Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Solsbury Hill
AutorWiadomość
Solsbury Hill [odnośnik]16.07.19 20:47
First topic message reminder :

Solsbury Hill

Solsbury Hill to urokliwe miejsce, które co roku na wiosnę zakwita we wszystkich odcieniach oranżu i żółci, odmienną barwą zdaje się być jedynie przebijająca spod spodu zieleń liści i łodyg. Nie znajdziecie tutaj żadnych drzew ani krzewów, jedynie ciągnące się przez kilka kilometrów łąki. Czasami można tu spotkać mugoli pasających niedaleko krowy, innym razem przebiegające stepami duchy dzikich koni, jeszcze innym niewielkie zbiorowiska strzygących uszami jeleni i saren. Wśród wysokich kwiatów i traw zawsze odnajdzie się odpowiednie miejsce na koc i koszyk z łakociami.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Solsbury Hill [odnośnik]11.06.21 17:37
Troskę najprościej było ukryć za maską profesjonalizmu i obojętności - przed sobą i przed innymi, troszcząc się nadal. Troska przecież bolała i tylko ktoś bardzo mądry mógł to pojąć w wieku last -nastu, a nie -dziestu. Troska bolała najbardziej, gdy samemu stawało się zagrożeniem dla tych, których chciało się chronić. Dlatego czekał i zwlekał, dopóki gorący wilczy zew w duszy trochę nie osłabł, a lodowate wspomnienia z Azkabanu nie przestały nachodzić Michaela w najmniej oczekiwanych chwilach. Przez kilka tygodni po aresztowaniu Justine nie mógł, rzecz jasna, myśleć o nikim innym - ale gdy już zaczął, korciło go, by nie pisać wcale. Gdyby Finley potrzebowała pomocy, napisałaby sama - wmawiał sobie, zagłuszając własną intuicję i spostrzegawczość i wspomnienie jej smutnych oczu. Bezpieczniejsza jest z dala od... - wmawiał sobie o wiele bardziej przekonująco, choć sam nie wiedział, jak zakończyć to zdanie. Z dala od mugolaka i aurora o nazwisku jednej z najsłynniejszych buntowniczek w Wielkiej Brytanii? Czy z dala od potwora, który przestał już liczyć ile razy stracił kontrolę, choć miał nie tracić jej nigdy?
Wolał o tym nie myśleć, wygodniej było po prostu się od wszystkich odciąć. Dopóki na początku listopada nie przekonał się, że ludzie w c a l e nie piszą, gdy pilnie potrzebują pomocy - w dodatku wbrew wszelkiemu zdrowemu rozsądkowi. Ulżyło mu, że Finley najwyraźniej wciąż potrzebowała jej tylko z nauką samoobrony (czy też walki wręcz, jakkolwiek to nazwać - Tonks wolał słowo samoobrona, intuicyjnie łącząc je z tym młodziutkim, delikatnym kwiatem i ignorując ogień w oczach tancerki), ale przynajmniej w tym mógł realnie pomóc, przynajmniej tego nie zepsuje. Pierwszy krok - byli tutaj sami, względnie bezpieczni, a przed nim stała prawdziwa Finley. W uszach rozbrzmiała mglista pamięć o tamtej piosence, Michael przypomniał sobie, jak dawno nie słyszał żadnej muzyki, a potem rozciągnął usta w nieco nostalgicznym uśmiechu.
-Uważaj, żebyś się nie poparzyła. - pokręcił lekko głową, świadom, że jego słowa nie były ani szczególnie mądre ani szczególnie oryginalne. Wtedy jednak rozbawiły Finley (nic dziwnego) i najwyraźniej je zapamiętała. Tożsamości zostały potwierdzone, fałszoskop milczał, wokół panowała cisza. Ostatni rzut oka na okolicę i wreszcie mógł uważniej przyjrzeć się samej dziewczynie. Spiętej, speszonej.
Przygryzł lekko wargę.
Chwila milczenia.
-Przepraszam, że tyle milczałem. - wydusił wreszcie. Niegdyś Michael Tonks nigdy nie przepraszał, szczególnie ten znany Finley. Widział, wszystko widział - smutek, rozczarowanie, niepewność, ale nigdy nie wiedział, co powiedzieć. Teraz też nie wiedział, ale mógł się chociaż odważyć i spróbować.
Merlinie, jak niezręcznie. Przywołał na twarz zakłopotany uśmiech, może jednak powinien rozważyć, czy przeprosiny są cokolwiek warte. Słowa, słowa, słowa.
-Mądrze, że zmieniłaś fryzurę. Nikt cię nie pozna. - wymamrotał, choć chciał przecież powiedzieć coś innego. Dobrze ci w różowych włosach, Finnie. Przypominasz mi wtedy Just.
Zmienił temat z pewną ulgą, choć na twarzy Finley nadal malował smutek. Przynajmniej przez kogoś innego. Podniosła na Michaela wzrok, szukając rady - sercowej rady, u niego! - a Tonks zawahał się. To nie jego sprawa. To nigdy nie była jego sprawa, więc odkąd się znali, tłumił cisnące się na język słowa.
Ale jutro mogę zginąć na wojnie i już nigdy nie dam jej żadnej rady.
-A sądzisz, że on próbuje...? - wypalił zatem, po raz pierwszy pytając o narzeczonego tak bezpośrednio. Najwyżej pytanie - i potencjalna odpowiedź - złamią Finley serce, ale czasem lepiej mieć złamane serce, niż żyć złudzeniami. -Też powinien cię szukać. Tyle przebywasz w jednym miejscu, że to nie takie trudne. - zauważył, nie zdoławszy już skryć w głosie złośliwego przekąsu. Wiem, że jest pewnie równie młody jak ty, Finnie, ale co z niego za mężczyzna? Właśnie to mu w tym nie grało, nigdy. Zawsze szukała tego narzeczonego, bez żadnych postępów. Tak, jakby on nie szukał jej. Albo... jakby chodziło o coś innego. Utkwił w Finley badawcze spojrzenie, nawet nie kryjąc, że jest ciekaw odpowiedzi. Najwyraźniej wojna albo inne czynniki uczyniły go odrobinę mniej zachowawczym, niż mogła pamiętać.
-Zawsze możesz się zawadiacko uśmiechnąć, dobrze jest zmylić przeciwnika. - uśmiechnął się, zawadiacko. -Ale najpierw podstawy. Źle zaciskasz pięści, jeszcze złamiesz sobie kciuk. Rozluźnij dłoń, wznieś kciuk do góry... - zbliżył się o dwa kroki i pokazał jej, jak to zrobić prawidłowo. Najpierw na własnej dłoni, a potem delikatnie chwytając palce Finley. Kciuk był już bezpieczny, mogli przejść do rzeczy. -Na nogach musisz stać pewnie, ale zostawię to tobie. Jesteś tancerką. Nie jesteś silna, ale jesteś zwinna. Zaskocz mnie, zagadaj i wyprowadź cios. Twoją przewagą powinna być na razie szybkość. - stała już porządnie, wiedziała jak ułożyć dłoń, czas skoczyć na głęboką wodę. -Nadal uważam, że lepiej gdybyś poćwiczyła obronę przed czarną magią, ale skoro nalegasz... - dodał przemądrzałym tonem, celowo.
Zaskocz mnie, Finnie, zirytuj się, uprzyj i nie krępuj się mnie uderzyć.
Nie mogła się przecież bić, patrząc na niego jak spłoszona łania, albo jak zbyt współczujący myśliwy na ranne wilcze szczenię. Nie byli z cukru. Nie stracił siostry, ona nie straciła narzeczonego. Byli po prostu dwójką przeciwników na wyobrażonej arenie.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Solsbury Hill - Page 3 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Solsbury Hill [odnośnik]25.06.21 0:52
Nie uniesie ni razu rąk w niemej prośbie, a miękkie wargi nie rozchylą się wcale, pozwalając skardze wybrzmieć w powietrzu. Nie skuli też ramion, ukazując tym samym wątłość ciała, zastanawiającą kruchość, którą skrywała dotąd harda postawa i skry wyzwania drzemiące w popielatych tęczówkach. Nie wpuści łez bezradności do kącików oczu, szloch z piersi nie wyrwie się nigdy. Tylko czasem półksiężyce paznokci werżną się we wnętrze dłoni, przebiją się przez cienki pergamin skóry, sięgną mięsa, dotrą do krwi. Bo nie wszyscy piszą, gdy są w pilnej potrzebie. Bo Finley nie chce pomocy, nawet jeśli wszystko w niej krzyczy, jak bardzo jest zagubiona i sama nie wie, co powinna robić. Stanąć w miejscu? Iść dalej? Czy uciekać? Uciekać, uciekać i uciekać. Nie pragnie wciągać nikogo w swe bolączki, które z każdym przemijającym dniem wydają się coraz bardziej błahe, coraz mniej wartościowe w obliczu okrucieństwa panującej wojny. Ale to były jej smoki, to była jej wina. A konsekwencje podjętych decyzji pod wpływem młodzieńczego zauroczenia już nigdy jej nie opuszczą. Będą odbierać sen z delikatnych powiek, każdy skrawek trudno uzyskanego poczucia własnej wartości, resztki rozsądku pchające ją w miejsca, które należało omijać szerokim łukiem. Dlaczego więc miałaby się dzielić nimi z kimś innym, podobny ciężar przenosić na czyjeś barki, domagać się wyciągniętej w jej stronę dłoni, kiedy zasłużyła na wszelki niepokoju dreszcz i przygryzione usta niepewnością spętane? Może łatwiej dzięki temu jest zostać zapomnianą, starać się nie brać do serca milczenia ciągnącego się przez miesiące, ignorować dziwny uścisk w środku na równi z poczuciem osamotnienia. Przecież poważniejsze zmartwienia zaprzątają obce umysły, po co ma troskać kogokolwiek swoją osobą? Więc gdy Michael listownie porusza kwestie obietnicy, ona nie podejmuje się rozmowy o niczym innym poważniejszym niż to. Bo przecież jest bezpieczna, choć tak naprawdę najbezpieczniejsza jest z dala od siebie. Nie od byłego aurora, którego niefortunny dla rządu statut może sprowadzić szereg kłopotów, co wyślizguje się jakże wygodnie z myśli objętych chaosem. Nie od kogoś, komu mogłaby odrobinę zaufać szczerze, jeśli tylko nie zdoła dostrzec przesłanek wskazujących na odrzucenie. Sama bowiem była sobie groźbą, zgubą, końcem. Każda umykająca dusza z orbity jej istnienia tylko to potwierdzała. I chociaż Tonks wbrew temu stał tutaj przed nią, żywy, cały, powracający oddychający,  o nazbyt czujnym spojrzeniu oraz dłoni gotowej wykonać odpowiednie ruchy, by zaklęcia z różdżki okazały równie zatrważające co marsowa mina, jaką się odznaczał, będąc nad wyraz skupionym na otoczeniu.
- Yh-mm. To nadal brzmi głupio, wiesz? - pyta, balansując ciężarem ciała na piętach, kiedy wspomina niezręczność słów, jaka wtedy padła. Czy naprawdę sądził, iż nie miała świadomości, z czym wiąże się igranie z ogniem? Wtedy. Teraz. Uważaj, żebyś się nie poparzyła, brzmiało tak prosto. Zastanawiała się wtedy, czy płomień nadal może boleśnie kąsać, jeśli wszystko wewnątrz pozostaje spopielone. Logika twierdziła, że tak. Doświadczenie również. Nie zagłębiała się więcej w ten temat.
Drga. W zdziwieniu, z uniesionymi brwiami, oczętami szeroko otwartymi. Nie do końca rozumiejąc, skąd te przeprosiny. Przecież nie wymagała od niego ciągłego kontaktu, ni uwagi, czarodziej miał własne życie, w którym nie śmiała zagościć na dłużej. A kiedy zniknął całkowicie, odciął się ot tak, to nie mogła mieć pretensji. Prawda? Przecież jego siostra, wojna, wszystko obróciło się do góry nogami. Kto ma czas dla małych artystek?
- W porządku - odpowiada więc, ręce w kieszeni płaszcza chowając. Nie była często przepraszana, stąd napięcie na sylwetkę spłynęło, by rozwiać się po chwili mogło na wspomnienie fryzury. Smukłe palce instynktownie sięgnęły barwionych na jasno kosmyków - Och, nikt mnie nigdy nie poznaje - stwierdza, ganiąc się zaraz pomimo szczerej prawdy. Nikt nie potrafił ujrzeć w Finley Finelli, z czasem nawet ona sama miała z tym kłopot, czy jeśli blond pukle na nowo brązem skazi, to czy wciąż będzie kimś innym? Oby, albowiem zdecydowanie nie chciała być obecną sobą, czującą palący wstyd na policzkach, uszczypnięcia upokorzenia pląsającego na linii zaczerwienionych uszu. Kłamstwo naigrawało się z niej wstrętnie, niemal równie gromko co żałość spowodowana brakiem jakichkolwiek informacji o rzekomym narzeczonym. Tak bardzo jej zależało, tak mocno sobie obiecywała, iż dopadnie go i litości mieć nie będzie, a mimo to wymykał się jak senna mara. Nie mogła go odnaleźć, co robiła przez ten czas? Naprawdę tak łatwo osobowość Finnie przejęła kontrolę, iż zapominała, po co tak właściwie znalazła się w cyrku? Gorycz pogłębiała wypowiedź mężczyzny, przejętego tak troszeńkę i nie miała mu serca artystka powiedzieć, że żaden złodziej nie próbuje odnaleźć swej ofiary.
- Naprawdę uważasz... - przełknęła ślinę, siląc się na desperacki gest odwagi - Że szukam go tyle czasu, tylko po to, by móc paść mu dramatycznie w ramiona? - pyta, popiół spojrzenia również pyta, za taką mnie masz Michaelu? Sądzisz, że nie potrafię pojąć aluzji? Że nie wiem, jak wielką idiotkę z siebie robię? Nawet jeżeli połowę tego, co tobie wmówiłam, to stek bzdur? Potrząsa głową, prostuje plecy, unosi dłonie w pięści zaciśnięte. I słucha, po to tutaj jest, by słuchać, uczyć się, uderzać pierwsza. Pozwala szorstkim, cieplejszym palcom naprowadzić jej własne, szczuplejsze, mniejsze zdecydowanie do odpowiedniego zacisku. Unosi nań wzrok, uważnie, spod rzęs, ważąc każdą radę. Rozstawia stopy odrobinę, zgodnie ze wskazówkami oraz nieco ugina kolana, balansuje na czubkach palców, jakby pragnęła odnaleźć równowagę.
- Nie mogę - mówi z prostotą Finnie, teraz, kiedy dzieli ich dystans, kiedy ma rozpocząć się to, po co tu przybyli - Lat ci nie ubywa, muszę dbać, byś był w formie - dodaje, a psotna słodycz osiada na wargach uśmiechem, skra dra w szarości tęczówek. Ostatni wdech, porusza się zręcznie, może jeszcze nie do końca pewnie, wydaje się, że ma zamiar pięścią naruszyć lewe ramie, jednak pochyla się i siłę, tak jeszcze niezbyt dobrze zgromadzoną, stara się przekazać w ciosie zmierzającym w prawy bok przeciwnika.

| cios pięścią w prawy bok, uderzenie lekkie. Nie mam pojęcia co robię


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

Płonie las, płonie nasz dom,
O nadziejo w sercu mym płoń...

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 3 Tumblr_nvrbn58hjJ1qg8dzlo4_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Solsbury Hill [odnośnik]25.06.21 0:52
The member 'Finley Jones' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 14

--------------------------------

#2 'k8' : 7, 6, 3
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Solsbury Hill [odnośnik]01.07.21 20:13
-Potem dodałem, że Amicus Igni uchroniłby cię od jakichkolwiek poparzeń. - przypomniał, niby to żartobliwie, ale z lekkim naciskiem. -Ćwiczyłaś defensywę, Finnie? To zaklęcie nie leży poza zasięgiem twoich możliwości. - doskonale wiedział, że prawdopodobnie leżało, ale zamierzał ją przecież motywować. Obrona przed czarną magią wymagała regularnych treningów, a w cyrku łatwiej było chyba zaklinać ogień niż znaleźć przeciwnika do sparingu. Nie wspominając nawet o tym, że płomienie były pewnie ciekawsze dla Finley niż tarcze.
Utkwił w niej wzrok, dziwnie przenikliwy - nawet jak na Michaela Tonksa. Auror zawsze rozglądał się czujnie, czy to w cyrku, czy to na ulicach wojennego i przedwojennego Londynu. Zawsze spoglądał na Finley uważnie, tak jakby słuchał każdego jej słowa, jakby traktował ją poważnie, może nawet - o ile dziewczyna potrafiła to wyczuć i w to uwierzyć - z pewną troską. Teraz jednak patrzył jakoś inaczej, tak jakby chciał przejrzeć Finley na wskroś.
Dlaczego tu jesteś, Finnie...? Znalazłabyś lepszych instruktorów walki wręcz niż milczący auror o nazwisku z listów gończych.
-Nikt cię nigdy nie poznaje...? - uśmiechnął się blado, zrywając wreszcie niezręczny kontakt wzrokowy. To chyba było pytanie retoryczne. -To przydatny talent, wiesz? - może młode dziewczęta nie patrzyły na to w ten sam sposób, może w ich oczach obojętność otoczenia rodziła kompleksy, może różowe włosy i oklaski na scenie nieco poprawiały humor, ale zbyt rozpoznawalny jak na własny gust (przeklęty rejestr!) auror patrzył na to inaczej. Umiejętność wtapiania się w tłum była bezcenna. Zauważył ten talent Finley już kilka miesięcy temu, do tej nie komentując go jednak na głos. Nigdy nie przekraczał zresztą niepisanych granic w ich znajomości - był do Finley bardziej podobny, niż sądziła. Słowa pocieszenia często grzęzły mu w gardle, powagę lubił zamieniać w żarty, nie był pewien, jakie tematy wypadało poruszać, a jakie bezpieczniej pogrzebać. Obserwował jednak, wyciągał wnioski, myślał o nich, o niej również wtedy, gdy się nie widzieli i gdy nie chwytał za pióro. Aż, gdy wreszcie napisał do Finley Jones, miał w głowie już sporo różnych pobudek. Troskę. Chęć zrealizowania obietnicy. I coś jeszcze. Gdyby nie coś jeszcze, nie przekraczałby teraz niepisanych granic, nie poruszał tematów trudnych i niezręcznych, nie porzucił na moment swej zwyczajowej łagodności.
Bowiem, gdy Finnie zaczęła mówić o swoim narzeczonym, Michael przestał uśmiechać się już tak szczerze i łagodnie jak przed chwilą. Skupiony, znów przesunął tym dziwnie intensywnym szarobłękitnym spojrzeniem po twarzy młodziutkiej rozmówczyni, po jej gardle (jak szybko przełknęła ślinę), po wątłych ramionach odrobinę przygarbionych i prostujących się desperacko, po długich rzęsach trzepoczących minimalnie częściej niż zwykle, a wreszcie wpił wzrok w tęczówki o barwie popiołu.
-Nie wiem, co uważać, Finnie. - odpowiada Michael, prostując się i spoglądając na nią z góry.
Zły auror, dobry auror. Pozę miał opanowaną do perfekcji, niczym drugą skórę. Stężone rysy twarzy, lodowate spojrzenie, lekko uniesione brwi i głos. Niegdyś poważny, teraz odrobinę warkliwy, od tonu głosu wszystko zależało.
-Sama mi powiedz, dlaczego go szukasz? - ta historia ma wiele dziur, Finnie, sądzisz, że ich nie zauważyłem? Zawiesza głos, pozostawiając pole do domysłów, czekając na pęknięcie. A potem, spróbowawszy wprowadzić oczekiwany nastrój szczerości, przechodzi w końcu do kolejnego pytania. Ważniejszego, bowiem ciągnięcie ją za język odnośnie narzeczonego to przecież tylko przynęta, przecież Michael-człowiek szczerze troszczy się o popękane serce Finley o smutnym spojrzeniu, ale Michaela-aurora niewiele to obchodzi. To jej prywatność, to jej sprawy. Ważne, ale o wiele ważniejsze są sprawy między nimi.
-Ale - zanim odpowiesz, najpierw powiedz mi, dlaczego spotkałaś się ze mną, dlaczego szukałaś tutaj mnie, dlaczego odpisujesz na listy od byłego aurora, skoro zapewne doskonale wiesz co stało się w sierpniu na Connaught Square. - cedzi Michael powoli, choć na jednym wydechu, jeszcze zanim Finley zdąży choćby rozchylić usta. Rozdrapuje ranę, porusza wszystkie trudne tematy, świadomie odwołuje się do Just, a twarz cały czas jest obca, poważna - dopóki na sam koniec, auror nie uśmiecha się jakoś smutno. I znów jest Michaelem, znów patrzy na Finley ciepło. -Wiem przecież, że ty wszystko wiesz. Jesteś inteligentna, Finnie, a nawet z cyrkowej areny nie sposób nie zauważyć wojny nad całą Anglią i grozy nad wyspami. - haggis, Finnie, łudzisz się, że Szkocja jest bezpieczna? Też chciałbym się łudzić. -Dzisiaj zaryzykowałaś, świadomie - przedłożyłaś walkę na pięści nad własne bezpieczeństwo? - uśmiech nadal igra na ustach, ale spojrzenie jest poważne, wręcz wątpiące - tak jakby Tonks nie do końca wierzył, że jest dla Finley więcej niż znajomym. Słowa nie brzmią jednak oskarżycielsko, bo przecież jej ufa. Ufa, choć nie odrywa od niej oczu - najpierw od twarzy, potem od dłoni, bo kątem oka dostrzega rękę.
-Nie wypadłem z formy. Patrz i ucz się, to jest blok. - rzuca na jednym wydechu, odzyskując trochę rezonu, w niebieskich oczach znów lśnią złote iskry - a dłoń aurora zmierza do boku, próbując chwycić tą dziewczęcą za nadgarstek i powstrzymać impet uderzenia Finnie.




zastraszanie II, spostrzegawczość III, wybacz Finnie!

rzucam na blok, k10 + 11 vs. ST 32 (sprawność Finnie), uratuje mnie tylko krytyczny sukces na kości 10, ale i tak się poświęcam żeby pokazać uczennicy jak działa blok


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Solsbury Hill - Page 3 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Solsbury Hill [odnośnik]01.07.21 20:13
The member 'Michael Tonks' has done the following action : Rzut kością


'k10' : 10
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Solsbury Hill [odnośnik]07.07.21 16:23
Powietrze wypełniło policzki naturalnie, gdy nosek zmarszczył się w urazie szczerej. Znała swoje braki, każdą drobną wadę roztrząsała na niekorzyść swej skromnej osoby, wgniatając poczucie własnej wartości tak głęboko w ziemię, iż wciąż ją zadziwiało, że potrafiła z odwagą spoglądać w oczy komukolwiek, z kim przyszło jej rozmawiać. Wytykanie tego jednak nawet w tak łagodny sposób, jak teraz, delikatnie muskając ego oraz wybudzając zastygłą ambicję, wywoływało nieśmiałe skry złości oraz zawstydzenia. Nie potrafiła się bronić, jej magiczne umiejętności pozostawiały wiele do życzenia, czerwienią na policzkach osiadając, lecz ciągłe tego wytykanie nie zachęcało do zmian, ośli upór bywał silniejszy od zdrowego rozsądku.
- Tylko słowną - odpowiedziała pogodnie, siląc się na uśmiech, stykając ze sobą palce wskazujące w nierównym rytmie, zagłuszając nerwowość. Poprawi się, pod względem umiejętności, była tego pewna. Potrzebowała tylko chwili na wylizanie ran, które otwierały się podczas przypadkowych spotkań, pozwalały się rozdrapywać przy najmniejszych wyrzutach sumienia. Odrobiny czasu, który niby ziarna piasku umykał przez dłonie, a ona odkładała swe plany coraz dalej, kiedy potykała się na tej drodze życia. To było żałosne, takie podejście, ta ślepa wiara w kiedyś, gdy teraz było tak niepewne, ale Finley była równie dobra w uciekaniu, co w kłamstwie. Uciekanie przed samą sobą weszło jej już w nawyk. Dlatego nie peszy się, kiedy Michael podejmuje się kwestii rozpoznawania, bo chociaż ganiła się ledwie minutę wcześniej, to czy podświadomie nie zachęcała go zagłębienia się w ten temat? Po co tu jesteś Finley Jones? W miejscu opuszczonym przez gwiazdy, z duszą na ramieniu i kimś, kto, chociaż echem wspomnień ciepłem zalewał, tak obecnie wróżył jedynie kłopoty? Po co?
- Wiem - oczywiście, że wiedziała. Bycie niezauważalnym zapewniało nade wszystko przetrwanie, wiedze również, ale możliwość wtopienia się w tło, uniknięcie bezpośredniego udziału w danej sytuacji, pozostawanie biernym obserwatorem wobec zdarzeń miało w sobie wiele możliwości. Czy wykorzystywała je w pełni? Jeszcze nie. Ręce układają się w pięści, bo właśnie teraz winna umknąć pod bacznym spojrzeniem szaro-niebieskich oczu, bezszelestnie wycofać się z podkulonym ogonem, gdy żołądek zacisnął się niebezpiecznie. Zachowywał się, jakby widział. Te drobne błędy, stosy niedopowiedzeń, parę dziur łatanych zastanawiającą szczerością. Ale miast tego Finnie prostuje się, wyzywająco unosząc podbródek, nawet jeśli w popielatym spojrzeniu wciąż czai się smutek. Smutek oraz ogrom zmęczenia, którego nie powinny doświadczać młodziutkie panienki, wciąż tej naiwnej młodości doświadczające. Malinowe wargi układają się w uśmiech, krótki, malutki, chłodny tak jak zimny był wiatr przemykający między jasnymi kosmykami. Milczy. Nie odpowiada na pytanie, ani to pierwsze, ani kolejne. Obserwuje, jak mężczyzna się zmienia. Jak znika z niego ta wrażliwość przyciągająca serca, jak zjawia się gorycz rysy twarzy wyostrzająca, nadająca powagi, obawą umysł wypełniając. Które z nas się bardziej kryje Mike? Które ja jest twoje prawdziwe? Zastanawia się mimowolnie, czując, że złudna ufność uchodzi z niej wraz z kolejnym zdaniem padającym od byłego aurora. Nie zadawaj pytań, ja też nie będę. Tonąc, chwytała się tej zasady, a kiedy ta została naruszona, tak mury obronne wznosiły się do samego nieba, nie pozwalając na dostrzeżenie żadnego prześwitu, na przebicie się przez kamienne ściany nieufności. Niczym pies uderzony nazbyt wiele razy, pozostawała czujna na każdy gest, nacisk rozbrzmiewający w głosie, drgnięcie mięśni. Nie poczuła się pewniej pod ciepłym wzrokiem, nie rozluźniła się nawet na moment, wnętrze policzka przygryzając, nim wewnętrzny krzyk rozniesie się pośród łąk. Przy pewnych osobach, nie powinno się grać tego złego Michael, jakaś część jej chciała szepnąć zawiedziona, jednak cisza pochłonęła ją całą. A potem wykonała cios, cios marny, bo zaraz został on zablokowany, ale to dobrze. Dobrze. Bliskość dawała złudne wrażenie więzi. Uniosła drugą dłoń, powoli, nie po to, by uderzyć, widział to, znał się na tym, w mowie ciała nie było podstępu. Smukłe palce zacisnęła na okryciu mężczyzny, na wysokości szyi, nim przyciągnęła go do siebie, skracając dystans, jaki trwał między nimi poprzez różnicę wzrostu. Oczy wpatrywały się w oczy, nieruchomo, figlarność nie tańczyła wokół czerni źrenic dziewczęcia. Koniec gry. Już się nie bawimy.
- Bo jesteś ślepy - odpowiedziała wreszcie, lekko, niczym kot igrający z głupiutką myszką, pod której skórą czaiła się zgoła niebezpieczniejsza istota - Bo jesteś głuchy. Bo nie wiesz nic. Bo jesteś sobą. Możesz wejść, ile? Raz? Dwa razy, kijem poruszysz gniazdo żmij, trochę je wzburzysz. A potem musisz odejść, nie możesz zostać. Ze względu na siebie, na swoją siostrę. Nie widzisz efektów, nie poznasz nastrojów. Jesteś bezradny w tym jedynym miejscu, w którym kiedyś mogłeś czuć się silny - kiedy Ministerstwo Magii jeszcze cię wspierało, a Londyn był dla ciebie domem - Odchodzisz. Ale ja tam jestem. Muszę być - mógł uznać, że ze względu na cyrk. Tylko czy praca nawet najbardziej lubiana mogła być wystarczającą wymówką przed opuszczeniem wojennej stolicy? - Użyj mnie - cofa się o krok, wyrywając nadgarstek z uścisku. Nie dotykaj. Nie dotykaj. Nie wolno - Użyj moich oczu. Użyj moich uszu. Użyj ust, jeśli zajdzie taka potrzeba, użyj moich kłamstw oraz prawd. Istnienia oraz nieistnienia - oferuje ci narzędzie Tonks, od ciebie zależy, czy go użyjesz. Mówiła pokrętnie? Być może. Nie dbała o to, kiedy właśnie dosyć mało jawnie na szali stawiała własne życie. Nim słowa zdążyły opaść na czarodzieja, gniew nakazał wykorzystać rozproszenie. Czy z pozytywnym skutkiem? Tym razem cios chciała zadać centralnie w brzuch, bo mu się należało.

| kokieteria I, kłamstwo II. Lekki cios w brzuch, bo mnie ranisz Michał


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

Płonie las, płonie nasz dom,
O nadziejo w sercu mym płoń...

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 3 Tumblr_nvrbn58hjJ1qg8dzlo4_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Solsbury Hill [odnośnik]07.07.21 16:23
The member 'Finley Jones' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 87

--------------------------------

#2 'k8' : 2, 4, 1
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Solsbury Hill [odnośnik]10.07.21 21:10
Tylko słowną - tak, ze słowną szermierką radziła sobie dobrze, a bezczelność z jaką wypowiadała te słowa byłaby urzekająca - gdyby pod maską pogody nie dostrzegł drżenia palców, zmarszczenia małego noska i - co najgorsze - cienia niepewności w spojrzeniu. Była młodziutka, była urocza i rozbrajająca, gotów był wybaczyć jej wiele - ale to właśnie w jej źrenicach dostrzegał czasem nieprzystający jej wiekowi smutek, ten dziwny wyraz, który widywał czasem we własnym lustrze. A wtedy, na widok własnej refleksji, nie mógł już traktować jej jak nastolatki - Finnie stawała się dorosłą Finley, Finley odartą z maski naiwnej młodości, Finley od której można było wymagać. Bo czym innym jest tłumaczenie czegoś dziecku nieświadomemu grozy wojny, a czym innym rozumiejąca wszystko panna, która najwyraźniej całkiem świadomie nie znajduje czasu na defensywę.
-W takim razie następnym razem zapraszam na sparing. - proponuje Michael, albo raczej zarządza. W głosie pobrzmiewa ciepło, w szarobłękitnym spojrzeniu widać twardą stanowczość. Niegdyś szkoliłem kursantów, a teraz młodą tancerkę, ale nie mogę cię obronić, Finnie, więc przynajmniej cię nie zostawię. Już nie. Wilk z tyłu czaszki mruczy w myślach z ciekawością, rozpoznając w poplątanych emocjach mieszankę zmartwienia i ciepła i pojmując, że to młode szczenię jest częścią stada. Albo zaraz będzie.
Finley milczy, Finley stoi dumnie, Finley się nie boi.
Nie boi się - zauważa Michael z zastanowieniem, bowiem tyle osób się go boi. Nawet, gdy się nie stara, gdy jest po prostu sobą - a teraz przecież się postarał.
Mierzą się spojrzeniem, a Finley nawet się nie cofa - choć Michael widzi jak smutek w jej oczach staje się jeszcze ciemniejszy, jak nerwowo przygryza policzek. Nagle robi się mu równie smutno, ma ochotę mrugnąć, ale nie traci czujności, jest przecież dorosły. Blokuje cios, bierze oddech - czy powinien się wycofać, przeprosić? Ale wtedy dziewczęce palce zaciskają się na jego kołnierzu, Finley staje lekko na palcach, a on nachyla się posłusznie - dając jej ułudę, że naprawdę pociągnęła go w dół.
Ślepy?
Wzdryga się lekko, odruchowo. Żaden mężczyzna nie lubi krytyki. Ale słucha, a w jej słowach słyszał prawdę. Obserwuje, a ona nie cofa spojrzenia. Mówi dalej, oczy jej skrzą, słowa są równie płomienne jak ogień, w którym tańczy.
Dlaczego? pytał- czy to wystarczająca odpowiedź?
Przełyka ślinę, w gardle czuje gulę wzruszenia albo zmartwienia albo jednego i drugiego. Zrobiłabyś to dla mnie, Finnie? Czy dla pieśni Feniksa? Znasz ryzyko? Rozchyla usta aby coś powiedzieć, ale wtedy nadchodzi cios - otrzeźwiający.
Chwyta ją za rękę, w samą porę aby zablokować część uderzenia. Cios jest jednak zaskakująco silny, zaskakująco szybki, już nie tyle lekki, a...
-...Włóż trochę więcej impetu w ruch z barku do ramienia, a lepiej wyważysz cios. - komentuje trzeźwo i puszcza jej nadgarstek. Szybko, niemalże przepraszająco.
Nie będzie dotykał.
Kto cię skrzywdził, Finnie, dlaczego milczysz o narzeczonym tak uparcie - czy to naprawdę trudniejsze pytanie, niż to, które zadałem ci później?
Szare tęczówki wydają się ciemniejsze niż zwykle.
Nie będzie pytał.
Przymyka na moment oczy. Musi zebrać myśli.
To nie tak, że nie myślał o tym już wcześniej.
Był taki moment, w czerwcu, gdy wizyty w Londynie stały się coraz trudniejsze, gdy jeszcze miał kontakt z Finley.
A potem na własne oczy zobaczył, jak ktoś starszy od niej pęka.
A potem przyszło Connaught Square.
-W razie czego... Nie będę mógł ci pomóc. Nie mogłem ochronić własnej siostry. - przypomina głuchym głosem. Oszalałem, żeby ją ochronić - ale nie mogłem zrobić tego samego dla Hagrida, nie mogliśmy. Trwa wojna. Wszyscy rzucają się na szaniec. -Kiedyś... ktoś proponował mi coś podobnego, a zapragnął się wycofać, gdy rozesłano listy gończe. Tyle, że czasem nie można się już wycofać. Przemyślałaś to, Finley? - spogląda na nią z mieszanką podziwu i bezbrzeżnego smutku. -Nie musisz tam być, obydwoje o tym wiemy. Jeśli... jeśli byś nie chciała, wiesz przecież, że... pomógłbym ci. - wiesz, prawda? Tak, jak podczas anomalii.
Tym razem to on przygryza policzek.
Masz rację, Finley, potrzebuję cię.
A zarazem nie chcę cię narażać.

Tyle, że, od kiedy to on, Michael Tonks, liczył się w tym wszystkim?
Nie chodziło przecież o niego. Ani o nią.
-Zamiast z ogniem, wolisz tańczyć do pieśni Feniksa? - uśmiecha się blado, potwierdzając wreszcie jej podejrzenia. Ale to przecież Finley. Pewnie wie już od dawna.
Finley wie i widzi zbyt wiele. O Finley nie wie nikt.
Finley byłaby idealna.

krytyczny sukces na blok, 5pkt obrażeń tłuczonych (2.5 za każdy z dwóch ciosów Fin)


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Solsbury Hill - Page 3 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Solsbury Hill [odnośnik]11.07.21 20:56
Szarość splata się z błękitem czystą taflą spojrzenia, czerń źrenic jest nieruchoma, spokojna, czujna. Chłonie wszystko, co ją otacza, wciąga w swą orbitę istnienia, analizuje każdy najdrobniejszy element. Czuje to. Ciężar jego oczu osiadający na twarzy, wypatrujący każdego drgnięcia, ust zaciśnięcia i przez moment ma nieznośne wrażenie, że Michael widzi. Widzi coś ponad wzniesioną fasadę, ponad sztuczną pewność brawurą podszytą, kocią przewrotność maskującą nieprzyjemności wnętrza. Nie czuje się z tym komfortowo, że czasem on wie więcej, niż mogłaby mu pozwolić. Powinna się tego pozbyć, tej spostrzegawczości, tej nieznośnej nuty nieufności, jaka niesie się z minionej pozycji aurora, ale nie może. Oznaczałoby to, że musi się chociaż trochę otworzyć, pozwolić słowom zatańczyć na języku szczerą melodią, dać chociaż trochę od siebie, nim cienki materiał wiary opadnie na jego twarz, wypełniając wszystkie dostrzeżone luki. Nie jest na to gotowa, na przyznanie się do tego, co dla innych zdawało się błahostką, niepotrzebnym roztkliwieniem, nad którym się rozwodzi, a co dla Finley było przyczyną szalonego biegu w nieznane, w ślepej nadziei, że nawet jeśli czasu nie odwróci, to chociaż szkody zostaną zminimalizowane, a winy wymazane. Nie chce być świadkiem, jak politowanie wypełnia ciało towarzyszącego jej czarodzieja, jak ten nie może uwierzyć w głupotę, jaką się wykazała. Popatrz Tonks, czy tak wygląda dorosłość? Czy naprawdę tkwi w niej jakaś dojrzałość, która każe wymagać? Nie muszą znać teraz odpowiedzi, dlatego wydaje z siebie przeciągły jęk na zapowiedź sparingu, którego nie uniknie. Jak niesforna dziewczynka, mająca świadomość, iż to dla jej dobra, ale i tak tupnie nogą dla zasady.
Dąsy nie trwają długo, odchodzą w zapomnienie równie prędko, jak się zjawiły. Mierzą się ze sobą, oko w oko, upór ścierający się z uporem. I może jest w tym jakiś strach, lecz nie strach o życie własne, przecież to nie znaczyło zbyt wiele pośród istnień znacznie potrzebniejszych w tej zawierusze. To drobny lęk, taki, przez który Mike wreszcie zrozumie, z jakim głuptasem musi przebywać. Ale Finnie się nie boi, bo Finnie nie ma nic do stracenia. Acz duma zostaje ugodzona, kiedy mimo wszystko zatrzymuje jej cios, niewzruszony jak przedtem, z poradą otwierającą zaciśnięte dotąd usta. Cofa się, do piersi przyciągając niedawno trzymaną rękę, jak ranne zwierzę, które obawia się kolejnego uderzenia. To jednak nie nadchodzi, niewidzialna wyrwa w ziemi oddziela ich od siebie, żadne zdanie, jakie pada od strony blondyna, nie potrafi jej załatać. Nie ochroni jej, ale to nic, nikt tego nigdy nie robił, tylko raz, kiedyś dawno, w życiu, którego nie było, jeden jedyny był wyjątkiem, ale oblicze tego, o włosach przez ogień pocałowanych zatarło się. Nie chciała pamiętać. Czy przemyślała to wszystko? Nie do końca, ale...
- Nie musisz. Nikt nigdy nie musiał - odpowiada więc, a serce uderza głucho o kościane pręty swej klatki. Bo godzi się, wszystkie gwiazdy, dobrowolnie godzi się na coś, co przynieść może tylko ból oraz stratę, cierpienie i śmierć. Jeszcze chwila, a stanie się wrogiem kraju, kimś na kogo przyjdzie polować, dla przykładu unicestwić, tym samym utwierdzając nowy ład surowym prawem. Dlaczego to robi? Nie potrafi nawet zająć się własnymi kłopotami, dlaczego na barki przejmuje kolejne ciężary? Dlaczego? - Muszę - wypowiada słowo z naciskiem. Muszę to zrobić i muszę zostać. Tylko wtedy będę cokolwiek warta - I nie możesz mi pomóc Michael, nikt nie może - nikt nie może szukać wiatru w polu i mężczyzny, który zdawał się być bardziej ulotny od trzepotu motylich skrzydeł; smoczych jaj, które już jajami mogły nie być, a które utraciła w imię dziewczęcej naiwności; resztek pewności siebie, które umykały z każdym dniem, pozostawiając ją na pastwę wyrzutów sumienia. Głupia. Głupia. Głupia, śpiewa krew w błękitnych liniach żył, ta sama, którą dzielili najdzielniejsi wodzowie klanu, której przodkowie poświęcali się dla swoich przekonań jak Eilidh Tańcząca, której się poddawali jak Ginny of the Oldsotnes, o zbyt wielkim sercu - Ale ja mogę pomóc tobie - i jakoś to by wystarczyło. Być potrzebną, chociaż na chwilę, na moment niezastąpioną, nim pojawi się bardziej utalentowana osoba, która wymaże ją ze wspomnień każdego.
Zrobić coś więcej, niż stać bezczynnie. Patrzeć, jak śmierć wyciąga zimne łapska po każdego, tylko dla czyjegoś kaprysu. Nie uważała się nigdy za kogoś, kto odznaczał się słodyczą natury, nie była miękka, mdła, wiecznie spozierająca na jasną stronę zdarzeń. Kto odda ostatni swój ostatni oddech w imię istotniejszej sprawy. Ale Finley myśli, że jeśli ma odwagę wesprzeć tych, którzy stoją przeciw jednemu z najstraszliwszych czarnoksiężników, to może kiedyś, w przyszłości, odnajdzie ją także wobec samej siebie i któregoś dnia w lustrzanym odbiciu nie ujrzy igrającej z ogniem cyrkowej dziewczynki, tej, która nie potrafiła latać. A smoczycę o brązowych skrzydłach, poważnych szarych ślepiach i barwnej szkockiej naturze, którą przez lata przyszło jej tłumić.
- Nie bądź niedorzeczny Michael - mówi spokojnie - Nigdy nie przestanę tańczyć z ogniem - dodaje powoli, bo podobnie nigdy nie przestanie ryzykować, przesuwać ustalonych przez innych granic - Aż sama się nim nie stanę. Myślisz, że jaki żywioł reprezentują feniksy? - unosi brodę, wszystko albo nic Jones. Wszystko albo nic - Będę płonąć jasno, mamić ciepłem albo pożogą. Aż wreszcie zgasnę i odrodzę się na nowo, tam gdzie potrzebujesz. Ponownie będę się tlić, póki nie pozostanie ze mnie popiół, póki wiatr nie rozniesie moich prochów. Dopóki pieśń nie umilknie, a na scenie nie zapadnie cisza - z dłonią na piersi otwartą, z płytkim ukłonem ofiarowała część swych kart, odsłoniła to, o czym powinien wiedzieć. Że spaliwszy wszystkie mosty, może iść tylko przed siebie. Że nie wycofa się, bo nie ma dokąd. Że nie pęknie, ponieważ już się rozpadła. Tak też w jego ręce złożyła swoją ofertę, swój własny los.


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

Płonie las, płonie nasz dom,
O nadziejo w sercu mym płoń...

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 3 Tumblr_nvrbn58hjJ1qg8dzlo4_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Solsbury Hill [odnośnik]11.07.21 23:50
Usiłuje zachować powagę, usiłuje być z niej dumny, usiłuje ucieszyć się w imię Zakonu, we własne imię - potrzebowali przecież sojuszników. On zaś potrzebował chyba w głębi duszy zapewnienia, że są jeszcze na świecie osoby dobre i prawe i odważne gotowe pomóc jemu, w imię sympatii bądź przekonania, że tak należy.
Tyle, że na języku czuje jedynie gorycz. Tak, jakby po gardle rozlały się już wyrzuty sumienia za przyszłe tragedie, jakby czuł już ciężar odpowiedzialności za to, co jeszcze się nie wydarzyło. Nie był jasnowidzem, być może kierował nim nadmierny pesymizm - ale trudno było nie stać się przesądnym, gdy po kolei traciło się każdą ważną osobę. Niektóre z tych osób, co prawda, wracały - Justine z Azkabanu, Gabriel z zaświatów, Castor z leśnej gęstwiny - ale pogruchotane, skrzywdzone, zmienione przez tą wojnę. A Michael nie mógł przecież patrzeć na cierpienie bliskich ani niewinnych, przecież zawsze bolało bardziej niż własne, przecież dlatego został aurorem. Łudził się, że niesienie pomocy przyniesie ulgę jemu samemu, naiwnie nie wiedząc, że będzie wręcz przeciwnie, że profesja popchnie go w oko cyklonu wyrzutów sumienia. Po wyprawie do Azkabanu te nasiliły się jedynie, urastając do niebotycznych rozmiarów - czuł się odpowiedzialny za mężczyznę, któremu dementor wyssał duszę na jego oczach, za wszystkich więźniów, których tam zostawili. Naocznie zobaczył, że jego decyzje priorytetyzują jednych, ignorują drugich, że na wojnie nawet misja ratunkowa jest morderstwem - wszak idąc po Justine, świadomie odwrócił wzrok od innych uwięzionych, świadomie nie poszedł po Pomonę, a potem zobaczył jej ciało. To wtedy dotarło do niego, że nie walczą tylko z wrogami, że priorytetyzują także między sobą. Jednych muszą uratować, innych muszą rzucić na szaniec.
Przymyka na moment oczy, zbiera myśli. Może nie powinien. Finley była młoda. Finley to nie Halbert ani Reggie. Finley to nawet nie Castor. Gdyby miał córkę, chciałby, żeby była jak Finnie - a nie powinien w ogóle o tym myśleć, nie powinien się angażować.
Tyle, że nie znała nikogo innego. A on nie chce oddawać jej w ręce obcych ani zostawiać samopas. Choć wydaje się rozsądna, Mike widzi smutek na dnie szarych tęczówek, rozpoznaje z własnego lustra emocje, które popychają do czynów szalonych. Nie pozwoli jej zrobić nic szalonego, nie całkowicie samej. Wie, że to wciąż jego wybór, że może odmówić - ale jej prośba, tak bezpośrednia i ognista, sprawia, że nie byłby pewien, z którą decyzją będzie mu trudniej żyć.
Zignorował już i odtrącił zbyt wiele osób.
Nie ją.
Wie zresztą, o jaką grę toczy się stawka. Stracili Londyn, zbyt mało było tam sojuszników z bezpiecznym dojściem do stolicy.
-Nie muszę, może nie mogę, ale chcę. - protestuje, spoglądając jej prosto w oczy. Przeciąga ciszę, wiedząc, że to ostatni moment, w którym może być po prostu Michaelem i przemawiać do niej tylko jako Michael.
Finley kończy mówić, przemowa jest płomienna, jej oczy płoną niczym gwiazdy, a Mike ma tylko nadzieję, że nie będą to gwiazdy spadające.
Przymyka oczy.
-Mogę...? - upewnia się nagle, cicho, powoli nachylając się do przodu. Finley zna się na mowie ciała, przynajmniej ten jego, a on nie dotknie jej bez wyraźnej zgody.
Jeśli nie zaprotestuje - obejmie ją, krótko, po ojcowsku. Ramiona aurora będą lekko drżeć, a on mocno zaciśnie oczy, ale może Finley nie zauważy.
Jeśli się cofnie, wypowie kolejne słowa tak po prostu - próbując spoglądać jej w oczy, a zarazem nieco umykając własnym spojrzeniem.
-Nie zapadnie cisza, Finley. Wygramy tą wojnę - Michael szybko opanowuje głos, tłumi niewiarę we własne słowa -i będziesz tańczyć dalej, w ogniu, a nie w popiołach. Bo walczę w tej wojnie po to, by tacy jak ty mogli tańczyć dalej, rozumiesz? - szepcze z naciskiem, bo to on rzuca się tutaj na szaniec, to on jest wilkołakiem i aurorem, który nie ma nic do stracenia, to on. Ona zostanie tylko jego oczyma, nie nim. -Feniks śpiewa o tym, by walczyć i chronić - słabszych, potrzebujących. Uchodźców, mugoli, cywili - bo obłęd Czarnego Pana zwróci się pewnie przeciwko każdemu. - maski opadają, Michael może mówić wprost. -Sprzyja nam wielu, każdy na miarę własnych talentów i możliwości. Widziałaś listy gończe - są na nich i aurorzy i alchemicy. - tylko o tych może jej mówić, podpowiedzieć, że nikt nie jest bezpieczny - ale że od nikogo nie wymagają nic ponad jego miarę. -Dbamy o sekret własnych tożsamości, szczególnie ci z nas, którzy mają jeszcze dostęp do Londynu. Dlatego, dla naszego i Twojego bezpieczeństwa, na razie będziesz wiedzieć tylko najpotrzebniejsze rzeczy, ściśle związane z Twoimi zadaniami. Powiem innym o tym, że jesteś gotowa pomóc - w razie własnej potrzeby, skontaktują się z Tobą. Ja będę Twoim głównym kontaktem, listy będziesz palić od razu po przeczytaniu - będę je wysyłał nocą lub nad ranem, nadal mieszkasz sama w wagonie? To chyba dobry moment, by zacząć używać pseudonimów, ja... - waha się, nie pomyślał o tym. -Mogę być Wilkiem. - Mike ma może wiele zalet, ale wyobraźnia nie jest jedną z nich. Zresztą, powoli przestaje być dla niej Michaelem - prostuje się, a choć nie próbuje już zastraszać i patrzy równie łagodnie jak wcześniej, to na twarzy maluje się bezbrzeżna powaga. -Służymy prawowitemu Ministrowi, samowolne działanie - na chwilę wypada z roli, głos lekko mu drży, choć może strategicznie? Spogląda na Finley z naciskiem, rozumiesz o kim mówię i o kim nie mogę powiedzieć więcej? -może się skończyć tragedią, będziesz więc ostrożna i gotowa słuchać moich - rozkazów, ale nie rozmawia przecież z kursantem w Biurze Aurorów, a z młodą dziewczyną -wytycznych. Pieśń brzmi w Londynie i oby Twoja pieśń brzmiała w cyrku jak najdłużej, ale może cię rzucić z dala od niego. - tracili stolicę, widziała to, nie była ślepa. -Wiesz, że wrogowie czają się wszędzie, ale najniebezpieczniejsi z nich potrafią zmieniać się w czarną mgłę, a ich elita nosi na twarzach maski, każdy inną. To ludzie biegli w czarnej magii, groźni nawet dla mnie - nie stawaj im na drodze. Jeśli zobaczysz coś podejrzanego, daj mi znać, uciekaj, skradaj się, bądź cieniem, Finnie. Bądź moimi oczyma i dłońmi, możliwe, że poza stolicą też będę cię potrzebował. - mieli zbyt wiele do zrobienia, a ładna i dyskretna dziewczyna mogła skutecznie pomóc, odwrócić uwagę. Nie będzie jej mieszał w kradzież tojadu w Surrey, ale pomoc przydałaby się mu w wielu innych sprawach.
-Jeszcze jedno. Odkryliśmy, że na zarejestrowane różdżki nałożony jest jakiś rodzaj namiaru. Nie wiemy jeszcze, jak działa - pewnie zaalarmuje kogo trzeba, jeśli spróbujesz rzucić Bombardę Maximę na Tower i oczywiście tego nie rób, prawdopodobnie zwykłe zaklęcia umykają ich uwadze, ale gwarancji nie dam i powinnaś wiedzieć.
Odsuwa się o krok, powolnym gestem sięga po różdżkę. Jeszcze jedno. Dowód zaufania. Ostatnia ważna informacja. Coś na pożegnanie...?
-W razie naprawdę nagłych wypadków, potrafię też skontaktować się... tak. - przymyka oczy, odsuwa bolesne wspomnienia, widzi rodzinny dom i Just i Gabriela i Kerrie. Opowiada im o Hogwarcie. Pije z Justine na weselu Macmillanów, wkoło zgromadzeni są bezpieczni przyjaciele. Śmieje się w głos w kinie samochodowym. Patrzy na gwiazdy, wiatr niesie zapach morskiej bryzy.
Ciepłe wspomnienia spływają wzdłuż różdżki, formując się w świetlistą kulę, srebrnego wilka.
-Uważaj na siebie, Finley. Niesiesz teraz pieśń nas wszystkich. - szepcze Michael, a wilk powtarza te same słowa. Jest potężniejszy i piękniejszy niż Michael zapamiętał, promieniując ciepłem i nadziejem i czymś w rodzaju szczęścia - nie tylko jego szczęścia, bo Finley chyba tchnęła w Michaela trochę siły. Trochę nadziei. Trochę światła, nawet przeplatanego z troską i smutkiem.



patronus za 135, na pewno jeden z moich piękniejszych!


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Solsbury Hill - Page 3 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Solsbury Hill [odnośnik]12.07.21 2:31
Nie żałuje. Nie może, choć półksiężyce paznokci wbijają się we wnętrze drobnych dłoni, nie na tyle jednak mocno, by mogły przebić się przez cienką powłokę skóry. Ramiona ma wyprostowane, brodę uniesioną dumnie, w spojrzeniu tańczy harda skra i tylko serce, płoche, żałosne, głupie serce trzepocze niby ptak w kościanej klatce zamknięty. Bo nie stoi już w miejscu, rozpaczliwie nie uderza rękoma o gruby mur bezradności, teraz ma cel, złudne poczucie bezpieczeństwa w czającej się dookoła grozie. I powinna się bać, z goryczą tańczącą na powierzchni języka, uściskiem bolesnym żołądka. Umrze, zginie, przepadnie. Wystarczył jeden źle postawiony krok, a tafla lodu, jakim było jakże kruche jej życie, pęknie, zapadnie się pod ciężarem słów oraz czynów, wciągając ją w lodowatą, bezkresną głębię. Będzie cierpieć. Przez siebie, za siebie, za innych. Czy tego chciała? Karać siebie w nieskończoność? Za ten jeden jedyny moment, w którym zapragnęła być dziewczęciem w swoim wieku, pełnym nadziei i wiary, we wspólnie szeptane jutro, tak słodko oraz gorączkowo? Nie. Tak. Może. Może coś w tym było, choć milej było sądzić, że to nie kara, a szansa. Szansa na poprawę, na win swoich odkupienie, kiedy skradziony skarb klanu nadal odnaleźć się nie chciał pomimo tylu upokarzających prób go odnalezienia. Szansa na bycie kimś więcej, niż tylko płaczliwym dzieckiem, ukrywającym się za roześmianą maską, za nic niepotrafiącym latać, gdy skrzydła ma podcięte. Kimś silniejszym, odważniejszym, może odrobinę znaczącym, niewiele, ale jednak. Samolubne te pragnienia, gdzie w nich miłość dla bliźniego? Gdzie poświęcenie dla niewinnych? Było w niej, oczywiście, że było, widziała, co się działo w Bezksiężycową Noc. Była tam wtedy. Widziała wszystko. I Finnie ma świadomość, że nie jest dobrą osobą. Że żadna poczciwość nie wyziera z niej w ogóle, że nie do końca jest tym, kogo Zakon potrzebuje - kimś pełnym pasji oraz współczucia, kto kieruje się dobrem innych. Że woli uczynić wszystko, by zagrać władzy na nosie w najbłahszy sposób, sprawić, żeby znowu można było oddychać. Bo Finley nie jest bohaterem, to rola kogoś bardziej wyjątkowego, przyciągającego spojrzenia swoim blaskiem. Finley jest cieniem i pośród ciemności będzie się poruszać, balansując między troską, a okrucieństwem swojego charakteru. Lecz wojna trwała, sentymentalne podejście do pewnych kwestii mogło doprowadzić do tragedii.
Tak jak i teraz tenże sentyment się zakradł, zmuszający do odwrócenia głowy, do skierowania wzroku na podłoże. Chcę. Pragnął jej pomóc, ale komuś takiemu jak ona nie warto było pomagać, zakłamanemu, naiwnemu. Dlatego nie mówiła, o przeszłości, o smokach, o tym, który wpuścił do jej duszy zastępy motyli. To były jej problemy, jej bolączki i kłopoty, zrzucanie na kogoś podobnego jarzma oraz dzielenie się odpowiedzialnością nie wydawało się właściwie. A mimo to było miłe. I przeklina panna Jones po stokroć siebie samą, że to na nią działa. Te zapewnienia durne. Jak przy Frances, proponującej jej bezpieczną przystań, teraz przy Michaelu oferującym wsparcie. Nienawidzi tego ciepła, którym się dzielą, gotowi odkryć, jak smutna i niedorzeczna jest pląsająca wśród ognia blondyneczka. Ale nie dowiedzą się o tym, jeśli tylko gwiazdy pozwolą. Dlatego też przymyka powieki i krótkim skinieniem pozwala na dotknięcie, na łagodne objęcie, głuche zapewnienie, że nawet jeśli wszystko nie będzie dobrze, to ktoś jest tuż obok. Nawet jeśli przyszłość temu zaprzeczała. Michael mówi, a Finnie słucha, bacznie, uważnie, chłonąc każdy szczegół. Od nich zależały dalsze losy, to one miały wyznaczać kolejne ścieżki, jakimi mała artystka będzie zmierzać.
- Nie chcę, żeby znali moje imię - odzywa się cicho w tym potoku słów. Miano z jakimś się nosiła, było fałszywe, zdążyła do niego przywyknąć, ale równie dobrze mogła je odrzucić precz. To nazwisko, ofiarowane przez najwspanialszą pośród wszystkich kobiet obecnego istnienia, na moment wywołało zawahanie - Im mniej wiemy o sobie, tym bezpieczniej - dodała powoli, nie spiesząc się nerwowo. Nie zamierzała się wycofać, nie po to marnowała oddech i czas, których mogła być sukcesywnie w cyrku pozbawiana - Więc pseudonimy to dobry pomysł panie wielce Marudny Wilku. Kim więc ja być powinnam? Lisem? Kotem? Tamaryną Białoczubą? Jeśli się zezwierzęcamy oczywiście - zastanawiała się na głos, palcem wskazującym uderzając o policzek - Fałszywe imię oraz nazwisko też się przyda, tylko zastanów się nad nim dłużej. John Smith odpada - zastrzegła, bo dla niej był tylko jeden Johnny. Johnny, który nigdy nie istniał, zamiast niego było coś...ktoś, obcy, nie bardzo już przyjaciel, nie do końca wróg. Kiwa głową zaraz z powagą, w ruch wprawiając jasne pukle, na potwierdzenie, że rozumiała go, że słucha, że pamięta. Ożywia się mocniej, przy wspomnieniu o różdżce i nie oszukiwała się nigdy, wiadomo, że coś majstrowali przy niej, ale poczucie zdrady zaiskrzyło weń silnie.
- Czy numerolodzy będą w stanie je zmodyfikować? Odnaleźć jakąś lukę, którą można obejść silniejsze zaklęcia? - w zasadzie pyta, acz nie pyta wcale. Umysł zaczyna pracować pilnie, a pomysły kłębią się w głowie. Jeśli to coś w rodzaju namiaru, to zaklęcie powinno mieć jakieś ograniczenia, głównie czasowe. W zamyśleniu przygryza kciuk, będzie potrzebowała kogoś od różdżek, ale jedyni czegokolwiek warci znawcy prawdopodobnie przytulają teraz drzewa w swoim dworku. To nic, na razie lepiej nie działać pochopnie, znajdzie chwilę, zastanowi się, a następnie zrezygnuje, bo brak odpowiednich umiejętności powstrzyma ją przed kolejną decyzją. Plątaninę myśli przerywa raz jeszcze męski głos, artystka drga i w zdziwieniu unosi wzrok, by móc zaobserwować jak z początkowo srebrnej mgły wynurza się postać wilka. I jest absolutnie oczarowana. Podchodzi o krok, potem dwa, dłoń wyciągając ku świetlnej postaci, jakby chciała musnąć srebrne futro, poczuć to szczęście pod opuszkami palców.
- I zamilknie ona wraz ze mną, nie usłyszą jej uszy niepowołane - zapewnia, wpatrzona w patronusa nim ten zniknie. Ona też jest gotowa zniknąć, wtopić się w tło, widzieć, aby i on mógł widzieć. Dziś już nie szła po określonej przez siebie drodze, ślepo szukając tego, czego nie ma. Dzisiaj pędziła, zawierzając gwiazdom i jednemu mężczyźnie, aurorowi o smutnym spojrzeniu szaroniebieskich oczu. Zanim jednak odejdzie, przekazuje mu zawiniątko, w którym znalazły się krzywo zapakowane kabanosy.

[bylobrzydkobedzieladnie]


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?


Ostatnio zmieniony przez Finley Jones dnia 08.08.21 23:09, w całości zmieniany 1 raz
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

Płonie las, płonie nasz dom,
O nadziejo w sercu mym płoń...

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Solsbury Hill - Page 3 Tumblr_nvrbn58hjJ1qg8dzlo4_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Solsbury Hill [odnośnik]13.07.21 1:07
-Wybierz zatem inne, choć - jeśli będziesz współpracować z innymi Zakonnikami - nie planował tego, ale nie wykluczał -będą musieli cię jakoś znaleźć. Jeśli nie po imieniu, to po profesji. - zastrzega. Uśmiecha się blado, gdy podchwyciła pomysł z pseudonimami, z typową dla siebie szybkością i fantazją.
-Jesteś przebiegła jak lis. - skwitował. Nie chce, by była kotem. Lisy są mniejsze od wilków, ale w jakiś sposób uznawał ją za niemalże równą sobie. Krzywi się lekko, gdy zarzuca mu nieodpowiedni dobór fałszywego nazwiska.
-Wiem, tylko... to nie takie proste, wymyślić jakieś wiarygodne. Najlepiej czystokrwiste, ale nie nazbyt znane. - westchnął, co niby jest złego w Johnie Smith?
Finley mówi coraz więcej, Finley pędzi. Finley milczy tylko, gdy coś jest dla niej niewygodne, jest nieśmiała tylko wtedy, gdy chce za taką uchodzić. Już się tego o niej nauczył. Teraz olśniewa, tak jak na scenie, choć nieskończenie bardziej szczerze. Energią. Odwagą. Pomysłami. Czymś w rodzaju entuzjazmu? Michael uśmiecha się szerzej, posępne myśli odpływają na chwilę w dal, spojrzenie staje się odrobinę mniej smutne. Finley jest ogniem, a ogień rozgrzewa.
-Do tego potrzeba różdżkarza i czasu. Pracujemy nad tym. - zapewnia, nie mówiąc konkretów o lordzie Ollivander, lordzie, który oprócz pracy nad zabezpieczeniami musi też bronić swych ziem. Michael powinien się zresztą wybrać do Lancaster, niedługo ma tam patrol.
Widzi reakcję na patronusa, oczarowanie. Na sercu jeszcze mu cieplej. Nie z każdym może podzielić się swoim wilczym strażnikiem, nie każdy może zobaczyć i usłyszeć tego patronusa w pełnej chwale. Szkoda, że Finley nie może go dotknąć, że nikt nie może go dotknąć, ale obecność zwierzęcia i tak niesie nadzieję. Szczęście. Pocieszenie.
Wilk kończy wiadomość - głos Michaela cichnie, patronus rozwiewa się w srebrnej mgle.
-Dziękuję, Finley. - szepcze cicho, tym razem już człowiek. Kładzie jej rękę na ramieniu. -Nie niesiesz tej pieśni sama. - dodaje, z naciskiem patrząc jej w oczy.
Zakon był armią, tak.
Ale był też stadem.
Rodziną.
Przynajmniej dla niego, dla kogoś, kto nie potrafił zostawiać ludzi za sobą, choć czasem musiał. Każda strata przeszywała jednak jego serce i odzywała się potem jątrzacą raną, a nadmiaru ran nie można przecież znieść.
Zaopiekuję się tobą, Finley Jones. Jakbyś była moimi oczyma i rękoma, bo przecież jesteś.
Żegnają się w ciszy, dziwnie podniosłej, dziwnie spokojnej.
Michael przyszedł tutaj, by jej pomóc, ale - to ona pomogła jemu.
I pomoże - im wszystkim.

/zt x 2 :pwease:



You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Solsbury Hill - Page 3 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Solsbury Hill [odnośnik]13.08.21 15:10
7 stycznia
O tej porze roku żadna okolica nie prezentowała się dobrze a ona nie potrafiła zrozumieć zachwytu ludźmi nad białym puchem, pokrywającym i zlewającym w całość – gdzie tylko okiem sięgnąć – okolicę, i nic w tej kwestii się nie zmieniało. Od dziecka to właśnie zima była jej znienawidzoną porą roku, która nie tylko wprowadzała ją w gorszą kondycję psychofizyczną, ale także powodowała, że nie cierpiała tego kraju dwukrotnie mocniej. Marzyła o podróżach; marzyła o powrocie na wodę, do interesów, do Włoch, aromatycznym jedzeniem i winem płynących... tymczasem od jednej nocy spędzonej u boku Cilliana, minęło nieco ponad trzy miesiące, które przetrwali razem pod jednym dachem. Nie wiedziała czy się z tego powodu cieszyć, czy raczej być podejrzliwa, że za chwilę coś znowu się popsuje a oni się wreszcie zabiją, jednak póki wszystko szło dobrze, nie zamierzała szukać powodu dlaczego tak było. Była wdzięczna, bo w tym momencie był jedyną osobą, która trzymała ją przy normalności – a słabszych momentów miała w ostatnim czasie wiele. Nie dlatego, że przejmowała się relacjami z rodziną, czy konfliktem trawiącym ulice Londynu, ale głównie z powodu pracy, która dość mocno się skurczyła przez zaistniałe okoliczności.
Rzadko kiedy odwiedzała swoje mieszkanie w centrum; od kiedy z ust Macnaira padła propozycja, by się do niego na chwilę wprowadziła, raczej nie gościła w domu na dłużej, niż kilka minut, tylko po to, by sprawdzić, czy mieszkanie dalej stoi całe. Chociaż dzisiaj zamierzała się tam wybrać, nie czuła się najlepiej; absurdalne uczucie, które towarzyszyło jej w życiu raz i nie zwiastowało nic dobrego, trzymało się jej od rana, dlatego dla dobra ogółu zadecydowała się wyjść z psem na spacer po okolicznym terenie. Być może musiała odetchnąć, przewietrzyć się i wyjść na chwilę z czterech ścian dalej, niż do ogrodu, ale pomimo to zostawiła, jak nigdy, karteczkę z informacją gdzie się wybiera. Czasy były niepewne, ona zresztą okolicę znała, lecz nie tak dobrze, jak powinna, być może podświadomie też liczyła na to, że Macnair dołączy do niej prędzej czy później. Tak po prostu, jak normalny chłopak. Dziwnie zresztą było go nazywać swoim zważywszy na przeszłość, która ich dzieliła, i to, że najwidoczniej wreszcie doszli do porozumienia popadając ze skrajności w skrajność, po wcześniejszych docinkach zamieszkując ze sobą z dnia na dzień... Kiedy dotarła na polanę i spuściła psa ze smyczy, szybko rozejrzała się wokół za kawałkiem kamienia, na którym mogła usiąść; krótkie zawroty głowy ustały na szczęście w miarę szybko wraz z wciągnięciem lodowatego powietrza głęboko w płuca.


My blood is a flood of rubies, precious stones
it keeps my veins hot, the fire
found a home in me


Francesca Borgia
Zawód : handlarz, jubiler
Wiek : 26 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
I was born to run
I don't belong to anyone
OPCM : 10
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7918-francesca-federica-borgia#227478 https://www.morsmordre.net/t7977-desiderio#228059 https://www.morsmordre.net/t7976-franka-skakanka#228053 https://www.morsmordre.net/f107-aldermanbury-12-14 https://www.morsmordre.net/t7979-skrytka-bankowa-nr-1881#228094 https://www.morsmordre.net/t7978-f-f-borgia#228091

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Solsbury Hill
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach