Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Ogród za domem
AutorWiadomość
Ogród za domem [odnośnik]23.07.19 20:20

Ogród za domem

Popielniczka znajduje się na samych obrzeżach Doliny Godryka, gdzie domów jest mniej, a otaczające je ogrody większe. Ten należący do McKinnonów jest dość okazały, a można do niego wyjść bezpośrednio drzwiami znajdującymi się z tyłu domu. Po bokach jest otoczony żywopłotem uniemożliwiającym mugolom dostrzeżenie magicznych roślin, które oprócz zwykłych kwiatów i ziół z pasją uprawia pani McKinnon. Na rabatach nie brakuje jej ukochanej szałwii, a także roślin alchemicznych oraz kwiatów ozdobnych. Jest tam też kilka dość starych drzew, na które w dzieciństwie lubiła wspinać się Jamie, zaś na samym końcu ogrodu, bezpośrednio za starym płotem znajduje się pobliska łąka, gdzie często bawili się młodzi McKinnonowie. Im dalej od domu tym bardziej zapuszczony jest ogród. Całość wygląda jednak bardzo swojsko i miło, szczególnie wiosną i latem. W pobliżu domu znajduje się też ławeczka, na której można przysiąść w otoczeniu roślin.






Jamie McKinnon
Zawód : ścigająca Harpii
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Jeśli plan "A" nie działa, pamiętaj, że alfabet ma jeszcze 25 liter!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7499-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/t7507-listy-do-j https://www.morsmordre.net/t7506-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/f285-dolina-godryka-popielniczka https://www.morsmordre.net/t7514-skrytka-bankowa-nr-1818 https://www.morsmordre.net/t7508-jamie-mckinnon
Re: Ogród za domem [odnośnik]23.07.19 20:22
28 grudnia
Spała, choć niezbyt dobrze. Kręciła się z boku na bok w pościeli, choć przecież to w jej starym pokoju, który zajmowała od dzieciństwa, zawsze spało jej się lepiej niż gdziekolwiek indziej. Była w domu, u siebie, a więc teoretycznie powinna czuć się bezpiecznie, bardziej niż wtedy, kiedy sypiała w wynajmowanych pokojach bo kiedy dzień po dniu miała treningi, w czasach niedziałającej teleportacji i sieci Fiuu nie zawsze opłacało się wracać do domu.
W końcu podniosła się z łóżka z zamiarem zejścia na dół i napicia się odrobiny wody. A może znajdzie w kuchni jakiś nasenny napar mamy, który pomoże jej skuteczniej zmrużyć oko do rana? Cicho i bezszelestnie zeszła boso po schodach, zmierzając prosto do kuchni, w której wciąż unosiła się nikła woń wczorajszego obiadu zmieszana z zapachem szałwii, którą tak upodobała sobie mama i której suszące się gałązki znajdowały się wszędzie tam, gdzie pani McKinnon bywała. Niestety od miesięcy próżno było tu szukać zapachu fajki ojca; kto by pomyślał, że kiedyś za nim zatęskni? Ale już go nie było, pozostała tylko szałwia i inne ziołowo-jedzeniowe aromaty. Ojciec miał już nigdy tu nie powrócić, choć nadal często przyłapywała się na tym, że brakuje jej jego różnych przyzwyczajeń będących stałym elementem rutyny życia w Popielniczce.
Napiła się trochę wody i przetrząsnęła szafki, nie znajdując żadnego eliksiru słodkiego snu ani niczego podobnego. Już miała opuścić kuchnię, kiedy zerknęła w okno i zauważyła coś dziwnego. Niebo wydawało się dziwnie jasne biorąc pod uwagę fakt, że od niemal dwóch miesięcy nieustannie zakrywały je burzowe chmury i nawet dni były ciemne i ponure, pozbawione obecności słońca, za to obfitujące w widok błyskawic przecinających niebo.
A teraz, po raz pierwszy od dwóch miesięcy, nie widziała za oknem błyskawic, nie takich jak w ostatnich tygodniach. Nagle jednak coś błysnęło, zalewając niebo biało-błękitnym światłem. Czy to kolejna anomalia? Jamie, wiedziona ciekawością, ale i pewnym czającym się z tyłu głowy niepokojem, wyszła do przedpokoju i nałożyła na stopy buty, a na siebie narzuciła zimowy płaszcz. Postanowiła wyjść do ogrodów z tyłu domu, skąd lepiej było widać wschodnią stronę nieba. Popielniczka znajdowała się na obrzeżach Doliny Godryka, gdzie domów było mniej, a ogrody większe. Przeszła może parę metrów, gdy dostrzegła, że z jaśniejszych chmur zaczyna padać deszcz pomieszany z czymś wyglądającym jak grad. Nie był to jednak lodowaty deszcz z marznącym śniegiem, jaki był jej zmorą przez ostatnie dwa miesiące. Choć było to dziwne, ten deszcz zdawał się być zaskakująco ciepły, dobry i kojący, zaś leżące na ziemi fragmenty lodu połyskiwały lekko błękitnawym blaskiem. Coś kazało Jamie sięgnąć po jeden z nich; pochyliła się i chwyciła w palce większy kawałek lodu, dostrzegając, że to kryształ...






Jamie McKinnon
Zawód : ścigająca Harpii
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Jeśli plan "A" nie działa, pamiętaj, że alfabet ma jeszcze 25 liter!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7499-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/t7507-listy-do-j https://www.morsmordre.net/t7506-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/f285-dolina-godryka-popielniczka https://www.morsmordre.net/t7514-skrytka-bankowa-nr-1818 https://www.morsmordre.net/t7508-jamie-mckinnon
Re: Ogród za domem [odnośnik]02.08.19 12:39
Dom rodzinny, pozbawiony namacalnej obecności ojca, wydawał mi się dziwny. Nie gorszy, ani z całą pewnością nie lepszy, po prostu – inny, trochę obcy, trochę nie potrafiłem się w nim odnaleźć – chociaż przecież nie zmienił się ani układ pokojów, ani kolor ścian, a wysłużone meble od lat znajdowały się w dokładnie tych samych pozycjach; byłem pewien, że gdyby je przesunąć, zostawiłyby pod sobą jaśniejsze ślady na podłodze. A jednak, wciąż czegoś mi brakowało: może wszechobecnego zapachu cygar (choć chwilami zdawało mi się, że nadal go czułem, przechodząc obok jego ulubionego fotela, albo szukając w kuchennej szafce czystego kubka i natrafiając przypadkowo na ten, który kupiłem mu na pięćdziesiąte urodziny, a później sam prawie stłukłem; miał wyszczerbione ucho), może płaszcza powieszonego w przedpokoju, może chmurnego spojrzenia rzucanego znad porannej gazety. Znałem już to uczucie – podobne towarzyszyło mi po śmierci Annie – nie oznaczało to jednak, że się do niego przyzwyczaiłem; istniało, gromadząc się gdzieś w mojej klatce piersiowej, tym silniejsze, że spędzaliśmy właśnie pierwsze święta bez niego, teoretycznie razem, w rzeczywistości – jakoś nie do końca; trudno było mi znieść tę niewypowiedzianą atmosferę, ten żal czający się w drobnych zmarszczkach wokół oczu matki (zauważyłem, że schudła znacznie – i wyglądała, jakby postarzała się o co najmniej kilka lat; a może to była wina ciemnej sukienki, którą ubrała na świąteczną kolację), przez co właściwie nie mogłem doczekać się powrotu do cichej normalności Świetlika. Miałem dużo do zrobienia – i ludzi, którym musiałem pomóc, bo starali się doprowadzić ten chaos do porządku. Czarodziejska Wielka Brytania nie mogła już dłużej znosić czarnomagicznych wyładowań; Maisie też nie mogła – a ja nie mogłem znosić świadomości, że musiała, ponosząc karę za coś, co w żadnym wypadku nie było jej winą.
Wszystkie te myśli nie pozwoliły mi tej nocy zmrużyć oka, więc kiedy nienaturalny, błękitny blask wlał się do mojej starej sypialni (od czasu wyprowadzki absolutnie nic się tutaj nie zmieniło), nie spałem, zmuszając się jedynie do podniesienia spojrzenia znad notatek. Przetarłem dłonią zmęczone oczy, zapominając, że na nosie wciąż mam okulary – przez co przypadkowo je stamtąd strąciłem; stuknęły cicho o blat biurka, ale ja nie sprawdziłem nawet, czy się nie rozbiły, w jednej sekundzie niepodzielnie skupiając uwagę na tym, co zaczynało dziać się na oknem. Niebo pokryły chmury (co nie było nowością), ale w przeciwieństwie do ostatnich tygodni, ciemnych, kłębiastych mas nie oświetlały burzowe rozbłyski. Było cicho, nie licząc pierwszych kropel deszczu, zaczynających uderzać o szybę – a po chwili mieszających się z gradem, lodowymi odłamkami, jakby nasyconymi tym samym światłem, które rozlało się sekundę wcześniej na moich obliczeniach.
Odsunąłem cicho krzesło, podnosząc się z fotela i mimowolnie podchodząc do parapetu. Wniosek, który nasunął mi się jako pierwszy – była to kolejna anomalia, cóż innego? – wydawał się oczywisty, ale z jakiegoś powodu uznałem go za błędny; co prawda rzadko pozwalałem sobie na kierowanie się uczuciami, skupiając się raczej na chłodnej i niezawodnej kalkulacji, ale tym razem to właśnie dziwne wrażenie spokoju kazało mi odrzucić tezę o czarnomagicznym wyładowaniu. A może nie tylko o dobre przeczucie chodziło; badałem w końcu anomalie od tygodni, bez większego powodzenia, ale za to z uporem maniaka, byłem więc w stanie stwierdzić, że obserwowane zjawisko nie wpasowywało się w żaden schemat. Czym więc było? Sięgnąłem do klamki, chcąc otworzyć okiennicę, żeby – zgodnie ze swoim zwyczajem – znaleźć się bliżej, dotknąć i zobaczyć – ale wtedy moje spojrzenie padło na sylwetkę pojawiającą się właśnie w ogrodzie. Jamie.
Pospiesznie wyszedłem z pokoju, po drodze narzucając na siebie gruby sweter i przy drzwiach wyjściowych przypominając sobie, żeby założyć również buty; o skarpetkach zapomniałem, chłód jednak wyjątkowo mi nie przeszkadzał, kiedy schodziłem po schodkach do ogrodu, odruchowo zadzierając głowę w górę, już myśląc o tym, żeby wysypujące się z chmur odłamki zebrać i zbadać. Jeden z nich uderzył mnie w ramię, zaczepiając się o szorstkie włókna grubego swetra; sięgnąłem po niego instynktownie, chwytając palcami za (nienaturalnie ciepłe; czy to na pewno był lód?) ostre krawędzie i unosząc kryształ na wysokość oczu, a później mrużąc je z frustracją. No tak – zostawiłem okulary na górze. – Jamie? – odezwałem się, zrównując się z siostrą i spoglądając na nią kontrolnie. W normalnym wypadku powiedziałbym coś na temat jej wystawania na deszczu i gradzie w środku zimy, ale wiedziałem, że znosiła podobne warunki znacznie lepiej niż ja – i że zapewne byłaby jeszcze w stanie przy podobnej pogodzie wsiąść na miotłę i popędzić za kaflem. Czasami zazdrościłem jej tej nieustraszoności. – Długo tu stoisz? – Chciałem wiedzieć, czy może zaobserwowała coś, co mi umknęło, a co mogłoby rzucić sensowniejsze światło na sytuację; w głowie już analizowałem kilka możliwych scenariuszy, żaden zapewne nie mający wiele wspólnego z prawdą.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Ogród za domem [odnośnik]02.08.19 20:41
Ich życie nie było już takie samo jak przed jego odejściem i nigdy już nie miało wrócić do tego, co było, kiedy ich rodzina stanowiła jedną całość. Ojciec, mimo odejścia z czynnej pracy z powodu choroby, w środku nigdy nie przestał być aurorem i zginął, zapewne ratując innych. W pierwszych dniach i tygodniach miała o to żal, że zamiast ratować siebie i wrócić do rodziny oddał życie za jakichś bezimiennych obcych, ale z czasem zrozumiała, że nie mógł postąpić inaczej. Że nigdy nie spojrzałby sobie w twarz w lustrze, gdyby uciekł jak tchórz i zostawił potrzebujących na pastwę losu. Mimo wszystko była dumna z jego odwagi i chciała, by on mógł być dumny z niej, choć zarabiała na życie lataniem za piłkami. Nigdy jednak nie zabraniał jej spełnienia marzenia o Harpiach, za co zawsze była mu wdzięczna. A jeśli był zawiedziony tym, że miała zbyt niskie oceny na jakąś porządną, życiową pracę, to nie dał jej tego odczuć.
Musiała szybciej dojrzeć, otrząsnąć się z młodzieńczych mrzonek i zmierzyć się z rzeczywistością, dorosnąć do niektórych spraw i przyjąć do wiadomości, że naprawdę trwała wojna. Reszta rodziny musiała trzymać się razem, choć atmosfera podczas świątecznego obiadu odbywającego się parę dni temu daleka była od tej, którą pamiętała z dzieciństwa, kiedy w Popielniczce królowała radość i beztroska, a w jej myślach nie było żadnych wojen i tego typu spraw, a tylko zabawa i marzenia. Matka zmizerniała, a w jej ciemnych włosach przybyło siwych kosmyków; wciąż tęskniła za ojcem i odczuwała jego brak najmocniej. To właśnie przez wzgląd na nią Jamie zamieszkała z powrotem w Popielniczce, choć stanowiło to pewien problem przy niedziałającej teleportacji, jednak czego nie robiło się dla rodziny – matki, młodszej siostry, a także Henry’ego, który choć na co dzień nie mieszkał z nimi, nadal był w Dolinie Godryka i mogła często do niego zachodzić i przełamywać jego samotność.
Cieszyła się, że Henry postanowił spędzić ten czas z nimi, a nie samotnie w Świetliku, ale żałowała że nie mogło być z nimi i Maisie. Choć pewnie gdyby chciał się tam zaszyć, Jamie byłaby gotowa tam pójść i siłą zaciągnąć go do rodzinnego domu na święta. Niepokoiło ją to, że i brat zdawał się pogrążać w smutku i nadmiernie uciekać w naukę i książki, choć miał powody, by się martwić – stracił swoją ukochaną Annie, a jego córka cierpiała przez anomalie, spędzając sen z powiek nie tylko jemu, ale i reszcie rodziny. Nikt z nich nie chciał, by musiała znosić ten koszmar.
Gdy dostrzegła dziwne zjawisko, wyszła na zewnątrz powodowana ciekawością. Było to nieco ryzykowne, biorąc pod uwagę, że to mogła być kolejna anomalia (może nawet zwiastun końca świata?), ale włożyła buty, nałożyła na siebie pierwszy lepszy płaszcz i wyszła do ogrodów. Deszcz i grad nie przerażały jej, bo podczas meczów i treningów quidditcha ostatnimi czasy często latała w takich warunkach, a nawet gorszych. Nie bała się więc zimna ani kropli uderzających w jej ciało i zlepiających wilgocią włosy, a jej spojrzenie było utkwione w niebie, które dawno nie było tak jasne nawet w środku dnia. Deszcz wydawał się też wyjątkowo ciepły i przyjemny w porównaniu z ulewami z listopada i grudnia. Nie czuła się przemarznięta na wskroś, a ten grad... Naprawdę wyglądał niecodziennie i niesamowicie. Podniosła jeden kawałek i właśnie oglądała go ze wszystkich stron, kiedy usłyszała za plecami znajomy głos starszego brata.
Odwróciła się w jego stronę, odnajdując jego spojrzenie.
- Zauważyłam przez okno... coś dziwnego. Czułam, że muszę to sprawdzić – odpowiedziała. – Dopiero co wyszłam, zaledwie chwilę temu. Znalazłam coś takiego, to nie wygląda na zwykły grad. Jak myślisz, co to może być? – Może jej mądry brat naukowiec będzie wiedział, czym jest to zjawisko, bo ona nie wiedziała. To, co złapała, bardziej przypominało jakiś kryształ niż bryłkę gradu, jakim zdarzało jej się czasem obrywać na niektórych grudniowych treningach. I zdawało się emanować magią, której zwykły grad nie miał. – Czy to kolejne anomalie? Spójrz, nie widać już błyskawic. Ale może to tylko cisza przed kolejną, jeszcze gorszą burzą?
Oby nie. Ale ostatnie miesiące pokazały jej, że kiedy już myślała, że gorzej nie będzie, okazywało się, że jednak mogło. Dlatego choć z natury była osobą raczej pogodną, teraz czuła niepokój, chociaż w samym deszczu i krysztale, który trzymała w dłoni, było coś dziwnie kojącego. Dobrego. Czuła, że to nie jest wytwór żadnej złej magii.
Widząc kolejną przelatującą bardzo blisko bryłkę wyciągnęła drugą dłoń, by ją złapać. Dzięki łapaniu kafla miała dobry refleks, więc palce zacisnęły się na kolejnym krysztale.






Jamie McKinnon
Zawód : ścigająca Harpii
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Jeśli plan "A" nie działa, pamiętaj, że alfabet ma jeszcze 25 liter!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7499-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/t7507-listy-do-j https://www.morsmordre.net/t7506-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/f285-dolina-godryka-popielniczka https://www.morsmordre.net/t7514-skrytka-bankowa-nr-1818 https://www.morsmordre.net/t7508-jamie-mckinnon
Re: Ogród za domem [odnośnik]04.08.19 18:36
Ciemne chmury nad domem rodzinnym często nawiedzały mnie w snach. Może nie było w tym nic dziwnego – nie pamiętałem w końcu, kiedy po raz ostatni widziałem nad sobą błękit czystego nieba – ale zacieranie się granic między jawą a snem wcale nie poprawiało mi nastroju, gdy spoglądałem na znajomą sylwetkę siostry, odcinającą się wyraźnie na tle pogrążonego jeszcze w półmroku krajobrazu. Może to był wynik rozbijających się na jej ramionach kropel deszczu, a może tego, że nie miałem na nosie okularów, ale przez moment jej postać wydawała mi się dziwnie odrealniona, jakby otoczona błękitnawym blaskiem, co sprawiało, że zacząłem kwestionować prawdziwość całej sceny. Czy to możliwe, bym znalazł się w jednym z koszmarów? Istniał tylko jeden sposób, żeby to sprawdzić – i dlatego z bijącym szybko sercem odwróciłem się kontrolnie przez ramię, spoglądając z powrotem na dom, i w górę, ponad dach – sprawdzając, czy pośród kłębiącej się nad nim masy nie unosił się czarny symbol drukowanej w Proroku czaszki. W moich koszmarach zawsze tam był, łypiąc na mnie złowrogo; tym razem jednak, patrząc w niebo, spoglądałem jedynie w chmury.
Nie śniłem.
Odwróciłem się z powrotem ku Jamie, napotykając jej pytające spojrzenie. W normalnych okolicznościach bardzo szybko przeszedłbym do wygłoszenia długiego wykładu – zazwyczaj nie potrzebowałem specjalnej zachęty, by zacząć mówić o magii – ale prawda była taka, że nie miałem pojęcia, z czym mieliśmy do czynienia. Tak samo jak wiele miesięcy temu z zaskoczeniem powitałem nadejście anomalii, tak samo teraz przyglądałem się spoczywającemu na wyciągniętej dłoni kryształowi: dziwiąc się, że w ogóle tam był. Bo nie powinien – tak samo, jak mugole nie powinni władać magią, proste zaklęcia nie powinny sprowadzać na ziemię piorunów kulistych, a próba otworzenia drzwi nie powinna kończyć się sprowadzeniem sobie na głowę stada czarnomagicznych węży. Być może należało już przywyknąć do mierzenia się z niewytłumaczalnym, ale póki co nadal uparcie tego odmawiałem; nauka była dla mnie czymś, co pozwalało mi na swobodne funkcjonowanie w otaczającym świecie – świecie, który musiałem rozumieć, żeby czuć się w nim bezpiecznie. Potrzebowałem ram, reguł, zasad; spróbowałem więc je stworzyć. – Nie wyglądają na stworzone przez anomalię. Spójrz – odpowiedziałem, wyciągając przed siebie kryształ. Wydawał się zamykać w środku magiczną energię, lecz pozbawioną charakterystycznego dla czarnej magii drżenia, niestabilnego i plugawego, jakby grożącego wybuchem. Ten, który wziąłem w dłoń, mienił się błękitem, promieniował ciepłem – i zdawał się przekształcać na moich oczach, zupełnie jakby mój dotyk wywołał w lodowym odłamku jakąś reakcję. Zaraz potem niewielka bryłka szarpnęła się lekko – a gdy zwolniłem uścisk, powędrowała w górę, lewitując gdzieś na wysokości moich oczu, ale nie oddalając się zbytnio. – To biała magia – dodałem z lekkim niedowierzaniem, choć byłem niemal zupełnie pewien swoich słów; ledwie je wypowiedziałem, zorientowałem się też – a słowa Jamie to potwierdziły – że powietrza nie przecinały wściekłe wyładowania. Właściwie to nie było w nim nic – może za wyjątkiem tego nieuchwytnego ciepła – co zaburzałoby działanie otaczającej nas magii, a ja sam miałem wrażenie, że po raz pierwszy od bardzo dawna oddycham swobodnie, jak gdybym znalazł się pod ochronnym działaniem zaklęcia stabilizującego magię, którego używali pracujący w terenie uzdrowiciele. Tylko raz miałem okazję się z nim zetknąć, działanie czarodziejskiego opadu wydawało się jednak podobne, choć zdecydowanie na większą skalę.
Nie podzieliłem się jednak swoim spostrzeżeniem od razu, być może odrobinę obawiając się wypowiedzieć je na głos. Co, jeśli się myliłem – i kiełkująca w mojej klatce piersiowej nadzieja miała okazać się płonna? Potrzebowałem potwierdzenia. – Nie masz wrażenia… Nie wydaje ci się, że jest jak wcześniej? – zapytałem, odnosząc się rzecz jasna do czasów przed – przed majowym wybuchem, przed chwilą, gdy wytrącono nam z rąk jakiekolwiek poczucie kontroli. Istniał tylko jeden sposób, żeby sprawdzić to tak naprawdę, ale na razie nie ośmieliłem się jeszcze wyciągnąć z kieszeni różdżki i rzucić zaklęcia; zamiast tego przykucnąłem, a później uklęknąłem na mokrej od deszczu i śniegu trawie, nie zawracając kompletnie uwagi na to, że nogawki spodni przemakają mi na wylot, ani że przejrzysty kryształ podążył za mną, nadal unosząc się kilkanaście centymetrów ode mnie – zupełnie, jakby był uwiązany na niewidzialnym sznurku. – Muszę coś sprawdzić – mruknąłem, nie tyle do siostry, co do siebie, mrużąc oczy; bez okularów trudno było mi wypatrzeć schowane w trawie odłamki, ale po kilku sekundach poszukiwań natrafiłem palcami na następny, ściskając go w dłoni i oddalając od siebie, żeby lepiej go widzieć – zwracając szczególną uwagę na to, co stanie się, gdy jego magia ponownie zmiesza się z moją.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Ogród za domem [odnośnik]05.08.19 0:28
Jamie też tego nie pamiętała, prawdopodobnie miało to miejsce latem lub wczesną jesienią, choć nawet te pory roku nie obfitowały w ładną pogodę, a były raczej zimne nawet jak na angielskie warunki. Tęskniła więc za promieniami słońca dotykającymi skóry, za bezkresnym błękitem nad sobą i ciepłym wiatrem uderzającym w twarz i targającym włosy podczas lotu. Nie wiedziała, kiedy i czy w ogóle znów to ujrzy, bo nikt nie potrafił powiedzieć, kiedy ta burza się skończy. Nawet jej mądry brat zdawał się nie wiedzieć, skąd wzięły się anomalie i kiedy dobiegną końca, co znaczyło, że nawet numerologiczne księgi milczały na ten temat.
Dla Jamie numerologia zawsze była niezrozumiała i pogmatwana; gdy kiedyś w młodszym wieku próbowała zajrzeć w zapiski Henry’ego, to po kilku minutach miała wrażenie że zaraz eksploduje jej głowa. Znaczki myliły się i nie umiała dostrzec w nich sensu, który widział on, ale choć jako nastolatka czasem żartobliwie (bo nigdy z prawdziwą złośliwością) drwiła z jego naukowych ciągot, w głębi duszy zawsze go podziwiała. Jej samej brakowało cierpliwości by spokojnie wysiedzieć nad książkami, nie licząc powieści przygodowych, bo te akurat lubiła. Ale podręczniki? Przed szkolnymi egzaminami zawsze były jej zmorą, dlatego jej oceny nie należały do wybitnych i nigdy nie była prymuską, o wiele lepiej radząc sobie na boisku do quidditcha. Dlatego to on był zdolnym naukowcem i przez pewien czas nawet nauczycielem w Hogwarcie, a ona uganiała się za piłkami. Bo tylko w tym była naprawdę dobra.
Gdyby nie pewne drobne podobieństwa w wyglądzie, trudno byłoby uwierzyć, że ta dwójka naprawdę jest rodzeństwem zrodzonym z tych samych rodziców.
Myślała że on będzie wiedział, czym są te kryształy, ale najwyraźniej zaskoczyły nawet jego. Jamie pochwyciła w ręce już dwa i oglądała je z uwagą, ale nawet ona bez nawet śladowej numerologicznej wiedzy wyczuwała, że emanowały czymś dobrym i jasnym, nie były plugawe jak dotychczasowe anomalie. Czasem rzucając zaklęcia czuła obecność czegoś ciężkiego i czarnomagicznego, ale teraz tego nie czuła i intuicja podpowiadała jej, że kryształy nie są niebezpieczne.
- Hm, dziwne. Dotychczas anomalie tworzyły raczej złe rzeczy, były nacechowane czarną magią, nie białą, prawda? – spytała dla potwierdzenia. Pamiętała jak w poprzednich miesiącach czasem pytała brata o anomalie i prosiła, by przystępnym, zrozumiałym dla totalnego laika językiem wytłumaczył jej to, co niekiedy działo się z jej zaklęciami i dlaczego czasem niegroźne, zwykłe zaklęcia zmieniały się w coś zupełnie innego.
- Ciekawe, skąd się wzięły i dlaczego akurat tutaj, w Dolinie Godryka – zastanawiała się dalej, nie wiedząc, że te dziwne bryłki spadały teraz na obszarze całego kraju.
Słysząc jego późniejsze słowa zastanowiła się.
- Tak jak wcześniej? – powtórzyła, wyciągając dłonie lekko do przodu, pozwalając, by ciepły jak na tę porę roku deszcz padał na jej skórę. Jedną pięść miała zwiniętą, trzymając w niej kryształy. Spojrzenie tymczasem zatrzymało się na bracie. – Myślisz, że anomalie mogły się tak po prostu skończyć? Że może być tak jak dawniej, przed majem?
Przez te wszystkie miesiące czekała na to, chciała by to się skończyło, ale sądziła że to nie nastąpi ot tak, bez działań ze strony tęgich czarodziejskich umysłów. Właściwie to nie widziała jak i czy w ogóle można się tego pozbyć, ale jakoś nie wierzyła, że to ministerstwo znalazło jakiś sposób i wreszcie przeszło do działania. To wydawało się bardzo mało prawdopodobne. A teraz, choć spodobała jej się myśl, że mogło być jak wcześniej, broniła się przed przyjęciem tego za pewnik, by nie rozczarować się, kiedy jakieś rzucone zaklęcie zaowocuje anomalią.
- Co sprawdzasz? – dopytywała, zbliżając się do brata i przyglądając się temu, co właśnie znalazł. – Może powinieneś wziąć kilka tych bryłek do domu i zbadać je swoimi numerologicznymi sposobami, z których ja nic nie rozumiem, a które tobie może coś powiedzą? – podsunęła. Jeden z kryształów unosił się obok jej brata, kolejne zaś spadały na ziemię, lśniąc tajemniczo na zaśnieżonym trawniku. Znów schyliła się po jeden z nich, łapiąc go wolną dłonią i zastanawiając się, co poczuje teraz, kiedy zaciśnie wokół niego palce.






Jamie McKinnon
Zawód : ścigająca Harpii
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Jeśli plan "A" nie działa, pamiętaj, że alfabet ma jeszcze 25 liter!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7499-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/t7507-listy-do-j https://www.morsmordre.net/t7506-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/f285-dolina-godryka-popielniczka https://www.morsmordre.net/t7514-skrytka-bankowa-nr-1818 https://www.morsmordre.net/t7508-jamie-mckinnon
Re: Ogród za domem [odnośnik]15.10.19 18:41
Prawda – mruknąłem nieco nieprzytomnie, tak naprawdę jedynie częściowo rejestrując pytanie zadane przez siostrę, na moment w pełni skupiając się na trzymanym w dłoni odłamku i pozwalając, by słowa Jamie przelatywały gdzieś obok; niby je słyszałem, ale przestałem słuchać i analizować, odruchowo wyciszając wszystkie bodźce, które mój umysł uznawał za zbędne. Niezbyt uprzejmie, zdawałem sobie sprawę, jak wiele irytacji budziłem u innych tym przyzwyczajeniem, ale w żaden sposób nie potrafiłem się go pozbyć; moja uwaga nie należała do podzielnych, by zrozumieć problem, potrzebowałem całych jej zasobów – a te przelewałem właśnie na obracany w palcach kryształ, starając się wywnioskować cokolwiek z otaczającej go magii. Początkowo spodziewałem się chaosu, drżących od nagromadzonej i niewspółgrającej ze sobą energii cząstek, które jednoznacznie zaklasyfikowałyby niezwykłe zjawisko do poszerzającej się każdego dnia grupy wytworów anomalii, ale struktura, którą wyczułem, była wolna od czarnomagicznych naleciałości: wprost przeciwnie, była uporządkowana i zwarta, starannie skomponowana, prawie elegancka – i unikalna; byłem niemal pewien, że każdy z leżących w trawie odłamków był zupełnie inny, oraz że – z jakiegoś powodu – reagował na zetknięcie się z moją własną magią, ulegając przekształceniu w sekundzie, w której wziąłem go do ręki. Podobne transformacje nie były mi obce, w bardzo podobny sposób działały transmutacyjne zaklęcia – z tą różnicą, że to, co działo się z kryształami, następowało bez jakiejkolwiek świadomej ingerencji z mojej strony. Co niepokoiło mnie i fascynowało jednocześnie, skłaniając do stworzenia w głowie przynajmniej trzech zarysów hipotez do sprawdzenia.
Pytania Jamie również należały do tych zasadnych, póki co nie odnajdywałem jednak na nie odpowiedzi. – Yhm – wyrzuciłem z siebie niewyraźnie, wtrącając zlepek dźwięków między jedną a drugą wypowiedź siostry, w odruchu, w który podłapałem od ojca – mającym sprawiać wrażenie, że uważnie jej słuchałem, podczas gdy w rzeczywistości nie miałem pojęcia, co właśnie do mnie powiedziała. Miałem nadzieję, że nie miała mi tego za złe – albo przynajmniej, że przyzwyczaiła się do mojej myślowej nieobecności na tyle, by nie brać jej do siebie, zwłaszcza, że na ogół nie ignorowałem cudzych wypowiedzi całkowicie – po prostu odkładałem je na bok, jak książki, których nie miałem aktualnie czasu przeczytać, ale do których miałem zamiar wrócić później. Tak samo było i teraz; oderwałem spojrzenie od odłamka, chowając go ostrożnie do kieszeni spodni od piżamy, unosząc wzrok na siostrę. – Nie tak po prostu – odparłem ze znacznym opóźnieniem, poprawiając nieścisłość kryjącą się w jej słowach. Nie miałem wątpliwości, że to, na co patrzyliśmy, nie miało nic wspólnego z naturalną koleją rzeczy; każda reakcja potrzebowała wcześniejszej akcji, ktoś lub coś musiało zaingerować w anomalie, być może uderzając w jej źródło, być może tworząc inne, które ją zneutralizowało – posiadałem zbyt mało danych, żeby zgadnąć.
Podniosłem się z powrotem do pozycji stojącej, po drodze zabierając z ziemi jeszcze jeden kryształ i pokazując go Jamie na wyciągniętej dłoni, trochę obrazowo – żeby jak najtrafniej odpowiedzieć na zadane przez nią pytanie. Wiedziałem, że dla niej moje działania nie kryły w sobie żadnego sensu – podobnie jak ja nie byłbym w stanie wykonać nawet najprostszego manewru na miotle, nie potrafiąc sobie nawet wyobrazić, co musiałbym zrobić z własnym ciałem, żeby uzyskać zamierzony efekt. – Wiesz, że każdy magiczny przedmiot, i każdy czarodziej otoczony jest charakterystyczną dla siebie magią, prawda? – zapytałem, celowo stosując mocne uproszczenie; prawda była zdecydowanie bardziej złożona, ale mało istotna z perspektywy roztrząsanej kwestii. – Uroki, biała magia, transmutacja, czarna magia – każda z dziedzin posiada swoją własną strukturę, czy raczej – zbiór cech, które pozwalają na przykład na stwierdzenie, jakie zaklęcie zostało rzucone na dany przedmiot. – Osobiście zawsze wyobrażałem to sobie jako coś podobnego krystalicznej strukturze, cząstkom połączonym wiązaniami, sztywnymi i niezmiennymi, bądź plastycznymi i przemieszczającymi się względem siebie, zamieniającymi miejscami przy zderzeniach i możliwymi do przekształcenia na skutek uformowanej we właściwy sposób magii. Tę białą widziałem jako prostą i uporządkowaną, transmutację – złożoną i skomplikowaną, ale jednocześnie wyjątkowo logiczną; czarna magia była chaosem, a jeszcze bardziej chaotyczne były anomalie – bo posiadały przerażającą zdolność do wpływania na całą resztę w sposób całkowicie niemożliwy do przewidzenia. – Sprawdzałem, czy te kryształy noszą znamiona niestabilnej energii, ale nie licząc reakcji następującej zaraz do wzięciu ich do ręki, są raczej statyczne – wyjaśniłem, darując sobie wyłożenie płynących z tej obserwacji wniosków; wydawały mi się oczywiste. – Jestem też prawie pewien, że jeżeli rzuciłbym teraz zaklęcie, zadziałałoby dokładnie tak, jak powinno – pozwoliłem sobie na wypowiedzenie tego głośno, ostrożnie – ale z nadzieją, zastanawiając się już, czy tak samo gładko poszłaby próba teleportacji; nie miałem jednak zamiaru sprawdzać tego w ciemno. – Tak zrobię. Spróbuj zebrać jeszcze kilka, wydają się różnić od siebie – dodałem, choć zapewne nie musiałem: jeden z lodowych odłamków wciąż lewitował wokół mojej głowy, a ja nie mogłem się doczekać, by zbadać go dokładniej.
Póki co jednak zaczynałem jednak odczuwać dosyć nieprzyjemne skutki klęczenia na topniejącym śniegu: przemoczone nogawki przykleiły mi się do skóry, a dmący od południa wiatr sprawił, że zacząłem drżeć z zimna. – Powinniśmy wracać do środka, przeziębisz się – powiedziałem z troską, myśląc jednak nie tylko o zdrowiu młodszej siostry, ale również o perspektywie spędzenia sylwestra z czterdziestopniową gorączką i katarem.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Ogród za domem [odnośnik]15.10.19 20:47
To była dziwna, naprawdę dziwna noc, a przecież ostatnimi czasy tak wiele było dziwów, zwykle negatywnych, bo anomalie niosły ze sobą zło, strach i cierpienie. Nigdy nie było wiadomo, co się wydarzy i czy nie ucierpi ktoś jej bliski. Każdy dzień był taką niewiadomą, kiedy nie wiedziała, co zastanie wracając do domu. Nie wiedziała też nigdy, czy wsiadając na miotłę przed treningiem nie robi tego po raz ostatni, i czy czasem nie jest to dzień, kiedy jej bliscy usłyszą o jakimś okropnym wypadku z jej udziałem, może tym razem śmiertelnym.
Henry miał czasem swoje irytujące przyzwyczajenia, jak to, że potrafił się wyłączyć i pogrążyć w myślach, przez dłuższy moment pozostając niedostępnym. Zapewne bardzo intensywnie nad czymś myślał, mogła sobie wyobrazić te tryby z mozołem obracające się pod jego czarną czupryną, gdy próbował swoim naukowym umysłem rozgryźć tajemnicę dziwnych kryształów padających z nieba. Miał większą szansę to rozgryźć niż ona, w końcu był specem od numerologii.
Nawet ona, nie posiadając jego wiedzy, mogła wychwycić że każdy podniesiony odłamek emanował swego rodzaju mocą, czystą i jasną. Dobrą. Każdy też wydawał się nieco inny. Ale nie pozostało jej nic innego jak cierpliwie czekać, aż Henry wróci z powrotem na ziemię i udzieli odpowiedzi na pytania. Przez tyle lat bycia jego siostrą zdążyła przywyknąć do tego, że miał swój własny świat, a także tendencję do zatapiania się w myślach i roztrząsania pewnych dylematów, do czego potrzebował odciąć się od zewnętrznych, rozpraszających bodźców.
- Tak, to akurat tak – przytaknęła. Do tego nie trzeba było zaawansowanej wiedzy, nawet Jamie wiedziała, że każdy czarodziej czy magiczny przedmiot miał swoją własną magię, i że czarodzieje odpowiednio w tym biegli potrafili interpretować subtelne oznaki wskazujące na to, jaki to rodzaj magii. Jamie w żadnej dziedzinie magicznej nie była na tyle biegła, żeby sobie z tym radzić, ale dla numerologa pewnie nie stanowiło to problemu. Próbowała nadążać za słowami brata i kiwać głową na znak, że rozumie. Bo teoretycznie rozumiała to proste przybliżenie, nawet jeśli sama nie umiałaby określać takich numerologicznych zawiłości. To jej brat był intelektualistą, ona latała na miotle za piłkami.
- Staram się nadążać, braciszku. I wiem, że się na tym nie znam i jestem kompletną ignorantką, ale naprawdę wyczuwam od tych kamieni coś... dobrego. Jakkolwiek dziwnie to brzmi. Sama jestem ciekawa, skąd to się tutaj wzięło... – mruknęła, podnosząc następną grudkę, która w jej dłoni zaczęła nagle twardnieć i zmieniać barwę, stał się ciemny i połyskujący. – Mogłabym przysiąc, że kiedyś widziałam coś podobnego. Co to może być? – zapytała, pokazując bratu bryłkę, która nie wyglądała już jak odłamek lodu ani kryształ. Może lód stopił się w jej dłoni, odsłaniając to, co było wewnątrz? – Więc może powinniśmy sprawdzić, jak działa magia? – podsunęła, gdy powiedział, że gdyby rzucił zaklęcie, to zadziałałoby tak, jak powinno. Po kilku miesiącach anomalii to wydawała jej się nęcąca perspektywa, ale nawet jeśli burza w tajemniczy sposób znikła, jaka była pewność, że można było już bezpiecznie czarować?
Była gotowa zaryzykować, sprawdzić, czy rzeczywiście mogło być jak wcześniej, więc sięgnęła do kieszeni po różdżkę, ale nie skierowała jej w Henry’ego, na wypadek gdyby się mylił i anomalie jednak działały. Wycelowała ją w najbliższe drzewo.
- Albalis – mruknęła, wyczarowując kolorowe śnieżki, które uderzyły w pień. Oprócz tego nic się nie wydarzyło. Z nieba nie runął grom, nic nie zaczęło się palić. Ale przecież i w czasie anomalii nie za każdym razem się wyzwalały, prawda? Lumos – rzuciła po chwili, a koniec jej różdżki rozjarzył się światłem, które wydobyło z ciemności blade twarze jej i jej brata. – Hmm... – zastanowiła się. Ale tak naprawdę pewnie dopiero w kolejnych dniach przekonają się, czy anomalie naprawdę znikły. Dwa bezproblemowo rzucone zaklęcia nie musiały o niczym świadczyć.
Początkowo była tak zaaferowana tymi zjawiskami oraz znalezionymi kryształami, a także tym, by sprawdzić, czy użycie magii nie wywoła anomalii, że prawie nie zwracała uwagi na zimno. Zresztą podczas treningów i meczy w minionych tygodniach dość mocno się uodporniła. Ale nie dało się na dłuższą metę zupełnie ignorować temperatury, tym bardziej że żadne z nich nie było ubrane dostatecznie grubo.
- Masz rację, wracajmy – zgodziła się. – Ale bardziej martwię się o ciebie niż o siebie, mnie po lataniu na miotle w burzy, ulewie lub śnieżycach chyba już niewiele może zaskoczyć.
Henry był w końcu siedzącym nad książkami naukowcem, który nie musiał regularnie przez kilka godzin dziennie trenować bez względu na warunki. Niska temperatura i opady w jej mniemaniu mogły zaszkodzić mu szybciej niż jej.
- Nie chcę, żebyś spędził sylwestra smarkając i prychając. Bierzmy te kryształy i obejrzymy je w domu, przy kubku gorącej czekolady lub herbaty. – Im obojgu dobrze zrobi ciepły napój na rozgrzanie. Poza tym w środku, przy świetle łatwiej będzie obejrzeć to, co znaleźli i zastanowić się nad tym, co to oznaczało dla nich i dla świata. Czy to możliwe, że burza naprawdę mogłaby się skończyć? I czy skończyłyby się anomalie?






Jamie McKinnon
Zawód : ścigająca Harpii
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Jeśli plan "A" nie działa, pamiętaj, że alfabet ma jeszcze 25 liter!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7499-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/t7507-listy-do-j https://www.morsmordre.net/t7506-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/f285-dolina-godryka-popielniczka https://www.morsmordre.net/t7514-skrytka-bankowa-nr-1818 https://www.morsmordre.net/t7508-jamie-mckinnon
Re: Ogród za domem [odnośnik]10.11.19 16:15
Nie jesteś ignorantką, Jamie, te kryształy naprawdę emanują pozytywną energią – odezwałem się w odpowiedzi na słowa siostry, unosząc na moment spojrzenie znad trzymanego w ręce odłamka, ale nie będąc w stanie powstrzymać się przed lekkim sprostowaniem użytych przez nią wyrażeń. Nie lubiłem określenia dobry; wyraz, choć pozornie nieszkodliwy, w rzeczywistości dla każdego mógł oznaczać coś zupełnie innego, co czyniło go nieprecyzyjnym, a więc i niezbyt użytecznym – przynajmniej jeśli chodziło o zastosowanie w naukowych dysputach. Wiedziałem jednak, co miała na myśli Jamie: zebrane z ziemi, lodowe fragmenty, w istocie zdawały się emanować ciepłem i czymś, czego do końca nie potrafiłem wyjaśnić, a co mgliście kojarzyło mi się z domem: tym sprzed kilku lat, wypełnionym radosnym śpiewem matki, cichymi krokami ojca i ulotną wonią kwiatowych perfum, których zwykła używać Annie.
Potrząsnąłem lekko głową, zupełnie jakbym chciał odpędzić w ten sposób od siebie nawiedzające mnie bez zapowiedzi wspomnienia. Rzadko kiedy zdarzało mi się zatapiać w długich rozważaniach nad przeszłością, instynktownie unikałem też zastanawiania się zbyt długo nad przyszłością. Niepewną, składającą się z tysięcy zmiennych i niemożliwych do przewidzenia wariacji, przerażających mnie głównie dlatego, że zupełnie nie miałem nad nimi kontroli. Jak wtedy, kiedy umarła Annie, albo gdy uzdrowiciele przedstawili mi ostateczną diagnozę dla Maisie, albo ostatnio, kiedy zginął nasz ojciec, poświęcając życie w tragicznej próbie ratowania czarodziejów w płonącym Ministerstwie Magii. A chociaż podskórnie wiedziałem, że to wcale nie był koniec, i że kolejne tragedie były wyłącznie kwestią czasu, to celowo nie poświęcałem ani chwili nad zastanawianiem się, kiedy nadejdą ani jaką przybiorą formę. Mogłem oszukiwać sam siebie, fakt pozostawał jednak faktem: i tak nie byłem w stanie im zapobiec, wszystkie siły skupiałem więc na ratowaniu tego, co uratować jeszcze mogłem.
Tego – i tych; przeniosłem spojrzenie na kryształ spoczywający na wyciągniętej ręce siostry, dopiero teraz zauważając, że przekształcił się w zupełnie inny rodzaj skały. – Hm. To odłamek spadającej gwiazdy. Kiedy go podnosiłaś, był przezroczysty? – zapytałem dla rozwiania resztek wątpliwości (zarówno gradowe fragmenty, jak i pozostałości spalających się w atmosferze ciał niebieskich, mogły znaleźć się w naszym ogrodzie w podobny sposób), ale właściwie nie musiałem; zbieg okoliczności był zbyt mało prawdopodobny, by przyszło mi do głowy poważnie go rozważać.
Skinąłem głową, gdy wspomniała o wypróbowaniu magii, cofając się jedynie o krok i przyglądając rzucanym przez nią zaklęciom: niezbyt trudnym ani skomplikowanym, ale przede wszystkim nie pociągającym za sobą niespodziewanych konsekwencji. Ani tych oczywistych, w postaci grzmotów i wyładowań, ani tych mniej widocznych, odbijających się w otaczającej ich przestrzeni niestabilnym drżeniem magicznej energii. – Nie wyczułaś żadnych zakłóceń, prawda? – zapytałem, bardziej w reakcji na malujący się w jej rysach brak przekonania, niż dlatego, że potrzebowałem potwierdzenia. Nie dziwiła mnie jej ostrożność; anomalie były plagą, które dręczyły Wielką Brytanię od przeszło pół roku – podejrzewałem, że przyzwyczajenie się do ich braku zabierze nam co najmniej tyle samo czasu, co przywyknięcie do ich problematycznej obecności. – Zastanawia mnie, jak daleki jest zasięg tego zjawiska. Muszę napisać kilka listów – odezwałem się po chwili, uświadamiając sobie, że radość i ulga mogły być przedwczesne; podniosłem się, tknięty zarówno potrzebą natychmiastowego uzupełnienia luk we własnej wiedzy, jak i doskwierającym coraz mocniej chłodem.
Przewróciłem oczami w reakcji na słowa Jamie, chociaż oboje doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że miała rację – z naszej dwójki to mi zdarzało się chorować znacznie częściej, nie bez powodu też niemal zawsze nosiłem przy sobie kraciastą chusteczkę do nosa; ona, zahartowana odbywającymi się w każdą pogodę warunkami, łapała przeziębienia rzadko, zazwyczaj pozostając jedyną zdrową osobą w domu pełnym smarkających i kichających czarodziejów i czarownic. Kiedyś było ich dwoje; zaprawionego w bojach ojca również na ogół nie imały się choroby, nie licząc oczywiście toczącej go od środka sinicy. – Podobno noworoczna zabawa w Dolinie ma się jednak odbyć – powiedziałem, przypominając sobie o tym, kiedy Jamie wspomniała o sylwestrze. Ruszyłem w stronę domu, dodatkowo zachęcony wplecioną między wiersze wzmianką o gorącej czekoladzie. – Czarodziejska Rozgłośnia ma zbierać pieniądze dla poszkodowanych w anomaliach. Myślałaś o tym, żeby się wybrać? – zapytałem, zerkając na nią z ukosa. Udział w organizowanej tuż za naszym progiem zabawie stanowił naszą rodzinną tradycję od czasów, kiedy byliśmy dziećmi; opuściłem ją tylko raz, w roku, w którym umarła Annie – głównie dlatego, że byłem przekonany, że bez niej już nic nigdy nie będzie takie samo.
I nie było.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Ogród za domem [odnośnik]11.11.19 11:56
Uśmiechnęła się. Ufała jego ocenie sytuacji, nigdy nie wątpiła w jego wiedzę i kompetencje. Był zdolnym numerologiem, wiedzącym o istocie magii rzeczy, które dla niej zawsze będą niezrozumiałe. Ale czymkolwiek były kryształy, na pewno warto było, by Henry zebrał ich trochę i mógł się nad nimi pochylić w domowym zaciszu. Trudno było je bowiem dokładnie zbadać tutaj, na zewnątrz i w panującym półmroku, przy zimnej temperaturze.
Ale trzymała swoje kryształy, czując że chce je zachować. Nie tylko dla Henry’ego do badań. Może w przyszłości mogłyby jej się przydać, o ile oczywiście nie stopią się po zabraniu do ciepłego wnętrza domu, chociaż wydawały się być twardsze i odporniejsze niż zwykły lód, który topniał gdy tylko wniosło się go z mrozu do ciepłego pomieszczenia.
Życie było nieprzewidywalne, zwłaszcza w ostatnich miesiącach. Jamie nigdy wcześniej nie była tak świadoma jego kruchości i ulotności. Tego że jednego dnia się było, a następnego mogło się przestać istnieć. Przed śmiercią ojca zdawała się żyć w pewnym naiwnym, iście młodzieńczym przekonaniu o własnej niezniszczalności, o tym, że nic złego nie może spotkać jej ani nikogo z rodziny. To było tak bardzo typowe dla ludzi młodych, dopiero poznających dorosłe życie i nie mających wcześniej okazji się na nim sparzyć, ani przeżyć żadnego trudnego wydarzenia. Ale utrata ojca zmieniła ją. Dla Henry’ego moment takiego otrzeźwienia musiał przyjść wcześniej, gdy utracił żonę i został sam z maleńkim dzieckiem. Jamie też brakowało Annie, lubiła żonę swojego brata i uważała za ogromnie niesprawiedliwe, że musiała opuścić ten świat gdy dopiero co została matką, a Henry, niegdyś tak szczęśliwy, utracił miłość życia. Rzeczywistość rzucała mu pod nogi więcej kłód niż Jamie, choć w czasach szalejących anomalii teoretycznie oboje mogli w każdej chwili zginąć, wystarczyła komplikacja przy nawet najprostszym zaklęciu lub zbłąkany piorun uderzający z nieba. Teraz pierwszy raz od tygodni niebo nad głowami było wolne od burzy, co wlewało w nią nadzieję, ale i niepewność odnośnie przyszłości, bo to mogła być cisza przed jeszcze gorszą burzą.
- Tak – potwierdziła. – Może te fragmenty były w tej bryłce, która stopiła się pod wpływem ciepła mojej dłoni. – Nie wiedziała jak to się stało że odłamki spadającej gwiazdy znalazły się w bryłce lodu czy też krysztale, ale czy to ważne? Skoro Henry mówił, że to jest to, uwierzyła mu na słowo, znał się na takich rzeczach lepiej.
Przetestowała parę prostych zaklęć. Nie wydarzyło się nic złego.
- Nic nie czuję. Nic niepokojącego, żadnej anomalii – potwierdziła. Jeszcze niedawno rzucanie czarów często pociągało ze sobą konsekwencje, czy to w otoczeniu, czy w niej samej, zsyłając różne, zwykle nieprzyjemne skutki. – Może ktoś z twoich znajomych numerologów potwierdzi, czy też doświadczyli czegoś podobnego. A jutro... Gdy wstaniemy, to okaże się, jak będzie wyglądać niebo i czy na pewno nie wróci ta burza lub inne formy anomalii.
Oby nie wróciły. Oby nie obudzili się jutro w jeszcze gorszym horrorze niż ten, który był ich udziałem przez ostatnie tygodnie. Chciałaby otworzyć oczy i zastać niebo wciąż czyste i spokojne.
Jamie była silna. Musiała być z racji specyfiki swojego zawodu. Słaba, chorowita mimoza nigdy nie dostałaby się do tak dobrej drużyny, a już na pewno nie do pierwszego składu. Być może miała to po ojcu, bo nawet jeśli obrała inną drogę, oboje byli silniejsi i wytrzymalsi niż reszta rodziny. Jamie była najwyższa spośród sióstr McKinnon, jak na kobietę dobrze zbudowana i umięśniona, podczas gdy Henry zdawał się bardziej przypominać drobną, szczupłą mamę. Poza kolorem włosów Jamie nie była do niej zbyt podobna, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Przerastała ją niemal o głowę, Potterowie z reguły nie rośli bardzo wysocy, ale zdarzał się wśród nich talent do quidditcha. To ojciec był wysoki i dobrze zbudowany, o zdecydowanych rysach i mocnym charakterze. Mimo miłości do obojga rodziców Jamie w głębi duszy zawsze bardziej chciała być jak on niż jak mama, delikatna kobieta z naukowym zacięciem, tkwiąca w potrzasku życia kury domowej. Jamie nigdy nie chciała żyć jak mama, tym bardziej że nie miała jej talentu do mikstur ani innych naukowych spraw.
- Jeśli ma się odbyć, to oczywiście, że nie mogę tego ominąć – odezwała się gdy tylko wspomniał o imprezie w Dolinie Godryka. Co roku odwiedzała to wydarzenie i świętowała wraz z innymi mieszkańcami wioski i nie tylko. Jak mogłaby to przegapić? Tym bardziej że chciała wspomóc ofiary anomalii, okazać solidarność z nimi. – Wybierzemy się tam razem? – zaproponowała, gdy już weszli do domu. Chciała przeżywać to w gronie rodziny, jak co roku począwszy od lat dziecięcych, choć zdała sobie też sprawę, że to będzie pierwszy sylwester bez ojca. Czy będzie równie bolesny jak niedawne pierwsze święta bez niego? Jego pustego miejsca przy stole nie dało się przegapić, przyciągało wzrok niczym magnes, i nawet dobre potrawy ugotowane przez mamę nie mogły złagodzić tego wrażenia. Atmosfera daleka była od tej, którą pamiętała z poprzednich lat, a mama w kilku momentach była bardzo bliska wybuchnięcia płaczem i wyjścia z pomieszczenia.
Po rozebraniu się z wierzchnich okryć znaleźli się w kuchni. Jamie była wybitnym antytalentem kulinarnym, ale czekoladę umiała przygotować, więc stuknęła różdżką w emaliowany czajnik, podgrzewając wodę i następnie zalewając w kubkach gorącą czekoladę. Postawiła jeden kubek przed nim, a drugi przed sobą i usiedli przy stole. Była gotowa wysłuchać tego, co miał do powiedzenia, a później, po wypiciu całego rozgrzewającego napoju i pozostawieniu kwestii zbadania kryształów w jego rękach powlokła się z powrotem do swojego pokoju, by złapać jeszcze choć odrobinę snu.

| zt.






Jamie McKinnon
Zawód : ścigająca Harpii
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Jeśli plan "A" nie działa, pamiętaj, że alfabet ma jeszcze 25 liter!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7499-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/t7507-listy-do-j https://www.morsmordre.net/t7506-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/f285-dolina-godryka-popielniczka https://www.morsmordre.net/t7514-skrytka-bankowa-nr-1818 https://www.morsmordre.net/t7508-jamie-mckinnon
Ogród za domem
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach