Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Piwnica Zaginionych

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Piwnica Zaginionych Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Piwnica Zaginionych Empty
PisanieTemat: Piwnica Zaginionych   Piwnica Zaginionych I_icon_minitime16.07.19 21:32

Piwnica Zaginionych

Piwnica Zaginionych to kamienne, podziemne pomieszczenie, znajdujące się bezpośrednio poniżej Big Bena – sławnej londyńskiej wieży zegarowej, zniszczonej w czasie wywołanej anomaliami burzy. Przepołowiona błyskawicą budowla, mimo ustabilizowania się magii, nie została wyremontowana, dla wielu Brytyjczyków stanowiąc namacalny symbol tego, że nie wszystkie szkody zniknęły wraz z ustaniem anomalii – a los setek czarodziejów i mugoli, którzy w ostatnich miesiącach przepadli bez śladu, wciąż pozostawał tajemnicą. Nic więc dziwnego, że Piwnica powstała właśnie tutaj, skryta przed wzrokiem większości, odwiedzana głównie przez tych, którzy na skutek magicznych wyładowań utracili najwięcej.
Dostanie się do podziemnego pomieszczenia możliwe jest tylko wtedy, gdy tarcze zegara wskazują pełną godzinę. Przejście, schowane za kamienną płytą, otwiera się jedynie na minutę, ale jeżeli komuś uda się przez nie przejść, zaprowadzi go prosto na kręte, strome schody, kończące się poziom niżej, w szerokiej sali na planie kwadratu, oświetlonej miękkim światłem dziesiątek dryfujących pod sufitem lampionów – z których każdy zapalono ku pamięci jednej osoby, zaginionej i dotąd nieodnalezionej. Zaczarowane lampiony, przyniesione tu przez krewnych i przyjaciół zaginionych, mają symbolizować nadal tlącą się nadzieję na ich bezpieczny powrót: gasną dopiero wtedy, gdy niezaprzeczalnym faktem stanie się ich śmierć.
Wszystkie cztery ściany piwnicy, wysokie na zaledwie dwa metry, całe obwieszone są ruchomymi fotografiami, listami i drobnymi pamiątkami; kamienna posadzka tuż pod nimi przykryta jest z kolei wiązankami świeżych i ususzonych kwiatów, wypełniających przestrzeń charakterystycznym zapachem. Czarodzieje zbierają się wokół nich mniejszymi grupkami, ściszonymi głosami wspominając swoich bliskich i dzieląc się wieściami; inni po prostu przechadzają się między lampionami, co – ze względu na nisko zawieszony strop – wymaga odrobiny ostrożności.


Powrót do góry Go down
Charlene Leighton
Charlene Leighton

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f98-lavender-hill-48 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Czy to kocimiętka?
OPCM : 11
UROKI : 0
ELIKSIRY : 40
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/35
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

Piwnica Zaginionych Empty
PisanieTemat: Re: Piwnica Zaginionych   Piwnica Zaginionych I_icon_minitime26.07.19 20:08

| 16.01

Minęły trzy miesiące od zaginięcia Very.
Dokładnie trzy miesiące temu nie powróciła do domu i nadal nie dawała znaku życia, więc w głowie Charlie rodziły się coraz realniejsze obawy o to, że mogła nie żyć. Anomalie dobiegły końca, a ona wciąż nie wracała. Była przekonana że gdyby Vera mogła wrócić, zrobiłaby to, a jej nie było.
Dom bez niej wydawał się dziwnie pusty, mimo że Vera nawet przed zniknięciem spędzała w nim niewiele czasu, nawet mniej niż Charlie. Ale wtedy samotność wydawała się Charlie czymś naturalnym i zawsze wiedziała, że siostra gdzieś jest, wypełnia swoje obowiązki i najpewniej wieczorem wróci, by zjeść coś i wyspać się przed kolejnym dniem. Wieczory były tym momentem, kiedy mogły posiedzieć razem i porozmawiać, wymienić się opowieściami o minionym dniu oraz powspominać stare czasy przy kubku gorącej herbaty lub czekolady i płonącym kominku. Teraz jej jedynym wieczornym towarzystwem były koty, sowa i książki.
Spojrzenie coraz rzadziej umykało w stronę okna, gdzie dotychczas z nadzieją wypatrywała Very idącej ścieżką w kierunku domu. Coraz rzadziej podrywała się na jakiś dźwięk, rzucając w przestrzeń ciche: „Vera?”, bo zdawała sobie sprawę, że to nie siostra, a tylko któryś z jej czterech kotów. Trzy z nich przygarnęła już po jej zniknięciu i choć chodziło jej głównie o to, że chciała dać im dach nad głową w dobie anomalii i paskudnej pogody, to nie ulegało wątpliwości, że koty miały być również lekarstwem na samotność. Raźniej wracało się z pracy do domu gdy ktoś na nią czekał, nawet jeśli były to tylko koty.
O mieszczącej się pod zniszczoną wieżą Big Bena piwnicy usłyszała mimochodem od jednej z alchemiczek, z którymi pracowała, a która również miała w rodzinie osobę zaginioną i wiedziała, jak bolesne jest to beznadziejne czekanie na jakiekolwiek wieści. Postanowiła kupić prosty lampion i zapalić go tam ku pamięci siostry, jak czynili to inny krewni czarodziejów, którzy przepadli bez wieści po tragicznych wydarzeniach ostatnich miesięcy. W swoim domu wieczorami często paliła dla Very świeczkę i w zasadzie nie musiała robić tego i w miejscu nazywanym „piwnicą zaginionych”, ale tu chodziło o coś więcej niż tylko pamięć siostry, o poczucie pewnej solidarności z tymi, którzy cierpieli tak jak ona.
Po pracy udała się w te okolice, niosąc w torbie lampion. W kwiaciarni kupiła też skromny bukiecik kwiatów, wybierając takie, które lubiła jej siostra. Z tego co udało jej się dowiedzieć, do piwnicy można było wejść tylko o równej godzinie. Ostrożnie zakradła się w okolice Big Bena oraz piwnicy, a kiedy wskazówki pokazały pełną godzinę i przejście się otworzyło, wślizgnęła się do środka, na kręte schody. Z mocno bijącym sercem zeszła na dół, zastanawiając się, kogo i co tam zastanie. Jednak gdy tylko pokonała ostatni zakręt schodów, jej oczom ukazała się niewysoka piwnica oświetlona blaskiem kilkudziesięciu lampionów unoszących się pod sufitem. Na ścianie na wprost niej widniały poprzyczepiane liczne fotografie i fragmenty listów, a na podłodze leżały kwiaty, niektóre jeszcze świeże, inne już uschnięte. Kawałek dalej mogła dostrzec parę innych, choć nielicznych sylwetek; jakąś starszą czarownicę poprawiającą kwietną wiązankę, a także czarodzieja o posiwiałych skroniach, który przyczepiał do ściany zdjęcie jakiejś kobiety, być może żony.
Drżącymi dłońmi wyjęła z torby nieduży lampion kupiony w sklepie na Pokątnej i przez jedną ze szpar wsunęła koniec swojej różdżki, zapalając go magią. Gdy magiczny ognik zapłonął, po jej bladych policzkach zaczęły spływać łzy, których nie próbowała zetrzeć. Przez chwilę trzymała świecący lampion w dłoniach, próbując się uspokoić, zanim zaczaruje go, by zaczął się unosić wraz z innymi.






Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Powrót do góry Go down
Percival Blake
Percival Blake

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
anyone: percy no
percy: no one tells me what to do
ben: percy no
percy: ok
OPCM : 24
UROKI : 42
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej

Piwnica Zaginionych Empty
PisanieTemat: Re: Piwnica Zaginionych   Piwnica Zaginionych I_icon_minitime08.08.19 0:25

Nie był pewien, dlaczego właściwie tutaj przychodził.
Nie czekał już przecież na niczyj powrót; ci, za którymi tęsknił, straceni byli dla niego na zawsze. Z konieczności lub z własnej woli, nie stanowili już części jego świata, a on w mniejszym lub większym stopniu się z tym pogodził, po setce stoczonych z samym sobą bojów decydując się spoglądać już tylko w przód, nie w tył. Chociaż wciąż miał wiele pytań, których tajemnicy nigdy nie rozwikłał, to dzisiaj wiedział już, że przeszłość nie miała dla niego odpowiedzi – była martwa, odrzucił ją od siebie w kamiennym kromlechu, grzebiąc ją bezpowrotnie i niemal upadając razem z nią. Wybrał inaczej – i tym sposobem wyrzekł się prawa do tęsknoty, do żalu i do rozterek; przewrotny los, na który zwykł zrzucać winę za własne niepowodzenia, nie przyłożył fantomowej ręki do jego aktualnej sytuacji. Ponosił konsekwencje podjętych samodzielnie decyzji, i powinien ponosić je z podniesioną wysoko głową; a jednak – pojawiał się tym małym sanktuarium niedokończonych historii po raz kolejny, korzystając z anonimowości, jaką dawał mu zmrok – po to, by spędzić przynajmniej godzinę w zupełnym milczeniu, nie odzywając się do nikogo i zwyczajnie czytając: imiona wygrawerowane na bokach lampionów, skrawki wiadomości zawieszonych na murowanych ścianach, pozbawione autorów pożegnania, które najprawdopodobniej nigdy nie miały zostać usłyszane.
Czasami zdarzało się, że natykał się na nazwisko kogoś, kogo znał; w okolicach środka pomieszczenia, tuż pod sufitem, lewitowały trzy kule ozdobione malunkami smoków, zapalone ku pamięci trójki smokologów, którzy nie powrócili z organizowanej przez rezerwat wyprawy. Zatrzymani przez anomalie, zwyczajnie rozpłynęli się w powietrzu, stając się kolejnymi znakami zapytania pośród tysięcy innych. Zdarzało się, że udawał, że pojawiał się tutaj właśnie z ich powodu – choć było to kłamstwo szyte tak grubymi nićmi, że sam w nie nie wierzył, przypominając sobie brutalnie, że ledwie był w stanie przypomnieć sobie twarze zaginionych łowców. Pamiętał tylko imiona, i to głównie dlatego, że dosyć często pojawiały się na ustach pracujących w Peak District czarodziejów; to od nich zresztą dowiedział się o istnieniu Piwnicy, i to dlatego wybrał się tutaj po raz pierwszy, początkowo bardzo długo krążąc wokół zniszczonej wieży zegarowej, nim wreszcie udało mu się odnaleźć wejście. Później za każdym razem przekonywał sam siebie, że wraca do rozjaśnionego lampionami pomieszczenia po raz ostatni – i konsekwentnie to słowo łamał, licząc jedynie na to, że nie natknie się na żadną znajomą twarz kogoś, kto wypowiedziałby na głos pytanie, na które Percival bał się udzielić odpowiedzi: dlaczego tu był – i dla kogo był przeznaczony skromny lampion, od tygodni noszony uparcie w kieszeni długiego płaszcza, ale nigdy niezapalony?
Być może powinien był się spodziewać, że jego obawy w końcu się spełnią; że była to raczej kwestia kiedy, niż czy – ale nawet jeżeli zakładał w głowie taki scenariusz, ani przez chwilę nie spodziewał się, że milczący strach zmaterializuje się pod postacią jej sylwetki. Dostrzegł ją kątem oka, mimochodem, właściwie samemu zmierzając już ku wyjściu – i w pierwszej chwili miał ochotę udawać, iż wcale tego nie zrobił. Co mógłby jej powiedzieć? Zatrzymał się jednak, odwrócenie się przez ramię było silniejsze od niego, chociaż mignięcie spływających po jasnej twarzy łez niemal natychmiast kazało mu pożałować tego manewru. Mieszanina zmieszania i zaskoczenia zatrzymała go w miejscu, przez chwilę nie był w stanie ani dokonać taktycznego odwrotu, ani do niej podejść, przyglądając się po prostu, jak wyciąga w górę szczupłe ramiona i kieruje lewitujący lampion w stronę nisko zawieszonego stropu, gdzie dołączył do całej reszty innych, świecących równie jasno. To nie była jego sprawa – nie znali się aż tak dobrze, właściwie połączeni głównie wspólną sprawą i kilkoma alchemicznymi przysługami – ale kiedy miał już zwyczajnie odejść bez słowa, przypomniał sobie list, który wysłała mu na święta, martwiąc się, czy przypadkiem nie spędza ich samotnie.
Zrobił kilka kroków do przodu, zatrzymując się wciąż w pewnym oddaleniu – nie chciał jej wystraszyć – ale wystarczająco blisko, by usłyszała jego słowa. – Charlie? – odezwał się, bardziej w celu zaznaczenia swojej obecności, bo nie potrzebował zapewnienia, że to rzeczywiście była ona. – Jeżeli wolisz być sama, to powiedz, ale zobaczyłem cię i pomyślałem, że… – Odchrząknął. – No, że może wcale nie chcesz. – On nie chciał – i dotarło to do niego gdzieś między jednym słowem a drugim. – Dla kogo to? – zapytał, wskazując na dryfujący pod sufitem lampion, i starając się w ten sposób zatrzeć pamięć po pierwszym, kulawym pytaniu.





as my story came to a close I realized
I was the villain all along
Powrót do góry Go down
Charlene Leighton
Charlene Leighton

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f98-lavender-hill-48 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Czy to kocimiętka?
OPCM : 11
UROKI : 0
ELIKSIRY : 40
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/35
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

Piwnica Zaginionych Empty
PisanieTemat: Re: Piwnica Zaginionych   Piwnica Zaginionych I_icon_minitime08.08.19 15:39

To było takie przykre – myśl, że tylu czarodziejów zginęło lub zniknęło bez wieści. To działo się od miesięcy, a w październiku dotknęło też ją osobiście, kiedy Vera nie wróciła ze swojego ostatniego zlecenia. Dopóki nie było martwego ciała, istniała nadzieja że jej siostra mogła przeżyć i jedynie zostać gdzieś przeniesiona przez anomalię.
Czy ludziom, którzy zostawiali lampiony, kwiaty i zdjęcia w tej piwnicy też przyświecały podobne nadzieje? Wchodząc tam to właśnie poczuła – wyzierającą ze wszystkich kątów rozpaczliwą nadzieję i tęsknotę za tymi, których losy pozostawały nieznane. Emocje, które sama przeżywała, były zwielokrotnione, bo kto wie, jak wielu czarodziejów przychodziło tu każdego dnia przez ostatnie tygodnie, pragnąc wierzyć, że ich bliscy do nich wrócą?
Chciała tu zostawić pamiątkę na cześć Very, zwłaszcza że zbliżały się jej urodziny. Gdyby nie zniknęła, Charlie na pewno kupiłaby jej w cukierni kawałek jej ulubionego ciasta, które zjadłyby razem wieczorem, śmiejąc się i rozmawiając, a w najbliższy temu dniu weekend udałyby się dodatkowo do rodziców, gdzie matka na pewno wyczarowałaby w kuchni coś pysznego dla uczczenia tego dnia i spędziliby czas w rodzinnym gronie.
A tymczasem Charlie była sama w Londynie, rodzice byli sami w Kornwalii, i wszyscy opłakiwali zaginięcie Very oraz bali się o bezpieczeństwo pozostałych bliskich.
Znalazła miejsce, które wydawało jej się odpowiednie, stosunkowo na uboczu, i wyjęła lampion z torby; jeszcze w domu wyryła na nim nieco koślawo mały napis zawierający imię jej siostry. A wtedy, kiedy ścisnęła go lekko w dłoniach i wsunęła różdżkę do środka, po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Wcześniej udawało jej się je powstrzymać, ale teraz emocje stały się zbyt silne, zbyt nieznośne. Po zapaleniu światełka zaczarowała lampion, by zaczął unosić się pod sufitem. Patrzyła, jak się wznosił, powoli dołączając do innych i powiększając skupisko lewitujących pod sklepieniem światełek, z których każde było dla kogoś.
Nie spodziewała się spotkania tutaj akurat Percivala. Jeśli już miałaby spotykać kogoś znajomego przynajmniej z widzenia, to raczej spodziewałaby się, że to będzie ktoś z współpracowników lub pacjentów z Munga, zwykłych ludzi – ale ci szlachetnie urodzeni najwyraźniej też przeżywali czasem takie same bolączki jak przeciętni czarodzieje. Właściwie dlaczego nie?
Zajęta własnym smutkiem dostrzegła go dopiero, kiedy się odezwał; wcześniej nie zwracała większej uwagi na innych nielicznych tu czarodziejów, zamierzając zapalić lampion i oddać się zadumie, ale ktoś z obecnych najwyraźniej ją rozpoznał. Słysząc swoje imię zwróciła się w stronę głosu, dostrzegając męską sylwetkę ostatni raz widzianą początkiem grudnia na smoczej wyprawie. Później wysłała do niego jeszcze list, martwiąc się, czy nie był samotny po tym, jak odwróciła się od niego rodzina. Czuła wtedy potrzebę, by choć listownie pokazać mu, że nie był całkiem sam i kogoś jeszcze obchodziło jego samopoczucie. W końcu myśl o tym, że ktoś mógł być w święta sam jak palec, była bardzo smutna.
- Percival – odezwała się cichutko, chowając do kieszeni różdżkę, którą wcześniej zaczarowała lampion, a wolną ręką czym prędzej ścierając z policzków łzy. Przyłapanie na płaczu było dość krępujące, choć pomieszczenie to zapewne było już świadkiem niejednego wybuchu łez. – Nie, w porządku, zostań – powiedziała, nagle zdając sobie sprawę, że tak naprawdę ucieszył ją jego widok. Że miał rację, bo nie chciała być sama, co właśnie sobie uświadomiła. Bo przecież sama była cały czas, kiedy wracała z pracy do domu. Ile mogła płakać w samotności? – Jestem zaskoczona tym spotkaniem, nie myślałam że ujrzę dziś kogoś znajomego, ale... właściwie to cieszę się, że cię widzę – odezwała się nieco kulawo, choć zaraz się zmartwiła, że co jeśli Percival tu był, bo też cierpiał po czyjejś stracie? Tego zdecydowanie mu nie życzyła. – To dla mojej siostry – odpowiedziała, gdy dotarło do niej, że spytał o lampion. – Zaginęła trzy miesiące temu. Niedługo są jej urodziny, więc zdecydowałam się... zapalić jej symboliczne światełko – wyjaśniła, patrząc, jak płomyk miarowo płonie wewnątrz kolistego lampionu, symbolizując nadzieję płonącą wciąż w jej sercu. – Czy ty też zapaliłeś dla kogoś lampion? – zapytała nieco niezgrabnie, ale nie była pewna, jak taktownie i bez urażenia Percivala zapytać o to, czy i on był tutaj, bo chciał uczcić pamięć kogoś, kogo stracił. Nawet nie musiał to koniecznie być ktoś z rodziny, mógł mieć zaginionego przyjaciela, za którym tęsknił. Była ciekawa, ale nie chciała naciskać ani być wścibską, to nie leżało w jej naturze. Wolała upewnić się, czy Percival chce poruszyć ten temat, więc zerkała na niego nieco niepewnie.






Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Powrót do góry Go down
Percival Blake
Percival Blake

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
anyone: percy no
percy: no one tells me what to do
ben: percy no
percy: ok
OPCM : 24
UROKI : 42
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej

Piwnica Zaginionych Empty
PisanieTemat: Re: Piwnica Zaginionych   Piwnica Zaginionych I_icon_minitime10.08.19 15:10

Z jakiegoś powodu dziwnie było usłyszeć własne imię tutaj: wypowiedziane cicho i spokojnie, a jednak brzmiące jakby kanciasto i nie na miejscu – jak niepasująca para butów, z której się wyrosło, albo zbyt mała szata, uszyta według niewłaściwej miary. Zapewne było to tylko wrażenie, złudne i wypaczone emocjami, ale wydawało mu się, że jego imię zupełnie inaczej rozchodziło się po złotych salach w Hampton Court, zadbanych ogrodach wokół Ashfield Manor, czy nawet po wąskich korytarzach Ministerstwa Magii; w ten sposób zwracali się do niego głównie członkowie rodziny oraz współpracownicy, tak też zresztą zwykł się przedstawiać, nauczony tworzenia wokół siebie nienaruszalnego okręgu bezpiecznego dystansu. Percym był dla nielicznych, dla tych, których na przestrzeni lat zdecydował się dopuścić bliżej, albo którzy – jak Ben – szturmem przedarli się przez wszystkie warstwy sztucznej wyniosłości. Dzisiaj łapał się na tym, że po części rozumiał decyzję Foxa o odrzuceniu arystokratycznego Lycusa na rzecz Fredericka, nie miał jednak pojęcia, jak mógłby ubrać te przemyślenia w słowa – ani tym bardziej jak zasygnalizować ich istnienie. Skinął więc jedynie głową, uśmiechając się lekko i na moment odwracając spojrzenie; nie uważał, by łzy uronione w tym miejscu były powodem do wstydu, wiedział jednak, że ludzie raczej nie lubili mieć publiczności dla własnego płaczu; oddawał więc Charlene odrobinę naruszonej prywatności, udając, że nie widział lśniących smug na jasnych policzkach, startych szybko wierzchem dłoni.
Spojrzał na nią ponownie po chwili, z mieszaniną zaskoczenia i niedowierzania, w cichym zapewnieniu odruchowo szukając nut fałszywej uprzejmości, samemu nie potrafiąc odnaleźć żadnego logicznego powodu, dla którego jego widok mógłby ją ucieszyć. Otworzył usta, niewypowiedziane pytanie przez moment zatańczyło na jego wargach, ale w ostateczności je stłumił; nie był pewien, czy chciał usłyszeć odpowiedź. – Powiedziałbym, że ja też – gdybyśmy spotkali się gdziekolwiek indziej – odpowiedział, mając oczywiście na myśli ponure okoliczności; ujrzenie kogoś w Piwnicy Zaginionych oznaczało utratę, utknięcie w nieznośnym stanie zawieszenia; stanie, który znał i rozumiał zbyt dobrze, by życzyć tego samego komukolwiek.
Mówił cicho, głosem stłumionym szacunkiem; chociaż nigdzie na ścianie nie umieszczono jasnych zasad, nakazujących zachowanie ciszy, zdawało się, że wszyscy obecni dbali o nią instynktownie, bo wzdłuż kamiennych ścian niosły się głównie szepty, sprawiając, że na myśl mimowolnie nasuwało mu się nieprzyjemne skojarzenie z pogrzebem. W swoim życiu był na niejednym, zazwyczaj trzymając się na uboczu, unikając wymuszonych rozmów i brzydząc się okazywanym na pokaz smutkiem, ale w głosie ani podstawie Charlie nie odnajdywał sztuczności – i być może dlatego tak łatwo było przebywać obok, nie tylko dzisiaj, ale również w trakcie wszystkich innych spotkań, nawet jeśli momentami onieśmielała go ilość posiadanej przez nią empatii. Jako jedna z nielicznych nie chowała się w jego obecności za ścianą uprzedzeń, mimo posiadanej wiedzy obdarowując go czymś w rodzaju czystej karty; wciąż pamiętał ich spotkanie w rezerwacie, na którym poprosiła go, by powtórzył to, co już wiedziała – tylko dlatego, że chciała usłyszeć prawdę od niego samego. Nie zasługiwał na podobne traktowanie, nie należała mu się wyrozumiałość – ale i tak był za nią wdzięczny, w którymś momencie orientując się, że nie potrzebował nawet stabilnej połaci zawodowego gruntu, żeby czuć się swobodnie. – Vera? – zapytał, zawieszając spojrzenie na lampionie i odczytując wyryte na boku imię, w myślach mimowolnie odliczając trzy miesiące w tył – i czując wstydliwą ulgę na myśl, że daty nie wskazywały na pożar Ministerstwa Magii. – Jak zaginęła? – Nie był pewien, czy wypadało mu pytać, ale coś w atmosferze piwnicy – ciepłe, przydymione światła, być może, albo nieprzerwany szum mieszających się ze sobą szeptów – sprawiało, że pytania, których normalnie by nie zadał, wydawały się bardziej na miejscu.
Mimo wszystko zawahał się, gdy dotarły do niego jej następne słowa. Spojrzał na nią niepewnie, zastanawiając się, czy powinien odpowiedzieć – ale Charlene do tej pory wykazała się niewiarygodną wręcz zdolnością do nieoceniania. – Nie – odezwał się powoli. – Chciałem, ale… Nie jestem pewien, czy powinienem. – Znów zawiesił spojrzenie gdzieś na wysokości zapalonego przez Charlie lampionu. Nie miał pojęcia, kim była jej siostra, ale podejrzewał, że była dobra; może również wspierała Zakon Feniksa, może zniknęła na jednej z misji – może ktoś, kogo znał, przyłożył do tego rękę. Przełknął z trudem ślinę. – Wiesz, mój brat nie był dobrym człowiekiem. Przez większość życia się nie znosiliśmy. Z drugiej strony – im więcej mija czasu, tym bardziej zapominasz o tych złych rzeczach, i tym częściej wspominasz te dobre. – Zastanawiał się, czy była to kwestia jego słabości do rodziny, czy może rzeczywiście tak to właśnie działało; czy to było normalne, że paskudne wspomnienia zacierały się łatwiej, pozostawiając po sobie jedynie żal i sentyment? – Może też trochę dlatego tutaj przychodzę – dodał po chwili, tknięty nagłą realizacją, że mogła to być prawda. – Żeby nie zapomnieć. – O tym co zrobił, i o tym, ile cierpienia spowodował; czy nie po to przyglądał się zdjęciom nieznanych mu czarodziejów, zapamiętując imiona i zupełnie bezużyteczne fakty z ich życia, które ktoś zdecydował się umieścić na ścianie – zastanawiając się, ile z lśniących pod sufitem świateł zapłonęło z jego winy?





as my story came to a close I realized
I was the villain all along
Powrót do góry Go down
Charlene Leighton
Charlene Leighton

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f98-lavender-hill-48 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Czy to kocimiętka?
OPCM : 11
UROKI : 0
ELIKSIRY : 40
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/35
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

Piwnica Zaginionych Empty
PisanieTemat: Re: Piwnica Zaginionych   Piwnica Zaginionych I_icon_minitime11.08.19 1:07

Nie była świadoma jego dylematów i poczucia niedopasowania, w końcu nigdy nie przechodziła tego samego, co on. Nigdy nie wyrzuciła jej własna rodzina, nie została potraktowana jak zepsuty przedmiot, którego pozbyto się, bo już nie pasował. Nie odarto jej z tożsamości, z którą dorastała i nie zmuszono do wybrania sobie nowej. Czy Percival wiedział o tym, co go spotka, kiedy wypowiadał poglądy stojące w sprzeczności z tymi wyznawanymi przez rodzinę? Wiedział, że odtąd zostanie pozbawiony nazwiska i skazany na tułaczkę, w dodatku narazi się ciężko niedawnym sojusznikom, którzy nigdy nie wybaczą mu tego, że wybrał przeciwną opcję? To musiało wymagać od niego wielkiej odwagi, bo mimo nieznajomości środowiska szlacheckich rodów z tego co o nich słyszała wyłaniał jej się obraz ludzi, którzy od wieków tkwią przy swoich obyczajach i boją się wyłamywać z określonych schematów, nie chcą myśleć samodzielnie, a kierują się tak zwaną wolą rodu. Percival myślał i za to utracił względy rodziny.
Była szczera w swoich słowach. Cieszyła się, że go widzi, choć również wolałaby go zobaczyć w innym miejscu, nie takim, które wybierało się wtedy, kiedy opłakiwało się czyjąś stratę. Może i była osobą życiowo naiwną, pozbawioną paranoi właściwej aurorom i ludziom którzy już walczyli i w tej walce ucierpieli, ale kiedy powiedziano jej o tym, że tym nawróconym rycerzem, o którym wspominał Ben, jest Percival, dość szybko przetrawiła tę wiadomość i zaakceptowała fakt, że ktoś z nich doświadczył skruchy i postanowił naprawić swoje błędy. Prawdopodobnie też dzięki temu, że już go wcześniej spotkała i wydał się naprawdę miły i mądry, i że wtedy, kiedy spotkali się w listopadzie, opowiedział jej prawdę zgodną z tym, co wiedziała od innych. Nie owijał w bawełnę i nie wybielał siebie ani dawnych błędów, które musiał odpokutować jako sojusznik Zakonu, związany wieczystą przysięgą złożoną przed gwardzistami, która była gwarantem szczerości jego zamiarów. Poza tym to oni mieli być tymi dobrymi. Tymi, którzy niosą światło w ciemności i nie kierują się uprzedzeniami i nienawiścią, tymi którzy potrafią okazać łaskę tym, którzy wykazują szczere chęci odkupienia win i przejścia na stronę dobra. Nie znaczyło to, że zaufała mu w stu procentach, ale dała mu szansę i zdążyła go polubić w ciągu tych kilku spotkań, a zwłaszcza po smoczej wyprawie. W końcu wcale nie musiał brać jej, a jednak zabrał.
Ich relację właściwie trudno było jednoznacznie określić, bo nie znali się długo i gdzieś tam mimo wszystko wisiała jego przeszłość oraz różnica pochodzenia, budowali wszystko od podstaw, a Charlie czuła, że może jest to relacja którą warto budować, choć nie spodziewała się ujrzeć go akurat dzisiaj i tutaj. Było to spotkanie całkowicie nieplanowane w przeciwieństwie do poprzednich, ale najwyraźniej los tak chciał, skoro sprawił że wylądowali w piwnicy zaginionych w tym samym momencie.
W pomieszczeniu niemal namacalna była atmosfera tęsknoty za utraconymi osobami, ale i nadzieja na ich powrót. Także Charlie odruchowo mówiła cicho, nie tylko z obawy przed ewentualnym podsłuchaniem, ale i ze zwykłego szacunku do tego miejsca i upamiętnionych w nim ludzi. Czuła, że mówienie głośno i nieodpowiednie zachowanie byłoby niejako sprofanowaniem tego miejsca pamięci.
- Tak, Vera – potwierdziła, dostrzegając że Percival sam odczytał imię wyryte na lampionie. Wypowiedziała imię siostry ciepło i miękko, z tęsknotą i miłością do osoby, która była jej niezwykle bliska odkąd sięgała pamięcią. – Była... jest łamaczką klątw – poprawiła się szybko, kurczowo chcąc wierzyć w to, że nadal „jest”, ale coraz częściej przyłapywała się na tym, że zaczynała mówić o niej w czasie przeszłym, i że gdy sobie to uświadamiała słowo „była” zaczynało palić w gardle. – Zaginęła podczas swojej ostatniej misji w październiku. Prawdopodobnie zabrała ją anomalia, która gnieździła się w tamtym miejscu, nie znaleziono ciała, więc... pragnę wierzyć, że wciąż żyje i pewnego dnia się odnajdzie.
Chciała w to wierzyć. Pragnęła tego gorąco – móc znów ujrzeć całą i zdrową Verę. Niestety liczyła się z tym, że skoro jej siostra nie wróciła przez trzy miesiące, to najprawdopodobniej albo utraciła pamięć lub była zbyt poważnie ranna, by móc wrócić do domu, albo umarła i jej martwe ciało leżało gdzieś porzucone i bezimienne, być może nigdy nieodnalezione. Wciąż trudno było o tym mówić, ale czuła, że chce być szczera, poza tym nie był to żaden wielki sekret ani nie była jedyną osobą, która kogoś straciła.
Wiedziała już, że to Zakon wywołał anomalie, ale wierzyła, że nikt z gwardzistów nie chciał, by tylu ludzi ucierpiało. Nikt nie chciał krzywdy ani Very, ani żadnej z innych ofiar, dlatego nie obwiniała nikogo, a jedynie samo zjawisko anomalii oraz tego, kto je stworzył, a kto i tak był już martwy.
Gdy znowu się odezwał, spojrzała na niego uważnie. Zbliżyli się do trudnego tematu rodziny Percivala i jego brata, który pozostawał po tej złej stronie. Charlie zdawała sobie jednak sprawę, że choć Percival mógł wyznawać inne poglądy niż reszta rodziny i w końcu zbuntować się przeciwko ideologii wyznawanej przez pozostałych Nottów, nie mógł pozbyć się swojej przeszłości ani płynącej w żyłach krwi. Mógł zmienić swoje przekonania, zrozumieć bezsens idei czystej krwi, odejść od rodziny i zostać odrzucony przez jej członków, ale uczuć, które do niej żywił, nie dało się w jednej chwili wymazać i udać, że nigdy nie miał żadnych relacji z bratem i pozostałymi krewnymi. Przeszłość została już napisana i nie ulegnie zmianie bez względu na to, że niektórzy pewnie tego by po nim oczekiwali. Ona chyba nie potrafiła oczekiwać, że Percival rzeczywiście wyprze się tego, co do dawnej rodziny czuł. Sama po tylu latach nie potrafiłaby wyprzeć się tego, co czuła do swojej, nawet gdyby nagle podzieliła ich światopoglądowa przepaść, i nie chciałaby by ktokolwiek wymagał od niej wymazania z pamięci swoich bliskich i tego, co dobrego łączyło ją z nimi w przeszłości. Czy potrafiłaby w jednej chwili znienawidzić Verę lub swojego brata, gdyby któreś z nich nagle powiedziało, że gardzi mugolakami i wierzy że czysta krew jest lepsza?
- Bez względu na to, co zrobił i pewnie nadal robi, jest twoim bratem i nie potrafisz wyrzec się tego, co kiedyś was łączyło, nawet jeśli teraz... znaleźliście się po przeciwnych stronach barykady – odezwała się szeptem. Czy Percival czuł się winny temu, że w ogóle za nim tęsknił? – Może być złym człowiekiem, ale pewnie nie tak łatwo wymazać te wszystkie lata, które spędziliście jako bracia, bez względu na to, że wyznajecie inne poglądy?
Było to z pewnością bardzo trudne, choć los miał to do siebie, że lubił sprawiać często przykre niespodzianki, więc niewykluczonym było, że bracia jeszcze staną ze sobą do walki. Czy będzie potrafił unieść różdżkę przeciw bratu? Charlie przeciw swojemu lub Verze chyba by nie potrafiła, przynajmniej tak jej się wydawało z obecnej perspektywy, kiedy wiedziała, że jej rodzeństwo było dobrymi ludźmi.
- Przykro mi, że tak musi być. Że twoja rodzina... odrzuciła cię i że musisz przychodzić tutaj, by móc powspominać czasy, kiedy... – urwała, nagle zakłopotana. Jej policzki oblały się rumieńcem, obawiała się, żeby niechcący nie urazić Percivala ani nie przywołać bolesnych wspomnień.






Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Powrót do góry Go down
Percival Blake
Percival Blake

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
anyone: percy no
percy: no one tells me what to do
ben: percy no
percy: ok
OPCM : 24
UROKI : 42
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Czarodziej

Piwnica Zaginionych Empty
PisanieTemat: Re: Piwnica Zaginionych   Piwnica Zaginionych I_icon_minitime03.09.19 23:34

Nie miał pojęcia, dlaczego z takim trudem przychodziło mu mówienie o rzeczach istotnych. Teoretycznie – nie powinno było; gdziekolwiek nie znajdowałby się obecnie, wychował się w rodzinie, w której sztukę pięknego wysławiania się pielęgnowano szczególnie mocno, umiejętność układania gładkich zdań wpajano mu więc od dziecka, pilnując, by przede wszystkim potrafił sprawnie obracać się w towarzystwie. I umiał to robić: chociaż nie przepadał nigdy za sabatami, z arystokratycznych spędów ulatniając się po angielsku znacznie częściej, niżby wypadało, to gdy już znalazł się wśród obdarzających go swoim zainteresowaniem ludzi, nie miewał problemów ze swobodnym poruszaniem się w rozmowie, nie jąkał się żałośnie, ani nie wpadał w pułapkę niezręcznego milczenia; płomienne przemowy na smoczych wyprawach przychodziły mu z dziwną naturalnością, potrafił merytorycznymi argumentami walczyć o swoje, a gdy powstawał z kamiennej ławy w Stonehenge, żeby przemówić do całej brytyjskiej arystokracji, próżno było szukać u niego wahania – a jednak, wystarczyło, by ktoś poruszył w rozmowie (nie?)odpowiednią strunę, a cała ta wyuczona fasada zaczynała się kruszyć, błyskawicznie pokrywając się siatką widocznych gołym okiem rys i zazwyczaj zmuszając go do strategicznego wycofania się w bezpieczny obszar tematów uczuciowo i emocjonalnie obojętnych.
I nie chodziło nawet o fakt posiadania sekretów, których większość nigdy by nie zrozumiała; instynktowne trzymanie się z daleka od kwestii trudnych, budzących wstyd albo pulsujących świeżym bólem, działało w obie strony – co oznaczało, że zazwyczaj tak samo uparcie bronił się przed zdradzaniem o sobie prawdy, jak i owej prawdy poznawaniem, nie tylko unikając odpowiedzi, ale i nie pytając; doskonale zdając sobie sprawę z faktu, że im więcej się o kimś wiedział, tym bardziej się o niego troszczył, stopniowo przyjmując do wiadomości, że nie miał do czynienia jedynie z anonimową twarzą złożoną z trywialnych opowiastek i lekkich przechwałek, a człowiekiem z krwi i kości, posiadającym marzenia, obawy, rodzinę i przeszłość – często równie (lub bardziej) skomplikowaną niż jego własna, a czasami w niektórych punktach tak podobną, że trudno było nie szukać analogii i zrozumienia. I choć była to strategia, która w dużej mierze skazywała go na samotność (ludzi, którzy znajdowali się wewnątrz mógłby policzyć na palcach jednej ręki), to nie dało się ukryć, że działała – i że wydawała się logiczna, zwłaszcza w sytuacji, w której znalazł się obecnie, zmuszony do ciągłego oglądania się za siebie, żyjąc pożyczonym, ale kurczącym się z każdym dniem czasem.
Dlaczego więc nie czuł prawie żadnych oporów przed poruszaniem w obecności Charlene tematów najbardziej drażliwych – co więcej, dręczony nieodpartym i kompletnie niezrozumiałym przekonaniem, że mógł?
Znów przeniósł spojrzenie na skromny lampion, gdy powtórzyła wyryte na nim imię; w jej ustach brzmiało zupełnie inaczej, ciepło, prawie prywatnie – sprawiając, że poczuł się przez sekundę, jakby przez przypadek znalazł się na uświęconej ziemi, na której nie miał prawa stanąć. Otrząsnął się jednak szybko z ulotnego wrażenia, następne słowa wypowiadając szybciej, niż zdążył się nad nimi zastanowić. – Julius też był łamaczem klątw – powiedział cicho; nie umknęło mu dyskretne potknięcie i nagła zmiana czasu, sam przez długi czas poprawiał się w podobny sposób; początkowo przez wzgląd na tlącą się jeszcze nadzieję, później – z przyzwyczajenia. – Mój starszy brat. Zaginął jesienią dwa lata temu. – Zawahał się na moment, pojedyncze uderzenie serca; to musiała być tylko jego wyobraźnia – ale przez chwilę wydawało mu się, że wszyscy obecni w piwnicy wiedzieli, spoglądając na niego z odrazą, gdy tylko odwracał spojrzenie. – To przez niego trafiłem… na nich – dodał, ściszając głos. – Byli jedynym śladem, jaki po sobie pozostawił. – Do dzisiaj przeklinał ten wieczór, przeklinał cholernego Juliusa; a jednak mimo wszystko nie potrafił go za to nienawidzić, choć był czas, kiedy wierzył, że faktycznie tak było. Nienawiść wypalała się jednak szybciej niż przywiązanie, płonąc goręcej i pozostawiając po sobie pobojowisko – ale niknąc równie gwałtownie, jak się pojawiała.
Odchrząknął, odrywając spojrzenie od lampionu. – Co do Very – jeśli z jej zniknięciem związana jest anomalia, to możliwe, że zwyczajnie ją wciągnęła i wyrzuciła w innym miejscu – powiedział ostrożnie. Taki scenariusz nie oznaczał wcale, że jej siostra żyła – i nie zapewniał jej o tym, nie chcąc zasiewać u niej fałszywej nadziei – ale nie był też wcale nieprawdopodobny. – Coś podobnego spotkało mnie w czerwcu, kiedy zadrażniłem źródło anomalii: magia teleportowała mnie wiele mil dalej – dodał spokojnie. Celowo nie wyjaśniając okoliczności, nie chcąc zagłębiać się w paskudne wspomnienia z Albury; nie wypierał się ich, nie uciekał przed konsekwencjami – ale to nie było miejsce ani czas na rozdrapywanie tych konkretnych ran. – Mam nadzieję, że twoja siostra też miała tyle szczęścia i po prostu nie może – lub nie jest w stanie – wrócić. – Mówił szczerze, naprawdę nie życzył jej tkwienia dłużej w tym cierpieniu i niepewności, żałując jedynie, że nie mógł zaoferować jej niczego więcej ponad słowa. – Czy ktoś jej szuka? Magiczna policja, inni łamacze, aurorzy? – zapytał, podejrzewając już jednak, jaka była odpowiedź – w ciągu ostatnich miesięcy liczba zniknięć była tak duża, że trudno było liczyć na zorganizowanie szeroko zakrojonej akcji poszukiwawczej.
Skinął milcząco głową, potwierdzając wypowiedziane szeptem słowa, a spojrzeniem studiując jej jasne tęczówki. Czego szukał? Pogardy? Nie winiłby jej, gdyby dała jej wyraz, tak samo, jak nie zdziwiłoby go, gdyby przyjęła wobec niego postawę chłodną i oceniającą – ale ani w jej gestach, ani głosie, nie dopatrzył się podobnych uczuć. Być może naprawdę starała się zrozumieć, choć im więcej mu o sobie zdradzała, tym bardziej nie mieściło mu się w głowie, dlaczego miałaby to robić – czy nie prościej byłoby skupić się na własnym bólu, zaognić uprzedzeniami gniew i zbudować z tego tarczę, chroniącą przed światem zewnętrznym? – Prawdę mówiąc, myślałem, że to będzie łatwiejsze – odpowiedział ledwie słyszalnie, ale szczerze. – Po szczycie byłem na nich wszystkich wściekły. Teraz chyba po prostu żałuję. Nie tego, co zrobiłem – sprostował szybko – ale tego całego albo-albo. – Nie wiedział, czy to, co mówił, w ogóle miało sens, gubiąc się między słowami i mając trudności z odnalezieniem tych odpowiednich – ale miał nadzieję, że nie zostanie opacznie zinterpretowany.
Do tej pory nie musiał się zresztą tego obawiać – a mimo to nie spodziewał się usłyszeć współczucia, przelewającego się miękko między głoskami. Spojrzał na nią zaskoczony, zarówno samymi wypływającymi spomiędzy jej warg zdaniami, jak i następującą po nich reakcją, wylewającą się na jej jasne policzki w postaci ciemniejszego rumieńca. – W porządku, Charlie – zapewnił niemal natychmiast, a do mozaiki odmalowujących się na jego twarzy emocji dołączyła nagła realizacja, że to była prawda: że z jakiegoś powodu pochylanie się wspólnie z nią nad tą piekącą, niezagojoną jeszcze raną, której istnieniu na co dzień zaprzeczał, naprawdę wydawało mu się w porządku. – To była moja decyzja, i doskonale wiedziałem, co się stanie, kiedy ją podejmowałem. Nawet z perspektywy czasu zrobiłbym to samo po raz drugi. – To nie oznaczało, że było łatwiej – ale przynajmniej mógł winić wyłącznie siebie. – Zresztą może to naiwne, ale liczę na to, że to nie jest stan permanentny. Że uda nam się coś zmienić. Wiesz – uśmiechnął się; nieumyślnie, prawie bezwiednie – kilka dni temu urodził mi się syn. – Wciąż nie potrafił objąć tego umysłem, przez większość czasu bojąc się choćby próbować – ale ta świadomość i tak nieuchronnie wpełzała pod jego skórę, w jakiś niewyjaśniony sposób zabarwiając całą rzeczywistość zupełnie innymi barwami. Zabarwiając ją nadzieją – prawdziwą, niezrozumiałą i absolutnie przerażającą. – I o ile wcześniej chciałem walczyć o to, żeby mógł dorastać w trochę lepszym świecie, o tyle teraz czuję, że mam taki obowiązek. – To było nowe uczucie: chcieć wywalczyć coś dla istoty, której nie miało się jeszcze okazji zobaczyć nawet na oczy – ale chociaż dzielił się tą myślą po raz pierwszy, to nie mógł oprzeć się wrażeniu, że w jakiś sposób zaakceptował ją już dawno temu.





as my story came to a close I realized
I was the villain all along
Powrót do góry Go down
Charlene Leighton
Charlene Leighton

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f98-lavender-hill-48 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Czy to kocimiętka?
OPCM : 11
UROKI : 0
ELIKSIRY : 40
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/35
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

Piwnica Zaginionych Empty
PisanieTemat: Re: Piwnica Zaginionych   Piwnica Zaginionych I_icon_minitime04.09.19 23:36

Charlie była tylko zwykłą alchemiczką. Choć o eliksirach i pokrewnych dziedzinach mogłaby mówić godzinami, nie miała talentu do snucia pięknych przemów, a gdy przychodziło poruszać trudniejsze kwestie, dość często zdarzało jej się zająknąć. A z Percivalem zdarzało im się zahaczać o tematy trudne, choć mimo to wyczuwała w nim kogoś, z kim można porozmawiać o różnych sprawach, zwłaszcza tych związanych z jego niezwykłą wiedzą o magicznych stworzeniach.
Dziś pierwszy raz spotkali się jednak w okolicznościach niezwiązanych z pracą. Teraz nie byli alchemiczką i smokologiem, a dwójką ludzi przeżywających własne dramaty i straty w rodzinie, którzy przyszli tu, by w sposób symboliczny oddać cześć zaginionym krewnym i pielęgnować ich pamięć. To, że musieli to robić, zamiast cieszyć się rodzinami w komplecie, było smutnym i tragicznym elementem czasów, w jakich przyszło im żyć. Nikt nie powinien musieć palić tu lampionów, a jednak ich ilość była niepokojąca. Ci wszyscy ludzie, których imiona były napisane z boku światełek, i których zdjęcia poprzyklejano do ściany, zniknęli, pozostawiając rodziny w niepewności. Nieważne, kim byli i jaki mieli status, ważne było to, że byli ludźmi z krwi i kości, mającymi swoje rodziny, marzenia i plany, a jakieś wydarzenia oddzieliły ich od bliskich, i Charlie zdawała sobie sprawę, że nie wszyscy odnajdą się żywi. Los Very także był niepewny, choć nadzieja umierała ostatnia. Płomień lekko drgał we wnętrzu lampionu, a przez jego ażurowe ścianki przeświecały rozdygotane błyski.
Gdy znów się odezwał, spojrzała na niego uważniej, tym bardziej że wyznanie, które wypowiedział, rzeczywiście było trudne, bo zahaczało nie tylko o ból odczuwany po stracie brata, ale też dołączenia do nich. Więc to dlatego to zrobił, podążając śladami brata? Początkowo myślała że przyszedł tu, by powspominać tę utraconą rodzinę, która istniała, ale nie chciała go znać, ale jak się okazywało, miał w rodzinie kogoś zaginionego naprawdę, a nie jedynie oddzielonego od niego przez światopoglądową przepaść. Na którymś ze spotkań Zakonu wymieniano kilku Nottów, któryś z nich mógł być jego bratem (a może miał ich więcej? nigdy go o to nie pytała) i Charlie siłą rzeczy w pierwszej chwili myślała o nich, bo imienia Julius nie kojarzyła. Mogła się też spodziewać, że jeśli ów Julius był starszy, zapewne był dla Percivala kimś ważnym, autorytetem. Ona w dzieciństwie przecież też była wpatrzona jak w obrazek w starsze rodzeństwo i rodziców, też próbowała podążać ich śladami, zwłaszcza matki, bo jej pasja do eliksirów przemówiła do niej wyjątkowo mocno. Wyglądało na to, przynajmniej po tych słowach, że Percival mógł zbłądzić właśnie wtedy, gdy utracił brata i poszukiwał jakiegokolwiek śladu po nim.
- Też zniknął podczas wykonywania obowiązków? – zapytała, patrząc na niego ze smutkiem. – Tak bardzo mi przykro, Percivalu. Z powodu twojej straty oraz tego, że trafiłeś na nich. – Może Percival początkowo rzeczywiście nie wiedział jeszcze, w jak fatalne miejsce przyszło mu trafić, i dopiero z czasem znalazł w sobie odwagę na to, by odejść, porzucić rodzinę i zbrodniczą organizację, której częścią się stał? Może gdyby Julius nie zaginął, Percival nie musiałby szukać odpowiedzi u Rycerzy Walpurgii i nigdy by do nich nie trafił? A może brat przyprowadziłby go do nich tak czy inaczej, jeśli był jednym z nich? Może miałby na niego zły wpływ?
Dobrze, że ona nie musiała szukać odpowiedzi w takim miejscu, ale może gdyby nie była świadoma pewnych rzeczy, to kto wie, może poszukując Very też trafiłaby na ludzi nieodpowiednich? Niekoniecznie rycerzy, bo czystokrwiste idee nigdy nie były jej w żaden sposób bliskie i nie obracała się w towarzystwie konserw, ale kogokolwiek, kto miał złe zamiary, a takich ludzi w tych czasach nie brakowało.
- Tak właśnie podejrzewam, że anomalia mogła ją wciągnąć i wyrzucić gdzieś indziej, ale wiem też, że gdyby tylko mogła wrócić, to by wróciła. A skoro nie wróciła, to znaczy że... że coś jej to uniemożliwiło – powiedziała cicho, znów wpatrując się usilnie w lampion, zupełnie jakby na jego powierzchni miała nagle zmaterializować się odpowiedź. Bo co uniemożliwiło Verze powrót do rodziny? Rany? Utrata pamięci? Czy może śmierć? Po spotkaniu z tamtą anomalią, podobno niebezpieczną, mogło stać się wszystko. Sama przecież kilkakrotnie zbliżyła się do źródeł anomalii, próbując naprawiać je sposobem Zakonu, dwukrotnie jej się to powiodło, ale zawsze miała obok siebie osoby lepsze w białej magii. Sama nie miałaby szans w starciu z tak plugawą mocą. Vera była bardzo utalentowana w magii obronnej, ale widocznie tamta anomalia okazała się znacznie silniejsza od niej. – Vera to bardzo zdolna czarownica, bardzo dobra w swoim fachu. Zawsze była też dobrą siostrą, osobą bardzo mi bliską. Dzieli nas tylko rok, więc wychowywałyśmy się razem i spędziłyśmy obok siebie niemal całe życie. Dlatego tak... trudno i dziwnie jest, kiedy jej nie ma, gdy już nie wraca wieczorem do domu po pracy – mówiła dalej, wypowiadając być może osobiste wyznania, ale także bardzo oczywiste, nie będące żadnym niebezpiecznym sekretem. Każdy, kto ją znał, kto przynajmniej kojarzył ją mgliście z lat Hogwartu, wiedział że była blisko z siostrą, że mimo różnych domów spędzały ze sobą wiele czasu. Spędzały go również przed szkołą, a także po niej, gdy zamieszkały razem. – Zniknęła podczas wykonywania obowiązków służbowych, więc jej towarzysze z pracy zaraz zgłosili to w odpowiednim miejscu, gdy stało się jasne, że nie wróciła z powierzonego jej zadania. Ja dodatkowo wspomniałam też pewnym znanym mi aurorom, prosiłam o informacje na wypadek gdyby na coś natrafili, ale jak dotąd nikt nie znalazł żadnego poważnego tropu. Zupełnie, jakby... zniknęła z powierzchni Ziemi. Wyparowała. – Ale zdawała sobie sprawę, że zarówno magiczna policja, jak i aurorzy mieli na głowie znacznie więcej spraw niż jedna zaginiona łamaczka klątw. Dużo ludzi znikało, często w dziwnych okolicznościach, dodatkowo w ministerstwie doszło do przewrotu, co komplikowało sprawy i sprawiało też, że Charlie była nastawiona z pewnym dystansem do przedstawicieli służb nie będących w Zakonie. Bo w końcu Vera była Zakonniczką i Charlie obawiała się, by jej nie zaszkodzić, jeśli prowadzący sprawę policjant byłby zwolennikiem przeciwnej strony. Dlatego pewnego dnia napomknęła o niej Kieranowi Rineheartowi, ufając że Zakonnik nie zaszkodzi Verze w żaden sposób. Na początku miała poczucie żalu i niesprawiedliwości, uważała że służby powinny szukać jej siostry, ale szybko zrozumiała, że nie może stawiać własnego bólu ponad innych ludzi, którzy także czekali na odnalezienie bliskich i prawdopodobnie każdy z nich uważał, że jego zaginiony bliski jest najważniejszy. I że nawet jeśli część służb była opieszała, to na pewno byli tacy, którzy próbowali coś zrobić, ale nie mogli, jeśli śladów po Verze nie było. Nie mogła ich obwiniać.
Nie potrafiła też gardzić Percivalem. Wiedziała, że zbłądził, że przez jakiś czas należał do złych ludzi, że być może należąc do nich robił złe rzeczy, ale w tej chwili, gdy widziała go tutaj, gdy słuchała jego szczerych wyznań, na pierwszy plan wysuwało się współczucie. Wiedziała, że Rycerze Walpurgii są bardzo złymi ludźmi, robiącymi straszliwe rzeczy – ale Percival najwyraźniej także to zrozumiał, skoro odszedł, podejmując jednocześnie ogromne ryzyko. Stracił bliskich, a dawni towarzysze z organizacji zapewne pragnęli jego głowy. Pozostało mu po rodzinie tylko jedno – przeszłość i wspomnienia, bo przyszłości prawdopodobnie już nie mieli. Na pewno nie taką, jak dawniej, skoro teraz znajdowali się po przeciwnych stronach. Chociaż kto wie, jak potoczą się wydarzenia?
Może łatwiej byłoby go nienawidzić, tyle że Charlie nie była tego typu osobą, tym bardziej, że przecież mieli już za sobą kilka spotkań i zawsze pozostawiał po sobie dobre wrażenie. Może gdyby z zaginięciem Very byli powiązani Rycerze – ale nie byli, bo przecież Vera zaginęła przy anomalii, powiedział jej to jeden z Gwardzistów, więc ufała jego słowom. Był to najpewniej nieszczęśliwy wypadek, zaś same anomalie, jak już od grudnia wiedziała, zostały wyzwolone przez Gwardię i również Zakon finalnie je pokonał. Dlatego nie mogła winić Percivala za swoją stratę, bo to nie on odpowiadał za to, że Very nie było. I na początku miała ogromny mętlik w głowie, gdy dowiedziała się o tym, kim był kiedyś, kim był jeszcze w momencie ich pierwszego spotkania, ale teraz myślała już o nim jako o nawróconym sojuszniku Zakonu, któremu gwardziści zaufali na tyle, że nie oddali go w ręce wymiaru sprawiedliwości (choć w obecnych czasach można było dyskutować z tym, czy ministerstwo Malfoya nadal miało coś wspólnego ze sprawiedliwością i prawością), a nałożyli na niego wieczystą przysięgę i pozwolili mu pomagać organizacji.
Mogła też zastanawiać się nad tym, co konkretnie sprawiło, że postanowił sprzeciwić się rodzinie i pomóc Zakonowi, bo coś musiało się stać. I to, co usłyszała po chwili, mogło być odpowiedzią. Perspektywa narodzin dziecka była czymś, co mogło zatrząść czyimś światem w posadach i zmusić do spojrzenia inaczej na pewne sprawy. Bo w końcu kto chciałby, by jego dziecko dorastało w takim świecie? Gdyby nie okoliczności, z pewnością by mu pogratulowała, ale zdawała sobie sprawę, że ta sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana i że Percival najprawdopodobniej i od własnego syna został odcięty, i zapewne drżał o jego bezpieczeństwo. Bo przecież źli ludzie, których zdradził, mogli chcieć skrzywdzić jego dziecko tylko po to, by ugodzić w niego.
- Och, Percivalu – szepnęła, przejęta trwogą na myśl o tym, co mężczyzna musiał przeżywać. Odruchowo wyciągnęła rękę, by lekko ścisnąć jego przedramię, by dodać mu otuchy, ale zaraz cofnęła ją, znów lekko się rumieniąc, bo nie była pewna, czy dobrze zrobiła. – Myślę że kiedyś, w przyszłości... Może twój syn będzie mógł być dumny z tego, że próbowałeś coś zmienić. Dla niego, by mógł żyć w lepszym świecie.
Sama nie miała dzieci, nie wiedziała jak to jest je mieć, ale nagle zdała sobie sprawę, że póki trwała wojna, nie chciałaby ich sprowadzać na taki świat, tym bardziej, że jako członkini Zakonu również mogła znaleźć się w niebezpieczeństwie. Ale dziecko Percivala już się narodziło i nie pozostało mu nic innego niż jeszcze większe starania o to, by wywalczyć dla niego dobrą przyszłość. Miał teraz pewnie jeszcze większą niż kiedykolwiek motywację, by zmienić swoje życie.






Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Powrót do góry Go down
 

Piwnica Zaginionych

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19