Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Samantha Bott

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Samantha Bott
Samantha Bott

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t86-wzor-karty-postaci https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/
Zawód : amnezjatorka
Wiek : 47
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Zamężna
You and I knew strange corners of life.
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Samantha Bott  Empty
PisanieTemat: Samantha Bott    Samantha Bott  I_icon_minitime20.06.19 21:09


Samantha Darlene Bott, née Ross  

Data urodzenia: 12 kwietnia 1909r.
Nazwisko matki: Brinley
Miejsce zamieszkania: Londyn
Czystość krwi: mugolak
Status majątkowy: średniozamożny
Zawód: amnezjator
Wzrost: 170cm
Waga: 67kg
Kolor włosów: brązowy lub rudy
Kolor oczu: piwny
Znaki szczególne: brak


Dorastanie w mugolskiej rodzinie jest piekielnie trudne dla czarodziejskiego dziecka.

Bez przerwy przydarzają mu się niewytłumaczalne sytuacje, a mugole nie wiedzą jak na nie reagować. Wszystkie zjawiska paranormalne wzbudzają w nich niepokój – cierpią na manię dotykania, patrzenia, słuchania. Magii nie da się zbadać, a więc niezwykle ciężko w nią uwierzyć. Niby przestali palić nas na stosach, jednak ten pierwiastek w nich pozostał. Po prostu przejawia się w inny sposób, mniej drastyczny, ale wciąż nieprzyjemny.

Tak było w moim przypadku. Urodziłam się w przeciętnej rodzinie na przedmieściach Birmingham. To szare i smutne miasto, za którym nigdy nie przepadałam. Moja matka była rozchwytywaną krawcową, wręcz czarodziejką w swoich fachu, która potrafiła uszyć dosłownie wszystko. To właśnie ona nauczyła mnie podstaw tej niezwykłej umiejętności, co zresztą przydało mi się później w dorosłym życiu, kiedy nie wiedziałam jak zarobić na chleb. Ojciec natomiast był szewcem, już nie tak znanym, ale według mnie równie dobrym. Większość dnia spędzał w swojej pracowni, skupiając całą swoją uwagę na butach. Dobrze pamiętam dzień, kiedy obudziła się we mnie magia – miałam wtedy sześć lat i wbiegłam rozbawiona do tej jego świątyni, co niezwykle mu się nie spodobało. Nie cierpiał kiedy ktoś mu przeszkadzał w pracy, więc zaczął na mnie krzyczeć, a mój strach w przedziwny sposób udzielił się wszystkim butom, które nagle zeskoczyły z biurka. Ojciec uznał to za powiew wiatru, ale ja dobrze wiedziałam, że to była moja wina. Przez następne dni chodziłam cicho po domu i próbowałam to powtórzyć, ale bezskutecznie.

Magia jednak mnie nie opuściła i dawała o sobie znać w najmniej odpowiednich momentach. Zamknęłam się w sobie i unikałam ludzi – bałam się, że zaczną mnie uważać za dziwoląga, a i tak się ze mnie śmiali przez tę nieśmiałość i dziwaczną aurę jaką wokół siebie nieświadomie roztaczałam. Mojemu rodzeństwu też się to udzieliło, a rodzice bez przerwy powtarzali, żebym wzięła się w garść. A ja nie potrafiłam, bo za każdym razem, kiedy wychodziłam do ludzi, działo się coś dziwnego. Raz wybuchł kosz z jabłkami, innym razem moje włosy nabrały koloru soczystej rudości. Nie tylko czułam się inna, ale naprawdę taka byłam. Chyba dlatego nie zdziwiła mnie wizyta nauczyciela z Hogwartu, a przynajmniej nie tak, jak moich rodziców. Przyjęłam wiadomość o magii ze spokojem, już wcześniej domyślając się, że coś takiego musi istnieć. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale wiedziałam to jakoś podświadomie. Nie mogę tego powiedzieć o rodzicach, którzy od razu wyzwali nauczyciela od wariatów i wyrzucili go za drzwi. W końcu jednak do nich dotarło, że wszystkie słowa niecodziennie ubranego mężczyzny były prawdziwe — ja, Samantha Ross, byłam czarownicą.

Niespełna parę miesięcy później dotarł do mnie list z Hogwartu. Schowałam go przed rodzicami, bo bałam się, że podrą go na strzępy. Wizyta tajemniczego mężczyzny zdawała się nie istnieć w ich pamięci, wyparli się tego wspomnienia i tym samym moich zdolności. Mimo wszystko w końcu pokazałam im list i uzyskałam zgodę na uczęszczanie do magicznej szkoły, choć i to nie obyło się bez kłótni i nieprzespanych nocy.

Magiczny świat mnie zachwycił. Okazał się o wiele ciekawszy niż w bajkach, które mama opowiadała mi do snu. Nie mogłam uwierzyć w to co się działo dookoła! Mocno ściskałam swoją nową różdżkę, bojąc się, że jeżeli zwolnię uścisk to od razu zniknie. Z fascynacją przyglądałam się sowie pocztowej, która grzecznie siedziała w klatce. Nie mogłam się doczekać aż przeczytam wszystkie zakupione podręczniki. Wszystko mnie fascynowało, natomiast moi rodzice zdawali się chodzić zgarbieni, jakby ten nowy świat ich przytłaczał. Zresztą już nigdy więcej do niego nie weszli.


***

Nie zapomnę dnia, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Hogwart. Nigdy nie widziałam równie pięknego i majestatycznego zamku. Od razu go pokochałam, choć jednocześnie miałam ochotę szybko stamtąd uciec. Przestraszył mnie jego ogrom i rozgardiasz jaki w nim panował. Większość moich rówieśników dobrze wiedziała jak się zachować, natomiast ja czułam się jak dziecko we mgle. Trzymałam się z boku, bawiąc się przydługim rękawem szkolnej szaty. Unikałam ich spojrzeń. Bałam się, że będą się ze mnie śmiać przez to skąd pochodzę. Zachowywałam się tak przez cały pierwszy rok nauki – na szczęście w Ravenclaw to nie było aż takie trudne, wiele osób spędzało tam dni na samotnym czytaniu książek. Ucieszyłam się, kiedy Tiara Przydziału wybrała dla mnie ten dom. Gryfoni wydawali mi się zbyt głośni i zadufani, Puchoni za często się śmiali i przytulali, natomiast Ślizgoni sprawiali wrażenie nieszczerych i dwulicowych. Krukoni co prawda bywali chłodni w obyciu, może niepotrzebnie wszystko analizowali i rozkładali na czynniki pierwsze, ale pomagało mi to w poznaniu magicznego świata. Cały pierwszy rok poświęciłam na aklimatyzację: obserwowałam innych czarodziejów, czytałam mnóstwo książek, rozmawiałam z kilkoma zaufanymi znajomymi. Potem wróciłam na wakacje do domu i myślałam, że te dwa miesiące na starych śmieciach będą dla mnie wytchnieniem. Okazało się, że już nie mogłam się nazwać mugolem i spokojnie żyć w niemagicznym świecie – rodzina zdawała się doskonale radzić beze mnie, niejako traktując mnie jak intruza. Tym sposobem przez jakiś czas żyłam w zawieszeniu, bo nie czułam się już do końca częścią mugolskiej rzeczywistości, ale też nie potrafiłam się odnaleźć w tej czarodziejskiej. Byłam takim bytem pośrednim i wtedy czułam się najgorzej. Nie wiedziałam czy chcę wrócić do szkoły czy może rzucić ją i zostać w domu. Mimo wszystko wróciłam, za bardzo ciekawił mnie ten nowy świat.

Wróciłam i z każdym kolejnym rokiem czułam się coraz lepiej. Magiczny świat przestawał mieć przede mną tajemnice. Pogodziłam się z faktem, że jestem czarownicą i po raz pierwszy od dawna poczułam się dobrze w swoim ciele. Tak na miejscu, po prostu. Stałam się dużo bardziej towarzyska i uśmiechnięta, zaczęłam brać udział w kołach zainteresowań. Przez chwilę śpiewałam w chórze, ale mój głos jednak nie zachwycił dyrygenta. Próbowałam też się dostać do krukońskiej drużyny Quidditcha, ale zrezygnowałam zanim nadeszła moja kolej. Za to odnalazłam się w Klubie Pojedynków, bo to właśnie zaklęcia, jako podstawa całej magii, zawładnęły moim sercem. Biegałam na te spotkania jak szalona, czerpiąc radość z każdego pojedynku, nawet tego przegranego. Pilnie studiowałam numerologię, szybko odnajdując w niej swoją pasję, choć z pozostałych przedmiotów też miałam dobre wyniki. Po prostu większość uczniów brała magię za pewnik, a dla mnie to wszystko było tak nowe i interesujące, że pochłaniałam szkolne podręczniki jak dzika i nawet przez myśl mi nie przeszło, że ktoś może to uważać za nudę. Na piątym roku, ku mojemu zdziwieniu, zostałam nawet wybrana prefektem. Odpowiadała mi ta rola: zawsze byłam bardzo dobrze zorganizowana i obiektywna, nawet przebiegły Ślizgon nie był w stanie mnie omamić. Cieszyłam się z tego wyróżnienia, nosiłam odznakę z dumą. Bardzo dobrze zdałam SUM-y, całkiem nieźle poszły mi również OWUTEM-y. Pamiętam ten dzień, kiedy stanęłam w progu wielkich drzwi do Hogwartu i uświadomiłam sobie, że już tutaj nie wrócę. Przeraziła mnie ta myśl, choć dorosłe życie też wydawało mi się ekscytujące. Oczywiście wyprowadziłam się z rodzinnego domu i  wynajęłam wraz z przyjaciółką niewielkie mieszkanko na Pokątnej, w którym żyło mnóstwo bahanek i za żadne skarby świata nie dało się ich wszystkich wyplenić. Większość mojego pokoju stanowiły książki porozwalane po wszystkich kątach, bo marzyła mi się praca naukowa. Chciałam być numerologiem na miarę Wakefielda albo Carnerio. Nawet wysłałam parę artykułów do Horyzontu Zaklęć, ale żadnego nie wydrukowali, co jednak nie podkopało mojej samooceny. Już nie byłam tą zagubioną dziewczynką sprzed kilkunastu lat. Mimo wszystko uświadomiłam sobie, że czas pomyśleć o innej pracy – na moją karierę naukową przyjdzie jeszcze czas, chociaż nie porzuciłam tej dziedziny i wciąż starałam się w niej szkolić. W wolnych chwilach szyłam wszystkim sąsiadkom i ich koleżankom kolorowe suknie, aż któregoś dnia jedna z nich opowiedziała mi o pracy swojego męża. Amnezjator. To brzmiało niezwykle ciekawie, więc już następnego dnia zgłosiłam się do ministerstwa na szkolenie. Znałam mugolski świat od podszewki, znałam też nieprzychylnych magii mugoli. Likwidowanie i modyfikowanie wspomnień brzmiało niesamowicie – to była tak zaawansowana magia, że od razu przemówiła do mojej ambicji. Postanowiłam zostać najlepszym amnezjatorem jakiego kiedykolwiek widział ten stary gmach.

To właśnie tam poznałam Malcolma. Kucał w windzie i robił zdjęcia ptasim piórom – nie tak powinna się zaczynać historia miłosna, ale cóż, w końcu to nie bajka. Stanęłam w przeciwległym kącie blisko drzwi, gotowa szybko stamtąd uciec. To był ważny dzień, miałam dostać uprawnienia do samodzielnego wykonywania zawodu. Malcolm zaczął rozmawiać z sowami pocztowymi, a ja coraz bardziej miałam ochotę uciec z tej przeklętej windy. I tak zrobiłam, szybko wyszłam na swoim piętrze i pognałam na rozmowę. Potem wpadałam na niego niemalże każdego dnia przez najbliższe dwa tygodnie aż w końcu zapytał się mnie czy nie mógłby mi zrobić zdjęcia. Wytłumaczył, że fascynuje się fotografią i stara się w ten sposób zachowywać wspomnienia. A że ja niechcący ciągle pojawiałam się w jego życiu, musiał dodać moją skromną osobę do swojej  kolekcji. Rozbawiła mnie wtedy ta ironia – przecież codziennie przekraczałam próg ministerstwa, żeby pozbawić kogoś wspomnień. Pomyślałam wtedy, że chciałabym go bliżej poznać.

Rok później wyszłam za niego za mąż. Zakochałam się w nim, choć byliśmy jak ogień i woda, ale właśnie to tak mi się w nim podobało. Odbierał świat całkiem inaczej niż ja; miał w sobie luz, którego zawsze mi brakowało. Poczułam się przy nim swobodnie, tak jak nigdy wcześniej. O dziwo, byłam wierną kompanką jego niestworzonych pomysłów. Potrafił się zagalopować, ale wtedy wkraczałam ja ze swoją chłodną kalkulacją i ratowałam go przed nieuchronną śmiercią. Bo Bottowie mają dar do wpadania w tarapaty, one wręcz na nich czekają i rzucają się na kark bez ostrzeżenia. Na szczęście mają również talent do wydostawania się z opałów, choć do tej pory nie jestem pewna czy to na pewno talent czy przypadkiem nie głupota i szczęście. Tak czy siak paradoksalnie odnalazłam przy Malcolmie spokój i żyło mi się lepiej niż kiedykolwiek. Tego porządku nie zakłóciły nawet narodziny naszego pierwszego dziecka, kochanej Anastazji. Wydawało mi się, że nie nadaję się na matkę, lecz wystarczyło raz ją przytulić, żebym zmieniła zdanie. Od tamtej pory nasze życie uległo znacznym zmianom, przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki kilka lat później do Anastazji nie dołączył Bertie. Dwójka dzieci naprawdę potrafiła wejść na głowę, ale dopiero kiedy przygarnęliśmy Matta, w naszym domu zapanował istny chaos. To właśnie wtedy poprosiłam znajomą uzdrowicielkę, żeby nauczyła mnie podstaw magii leczniczej, żebym chociaż potrafiła zatamować krwotok zanim nie dowiozę dzieci do szpitala. Nie było dnia, żeby któreś z nich czegoś nie zbroiło. Nie było również dnia, żebym ja nie podniosła głosu i nie zrobiła się z nerwów czerwona jak burak. I choć czasem kładłam się do łóżka z myślą, że wyjechałabym na bezludną wyspę, szybko dochodziłam do wniosku, że tak naprawdę nie wytrzymałabym na niej ani jednego dnia.

Nie wiem jakim cudem znajdowałam jeszcze czas na rozwój naukowy. Nigdy nie porzuciłam swojej wielkiej pasji jaką była numerologia. Nasza domowa biblioteczka uginała się od albumów, książek dla dzieci i podręczników do numerologii. Starałam się brać udział w wolnych wykładach, szczególnie, że nie odbywały się często, a wieczorami sama siadałam do notatek i porównywałam swoje obliczenia z wynikami z artykułów naukowych. Po namowie Malcolma nawet odważyłam się napisać do jednej z badaczek i zadać jej kilka pytań, a jej wyczerpująca odpowiedź dała mi niesamowicie dużo. Przede wszystkim zdobyłam się na to, żeby napisać jeszcze jeden list, dwa, aż w końcu zaczęłyśmy prowadzić regularną korespondencję. Po niespełna dwóch miesiącach udało nam się nawet spotkać, co dla mnie znaczyło spełnienie jednego z wielu marzeń! Poza tym owe spotkanie zmotywowało mnie do dalszej nauki. Przejrzałam swoje stare odrzucone artykuły i z perspektywy czasu uznałam, że faktycznie były naiwne. Nie tylko je poprawiłam, ale napisałam też jeden nowy, który ponownie wysłałam do redakcji Horyzontów. Jakie mnie ogarnęło zdziwienie gdy jednak postanowili je wydać! Skakałam z radości jeszcze weselej niż moje małe dzieci, a to pierwsze naukowe osiągnięcie spowodowało u mnie głód na więcej. Wszelaką literaturę popularną zamieniłam na ciężkie naukowe tomiszcza, które czytałam do późna w nocy, bo tylko wtedy znalazłam na to czas pomiędzy pracą a domem z rozbrykanymi dziećmi. Mimo wszystko nie chciałam oddawać swoich marzeń, zbyt wiele dla mnie znaczyły.

Kryzys w moim życiu nastąpił dopiero wiele lat później. Wszystko wydawało się układać - dzieci urosły i z powodzeniem ukończyły szkołę, ja jeszcze intensywniej zajęłam się pracą naukową, aż do dnia kiedy Anastazja zniknęła. Tak po prostu rozpłynęła się w powietrzu, a ja w tym samym momencie straciłam cząstkę siebie. Szukałam jej wszędzie, tak samo jak Malcolm, Bertie i Matt. Prosiłam o pomoc znajomych aurorów, absolutnie każdego, kto mógłby coś wiedzieć. Wyczekiwałam sowy z jakimś listem wyjaśnienia, ale nigdy takiego nie dostałam. Myślałam, że oszaleję. Minął pierwszy tydzień, miesiąc, pół roku. Nie mogę powiedzieć, że pogodziłam się z jej zniknięciem, ale nauczyłam się jakoś żyć z tą okropną pustką. Niby żyliśmy normalnie, jednak razem z Malcolmem wiedzieliśmy, że nic nie wróci do normy dopóki nie zobaczymy Anastazji. Wróciła po roku. Nigdy nie poczułam się taka szczęśliwa jak w dniu, w którym ujrzałam ją całą i zdrową. Wtedy już nic się nie liczyło, żadne nieszczęście nie wydawało mi się na tyle poważne, by zaprzątać nim sobie głowę.

Aż do ostatnich wydarzeń. Już od jakiegoś czasu czuło się napięcie w powietrzu, ale i tak nikt nie spodziewał się wybuchu anomalii. W Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof zapanował chaos, jakiego jeszcze nigdy nie widziałam, a zdążyłam już wiele doświadczyć. Wszyscy amnezjatorzy ruszyli do pracy, ale wkrótce się okazało, że skala problemu jest zbyt wielka, byśmy mogli jej zaradzić. Mugole dowiedzieli się o istnieniu magii, a my nie byliśmy przygotowani na taki scenariusz. Rozpoczęliśmy desperacką rekrutację, szybkie przyuczenie do zawodu, ale i tego było za mało. Obecnie siedzimy całymi dniami w biurze, zastanawiając się jak poradzić sobie z tą niewyobrażalną katastrofą. Czasem pojedziemy na jakąś akcję, ale chyba każdy z nas zastanawia się kiedy rozwiążą nasz oddział.
Mimo wszystko wierzę, że wszystko się ułoży.

Patronus: Jamnik nie jest uważany za najdostojniejszą rasę psa, często się o nim zapomina, a przecież to wciąż jest mądry i niezwykle wierny towarzysz człowieka. Zawsze czułam słabość do jamników, chociaż nie potrafię wytłumaczyć dokładnie dlaczego. Podczas wyczarowywania patronusa myślę o jakimś miłym rodzinnym dniu, kiedy siedzimy wszyscy razem na ganku i po prostu sielankowo spędzamy wspólnie czas.  

Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 103
Zaklęcia i uroki:252
Czarna magia:00
Magia lecznicza:11
Transmutacja:00
Eliksiry:00
Sprawność:3Brak
Zwinność:5Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język angielskiII0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaI2
Historia MagiiI2
NumerologiaIV40
ONMSI2
RetorykaI2
SpostrzegawczośćI2
ZastraszanieI2
ZielarstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Odporność magicznaI5
MugoloznawstwoII0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
NeutralnyNeutralny
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)I0.5
KrawiectwoII3
GotowanieII3
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI1
Taniec współczesnyI1
ŁyżwiarstwoI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak- (+0)
Reszta: 1.5

[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Samantha Bott dnia 02.07.19 18:30, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Samantha Bott
Samantha Bott

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t86-wzor-karty-postaci https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/
Zawód : amnezjatorka
Wiek : 47
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Zamężna
You and I knew strange corners of life.
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Samantha Bott  Empty
PisanieTemat: Re: Samantha Bott    Samantha Bott  I_icon_minitime21.06.19 15:58

Gotowe!


Powrót do góry Go down
 

Samantha Bott

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19