Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Plac główny
AutorWiadomość
Plac główny [odnośnik]16.07.19 21:04
First topic message reminder :

Plac główny

Główny plac Doliny Godryka to sporych rozmiarów, prostokątny, brukowany dziedziniec, na którym zbiega się większość ulic przebiegających przez wioskę. Położony w samym centrum zabudowań, przylega bezpośrednio do jedynego odwiedzanego kościoła, odgrodzonego szpalerem drzew cmentarza, poczty (również sowiej, ukrytej sprytnie za zaczarowaną witryną z widokówkami), ratusza i magicznego pubu Pod Rozbrykanym Hipogryfem.
Na samym środku placu znajduje się – wzniesiony stosunkowo niedawno – kamienny pomnik ofiar wojny, stojący w samym środku imponującej, okrągłej fontanny. Mimo upływu czasu, tuż pod pomnikiem wciąż można znaleźć składane regularnie kwiaty i zamknięte w kolorowych lampionach świece, po zmroku oświetlające cały plac ciepłym blaskiem. Naprzeciwko fontanny znajdują się wygodne, drewniane ławeczki z żeliwnymi okuciami; jeżeli na którejś z nich usiądzie czarodziej, pomnik zmienia się w statuę mężczyzny w gwieździstej pelerynie, z długą brodą i charakterystycznymi okularami-połówkami. Albus Dumbledore stoi dumnie wyprostowany, z różdżką wyciągniętą ku górze, z której do fontanny spływa mgiełka rozproszonej wody.
Na dnie fontanny błyszczą monety, które wrzucają tam zarówno mieszkańcy, jak i nieliczni turyści, wiedzeni starym przesądem, że niewielka ofiara zapewnia szczęście i ochronę bliskich przed chorobami; co ciekawe, pod powierzchnią wody można znaleźć zarówno mugolskie pięćdziesięciopensówki, jak i czarodziejskie knuty.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Plac główny - Page 24 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Plac główny [odnośnik]13.10.21 18:46
Your mind is playing tricks on you
my dear

Przez długi czas myślała, że najgorsze, co ją początkiem tego stycznia spotkało, to stresujące poczucie oczekiwania; już po tym jak obiecała Gabrielowi, że więcej nie będzie rozmawiać z nieznajomymi chłopcami i po tym jak wyprosiła u Justine zgodę i błogosławieństwo na to, żeby spotkać kogoś miłego w zupełnie bezpiecznych warunkach tłocznego rynku Doliny Godryka. Z Michaelem, jak zwykle w takich wypadkach, w ogóle nie rozmawiała, bo pewnie by nie uwierzył, że Kerstin jest na tyle duża, by interesować się jakimkolwiek chłopcem poza Tomem-kotem. Nie zamierzała dokładać mu zmartwień i wyprowadzać go z błędu. Sama miała zresztą zmartwień aż nadto, przeżywając zgodę rodzeństwa na wyruszenie w podróż do dalekiego Staffordshire, aby pomóc rannym w szpitalu polowym - zupełnie jak Florence Nightingale w Scutari podczas wojny krymskiej! No i, rzecz jasna, zmartwienia dotyczącego tego jaką ubrać sukienkę i co powiedzieć Thomasowi żeby nie zdradzić za dużo, ale i nie wyjść na przesadnie nieśmiałą. Cały tydzień przygotowań zleciał jej tak pracowicie, że nawet nie brała pod uwagę takiej możliwości, że Thomas jest zwyczajnym cygańskim absztyfikantem, który liczył na to, że ją zbałamuci. Nie po całym wysiłku jaki włożyła w to, by udawać przed Michaelem i Gabrielem, że na nic nie czeka i nic nie zaprząta jej głowy, z równoczesnym pokazywaniem Justine różnych sukienek i rajstop w celu dobrania najlepszego zestawu.
Pojawiła się wczoraj na targu, oczywiście, że tak - dużo wcześniej niż zazwyczaj witała pierwszych klientów, a wszystko po to, żeby dokładnie rozłożyć stragan, poukładać jajka w rządkach jedne koło drugich, a słoiki przetworów ułożyć w kolorystyczne wieżyczki. Sama przed sobą musiała przyznać, że wyglądała pięknie w czerwonej sukience w białe grochy i białych, wełnianych rajstopkach, do których dobrała swój najelegantszy płaszczyk i buty, które zazwyczaj zostawiała na wesela i urodziny. Warkocz spod palców siostry był nieco nierówny, ale i tak dodawał dziewczęcego uroku. Użyła nawet przekrojonego buraczka, żeby trochę zaróżowić usta i policzki.
No i co?
No i nic.
Stała aż pojawili się pierwsi mieszkańcy, targując się o najlepsze powidła. Stała aż nogi ścierpły jej z zimna i musiała usiąść na pieńku okrytym starym, zmechaconym kocem. Siedziała aż zaczęły boleć ją plecy, a policzki zaczerwieniły się brzydko od mrozu. Zwieszała smętnie głowę, ale w końcu większość jajek zniknęła z koszyków, a słońce niebezpiecznie zbliżyło się do linii drzew nad lasem za Doliną. Bardzo nie chciała opowiadać Just o tym jak dała się wystrychnąć na dudka, cały tydzień ekscytując spotkaniem, którego od początku miało nie być. Długo powstrzymywała łzy i robiła dobrą minę do złej gry, ale siostra ją przejrzała i skończyło się na płakaniu jej w poduszkę i cichym pomstowaniu.
Dziś będzie na targu tylko dwie godziny, żeby sprzedać resztkę jajek zanim się zepsują, a potem wyruszy do Blithwick nie doświadczając ani garstki przyjemności zwykłego życia młodej panny. Tylko czy takiej młodej?
Pewnie zauważył, że jestem starsza - przeszło jej przez myśl, gdy chłodnym zimowym rankiem od niechcenia rozkładała stragan. Zaraz rzuciła wrogie spojrzenie niewielkiej dziurce w płachcie, którą zwykle okrywała się przed słońcem lub, w czasie stycznia, śniegiem.
Nie, wcale nie, nie widać po tobie. Po prostu chciał cię wykorzystać, ale Gabriel przyszedł i dzięki temu nie zdążył - sprostowała swoje niebezpieczne myśli, obiecując sobie w duchu, że podziękuje bratu za ratunek, jakkolwiek niechciany wydawał się tydzień temu.
Z rezygnacją poprawiła luźne kosmyki jasnych włosów, uciekające z niedbałego, roboczego kucyka. Najprostsza wełniana spódnica, wysokie buty i kaftan były praktycznym ubraniem, które przydać się miało później w trakcie pracy z rannymi, a poszarzała twarz sugerowała nieprzespaną noc.
Że też pozwoliłaś sobie zrobić nadzieję.
Odetchnęła głęboko i drżąco, żeby powstrzymać napływ łez. Były ciepłe i pewnie ogrzałyby trochę zmarznięte policzki, ale nie zamierzała wylać więcej ani jednej łzy na tego... tego bałwana!
Potarła o siebie skostniałe dłonie okryte rękawiczkami bez palców, a kiedy usłyszała zdrobnienie swojego imienia niechętnie uniosła głowę, spodziewając się któregoś z chłopaczków z placu zabaw. A zamiast tego...
No chyba sobie żarty stroił!
Od razu zerwała się z pieńka, rumieniąc się i mimowolnie zaciskając ręce na spódnicy. Musiała to zrobić, bo inaczej złapałaby za jajko i rozbiła mu je na głowie. Czy on miał w domu kalendarz? Czy miał...
- Co ci się stało? - zapytała cicho, gdy skupiła wreszcie rozzłoszczone spojrzenie na twarzy Thomasa, na podkrążonych oczach i zadrapaniach. Szedł też tak jakoś dziwnie, jakby kulał... Trochę się spóźnił, racja, ale wzrok i głos Kerstin wyraźnie złagodniały na widok jego stanu. - Kto... kto ci to zrobił? Thomas... - Gardło jej się zacisnęło. Tyle już wymyśliła dla niego wyzwisk w głowie, a teraz zabrakło jej słów. Zamiast tego więc w trzech szerokich krokach pokonała dzielącą ich odległość i zarzuciła mu ramiona na szyję, chowając twarz w jego płaszczu, żeby nie rozpłakać się z emocji. - Dlaczego...? Kto cię skrzywdził?... Głupku! - wykrztusiła, bezwiednie szarpiąc go za kołnierz.
[bylobrzydkobedzieladnie]




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
and sometimes,
against all odds,
against all logic,
we still hope
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Plac główny [odnośnik]13.10.21 19:28
Bał się wątpliwości, które pojawiały się w jego głowie, ale jednocześnie pamiętał strzępki rozmowy z Castorem sprzed kilku miesięcy - i tego o czym rozmawiali. Czego bałby się bardziej? Gdyby tutaj się pojawił i im nie wyszło tego? Gdyby dziewczyna go zwyzywała, gdyby to magiczne spotkanie, które mieli na początku roku okazało się w istocie być zbyt pięknym i nierealnym?
Czy gdyby nie dał sobie - nie dał im szansy? Nie żałowałby bardziej czasu, który mógłby spędzić z Kerstin, a zdecydował się go nie spędzić niż tego, że na końcu mogliby się rozstać? Że mogliby nie być dla siebie i po drodze coś by im się popsuło? Przestali rozmawiać, przestali się dogadywać, przestali działać na siebie tak jak teraz?
Bo nawet teraz widział, że wywoływał u dziewczyny równie wiele emocji co ona w nim, kiedy tylko na nią spoglądał. Różnych, zarówno pozytywnych jak i tych mniej - odczuwał radość na jej uśmiech, na jej zarumienione przez mróz policzki i rozlewające się od wnętrza ciepło, a czul również ekscytację i fascynację nią, ale też i strach. Ten irracjonalny lęk, który podszeptywał mu, że znów może skończyć się źle. Nie chciał tego... Ale nie chciał też nie dać szansy im obojgu.
Uśmiechnął się do niej delikatnie - w tej spokojny, ale i denerwujący sposób, jakby nic wielkiego się nie stało. Jakby nie zawiódł, jakby wcale nie wyglądał tak jak wyglądał, jakby po prostu... wszystko było w porządku. Jakby spóźnił się zaledwie kilka minut albo w ogóle przyszedł na czas na ich spotkanie.
I już otwierał usta, żeby się wytłumaczyć, nawet jeśli nie był do końca pewny co w ogóle powinien powiedzieć. Jak miał się wytłumaczyć? Co powiedzieć... Może nie powinien jej zdradzać dokładnie tego? Chociaż zanim zdążył podjąć tę decyzję, zobaczył jak dziewczyna kieruje się w jego kierunku. Jak znajduje się przy nim, jak jej dłonie oplatają jego kark, a on mimowolnie objął ją w pasie, przytulając do siebie mocno i zaborczo jakby odczuł ogromną ulgę. Dlaczego oczy go zapiekły? Cisnęły mu się łzy, chciał odpowiedzieć, ale potrzebował nacieszyć się tą chwilą, w której nagle te wątpliwości czy powinien się tutaj pojawić zupełnie zniknęły. Przecież wiedział, że to nie była rzecz, której by żałował - nie żałowałby czasu spędzonego z nią.
- Tower. Zamknęli mnie, mojego brata, mojego przyjaciela - szepnął, przytulając drobną dziewczynę i mówiąc to na tyle cicho, aby nikt dookoła nie dosłyszał. Nie musieli słyszeć tego.
Zaraz ułożył dłoń na jej jasnych włosach, gładząc ją w ten sposób chcąc uspokoić. Bo w tym był dobry, potrafił uspokajać i pocieszać, potrafił zapewnić jak nikt inny, że będzie w porządku. Miało być w porządku, nawet jeśli miał wiele wątpliwości.
- Mieszkałem w Londynie, pamiętasz..? Tam odbywa się... taki jarmark. Poszliśmy z rodziną zagrać na scenie, a później... tam... po prostu wydarzyło się dużo rzeczy na raz... Oskarżono nas, wszystko zadziało się tak szybko... - mówił, może nieco chaotycznie i może utajniając to, za co skończyli w Tower, ale czy to było najważniejsze w tym momencie? Nie, nie było.
- Przepraszam, że nie dałem rady być tutaj wczoraj... Dwa dni temu dopiero mnie wypuścili... Mój dawny profesor nas odebrał, zabrał do Irlandii. Dopiero wczoraj wróciłem do Anglii, musiałem też uspokoić Sheilę, martwiła się o mnie i brata. Wszystko działo się tak szybko... Chciałem ci wysłać sowę, kiedy tylko wyszedłem, ale twój brat wtedy... no wiesz... nie podałaś mi nazwiska, nie miałem jak wysłać Bułeczki do ciebie... Oh, Bułeczka to moja sowa, wybacz, zapomniałem, że jej ci nie przedstawiłem. Nie przedstawiłem, prawda? Mówiłem tylko o Dyni... - zaczął mówić, jednocześnie chcąc odwrócić uwagę dziewczyny od myśli o więzieniu i o tym, co mogło się tam dziać. Nie wyglądał dzisiaj aż tak źle - nie tak źle jak dwa dni temu, czy jak podczas swojego pierwszego pobytu za kratkami. Nie musiała się martwić tym, co się działo dokładnie, co miało miejsce w tych zimnych ścianach Tower of London i jakie koszmary go teraz nawiedzały przez to.
Kiedy poczuł, że czuje się nieco lepiej, że oczy wcale go tak nie pieką, z delikatnym uśmiechem odsunął na niewielką odległość dziewczynę od siebie - choć tylko na tyle, aby móc spojrzeć na jej twarz. Upewnić się, że się nie martwi aż tak, że nie płacze, że wszystko było w porządku.
- Hej, może mogę ci pomóc na straganie? - zaproponował jej z uśmiechem, wcale nie odsuwając się od niej za bardzo. Chciał odciągnąć jej myśli od tego złego, co miało miejsce - zająć ją czymś zupełnie innym. I już po chwili objął ją w pasie, ruszając z nią do stoiska, przy którym przecież jeszcze moment wcześniej stała. - Jak twoje rodzeństwo? Gabriel ma się już lepiej po tym spotkaniu z Marsem? - podpytał, rzeczywiście chcąc posłuchać trochę jej opowieści.


Plac główny - Page 24 EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Plac główny - Page 24 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Plac główny [odnośnik]17.10.21 14:27
Jej złość nie zelżała, nie całkiem. Dusiła w sobie żal zbyt długo, by pozwolić mu ulecieć w jednej sekundzie, gdy Thomas pojawił się na horyzoncie. Takie rzeczy działy się w romantycznych powieściach, nie w prawdziwym życiu. Rzeczywistość charakteryzowała się emocjami zbyt skomplikowanymi, aby dało się je ubrać w słowa; była brzydsza, pozbawiona poetyzmu i szczęśliwych zakończeń, choć tak bardzo chciała wierzyć, że wciąż może ich spotkać coś dobrego. Gdyby to nie było prawdziwe, gdyby nie połączyła ich jakaś nić porozumienia, nie przeżyłaby przecież odrzucenia tak ciężko, nie była taką dziewczyną - a przynajmniej chciała myśleć, że nie jest, że szanowałaby się bardziej niż by pozwolić chłopcu sponiewierać sobie serce i namieszać w głowie.
Gdyby jednak miała rację, czy rozpłakałaby się tak rzewnie? Czy poczułaby ten przyjemny dreszcz przebiegający po plecach, gdy ciepłe ręce Thomasa owinęły się wokół jej talii i przycisnęły ją do siebie mocno, mocniej niż pozwoliłaby na to, gdyby nad sobą zapanowała. Znali się tak krótko, a zależało jej tak bardzo. Przerażało ją to, a mimo to długo przytulała się do jego piersi, mocząc ją łzami i wzdychając cicho, gdy zaczął przeczesywać jej złote loki palcami. Kiedy wspomniał Tower of London, więzienie, zesztywniała, małe dłonie zadrżały i mocniej przylgnęły do jego karku.
Żeby spojrzeć na Thomasa, Kerstin musiała najpierw dyskretnie wytrzeć nos w jego koszulę, by nie pokazywać mu się taka osmarkana; i tak nie wyglądała ani trochę tak pięknie jak dzień wcześniej, bo była cała różowa od płaczu, mokra i wymięta.
Z rozchylonymi ustami słuchała wyjaśnień, nie dowierzając, by w tak krótkim czasie mogło spotkać ich coś tak okropnego. Czy jednak miał powód kłamać? Gdyby chciał się nią jedynie zabawić, mógł wcale nie przyjść albo przyjść wczoraj na jedyne... spotkanie. Uniosła wzrok, by spojrzeć mu głęboko w oczy, błękit naprzeciw zieleni, i nie zobaczyła ani grama fałszu. Może była to jej naiwna nadzieja, a może w końcu pozwoliła sobie zaufać, że okropny stan w jakim znalazł się Thomas był powodem do troski, a nie wątpliwości.
- Tak bardzo mi przykro... - powiedziała cicho, powoli zsuwając dłoń, którą wcześniej objęła go za szyję i przesuwając gołymi opuszkami palców po ciepłej skórze. - Czy twój brat i przyjaciel...? Czy są bezpieczni? Nic im się nie stało? Nie mieszkacie już w Londynie? - Wyłapała czas przeszły i tak bardzo liczyła na to, że odpowie, że stamtąd uciekli. Stolica od dawna nie była bezpieczna, a teraz nie mogła już znieść myśli, że naraziliby się na ponowne pojmanie.
Wargi Kerstin zadrżały w tłumionym uśmiechu, gdy przedstawił swoją sowę i kota z imion. Dobrze jednak rozumiała, dlaczego nie mógł się z nią skontaktować, nie bez powodu przecież nie podała mu ani nazwiska ani adresu.
- Czekałam na ciebie, ale to nic. Rodzina w takiej chwili jest najważniejsza, cieszę się, że udało ci się do nich wrócić - stwierdziła nieco spokojniej, ocierając kąciki oczu i odsuwając się od niego lekko, by odzyskać jasność myślenia i pewność siebie. - Jestem tu też dzisiaj, nigdzie nie odeszłam. Jeśli chcesz, możesz mi opowiedzieć o tym, co się działo, ale nie musisz, jeśli nie jesteś gotowy. - Pracowała jako pielęgniarka od lat, wiedziała, że traumy nie należało wywlekać siłą. Na samą myśl o Thomasie klęczącym na sienniku w więziennej celi chciała przyciągnąć go do siebie raz jeszcze; opanowała się jednak, to nie był właściwy moment na tak zażyły smutek. Pozwoliła jednak, aby objął w pasie, gdy zbliżali się do skromnego stoiska. Kerstin przełożyła część słoików z marynatami i powidłami do innego kosza i obróciła skrzynię do góry nogami, żeby na niej usiąść. Thomasowi zostawiła wygodniejszy pieniek przykryty grubym kocem, bo wyglądał, jakby wciąż odczuwał ból.
- Oczywiście, że możesz pomóc, ale dzisiaj będę tu tylko przez dwie godziny - zgodziła się z lekkim uśmiechem, choć dość enigmatycznie. - U mnie wszystko w porządku. Siostra wie o tym, że tu jestem i że... - zająknęła się. - ...że ty tu będziesz. Jesteś, znaczy się. Gabriel chyba odżył już tamtą sytuację, więcej na nią nie narzeka - Nieznacznie wzruszyła ramieniem, ale wciąż nie przestała marszczyć brwi ze zmartwieniem. - Czy jest coś, co mogę dla ciebie zrobić? Jestem pielęgniarką, może coś cię jeszcze boli? - urwała niepewnie.




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
and sometimes,
against all odds,
against all logic,
we still hope
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Plac główny [odnośnik]17.10.21 21:16
Nie przeszkadzała mu żadna z tych rzeczy. To, że Kerstin była zapłakana, czy zarumieniona, czy pomięta, wcale mu to nie przeszkadzało, bo cieszył się przede wszystkim, że tutaj była - tutaj na placu. Że mógł ją spotkać znów! Że nie była na niego zła, a przynajmniej nie tak, żeby nie chcieć go już więcej widzieć. Naprawdę cieszył się z tego powodu, bo jak mógłby nie?
Tym bardziej czując po jej ruchach, że potrzebowała tak samo tego spotkania jak on - a to chyba jeszcze bardziej go cieszyło i powodowało, że absolutnie zapominał o wątpliwościach sprzed chwili. Nie chciał kłamać, nie widział do tego powodów - nawet jeśli momentami mogła to być dla niego wręcz druga natura, nie chciał kłamać na taki temat. Chciał przyjść wczoraj, chciał przyjść nawet wcześniej, ale… nie mógł. Zdecydował się czekać do soboty, chciał się wtedy pojawić tutaj. Ale nie mógł, nie miał na to wpływu tak do końca, bo przecież powinien się postarać też dla rodziny.
Uśmiechnął się delikatnie do niej, chcąc ją zapewnić, że było… było dobrze. Nie mógł powiedzieć, że nic się nie stało, nie mógł powiedzieć że wszyscy są bezpiecznie. Nie wiedział gdzie jest James, ale… wiedział, że młodszy brat sobie poradzi, prawda? Zawsze sobie radził.
Wpatrywał się w nią przez moment, nie chciał jej martwić. Nie powinien.
- Będę się przeprowadzał z rodziną… myślałem o Devon. Wszystko zabraliśmy z Londynu. Nasz przyjaciel wciąż tam mieszka, ale jest bezpieczny. Opiekują się nim dobrzy ludzie, jego rodzina w cyrku. Pracuje na arenie tamtejszej - wyjaśnił spokojnie. Cieszył się i jednocześnie martwił, że informował dziewczynę o tak przykrych wydarzeniach. Czuł się z tym źle, ale nie chciał tego przed nią ukrywać - chciał się móc z nią dzielić zarówno dobrymi, jak i złymi wieściami.
Zerknął na nią, kiedy się odsunęła. Nie oponował, w końcu wiedział że nie powinni być tak blisko - tym bardziej w miejscu publicznym. No tak, co inni mogliby sobie pomyśleć? A do tego wciąż byli sobie obcy.
Pokręcił jednak delikatnie głową.
- Może… może innym razem ci opowiem. To nie jest miła historia… I cieszę się, że tutaj jesteś. Może zamiast o tym, co stało się tam… może możemy kontynuować naszą rozmowę? - wspomniał, zajmując miejsce na pieńku. Cóż, nie przemyślał tego początkowo, a widząc jak dziewczyna chciała usiąść obok na skrzyni jakoś zadziałał instynktownie, łapiąc ją za dłoń i pociągając do siebie, aby usiadła mu na kolanach.
Bo nawet jeśli nie powinni być tak blisko, nawet jeśli nie do końca się znali to obcy ludzie nie wiedzieli o tym - że nic ich nie łączyło, ani kim dokładnie dla siebie byli. Nie musieli tego kwestionować. A zresztą, Thomas z pewnością nie chciał się teraz przejmować opinią jakiś gadziów.
- Tylko dwie? - zapytał, nieco zawiedziony. Chciałby spędzić z nią więcej czasu… Chociaż dwie godziny to było więcej niż mieli podczas spotkania przy studni, prawda? Chociaż tamten czas się wydawał i tak o wiele dłuższy.
Nie puszczał jednaj dłoni Kerstin, splatając ich palce i delikatnie się nią bawiąc. Zerkał to na nią, to na stoisko czy ktoś nie potrzebował przypadkiem obsługi i pomocy. Ale mógłby słuchać dziewczyny cały dzień. Nie tylko te dwie godziny…
- Och? To dobrze. Też będę musiał poznać twoją siostrę w końcu, prawda? Znaczy, wiesz… - rzucił, nieco zmieszany przez moment, bo w końcu może tylko on miał taką myśl? Że powinni się spotykać, że chciał się z nią spotykać, że może mogliby być kimś więcej niż po prostu nieznajomymi spotkanymi na ulicy?
- Pielęgniarką? - zapytał nieco zaskoczony nie wykonywaną profesją, a użytym słowem. Nie uzdrowicielką, pielęgniarką. Przez moment go to zastanowiło, ale… może mu się po prostu wydało. Jednak po prostu się uśmiechnął, kręcąc delikatnie głową. - Nie, jest chyba w porządku… Znaczy, to co bardziej bolało wyleczyła mi uzdrowicielka wczoraj już… reszta to chyba czas. Chociaż muszę napisać do przyjaciela o eliksiry, wątpię żebym bez nich był w stanie spać spokojnie - przyznał, wbijając wzrok w zastawiony stolik powidłami, i jajkami. Na wsi było tak spokojnie, zupełnie inaczej niż w Londynie. Poza miastem było coś kojącego, nawet jeśli wydawało się że to właśnie w stolicy niczego nie brakowało i że było bezpieczniej to jednocześnie nie brakowało tam też strachu.
- To… jeśli jesteś tutaj tylko dwie godziny, mogę cię później porwać na spacer? Obiecuję oddać do domu na czas, i nigdzie daleko -zapewnił z uśmiechem, bo to było chyba to, czego potrzebował. Po prostu czasu z nią.


Plac główny - Page 24 EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Plac główny - Page 24 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Plac główny [odnośnik]26.10.21 20:59
Co takiego było w jednym maleńkim uśmiechu, że ogrzewał w środku lepiej niż duża łyżka piołunowej nalewki? Już kiedy Thomas spojrzał na nią z tym troskliwym wyrazem twarzy, prowokując najróżowszy rumieniec jej życia, powinna zdać sobie sprawę, że wpadła w olbrzymie tarapaty. Tak olbrzymie, że nikt, ale to nikt nie będzie już w stanie Kerstin z tych tarapatów wyciągnąć. W tyle głowy dalej słyszała swój własny głos gderający tysiąc odzywek z tych, które przygotowała mu na wypadek, gdyby jeszcze się kiedykolwiek zobaczyli, lecz teraz - teraz głos ten zagłuszyło poszeptywanie poczucia winy. On tyle się ostatnio nacierpiał, a ona tyle razy na niego w nocy klęła!
Wyplątała się delikatnie z jego ramion, przypominając sobie nagle o tym, że wciąż znajdują się na głównym rynku Doliny Godryka i przytulać się z chłopcem dłużej niż przepisowe pięć sekund po prostu nie wypada. Wysłuchała go za to uważnie, zadzierając brodę do góry i racząc go najbardziej pokrzepiającym spojrzeniem, na jakie tylko mogła się zdobyć.
- Cieszę się, że podejmujecie taką decyzję, w Londynie od dawna nie jest bezpiecznie - przyznała cicho, miażdżąc pod butem tę dziwaczną część siebie, która chciała spytać Thomasa, czy nie myślał o przeprowadzce do Doliny Godryka. Oczywiście, że nie myślał, głupia, Dolina jest już przeludniona! A oni byli wolnymi ludźmi, Thomas sam tak powiedział. Potrzebowali dużo przestrzeni. - Devon brzmi dużo lepiej, ale tylko pod warunkiem, że będę mogła cię tam odwiedzać. - Uśmiechnęła się, pozwalając sobie na ten niezręczny żart, żeby pomóc mu rozluźnić atmosferę, bo widziała przecież, że próbował.
Skinęła głową, bez słowa protestu umożliwiając mu pozostawienie aresztu w odmętach niedopowiedzeń. Na dobrą sprawę nie miał żadnego obowiązku opowiadać jej o tak prywatnej sprawie, a poza tym mówiła szczerze, gdy twierdziła, że nie będzie naciskać go na nic, co jest dla niego niekomfortowe. Jeżeli będzie chciał się kiedyś zwierzyć, to Kerstin będzie na niego czekać. Na razie mogli porozmawiać o czymś przyjemniejszym, żeby on poczuł się lepiej - i ona też, bo przecież po nocy dalej miała trochę zapuchnięte oczy i trzęsła się pod kożuchem z niepokoju przed wieczorną wyprawą. Pozwoliła mu zostać, bo czuła, że przy nim zdoła się uspokoić - nawet jej przez myśl nie przyszło, że Thomas może ni stąd ni zowąd pociągnąć ją na własne kolana.
- Thomas, co ty wyr...! - pisnęła, ale powstrzymała się przed dokończeniem histerycznej tyrady, opierając dłoń na jego ramieniu, żeby za bardzo się na nim nie oprzeć. Och, cała była już czerwona, na pewno, kto to widział, żeby panna tak siedziała u chłopca! Kolana zatrzęsły jej się z nerwów, a prawa dłoń świerzbiła, żeby uderzyć Thomasa teatralnie w policzek, z tym, że jego młoda twarz była już przecież poobijana, a oczy smutne. Czy chciała się tak unosić? Czy było jej aż tak źle? Cóż, na pewno było jej cieplej niż wcześniej na tym mrozie... - Thomas, tak nie wolno. A co jak ktoś zobaczy? - zapytała szeptem, rozglądając się nerwowo, ale i tak dała mu spleść palce ich dłoni, raz po raz gestami zaprzeczając temu, co wychodziło z jej ust. Bo przecież mogła się zerwać z jego kolan, mogłaby już nawet uciec i być na Moście Godryka, a zamiast tego siedziała dalej tam gdzie siedzi, jakby ją paraliż złapał. Paraliż, to by było dobre wytłumaczenie. Jeżeli ktoś ich zobaczy i powie o tym Justine, Kerry wyjaśni, że za bardzo się bała, żeby... nie, przecież nie będzie taką kłamczuchą!
Przygryzła wargi i powierciła się przez chwilę, próbując zsunąć się na jak najodleglejszy kawałek jego kolan, chociaż kości ją gniotły i z każdym calem robiło się coraz chwiejniej... no ale przecież nie będzie siedzieć tam. Na samą myśl czuła, że robi jej się słabo.
- Przepraszam, muszę dzisiaj gdzieś być. To bardzo ważne. Gdybym wiedziała... - Przecież by nie zrezygnowała z pracy w szpitalu polowym dla chłopca, co ona w ogóle za głupoty wygadywała? - Czy to ostatni raz jak tutaj jesteś? Czy jeszcze mnie odwiedzisz? - Spojrzała na niego wielkimi, błękitnymi oczami, licząc na to, że odpowiedź jej nie zawiedzie.
Uśmiechnęła się niezręcznie i wzruszyła ramieniem, gdy powiedział, że musi poznać jej siostrę. W najbliższym czasie raczej się na to nie zapowiadało. Zamiast się tym jednak martwić, musiała zmierzyć się z pilniejszym problemem, który spadł na nią ponownie jak góra cegieł, gdy tylko zobaczyła zaskoczenie na twarzy Thomasa na tak dobrze znane jej słowo.
- Pielęgniarka to taka... mugolska uzdrowicielka - powiedziała bardzo cicho i bardzo powoli, unikając nagle jego spojrzenia i rozglądając się po koszykach jajek, jakby je liczyła. Napięła ramiona, prawie czekając na to, że zaraz ją zrzuci z tych swoich kolan. - Chciałabym pójść na spacer, tylko... - Tylko ty już pewnie nie chcesz. - Tylko będę dzisiaj pracować w polowym szpitalu. W Staffordshire.




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
and sometimes,
against all odds,
against all logic,
we still hope
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Plac główny [odnośnik]26.10.21 21:55
Chciał o to zapytać, chciał o tę możliwość poprosić. Żeby mogli się widywać… Może to było również dzięki rozmowie z Jaydenem? Bo mógł mieć swoje wątpliwości, oczywiście że tak! Mógł się bać, że historia mogła się powtórzyć, że mógłby nie dać rady, ale… Ale przecież musiał dać radę. Marcel miał rację, przecież sam mógł decydować i kierować swoim życiem. Profesor Vane również, bo to co się wydarzyło te dwa lata temu nie oznaczało, że teraz miał nie pozwolić sobie na staranie się o dziewczynę, którą mimo wszystko dopiero co poznał, ale już zawróciła mu w głowie. Swoim uśmiechem, swoim spojrzeniem, tym jak pięknie potrafiła opowiadać. Mógł jej po prostu słuchać i słuchać… Chociaż może to były tylko jego odczucia?
Z drugiej strony, lepiej żeby to były tylko jego odczucia, bo nie chciałby się nią z nikim dzielić.
- Nie chciałbym niczego innego, no może poza tym żebyś była bliżej niż kilka hrabstw dalej - odpowiedział jej zaraz spokojnie, z uśmiechem, po części mówiąc to wiedząc doskonale, że panny lubiły słyszeć takie rzeczy, ale po części dlatego, że naprawdę… chciał ją mieć bliżej. Ale zawsze miał miotłę, zawsze miał teleportację. Były sposoby na szybką podróż, tutaj do Doliny. A zawsze mógł ją odwiedzić sam.
Chociaż na jej upomnienie, na jej słowa jedynie się zaśmiał się cicho, przyjaźnie. Zaraz podniósł na nią wzrok, nieco roześmiany. I stanowczo szczęśliwy. Nie musieli w końcu rozmawiać o Tower, mogli po prostu… być tutaj. Myśleć o tym co jest tu i teraz, nawet jeśli mogły być tutaj wścibskie uszy i pogardliwe spojrzenia. Czy Kerstin była dobrze znana w Dolinie? Na pewno lepiej niż on.
- Będzie… zazdrosny? - zapytał, choć przez moment przeszła mu myśl, że może dziewczyna kogoś ma, jakiegoś innego adoratora. Tylko na moment zmarszczył wtedy brwi, ale szybko pokręcił głową, czując ja dziewczyna stara się z jednej strony uciec z jego kolan, ale z drugiej znowu… wcale nie uciekała.
- Oh nie, nie, nie przepraszaj. Kerry, ja też powinienem tutaj być szybciej… Hej, mogę poczekać. To nie ostatni raz jak tutaj jestem, będę tutaj. Dzisiaj, jutro… prawdopodobnie przez kilka dni. A jak nie, to mam miotłę i magię, z Devon wcale nie jest tak daleko. A nawet jakby było daleko, to sama przyjemność dla ciebie się tutaj zjawić - stwierdził pewnie, sięgając zaraz po różdżkę i wykonując prosty ruch, wcale nie myśląc o tym czy w Dolinie na placu mógł być ktoś nieprzyzwyczajony do widoku magii, aby niewerbalnym wingardium leviosa przenieść skrzynki bliżej pieńka. Cóż, przecież nie chciał, żeby Kerry czuła się tak do końca niekomfortowo przy nim… Co prawda, chciał ją mieć blisko, ale nie takim kosztem. Chciał, żeby mu ufała… Chociaż chyba dało się domyślić, a może naiwnie uwierzyć, że jego wpatrzony wzrok w Kerstin jasno mówił o zauroczeniu, o fascynacji. Nie mógłby mieć względem niej złych zamiarów, a przynajmniej cała jego osoba o tym jak najbardziej mówiła.
- Ah, nie, nie, wiem kim jest pielęgniarka, po prostu… - dawno nie słyszał tego słowa? Pokręcił jednak głową z uśmiechem. Nie wiedział, nie pytał, nie interesowało go to tak naprawdę, dlaczego to słowo padło. Może była mugolką? A może nie, może nie miała szansy po prostu ukończyć Hogwartu? Albo z jeszcze innych powodów. Czy to była jakaś różnica, kim była? - Czarodzieje rzadko chyba używają tych słów, no wiesz. Pielęgniarka i tak dalej. Nie słyszałem go dawno.
Chociaż już po chwili mina mu zrzedła, słysząc nazwę hrabstwa. Nie wiedział tak do końca, co się działo dokładnie… nie dowiedział się o tym w pierwszej kolejności, bo był w Tower, a później w Irlandii, ale takie wieści szybko się roznosiły. Siostra mu wspominała, co miało miejsce w Staffordshire… Dlaczego więc? Po co? Czemu?
W jakimś przypływie przestrachu na mocniej ścisnął dłoń Kerry. Coś go zakuło w klatce piersiowej na samą myśl, że mogłaby… Nie, nie powinna się w takie miejsca zapuszczać! Nie powinna tam iść, nie powinna chcieć tam iść… Po co? Przecież tam było niebezpiecznie!
Drugą ręką, którą dopiero co przywołał skrzynie za pomocą różdżki, aby dziewczyna mogła na nie się przesiąść, uniemożliwił jej tą opcję, obejmując ją w pasie i zaraz wtulając twarz w jej ramię, nie chcąc jej puścić. Nie chciał, nie chciał jej zabronić, powiedzieć że nie może tam iść - ale jednocześnie tak bardzo chciał tego zażądać! Żeby tam nie szła! Ale kim był? Przecież tylko zwykłym nieznajomym, nawet godziny ze sobą nie spędzili, nie wiedzieli o sobie niczego. Ale tak bardzo chciał jej tego zabronić, żeby… żeby nie ryzykowała!
Pójdę z tobą, chciał powiedzieć, ale wiedział… że nie mógł. Nie mógłby tego zrobić Sheili! Zniknąć tak bez słowa, wiedząc że może ryzykować… Nie mógłby zachować się w ten sposób. Wciąż nie wiedzieli, gdzie jest James, a raczej on wiedział - ale tak nie do końca. Musiał… musiał spróbować jeszcze raz do niego napisać, skontaktować się z nim, żeby wrócił. Idiota!
- Wrócisz, prawda? - zapytał cicho, mocniej ją obejmując, mocniej zaciskając palce na różdżce, której nie zdążył z powrotem chować do kieszeni. Nie chciał, nie mógł pozwolić przecież na to, żeby znów ktoś ucierpiał, ktoś kogo znał, ktoś kogo dopiero poznał, ale…
- Kerry, proszę… Wrócisz, prawda? Musisz mi obiecać, że wrócisz - dodał cicho, wcale nie odsuwając się od dziewczyny, i wcale nie przejmując się potencjalnymi gapiami. - Jeśli tego nie obiecasz, nigdzie cię nie puszczę - dodał, brzmiąc stanowczo mniej dojrzale, uznając że tak dziecinny szantaż miałby poskutkować, ale co innego mu zostawało? Nie chciał nawet sobie wyobrażać, żeby ktoś, przy kim nie mógł przestać się uśmiechać, tak po prostu zniknął.


Plac główny - Page 24 EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Plac główny - Page 24 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Plac główny [odnośnik]27.10.21 21:02
Thomas zawsze wiedział, co odpowiedzieć, żeby przyciągnąć jej uwagę, uderzyć we właściwą strunę i odbić piłeczkę tak, by chciała usłyszeć więcej; niby zdawała sobie sprawę, że czarował ją w sposób, w jaki zwykli czarować tylko chłopcy (niekoniecznie czarodzieje!), ale jakoś jej to nie przeszkadzało, jakoś... chciała dać się oczarować. Jak te panny w opowieściach, choćby Elizabeth Bennet. Kiedy pierwszy raz przeczytała Dumę i uprzedzenie, marzyła o tym, żeby spotkać swojego pana Darcy'ego i chociaż Thomas z panem Darcym niewiele miał wspólnego, czuła się tak, jakby jednak coś znalazła. Nie był to diament, ale rzecz znacznie, znacznie lepsza - niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju wzorzysty kamyk.
- Na pewno bym się nie obraziła, gdybyś ty również był bliżej - odpowiedziała cichutko, uśmiechając się dziewczęco i opuszczając głowę, by spojrzeć na niego spod rzęs. To, że doszła do wniosku, że do Doliny Godryka Doe'owie raczej się nie wprowadzą, nie oznaczało, że nie mogła się z nim trochę podroczyć.
Szybko przekonała się, że nie ma w żartobliwym flirciarstwie nawet połowy pewności siebie i buty Thomasa. Już było jej gorąco pod koszulą, gdy zaproponował, że zostanie z nią na straganie, że będzie mieć go na wyciągnięcie ręki - dlatego nic dziwnego, że czuła się, jakby stanęła w ogniu, gdy okazało się, że istotnie chłopiec znalazł się bliżej niż marzyłaby o tym w najśmielszych snach. Wydęła wargi, kiedy nie wziął na poważnie jej zmartwień i lekko pacnęła go po dłoni zanim na nowo spletli palce. Wątpiła w to, żeby ktokolwiek był zazdrosny o nią; siedziała tu często i jeszcze nikt nie próbował na poważnie jej podrywać, jeżeli nie liczyć trzynastoletniego chłopca z placu zabaw, którego chyba podpuścili koledzy i staruszka, który upodobał sobie jej powidła jabłkowe. Dziewczyny zazdrosne o Thomasa za to nietrudno było sobie Kerry wyobrazić.
Powoli przesunęła kciukiem po jego dłoni. Miał taką miękką i ciepłą skórę.
- Wiesz, że nie to mam na myśli. Mogą pomyśleć, że jesteś... to znaczy, że my jesteśmy... - zaplątała się, jąkając przez kilka sekund, speszona jego szczerym spojrzeniem. Musiała wziąć się w garść! - Pomyślą, że jesteśmy parą. Tylko para może siedzieć w ten sposób, a to i tak nie zawsze przystoi, rozumiesz, nie żebym miała coś przeciwko, tylko no rozumiesz, no to jest... ja nie wiem, jak to powiedzieć, po prostu ludzie będą gadać i co z tego wyjdzie? - brnęła coraz bardziej w nieskładne wyjaśnienia i odetchnęła z ulgą, gdy zmienili temat. Jeszcze tego brakowało, żeby gdzieś między słowami palnęła, że właściwie wcale jej aż tak nie przeszkadza, że Thomas trzyma ją na kolanach. - Jesteś naprawdę kochany. - Chciała powiedzieć uroczy, ale nie w pełni kontrolowała to, co wychodzi z jej ust, zwłaszcza, gdy powiedział o tym, że z przyjemnością się tu dla niej zjawi. Po tym całonocnym żalu i nagłym, bajkowym wręcz spotkaniu chyba zupełnie postradała zmysły.
Tak dobrze się Kerstin z nim rozmawiało, że nic dziwnego, że dopadł ją blady strach, gdy pomyślała, że chłopak obrazi się na nią albo nigdy więcej nie będzie chciał jej widzieć na oczy kiedy dowie się prawdy na temat jej mugolstwa. W końcu tyle było zdolnych czarownic, dlaczego miałby poświęcać czas akurat dla niej, skoro... skoro była taka przeciętna? Próbowała przypomnieć sobie, co Justine mówiła na temat jej wyjątkowości, ale szczegóły rozmowy z siostrą jakoś wyleciały jej z głowy.
Z uporem skupiała spojrzenie na lewitujących koszach, przygotowując mentalnie na nieuchronne zsunięcie się z kolan Thomasa, ten jednak wcale jej tego nie ułatwiał.
- Skąd wiesz? - zapytała najpierw cichutko, zanim zdobyła się na te ostateczne słowa. - Racja, czarodzieje rzadko używają tego słowa, ale ja... ja jestem pielęgniarką. Nie uzdrowicielką.
Wargi drżały Kerstin z zimna i emocji, obawiała się podnieść wzrok na Thomasa, dlatego była tak zaskoczona, gdy po niedługiej chwili mocniej ścisnął jej dłoń, przyciągnął ją do siebie i oparł brodę na jej ramieniu.
- Thomas? - zapytała z instynktownym zmartwieniem, bez namysłu obejmując go jedną ręką i wsuwając palce w gęste, brązowe włosy. Powoli, pocieszająco podrapała chłopca po głowie, tak jak czasami robiła to z wystraszonymi dziećmi. Nie wiedziała co myśleć o tym jego zmartwieniu. Chyba nawet Michael nie zareagował tak gwałtownie, nie otwarcie. - Oczywiście, że wrócę - szepnęła stłumionym głosem, obserwując kątem oka jego drżącą w dłoni różdżkę. Nawet nie zauważyła, kiedy wstrzymała oddech, rozpływając się w coraz silniejszym uścisku. Zaraz... nie, nie rozpływała się. Naprawdę nie mogła oddychać. - Thomas... duszę się - wymamrotała, przesuwając wierzchem dłoni po jego czole i policzku, prowokując go, żeby na nią spojrzał. - Ja... nie mogę obiecać. - Popatrzyła w jego oczy, jej własne dziwnie się zaszkliły. - To znaczy... obiecuję, że zrobię wszystko, żeby było dobrze. Tam będzie dużo czarodziejów, ja... nic mi nie będzie! Nie idę tam, gdzie walczyli ludzie, tylko do rannych. Thomas, proszę, nie martw się - Teraz złapała go obiema dłońmi za policzki, gładząc ciepłą skórę opuszkami palców. Nie wiedziała, dlaczego aż tak się o nią martwił, ale nie chciała w ten sposób dokładać mu zmartwień.




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
and sometimes,
against all odds,
against all logic,
we still hope
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Plac główny [odnośnik]27.10.21 22:23
Może jego przedstawienia często były zakłamane, często układał i nauczył się dobierać odpowiednie słowa, jeśli chciał wywołać odpowiedni efekt u kogoś, ale… teraz… nie chciał, nie robił tego - a raczej robił, ale nie żeby zwodzić. Drobne przedrzeźnianie się, miłe słowa, uśmiech. Badał grunt, sprawdzał reakcje, bo chciał zadać pytanie. W końcu nie miał co zwlekać, nie było czasu na niepewność w czasach tak niepewnych w jakich przyszło im żyć. Kto wiedział czy dożyją przyszłego tygodnia? Thomas nie miał pojęcia, nie wiedział… chociaż mógł być pewniejszy, że może uda im się dożyć. Jemu, rodzinie. Była na to szansa przecież!
Zerkał na dziewczynę, naprawdę ciesząc się z takiej bliskości. Nawet jeśli byli obcy, nawet jeśli nie wiedzieli tak wiele o sobie nawzajem… to ta bliskość pomagała, uspokajała go. Tęsknił za czymś podobnym. Oczywiście, że z rodzeństwem zawsze się przytulali, często zaplątał Sheili warkocze, ale to nie był ten rodzaj bliskości, który dzieliłby z rodziną.
- To źle, żeby tak pomyśleli? Nie chcesz być..? - zapytał zaraz z uśmiechem. Tak lekko i swobodnie jakby rozmawiali właśnie o pogodzie, nie o tym czy chcieliby być w związku, możliwe że spędzić ze sobą wiele lat, a nawet zestarzeć się wspólnie, jeśli tylko dotrwałby końca wojny.
- Mógłbym wtedy być bliżej. Jako twój chłopak… - dodał ciszej, nie chcąc za bardzo zwrócić uwagi innych, skoro sama Kerstin miała wątpliwości - chociaż czy rzeczywiście je miała, skoro nie uciekała jeszcze z jego kolan? Od jego objęcia, od jego jakichkolwiek działań czy słów. Nie przeczyła, nie uciekała. Może… może niepotrzebnie się martwił wcześniej?
Zaraz się uśmiechnął znów, słysząc komplement z ust panny. Wpatrywał się nią spokojnie, obserwował, będąc wręcz jak skamieniały. Nie mógł i nie chciał odwracać od niej wzroku.
- Oh..? Ah, w sensie, nie jesteś czarodziejką? - upewnił się, że dobrze zrozumiał jej słowa, chociaż w jego głosie nie dało się wyłapać niechęci czy obrzydzenia. Raczej uznał to za informacje. - Mój ojciec był mugolem, no i mieszkając w taborze… tam nie wszyscy byli czarodziejami. Stąd je znam - doprecyzował również. Choć te słowa już stanowczo były wypowiedziane, kiedy znalazł się tak blisko dziewczyny.
Nie chciał przyznać, że ta myśl, że mógłby ją stracić aż tak bardzo go przygnębiła i przytłoczyła. Potrzebował… chwili? Potrzebował zapewnienia, że będzie dobrze, nawet jeśli zdawał sobie sprawę, że nikt mu nie może takiego dać. Przyjmował jej dotyk, czując jeszcze mniejszą chęć do odsunięcia się od niej - do tego, żeby ją wypuścić; żeby pozwolić jej iść do tego miejsca! Nie chciał jej tam puścić, nie chciał jej pozwolić, żeby poszła i…
- O… oh? Przepraszam, nie chciałem - powiedział cicho, zaraz nieco luzując swój uścisk, chociaż nie zabierał rąk od niej. Zamiast tego przyciągnął ją bliżej, tak żeby mogła wygodnie siedzieć na jego kolanach, bokiem do niego. Tak, żeby mógł na nią spojrzeć.
- Rozumiem… ja… po prostu… to nie takie łatwe, żeby się nie martwić! - zaraz zawołał, wbijając w nią spojrzenie zagubionego szczeniaczka. Bo nie wiedział co miał zrobić, tak bardzo chciałby, żeby nie szła, a jednocześnie wiedział, że nie miał prawa jej zabraniać… Nie mógłby…
- Proszę, wyślij mi wiadomość, że wróciłaś bezpiecznie, dobrze? Obiecujesz? Kiedy tylko wrócisz… Albo… Potrafisz wysyłać sowy? Jeśli nie, mogę gdzieś czekać, w okolicy domu Bathildy? Mogę poczekać czy na pewno wróciłaś bezpiecznie, później cię odprowadzę? - zaraz zaproponował, szukając jakiejkolwiek opcji na kontakt z nią, na to żeby mieć pewność, że ona przeżyła. Przecież nie mógł jej powiedzieć, dlaczego tak bardzo strach o nią nim zawładnął - a nawet jeśli mógłby opowiedzieć, że nie chciał stracić kolejnej dziewczyny, którą był niemalże pewny że pokochał, to przecież było głupie! Dopiero się poznali, nie wiedzieli o siebie niczego. Ale nie chciał stracić szansy na poznanie jej.
Kiedy uchwyciła jego policzki, wcale nie odrywał od niej wzroku. Objął ją obiema rękami, chociaż starając się już nie tak mocno jak miało to miejsce jeszcze chwilę wcześniej w przypływie strachu, że mógłby ją stracić. Miał głęboko gdzieś czy i kto będzie o nich rozmawiał, niech rozmawiają! Nie robił przecież niczego złego - tym bardziej, że chciał, żeby Kerry była przy nim. Żeby… może z czasem chciałby wziąć ją za żonę.
- I jak wrócisz może… może jutro, albo gdzieś na dniach mógłbym… zabrać cię na spacer? dodał zaraz ciszej, wyczekując odpowiedz. Bo jaki inny rodzaj wspólnego czasu mógłby bardziej przypominać randkę niż właśnie spacer?


Plac główny - Page 24 EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Plac główny - Page 24 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Plac główny [odnośnik]31.10.21 13:49
Wielu odpowiedzi się spodziewała na tę swoją (słuszną!) uwagę o przyzwoitości. To już nawet nie chodziło o to, że znali się tydzień, że to było ich drugie spotkanie, a Thomas wciąż nie znał jej prawdziwego nazwiska. Tak intymne przytulanie się w publicznym miejscu było po prostu niegrzeczne, na granicy wyuzdania... czegoś bardzo młodzieńczego i bardzo wyzwalającego, o czym nie chciała rozmyślać długo, żeby rumieniec z jej policzków nie rozlał się również na szyję i piersi. Powinna wyplątać się z ramion chłopca i usiąść na zimnej skrzyni, słowa mamy cały czas kołatały jej się z tyłu głowy. Ale żeby tak jeszcze choć parę sekund pozwlekać, wąchać przyjemny, ziemisty zapach, który tak kojarzył się z mężczyznami... Thomas pachniał bardzo dobrze i gdyby to nie było przekroczeniem wszelkich granic pewnie oparłaby głowę na jego ramieniu. Ale kontrolowała się jeszcze, nie było z nią aż tak źle.
Dopóki nie powiedział tego, co powiedział.
Tego... tego.
- Thomas... ja... - przyłożyła dłoń do ust, czując, jakby miała się za moment rozpłakać z emocji. Nikt jeszcze nigdy nie zadał jej takiego pytania; miała chłopaka tylko przez jakiś czas w liceum, ale to nie było oficjalne i szybko się skończyło, bo strasznie się pocił i był gburowaty. Thomas za to... był cyganem, który mógł chcieć porwać ją w podróż i taka myśl absolutnie nie powinna wzbudzać w niej tego uczucia, które wzbudzała! - To się dzieje tak szybko! - wyrzuciła wreszcie z siebie największy banał, ale odważyła się przy tym spojrzeć mu w oczy, żeby zobaczył, jaka jest roztrzęsiona, zdenerwowana, ale też jak ledwie powstrzymuje się przed zdradzieckim uśmiechem. - Nie powinieneś najpierw...? Nie wiem... Słuchaj, może... - Odchrząknęła i wyprostowała plecy, żeby nadać swoim słowom bardziej oficjalnego tonu, jakkolwiek oficjalny mógł być ton dziewczyny siedzącej na jego kolanach. - Pójdziemy najpierw na randkę. Tak trzeba, musimy pójść na randkę, porozmawiać, poznać się, spędzić ze sobą cały dzień... i wtedy ci powiem, czy chcę, żebyś był moim chłopakiem. - Jej pewny ton zachwiał się nieco przy końcu zdania. Czy jedna randka to było dość?
Trwała wojna. Poza tym, w marcu będzie obchodzić dwudzieste piąte urodziny.
Tak, to zdecydowanie było dość.
Peszyło ją, że Thomas patrzy na nią tak intensywnie, że prawie nie mruga, że wydaje się taki oczarowany. Niewielki uśmiech przykleił się do jej twarzy chyba już na stałe, nie mogła przestać się uśmiechać nawet wtedy, gdy temat zszedł na jej mugolstwo.
- Och. Tak, nie jestem czarodziejką - powiedziała powoli, obserwując go uważnie, czujna na wszelkie oznaki zniechęcenia. - Moje rodzeństwo to sami czarodzieje, tylko ja się urodziłam... taka - Wzruszyła lekko ramieniem, bardziej niż brakiem magii zasmucona perspektywą tego, że Thomas może się rozmyślić co do tej całej randki.
Choć, jeśli wziąć pod uwagę jak mocno ją przytulił, jak zdenerwowany się stał po tym jak powiedziała o misji w Staffordshire, nie zapowiadało się na to, by ich wspólna przygoda szybko miała się zakończyć. Westchnęła z ulgą, kiedy już przestał miażdżyć jej żebra, ale nie wysunęła palców z jego gęstych włosów, układając je delikatnie i w milczeniu zastanawiając się nad tym, czy już oszalała, czy to był dopiero wstęp.
- Będzie dobrze - Uśmiechnęła się tym swoim łagodnym uśmiechem zwykle zarezerwowanym dla rodziny; dla Michaela po pełni, Gabriela po powrocie z misji, dla Justine każdego dnia, gdy wstała po całej nocy koszmarów. - Moja siostra ma jastrzębia, który zanosi też moje listy. Ale chyba wolałabym się spotkać - powiedziała cicho, powoli, acz skutecznie zapominając o całym świecie i o wszystkich ludziach, którzy mogli kręcić głową na ich karygodne zachowanie. Nie zastanawiała się jeszcze nad tym, jak powie Thomasowi o tym, że do domu pewnie nie odprowadzi jej nigdy; bo przecież był zaczarowany. - Bardzo chętnie pójdę z tobą na spacer, Thomas - Pod wpływem chwili pochyliła się, żeby delikatnie cmoknąć go w czoło; z czułością i bez żadnego haniebnego zamiaru, chciała tylko, by poczuł się lepiej.
Zaraz jednak przeszkodził im starszy mężczyzna, który pojawił się przy stoisku jakby znikąd, unosząc brwi po sam kaszkiet na widok Kerstin na czyichś kolanach. Z zawstydzeniem opuściła wzrok i szybko wydostała się z objęć Thomasa, natychmiast odczuwając tęsknotę za ciepłem. Musiała jednak obsłużyć klienta, po to tu przecież była, żeby zarobić trochę grosza na włóczki, mydło i jedzenie.




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
and sometimes,
against all odds,
against all logic,
we still hope
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Plac główny [odnośnik]08.11.21 20:31
Zawsze po prostu działał - impulsywnie i lekkomyślnie. Ale absolutnie mu to nie przeszkadzało, bo to działało wielokrotnie na jego korzyść. Nie wiedział dlaczego i jakim cudem, ale stanowczo nie mógł temu zaprzeczyć, że ostatecznie wszystko wychodziło… wszystko… wszystko się jakoś układało, prawda?
Tak jak teraz. Widział, że dziewczyna nie do końca wiedziała co powiedzieć i jak zareagować; ze kompletnie się speszyła, ale absolutnie mu to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie. Z uśmiechem obserwował jej reakcję, jakby jednocześnie chcąc ją zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Bo przecież miało być dobrze. Co mogło pójść nie tak?
- Dobrze. Więc zapraszam cię na randkę, Kerry. I przyjdę też jutro rano, skoro jesteś tutaj na rynku codziennie - powiedział z uśmiechem, słysząc wątpliwości dziewczyny. Może i wszystko działo się tak szybko, ale z drugiej strony… na co mieliby czekać w tym momencie? Na rozwój wojny? Zwlekać z czymś, bo inni tego od niego wymagali i oczekiwali? Bo niby co? Nie można było się zakochać jako młoda osoba?
Nie przeszkadzał mu brak magii, to że był mugolką… to nie miało przecież znaczenia! No, może jedynie takie, że to dla niej bezpośrednio wojna była zagrożeniem. On z rodzeństwem, mimo ojca mugola, w końcu przejawiali magię. No i raczej nikt nie próbował ich zamordować…
Chociaż Steffen miał rację - czy to się nie zmieni? Czy tacy jak oni, których jeden z rodziców nie był czarodziejem, w końcu też nie staną się celem? Nie można było niczego wykluczyć, tym bardziej podczas wojny.
- Bycie czarodziejem to nie wszystko - zapewnił ją z uśmiechem, bo i sam zdążył się przekonać o tym. Niby to, jak ich ojciec ich traktował mogłoby spowodować, że Thomas miałby negatywne nastawienie do mugoli, ale jednocześnie… to nie zależało przecież od tego. Spotkał tyle mugoli, którzy mu pomagali w życiu - no wychowywał się z nimi w taborze. A z drugiej strony to co przeżył z bratem i przyjacielem w tower… To było zgotowane przez czarodziejów, a nie mugoli. Mugole by nie wpadli na to, aby ich leczyć między torturami…
Potrzebował tego. Takiej zwykłej bliskości, nawet jeśli nie znajdywali się w miejscu, w którym powinni sobie na nią pozwalać. Przecież nie było to akceptowane, nawet gdyby byli parą czy nawet małżeństwem - bo jak tak można, pokazywać że na kim ci zależy w miejscu publicznym!
Ale co przecież w tym było złego? Tym bardziej teraz czując jej dłoń, widząc jej uśmiech, słysząc jej zapewnienie czy ten całus. Choć już po chwili zerknął niezadowolony w kierunku klienta, puszczając jednak Kerry żeby mogła do niego wstać. No tak, w końcu pracowała tutaj… Nie powinien odwracać jej uwagi od obowiązków. Ale przecież… co jeśli już nie wróci? Bo mogło się coś stać niedobrego, złego…
Mimo to, siedział jeszcze moment, obserwując dziewczynę. Raczej nie liczył na to, że ta wróci na jego kolana… tym bardziej, że starszy mężczyzna nie był jedynym, który pojawił się przy straganie.
Tak naprawdę nie mając wiele innych czy lepszych opcji do zrobienia, jak gdyby nigdy nic zaczął rozmawiać z klientami, pomagając Kerry w ich obsłudze. Bo co miał innego robić? Stać i wpatrywać się w to jak ona sama się tym zajmuje?
Chociaż w jego stronę podczas tego czasu stanowczo leciały różne spojrzenia. Pytające, oburzone… Bo co on robił nagle przy pannie Tonks, która raczej pewnie stała na stoisku sama lub z rodzeństwem? No a sam Thomas, mimo wesołego nastawienia w danym momencie, wcale nie wyglądał na kogoś do końca godnego zaufania. Tym bardziej, kiedy było po nim widać, że w ostatnim czasie nie spotkały go do końca przyjemne rzeczy.
- To… jutro też przyjdę ci pomóc. I proszę, wyślij mi list… w sensie, kiedy wrócisz, wiesz no… - poprosił, kiedy już sprzątali, bo dziewczyna musiała stawić się tam, gdzie obiecała. Chociaż stanowczo wolałby ją dzisiaj zabrać na spacer niż puszczać w niebezpieczeństwo.
Ale… nie mogło być tam aż tak źle, jeśli decydowała się iść, prawda?
Musiał być dobrej myśli, i właśnie w takim nastawieniu odprowadził kawałek Kerry, zmieniając w końcu samemu kierunek na drodze, aby wrócić do swojej rodziny.

Zt x2


Plac główny - Page 24 EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Plac główny - Page 24 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Plac główny [odnośnik]09.01.22 3:35
21.02.1958
Przechodził właśnie głównym placem Doliny Godryka, prowadząc na skórzanej smyczy suczkę psidwaka, Runę. Ciekawskie stworzonko co rusz obwąchiwało coraz to nowe obiekty, nierzadko sunąć noskiem po zaśnieżonych ulicach miasteczka. Intrygowali ją mijani przez nich ludzie, zarówno czarodzieje i mugole. Podczas pokonywania brukowanego dziedzińca, Volans przelotnie spojrzał na górujący nad ulicami gmach kościoła. Od dawna nie przekroczył progu podobnej budowli. Zwłaszcza w niedzielę. Minął również ukrytą za zaczarowaną witryną z widokówkami sowią pocztę, ratusz oraz zamknięty od dawna lokal, w którym mieścił się pub Pod Rozbrykanym Hipogryfem. Gdy jeszcze funkcjonował, często zachodził tam z kuzynami do tego przybytku. Brakowało mu tych czasów.
Dotarłszy do środka placu, jego wzrok padł na kamienny pomnik ofiar wojny, stojący w samym środku okrągłej fontanny. Uśmiechnął się smutno, zarazem z nostalgią. Jednocześnie mógł mieć powód do radości. Te wszystkie kwiaty i zamknięte w kolorowych lampionach świece świadczyły, że ktoś nieprzerwanie pielęgnuje pamięć o wszystkich ofiarach wojny. Nie miał przy sobie takiego lampionu ani świecy, jednak miał różdżkę. Uchwyt od smyczy psidwaka przeciągnął przez lewy nadgarstek, prawą dłonią sięgając do wewnętrznej kieszeni płaszcza, w której nosił różdżkę.
Orchideus — Zaintonował to zaklęcie, kierując różdżkę ku górze. Z jej końca wyrósł niewielki bukiet kwiatów, który po zebraniu ułożył przy innych zgromadzonych na tym pomniku. Było to najlepsze uczczenie poległych na wojnie, na jakie mógł sobie pozwolić w tym momencie. Rozbił też cienką warstwę lodu pokrywającą taflę wody wypełniającej fontannę i dopiero wówczas schować różdżkę między poły płaszcza. Wrzucił również do wody fontanny jednego knuta i pięćdziesiąt pensów. Może to zapewni mu szczęście i ochroni jego bliskich przed chorobami. Być może w ten sposób uda mu się wytargować dla nich wszystkich odrobinę szczęścia i zdrowia.
Ostatecznie oddalił się od fontanny, kierując swoje kroki oraz prowadząc swojego pupila ku zaśnieżonym, drewnianym ławeczkom. Na jednej z nich zasiadł po tym jak oczyścił siedzisko ze świeżego białego puchu. W tym momencie pomnik przemienił się w statuę przedstawiającą sylwetkę wybitnego czarodzieja, którego darzył wyraźnym szacunkiem. To skłaniało go ku rozważaniu, ile ta przeklęta wojna pochłonie podobnych mu czarodziejów. Runa usadowiła się przy jego nogach.

Rzut k100 na Orchideus (ST 0) + 21 OPCM - Klik[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Volans Moore dnia 26.01.22 1:40, w całości zmieniany 1 raz
Volans Moore
Zawód : Smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Oh I still can remember a time when it wasn't like this
Before the world became enslaved
Can we all go back to the time when we were not like this
Can we even be saved?
OPCM : 19 +3
UROKI : 15 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Plac główny - Page 24 Tumblr_myrxsem7AC1s8tqb9o1_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9775-volans-moore-w-budowie#296523 https://www.morsmordre.net/t9914-sol#299801 https://www.morsmordre.net/t9919-ksiega-smokow#299856 https://www.morsmordre.net/f371-derbyshire-borrowash-pollards-oaks-11-8 https://www.morsmordre.net/t9921-szuflada-volansa#299859 https://www.morsmordre.net/t9913-volans-moore#299792
Re: Plac główny [odnośnik]22.01.22 20:20
Nie znalazłam się tutaj przypadkiem. Ale powody mojego pobyty zostały już skrupulatnie załatwione. A co za tym szło, nadchodził czas, żeby wziąć i zacząć ruszać w drogę powrotną do domu. Prowadziłam obok siebie Montygona, zamierzając się jeszcze przespacerować chwilę przed ruszeniem w drogę. Słońce nadal było wysoko, a ja miałam stawić się w domu przed zmierzchem. Wiedziałam ile trasa zajmie i byłam na nią gotowa. Wszystko dokładnie było wyliczone. Dobrze było, czuć, że ciocia mimo wszystkich moich wad mi ufa i czasem wysyła, żebym załatwiła coś dla niej dalej od domu. Co prawda, nie sama, bo Walter też akurat coś miał tutaj do załatwienia. Wywróciłam oczami, ale zgodziłam się na wspólną podróż. Nic mnie to nie kosztowała. Od czasu tej pamiętnej potańcówki trochę nie było już tak dobrze jak wcześniej między nami. Nie wybaczyłam mu też jeszcze całkowicie i do końca, ale odpowiadałam na zadane pytanie. Co jakiś czas wspominając coś o Marcelu, albo Jamsie, w ogóle nie złośliwie przecież. Sam chciał wiedzieć rzeczy, prawda? Mieliśmy się spotkać przy fontannie kiedy wybije odpowiednia godzina, więc kiedy wszystko już wzięłam i załatwiłam ruszyłam właśnie w tamtą stronę. Mijając po drodze do niej kilka pustych ławek i jedną zajętą przez kogoś. Nie przejęłabym się tym za bardzo. Tym zajęciem - bo co mi było do tego. Kiedy nagle pies zaszczekał głośniej, płosząc Montygona, który stanął na chwilę na tylnych nogach sprawiając, że ja sama musiałam unieść ręce i stanąć na palcach obawiając się, że porwie mnie ze sobą.
- Ciiiiii. - wypowiedziałam do niego, chcąc go jakoś uspokoić, łapiąc mocniej za wodze, jednak byłam pewna, że gdyby koń chciał, to by mnie wziął i tak ustawił jak chce. To zawsze była tylko i wyłącznie jego wola, że brał i ze mną w zgodzie podróżował. - To nic, Montygonie. Spokojnie. - powiedziałam do niego. Konia w sensie, mając nadzieję, że moje słowa go przekonają do tego, że naprawdę nic się nie działo. Zerknęłam w kierunku psa, zerknęłam też na krótką chwilę na mężczyznę obok, ale zaraz zajęłam się Montygonem, głaszcząc go uspokajająco po pysku.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Plac główny [odnośnik]24.03.22 21:56
Ich odpoczynek, w sensie jego i Runy w pewnym sensie został przerwany przez pojawienie się młodej panny prowadzącej konia. Zapewne nie zwróciłby na nich większej uwagi na zwierzę i jego właścicielkę, gdyby nie to, że Runa zaniosła się donośnym szczekaniem, tym samym płosząc to majestatyczne zwierzę.
Runa był tylko psidwakiem, nieprzyzwyczajonym do kontaktu z takimi stworzeniami. Nie zamierzał ganić za to swojego pupila. Nie zamierzał jednak tego zignorować. Spłoszony koń potrafił wyrządzić nie lada krzywdę swojemu jeźdźcowi, ale również stratować przypadkowe osoby. Tyle dobrego, że suczka nie zerwała mu się ze smyczy i nie pognała w stronę spłoszonego jej szczekaniem konia.
Podniósł się do pionu, bacznie przyglądając się młodej damie. Nic nie wskazywało na to, by coś się jej stało. Poświęcił chwilę na przykucnięcie przed psidwakiem, by mocno przywiązać koniec jej smyczy do pobliskiej barierki.
Zostań, Runa — Polecił psidwakowi, którego krótko pogłaskał po łebku. Jak tylko się odwrócił twarzą do właścicielki konia, zaczął zadawać jej stosowne pytania. Zwłaszcza, że to była potencjalnie niebezpieczna sytuacja dla jeźdźca.
Wszystko w porządku? Potrzebujesz pomocy? Mogę podejść bliżej? Piękne stworzenie. Dolina to odpowiednie miejsce na konne przejażdżki — Nie chciał od razu podchodzić, bez uprzedzenia czy pozwolenia. Jego celem nie było niepokojenie młodej panny ani ponowne spłoszenie konia. Konie to naprawdę piękne stworzenia. Obecne warunki mieszkalne nie pozwalały mu na posiadanie zwierząt większych niż psidwak.
W przyszłości (o ile będzie mieć jakąś przyszłość) chciał mieć takie gospodarstwo, jakie posiadali jego rodzice. Lubił zwierzęta, miał do rękę. Magiczne lub niemagiczne to nie miało znaczenia. Ponadto ich posiadanie wpływało na jakość życia. Posiadając odpowiedniego konia można było go wykorzystywać przy uprawach roślin, przewożeniu różnych dóbr. Jak często bywał na Wrzosowisku to nie zarejestrował posiadania przez Sproutów konia. Może nie był im potrzebny. Z drugiej strony, tereny okalające Dolinę doskonale nadawały się do długich przejażdżek.
Volans Moore
Zawód : Smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Oh I still can remember a time when it wasn't like this
Before the world became enslaved
Can we all go back to the time when we were not like this
Can we even be saved?
OPCM : 19 +3
UROKI : 15 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Plac główny - Page 24 Tumblr_myrxsem7AC1s8tqb9o1_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9775-volans-moore-w-budowie#296523 https://www.morsmordre.net/t9914-sol#299801 https://www.morsmordre.net/t9919-ksiega-smokow#299856 https://www.morsmordre.net/f371-derbyshire-borrowash-pollards-oaks-11-8 https://www.morsmordre.net/t9921-szuflada-volansa#299859 https://www.morsmordre.net/t9913-volans-moore#299792
Re: Plac główny [odnośnik]13.06.22 9:17
odebranie psa7 kwietnia
Jeszcze tego samego dnia, w którym Roselyn opuściła jego dom, pojawił się w Dolinie Godryka, dzierżąc jeden z własnoręcznie stworzonych świstoklików. Charakterystyczny, nieprzyjemny uchwyt w żołądku towarzyszył profesorowi przez cały czas — nie tylko podróży, ale także krótkiej wędrówki do umówionego miejsca przekazania — jednak nie był związany w żaden sposób z przeniesieniem tym konkretnym środkiem translokacji. Po prostu irytowała, dezorientowała go cała sytuacja, w jakiej się znalazł, ale nie zamierzał jej komentować. Doskonale wiedział, że jego własny humor był wyjątkowo rozchwiany, bo mimo że rozmawiali z Roselyn o jej wyprowadzce, w jakiś sposób profesor czuł dziwne poruszenie. Niepokój związany z tym, że obie z Melanie były daleko. Równocześnie zdawał sobie sprawę, że tak było trzeba i sam to zaakceptował, jednak stan dokonany... Cóż. Aktualne warunki wcale nie ułatwiały spokojnego patrzenia na wszelkie zmiany. Szczególnie te związane z oddaleniem się, zniknięciem z pola widzenia osób, które się kochało. Wojna nie dawała luksusu poczucia bezpieczeństwa, nieważne kim się było i gdzie znajdowało.
List Thomasa doczekał się sprawnej odpowiedzi. Jayden nie chciał nachodzić rodziny Cyganów w domu, naruszać ich przestrzeń, dlatego odpisał, że pojawi się na placu głównym o tej konkretnej godzinie. Niespecjalnie chciał mieć okazję ku zobaczeniu wszystkich Doe'ów, którzy wyraźnie zaznaczyli, że nie życzą sobie jego obecności i zamierzał to uszanować, sprowadzając taką możliwość do absolutnego minimum. Liczył jedynie, że rodzeństwo miało sobie poradzić. Jakoś. Obiecał sobie jednak, że nie będzie drążył tego w swoim umyśle, bo to nie było już jego zmartwienie. Uczył się tego, ale było łatwiej. Odkąd został ojcem, linia martwienia się o wszystkich, osłabła.
Obecność Thomasa w umówionym miejscu sprawiła, że odetchnął w swoim wnętrzu z wyraźną ulgą. Nie chciał sterczeć na rynku bez wiedzy na to, co się miało dziać. Odebrał psa w milczeniu, który wyraźnie patrzył w kierunku odchodzącego chłopaka, jednak Vane nie dał ani sobie, ani zwierzęciu szansy na dłuższe bytowanie w granicach Anglii. Ciche Reducio sprawiło, że solidnych rozmiarów Mars, nabrał rozmiarów zabawki i bezpiecznie osiadł w wewnętrznej kieszeni płaszcza nowego właściciela. Jayden pogłaskał jeszcze zdezorientowanego czteronoga, zanim nie wrócili już obaj do domu.

|zt


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Plac główny [odnośnik]30.06.22 22:50
Montygon miał siłę. Siłę, której mnie zdecydowanie było brak. Więc kiedy stanął na tylnych nogach, a ja nadal trzymał jego wiązanie, na krótką chwilę, może sekundy, moje stopy - a raczej palce oderwały się od ziemi. Zaraz jednak miałam ją znów pod nogami, choć już mniej pewna, starałam się spokój wlać w Montygona niewiele uwagi poświęcając zwierzęciu, które bez powodu na inne bierze i szczeka. Montygon nie prychał na każdego, chyba że ten mu za skórę zaszedł - ale to dziwić się nie było co. Jak mnie kto zaszedł to też miła mniej bywałam.
Skupiałam się na koniu, bo to on był moim przyjacielem i najbardziej pokrzywdzonym w tej sprawie całej. Uspokajająco głaskałam go po boku łba i szyi. Dosłyszawszy pierwsze pytanie potaknęłam głową, nie odwracając jej jednak.
- W porządku. - potwierdziłam, by zaraz pokręcić przecząco głową. - Nie dziękuję. - dopiero kolejne pytanie sprawiło, że zamarłam odwracając głowę. Niby wyglądał normalnie, ale co jeśli wcale nim nie był? Zmarszczyłam trochę brwi. Co jak chciał mnie podstępem podejść, ciocia mówiła coby obcym brać i nie ufać a że ja to naiwna jak dziecko jestem. A dzieckiem nie byłam przecież. Spojrzałam na boki w poszukiwaniu Waltera, ale jego widać nie była. - W-wolałabym nie. - mimowolnie się zająknęłam. Odwagi, odwagi, tylko nie cofaj się jeszcze do tego. Ale cofnąć też się cofnęłam. Teraz już ją czułam, panikę, która wspina mi się po plecach. Normalnie zwyczajna sprawa, ale była wojna prawda? A wuja mówił, że zwyczajne już takim przestało być. A ja obiecałam być rozważna. Może chodziło mu o Montygona? Chciał go zabrać, bo ja słaba byłam. O nie, uniosłam brodę. Gdzie był Walter jak raz by się przydał. - Nie jest na s-sprzedaż. - odpowiedziałam tą całą kwestię przejażdżek biorąc i pomijając na razie. Była mniej ważna niż strata Montygona. Nie zamierzałam go tracić, ani oddawać, ani sprzedawać był moim powiernikiem i przyjacielem. Chciałam, żeby został ze mną na zawsze. Rozejrzałam się, żeby zobaczyć, czy ktoś obok jest, żeby mi pomógł gdyby coś się dziać miało czego nie przewidziałam. Rękę włożyłam do kieszeni szukając różdżki. Uciekać. Uciekać mówił Brendan walczyć i tak nie umiałam.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909

Strona 24 z 24 Previous  1 ... 13 ... 22, 23, 24

Plac główny
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach