Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Solsbury Hill
AutorWiadomość
Solsbury Hill [odnośnik]16.07.19 20:47
First topic message reminder :

Solsbury Hill

Solsbury Hill to urokliwe miejsce, które co roku na wiosnę zakwita we wszystkich odcieniach oranżu i żółci, odmienną barwą zdaje się być jedynie przebijająca spod spodu zieleń liści i łodyg. Nie znajdziecie tutaj żadnych drzew ani krzewów, jedynie ciągnące się przez kilka kilometrów łąki. Czasami można tu spotkać mugoli pasających niedaleko krowy, innym razem przebiegające stepami duchy dzikich koni, jeszcze innym niewielkie zbiorowiska strzygących uszami jeleni i saren. Wśród wysokich kwiatów i traw zawsze odnajdzie się odpowiednie miejsce na koc i koszyk z łakociami.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Solsbury Hill [odnośnik]28.12.19 0:57
The member 'Tangwystl Hagrid' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 6
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Solsbury Hill [odnośnik]26.01.20 17:17
Może i faktycznie tak było. Może od zawsze miała w sobie tą cząstkę, która szybowała nieco dalej tylko wcześniej tego sama nie dostrzegała nieumyślnie zamykając się w ciasnej klatce sztucznych ograniczeń. Bardzo dobrze pamięta te czasy kiedy wzdychała z zazdrością i podziwem w stronę Willa, Charlene oraz samej Tange, którzy instynktownie podążali za wiedzą. Długo zajęło jej zrozumienie, że może wznosić się ponad mgłę tajemnic na równi z nimi. Dzięki temu, że ktoś otworzył furtkę tej wymyślonej klatki dziś mogła to właśnie robić. Uśmiechnęła się z satysfakcją kiedy to poczuła różnicę w zgęstniałym od magii powietrzu. Urok bez wątpienia rozpostarł się nad okolicą z odpowiednią sobie mocą, jak i właściwością.
- Byłaś w Dolinie? Mogłaś dać znać, bo ja też się wybrałam ale w sumie tak trochę na ostatnią chwilę, spontanicznie. Miałam iść z Marcelliną ale okazało się, że ona, i owszem, wybiera się - ale służbowo. Ostatecznie więc trochę się pokręciłam i uciekłam do domu. Chociaż może i dobrze się stało... - ostatnie słowa powiedziała bardziej do siebie niż do przyjaciółki. Dyskretnie, może nieco konspiracyjnie przysłoniła wachlarzem dłoni usta. Mogłaby być wówczas niepotrzebnym kołem u wozu! - Nie masz jakichś skrytych planów, które chciałabyś prowadzić w życie lub coś co chciałabyś zmienić? Ja osobiście mam kilka. Obiecałam sobie, że spróbuję w tym roku czegoś nowego i wypadkową tego jest to, że zapisałam się na lekcje baletu u prawdziwej baleriny - pochwaliła się, jednocześnie czując się nieco zawstydzona tym wyznaniem - Obiecałam sobie też, że do czerwca opublikuję przynajmniej jedną rozprawę naukową i chociaż raz w miesiącu przeczytam książkę inną niż naukową - wyznała z lekkim podekscytowaniem. Zawsze była nieco roztrzepana to też taki bacik pod postacią noworocznego przyrzeczenia trzymał ją w ryzach mobilizacji. Przynajmniej skrycie wierzyła, że taki też stan się utrzyma do kolejnego sylwestra.
- Nie krępuj się rzucić jeszcze kilku zaklęć ochronnych. Chętnie bym ci pomogła ale jak sama rozumiesz - raczej nie mam za dużych możliwości - wspomniała z zakłopotaniem - Jak już skończymy chodźmy na grzane wino, dobrze...? - zaproponowała beztrosko



angel heart | devil mind
Shelta Vane
Zawód : Naukowiec
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarodziej
 https://i.pinimg.com/originals/a8/4a/37/a84a37cf278a89bc1624516ff1f8d801.gif
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6786-nathalie-dluga-budowa#177379 https://www.morsmordre.net/t7019-fiu#184686 https://www.morsmordre.net/t7020-shelta-vane#184691 https://www.morsmordre.net/f255-lancashire-stara-latarnia-morska-w-fleetwood https://www.morsmordre.net/t7030-skrytka-bankowa-1707#184954 https://www.morsmordre.net/t7029-shelta-vane
Re: Solsbury Hill [odnośnik]16.02.20 23:18
Podziwiała Sheltę, bo ta była tak całkowicie inna, ale jednocześnie potrafiła zaakceptować ją całą taką jak była. Akceptując też jej nieumyślne słowa, które były zwyczajnie szczere i czasem - cóż - nieprzemyślane. Ale dzięki swojej wiedzie mogła jej teraz pomóc. Więc nie widziała po prostu innego wyjścia, jak wziąć i jej pomóc, gdy robiła coś tak wielkiego. czego nagle okazało się, ona sama może być częścią. Patrzyła z podziwem na jej kolejne poczynania, całkowicie nie udając, że rzeczywiście dzieje się coś niesamowitego, czego ona sama nie jest w stanie do końca umysłem ogarnąć. Na słowa, które wypadły z jej ust wydęła lekko usta.
- Ojciec powiedział, żebym szła. - przyznała wzruszając lekko ramionami skrytymi pod zielonym płaszczem. - Dobrze? - zapytała nie bardzo rozumiejąc. Chociaż patrząc na to, co na samym sylwestrze się stało, może to i dobrze. - Spotkałam jednego z tych aurorów, co im o runach gadałam. A potem na tym placu, to normalnie ludzi jak galopujące jednorożce jeden drugiego tratował. - pokręciła głosem na wspomnienie wieczoru. To, co stało się na Placu zdecydowanie było dla niej czymś nowym i gdyby nie fakt, że on zachował dość trzeźwą głowę mimo że zdawało jej się, że szpanów wcześniej wypić musiał kilka bo nimi pachniał, to wiedział co robić. A może pachniał nimi, bo jeden na nim całkowicie wylany został. - W sumie, póki nie zaczęło się źle dziać, to całkiem nie źle się działo. - stwierdziła prostolinijnie unosząc kącik ust ku górze. Bo przebywanie w jego towarzystwie zdawało jej się całkiem miłe. Naturalne, tak jak w przypadku Shlety było, a niewielu ludzi było, którzy przy niej i całkiem naturalnie się czuli.
- hm.. - zastanowiła się chwilę, kiedy Shelta poleciła rzucenie może jeszcze jakiegoś zaklęcie. Wydęła usta zastanawiając się nad nim. - Salvio Hexia. - wybrała w końcu. Udane zaklęcie mogło skryć wszystko przed widokiem niepowołanych gości i tych, którzy nie wiedzą czego szukać, a to zdecydowanie mogło pomóc. Wywinęła odpowiednio nadgarstkiem czekając na odpowiedź jej magi.
Tangwystl Hagrid
Zawód : Łamacz Klątw, tester nowych zaklęć
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
And it's to cold outside
for angels to fly
OPCM : 35
UROKI : 7
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t6463-tangwystl-hagrid https://www.morsmordre.net/t6471-ansuz#165284 https://www.morsmordre.net/t6474-o-cholibka-chwytliwa-nazwa#165288 https://www.morsmordre.net/f211-harley-street-1-2 https://www.morsmordre.net/t6472-skrytka-bankowa-nr-1634#165285 https://www.morsmordre.net/t6837-tangie-hagrid
Re: Solsbury Hill [odnośnik]16.02.20 23:18
The member 'Tangwystl Hagrid' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 28
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Solsbury Hill [odnośnik]16.02.20 23:28
Magia nie posłuchała jej tym razem, ale nie miała zamiaru od razu się poddawać. Opuściła jednak na chwilę różdżkę spoglądając na śliczną przyjaciółkę i unosząc jedną z brwi na słowa, które powiedziała. Przekrzywiła głową mrużąc oczy patrząc na nią przez kilka chwil w ciszy. W końcu westchnęła, jakby nie będąc w stanie dojść do żadnych wniosków na ten temat.
- Balet? - zapytała finalnie nie bardzo będąc w stanie to sobie wyobrazić. Sama jakoś nigdy nie ciągnęła się w stronę takich tańców i nie mogła sobie wyobrazić jak miałaby tańczyć w tych bagietach czy co tam one na nogi wkładały.
- Właściwie, to chyba nie mam nic co do zmiany by było. - przyznała po chwili milczenia, gdy tak próbowała znaleźć to, czy zmieniać coś chce, ale nic nie wydawało jej się tej zmiany potrzebować. Miała pracę, którą lubiła. I kilku ludzi, którzy lubili też ją. Może chciałaby bardziej pomagać niż pani Barringhs, gdy trafiła na nią gdy ta siatko niosła i może świetnie by było jakby ktoś znalazł lekarstwo na dotyk meduzy, ale na medycynie nie znała się na tyle, by przeprowadzać jakieś rewolucyjne badania. Więc w sumie poza tym, to niewiele do zmiany. - Ale wiem już, że zielonego się z niebieskim nie łączy. I żółtego z różowym. I że niektórym do przeszkadza więc trzymać się będę tego, żeby nie łączyć jednego z drugim. - stwierdziła w końcu przypominając sobie słowa Skamandera. Zamilkła na kilka chwil po czym znów spojrzała na Sheltę. - To jakie książki chcesz czytać, jak nie naukowe? - nie bardzo wiedziała co można jeszcze czytać. Jakieś powieści i romanse? Ale to jej jakoś nigdy nie pociągało. Romanse zwłaszcza. W końcu wzięła wdech w płuca unosząc jeszcze raz różdżkę licząc na to, że może tym razem pójdzie jej trochę lepiej. - Salvio Hexia. - powtórzyła wykonując odpowiedni gest nadgarstkiem. A gdy skończyła zaciekawiła się propozycją Shelty. - Grzane wino? Dwa razy nie musisz mówić, chodźmy. - poprosiła zerkając jeszcze raz na ich działo. Badania Vane, czy raczej cały projekt mógł pomóc wszystkim, nie tylko w Londynie. Liczyła, że uda im się wszystko zrobić jak trzeba.

| zt
Tangwystl Hagrid
Zawód : Łamacz Klątw, tester nowych zaklęć
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
And it's to cold outside
for angels to fly
OPCM : 35
UROKI : 7
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t6463-tangwystl-hagrid https://www.morsmordre.net/t6471-ansuz#165284 https://www.morsmordre.net/t6474-o-cholibka-chwytliwa-nazwa#165288 https://www.morsmordre.net/f211-harley-street-1-2 https://www.morsmordre.net/t6472-skrytka-bankowa-nr-1634#165285 https://www.morsmordre.net/t6837-tangie-hagrid
Re: Solsbury Hill [odnośnik]16.02.20 23:28
The member 'Tangwystl Hagrid' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 23
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Solsbury Hill [odnośnik]21.08.20 19:54
6 lipca
Zachowawczość wojny do niej pasowała – z początku, kiedy ogień walk nie parzył skóry, a zaledwie łaskował, kiedy jej rodzice jeszcze żyli, a sama chowała się w bezpiecznych ścianach swojego niewielkiego domu w Othery. Tak, wtedy czuła się dobrze moszcząc się wygodnie w bierności i możliwości odwracania wzroku, kiedy na horyzoncie pojawiały się obrazy gorszące jej nadwrażliwy umysł. I było dobrze, było stabilnie i bezpiecznie. Potem wszystko zaczęło się sypać. Ilość ofiar, których z dnia na dzień przybywało do Munga, przerażała ją dogłębnie, liczba ataków i ich rosnąca intensywność czasem zabierały oddech, a na końcu śmierć rodziny i Zakon Feniksa. Wciąż to wszystko w swojej głowie układała, choć minęło tylko czasu; wciąż odnajdywała elementy, które nie pasowały do całości albo okazywały się zupełnie niewytłumaczone, kompletnie blade, bez koloru – nabierały go, gdy tylko Ida przypominała sobie o szczegółach, wyłapywała je z gęstego powietrza swojej głowy, w którym wszystkie przeszłe wydarzenia kisiły się, rozlewały w mleczno-szarej mgle. Po tym, jak przeprowadziła się do Kurnika, czas nagle przyspieszył, a kolejne dni kurczyły się do mikroskopijnych rozmiarów – starała się wyłapywać z nich to, co tylko mogła, skupiała się na pracy, nie pozwalała, by w ciągu dnia dłonie nagle niczego nie trzymały, były puste. Nie tylko jej życie nabierało rozpędu, wojna również trzymała równe tempo. I gdy właściwie czuła już zadyszkę, a noce okazywały się niewystarczająco długie, by wytrwać w nich we śnie, sama zaczynała czuć potrzebę wyjścia z własną inicjatywą. Dość było jej już chowania się po kątach i udawania myszy, byleby tylko nikt jej nie zobaczył; dość było jej ucieczek w hafty, książki o ludzkiej anatomii i trywialną sztukę kucharską. Dość było jej siedzenia w jednym miejscu, kiedy przy każdym wyjściu Alexa zaczynała czuć wyżerający ją od środka strach. Musiała coś zrobić. Chciała coś zrobić.
Kiedy unikał jej przez kilka dni, czuła że chciał się zdystansować – skupienie wymalowane na twarzy, proste komendy zachowane w uprzejmym tonie, neutralnym, dokładnie takim jak na poziomie uczeń-nauczyciel, informacje przekazywane krótko i zwięźle. Zrozumiała, że tak to miało wyglądać; mimo że niedawno wyznali sobie miłość i mogli wreszcie patrzeć na siebie z ufnością, w organizacji walczącej z chaosem nie było miejsca na sentymenty. Dopasowała się więc, zaufała instynktowi, obiecała, że nabierze odwagi. Mimo to wciąż ze strachem rozmyślała nad zadaniem, które zostało jej powierzone – spalona kryjówka, sierociniec, dzieci trzeba będzie przewieźć w bezpieczne miejsce, które z kolei warto wpierw odnaleźć. Szukała wszystkich informacji, zbierała je, kiedy tylko mogła. Opuszczony dom, który mógłby służyć za nowy sierociniec, odnalazła niedaleko rzeki Lune, na ziemiach Olivanderów, jak wyczytała później w jednym z albumów przechowywanych przez Alexandra. Całkiem blisko znajdowała się farma prowadzona przez rodzinę czarodziejów, której pomagała przy chorej córce. Posiadali swój własny wóz, który w ramach wdzięczności obiecali się dostarczyć we wskazane miejsce. Miała nadzieję, że pożyczą również konia, ale co do tego nie byli pewni, w rozmowę wkradła się niepewność, nie nakłaniała ich do niczego, była wdzięczna za wszystko, co zrobili. Alexander, kiedy już wszystko mu wytłumaczyła i przedłożyła swój plan, miał skontaktować się z odpowiednią osobą, która mogłaby jej pomóc. Imię tajemniczego jegomościa słyszała już wcześniej, jasno migotało we wspomnieniach z ataku na Othery, kiedy to Farley zwołał, kogo było trzeba i razem uratowali z wioski to, co tylko się dało. Słyszała o nim wiele dobrego, również był członkiem Zakonu Feniksa, świetnym czarodziejem, więc… ufała mu. Ufała, że pomoże.
Anglię okryła szczelnie wczesna noc, wciąż na granicy mlecznego wieczoru a rozgwieżdżonego granatu nad głowami, zapewniła cień tym, którzy chcieli się ukryć – Ida osłoniła swoje ciało czarną peleryną, a jasne włosy splecione misternie w warkocz schowała pod kapturem. Pożegnała się z mężczyzną, który pozostawił do ich dyspozycji swój wóz, i czekała, aż Percival zjawi się gdzieś na końcu polnej drogi. Myślała o tym, żeby użyć świstoklika, ale przy nim było zbyt dużo zachodu przy zbyt małej ilości czasu. Tradycyjne metody też mogły zawieść, ale… musiała coś zrobić.


breathe

then begin again

Ida N. Lupin
Zawód : magomedyk z Doliny Godryka
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
it's always darkest
before

the d a w n

OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6989-ida-lupin#183439 https://www.morsmordre.net/t7864-swistka#221262 https://www.morsmordre.net/t7027-mleko-i-miod#184948 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t8043-skrytka-bankowa-nr-1619#229623 https://www.morsmordre.net/t8106-i-lupin#231775
Re: Solsbury Hill [odnośnik]23.08.20 17:47
Kopyta Cienia stukały miarowo o uklepaną, polną drogę, a długie, porastające jego boki pióra, łaskotały go lekko w ramię, gdy przyspieszonym krokiem zmierzał w stronę wskazanego przez Idę miejsca. Pieszo; zrezygnował z lotu już jakiś czas temu, lądując na polance wśród rzadko rosnących drzew pobliskiego lasku, resztę drogi decydując się przebyć lądem; chociaż z każdą minutą robiło się ciemniej, a na wieczornym niebie coraz trudniej było cokolwiek wypatrzeć, to mimo wszystko nie chciał ryzykować ściągnięcia na siebie uwagi – noc była pogodna; pierwsze, wyglądające nieśmiało gwiazdy miały świecić jasno; brakowało też chmur, pomiędzy którymi mogliby się schować – a wiedzieli, że ktoś mógł patrzeć; Alexander przestrzegł go o konieczności zachowania czujności, lokalizacja, do której zmierzali, już była spalona. Nie mieli również pewności, czy teren wokół niej nie był pod obserwacją, i na tę myśl Percival poczuł przebiegający po jego karku dreszcz; z trudem zdusił w sobie odruch odwrócenia się i sprawdzenia, czy czyjeś oczy nie łypały na niego przypadkiem z gęstniejącego mroku. Nie mógł poddać się paranoi.
Drobną, stojącą obok wozu sylwetkę dostrzegł już z daleka, choć naciągnięty na twarz kaptur uniemożliwiał mu dostrzeżenie łagodnych rys dopóki nie znalazł się tuż obok. Skinął jej głową, już z przyzwyczajenia przemykając kontrolnie wzrokiem po jasnej, usianej piegami skórze i nieco napiętych ramionach, okrytych szczelnie materiałem peleryny. Sprawdzanie, czy jego sojusznicy byli cali i zdrowi weszło mu w krew, stanowiąc odruch tak samo naturalny, jak przyjazne powitanie – czy upewnienie się co do ich tożsamości. – List, który dostałem od Idy, był przewiązany rzemieniem. Jakiego koloru? – zapytał, szukając odpowiedzi w parze tęczówek o barwie odbijającego się w jeziorze lasu zanim jeszcze miałaby szansę zatańczyć na jej ustach. Pamiętał ją mgliście, zdawało mu się, że jej twarz raz czy dwa mignęła mu w leśnej lecznicy w Dolinie Godryka – choć obraz, który miał w głowie, i tak utkany był głównie z przelotnych, wepchniętych pomiędzy zdania słów. Wiedział, że działała dla Zakonu Feniksa od niedawna, z wydźwięku kierowanych do niego poleceń domyślił się też – i powodowało to nieokreślony, czający się pod skórą niepokój – że była w jakiś sposób ważna dla Alexandra. W jaki – nie był pewien, nie dopytywał ani nie naciskał, uznając, że nie była to jego sprawa.
Zaczekał, aż ciepłe powietrze przetnie odpowiedź, zanim ponownie się poruszył, tym razem po to, żeby rozejrzeć się dookoła. Nie podobał mu się ten krajobraz, choć rzecz jasna nie ze względu na brak malowniczości; porośnięte kwiatami pola być może i cieszyły oko, ale nie zapewniały praktycznie żadnej ochrony przed nieprzyjaznymi spojrzeniami: gdyby ktoś przystanął na pobliskim wzgórzu, zobaczyłby ich z odległości kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset metrów. Mając to na uwadze, wyciągnął różdżkę, odwracając się na moment plecami do wozu i stojącej przy nim Idy, żeby końcówką palisandrowego drewna narysować przed nimi niewidzialną linię; barierę, oddzielającą ich od wzroku każdego, kto niespodziewanie pojawiłby się na polnej drodze. – Salvio hexia – wypowiedział spokojnie, czując chwilowe deja vu; po raz ostatni rzucał to zaklęcie wśród kornwalijskich klifów, starając się zapewnić grupie wystraszonych mugolaków przynajmniej tymczasowe schronienie. Kiedy o tym myślał, dochodził do wniosku, że właściwie dzisiejsza misja nie różniła się aż tak bardzo od tamtej – choć miał nadzieję, że tym razem natrafią na zdecydowanie mniej turbulencji.
Schował różdżkę, na powrót odwracając się do Idy. – Pomożesz mi? – zapytał, wskazując na Cienia – i na skórzane paski, które miały posłużyć do zaprzęgnięcia go do wozu. Aetonany nie były co prawda przyzwyczajone do ciągnięcia zwyczajnych, mugolskich furmanek, ale był pewien, że Cień sobie z tym zadaniem poradzi; na ziemi czuł się niemal tak samo swobodnie jak w powietrzu. Zsunął z głowy kaptur peleryny, czując, jak robi mu się gorąco; materiał wzmocniony włóknami ze smoczej skóry nie był specjalnie przewiewny i noszenie go w wyższych temperaturach bywało uciążliwe, ale mimo wszystko wolał go mieć – zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Rycerze Walpurgii zdawali się mieć zamiłowanie do podpalania wszystkiego, co tylko się dało.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : 33
UROKI : 42
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Solsbury Hill [odnośnik]23.08.20 17:47
The member 'Percival Blake' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 97
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Solsbury Hill [odnośnik]29.08.20 17:35
Łąka była otwarta. Cicha, zasypiająca, niechętnie odpowiadająca na wietrzne zabawy, szelestem odpychająca od siebie świadomość zbliżającego się po nocy dnia. Przyroda zapadała w sen i Ida za tym zatęskniła – z ogromną chęcią wpełzłaby pod pościel, posłuchałaby końcowych patrii ptasiego koncertu, ale zza bezpiecznych ścian Kurnika, który otoczony był całym mnóstwem zaklęć. A jednak stała tutaj – tutaj, przed wozem, który miał pomieścić dzieci i wywieźć je z dala od starego sierocińca. Bała się. Bała się tak, że ten strach czuła w samym żołądku, spływał cierpkimi kroplami po przełyku, mieszał w głowie. Mogła się bać, pamiętała słowa ojca – tylko głupcy nie czują strach.
Wzięła ostatni wdech, głęboki i pewny, zanim usłyszała dochodzący z daleka odgłos kopyt uderzających o twardą, wydeptaną ziemię. Schowała się za wozem, chociaż niewiele wskazywało na to, że zbliżający się człowiek był wrogiem, wolała jednak dmuchać na zimne. Powoli wyjęła zza paska różdżkę i ścisnęła ją, w myślach wybierając już zaklęcie, którym mogłaby choć na chwilę odwrócić uwagę nieznajomego i uciec, bo przecież jej pozycja w tym wypadku mogła być już spalona. Liczyła kroki konia, a im bliżej był, tym trudniej jej się oddychało. W końcu koń się zatrzymał, a raczej… aetonan? A na jego grzbiecie siedział przyglądający jej się mężczyzna. Celowała w niego różdżką, ale kiedy usłyszała pytanie, obniżyła ją odrobinę.
List był od Alexandra. Rzemyk był pomarańczowy – przełknęła ślinę. To był test. Test, który miał powiedzieć, czy to oni, czy to Zakon Feniksa. To wszystko było nowe, być może przyjmowała to zbyt naiwnie, za bardzo podrywała się do odpowiedzi, ale wierzyła, że jeszcze się nauczy. Odchrząknęła, kiedy zorientowała się, że różdżka wciąż wisiała w powietrzu. – Przepraszam. Nie byłam pewna, że to ty. Percival, prawda? Ida. Ida Lupin – podała mu dłoń, jasną, szczupłą, ze skórą naznaczoną błękitnymi żyłkami uniesionymi pod wpływem szybszego biegu krwi. Chciała poznać go naprawdę, oficjalnie, a nie przez papier, na którym takie szczegóły pozostawały anonimowe, jakby nie miały znaczenia. – To… aetonan, prawda? – przyjrzała się zwierzęciu, potężnemu, majestatycznemu nawet w ciemnościach, które otulały go szczelnym płaszczem. Nie chciała go dotykać, chociaż kusiło, nie przepadała za takimi… gabarytami, ale doceniała jego obecność i wiążącą się z tym ogromną pomoc. A jeśli chodzi o pomoc, z wdzięcznością przyjęła zaklęcie rzucone przez Percivala, zaraz odpowiadając na to, o co ją poprosił. Podskoczyła do pasów splatających oba kije podporowe i podała je z drugiej strony, przypatrując się, jak robił to Blake. To on lepiej znał swojego konia, to jemu mogła w tej kwestii zaufać. – Nowy dom dla dzieci odnalazłam blisko rzeki Lune, w hrabstwie Lancashire. Na mapie zaznaczyłam punkt, starałam się… ale sądzę, że znajdziemy drogę. Ja… dziękuję, że zdecydowałeś się pomóc. Alexander mówił o tobie wiele dobrego – posłała mu słaby uśmiech, starając się w ten sposób zmniejszyć dystans na tyle, na ile mogła. W gruncie rzeczy w ciągu najbliższych kilku godzin przyjdzie im ze sobą ściśle współpracować, powinni złapać choć cieniutką nić porozumienia.


breathe

then begin again

Ida N. Lupin
Zawód : magomedyk z Doliny Godryka
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona
it's always darkest
before

the d a w n

OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6989-ida-lupin#183439 https://www.morsmordre.net/t7864-swistka#221262 https://www.morsmordre.net/t7027-mleko-i-miod#184948 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t8043-skrytka-bankowa-nr-1619#229623 https://www.morsmordre.net/t8106-i-lupin#231775
Re: Solsbury Hill [odnośnik]19.12.20 16:06
Przyglądał jej się badawczo przez chwilę, śledząc drobne gesty, zerkając na dłoń zaciśniętą na uniesionej różdżce, szukając ukrytego znaczenia w spojrzeniu i ledwie zauważalnych drgnięciach warg. Nie w poszukiwaniu fałszu – nie spodziewał się, by stojąca przed nim kobieta miała okazać się oszustką, wierzył przezorności Alexandra – ale w próbie rozczytania emocji, jakie jej towarzyszyły, otaczając skórę niewidzialną warstewką. Nie wiedział o niej wiele – tyle, że była uzdrowicielką, że straciła niedawno rodzinę, i że miała serce po właściwej stronie – nie był więc pewien, czego powinien się po niej spodziewać. Odwagi? Lęku? Koniec różdżki wycelowanej w jego stronę mógł oznaczać oba; poklepał Cienia uspokajająco po szyi, dając mu znać, że wszystko było w porządku, wyczuwając podskórnie jego zaniepokojenie.
Słysząc odpowiedź Idy, kiwnął głową, zsuwając się z siodła i podchodząc bliżej. Uśmiech, który jej posłał, zabarwiony był czujnością, która prawdopodobnie miała opuścić go dopiero za kilka godzin, po przekroczeniu progów domu w Sennen. Póki co jej potrzebował – utrzymywała jego myśli w trzeźwości, przypominała o ciągłym śledzeniu otoczenia, wychwytywania niepokojących dźwięków. Póki co nieobecnych; bezruch, który ich otaczał, był kojący, budzący nadzieję na szybkie i bezproblemowe załatwienie sprawy, ale mógł być też zdradliwy. Nauczył się ostatnio wyjątkowo boleśnie, do czego mogła doprowadzić nadmierna pewność siebie. – Tak. Percival Blake. Miło mi cię poznać, Ido – odpowiedział, odpowiadając na wykonany przez nią gest i wyciągając w jej stronę rękę; uścisnął ją pewnie, ale niezbyt mocno, nieprzyzwyczajony do witania się w ten sposób z kobietami – tak samo, jak nie przywykł jeszcze do przedstawiania się za pomocą nowego nazwiska. Chociaż minął już prawie rok, odkąd je przyjął, odrzucając tym samym to rodowe, to wciąż smakowało na jego języku dziwnie, niewłaściwie, sprawiając, że czuł się trochę jak przebieraniec – a nie jak ktoś, kto po raz pierwszy od dawna zaczynał żyć w zgodnie z samym sobą. Może to wszystko potrzebowało więcej czasu, żeby się poukładać – a może konieczne były czyny.
Kiwnął głową, spoglądając na moment w stronę aetonana; wydawał się spokojny, choć czujny; być może przejmował jego własny stan ducha, a może zwyczajnie wyczuwał – w sposób, w jaki potrafiły to robić tylko zwierzęta – że gdzieś w okolicy mogło czaić się niebezpieczeństwo. – Jeden ze stajni Carrowów. Cień – odpowiedział. Był jednym z niewielu elementów starego życia, które zachował, nie wyobrażał sobie jednak, by mógł się go pozbyć; był jego kompanem od dawna, przyjacielem; ufał mu. – Możesz do niego podejść, jest łagodny – dodał, gdy odniósł wrażenie, że w postawie Idy odbiło się lekkie zawahanie. Podprowadził Cienia bliżej wozu, zaczynając z pomocą czarownicy przygotowywać go do podróży, upewniając się, że skórzane paski trzymały się stabilnie, że żaden nie był ściągnięty zbyt mocno. Wprowadzając ostatnie poprawki, słuchał z uwagą słów kobiety, potakując. – Odnalezienie drogi nie będzie problemem, o ile nie będziemy mieć ogona – odpowiedział, prostując się i rozglądając dookoła; droga wciąż była pusta, o tej porze mało kto decydował się na podróż – zwłaszcza biorąc pod uwagę panujące w kraju nastroje. – Jak daleko jest stąd do sierocińca? – zapytał, posyłając Idzie pytające spojrzenie, które zaraz potem powlekło się zaskoczeniem. – Naprawdę? – podjął, nim zdążyłby się powstrzymać; pokręcił jednak głową, reflektując się względnie szybko. – Ale, ekhm, nie ma o czym mówić. To odważne – pociągnął raz jeszcze za pasek, sprawdzając, czy nie był zbyt luźny – że zdecydowałaś się tego podjąć. – Mogła w końcu zostawić to w rękach innych, członków Zakonu Feniksa; z pewnością było wystarczająco wielu, którzy ruszyliby na podobną misję bez zawahania. A jednak – stała tu sama, przedstawiając mu skrawki planu, który musiała wcześniej ułożyć.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : 33
UROKI : 42
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Solsbury Hill [odnośnik]20.05.21 0:21

19 XI 1957


i noticed everything,
i just acted like i didn't

Ile jeszcze czasu musi minąć, nim poczujesz się tym znużona? Nieustanną ucieczką, spozieraniem w popłochu za ramię, udawaniem, że wciąż wszystko jest pod kontrolą. Przymykając powieki, pozwala, by wiatr wślizgnął się między wybarwiane na blond kosmyki, chłodem otulił jasne policzki, przypomniał każdym silniejszym zacięciem, że wciąż jest, że wciąż istnieje. Jednak żaden mocniejszy podmuch nie mógł zdradzić, pod czyją postacią trwa, kto na przestrzeni przebytych miesięcy stał się bardziej prawdziwy, co było snem a co jawą. Może nigdy nie przyjdzie jej się tego dowiedzieć, a krew płynąca pod cienkim pergaminem skóry na zawsze pozostanie swoistym sekretem, ale to nic, przecież w błękitnych liniach żył nadal wrzał ogień, póki on wciąż skrzył się we wnętrzu, to wszystko będzie w porządku. Musiało być, prawda? Tylko tej pewności było coraz mniej, umykała niczym ziarnka piasku przesypujące się pomiędzy smukłymi palcami, odbierając sprężystość kroku, zaciętości podjętym działaniom. Łapała się na coraz częstszym poczuciu zagubienia, bezradności gotowej zagonić ją w kolejne ślepe uliczki własnych wyobrażeń. Każdy fałszywy trop, nietrafiona informacja, porażka za porażką uświadamiała jej, jak bardzo się oszukuje, jak ogrom złudzeń pozwala wierzyć, że to, co robi, nie jest jedynie wymówką, czczym gadaniem, że w ten sposób może odpokutować swe grzechy miast zmierzyć się z odpowiedzialnością. I przez to stracić wszystko. Jakby już teraz nie chwytała się tych żałosnych resztek, jakie pozostały. Czy to nie dlatego się tutaj pojawiła? Żeby udowodnić samej sobie, że się nie poddaje, że przygotowuje się na wszelką ostateczność, jakiej może się tylko podjąć. Londyn stawał się coraz to niebezpieczniejszy, a dostać się do jego sczerniałego, robaczywego serca będzie niebywale trudno, jeśli nie niemożliwie dla ledwie opierzonego pisklęcia jak ona, niemniej musiała...po prostu musiała. Rozsądek szeptał, iż winna skupić się na swoich brakach, na ćwiczeniu uroków, zaklęć obronnych, miast ufać li jedynie drobnemu ciału, sile mięśni, jakie weń drzemała. Myśli krążące podczas nieprzespanych nocy z kolei przywoływały obraz męskiej sylwetki, rozjaśnionych łagodnością oczu, wyrozumiałości płynącej w niskim głosie i serce trzepocące w piersi wiedziało, że większą satysfakcję przyniesie zdarcie uśmiechu z ładnie skrojonych ust, skalanie twarzy zroszonej pierwszym zarostem sińcami, złamaniami, krwią. Jego, jej, nieistotne. Półksiężyce paznokci wżynały się w jej własną skórę, kiedy gniew niczym szatańska pożoga roznosił się po wnętrzu, spopielając resztki logiki i ukojenie znaleźć mogła tylko w ruchu, wyczerpujących ćwiczeniach, które z każdym dniem bardziej ciążyły, niż pomagały oczyścić rozgorączkowany umysł. A kiedy nie potrafiła na dobre wziąć pełnego wdechu, uciekła. Uciekła w sposób kontrolowany, skryta pod cienkim płaszczem czynionych transakcji w imię cyrku. Tylko coś, co winno trwać jedno popołudnie, rozciągało się na następne i następne, aż traciła odwagę do powrotu, wmawiając sobie, że tak trzeba. Że duchy przeszłości wzywają, a ona jedynie odpowiada na ich nawoływania. Arena bez niej sobie poradzi. Ona bez cienkiej linii łączącej ją z pierwotnym zamiarem, gdy przyjęła postać Finley, już tak nie bardzo. Wiadomość od Michaela jest więc jednym z impulsów, który skłania ją do zniknięcia, do umknięcia przed bacznym wzrokiem madame V., przed poczuciem bycia niewystarczającą w oczach cyrkowej braci. Ramie w ramie z podniebnym akrobatą przemierza miasteczka, chociaż popielate oczy spozierają w stronę Somerset, wykonuje drobne sprawunki, choć częściej po prostu krąży bez celu, gdy towarzysz zapewnia ją, że sam doskonale sobie poradzi, a ona po prostu winna cieszyć się chwilą. Kłamliwa natura zapewnia go więc, że tak zrobi, że będzie chwytać dzień, albo inne głupoty a on się śmieje. Śmieszna mała Finnie ze swoim śmiesznym małym światem, tak opornym na wojnę, jaka ich otacza. Czy to o niej sądzi? Nie pyta, nigdy nie pyta, po prostu akceptuje ten fakt niczym prawdę ostateczną. Korzystając z przyzwolenia, posiadania całego dnia tylko dla siebie, opuszcza mężczyznę jeszcze poprzedniego wieczora, ignorując jego westchnienia o młodości, dzięki czemu o świcie może pojawić się w wyznaczonym miejscu. Granica Somerset jest rozległa M., czyż nie tak odpowiedziała mu w liście? Jest również niewyraźna, bo nieświadomie, ujęta świstem wiatru, tonięciem we własnych myślach, wskakiwaniem w co większą kałużę po uprzednim deszczu, pojawia się na polanie. Ciemnej, burej, która może wiosną zachwyca bogactwem kwiecia, teraz tylko straszy martwicą. I to nawet ironiczne, aż unosi kącik ust, ręce wsuwając do kieszeni ciepłego płaszcza. Potrząsając zaraz głową, rozgląda się po okolicy, orientując się boleśnie, jak mocno odsłonięte jest to miejsce. Śmieszna mała Finnie ze swoim śmiesznym małym światem, tak opornym na wojnę, jaka ich otacza. Powinna być bardziej ostrożna, uważna, jednak po raz kolejny ukazała, jak bardzo niekompetentną, wręcz żałosną jest istotą, łudzącą się, że może jeszcze się w jakiś sposób zmienić. Głupia, syczy, palce zaciskając na różdżce, gdy wydaje się jej, że słyszy głosy, że wystarczy, że się obróci, a ujrzy, kto się za nią czai. Agresywny mugol? Pracownik Ministerstwa Magii, albo Magicznej Policji uznający, że malowniczy spacer to miły początek dnia? Idiotka, kwituje tylko, bo niczym więcej być nie może. Dla nikogo, nawet dla siebie.


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

Płonie las, płonie nasz dom,
O nadziejo w sercu mym płoń...

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 2 Tumblr_nvrbn58hjJ1qg8dzlo4_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Solsbury Hill [odnośnik]24.05.21 2:58
19 XI 1957



My heart still beats and my skin still feels
My lungs still breathe, my mind still fears




Zimny wiatr smagał policzki, a palce kostniały, gdy wypatrywał dziewczęcej sylwetki z lotu ptaka. Granica Somerset jest rozległa, ale nie gdy frunie się w przestworzach. Miotła tańczyła w powietrzu niczym Finley w ogniu - Michael widział jej występ raz, jeszcze przed wojną i rad byłby zobaczyć ją ponownie, kiedyś, w innej i lepszej przyszłości (ale może w lepszej przyszłości Finnie nie będzie już na cyrkowej arenie) - ale Tonks wcale nie czuł zapomnienia i szczęścia, które towarzyszyły mu ilekroć wzbijał się do lotu w młodości. Nadal próbował je wskrzesić, chwytając za miotłę w coraz częstszych chwilach stresu... ale czarodziejski środek transportu stał się już jedynie praktycznym narzędziem aurora, a nie cudem dla zachwyconego chłopca o mugolskiej krwi.
Dzisiaj nie zwracał już uwagi na krajobrazy. Jesień odarła Somerset i Gloucestershire z zieleni i piękna, a Michael musiał być jeszcze bardziej skupiony niż zwykle w tej okrutnej, wojennej codzienności. Jeszcze bardziej, bo dzisiaj był za kogoś odpowiedzialny - i bo wiedział, że trudniej myślało mu się racjonalnie, gdy był rozdarty.
Nie wiedział, co począć z Finley. Finley, której kolorowe włosy przypominały mu nastoletnią Justine, która uśmiechała się równie niewinnie jak Kerstin i której źrenice zdawały czasem lustrzanym odbiciem jego samego. Dostrzegał w nich smutek, którego nie powinno tam być, nie u tak młodej osoby. Dziewiętnastoletniemu Michaelowi nigdy nie patrzyło tak z oczu. Niektóre rany zyskuje się dopiero z wiekiem, od wilkołaczych pazurów, albo podczas wojny. Wojny, która na razie nie sięgnęła cyrkowej areny. Wojnę niósł on sam, jego nazwisko, jego dawny zawód. Najrozsądniej byłoby zostawić Finley w spokoju, nie kontaktować się już nigdy, to nie jej wojna. Kilka miesięcy temu myślał jeszcze, że to wojna wszystkich, ale pewien młody znajomy uświadomił mu, że jest inaczej, rozbudzając w Tonksie doskonale znajome pragnienie ucieczki i odsunięcia wszystkich od siebie.
Los pomógł mu odsunąć wszystkich od siebie jeszcze zanim Mike świadomie zdobył się na taką decyzję.
Dwudziesty pierwszy sierpnia, zniknięcie Justine, przebudzenie się wilkołaka. Wtedy stał się bezpośrednim zagrożeniem, dla Hannah, dla siebie, dla wszystkich wkoło. List od Finley pozostał bez odpowiedzi, zepchnięty gdzieś za kuchenny stół, gdy Tonks zrzucił zeń list od Rinehearta i wszystkie talerze po otrzymaniu wiadomości o aresztowaniu siostry. A potem pozostał na zakurzonej podłodze i w końcu w koszu, jak pamięć o samej Finley, jak dana jej obietnica, jak wszystko co nie wiązało się z wojną i planem odbicia siostry.
A potem - potem Michael miał i chyba chciał umrzeć w Azkabanie, ale wcale nie umarł, narodził się za to ktoś inny, a każdy dzień zdawał się szaleństwem. Nie mógł się spotykać w tym stanie, z nikim. Dość, że zagroził i Kerstin i Hannah i że nie mógł już bez wyrzutów sumienia spoglądać na rozgwieżdżone niebo. Finley, bezbronna w obliczu szmalcowników, powracała czasem w koszmarach - jak wszyscy, na których zaczęło mu zależeć, jak rodzina, jak pewien młodzieniec o kruczych włosach, jak twórca talizmanów którego Tonks niepotrzebnie naraził, jak najbliżsi przyjaciele i towarzysze broni.
Najlepiej byłoby od nich wszystkich uciec, zwłaszcza po snach, w których ginęli rozszarpani wilczymi pazurami. Niektórych nie mógł jednak zostawić - a odnośnie Finley zaczął się łamać w listopadzie, gdy koszmary o likantropii stały się coraz rzadsze. Nadal za to nawiedzały go sny, w których cyrk płonął, a ona razem z nim.
Bo nie nauczył jej się bronić, bo nie spełnił tamtej obietnicy. Chwycił w końcu za pióro - a ona, ku jego zdziwieniu, odpisała, bez pretensji, bez dociekań. Pewnie widziała plakaty z Justine, a on do teraz nie był pewien, czy dobrze zrobił, że się odezwał. Finley poznała aurora, kogoś, kto mógł jej realnie pomóc. Teraz miała się spotkać z buntownikiem. Czy w ogóle była tego świadoma? Czasem trudno było z nią stwierdzić.
Dobrze kłamała - tylko jego wprawne oko pozwalało mu dostrzec, że wielu rzeczy mu chyba nie mówiła.
Wylądował zwinnie przed dziewczyną - nie latał na tyle szybko, by nie dostrzegła go jeszcze z góry. Rozejrzał się instynktownie, a potem zogniskował na niej błękitne spojrzenie, jakby starając się oszacować, jak się miała. Czy aby schudła, nie zmarniała? Dlaczego nie miała już różowych włosów (do twarzy jej było)?
Miał nadzieję, że ona nie taksuje wzrokiem jego - nie spodobałoby się jej, jak zmienił się na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy. Może zdradzały to cienie pod oczyma, od dawna nie przespał całej nocy.
-Do jakiej piosenki tańczyłaś, gdy pierwszy i jedyny, ale nie będzie ułatwiał jej podchwytliwego pytania -raz widziałem cię na scenie? - zapytał szorstko, schodząc z miotły i wyciągając różdżkę. Lewą rękę schował do kieszeni, dla pewności chwytając za fałszoskop.
-I...co z twoim narzeczonym, jakieś... postępy? To już nie jest podchwytliwe pytanie. - dodał łagodniej, ostrożnie, a troska w głosie zabrzmiała trochę niepewnie. Pamiętał, jak gorliwie szukała zaginionego narzeczonego, ale pamiętał też, że jej z pozoru przekonująca historia miała drobne luki (na tyle drobne, by uwagi nie zwrócił na nie ktoś, kto nie przesłuchiwał ludzi zawodowo), a spojrzenie dziwnie twardniało ilekroć wspominała o tym młodzieńcu.
Naprawdę był ofiarą anomalii? Porzucił ją? Złamał serce? Dlaczego był frajerem i nie znalazł jej przez dwa lata?
Nigdy nie dopytywał. Obydwoje mieli swoje tajemnice. A może po prostu bał się radzić.

ekwipunek: miotła, czarodziejska kusza, szata a w niej fałszoskop i magiczny kompas, eliksir niezłomności (1 porcja, stat. 5), - wywar wzmacniający (1 porcja)


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him



Ostatnio zmieniony przez Michael Tonks dnia 24.05.21 3:05, w całości zmieniany 4 razy
Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Solsbury Hill - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Solsbury Hill [odnośnik]24.05.21 2:58
The member 'Michael Tonks' has done the following action : Rzut kością


'Zdarzenia' :
Solsbury Hill - Page 2 CdzGjcQ
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Solsbury Hill [odnośnik]01.06.21 14:30
Jak pyłek na wietrze. Jak drobina piasku umykająca z przestrzeni myśli, wymykała się z pamięci tak łatwo, tak prosto, iż nie bolało wcale już to osamotnienie, ni kurz zbierający się na listach, których właściciele zrezygnowali z przesłania kolejnej odpowiedzi. Sylwetki napotkane na ścieżce obu żyć w końcu znikały na horyzoncie istnienia i nie ważne, jak mocno sięgałaby w ich stronę drobną dłonią, jak napinałaby linię smukłych palców, czy stała na samiutkich koniuszkach stóp - nigdy nie zdołała ich, chociażby dotknąć, odwieść od odejścia, zatrzymać w żaden sposób. Więc przestała. Przestała próbować, dociekać, pytać, szukać, aż wreszcie martwić się okrutnie, nawet jeśli w to ostatnie nikt nie mógłby uwierzyć, bo z jakiegoś powodu panienka Finley dla tak wielu zdawała się obierać postać marudnego potwora, kogoś, kto zdolny jest li jedynie do podcinania skrzydeł, nie zaś do zwyczajnej troski. Akceptowała więc każdy ubytek, każdą pustą plamę na płótnie zdarzeń i nie próbowała w żaden sposób ich zapełniać, karmić się złudnymi historyjkami odciążającymi serce, usprawiedliwiającymi nieobecność, chwilowe umysłu zaćmienie. Tak po prostu musiało być, tak przecież zawsze było, pozycja tła zwykła przecież dziewczątku odpowiadać, dlaczego więc na przestrzeni ostatniego roku tak bardzo to uwierało? Bo była głupia, odpowiadała sobie surowo, naiwna też w zasadzie i żaden cios, kolejne potknięcie, zderzenie się z grubym murem rzeczywistości nie potrafiło zeń tego wyplenić. Jak inaczej bowiem wytłumaczyć tę skrę niepewną, ulotne poczucie ulgi, niewielkie światełko, jakie ciepłem wypełniło wnętrze, gdy znajoma sówka zastukała w okienko cyrkowego wagonu? I chociaż to śmieszne, Tonks przecież nie zdołał na tak długo zagościć w tej żałosnej egzystencji blondynki, a mimo to z jakiegoś całkowicie niezrozumiałego powodu urósł do rangi opiekuna, kogoś, do kogo chyba mogłaby zwrócić się w potrzebie, niepewna co winna czynić dalej. A potem ulotnił się, poszedł precz zajęty swoimi sprawami, które niebezpiecznie oscylowały wokół wojennej zawieruchy, przepadł, tak jakby nigdy nie miał pojawić się na nowo, przytłoczony wieściami, może bólem nie do zniesienia. I Finnie została sama, znowu, niezmiennie. Dlatego kiedy stanął przed nią, z cieniem zmęczenia osiadłym w błękicie tęczówek, bladością roszącą napiętą skórę twarzy, cierpieniem zaległym w kącikach ust i wysłużoną miotłą w dłoni, nie wiedziała co robić. Co czynić, jak zareagować, jak się zachować bardziej jak człowiek niźli tak niezręczna istotka, jaką była. Czy wszystko w porządku? Przecież to oczywiste, że nie było. Że szerokie ramiona uginają się od niepojętej odpowiedzialności, że knykcie na dużych dłoniach noszą ślady zdarcia po odczuwanej bezsilności. Czy Justine to...? Nie, nie powinna o to pytać, im mniej wiedziała, tym paradoksalnie był bardziej bezpieczny. On, buntownik, siewca kłopotów, cierń w oczach władzy. Ale to ona rezydowała w Londynie, to obok niej przechodziły patrole, to po niej prześlizgiwał się mimochodem chłodny wzrok magicznej policji szukającej najlżejszego dowodu na winy mieszkańców robaczywej stolicy. Naprawdę o mnie pamiętałeś? Miesiące milczenia temu przeczyły gwałtownie, pomimo obietnic na mały palec zawierany, czy mógł więc to być tylko kaprys? Krótkotrwałe przywołanie obrazu cyrkowej dziewczynki, która przecież dziewczynką już nie była, nawet jeśli wciąż poruszała się przez koleje losu niczym dziecko we mgle. Więc po co? Dlaczego? To poczucie winy? Świat, jaki dotąd był im znany, umierał wokół nich w straszliwych spazmach, naprawdę mieli czas się martwić podobnymi drobnostkami? I czy musiała przejmować się takimi głupotami, zamiast po prostu jak zawsze przyjąć wszystko do wiadomości, nie pytać, nie zabiegać o nic? Łudzić się, że kiedy nadejdzie odpowiedni moment i postać Jones rozwieje się w zapadającym mroku nocy, każdy odwdzięczy się tym samym. Zapomną.
- Och, umm... - cofa się o krok, dreszcz przenika przez ciało artystki, pod delikatną skórą powiek wyrył się obraz bowiem rąk dużo młodszych, podobnie dzierżących różdżkę i śmiechów licznych, podłych, złośliwych. Niedobrze. To roztrzęsienie nie powinno być widziane przez kogoś, kto zwykł na szali swe życie kłaść dobrowolnie. Michael mógł swoją łagodnością przypominać rozleniwionego niedźwiedzia, lecz zwierzęta te miały w zwyczaju śmierć zadawać najokrutniejszą z możliwych - To był `Pocałunek Ognia` - odpowiedziała, w pamięci mając iście cyrkową muzykę, wirującą czerwień spódnicy oraz przemykającą wokół niej płonącą szarfę - A mój występ zwieńczyłeś słowami...? - tutaj brew unosi, jakby zadowolona z odbitej piłeczki, chociaż rzut nader słaby był biorąc pod uwagę, iż nie wyciągnęła własnej różdżki. Czyż nie była w tym momencie niedorzecznie naiwna? Ale wiedziała, że to on. Nie przez magiczną moc przyjaźni, ani nie przez nić zaufania jaka wciąż ich łączyła, tylko przez kolejne słowa mężczyzny. Ciężkie, bolesne niczym siarczysty policzek. Zawstydzające, wgryzające się w sumienie, zimno dłoni wywołujące. Narzeczony. Tak go określała, sądząc, iż złamane serce na litość weźmie każdego i usta ściągnięte ciszą, swoistym sekretnym paktem uchylą przed nią rąbek tajemnicy. Bo nie oszukiwała nikogo swym bólem, po prostu zdradę ukrywała głęboko, tęsknotę za rodziną przekuwając w tęsknotę za tym rzekomo jedynym. Narzeczony. Jakby faktycznie mogła jeszcze wierzyć w przyszłość z kimś, kto w pogardzie miał dziewczęce nadzieje, kto tak łatwo potrafił omamiony oparami oczarowania umysł wykorzystać. Jak wiele jeszcze zwiódł panien na swej drodze? Czy była może pierwszą, tą najdurniejszych z durnych? Tego Finnie nie chciała wiedzieć, woląc wierzyć w notoryczność złodzieja, w to, że nie była jedyną, która tak łatwo mogła mu oddać wszystko za ledwie kilka przyjemnych zdań, czczych komplementów, godzin wysłuchiwania jej żali oraz obaw bez kpin i prób wyśmiania. Idiotka, zaciska ręce w piąstki, szarość spojrzenia szkli się okrutnie, gdy znowu rozczula się nad sobą, jak przystało na tak paskudną osobę jaką była.
- Nie, żadnych. P..Pr...Naprawdę próbowałam - odpowiada cicho, głowę opuszczając. Złość skrzy się pod jasnym pergaminem skóry, każdy ślepy zaułek wita w jej umyśle na nowo. Rzekomy ukochany rozpłynął się w powietrzu jakby nigdy nie istniał i Finley miała wrażenie, że nigdy nie zdoła go pochwycić, że nigdy nie odda mu za te wszystkie razy, kiedy czuła się najbardziej bezwartościowym stworzeniem jakie tylko ośmieliło się chodzić po tym świecie - Sądzisz, że powinnam się poddać? - pyta, tym razem spojrzeniem odpowiadając. Z żalem, ze zrezygnowaniem. Bo smoki przepadły na równi z nadzieją na odzyskanie rodziny, na ponowną szansę stania się częścią czegoś więcej. Przestań, nakazuje sobie gwałtownie, półksiężyce paznokci wbijając we wnętrze dłoni, do krwi, do mięsa. Mike nie musi cie taką widzieć, nie musi słuchać twoich pożal się gwiazdom smętów. To nie jego problem, weź się w garść, nakazała, na buzię przywołując zaraz zakłopotany uśmiech. Bo nic się nie stało, wcale się nie kruszy z każdym krokiem, wszystko przecież gra, nie trzeba się nią przejmować, nigdy.
- To od czego powinnam zacząć? Od rozstawu nóg? Od ułożenia rąk? Od zawadiackiego uśmiechu? - zapytuje, wznosząc ręce, zaciskając je niezbyt sprawnie w pięści. Kiedy jeszcze była kimś innym, biła się często będąc dzieckiem, jednak szarpaniny z kuzynostwem nijak się miały do prawdziwej walki, gdzie zwykłe stop ni przyznanie się do porażki nie mogło zatrzymać pędzącego ciosu, zimnych paluchów śmierci ciągnących w jej stronę. A to ich dotyk czuła na sobie coraz częściej.


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

Płonie las, płonie nasz dom,
O nadziejo w sercu mym płoń...

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 2 Tumblr_nvrbn58hjJ1qg8dzlo4_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Solsbury Hill
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach