mogłaby próbować obronić Keatona, a zrzucona bomba informacji domagała się natychmiastowego wytłumaczenia i to z jego strony. Przyciągnęła do siebie przyjaciółkę, tuląc delikatnie i w opanowany sposób, a jednak po każdym jej kolejny słowie wrzała. Jakim cudem mógł zapomnieć? Jak mógł się tak zachować? Nie mieściło jej się to w głowie, brakowało w tym wszystkim puzzli, musiały utknąć w ciemności pod jakąś szafką czy innym łóżkiem. Chciała się po nie schylić i rozgrzebać, aby układanka złożyła się w całość – jednak skryte elementy były zbyt daleko od niej, przynajmniej w tej chwili. Wreszcie do tego wszystkiego dołączyła Philippa – ta, u której ostatnimi czasy Crabbe często przebywała, ucząc ją i pomagając w zajmowaniu się niuchaczami. Jednak nie tylko… spędziły razem wiele chwil, podobnych do tej, gdy rozmowa przetaczała się przez dwa umysły, pogłębiając swoistą więź. – Phillie nie miała z pewnością tego na myśli… – mruknęła cicho, naiwnie wierząc w przyjaciółkę. Jak to się stało, że nawet w przyjaźni musiała stać okrakiem pomiędzy dwoma duszkami? – Nie, to ja przepraszam. Nie powinnam o to pytać – wtrąciła się natychmiast w słowa alchemiczki, przytulając ją ostrożnie. Słowa zaś zapamiętała i nie omieszkała poruszyć ich znaczenia przy najbliższym spotkaniu z panną Moss.     
Na szczęście rozmowa potoczyła się dalej w rejony bardziej adekwatne do przysłowiowego babskiego wieczoru. Wciąż jednak było jej głupio za zadane pytania, za osąd na podstawie zaledwie własnej percepcji. Nie chciała wnikać w ich konflikt, a jednak ciekawska natura pragnęła rozeznać się w tym co siedziało w myślach Philippy – tylko ona mogła jej powiedzieć cokolwiek więcej. A Keat? Na ten moment nie chciała go widzieć, potrzebowała ochłonąć, bojąc się, że mogłaby go skrzywdzić słowami. Chociaż teraz… nie wydawał jej się już tak wrażliwą na nie osobą.
Opowieść o furiatce z rodu Slewyn rozmyła smutki i panna Crabbe pokręciła głową z niedowierzaniem na kolejne wyczyny tej szalonej, ognistej kobiety. Sądziła, że Lady Morgana i jej dziwne upodobania, jakimi zaczynała raczyć się również Aquila, ulegając parszywej modzie, były jednorazowym przypadkiem, a jednak Wendelina uświadomiła ją, że z Selwynami po prostu było coś nie tak. – Jeśli tak się mają sprawy z wiedzą lady Selwyn, to biada tym, którzy skosztują eliksirów spod jej ręki – dodała, podsumowując nieco temat Wendeliny. Natomiast o reszcie wymienionych szlachcianek słuchała z zaintrygowaniem. Szczególnie w kwestii jej kuzynki, bo czy Frances zdawała sobie sprawę kim była dla Forsythii? Musiała… tak przynajmniej wydawało się pannie Crabbe. – Cóż takiego zrobiła Aquila? – zapytała, unosząc lekko brew. Czyżby rozpowiadała dalej dyrdymały rozpisane ręką Corneliusa w Walczącym Magu? Wierzyła głęboko w inteligencję lady Black, lecz ostatnimi czasy… zawiodła się na niej. Nie była to już ta Aquila, z którą spędziła dzieciństwo. Coś się zmieniło, coś ogromnego, czego nie potrafiła do końca wychwycić. A może stała się po prostu damą? Nie pojmowała zbytnio tego, wszak z Evandrą lub Primrose potrafiło obyć się bez ciągłego powracania do tematu polityki. Może to kwestia rodziny? Blackowie żyli tym, co działo się w Ministerstwie, a więc lady z tej rodziny musiała mieć pewną, wyrobioną opinię. Tylko czy była to jej wina, że była tak… okrutna? Sythia chciała wierzyć, że jej kuzynka była po prostu zagubiona, jednak zaczynała dostrzegać coraz częściej, że mogła się mylić. Aquila po prostu taka była. – Naprawdę? Dziwne… Nic mi o tym nie wspomniała – stwierdziła dosyć zaskoczona tym faktem. Może zapomniała? – Syntetyczne rubiny? Przepraszam, Frances, ale nic mi to nie mówi – westchnęła. – Mogłabyś mi… wytłumaczyć? – nie bała się o to zapytać, każdy moment w życiu był wart przyswojenia nowej wiedzy.    
Smutna prawda o opustoszałych półkach sklepowych przywoływała lawinę myśli. Również te, które dotyczyły jej wczorajszego wieczoru, poranka, aby przebiec przez cały dzień, dochodząc do momentu, w którym znalazła się tutaj, racząc kremem mogącym być w przyszłości wyjątkowym rarytasem. – To ich ulubiony przysmak, po prostu. Soczysty i orzeźwiający! Chociaż lepszą metodą jest kłanianie się, wówczas kappa pozostaje na łaskach czarodzieja, aż ten wypełni talerz na jej głowie wodą. Również wtedy z wdzięczności za wodę kappa nie skrzywdzi tego, kto jej pomógł – wyjaśniła pokrótce. Kochała stworzenia zamieszkujące wschód i właściwie nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego tak bardzo ją do nich ciągnęło. Inny mieli smoki, kolejni niuchacze, a ona chciała wrócić do Azji i Indii. A może do wolności, jaką tam uzyskała z dala od Anglii?
W przejęciu obserwowała przyjaciółkę, nie potrafiąc pojąć zagadki trunku. Naprawdę dla niej wydawał się całkowicie w porządku, a skoro kobieta zapewniała o tym, że nie była chora, może wówczas po prostu wino nie trafiało w jej gusta? Chciała przez chwilę dla pewności zaoferować przyjaciółce wizytę w św. Mungu lub ewentualne dopytanie na recepcji hotelu czy mieli gdzieś w pobliżu uzdrowiciela, jednak po namyśle wolała sobie tego oszczędzić. Frances naprawdę wydawała się kwitnąć, więc Sythia wolała ostatecznie zrzucić winę na gusta smakowe. – Urlopy mogą doprowadzać do rozleniwienia – mrugnęła do przyjaciółki, podnosząc się z dywanu. W rzeczy samej doskonale zdawała sobie sprawę, jak to jest zostać ofiarą takiego precedensu. – Wydaje mi się, że wszyscy tak reagują – dodała jeszcze, a potem postanowiła uprzątnąć kieliszek Frances, aby następnie dolać sobie wina do własnego. Nie czuła oporu przed tym, aby się napić, może poniekąd tego potrzebowała, jakiegoś rozluźnienia.
Zaciekawiona słuchała o dziwnym zleceniu, reagując wachlarzem emocji na twarzy, jednak nie śmiała przerywać przyjaciółce. Opowieść była… przykra, o tym jak łatwo można zdradzić własną rodzinę. Poczuła się może nawet nieco dziwnie, wszak sama miała odrobinę podobnego posmaku na sumieniu. Dopiero gdy ta skończyła opowieść, postanowiła wtrącić się ze swoimi pytaniami. – Jak łatwo można pomylić metanol z normalnym alkoholem? Czy osoba, która się na tym nie zna… pozna różnicę? Jak długo trzeba go pić, aby doprowadzić do skutków ubocznych? Łatwo go dostać? – brzmiała, jak gdyby prowadziła wywiad, co właściwie niewiele mijałoby się z prawdą. Chciała wiedzieć o tym, potrzebowała właśnie takich asów w rękawie, na wszelki wypadek gdyby… Poczerwieniała z lekka, lecz nie wycofała pytań. Zaskoczona samą sobą i śmiałością zainteresowania, spróbowała ukryć to gdzieś pod maską przysłuchiwania się dalszym słowom alchemiczki. – Ani trochę, a ty nie będziesz mieć problemu, że jednak uraczę się winem? – zapytała z grzeczności, a potem ułożyła się wygodnie na łóżku. To był dobry wieczór, taki którego każda z nich potrzebowała, nawet jeśli wydawał się mieć swoje wzloty i upadki.

| zt
:pwease:


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969
Re: Old Inverlochy Castle [odnośnik]10.08.21 14:14
13.02.1958
Vivienne and Jayden

Trzynaście kiepsko przespanych nocy. Ckliwe momenty odeszły w niepamięć wraz z opuszczeniem murów Hogwartu. Ostatnie łzy przelała nad złamanym paznokciem - ot, tak w imię pychy, próżności i zapatrzenia we własne ja; łzy zaś spowodowane jego osobą, były kroplami teraźniejszości.
Kilka miesięcy temu spotkała go na nowo, w swojej własnej, innej, niezrozumiałej formie. Dojrzalszej, w której przypływy chwilowych emocji nie powinny mieć miejsca, bo przecież rozmawiali jak równy z równym. Nawet, jeśli świat ich jako równych nie uznawał.
Zachodnie krużganki obdarowywały rozpuszczone włosy złotymi barwami resztek słońca. Śnieg rozpraszał złoto, błękitny materiał sukni rozprowadzał się w oczach innych jako blask bieli. Ten dzień miał być inny, jak i inna powoli stawała się Vivienne - dalej rozkapryszona, dalej jeszcze nie w pełni dojrzała, bo nie miała prawda taką być. Powinna być spokojniejszą, próbującą odnaleźć jakąś drogę dla siebie, która rozniesie jej imię prędzej, niż zrobi to ciężki natłok wymogów i obowiązków czyjejś żony. Chciała być kimś więcej, a jeśli ktoś w jej życiu - mimo wszelkich emocjonalnych zawirowań - był przykładem i motywacją, to on.
Znaną sobie posturę zobaczyła już w oddali, wtedy też subtelnie skinięcie głowy skłoniło ulubioną służkę do odstąpienia lady na krok, aby pozostawić jej moment na swobodną - stosunkowo swobodną - rozmowę. Delikatny uśmiech, raczej życzliwy niż skrywający wewnętrzną niepewność, skierowany został w stronę mężczyzny w momencie, gdy ten wreszcie ją zobaczył. Ledwie kilka kroków, jedna dłoń zaciśnięta na ozdobnym woreczku ze znaną mu zawartością, druga delikatnie spływająca po materiale zimowej sukni. Odpowiedni dystans jak przystało na damę i setki myśli przesuwające się w podświadomości, gdy rozpoczęła grę.
Nawet będąc szczerą, musiała zostawić ten nikły gram ułudy. Nie po to, by go oszukać - po to, by go chronić. A przede wszystkim chronić siebie.
- Profesorze, witam. - Delikatnie zniżona głowa zmusiła pannę do poprawienia kosmyka włosów, spadającego z ozdobionego kolczykiem ucha. Nie wyglądała tak, jak poprzednim razem - roszczeniowość odeszła w zapomnienie, bo i powód spotkania był inny, niż mógłby się sam Vane spodziewać. Nie dlatego, że temat był nieważny - dlatego, że Vivienne zawsze wydawała się szczególnie odległa od jakichkolwiek szczerych objawów współczucia czy dobroci.
- Bardzo dziękuję za spotkanie. Już po krótce wspomniałam w liście o zabawce... koniku, ale chciałabym od razu przejść do sedna. - I choć raz nie myśleć w tym wszystkim o sobie i Tobie. O tym, co ja wiem, czego Ty nie wiesz. Co ja czuję, czego Ty nie czujesz.
Lekkie przełknięcie śliny przesunęło roszczącą sobie prawo do istnienia gulę w gardle, zaś sięgające za żebra włosy na moment zatrzymały się z naturalnego falowania do nieruchomości, jaką wymusiła głowa. Dopiero ruch ręki wskazał zasugerowany przez damę kierunek spaceru, zaś nieświadoma zbliżającej się katastrofy lady rozpoczęła wynaleziony temat spotkania, nim miała ich spotkać złośliwość przypadku.
- Jak wpłynęła wojna na aktualną sytuację w Hogwarcie? Jest... bezpiecznie? Czy jest coś, co moglibyśmy zrobić, my, jako arystokracja a w szczególności moja rodzina, dla szkoły? - Bo podstawą jest wychowanie młodego pokolenia w odpowiednim duchu. Takim, z którym Vivienne nie do końca się zgadzała, ale takim, w jakim musiała głosić postulaty. Hogwart był kolebką przyszłości - nie dlatego, że był szkołą, ale dlatego, że stanowił zbiorowisko młodych, świeżych umysłów, które pozostając obiektywnymi, będą mogły wprowadzić ład, jakiego zabraknie, gdy wojna wreszcie dobiegnie końca. Wszak, nie działania wojenne, zaś sprzątanie po nich buduje prawdziwe, zgodne społeczeństwo.
Spojrzenie wędrowało po spokojnej, zawsze odzianej w odpowiednią, bijącą dozę inteligencji twarzy, nim do uszu obojga dotarły pojedyncze krzyki, donośny płacz i całkowicie zrozumiałe patrząc na wiek, poszukiwanie uwagi. Błękitne tęczówki oderwały się od rozmówcy, choć nie wypadało, gdy ten zaczął swoją wypowiedź. Szukała źródła dźwięków, upatrując wreszcie małego berbecia, który uparcie zmierzał w ich stronę. Nie baczył na innych, nie zastanawiał się nawet nad tym, by ominąć znajdujący się na kostce, brudny złóg śniegu. Parł wprost na jej bladą suknię, w niebogłosy roznosząc całą skalę dziecięcego głosu. - Mamo!!! - Na moment przystanęła, kierując się prawdopodobnie tym samym zastanowieniem, zdziwieniem i zmartwieniem co Jayden. Nie nawykła do bliskości dzieci, nawet nie za bardzo wiedziała co ma zrobić w tym momencie. Po prostu stała, spiorunowana sytuacją i dziwnym zrządzeniem losu.


and just in time, in the right place

steadily emerging with grace

Vivienne Bulstrode
Zawód : Arystokratka
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
shuffling the cards of your game
and just in time
in the right place
suddenly I will play my ace

OPCM : 10
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty
skryta pośród szarości.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8796-vivienne-l-bulstrode https://www.morsmordre.net/t8813-listy-do-vivienne#262276 https://www.morsmordre.net/t8811-it-s-all-lies-darling https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8814-vivienne-bulstrode
Re: Old Inverlochy Castle [odnośnik]10.08.21 17:29
Vivienne & Jayden

13 lutego 1958

« Dziecko chce być dobre. Jeśli nie umie - naucz. Jeśli nie wie - wytłumacz. Jeśli nie może - pomóż. »
Jeśli miał być szczery, list od Vivienne był ostatnią rzeczą, której się spodziewał. W nawale korespondencji tyczącej się potencjalnej współpracy zawiązanej w Genewie listów gratulacyjnych odnośnie książki oraz tych chętnie go krytykujących znalazła się koperta odmienna od innych. Papier jakościowo lepszy od reszty, a sowa, która ją przyniosła, nie wyglądała na zmęczoną. Wyjątkowo zadbana oraz dumna miała charakter pasujący do kogoś o podobnych naleciałościach. Być może profesor jedynie odniósł podobne wrażenie, podczas gdy wiadomość od Vivienne ułożyła się na samym wierzchu całkiem sporego i wciąż rosnącego stosu. Wszystko zaś było kwestią przypadku, zdarzenia losowego, że w tydzień po otrzymaniu listu sięgnął koniec końców po jego treść, znajdując chwilę czasu na przejrzenie papierologii. Znane, niespodziewane nazwisko przykuło męską uwagę, a rozbudzona — czemu rozbudzona nie potrafił dokładnie określić i chyba wolał nad tym dłużej nie rozmyślać — ciekawość kazała przeczytać skreślone wyraźnie kobiecym, uczącym się kaligrafii piórem. Ciężko było też nie odczuć bijącej z treści pokory, jakiej nie spodziewał się po autorce. Nie. Nie potrafił pojąć, co nią kierowało. Ich ostatnie spotkanie wiązało się wszak z niepewnością, niezrozumieniem i widoczną walką o rację. Zwieńczenie tamtejszej dyskusji — o ile ichni spór można było tak nazwać — nie wiązało się z niczym przyjemnym, a wymiana słów całkowicie niepojęta. Dla niego. Ona zdawała się w końcu doskonale wiedzieć, co miała na myśli, lecz nie zamierzała oświecić go w żaden sposób. Być może byłby w stanie zrozumieć. W jakiś sposób. W jakimś momencie. Gdyby miał możliwość, czas i spokój, lecz tych aktualna sytuacja poskąpiła każdemu. Każdy musiał sprostać wyzwaniom tak odmiennych od panujących podczas pokoju. Gdyby nie wojna, wciąż miałby żonę, z którą wychowywałby synów, nie martwiąc się o ich bezpieczeństwo z godziny na godzinę. Nie nosząc żałoby, która wybijała się w czerni ubioru i przełożonej na lewą rękę obrączki. Nie ograniczałby chwil, nie bojąc się ich zmarnowania.
Dlatego też między innymi odpisał lady Bulstrode, aby spotkali się po jego spotkaniu w Old Inverlochy Castle. Potrzebował także ograniczenia przy rozmowie z profesorem Gilbertem, który nie potrafił zakończyć swojej wypowiedzi, gdy już ją rozpoczął. Powołanie się na kolejne widzenie wyratowało astronoma z ramion niezręczności i irytacji. Jednak czy aktualnie nie zmierzał ku nowym niezręcznościom? Ku nowym irytacjom? Ciężko było powiedzieć. Nie widział jej, odkąd kaprys magiczny cisnął go ku Ulicy Śmiertelnego Nokturnu na szlacheckie zebranie, którego nigdy nie chciał być uczestnikiem. Nie dlatego, że gardził. Nie dlatego, że źle życzył. Dlatego, że nigdy nie chciał mieć wglądu do ichniej rzeczywistości. Zdawał sobie sprawę z wielu aspektów, znajdował się w wielu domach arystokracji, uczył ich dzieci, lecz nigdy, n i g d y nie byłby w stanie wyprzeć się własnego pochodzenia oraz dumy, która się z tym łączyła. Krew płynąca w jego żyłach napawała go dumą, podobnie jak więzi, jakie przekazał swoim synom. Miałby z tego zrezygnować? Dla czego? Dla kogo?
Przyjemna zmiana miejsca spotkania była dobrym fatum. Ze służącą oddaloną od swojej pani na kilka kroków nie mieli w sobie nic z przesadnie dosadnego, wolnego, dzikiego spotkania w bibliotece. Vivienne, na którą w tym momencie patrzył, nie była drapieżnym, wymuszającym uwagę kociakiem, który dla atencji zrobiłby wszystko. Spokój, jaki od niej bił, był inny. Odmienny. Słowa powitania naznaczyły też odpowiedni dystans, który rozpoczął się w listach, na nowo budując mur graniczny. Odpowiedział jej równie odpowiednio, czekając na to, co miało być celem zajścia. Z chęcią też ruszył u jej boku — wpierw pozwalając, by poszła przodem, dołączając do niej pół minuty później — wiedząc, że przejście się, nawet najdrobniejsze, wspomagało myślenie oraz nabranie dystansu. A być może łatwiej było wypowiedzieć własne myśli? Słysząc jej pytania, zdziwił się, co mogło odmalować się na męskiej twarzy, gdzie lekko zsunięte brwi, konsternacja w spojrzeniu, zsunięte ku dołowi kąciki ust potwierdzały zaskoczenie. Nie przerywał jednak, słysząc i widząc trudność, z jaką przychodziło zabranie przez Vivienne głosu. Czy chodziło o temat rozmowy, ułożenie go w słowa, czy może o jego towarzystwo — nie wiedział. Nie mógł wiedzieć. Szli obok siebie, ona niższa od niego, ale z łatwością skupiająca na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. Kiedyś powiedziała mu, że strój był zbroją damy — stojąc na szkolnym korytarzu i modyfikując układ szkolnej szaty. A teraz... Teraz znów byli na krużgankach, lecz nie szkolnych. Mimo to Hogwart wybijał się w wymianie urwanych słów, jakby naznaczając to, z czym mieli się mierzyć już zawsze, będąc w swoim towarzystwie. - Dziękuję za zainteresowanie. To ważny temat - odpowiedział spokojnie, gdy zapadła cisza, w której czekała na jego reakcję. Nie miało się to jednak odbyć bez gorzkiej prawdy, a skoro zaczęła o tym mówić, on nie zamierzał ustąpić pola. - Czy lady pyta też o dzieci, które Ministerstwo Magii zamierza wyrzucić ze szkoły? - Nie był zły, agresywny, obwiniający. Chciał wiedzieć. Chciał znać odpowiedź, bo przecież nie byli sobie równi. Nie patrzyli na świat tak samo. On był kimś, kto liczył się dla szlacheckiego, czystego świata z uwagi na wiedzę i prestiż. Bez tego byłby nikim. Bez tego nie pytałaby o to. Bez tego nie liczyłaby się z tym, co miał jej do powiedzenia. Ale zanim zadała pytanie, zanim napisała list, znała przecież jego stanowisko. Cała szkoła je znała. Że Vane nie rozdzielał, nie klasyfikował. Uczył wszystkich i bez względu na wszystko, trwał przy swoim. I chociaż doskonale wiedział, że Vivienne mówiła w tym momencie tylko i wyłącznie za siebie, a nie za całą szlachtę, chciał znać odpowiedź. Chciał znać jej odpowiedź. Nim to jednak nastąpiło, odjął od niej spojrzenie, by uplasować je na padającym po drugiej stronie krużganek śniegu. - Jeśli mam być szczery, nie rozumiem sensu tego spotkania. Odnoszę wrażenie, że darzy mnie lady niechęcią. Zabawkę mogła dostarczyć sowa. - Podobnie jak pytania, które mu przedstawiała. Podobnie zresztą odpowiedzi mogła uzyskać od dyrektora. Podobnie jak to wszystko — czy nie było płonne?
Dziecięcy krzyk, płacz i lament oderwał jednak uwagę mężczyzny od zadanego pytania, jak i spojrzenie od zimowego krajobrazu. Biegnące w ich stronę kilkuletnie dziecko prezentowało obraz bardzo młodej rozpaczy, chociaż nieskoordynowany bieg oraz wpadnięcie na Vivienne wydawało się... Dziwne. Jeszcze dziwniejszy okazało się słowo wydobywające się z gardła chłopca. Mamo! Czy nie była, aby za młoda? Czy dziecko nie byłoby pod opieką piastunki? Nie wiedział o wszystkim. Nie zwracał też uwagi na jej dłonie i obecność obrączki, która mogła kryć się pod innymi licznymi pierścionkami, dlatego nieważne jak mogło go to zaskoczyć, może istniało sensowne wytłumaczenie. Zaskoczenie na twarzy arystokratki dodatkowo zdekoncentrowało profesora, lecz szybko zrozumiał, że mogła zajść pomyłka, a dziecko myliło Vivienne z matką. - Co się dzieje? Gdzie twoi rodzice? - spytał, pozwalając sobie kucnąć tuż obok damskiej spódnicy, do której doczepiony był malec. Nie był jednak w stanie zrobić nic więcej, gdy poczuł, że mała, lepka od — najprawdopodobniej cukru — rączka pochwyciła jego rękę i mocno się na niej zacisnęła. Jayden nie był zaskoczony, bo nawykł do dziecięcych uścisków, którymi obdarzali go synowie, lecz ewidentnie poczuł się nieswojo, słysząc kolejne dziecięce słowa. - Nie zostawiaj mnie już, papo! - załkał chłopiec, zwracając ku astronomowi duże, pokryte bielmem oczy. - Mamo, proszę! - Kolejny szloch, a drobne palce nie chciały wypuścić dłoni Vivienne. Surrealizm sytuacji wydawał się przekraczać wszelką granicę. Być może dlatego Vane'owi ciężko było odpowiednio szybko zareagować, zostawiając go z wyraźnym szokiem wymalowanym na twarzy.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Old Inverlochy Castle [odnośnik]10.08.21 19:23
Jayden Vane nie miał prawa wiedzieć. Pogrywał przecież z mistrzynią ułudy, kłamczuchą wśród kłamczuch i lady miliona masek, która z każdym ruchem wprawiała świat w nową, wyimaginowaną rzeczywistość własnych słów. Nie mogła przyznać prawdy, która kołatała się w niewieścim umyśle - nie dlatego, że było to dla niej złe, bo wszak, do czego nie posunie się chętna do manipulacji nastolatka, ale dlatego, że tym bardziej wszystko by popsuła.
Popsułaby to, co teraz plasowało się przed jej oczyma. Jego obecność, zachowanie i chęć rozmowy, którą mimo budowanego dystansu odczuwała. Gdzieś wewnątrz gotowała się odrobina niepewności i wstyd, który rażącymi płomieniami dobierał się do trzewi i wywiercał dziurę w brzuchu. Wiedziała, że nie przemyślawszy swojego zachowania, pozwoliła sobie na kapryśność, niegodną nawet samych wili czy ich potomkiń. A co dopiero lady, która miała trzymać na wodzy umysły innych.
Teraz stała przed nim ze świadomością, do czego ta znajomość może jej służyć. Bez uniżania, do którego nie nawykła, ale z odpowiednią dozą szacunku, szczególnego, bo w czysto naukowo-dydaktycznym światku zasługiwał na niego niczym swoisty autorytet. Trochę przez pryzmat wieku w porównaniu do osiągnięć, trochę dlatego, że ją nauczał. Ale przede wszystkim przez budowany mur, który postanowili zburzyć, by teraz budować go na nowo. W niezrozumiały, ale konieczny sposób, bo gdy zbliżała się czerń następnych dni, drobne nieścisłości emocjonalne powinny odejść na drugi plan.
Uczucia to słabość, a ona nie chciała być słaba.
- Tak, pytam także o nie. - Uśmiechnęła się delikatnie, lekko nerwowo, bo temat polityki ministerstwa i arystokratów mierzwił każdego, kto nie był w ich propagandę ślepo zapatrzony. - I wiem, kim jestem, profesorze, ale gdy rozmawiamy bez innych przedstawicieli arystokratycznej socjety, nie musi profesor mówić na mnie lady. To wskazuje, jakbym była kimś szczególnym… - Lekkie zawahanie się zwieńczyła ułożeniem dłoni na krótki moment w wieżyczkę, która po chwili poprawiła połacie sukni. - A w tym momencie nie jestem. Nie przy panu. - Uważała go za kogoś bardziej wartościowego, bo choć szlacheckie wychowanie wprawiało ją w duszącą niemalże dumę, tak dom Roweny wskazywał, że ceniła coś, co sama zaprzepaściła w imię bycia idealną córką. Z bólem serca, który teraz towarzyszył każdemu przemyśleniu, ale pewnością swoich czynów. - Wracając jednak… Interesują mnie wszystkie dzieci oraz to, jaki czeka je los. - Jeden oczywisty, oboje o tym wiedzieli, ale błękit jej spojrzenia wyrażał nienaturalną nadzieję. Nie stanowiła opozycji nurtowi, jaki wyrażała jej rodzina i najbliższe otoczenie. Po prostu próbowała to zrozumieć i rozważała, zamiast ślepego podążania za opętanym głosem. Starała się być ponad; ponad bezmyślne rozkazy i niemoralne przekonanie o słuszności działań. Kierowała się swoją osobistą moralnością, nie moralnością grupy. Bo tylko za swoją moralność mogła odpowiadać.
Nie miała jednak zapłacić za to ceny, bo nigdy otwarcie nie sprzeciwiała się działaniom Rycerzy. Po prostu unikała frontu, milczała czy kłamała, pozwalając sobie na rozmowy polityczne pod względem bardziej filozoficznym, niż tym tkliwym. Tak było bezpieczniej - dla niej, dla jej rodziny, dla wszystkich. Nawet dla niego, bo gdyby ktoś wiedział o jej niepewności, to winę mógłby zwalić chociażby na kontakty z nim. Ciche prychnięcie przerwało jednak kontemplację, sprowadzając damę na grunt rzeczywistości.
Vane był ostatnią osobą, co do której powiedziałaby, że darzy go niechęcią. Dlatego nie odpowiedziała od razu, dając momentem ciszy sygnał, że wzięła jego słowa do serca i postanowiła odpowiedzieć na nie po przemyśleniu.
- Musi pan pojąć jedną lekcję. Nigdy nie spodziewałam się, że nauka w takim duecie może iść od strony ucznia… ale pan pewnie doskonale wie, że ja też mogę udzielić kilku, osobliwych lekcji. - Lekko uniesiona broda, spojrzenie wbite na wprost i błąkający się w kąciku uśmiech, lekko rozbawiony, deczko wskazujący na stres. - Najlepszą obroną jest atak, a dla osób wychowanych w taki sposób jak ja, każde poczucie bycia… gorszym, jest atakiem. Fakt, że trafiłam właśnie do domu Roweny pokazuje, że ktoś obdarzony wiedzą, intelektem i osiągnięciami naukowymi może być postrzegany przeze mnie jako lepszy. Dlatego, że sama dotykam szklanego sufitu przez urodzenie pod konkretną płcią, w konkretnej sytuacji. - Jedynej córki, przyszłej kobyły rozpłodowej i ozdoby męża. Dwa pchnięcia, kilka minut wyuczonego krzyku i dziewięć miesięcy poszerzania sukienek. Cykl życia, aż skóra się zmarszczy a jedyną atrakcją pozostanie tycie na atłasowej kanapie. I wtedy zda sobie sprawę, że tego dnia i mówiła prawdę, i kłamała. I nigdy nie wiedziała co tak naprawdę jest jej rzeczywistością.
Grymas przerodził się w krótki moment nostalgii, ale potrząśnięcie głową odegnało natłok druzgocących myśli, sprowadzając rozmowę na właściwe tory. - Teraz jednak nie jest czas unoszenie się przerośniętą dumą, a działanie.
Już miała mówić dalej, gdy jednak dźwięki przerodziły się w irracjonalną sytuację, zaś lepka rączka oplotła smukłe, obdarzone pierścionkami dłonie. Nie potrafiła przed dłuższą chwilę wyjść ze zdziwienia, oszołomienia niemalże. Bliskość dzieci nie była jej znana. Nawet sama jako podlotek widział rodziców kilka razy w tygodniu, a i tak wszelkie wspomnienia sprowadzają się do mamek, guwernantek i służek. Matka nigdy nie towarzyszyła jej przy wybieraniu pierwszych sukienek na większe wyjścia, a jeśli już pojawiała się przed oczyma Vivienne, to raczej jako odległa postać pośród innych ludzi, których jeszcze nie znała. Wtedy dłoń guwernantki nakazywała iść dalej korytarzem, a spojrzenie matki i córki spotykało się jedynie na krótki moment. Bez większych emocji, niż doza smutku pośród rudych loków czterdziestoletniej wówczas lady Bulstrode.
Stała tak, słuchając pytań profesora i bełkotu dziecka. Nie miała bladego pojęcia co zrobić i dopiero silniejsze pociągnięcie za dłoń zmusiło ją do działania. Niepewnie, jakby zaraz pod nią ziemia się miała zawalić, przykucnęła przy dziecku i patrząc na ten obraz nędzy i rozpaczy, jak nie jakieś co najmniej żałoby, przetarła pojedynczą łzę z ciepłego, pulchnego policzka. Skąd dzieci mają tyle łez, jak ich główki są takie małe?
- Twoja mama zaraz przyjdzie, już dobrze. - Kiedy bała się jeździć, jej ojciec nakazał jej głaskać szyję konia do momentu, gdy się rozluźni. Teraz gdy strach o nieumiejętność przeszywał każdy ruch damy, pozostało jej zastosować złotą zasadę Harfanga Bulstrode’a jeszcze raz. Opuszki szczupłych palców sięgnęły do policzka, zbierając każdą spływającą łzę. Kciuk pogładził czółko, zaś nieruchome oczy dziecka wskazały na coś, co zmroziło do cna błękitną krew. Krótkie spojrzenie trafiło wreszcie na Jaydena, a nim mówiła tylko jedno.
Co teraz?
Już wiedziała co teraz, gdy dziecko rozpłakało się jeszcze bardziej, a ciepły policzek wtulił się w dłoń, pokrywając ją dozą wszelkich płynów. Dwa razy pociągnięcie noska, kilka razy clamkanie, aż kolejny werdykt wyszedł na światło dzienne. - Zimno mi.


and just in time, in the right place

steadily emerging with grace

Vivienne Bulstrode
Zawód : Arystokratka
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
shuffling the cards of your game
and just in time
in the right place
suddenly I will play my ace

OPCM : 10
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty
skryta pośród szarości.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8796-vivienne-l-bulstrode https://www.morsmordre.net/t8813-listy-do-vivienne#262276 https://www.morsmordre.net/t8811-it-s-all-lies-darling https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8814-vivienne-bulstrode
Re: Old Inverlochy Castle [odnośnik]10.08.21 20:48
« Dziecko chce być dobre. Jeśli nie umie - naucz. Jeśli nie wie - wytłumacz. Jeśli nie może - pomóż. »
Nie miał oczekiwań w stosunku do znajomości z młodą lady Bulstrode. Niczego od niej nie chciał. Nie widział jej jako środka do celu czy przedmiotu, który mógłby wykorzystać odpowiednio i odtrącić, gdyby przestała mu być już potrzebna. Nie widział budowania z nią relacji w celach inwestycyjnych, jakie miały mu się gdzieś i kiedyś opłacić. Postrzegał ją jako kogoś, kto posiadał potencjały i kto stał w miejscu, gdzie stało wielu przed nią. I miało stać także wielu po niej... Rozstawionych gdzieś pomiędzy własnymi przekonaniami a oczekiwaniami, jakie mieli w stosunku do niej inni. Rodzina, przyjaciele. Ona sama wierząca w monotonne przesłania bombardujące jej młody umysł. On jednak nie miał wobec niej oczekiwań. Nie interesował się dla korzyści. Chciał, aby po prostu żyła bezpiecznie i szczęśliwie, ta samo jak życzył tego każdemu. Bo gdyby tak się stało, nie znajdowaliby się w sytuacji takiej, jak ta. Gdzie wystarczyło przejść poza granice zamku, aby dostrzec rozpad i strach. Ból i cierpienie. Bo to wszystko było złudne. To nic nie znaczyło — wolność. W świecie z niej wyzbytym mogli tak długo o niej agitować, tak wiele ubarwień tworzyć, a wszystko kończyło się na jednym i tym samym. Jej braku. Jayden miał wolność do wypowiadania swoich racji tak długo, jak nikt go nie słyszał. Ale nie chciał się ukrywać. Nie chciał zaprzepaścić tego, w co wierzył i w czego ochronę wkładał swoje wartości. Widział wszak dzieci głodujące na ulicach, dorosłych zarzynających się nawzajem, rozkładające się, zapomniane ciała bez imienia. To była ich wolność — nie mieli wyboru nawet co do tego, jak mieli zginąć. A on nie godził się z tym. Nieważne czy miał polec po drodze — zamierzał walczyć z tym, co nienaturalne. Co wyzbyte sprawiedliwości — nawet jeśli niematuralny w tym wszystkim był on sam.
- Uparcie więc będziesz mówić do mnie w ten sposób? - odpowiedział jej, unosząc brwi, jakby delikatnie kpiąc sobie z tej postawy. Owszem, dzielił ich wiek oraz pozycja, ale czy sama nie porzuciła tytulatury gniewnie i odważnie ostatnim czasem? Westchnął jednak w kapitulacji, wiedząc, że nie miało to większego znaczenia. - Niepotrzebnie się umniejszasz. Jesteś sobą, Vivienne. Wystarczysz mi taka. - Jego spojrzenie przemknęło po wybrzuszeniach kamiennych, zamkowych ścianach tak bardzo przypominających Hogwart. Czy dlatego czuł się tam tak swobodnie? Czy w ogóle Szkoła Magii i Czarodziejstwa miała być bezpieczna? Właściwa? Ludzie wszak znikali i to nie tylko uczniowie — nauczyciele z wątpliwymi wizjami na świat również. Ile czasu miało minąć, zanim i jemu mogło się to przydarzyć? Mąż zbrodniarki wojennej. Ojciec jej dzieci. Buntownik w poglądach i działaniach. Samotny wilk przeciw całej gromadzie rozwścieczonych hien. Nikt wszak nie mógł go znieść — konserwatyści, jak i lewicowcy przystający z Zakonem Feniksa. Tacy jak on nie istnieli. Zapodziali się, wyginęli. Czy dlatego też poczuł pewne poruszenie, słysząc słowa szlachcianki? Bezczelnie negującą politykę własnej rodziny. Dzięki bezczelności mógł rozwijać się świat. - Pytałaś, co moglibyście zrobić - wrócił powoli do wcześniejszego tematu, nie pozostawiając jej bez odpowiedzi. Zawiesił na niej uważne spojrzenie, chcąc widzieć, jak wyglądała, gdy zabierał głos. - Wiem, że twoje intencje są szczere, ale jeśli nie zakończymy tego szaleństwa, nie będzie już nikogo do ratowania.
Fakt, że trafiłam właśnie do domu Roweny pokazuje, że ktoś obdarzony wiedzą, intelektem i osiągnięciami naukowymi może być postrzegany przeze mnie jako lepszy.
Słysząc jej wytłumaczenie, zatrzymał się, równocześnie robiąc krok, by zatrzymać również i ją samą. Zatrzymać przed dalszą wędrówką, zagrodzić jej przejście własnym ciałem i patrzenie przed siebie — miała patrzeć na niego i zrozumieć sens padających z jego ust słów. Bez względu na to, co sobie w tym momencie myślała. - To nie jest wytłumaczenie. I nie dbam o to. - Strącił jej przemowę dość łatwo, wkładając pewność oraz przekonanie we własne słowa. Nieważne, że kobieta za nią wpatrywała się w to z niepewnością wypisaną na twarzy. - Skąd pochodzisz, jakie nosisz nazwisko i czy jesteś kobietą, czy mężczyzną. W mojej klasie nigdy nie było większych i lepszych. Byliście tam ze mną z jakiegoś powodu — mieliście się uczyć nie tylko tego, o czym rozmawialiśmy. Chciałem, żebyście patrzyli szerzej niż ja. Niż wasi rodzice. - Nie rozumiała, jakie wywołała w nim wzburzenie. I nie to gniewne, lecz ewidentnie zaskakujące. Przecież nie uważał się za wyraźniejszego. To nie była gra o figurę szachowego króla — miał im do przekazania wyjątkowość każdego z nich. W tym także i jej samej. A teraz mówiła mu, że była nikim? Nie. Nie mógł tego przyjąć z pokorą. - Ciągle się czegoś od was uczę. I być może nie jestem pojętnym uczniem, skoro nie umiem cię zrozumieć. I tego, że dobrze ominęłaś moje pytanie. - Lekki, blady i przepraszający uśmiech pojawił się na chwilę na profesorskiej twarzy, by dość szybko zaniknąć. - Jestem tym zmęczony. - Czym? Nią? Sobą? Rozmową? Brakiem zrozumienia? Brakiem odpowiedzi?
Rozmowę dorosłych przerwało pojawienie się dziecka, które odwróciło ich uwagę od siebie nawzajem. Może i lepiej, że tak się właśnie stało, chociaż wyraźne nazwanie Vivienne mamą, a Jaydena ojcem wzbudziło poruszenie nie tylko dwójki czarodziejów, lecz samych świadków zdarzenia. Gdyby profesor się skupił na głosach, usłyszałby podszepty mówiące o skandalu, oburzeniu czy haniebnym zachowaniu. Czy gdyby rozpoznałby zdania, zareagowałby? Wiedział, że nie powstrzymałby rozchodzących się plotek. I nic sobie z tego też nie robił. Był już wcześniej ich obiektem, jego przyjaciółka również. Mieszkali wszak z Pomoną razem, jeszcze zanim zaczęli wspólne życie. Zawsze chciał ją chronić przed społeczeństwem, dlatego też stawał między nią a resztą świata. Opiekował się. Kochał. A na końcu poległ. Ale nigdy więcej. Proszę. Nigdy więcej.
Zimno mi.
Nie czekał. Przerwał więc dystans, który jeszcze zachowywał wobec dziecka i rozpiął płaszcz, by otulić nim chłopca oraz podnieść go na ręce. Ciepło bijące od jego ciała — większego i produkującego więcej energii — spływało na to mniejsze i działało odpowiednio, skoro Vane odczuwał chłód na klatce piersiowej. Widział wzrok towarzyszącej mu arystokratki i chociaż dał się zaskoczyć, wiedział już, co mieli zrobić. Mogła to dostrzec w jego postawie, twarzy, oczach. Koniec z płaczem i dalszą rozpaczą. Bez względu czy byli rodzicami małej znajdy, czy też nie. - Mamy coś dla ciebie. Chcesz niespodziankę? - spytał, pozwalając, aby zasmarkane, zapłakane dziecko zostawiało wyraźne ślady swej bytności na jego ramieniu. Nie zwracał jednak na to uwagi, gdy spojrzenie uciekające ku kobiecie wyraźnie ponaglało Vivienne do reakcji. - Może zabawkę?


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Old Inverlochy Castle [odnośnik]15.08.21 22:29
Może to, że widział realia, ale nie rozumiał genezy było najbardziej bolesne w momencie, gdy poszukiwała zrozumienia tam, gdzie mogła widzieć tylko osąd. Właśnie osąd - oskarżenie i werdykt - widziała wtedy, gdy wszystkie emocje wypłynęły wraz z dozą nastoletnich hormonów, kotłując pod powiekami wiecznie tę samą scenę.
Ominął ją, pogardził jej osiągnięciami. Osiągnięciami. Głupie, naiwne dziewczę, które sądzi, że fałszywością zawojuje świat. Może nawet ją przeceniał. Wtedy.
Teraz jednak była kimś innym. Pewniejszym, dojrzalszym, stąpającym po marmurowej posadzce rodowego zamku z jakąś wizją, która sięgała dalej niż poza bycie dobrą córką. Nigdy nią nie była, a tylko złudny urok osobisty sprawdzał, że naganne spojrzenia nie objęły jej - wszak rozkapryszonej i rozpieszczonej - osoby. Może jednak była głupiutka - głupi ma przecież zawsze szczęście.
- W takim razie przestanę. Skoro tak wolisz. - Krótkie skwitowanie, lekko wędrujący po kącikach ust uśmiech i przeświadczenie, że powiedział dokładnie to, na co liczyła. Czy to była ta nieumyślna manipulacja, którą niejednokrotnie wypominały jej bliskie osoby? Być może, dopóki jednak przynosiło to bezbolesny skutek, mogła sobie na nią pozwolić nawet względem niego. Szczególnie względem niego, prawdę mówiąc.
Dlatego odpowiedź nie była satysfakcjonująca, ale innej nie spodziewała się od wolnego, światłego umysłu. Rozsądek nigdy nie chciał wojny, przysłaniając ją cieniem nie tyle moralności, co kapitału. Nieopłacalność sięgała zenitu, bo nawet wygrywając, zysk można liczyć jedynie w mniejszych stratach - ona, jako arystokratka - rozumiała to nawet lepiej, będąc prawdopodobnie bliżej stronie wygranej, niż nawet mogłaby sobie zdawać sprawę.
Nie dlatego, że była świadoma statystyk - kolokwialnie ujmując, dopóki była wysoko urodzona, zawsze mogła pieniędzmi czy znajomościami wykaraskać się z najgorszych problemów. Wygrać swoje własne życie. Tylko dogłębna rewolucja i przewrót całego systemu, jaki wykreowali, mógłby odebrać jej wszystkie argumenty zawarte w błękitnej krwi.
Nie było mowy o wygranej wojnie. Czy jakakolwiek wojna jest prawdziwie wygrana, jeśli na przestrzeni historii nigdy nie spotkano się ze stuprocentową skutecznością jednej strony? Nawet teraz przed oczyma miała znanych jej szlachciców czy wyżej urodzonych ludzi, których twarze pokryły maski śmierci, zaś oni sami popiołem i wspomnieniem się stali. Wygrać mogła idea i cel, nigdy jednak - chyba, że odbierając jakąkolwiek moralność i jedność grupy współpracujących - nie mógł wygrać człowiek. Właśnie myśli nad tym co się dzieje z ludźmi czynnie działającymi w wojnie - czy w ogóle jakkolwiek wpływa to na ich psychikę - doprowadziły ją do spotkania tutaj. Do pretekstu zabawki, bo w istocie potrzebowała zrozumieć inną rzecz.
Czy właśnie on - między innymi, rzecz jasna, bo mimo wszelkich nagromadzonych w młodym ciele emocji i uczuć, nie idealizowała go jako jedynego pedagoga - nie był tym kreatorem dusz, rzemieślnikiem przyszłości i ratunkiem, za jaki miały się obie strony konfliktu? Z jednej strony były to tylko domysły, nie była przecież blisko zaznajomiona z emocjami w obozie przeciwnym, ale wiedziała jak odbierają to wszystko sprzymierzeńcy jej strony. Prawdopodobnie obie strony chciały wpłynąć na innych i uznawały swoją rację za jedyną prawdziwą. Niektórzy mądrym gestem organizowali rozdawanie żywności biednym, jako świetny gest manipulacji najliczniejszą grupą społeczną.
Ale przyszłość tkwiła w dzieciach i tym, jak one będą kreować świat. Mało kto walczył przecież tylko za czasy obecne - każdy zawsze chciał przyszłości.
- Aby to zakończyć i tak, i tak trzeba rozlać krew. Jedna może być prostsza, druga cięższa. Obawiam się tylko, że chcąc nie chcąc będziemy wracać do punktu wyjścia. - Przytaknęła mu wcześniej na wypowiedziane słowa, które zakołysały się ostrością i swojego rodzaju idealizowaniem pośród chłodnego powietrza krużganku. - Dlatego przyszłość tkwi w tym, co będzie się działo teraz z umysłami dzieci. Kto jak kto, ale pro… Ty o tym wiesz najlepiej. - Błękitne spojrzenie dopowiadało to, czego nie mogły powiedzieć usta. Nie, gdy znajdowali się w miejscu tłumnym i przepełnionym gapiami, chętnymi zgarnąć każdą mniej czy bardziej wartościową plotkę.
- Dlatego warto, aby każdy zastanowił się nad najsłuszniejszą stroną. - Banał tych słów uderzał, kłamstwo rozlało się pomiędzy nimi i tylko Jayden mógł być świadomy, że za słowami kryje się tylko jej własne bezpieczeństwo i pijar. Przyszłość, nauka i inteligencja nie wybiera stron, ale nie idzie też kompromisami.
Tworzy to, co zadowoli wszystkich. Utopię, której sens on wskazał, a do której zbliżyć się nie mogli. Nie oni, jako pokolenie; nie oni, jako ludzie uwikłani w obrazy wojny, które pozostaną na zawsze.
- To nie jest kwestia, byś mnie zrozumiał. Nie teraz, gdy moje podejście uległo zmianie. - Ciepło i dziwny spokój stłumił wybuch oburzonego myśliciela, kiedy lekki, zawadiacki uśmiech skończył się wraz z błyskiem w oku. - Nie odważyłabym się na spotkanie, gdybym nie dojrzała do racjonalnego, nieprzepełnionego zakorzenionymi, wyuzdanymi frazesami postrzegania rzeczywistości. Ale dotarłam do momentu, gdy zdałam sobie sprawę z własnych ograniczeń; tych, które narzucałam na siebie sama. - Próba uspokojenia zszarganych, profesorskich nerwów była po części ułudą. Nie zdołała pogodzić wszystkich demonów i uciec od emocji, jakie generowały zachowania irracjonalne i nieprzemyślane. Nie, bo nadal była tą samą, młodą osobą, której ciało i umysł dogrywają się z realiami dorosłości. Pierwsze skrzypce gra teraz jednak wizja i dojmująca, bolesna i prawdopodobnie mało urokliwa motywacja. Próżna, bo każąca budować swój własny grunt.
Dziecię było jednak odskocznią, odrobinę przerażającą, bo Vivienne była absolutnie nieświadoma jak się takim dzieckiem zająć. Jedna ręka trafiła w lepie, malutkie palce podlotka, zaś druga - tak, jak wskazał na to Vane - dotarła do małej torebeczki i drewnianej zabawki. Lekko drżąca dłoń podała to dziecku pod nos, a całość wyglądała jak komiczny spektakl, gdy okrągłe jak monety oczy Bulstrode próbowały odgadnąć jak w ogóle zagadać do takiego bąbla.
- Zobacz jaka… świetna zabawka! - Główka dziecka nie poruszyła się jednak, małe palce puściły za to dłoń Vivienne i podążyły lekko na wprost, wpierw łapiąc jej rękaw, by wreszcie dotrzeć do zabawki znajdującej się tuż przed nosem. Chyba jedynie pewność bliskości '’ojca’’ pozwoliła na to, by zaraz za smarknięciem na dziecięcych ustach pojawił się wątły uśmiech, zaś zachłanne łapki podążały po wszelkich kształtach zabawki.
Aż, wtem, niczym w spowolnionym tempie, mała zabawka wypadła z równie małych rączek.
I leciała, leciała, dopiero w ostatniej chwili lądując w gnieceniu kobiecej dłoni, która posłusznie podniosła zabawkę prosto w ręce dziecka.
W ciszy, skupieniu i z twarzą wyrażającą przerażenie, zdziwienie i fascynację jednocześnie.


and just in time, in the right place

steadily emerging with grace

Vivienne Bulstrode
Zawód : Arystokratka
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
shuffling the cards of your game
and just in time
in the right place
suddenly I will play my ace

OPCM : 10
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty
skryta pośród szarości.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8796-vivienne-l-bulstrode https://www.morsmordre.net/t8813-listy-do-vivienne#262276 https://www.morsmordre.net/t8811-it-s-all-lies-darling https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8814-vivienne-bulstrode
Re: Old Inverlochy Castle [odnośnik]16.08.21 20:43
« Dziecko chce być dobre. Jeśli nie umie - naucz. Jeśli nie wie - wytłumacz. Jeśli nie może - pomóż. »
Nie uważał się za człowieka nieomylnego. Nie był taki i nie chciał być. Owszem, ludzkie życie pragnęło dążyć do ideału i Jayden nie był w tym odmieńcem, ale popełniał błędy, podejmował złe decyzje, mylił się. Był głupcem, który nie zasługiwał na tytuł, jakim go obdarzano i pod jakim go znano. Był bezmyślną formą, bezużytecznym istnieniem, które nie umiało chronić własnej rodziny. Najbliższej grupy, jakiej był częścią. Której miał bronić i na straży, której winien był stać. Opiekować się i nie dopuścić, by zło, cierpienie, ból wtargnęły przez domowy próg. By umieć zatrzymać je w odpowiednim momencie. Był głupcem. Był głupcem, bo sądził, że dawał im radę. A one weszły między nich. Weszły po nocy niczym cieniści złodzieje i odebrały mu to, co było dla niego najcenniejsze. Wyprowadziły strwożone strachem serce młodej matki, czującej wobec męża i wobec dzieci niesamowitą miłość, przez którą musiała ich opuścić. Odeszła, rozumiejąc doskonale, że mężczyzna, który wówczas spał, trzymając w objęciach małe istoty, zatrzymałby ją z łatwością. Zatrzymał jak za każdym razem, gdy wątpiła. W końcu tak dobrze go znała. Tak dobrze znała samą siebie, wiedząc, iż nie byłaby w stanie mu odmówić. Zostałaby, rozpadając się pod jego spojrzeniem, dotykiem, pod słowami, jakie potrafił wobec niej kierować i które kierował jedynie ku niej. Bo czy sama mu się do tego nie przyznawała? Nie mówiąc mu tak znamiennie i bez końca? Jayden. Doprowadzasz mnie do szaleństwa. Złego i dobrego. Skrajnego i wyważonego. Wszak nauczył się, ile dla niej znaczył i że dobrowolnie oddali sobie nawzajem królowanie nad swoimi osobami. To prawda — miał nad nią władzę tak samo, jak ona miała nad nim. Wystarczyło wszak, by wypowiedziała jego imię — w przypływie słabości, złości, radości, rozkoszy. Był jej. Jak i ona była jego. Dlatego odeszła. Odeszła wymykając się pod osłoną nocy, zmęczona, wycieńczona kilkugodzinnym porodem, znikając w najmniej spodziewanym momencie. Vane zastanawiał się wielokrotnie, czy pocałunek, którym go obdarzyła i czuły gest otulenia dłonią jego policzka, jedynie mu się wówczas śnił, czy był częścią półsennego wspomnienia należącego do tamtej nocy. Wówczas był szczęśliwy. Wówczas był spełniony. Wówczas był głupcem. Profesor Jayden Vane — głupiec i błazen oszukany przez własną miłość i pijany szczęściem.
Musiał liczyć się z konsekwencjami. Nie analizował każdego odejścia od własnej normy, nie pamiętając tego, co zrobił, ale zdecydowanie ostatni czas niósł na swoich barkach to, co bolało go najmocniej. Ułuda stabilnej rzeczywistości upadła, odkąd Grindelwald pojawił się w szkole. Odkąd Złota Wieża Hogwartu legła w gruzach. Odkąd nastąpiły anomalie. Odkąd Mia i Pandora straciły życie. Odkąd zawaliło się Stonehenge. Odkąd Pomona odtrąciła go w Dolinie. Odkąd Londyn utonął w niewinnej krwi. Odkąd został sam z chłopcami. Odkąd zaczął się nowy rok. Odkąd Thomas, James i Marcel wylądowali w Tower of London. Odkąd rzeczywistość przestała być prosta. Odkąd on przestał być prosty. Odkąd otworzył oczy, a na to wszystko było już za późno. Dlatego starał się robić, co tylko mógł, żeby walczyć o to, co pozostało. O te resztki człowieczeństwa rozbijające się niczym rozbitkowie na wielkich falach oceanu brutalności i wrogości. Niesprawiedliwości i zła. W końcu czym była wojna, jeśli nie wypowiedzeniem ludzkości wyzwania i zagrożenia eksterminacji? Wbrew temu co głosiły propagandowe hasła, nikt nie był bezpieczny. Twarze bohaterów nie do zdarcia, ginęły wraz z czasem — po jednej, jak i po drugiej stronie. Starzy i młodzi. Wielcy i malutcy. Oddani i wątpiący.
Aby to zakończyć i tak, i tak trzeba rozlać krew.
- Mam dość śmierci. - To nie była zwykła odpowiedź. Nie kontrolował jej. Nie kontrolował również warkotu ukrytego w wypowiadanych zgłoskach i wydobywającego się jakby z profesorskiego wnętrza. Głębokiego i groźnego. Czysto męskiego. Wilczego gniewu. Głos wszak na sam koniec uwiązł astronomowi w gardle, choć nie było w nim wątpliwości lub braku pewności. Przebijała się tam emocja, której nie wstydził się okazać, ale której nie zamierzał też całkowicie spuścić ze smyczy. Utrzymywał wszak panowanie, chociaż nie kłamał. Nie manipulował. W końcu tym właśnie był od dłuższego czasu — a Vivienne mogła usłyszeć jako jedyna to, co wszyscy widzieli, lecz czemu wszyscy odmawiali istnienia. Coś, co siedziało w większości aktualnie istniejących ludzi, ale było odtrącane. Odmawiane. Zaprzeczane. Coś, co było głos prawdziwie cierpiącego człowieka. Szybko odwrócił jednak twarz, nie zatrzymując się nad tym, co się w nim działo, bo przecież nie mógł. To nie było miejsce i czas. To nie było właściwe, aby tak wiele własnych emocji przekładał na ciało dawnego uczennicy. Niezwiązanej, niechcącej się związywać z jego uczuciami. Każdy wszak przechodził własną burzę, popełniał własne zbrodnie. Kłamał, aby choć przez chwilę poczuć się, że żyje... - Nie ma słusznej strony, tak jak nie ma jednej ludzkiej prawdy - odpowiedział cicho na stwierdzenie szlachcianki, patrząc na spacerujących po krużgankach w oddali przed nimi czarodziejów i czarownice. - Moja żona zostawiła swoje dzieci w myśl własnej idei. Idei, w którą wierzyła, że jest słuszna. Powiedz mi więc, Vivienne? Powiedziałabyś matce chroniącej własne dzieci odejściem, wierzącej, że to jedyne co może dla nich zrobić, ponoszącej ostateczne poświęcenie, że wszystko, w co wierzyła, wszystko, co wyznawała, jest, było i będzie kłamstwem? Że jej poświęcenie było bez wartości? Że ona sama była bez wartości? - Był spokojny. Nad wyraz zupełnie jakby wcześniejszy gniew pomógł mu znaleźć się w innym wymiarze. Gdzie dotychczasowe cierpienie go nie dotykało. Gdzie odseparował się od wizji zmaltretowanego ciała Pomony. Pustego, lekkiego. Pozbawionego życia. A więc zginęła za nic? Utraciła duszę dla kłamstwa? - Nie ma żadnej słusznej strony. Może dla ciebie. Może i dla mnie długi czas wydawało się, że wiem, co jest słuszne. - Kiedyś nie zapłaciłby łapówki. Nie wsparłby rządu własnymi pieniędzmi. Rządu, z którym się nie zgadza. Nie robił wszystkiego, aby wydobyć drugie istnienie na wolność, pomimo iż ich przewinienia były prawdą...
Nie odważyłabym się na spotkanie, gdybym nie dojrzała do racjonalnego, nieprzepełnionego zakorzenionymi, wyuzdanymi frazesami postrzegania rzeczywistości.
Zatrzymał ją ponownie, lecz nie rozedrganiu emocji. Znów miał w sobie spokój, opanowanie. Kalkulację. Logikę i spojrzenie, które badało jej twarz tak uważnie. - Skoro mówisz o własnych ograniczeniach, Vivienne... Nie masz władzy nad tym, co zrobi twoja rodzina. I doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Nie pomożecie dzieciom, które nie mieszczą się w wyznawanych przez was schematach. Nie ocalicie ich, chociaż właśnie to powinno mieć miejsce. Czego więc dotyczy to spotkanie? - Czego dotyczyło? Po co się spotkali? Powiedział jej wcześniej, że zabawka mogła zostać dostarczona listem. Dlaczego więc? Po co go więc chciała go widzieć? - Czego chcesz? Ode mnie?
Dziecko w jego ramionach zmieniło bieg rozmowy. Zmieniło dynamikę spotkania, jak i to, co działo się wokół. Spojrzenia już leniwie nie przesuwały się po ich sylwetkach, ludzie nie spacerowali wokół — wszystko skupiło się na nich i chłopcu. Z lepkimi rączkami, dużymi, ślepymi oczami. Z drżącym od chłodu ciałem. Czy zabawka miała w czymś pomóc? Nie wiedział. Czuł jednak, że z każdym kolejnym momentem, małe dłonie zaciśnięte na jego szyi, rozluźniały się. Jakby ich właściciel był coraz bardziej zrelaksowany, bezpieczniejszy, chociaż ciche skomlenie wciąż wydobywało się gdzież z zagłębienia jego ramienia. W pewnym momencie jedna z wolnych, klejących się łapek ponownie wyciągnęła się w kierunku Vivienne i zaciskając na jej palcach własne, przyciągnęło bliżej. Na oślep. Jayden poczuł gwałtowną bliskość kolejnego ciała u boku, a szybkie spojrzenie skontrolowało wyraźnie niezręczną sytuację. Astronom chciał zareagować, gdy kolejne słowa malca kazały mu się zatrzymać, a wzrok z dłoni młodszej kobiety przeniósł się na jej twarz. Bo tak jak i w jej mimice kryło się tak wiele uczuć, tak w jego czaiło się jedna — rodzicielska słabość.
- Tato... Chodźmy do domu.
- Puść wpierw matkę - poprosił spokojnie, acz bez zawahania, nie odrywając spojrzenia od oczu Vivienne, która wciąż znajdowała tak bardzo blisko. Jedną z dłoni zjechał na splecione mocno ręce chłopca i dziewczyny, otaczając je tą większą, własną i chwytając ostatecznie nadgarstek dziecka. Sugestywnie i bez wyrzutów. - Teraz - powiedział, równocześnie skinąwszy lekko głową Bulstrode, aby wspólnymi siłami próbowali wydostać ją z dziwnego, niewłaściwego potrzasku.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Old Inverlochy Castle [odnośnik]23.08.21 22:14
Każdy przeżywał swoje własne, niedoścignione zrozumieniem innych dramaty. Jedni zakotwiczali obawy w szklance whisky, opróżniając ją do dnia niczym nagromadzone w duszy emocje. Inni klękali z rozgoryczeniem przy trumnach, płacząc rzewnie nad utratą dziecka. Jeszcze inni, tacy jak ona, pogardzani byli przez los brakiem przygotowania. Lawirowali ponad cierpieniami innych, panosząc się w całym nagromadzonym w tym świecie dobrze. Pochłaniając je dla siebie, w pełni nieświadomi, że innym pozostawały tylko ochłapy chwilowego szczęścia. Pozornie. Na pierwszy rzut oka, bo każdy miał przeznaczoną gamę cierpień. Nawet ona, może nie tak ckliwą i dołującą. Nie tak ujmującą za serce, ale jednak sprawiającą, że mimo patrzenia na świat z innej perspektywy, potrafiła mu w ciszy współczuć.
Mawia się, że miłość zabiera klucz do serca, zaś gdy się ją traci, nigdy go nie oddaje. Być może wyrywa żywcem ostatnie, pragnące czynić z nas ludzi tkanki. Być może bolesne przypomnienia utraconych uczuć boleć będą zawsze. Ale w tym wszystkim był tym wyjątkowym szczęśliwcem, który na swojej drodze mógł doświadczyć takiego uczucia. Odprężyć się w cieple, które rodziło się w piersi na samą myśl o drugiej osobie. Zasmakować przyjemnych dreszczy przyjemności na wspomnienie przeżytych uniesień, którym daleko do zwykłej fizyczności. Czuć się bezpiecznie w objęciach kogoś, kto z pewnością nie chciał go skrzywdzić. Nawet, jeśli to zrobił.
- Nie jestem nią, Jaydenie. Nie ukoję twojego bólu, nie cofnę jej odejścia. Ale jeśli potrzebujesz powiedzieć co leży ci na sercu, to zrób to teraz. - Jej i tak nie dotknie coś, czego nigdy nie będzie w stanie zrozumieć. Nigdy nie przeżyje bolesności, niemalże duszącego cierpienia utraty kogoś, kogo się kocha, jeśli nigdy nie pokocha. A w jej świecie - tym idealnym, wymuskanym, perfekcyjnym - nie ma miejsca na miłość. Są tylko powinności.
I tą samą powinnością przemilczała to, jakie intencje kryły wypowiedziane przez nią słowa. Przemilczała podniesiony ton, emocje wyrywające z mimiki resztki spokoju. Przemilczała to, że gdzieś wewnątrz kobiecego umysłu dalej tliły się emocje, które wymuszały na niej współdzielenie cierpienia. Teraz - po tylu latach - wiedziała, że nie była i nie jest to miłość, do której prawdopodobnie nawet nie jest zdolna. Ale było coś. Coś, co kazało jej wracać. Coś, co kazało jej kryć ból obserwowanej sceny w lekkim grymasie smutku i współczucia.
W kłamstwie, bo to była jedyna rzecz, jaką znała.
- Nie ma, są tylko pozory słuszności, które teraz wzniosły się w niezrozumieniu wcześniejszych słów. Ale bez obaw, nie kontynuujmy tematu. Nie zbesztajmy pamięci na rozmowę w krużgankach. - Są tylko bogowie i mordercy. Zbrodniarze i ofiary. Zwycięstwo i wygrana. Jałowość wypowiedzianych przez nią słów uderzała, gdy nie było w nich typowych dla niej emocji. Może ją też czasami coś przerastało? Tak jak teraz, gdy lawina emocji przeciążyła to, co sama nigdy nie wypowiedziała i nie miała zamiaru powiedzieć? W jej życiu miało się liczyć tylko to, co wyda na świat. Jak zwierzę, które im więcej urodzi potomstwa, tym większej ilości poderżnie się gardło na pieczeń. Jak ziemia, którą zbesztają wyżsi i ważniejsi ludzie, depcząc jej owoce. Nie doświadczyła i nie rozumiała jego emocji, nie w taki sposób jak on. Nie, gdy dla niego dzieci były pamiątką, a dla niej miały być ratunkiem. Nie, gdy on mógł pozwolić sobie na wypowiedzenie takich słów - wszak neutralnych aż po szpik kości. Nie, gdy ona za takie słowa skończyłaby czym prędzej jako popychadło dla przestarzałego lorda, który za każde słowo przeciwko ich ideologii skazywał by ją zaciśnięciem tłustych dłoni na kobiecej szyi. Na pogardę. W jej ustach słowa inteligencji i moralności stanowiłyby pogardę.
- Właśnie tego, czego według ciebie nie mogę dokonać. Już nic więcej od ciebie nie chcę. - Jej słowa, mimo znaczenia, nie były wypowiedziane w złości. Emanowała dziwnym, niemalże niezrozumiałym spokojem, który rozprowadzał się wokół aurą dojrzałości i dyscypliny. Tylko w taki sposób mogła ukoić jego nerwy - spróbować to zrobić, bo nikt poza jedną osobą nie potrafił tego zrobić w pełni. I chyba tylko to sprawiło, że wreszcie miała zapaść cisza.
Dziecię było czymś w rodzaju metafory, której obecność w tej chwili dawała kobiecie zbyt duże pole do namysłu. Drobne palce zaciśniętych na tych, które nigdy nie zaznały tak silnego uścisku. Dążenie do ciepła, którego nigdy nie uczyniła bardziej niż poprzez rękę matki leżącą na ramieniu. Czasami, gdy próbowała jej przekazać, że musi wyglądać jak dama. Szczuplej, powabniej, milej. Nigdy nie powiedziała ,,Tato, choćby do domu’’ bo wszak nie wypadało tak mówić do szanownego ojca. Pana ojca. Szanownego rodzica, jednego z dwóch. Była w potrzasku przyszłych plotek, obaw i emocji, których nie rozumiała, a które napędzały skrajną troskę w umyśle młodej kobiety.
Była w potrzasku samej siebie, jakże nieumiejętnej w obejściu z innymi, gdy nie wchodziła w kwestię salonowa gra pozorów. Nie znała prawdziwej wojny, nie znała prawdziwych zachowań dzieci, nie znała tego ciepła, którym pozostała dwójka potrafiła innych obdarować. Jakby jej uścisk był chłodem, który potrafił dawać jedynie ułudę. Ułudę matki, której nawet nie potrafiła udawać, nigdy nie widząc prototypu takiej kobiety w innym archetypie, niż damy z zaciśniętym gorsetem. Wyciągnęła dłoń w uścisku, wymieniając jedno z ostatnich emocjonalnych spojrzeń z Jaydenem, gdy wreszcie podniosła się z przykucniecia, zauważając biegnącą w ich stronę postać. Przerażoną, pełną obaw, zapłakaną i mającą na celu tylko jedno. A ona, jak zwykle kłamliwa i fałszywa, potrafiła tylko samej sobie kłamać, że kiedyś obdarzy cokolwiek, kogokolwiek takimi uczuciami.
- Biegnie matka. - Ostatni szept, krótki i prozaiczny. Ostatni krok w tył, splecione palce na wysokości talii. Wyprostowana postawa i powrót do normalności w postaci ostatniego poprawienia sukienki.


and just in time, in the right place

steadily emerging with grace

Vivienne Bulstrode
Zawód : Arystokratka
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
shuffling the cards of your game
and just in time
in the right place
suddenly I will play my ace

OPCM : 10
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty
skryta pośród szarości.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8796-vivienne-l-bulstrode https://www.morsmordre.net/t8813-listy-do-vivienne#262276 https://www.morsmordre.net/t8811-it-s-all-lies-darling https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8814-vivienne-bulstrode

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Old Inverlochy Castle
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach