Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Jennifer Leach
AutorWiadomość
Jennifer Leach [odnośnik]07.07.19 1:01

Jennifer Mary Leach

Data urodzenia: 27.05.1938 r.
Nazwisko matki: Wroński
Miejsce zamieszkania: nic stałego
Czystość krwi: mugolska
Status majątkowy: uboga
Zawód: wróżbitka, łapie różne drobne fuchy
Wzrost: 172 cm
Waga: 57 kg
Kolor włosów: brązowe
Kolor oczu: niebieskozielone
Znaki szczególne: zapach kwiatów jaśminu i dymu tanich, niemagicznych papierosów


Szlama. Owca, zwierzę, mniej niż człowiek. Ścierwo niegodne życia. Brud. Zaraza swoim istnieniem kalająca szlachetną społeczność czarodziejów. Plugastwo. Słowo to nie kamień. Nie avada. Nic groźnego samo w sobie, prawda? Ale słowa jednoczą. Wskazują cel. Wspólny, wystarczająco wyraźny, żeby było go widać. Eksponują, podkreślają obecność, teraz już problemu, pokazują cel, przeciwko któremu tak łatwo jest się sprzymierzyć. Dźwięczą w uszach, nie dają o sobie zapomnieć, są jak przysłowiowa kropla drążąca skałę. Nagle słyszysz je na każdym kroku, każdy słyszy. Wróg. Zagrożenie. Wyolbrzymione, wyimaginowane, zawsze zbyt słabe, żeby oddać. To dość, żeby zebrać grupę. Wmówić, że są lepsi, że muszą się bronić, że dzieje im się krzywda. Pokazać kierunek, ponownie, przecież nie mogą zapomnieć, co ich łączy i gdzie zmierzają. Rozpęd zagłuszy głosy protestu, zdusi sumienia, tych wyrywnych się wyrżnie lub wykluczy, to dopuszczalne straty. Za przywódcą pójdą wszędzie, z pocałowaniem rąbka szaty. Niech tylko zaświeci im w oczy nowym, lepszym światem. Zwycięstwem na wyciągnięcie rąk.

Nienawiść nie potrzebuje logiki.

Jestem czarnowidzem. Dosłownym i nie. Na niuansach polityki, szczególnie tej magicznej, nie znam się ni w ząb, ale urodziłam się w 1938, czyli na rok przed drugą wojną światową. Musiałabym być głucha, głupia i ślepa, żeby w tym, co się dziś dzieje, nie zauważać żadnych podobieństw. Cech wspólnych z relacjami rodziców i dziadków. Z okropieństwami, które później przyniosła ze sobą ta czarodziejska, kiedy dotarła do Anglii. Do tego typu przepowiedni nie trzeba trzeciego oka. Będzie gorzej, padnie więcej trupów. Wojna właśnie nabiera tempa, zaledwie rozchyla skrzydła. Na głos tego nie powiem, bo dobre morale jest wręcz przeraźliwe ważną sprawą, a w podkopywaniu go rzeczywistość radzi sobie świetnie bez pomocy. Dekrety, łapanki, policja antymugolska, referendum, anomalie, przetasowania u szczytu ministerialnej władzy. Zaczynam żałować przysypiania na historii magii - czy kiedykolwiek zdarzył się rok, w którym było czterech ministrów? Tuft, jej syn, Longbottom, Malfoy, z czego ten ostatni wyniesiony na stanowisko w wyniku przewrotu, z poparciem arystokracji i czarnoksiężników. Jeżeli nie, to 1956 przejdzie do historii. Z wielu powodów. Ze sceny schodzi Grindelwald, witamy na niej Voldemorta, władnego słowem osadzić na najwyższym stołku wskazanego przez siebie człowieka. Ministerstwo Magii, spalone szatańską pożogą, na nowo odbudowane. Przez nową władzę, zapewne tą samą, która zmieniła poprzedni gmach w zgliszcza. Kiedy niecały rok temu słuchałam w tłumie przemówienia Tuft, z mocnym i świeżym postanowieniem zaprzepaszczenia sobie szans na świetlaną przyszłość - rzuciłam właśnie naukę w Hogwarcie, nie decydując się wrócić na ostatni semestr i nawet nie próbując podejść do owutemów - wyobrażałam sobie to wszystko zupełnie inaczej. W myślach już dawno pożegnałam się z uzdrowicielskim stażem, albo dowolnym innym w publicznej instytucji. Nie było nikogo, kto wylałby mi na głowę kubeł zimnej wody. Garstka tych kilku osób, których opinię gotowa byłam uwzględnić przy podejmowaniu decyzji skurczyła się drastycznie, wracać właściwie nie miałam do czego. Ile jest warty dar, szansa zajrzenia w przyszłość, jeżeli ostrzeżenia przychodzą zbyt późno? Co do wizji, mam szczęście. Przychodzą w snach, a wywołanie ich na jawie wymaga wyłącznie zamknięcia oczu. Czyli żadnych widowiskowych napadów, albo czegoś, co uniemożliwia zachowanie ich w sekrecie. Sen, z którego budzisz się dopiero, kiedy wizja dobiega końca, o ile akurat nie obudzi cię nikt inny, nieszczególnie rzuca się w oczy. Gdyby było inaczej, to ze szkołą pożegnałabym się już w chwili, w której dyrektorem został Grindelwald. Byłam Gryfonką. Jeśli ktoś by mi wtedy powiedział, że z własnej woli odejdę z Hogwartu, o powrót do którego gotowa byłam pokłócić się z ojcem, kiedy mi tego zabraniał, to w krótkich, serdecznych słowach poleciłabym go opiece magipsychiatrów.

Wypada wspomnieć o rodzinie. Cokolwiek powiem, im nie zaszkodzi to już w żaden sposób. Cokolwiek zrobię, żadne kłopoty i reperkusje nie spadają na martwych, ani nie ścigają ich po drugiej stronie grobu. Podobno dobrze jest szukać pozytywów w każdej sytuacji, a skoro tak: jest to bez wątpienia jeden z nich. Jestem córką Marii Wrońskiej, artystki, półkrwi czarownicy, która związała się z mugolakiem, pracując w ten sposób na niechęć najbliższych krewnych. Wiem o nich tyle, że później już nie szukali z nią kontaktu. Nie znam ich, więc nawet w myślach trudno mi wrzucić ich do jednego worka z rodziną, ale to tej stronie zawdzięczam możliwość zaglądania w przyszłość, ten bezcenny dar, z powodu którego moja matka wolała wybrać buteleczkę z wywarem żywej śmierci, niż kolejne urzeczywistniające się koszmary. Być może trochę się do nich uprzedziłam. Nie muszą być złymi ludźmi, a jeśli są wśród nich jasnowidze, znajomość z pewnością okazałaby się kształcąca. Nie szukałam ich i nie zamierzam tego zmieniać. Rodzina ze strony ojca - moja właściwa rodzina - w przeważającej części składa się z mugoli. Dziadek, Robert Leach, miał trzech synów i córkę. Z całej czwórki żyje tylko ciocia, obecnego nazwiska której nie przytoczę. Ma trójkę świetnych szkrabów, ten najstarszy już teraz przejawia zdolności magiczne. Wyniosła się, razem z dziećmi i mężem, za granicę. Uważam, że przyjął to dość dobrze. Naruszenie kodeksu tajności było ostatnim o czym myślałam, zjawiając się na ich progu z Prorokiem Codziennym i rewelacjami na temat planowanego wysadzania stolicy. Nie mam z nimi kontaktu, ale przynajmniej wiem, że ominęły ich anomalie. Braci ojca nie spotkałam, jeden był lekarzem, drugi żołnierzem, obaj oddali życie w niemagicznej wojnie. Widziałam ich tylko na zdjęciach. Ojciec, Howard Leach, był aurorem. Ścigał czarnoksiężników. Zawsze wierzył w prawo, więc pewnie nie pochwaliłby połowy moich wyborów. Pochowano go w zamkniętej trumnie, w sierpniu 1955. Zginął podczas akcji, ratując życie współpracownika i jej przebieg, za co pośmiertnie go odznaczono. Dziadek przeklął ten order, za co nie mogę go winić. To był jeden jedyny raz, kiedy widziałam, żeby stracił nad sobą kontrolę, był zawsze niezwykle spokojnym człowiekiem. Tego spokoju trochę mu zazdrościłam. Zachował go nawet w obliczu śmierci. To sen, ale wyraźny jak wspomnienie, taki, który nie znika, kiedy spojrzeć przez okno. Wizja. Do sklepu jubilerskiego, w którym pracował, wpada w tym śnie kobieta. Ucieka, w ślad za nią pojawiają się napastnicy. Mają przy sobie różdżki. Być może żyłby, gdyby nie stanął im na drodze, uciekł, zamiast przekonywać do zaniechania przemocy. Jego ostatnie słowa, że jeszcze mogą się wycofać, nie zrobili nic nieodwracalnego, wydają się odnosić przeciwny efekt. Po obudzeniu wiem, że to już się stało. Nie mógł postąpić inaczej. Pozbawiona sensu, przypadkowa śmierć. Ani dziadek, ani kobieta, która szukała u niego pomocy, nie uszli z życiem.

Kiedy to było? Jeszcze przed przerwą świąteczną, pod koniec 1955 roku. W mugolskich gazetach wzmianki niewyjaśnionych morderstwach pojawiały się już wtedy, czarodziejskie przeważnie milczały. Z zewnątrz docierało do szkoły niewiele informacji. Za czasów - teraz już definitywnie zakończonej - kariery dyrektorskiej Grindelwalda zamek bardzo się zmienił. Rodziny o mieszanej i mugolskiej krwi częściej decydowały się na zabranie dzieci ze szkoły, co było chyba przejawem rozsądku. Kiedy to mówię, brzmię jak staruszka, jakby to były jakieś dawne dzieje, z innego życia. Uparłam się, żeby tam zostać. Z raz podjętej decyzji nigdy nie umiałam wycofać się bez walki, również kiedy obiektywnie nie zawsze była dobra. Tej nie żałuję. Argumenty, którymi posłużyłam się wtedy w rozmowie z ojcem to była tylko połowa prawdy, te o tchórzliwej ucieczce i zostawianiu młodszych na pastwę czarnoksiężnika. W Hogwarcie miałam przyjaciół, Hogwartu dotyczyły moje sny - i w Hogwarcie upatrywałam szansy ich zrozumienia. Rozpoczęte na trzecim roku lekcje wróżbiarstwa dawały mi wgląd w temat, którego w domu nie poruszało się od śmierci matki. Lubiłam wiedzieć, ale to strach najskuteczniej popychał mnie do konfrontacji. Wizje, wtedy jeszcze mętne i niejasne, wzbudzały niepokój. Dobrych nie miewałam, dotyczyły zagrożeń, cierpienia lub śmierci. Na ile były prawdziwe? Musiały być, inaczej nie widziałabym testrali. Dostosowanie się do nowego porządku i zwiększonej dyscypliny, na modłę tej w Durmstrangu wprowadzonej w szkole, nie było niemożliwe. Prostsze od oswojenia się z myślą, że obraz samobójstwa koleżanki z dormitorium to nie jest paranoiczny wymysł. Brudna krew. Omijanie wzrokiem pustego łóżka, kiedy nie wróciła na drugi semestr w połowie piątej klasy, wiązało się z poczuciem winy. Daru, choćby i paskudnego, nie potrafiłam wykorzystać. Przynajmniej nie tak, jakbym tego chciała. Trzecie oko otwierało się, na co w danej chwili chciało się otworzyć, i to wydawać by się mogło, że w zupełnie chaotyczny sposób. Impulsywny charakter nie pomagał, wsłuchanie się w siebie na tyle, żeby odróżnić poddenerwowanie związane z nadejściem wizji od zwykłej irytacji w większości przypadków okazywało się niemożliwe. Pomijając już samą wiedzę, ułatwiającą odczytywanie znaków, wróżbiarstwo jednak okazało się odpowiedzią - wymagało wyciszenia. Odpowiedniego stanu ducha, jakkolwiek to brzmi. Odsunięcia od siebie myśli o sprawach przyziemnych, skupienia i siedzenia w ciszy, co dla mnie od zawsze równało się atmosferze idealnej, żeby przysnąć. Nad filiżanką parującej herbaty czułam się bezpiecznie, rzecz właściwie nie do pomyślenia w dowolnej innej części zamku, odkładałam na bok czujność i podświadome oczekiwanie, że lada moment trzeba będzie atakiem odpowiedzieć na atak. Dawało mi to czas, pozwalało na zebranie myśli, z czasem odkrycie pewnej powtarzalności z jaką zapowiadały się, z kilkugodzinnym wyprzedzeniem, prorocze sny. Co przełożyło się na wyraźnie zwiększone zainteresowanie tą dziedziną. Z natury jestem gadułą, a kłamać potrafię wyłącznie przez przemilczenie, więc oczywiście, że wróżyłam rówieśnikom. Czytałam z dłoni, z fusów przy śniadaniu, stawiałam karty tarota, opowiadałam - przemycając w tym ostrzeżenie lub dwa - i robiłam, co mogłam, żeby odwracać uwagę od szarości codziennego życia albo stresów przed egzaminem. Trudno brzmieć przy tym wiarygodnie, kiedy nie umie się kłamać, więc mało kto traktował mnie poważnie. Bardziej jak nawiedzoną, ale w gruncie rzeczy nieszkodliwą wariatkę. Nikomu nie zamierzałam się zwierzać, dokładać problemów - każdy miał własne. Latałam na miotle, ale nie na tyle dobrze, żeby dołączyć do drużyny. Uczyłam się przyzwoicie, ale zrywami, uwagę poświęcając wyłącznie temu, co w danej chwili uznałam za interesujące. Z dziedzin praktycznych prym wiodła transmutacja, bo możliwość zmieniania jednej rzeczy w drugą miała w sobie coś nieodparcie kuszącego, z teoretycznych było to niezmiennie wróżbiarstwo, a z reszty znałam się na wszystkim po trochu. Przede wszystkim byłam szlamą - jako taka powinnam znać swoje miejsce, pochylać głowę, opuszczać wzrok, milczeć i schodzić z drogi lepszym od siebie. Przejść przez lata nauki nie robiąc sobie wrogów i nie stykając się z obecną w zamku czarną magią może i było wykonalne, ale za mało bałam się o siebie i zbyt łatwo poddawałam złości, żeby słuchać głosów rozsądku. Zdolności retorycznych wystarczało mi akurat na tyle, by odwracać uwagę od młodszych czy przejmujących się bardziej złośliwą, w większości przypadków pozbawioną polotu pyskówką. Rzucić zaklęcie kameleona na zagubionego pierwszoklasistę, nim napatoczy się na Ślizgonów, nie wymagało szczególnych pokładów odwagi. Zdarzało się, że lądowałam w skrzydle szpitalnym z czymś więcej, niż przerośniętymi zębami czy krostami na twarzy. Szaty zachlapane krwią od Sangelio nie miały szans być straszniejsze od tego, co i tak miałam w głowie. Nie myślałam wtedy. Ani o wyuczonej obojętności w spojrzeniach, znieczulicy na krzywdę, chłodzie który świadczył, że da się na drugiego człowieka patrzeć jak na przedmiot, niegodną uwagi rzecz, ani o tym, że dzieci tak blisko zapoznane z czarną magią stanowią idealny wręcz materiał na przyszłych czarnoksiężników.

Sumy zdałam kiepsko, na owutemach się nie stawiłam. Kiedy moi rówieśnicy, przynajmniej ci, którzy szczęśliwie dotrwali do końca edukacji, odbierali wyniki egzaminów i decydowali, co zrobią z zaczątkiem dorosłego życia, ja od połowy roku utrzymywałam się z wróżbiarstwa. Miałam w ręku jeden, może niezbyt chlubny, ale solidnie opanowany fach. Jeżeli ojciec wie, z czego żyję, zapewne przewraca się w grobie. Mam szczerą nadzieję, że nie wie i już go to nie obchodzi - trzymam się prostych wróżb i przestróg, interpretacji snów, wysnuwania możliwych wydarzeń z kształtu wystygłych fusów. Nie zabiegam o opinię prawdziwie jasnowidzącej, bo ostatnim, czego potrzebuję, jest żerowanie na ludzkiej krzywdzie. Rozpacz opłaca się złotem, przestrogi warte są sykli i knutów, ale radzę sobie, na pewno nie umrę z głodu. Nie muszę wmawiać zdesperowanym, że to dzięki mnie poznają los swoich bliskich, co najpewniej i tak byłoby bzdurą - trzecie oko nie widzi na zawołanie, losowość jest zbyt duża. Jedyny prorok imienia, z którym kiedykolwiek miałam styczność, łgał swoim klientom w żywe oczy, choć nie brak mu było wyczucia. Dar czy zdrowy rozsądek, wsiadł na pierwszy statek wypływający do Francji, gdy tylko zapowiedziano referendum. Był taki moment, że rozważałam pójście w jego ślady, bo niewiele zabrakło, żebym faktycznie wylądowała w Tower. I to nawet nie z powodu listu wzywającego na przesłuchania, który podarłam, a później spaliłam w kominku. Zwykła, przypadkowa łapanka, z tych, co to da się przewidzieć, że na pewno będą, ale i tak zaskakują człowieka. Trafić do więzienia za niewinność, to dopiero byłby wstyd. O ile już wcześniej marzyłam o nauczeniu się animagii, czytałam, co tylko mogłam o tym znaleźć i w teorii wiedziałam, jak powinien przebiec cały proces, tak brak widocznych efektów w którymś momencie mnie do tego zniechęcił. Uznałam, że rzecz jest zbyt trudna, zanim zdążyłam poważnie sobie zaszkodzić - ból w mięśniach i kościach, nieskorych do poddania się nagłej transmutacji, ustąpił bez konieczności odwiedzin w Mungu. Dałam sobie spokój. Na jakiś rok. Do prób wróciłam, bo w oczy zajrzała mi perspektywa utraty wolności, przy czym perspektywą Azkabanu, gdyby się to udało, i gdyby wyszło na jaw, nie zawracałam sobie głowy. Jedyne, co potrafię osiągnąć, to kilka jasnych piór. Spektakularny sukces, w tym tempie już za sto lat coś z tego będzie. Trzymam się tak daleko od kłopotów, jak to tylko możliwe. Jak na mnie. W tej sytuacji. W niespokojnych czasach. Nawet nie wiem, kiedy sporadyczne popalanie papierosów przeszło w pełnowymiarowy nałóg. Doskonale oszukują nerwy. Za knuta nie znam się na konspiracji, ale przecież nie będę siedzieć bezczynnie - skoro nie robiłam tego przy wymysłach Tuft, to tym bardziej nie zamierzam robić teraz. Naukę magii leczniczej, rozpoczętą tuż po opuszczeniu szkoły, początkowo na własną rękę, później już pod skrzydłami uzdrowicielki, na której naciski związane z mugolskim pochodzeniem i strach o najbliższych wymusiły zejście do podziemia, musiałam przerwać. Przy anomaliach czarowanie to zawsze ryzyko, większe niż nadmiar pewności siebie. Poznałam ją, kiedy pomogła mi z makabrycznymi skutkami curatio vulnera, rzuconego przy niewystarczającej wiedzy, które z czystej, niewielkiej rany, którą wystarczyło czymś owinąć, zrobiło ranę poważną i ropiejącą. Głupi błąd, ale zapamiętany i procentujący większą ostrożnością. Życzliwości tej kobiety zawdzięczam podstawową wiedzę z zakresu najprostszych czarów leczniczych i dawkowania najpowszechniejszych eliksirów, którą dzieliła się ze mną w zamian za pomoc w prowizorycznej lecznicy, do której trafiali czarodzieje, a czasem również mugole cierpiący na skutek anomalii, dla których z różnych przyczyn wizyta w prawdziwym szpitalu nie była realną opcją. Pod koniec września zapadła się pod ziemię. Chciałabym wmówić sobie, że to dla bezpieczeństwa, zabrała rodzinę i po prostu zniknęła, ale nawet dla mnie brzmi to niewiarygodnie, tym bardziej, że listy do znajomych co raz częściej wracają bez odpowiedzi. Osobiście próbuję o tym raczej nie myśleć i stale mieć zajęcie. Przed rządami Longbottoma było to głównie pomaganie innym ukrywającym się mugolakom - niewiele więcej niż rzucanie zaklęć kameleona, opieka nad dziećmi, uruchamianie niezarejestrowanych świstoklików, do czego wystarczą podstawy wiedzy z numerologii. Udało mi się nawet wyrobić dokument uprawniający do prowadzenia pojazdów. Największą zaletą samochodu jest to, że zaklęcia tropiące się w takim przypadku nie sprawdzą, coś takiego przeważnie ciężko namierzyć. Może nawet dożyję chwili, gdy będzie mnie stać na własny.

Jeżeli kopię sobie grób, to trudno. Pozory normalności jeszcze trwają. Tańczę. Gram w karty, kości i gargulki. Przejściowo spadam na głowę tym znajomym, których jeszcze mam, i którym moja obecność za bardzo nie szkodzi. Rysuję, zdarza się, że smok choć trochę przypomina smoka. Odgrzebuję tą szczątkową wiedzę o tworzeniu biżuterii, którą podzielił się ze mną dziadek. Próbuję swoich sił, zwykle w nieszlachetnych materiałach, bo zawsze lubiłam błyskotki. Ostatecznie znając proces mogę jeszcze sięgnąć po butio. Wiem, co by powiedział. Magia to już nie uczciwa praca własnych rąk. Wróżę. Przy omenach śmierci naprawdę trudno się pomylić, dotyczą pewników, w każdym ponuraku tkwi maleńkie ziarno prawdy. Z możliwych wersji zejścia z tego świata czarnomagicze zaklęcie obstawiam jako najbardziej prawdopodobną. Zaraz po piorunie, koszmarna pogoda.


Patronus: wątły strzęp srebrnej mgły, zarówno przez brak umiejętności, jak i wystarczająco jasnych wspomnień.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 5 Brak
Zaklęcia i uroki: 5 (+2 różdżka)
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 3 (+2 różdżka)
Transmutacja: 17 Brak
Eliksiry: 5 (+1 różdżka)
Sprawność: 0 Brak
Zwinność: 5 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaI2
AstronomiaI2
SpostrzegawczośćI2
PerswazjaI2
KłamstwoI2
Ukrywanie sięI2
ONMSI2
ZielarstwoI2
NumerologiaI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
MugoloznastwoII0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
WróżbiarstwoIII25
Literatura (wiedza)I½
Literatura (tworzenie prozy)I½
Malarstwo (tworzenie)I½
Jubilerstwo (tworzenie)I½
KrawiectwoI½
GotowanieI½
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec współczesnyI0,5
Latanie na miotleI0,5
GenetykaWartośćWydane punkty
Jasnowidz-16 (+82)
Reszta: 7,5

Wyposażenie

Różdżka, sowa, prawo jazdy.

[bylobrzydkobedzieladnie]



Fate is a very weighty word to throw around before breakfast.



Ostatnio zmieniony przez Jennifer Leach dnia 09.07.19 14:45, w całości zmieniany 6 razy
Jennifer Leach
Zawód : wróżbitka
Wiek : 19 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Take a rest and the world catches up with you. Lesson in life—keep moving.

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz
Jennifer Leach VWC8X3m
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7551-jennifer-leach https://www.morsmordre.net/t7572-cisza https://www.morsmordre.net/t7573-jenny https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7571-skrytka-bankowa-nr-1808 https://www.morsmordre.net/t7570-jennifer-leach
Re: Jennifer Leach [odnośnik]15.07.19 1:06

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzał: Ramsey Mulciber
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Jennifer Leach Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Jennifer Leach [odnośnik]15.07.19 1:06
WYPOSAŻENIE
Różdżka [R], sowa, prawo jazdy

ELIKSIRY- Eliksir kurczący (1 porcja, stat. 5)
- [?] Eliksir słodkiego snu (1 porcja, stat. 5)
- Eliksir niezłomności (1 porcja, stat. 5)
- Smocza Łza (1 porcja, stat. 40)
- Kameleon (1 porcja, stat. 40)
- Eliksir znieczulający (2 porcje, stat. 40, moc +10)
- Wywar ze sproszkowanego srebra i dyptamu (3 porcje, stat, 40, 135 oczek, moc +20)
- Maść z wodnej gwiazdy (1 porcja, stat. 28)
- Antidotum podstawowe (1 porcja, stat. 28)

INGREDIENCJEposiadane: jagody z jemioły;
proszek Fiuu, sproszkowany meteoryt x2

[12.07.19] Ingrediencje (listopad/grudzień)
[28.02.20] Ingrediencje (kwiecień-czerwiec)

BIEGŁOŚCI[27.02.20] Wsiąkiewka (sty-mar): +0,5 PB do reszty
[29.02.20] Kłamstwo (0 na I): -2 PB z reszty

HISTORIA ROZWOJU[07.07.19] Karta postaci, -100 PD
[01.08.19] Wykonywanie zawodu (listopad/grudzień), +50 PD
[27.02.20] Wsiąkiewka (sty-mar): +30 PD, +0,5 PB
[27.02.20] Klub pojedynków (styczeń), +10 PD
[28.02.20] Wykonywanie zawodu (sty-mar): +50 PD
[13.03.20] Rejestracja różdżki
[15.03.20] Osiągnięcie: Nieugięty, Małe pędzibimber, +60 PD
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Jennifer Leach Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Jennifer Leach
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach