Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Toalety
AutorWiadomość
Toalety [odnośnik]17.09.19 18:21
First topic message reminder :

Toalety

★★
Za zakrętem dyskretnie chowają się cuchnące drzwiczki do tego świętego zakątka. Rzadko ktokolwiek zwraca uwagę na wyżłobione w drewnie oznaczenia dla płci. Trzaskane wrota największej prywaty wzburzają falą śmierdzącego powiewu. Po tych wilgotnych ścianach spływało już wszystko. Dotykane nieustannie, wygłaskane zasuwki wciąż się psują – nie ma mowy o chwili beztroskiej intymności. Między resztką ubłoconego papieru a wilgotnym śladem buta rozliczne są tajemnicze transakcje. Przez cienkie ściany przenika gwar rozentuzjazmowanej sali. Zbyt często pękają deski, zbyt rzadko obsługa sięga po szorstką szczotę. To nie jest przyjemne miejsce, ale jak mus to mus. Zaleca się jednak uważać na zawsze śliską podłogę i powstrzymać od pijaczych baletów – do obowiązków obsługi nie należy sklejanie połamanych kości. Ciasne zakątki nie sprzyjają również grupowym manewrom, ale mimo tego za drewnianymi drzwiami często znika więcej niż jedna osoba.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 20:29, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Toalety - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Toalety [odnośnik]26.04.20 19:30
Zawadzały. One dwie rozkładające się mimowolnie na ich drodze, jak kłody dokuczające wprawionym w rytm nogom. Rozmazujące się sensy i melodie sumienia nie potrafiły powstrzymać iskrzącego się duszyska, prymitywnej bestii uwięzionej w mocy rozgrzanej pięści. Philippa nawet wątpiła, by jakkolwiek przemyśleli swoje działania. Włazili pod obcy dach, korzystali z dobrej gościny, a w podzięce atakowali tych, którzy służyli im dolewką i serdecznym głosem. Łamały się ściany, przelewała krew, a z któregoś syreniego lica błysnęła jej w oczy malarska łza. Wstrętne to było działanie, pełne samczego gniewu i nagiej głupoty. Bo oni wcale nie próbowali sprawy tuszować, w tejże chwili stawali się bogami w tym korytarzyku – między kiblem a ogrodem nawadniających się morskich wilków. Kobieta nie miała wartości ani mocy, która była w stanie im zagrozić. Przeszkadzała, to z pewnością, dlatego tak chętnie rozpychali się ramionami, by poszerzyć wąskie przestrzenie i poprzestawiać blokujące ich oczy. Choćby przy tym krew miałaby zmoczyć starawe deski podłogowe i poprzelewać się strumykami w szparach. Teatrzyk chłopa miał trwać, póki ten nie powrócił na ląd lub póki nie zatonął. Nieustannie czuli wiatr w żaglach, nieustannie dmuchało im przychylne słońce, choć każdy bezgłośny element przestrzeni zdawał się należeć do Philippy, nie do nich.
Wciąż niezaschłe na dłoniach i twarzy smugi czerwieni zbladły pod mocą kruszących się sufitów. Poczuła łaskotanie w nosie, ale zignorowała je, zostało wyparte przez spływające powoli uczucie ulgi. Widok powalonego psidwaczego syna na nowo wypełniał ją energią. Dwóch zablokowanych, dwóch najgorszych. Jeszcze chwilę temu przeczuwała, że zadepczą ją zaraz jak byle śmiecia zagubionego na portowych chodnikach.
Znikąd przybył sojusznik, w spódnicy, odmawiający obojętnego zerknięcia na dynamiczną scenkę. Jej obecność dała siłę. Pomogła otrząsnąć się z mglistego pojęcia, z tej skamieniałej pozy, która na złocistej tacy podawała im zbyt łatwe zwycięstwo. Przecież nie można zezwolić, by przeprowadzali w Parszywym własną wojnę. Nie w ten sposób. Niejedna burda wybuchała między łbami łatwymi do podgotowania, niejeden kielich pękał pod ciężkim butem i niejedno krzesło haratało czyjąś paszczę, ale zwykle po kilku warknięciach poddawali się i wracali do wysuszających się szybko szklanek. Podgłośniona morska ballada, widok powabnych tancerek na scenie albo świeże jadło wydostające się płynnie z kuchennych wrót potrafiły szybko przerwać niejedną zadymę. Prawie tak szybko jak tradycyjne interwencje barmanek, które stawały w roli trochę mamek piastujących w bidulu rozpasane maluchy. Tym razem problem wydawał się większy i najwyraźniej wymagał zastosowania specjalnych środków.
Różdżki nie próżnowały, łeb za łbem wykładał się na szorstkich podłogach, kiedy one podnosiły się, porzucając udręki. Złapana w sieć ryba szamotała się, powarkując złowrogo, jakby pasmo wyzwisk było na tyle ostre, aby tylko poprzecinać upierdliwe sznury na paszczy. Wokół nóg plątał się futerkowy zwierz, popiskując tajemniczym alfabetem, ale żaden z towarzyszy nie okazał mu zainteresowania. Pozostała dwójka spoglądała głupkowato, trochę podśmiewując się z bojowej odezwy poranionej barmanki. Opatrzona śladami ich agresji już nie wyglądała tak pięknie. Wewnątrz gromadziła jednak siły, które chyba lekceważyli. Dryblas w sieci stał się rybą i upadł, by tym razem swoimi błonami posuwać się po zbyt suchych przestrzeniach. Nie mógł zwiać, został pojmany przez dwie drobne kobiety, uwięziony tak samo jak fretka. Zjadły pierwsze i drugie danie, choć z początku wydawało się zbyt gorące i duże, aby dało się je tak po prostu przełknąć. Mocą niezbyt szerokiego ramienia podciągnęła kobietę do góry, posyłając jej strzępek usatysfakcjonowanego spojrzenia. Usta chętnie zatriumfowałyby.
- Nie takie spóźnione, tamta dwójka wciąż chce się bawić – powiedziała do nieznajomej, lekko brodą wskazując na pozostałych członków szczęśliwej ekipy, którzy chyba wreszcie otrzeźwieli. Zmierzali na nie, jakby to mogło jakkolwiek ich uratować. Podrapaną dłoń uniosła, ściskając przy tym różdżkę jeszcze mocniej. Odezwa rdzawych zawiasów w drzwiach wskazała, że goście nadciągają, a prawie w tej samej chwili z ust jednego z oprawców padły pierwsze sylaby okrutnego, czarnomagicznego zaklęcia. Nie wiedziała, co oznaczało, ale urokiem nie było na pewno. Wypowiedzieć inkantacji jednak nie zdążył, bo oto dopadło go stado gorylich głów, które wleciało głośno do wąskiego korytarzyka. Paru natychmiast wzięło za fraki gagatków i wyrzuciło ich na zbity pysk. Kolejny wdepnął we fretkę, a ta pisnęła przeraźliwie, demolując ich uszy głośną kakofonią. Ktoś się zajął zbójem zaplątanym w sieć, ktoś inny rozejrzał się i przeklął kilka razy, by później spojrzeć kontrolnie na dwie wybawione już z opresji damy. Bracia w porcie nie lubili, kiedy podnoszono rękę na ich kobiety i ich tawernę.
– To koniec –
mruknęła, znów z ulgą opierając się o ścianę. Oddychała przez chwilę w ciszy, odkrywając suchość w wargach. – Jakby ktoś nas wyjął z wojennego obrazka, nie? Piękne i tragiczne – skomentowała ich wygląd z nutą ironii. Stały w potrzaskanym otoczeniu, lepkie, ranne, połamane. Piekącymi ustami uśmiechnęła się do niej. – Chłopcy nie pozostawią na nich suchej nitki. Ich kara będzie gorsza od paru nocy w celi. Pożałują tego, że kiedykolwiek ośmielili się nas tknąć  – oznajmiała bojowo, choć prostowała plecy z wyraźnym trudem. Odruchowo przyłożyła dłoń pod biust, czując boleśnie przeskakujące wnętrze. – A ty wyruszyłaś mi na pomoc. To odważne. Dziękuję. Niewiele kobiet wskakuje do morza, wiedząc, że w środku pływają potwory – przyznała, robiąc tym razem dwa ostrożne kroki. – Po czymś takim przydałaby się szklanka rumu, albo dwie – Uniosła lekko brew i popatrzyła na nią zachęcająco. – Ale najpierw, powiedz, jesteś cała? Powinnyśmy coś z tym zrobić – Pogłaskała się lekko po pośladku, jakby chciała sprawdzić, czy wszystko tam pozostało na swoim miejscu. Później rozłożyła ramiona i popatrzyła po sobie, a potem na poturbowaną towarzyszkę.
Tak naprawdę ledwo stała na nogach i każde z wypowiedzianych słów bolało. Chyba nie było mowy o powrocie do pracy...
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Toalety [odnośnik]04.05.20 21:41
Swój status musiały wypracować. One - kobiety. Nadane im z góry role, wcale nie musiały być nieprzyjemne. Była matką, zajmowała się domem i upatrywała w tym dobro, którego nie zamieniłaby na nic w świecie. Kochała syna, odnajdowała się w perspektywie żony i z równą przyjemnością przyjmowała naturalne powinności. Ale. Było bardzo znaczące "ale". Nie umiała znieść skrajności. Spychania obowiązków na szczebel jedynej, możliwej wizji, jaka przysługiwać miała kobiecie. Była przecież czarownicą. Obdarzona mocną w równie intensywnym znamieniu, co mężczyźni. Nie była gorsza, ani lepsza, chociaż różna. I potrafiła pokazać, jak silna być potrafiła, chociaż siłą - znowu - różną, od tej męskiej. Wykorzystywała to, co uznawane za słabość. Nie musiała być głośna, nie potrzebowała bić się w pierwszej linii. Nie chciała nawet. Działała z całym dobrodziejstwem kobiecej natury. A widok kogoś, kto ów wizję wprowadzał w rzeczywistość był równie krzepiący.
Nie znała zbyt dobrze swej towarzyszki, a na tych kilka chwil, gdzie zostały rzucone pod nogi brutalnej siły. Dwie kukiełki, szarpane przez pulchne pięści i targane podłogową wilgocią i szkłem. Alkohol, niby piekąca w ranach oprawa, dodawał zdarzeniu nie tylko symbolicznej wyrazistości. Otoczone przez zgraję w zamierzeniu, skazane były na sromotną porażkę. Uległe przeważającej sile, słabe, upadłe. Ale żadna z nich nie chciała przyjąć wepchniętej siłą wizji. Miały własne. Może w pierwszych chwilach zamroczone, mniej skuteczne i fizycznie - słabsze. Nie zmieniało to prawdy. Ale - zmieniało rzeczywistość.
Nie miała zapamiętać parszywych pysków, które wykrzywiały się najpierw w szyderczym śmiechu, potem diametralnie zmieniając wyraz. To ból skrzeczał w stłumionym jęku, to niedowierzanie trzaskało w zaciskanych gniewnie zębach. Ślepia przestały je ścigać, zajęte próbą zrozumienia, dlaczego fortuna zakpiła sobie z ich pewności. Rozdanie kart, mimo parszywych kart, to dla dwóch drobnych kobiet miały być łaskawe. A gra toczyła się o wysoka stawkę. Straciły wystarczająco wiele, by postawić wszystko na kilka, ostatnich kart.
Nie mogła być naiwna. Dokowa rzeczywistość wcale nie była naiwna. Nie tak mroczna jak marginalne zakątki Nokturnu, ale wciąż stanowiło siedliszcze nielegalnych rozrywek, zbieranego brudu i niepisanego prawa - nie daj się zabić. Zaufanie było towarem luksusowym, ale jeśli już istniało, stanowiło niezbywalną zasadę. Tego - doświadczała w Parszywym i to ta strona, marynarskiej braci sprawiała, że czuła się w ich towarzystwie pewniej. Nie była obca. I przede wszystkim - znalazła się w zasięgu kobiecej dłoni, której stanowisko znaczyło w "parszywych" kręgach więcej.
Gdyby miała możliwość obejrzenia rozgrywającej się sceny, uznałaby całość za groteskę. Z jednej strony obleczona komiczną desperacją, z drugiej tragedią, która - miała przecież szansę zakończenia dramatem. Bardzo dla nich bolesnym. Ot - jedna z opowiadanych ku kobiecej przestrodze historii, a nawet szyderczo zwycięskiej w roli trofeów męskich opowieści. Miało jednak stać się inaczej. A piszczące, wciąż wiercące się na mokrej podłodze stworzenie, wierzgający pod siecią osiłek i półprzytomni towarzysze, kreślili stronice zupełnie nieoczekiwanej perspektywy.
Coś gorącego rozlało się w piersi Findlay, gdy usłyszała paskudnie brzmiącą inkantację. Czarna magia była jej obca na wielu płaszczyznach. I nie chciała z nią mieć do czynienia nigdy. Brzydziła się jej dźwiękiem, jakby sama werbalizacja miała ją naznaczyć spaczeniem. Palce drgnęły, zaciskając się mocniej na dłoni towarzyszki, ale ciemność nie zmiotła ich z nóg - Większość rozrywki przypadła nam w udziale - odpowiedziała czując, jak w głos wkradło się drżenie. Zmełła na jeżyku gorycz, kryjąc pulsującą w sercu emocję. I chociaż sama, ukryła prawdę błąkającą się jeszcze w źrenicach, to ciało drgnęło. Adrenalina jeszcze pompowała siłę, gdy z siłą bielących knykci ściskała różdżkę. I to nie wpadający ratunek oddał jej wstrzymany dech, a słowa tuż obok.
To koniec.
Nie opuściła różdżki, nadal kurczowo przytrzymywanej przez palce, ale plecy wsparła o trzeszczącą ścianę. Tętniąca doi tej pory adrenalina, zwolniła swój bieg i [pierwsze skrzypce, zaczął na powrót grać piekący ból i postępująca słabość. Wciągnęła mdłe powietrze przez usta, czując problemy z oddechem. Kapiącą krew jakoś bezwolnie oblizała z ust, kaszląc przy tym i jednocześnie próbując się krzywo uśmiechnąć - Zdecydowanie - przytaknęła - chociaż wolałabym, żeby mnie teraz nikt nie malował - podążyła za ironią, przymykając z namysłem powieki, jakby chciała ów obraz samej zapamiętać. Albo zapomnieć - Idealnie. Chyba dziś już nie byłabym chętna na powtórkę z takiej rozrywki - podniosła dłoń z różdżką i przetarła delikatnie piekące wargi. Spojrzenie zatrzymała na kobiecie poważniej - nie lubię chamskich potworów i lubię pływać - zamrugała i spróbowała się uśmiechnąć - Poza tym, w towarzystwie pływa się raźniej - sama nie miała szans. Ani jedna, ani druga - Czuję, że byłabym pijana po pierwszym łyku - przekręciła rękę i zsunęła ją na udo, nie dotykając jednak rozdarcia i przyklejonego do ciała materiału. Zerknęła w dół. Dopóki przynajmniej częściowo się nie zaleczy, nie miała szansy na powrót w animagicznej postaci, a ta była zdecydowanie dla niej bezpieczniejsza - Nie pogardzę pomocą. Obu nam się przyda. Macie tutaj kogoś biegłego?... - zawiesiła głos i chociaż nie miało to większego teraz sensu, założyła za ucho sklejone kosmki włosów. Bolała ją rozbita głowa, a upływ krwi i coraz liczniej piekące rany nie zachęcały do większego wysiłku. Ani myślenia.


As a child you would wait
And watch from far away
But you always knew that you'd be the one
That work while they all play

Veronica Findlay
Zawód : Szuka informacji
Wiek : 38
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Potrzeba wielkiego talentu i umiejętności, by ukryć swój talent i umiejętności
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11/65
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8274-veronica-findlay#240381 https://www.morsmordre.net/t8327-verito#240939 https://www.morsmordre.net/t8325-wiedzmie-sprawy#240935 https://www.morsmordre.net/f161-dolina-godryka-17 https://www.morsmordre.net/t8330-skrytka-bankowa-1990#241107 https://www.morsmordre.net/t8326-veronica-findlay#240930
Re: Toalety [odnośnik]14.05.20 11:20
Rozgrzane odpowiednią emocją ciało zaczynało gubić dotąd wyraźnie oznaczone ograniczenia. Były namaszczone. Namaszczone przerysowanymi słabościami, w obcych oczach mocno określone i niemądre. Czas pozwolił wypracować pewne zasady, oswoić, nauczyć, że czysta siła wcale nie jest potęgą, jeśli osamotniona krąży po sprytnym świecie. To nie mięśni należało się bać najbardziej – to pierwsza zasada, którą trzeba zapamiętać. Tym razem nie miała ochoty na długie, żarliwe tłumaczenie zakutym pałom, co takiego robią źle. Myśleli, że są panami sytuacji, że płeć warunkuje zwycięstwo. Czy właśnie tak? Chociaż przeciwnik to przeciwnik. Starcia z kobietami przeżyła również, te okazały się nawet bardziej ekscytujące, bo wymagały wybrania sposobu, dopasowania narzędzia i języka. Źródła agresji pozostawały jednak bliskie. Demoniczne oczy rwały się do przodu, zakładając jedynie pomyślny scenariusz dla furiackich działań. One dwie, wpędzone w sam środek wichury, ubijały wroga jednostka po jednostce, bez planu, w jakimś zabawnym tańcu, bez połączonej pokrewieństwem dusz myśli – w rodzącym się nagle porozumieniu. Ono działo. Przełamywały niewygodny, ból i obtłuczenia pokrzywdzonych kończyn. Znajdowały się w miejscu, które stało po ich stronie. Philippa wiedziała, jak trzeba postąpić, choć cały spektakl przypominał opowiastkę dla nieznośnych smyków. Tego we fretkę, ten się poślizgnie, a tamten wpadnie jak ryba w sieć. Powinni być bardziej czujni, kobiety z doków znały morskie sztuczki. Nie były tylko popychadłami, usłużnymi gospodyniami w kiecce poplamionej tłuszczem. Nigdy nie lubiła tych łat. Ohydnie przyczepiano jej takie do ramion, a przecież czuła, że właśnie skojarzenie z żonką jest jej najbardziej odległe. Nigdy w życiu. Ale rozważania tutejszych bywały bardzo proste, płynęły wąskim korytem, śmierdziały fizjologicznym smrodem, a w końcu wpadały do Tamizy. I taki los zaraz miał spotkać ich.
Naprawdę próbowali jeszcze chojraczyć na jej terenie? Jeszcze chwila, a zgniecie ich łapa własnej głupoty. Nie wrócą tu więcej, a kiedy kurtyna opadnie, kiedy zatrzyma się ostatnia noga tancerki, oni poczują jeszcze głębiej oddech tej porażki, cuchnący, wstydliwy i nie do wytrzymania. Fantazjowała już o ich chwalebnym odejściu, o widokach, w których banda durnych łapserdaków zostaje wyrzucona brutalnie na zabłoconą uliczkę. Ciekawe czy wiedzieli, jakie cholerstwa błądzą dziś między kamienicami. Popatrzyłaby z przyjemnością, jak zbudzony złą magią inferius dziwki, którą miesiąc temu bałamucili, pożera ich ze smakiem. Jeszcze chwila, a zaleje ich morze hańbiących fal. Upokorzeni wpełzną znów do swoich nor i może odechce im się powrotów. Chociaż akurat na to nie liczyła. Oni byli jak szczury. Powracali szybko, z chwilą, gdy kieszenie przestawały brzęczeć monetami, a intryga dogasała w brudnym kominie. Nie zamierzała koronować tych łbów, oznaczać ich jako tych najpodlejszych. W końcu i tak się doigrają. Nie byli pierwsi i z pewnością wielu po nich spróbuje przyczepić się do jej nóg. Po ostatnim refrenie przyszedł czas na nowy utwór.
Zawiedli. Zapach alkoholu z ich ubrań się ulotni, głaskanie szkła się zagoi. Szczerbate uśmiechy podstarzałych rekinów angielskich zaczną wiwatować. Te, które miały wyjść upodlone, staną się bohaterkami. Philippa strzegła tego miejsca jak lwica, ale lubiła nosić diadem, przyjemny triumf rozlewał się po jej ustach. Rozpędzone jak maszyna serce pozostawało jeszcze długo czujne. Ból nie docierał, uczucia spychały go na drugi plan, przestawał mieć znaczenie. Wróg zawinięty w kajdany przyjaciół znikał z oczu. Nie musiały się już niczego obawiać. Na języku wciąż gościł krwisty posmak, ale deszcz powodzenia zmywał go dość skutecznie. Po wszystkim. Tawerna mogła znów wrócić do śpiewnego porządku dnia. Z kuchni wypłynie gęsty zapach smażonej ryby, a szuranie krzeseł obije się o ich uszy. Ustanie łomot tamtego dramatu.
– Mogłabyś być bohaterką – stwierdziła, zatrzymując spojrzenie na którymś obrazie. – Tutaj lubi się kobiety na obrazach. Kobiety syreny, kobiety opiekujące się zagubionymi statkami, kobiety jako te, do których zawsze się wraca. Ale pogromczyni piratów? Niech się boją i nigdy więcej nie wracają – mruknęła na koniec z jadem. – Trzeba przyznać, że ta akcja wyszła nam całkiem nieźle – podsumowała rozbawiona, choć wcale nie było im do śmiechu, kiedy walczyły z groźbą kilku wielkich krakenów. – Pływanie to dobra umiejętność, ale oni chyba powinni poćwiczyć – rzuciła, podążając wzrokiem do drzwi, a potem tylko westchnęła pod nosem, bo widok tego pobojowiska wcale nie zachęcał. Gorzej już bywało, ale nie pamiętała, kiedy ostatnim razem oberwała aż tak. Gdzie, na sto tysięcy psidwaków, był Fred? Czuła, że musi włożyć jeszcze więcej energii w kolejne treningi. Nie tylko te magiczne. Taka akcja nie mogła się więcej powtórzyć. Ze złością patrzyła na ich dwa poharatane ciała. Szkoda. – Nie dowiesz się, jak nie spróbujesz. Kiedy ja nalewam, to bardzo prawdopodobne… – dorzuciła, uśmiechając się raczej niecnie. Jedyni dostawali szlam pachnący wódką, a inni wódkę, w której próżno szukać czegoś więcej.
– Nasz człowiek zniknął, ale wiem, gdzie szukać innego – odparła, odbijając się od tych ścian. Kroki były powolne, trochę niezgrane, ale udało jej się zaprowadzić gościa do bardziej… intymnego zakątka. – Poślę po odpowiednią osobę. Chyba nie chciałabym, by ktokolwiek więcej ujrzał mnie w tym stanie. Zapłaciłyśmy za nieustępliwość, ale przynajmniej zniknęli stąd szybko. Jak ci na imię? – podpytała, pozwalając się rozsiąść się gdzieś w suchym kącie zaplecza. Chciałaby wiedzieć, kim jest kobieta, która potrafi machać różdżką i nie płoszy się na widok wielkiej małpy. Wystarczyło imię, zewsząd napływali różni ludzie, targając często okrutne historie. Nie zamierzała dowiadywać się, gdzie leży źródło tej waleczności, skąd zapas odwagi i przemyślane działanie.
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Toalety [odnośnik]06.06.20 0:22
Nie miała żadnego, utkanego misternie planu. Działała pod wpływem impulsu w prozaice bólu, korzystając z chwili, która rzuciła jej w twarz uderzeniem. A to, wytrącało z głowy wszelkie głębsze przemyślenia, czy próby wymyślenia czegoś bardziej skomplikowanego ponad naturalne odruchy. Instynktownie chwytając możliwości, jakie - w tak ograniczonych okolicznościach manewru - otrzymała. A dokładniej - otrzymały, bo oto stała się nieoczekiwaną towarzyszką w wyrządzonej krzywdzie. A działanie wcale nie było proste, ani oczywiste.
Nie było bajki, ani magicznego zatrzymania czasu, dając chwalebny moment tym krzywdzonym. Nie było niczego takiego, a jedyne co miały, to własną determinację i kilka sztuczek, których zadaniem nie było pokonanie wroga, a wyrwanie się z brutalnego kręgu, niby klatki, w jakiej kilku dokowych osiłków próbowało je zagnać. Czy to przypadkiem miały stać się ich trofeum - nieważne. Żadna z nich takim być nie chciała, a oślinione piwem mordy i rechotliwe głosy wznoszące się ponad lepką od parującego alkoholu podłogę, wzbudzały tylko złość. I zakamuflowany dudniącą pod skórą adrenaliną - strach. Nie było w tym chwały. Nawet bohaterstwa, a próba przetrwania i to walczyła Findlay. Na szali stało coś więcej niż dwa życia, chociaż znając realia rzeczywistości, nie trudno byłoby się domyślić, gdzie wylądowałyby dwie pobite kobiety. I coś gorszego, co oferował im nie tylko dokowy rynsztok, a upodlona rządzą, męska natura.
Walka, jeśli tak można było nazwać toczone w toaletowych oparach stracie, dobiegała końca. Nie było ringu i nokautów. Rozgrzani bitką marynarze nie grali uczciwie, nie było zasad, których ktokolwiek chciał przestrzegać. To odsiecz, która wdarła się z sali, dzielnie taranując wejście do kibli. I to silne pięści ochroniarzy powaliły rządnych zdobyczy osiłków. Ale Findlay nie obchodziły już rozpaczliwe piski mięśniowego tłuściocha, którego forma wracała do ludzkiej. Nie chciała patrzyć na wijące się w pół-rybiej postaci cielsko, wplątane w sieci. Trzeszcząca pod naporem kroków podłoga wydawała się nawet mniej lepka i śliska, chociaż alkoholowa woń dodawała wrażeń. Liczył się płytki oddech, bielące się knykcie dłoni zaciśniętej na różdżce i wdzierający się w nozdrza zapach krwi. Veronica zawsze spodziewała się niespodziewanego, ale sytuacja wymknęła się spod kontroli, całkowicie ignorując założenia wieczoru. A tym - miała być prosta informacja, kilka brzęczących monet suniętych po blacie stolika i powrót do mieszkania. A nic podobnego nie ziściło się w planowanym scenariuszu wieczoru.
Nie narzekała jednak. W zamian otrzymała coś innego być może - bardziej wartościowego i rokującego na przyszłość profitami. Bynajmniej nie pieniężnymi.
Skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie czuła satysfakcji, gdy wyniesiono cielska marynarzy. Oparta o ścianę, potrafiła jednak podążyć za głosem towarzyszki - Nie sądzę - usta wykrzywiły się lekko, początkowo w uśmiechu, ale piekący ból i posmak szkarłatu na języku, zmienił grymas w mniej wesoły - będziesz się lepiej prezentować na tych obrazach i w opowieściach - oblizała wargi, przecierając delikatnie kącik. W myślach pojawiła się nawet wizja, by oprawcy bardziej zapamiętali lekcję, ale odrzuciła ją równie szybko. Bawienie się w dokowego mściciela było bezcelowe. Na miejsce jednych znajdą się kolejni chętni na nieczyste rozgrywki. A ci ostatni - wystarczająco dosadne ostrzeżenie otrzymali od Parszywych ochroniarzy - zgodzę się. Tym bardziej, że zdziałane bez żadnego planu - improwizacja podobno była bardzo kobiecą dziedziną. Kiwnęła niemo głową, nie kontynuując już odpowiedzi. Czuła się paskudnie zmęczona i tylko siłą woli utrzymywała nogi przed drżeniem - Zapamiętam sobie - dodała, odbierając spojrzenie czarownicy z podobnym wyrazem. Co prawda Findlay nie kłamała co do upojenia, miała raczej słabą głowę, ale było coś w uśmiechu kobiety, że chciał się sprawdzić jej możliwości. Może nie na sobie, ale kilku kandydatów by znalazła.
- Dobrze - zgodziła się, podążając za czarownicą w równie powolnym kroku. Zachowała czujność przechodząc przez kolejne przestrzenie by z większa ulgą zająć oferowane miejsce - Ja też, a na pewno nie wędrując ulicą - ranny czarodziej, w dodatku kobieta, to wręcz oferta (ofiara) dla ciemniejszej strony doków. Nie była pewna, czy zdążyłaby choćby kichnąć, nim ktoś nie potraktowałby jej rynsztokiem, lub stojącą wodą w dokach - Miło mi poznać, Vivianne - dygnęła nawet lekko, odrobinę prześmiewczo i właściwie nawet nie skłamała. Było to jej drugie imię, niby przyklejona tożsamość i to pod nim znało ją większość znanego jej światka. Traktowała je zamiennie wg potrzeb. I nawet brat Philippy - chociaż o pokrewieństwie nie miała pojęcia - znał ją pod podanym imieniem - a Ty? - zakończyła gładko, nieco wnikliwej przyglądając się zmęczonej twarzy, chociaż o bardzo urokliwej urodzie. Nie każda była w stanie podjąć się walki. Tym bardziej w przewadze mięsistych pięści.


As a child you would wait
And watch from far away
But you always knew that you'd be the one
That work while they all play

Veronica Findlay
Zawód : Szuka informacji
Wiek : 38
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Potrzeba wielkiego talentu i umiejętności, by ukryć swój talent i umiejętności
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11/65
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8274-veronica-findlay#240381 https://www.morsmordre.net/t8327-verito#240939 https://www.morsmordre.net/t8325-wiedzmie-sprawy#240935 https://www.morsmordre.net/f161-dolina-godryka-17 https://www.morsmordre.net/t8330-skrytka-bankowa-1990#241107 https://www.morsmordre.net/t8326-veronica-findlay#240930
Re: Toalety [odnośnik]11.06.20 20:58
Podlotki, cwane szczury, trzeciorzędne łajdaki, które nie zasługiwały na nazywanie ich marynarzami. Tyle do powiedzenia miała Philippa. Już jakiś czas temu oduczyła się rozróżniać tanich spryciarzy od chłopców niesionych duchem prawdziwej morskiej fali. Kombinatorów to tutaj nie brakowało, palcem mogłaby pokazywać cielska, które miały swoje za uszami, ale nawet wielcy brutale przestrzegali pewnych parszywych zasad. Tamci niszczyli dom, który im sprzyjał, bezwstydnie deptali niepisane świętości. Więcej już nie potrzebowała wiedzieć. Ani ona ani potok ciekawskich paszczy, który szybko przelał się przez szparę. Tamtego dnia miały szczęście. Rany nie przestawały piec, kiedy nieprzyjacielskie oko porzuciło misję wściekłego podglądania, ale to nic. Nad nimi można było zapanować. Opadły tumany kurzu, korniki zaczynały liczyć swoje ofiary, próbowały wyławiać braci ze strumieni wódki i krwi, a morskie stwory z obrazów wyjrzały śmielej zza wraku wielkiej łajby. Po wszystkim. Na nowo zaczynała odczuwać zaduch, obrzydliwe opary z kibla, chropowatość drewnianych ścian i podłóg w niezbyt szerokim przesmyku. Dzień jak co dzień, prawda? A właśnie, że nie, bo zadymy rzadko kiedy kończyły się dla niej aż tak krwawo. Wyjątkowo niesmaczna była ta myśl. Właśnie dlatego należało szybko stąd zniknąć, zagoić podrapane kończyny i zaraz znów pośpiewać z chłopcami morskie przeboje. Albo wyjść stąd i mieć gdzieś cały ten parszywy burdel, cuchnące doki i zawszonych marynarzyków od siedmiu boleści. Chyba mimo wszystko lubiła za bardzo – ten klimat, ten syf i tych szczerbatych bohaterów. Poznała nieliczne rzeczywistości, ale jedne z najbardziej brutalnych. Przez to mało krzywych spraw potrafiło faktycznie zrobić na niej wrażenie, poruszyć, skrzywdzić, wstrząsnąć. Nie minęło pięć minut, a ona już myślała o rumie i obrazach, choć ból nie mijał. Nie zmniejszył go powiew ulgi, uczucie ekscytującego triumfu.
Zaśmiała się, choć zaraz pożałowała. Poruszona klatka piersiowa nagle przypomniała sobie, że jest poobijana. Cholera. – Ja? Mnie mają na co dzień, mnie już nie chcą oglądać. Ile można? No, prawie – stwierdziła rozbawiona. – Ale ty to co innego. Odmiana, silna i tajemnicza. Niejeden by się skusił, niejeden wspomniałoby o tej legendzie – kontynuowała wizję, w której waleczna podobizna kobiety zdobiła niezbyt eleganckie ściany pewnej tawerny. – Szczególnie tu, szczególnie teraz ludzie wolą opowiadać sobie takie historie. Łatwo rozbudzić ich fantazję, łatwo dać im nadzieję. Niektórzy przyłażą z historiami o wiele gorszymi od scenki sprzed paru minut – mówiła z namiastką jakiejś takiej nostalgii. Polewała alkohol setkom ludzkich koszmarów, wycierała morza łez, podnosiła udręczone tyłki ze stołków i wyrzucała z lokalu, gdy nadeszła pora, by pozwolić im odejść. Zanim rum zwiąże zbyt trwale z miejscem niekończącej się fontanny zapomnienia, zanim wypali resztki trzeźwości i zanim wykradnie moce, dzięki którym człowiek jeszcze mógł przetrwać.
- Nie pozwoliłabym, byś wyszła stąd w tak marnym stanie – oświadczyła, kiedy mogły już odetchnąć w pracowniczym pomieszczeniu. Wyglądało tak nędznie jak pozostałe części tego lokalu, ale przynajmniej nie waliło starym moczem i nie wołało pijanym piratem. Dość cicho, jedynie te stłumione fale zabawy z najdłuższej ławy, ledwie pojedyncze trzaski pokryw od wielkich garów z kuchni. Może pachniało przypalonym tłuszczem. Tu jednak otrzymały cenną chwilę dla siebie, dla odkopania się z zasychających powłok krwi i przylepionych do ramion brudów. – Vivianne… nieźle, spodobałoby się chłopcom – skwitowała cmoknięciem, jakby właśnie odkryła jej arystokratyczny przydomek. Komentarz jednak nie miał tyle polotu co sam ton już mniej pokaleczonego głosu. Podeszła do zlewu i zmoczyła lodowatą wodą kawałek nie takiej czarnej ściery. Podała jej szmatę, wyobrażając sobie, jak bardzo chciała się teraz pozbyć z ciała tego cholerstwa. – Philippa – odpowiedziała, charakterystycznie pieszcząc każdą głoskę. Nie bawiła się w kamuflaże i fałszywe nazwiska. Tutaj się nie bała, choć może powinna w końcu zacząć się bać, zamknąć buzię i nabrać pokory, bo w dokach, w Londynie coraz trudniej było przetrwać. Zdecydowanie bardziej wolała jednak bunt od grzecznego potakiwania.
Wyszorowała lodowatą wodą ręce i naskrobała szybki liścik. Przekazała go dość wytarganej przez los sowie. Zwierzę nie wyglądało na pewnego posłańca, ale Moss wiedziała, że ten druh nie zawiedzie. Sowa Keata tylko czasem błądziła gdzieś na szlaku. Ptaszysko zostało wysłane do pewnej czarownicy, która mogła, choć wcale nie musiała pomóc. Oby jednak zgodziła się uleczyć rany dwóch śmiesznych bohaterek. Odwróciła się do Vivianne, przeszła parę kroków, wręczając jej przy okazji szklankę wody. Cokolwiek miała teraz w ustach, chciała to na pewno wypłukać. – Co właściwie tutaj robiłaś? Wpadłaś na herbatkę? – podpytała zaciekawiona, przysiadając na stołku niedaleko niej. Wygięte ciało zabolało znów. Syknęła, ale nie chciała płakać jak byle… sierota.
W dość brutalnych okolicznościach przyszło jej poznać niezwykle silną kobietę, która wyciągnęła dłoń do Pasażerowej rodziny. Philippa czuła, że powinna się nią zaopiekować. Nawet jeśli miały sie już nigdy więcej nie zobaczyć...

zt
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Toalety [odnośnik]23.07.20 20:45
Nie należała do tych, które bez potrzeby prowokowały los do interwencji. Kalkulowała możliwe konsekwencje, skupiając się na osiągnięciu celu, nie potrzebując do tego bezpośredniej konfrontacji. Zbyt wiele lat pracowała w cieniu, nie tylko tych ulicznych korytarzy, ale symbolicznie, działając z ukrycia. Znała swoje mocne strony, wykorzystując i słabości, właściwie - w razie konieczności, korzystając z każdej możliwości na przechylenie szali na swoja korzyść. Czasem wymagało to cierpliwości i patrzenia czysto perspektywicznego, i chociaż wielokrotnie emocja burzyła jej krew, lata pracy pozwoliły ukryć je pod maską pozorów. Czasem jednak, los sam zaglądał w jej sprawy, przesuwając pionki na zaplanowanej przez nią tablicy. Zmuszając do reakcji bardziej bezpośredniej, nie pozwalając zasnuć się cieniem. I aktualny wieczór, początkowo zapowiadający zwykłą wymianę informacji, przerodził się w walkę w najczystszą, bo bezpośrednią walkę.
Fizycznie nie nadawała się do długotrwałej potyczki, dlatego taktyka w w wypadku drobnej kobiety, było jak najszybsze zakończenie starcia. A mając u boku równie filigranową istotę, nieoczekiwaną sojuszniczkę, stanęła przez prawdziwym wyzwaniem. Mocno siłowym z przewagą, zdecydowanie nie na swoją korzyść. A mimo to, przeciwnicy podzielili los styranej czasem podłogi, a ona, wraz z towarzyszką, chociaż ranne, stały na chwiejnych nogach. Zwycięsko. Niewiele było w tym chwały, ale drżące od opadających emocji i smaku krwi - usta, na moment drgnęły w uśmiechu. Okupione paskudnym bólem i wracającym do zmysłów, skumulowanych wrażeń. Mdłe zapachy, skręcały żołądek i chwilami Veronica miała wrażenie, że wystarczy bardziej gwałtowny ruch, a zwróci zawartość żołądka. Miała zapamiętać na długo dokowa lekcję, która otrzymała. Niezależnie od umiejętności, doświadczenia i znajomości - zawsze znajdzie się chojrak, który wystawi jej szczęście na próbę. I nawet nie myślała, ze własnie te słowa, będą się w przyszłości spełniać jeszcze wyraźniej.
Przetarła skroń i wolno oblizała wargi, smakując na nowo krzepnącego szkarłatu. Zazwyczaj, przyzwyczajona była do pracy bez wsparcia. Tam, gdzie potrzebna była cicha infiltracja, grupa nie nadawała się do wykorzystania. Ale obecność nieznajomej była w jakiś sposób mocno krzepiąca, niezależnie od źródeł zakończonej bójki - bo tym ostatecznie ich starcie było - Tyle we mnie tajemnicy, ile wyobraźni w pijanych głowach - zakpiła i zawtórowała rozbawieniem, zakończonym grymasem bólu. Nie widziała siebie, jako bohaterki opowieści, nie ze względu na fałszywą skromność, chociaż tak mogłaby brzmieć. Wolała nie przyciągać niepotrzebnie i tak nadszarpniętej uwagi. A pijackie wizje pokonanych osiłków, prawdopodobnie i tak zepchną porażkę w cień zamglonych umysłów. Jeśli już miała zostać zapamiętana, lepiej by pozostała nienazwanym cieniem. Nieco dłużej przytrzymała spojrzenie spod półprzymkniętych powiek, gdy Philippa mówiła dalej. Chciałaby powiedzieć, że nadzieja, matką głupców, ale jakoś sama nie potrafiła z czystym sumieniem zgodzić się z tym stwierdzeniem - Niech mówią co chcą, ale nie lubię być w centrum - skwitowała, nadając tonowi chwilowej powagi. Chwile potem, uwagę skierowała gdzieś na podłogę, rysując niewidzialne ślady potyczki. Zdecydowanie powinna wyciągnąć lekcję, przygotować się na przyszłość w skutecznym pokonywaniu wypływających nieoczekiwanie komplikacji.
- Jestem wdzięczna - zajęła wskazane miejsce ostrożnie, gdy w końcu znalazły się daleko poza ciekawskimi spojrzeniami - tym bardziej, że nie każdy by się na to pokusił - nie była naiwna. Częściej spotykała się z jawną obojętnością, a właściwie - strachem, który kazał trzymać się z dala kłopotów. Ona - była dziś ich swoistym synonimem. Niezależnie od kontekstu - Wystarczy Viv - rozpogodziła oblicze, rozluźniając spięte mięśnie i nadając krótkiemu przedstawieniu bardziej słyszalnego, francuskiego akcentu. Niemal przyzwyczaiła się do drugiej tożsamości oraz imienia, którym posługiwała się równie często, co prawdziwym. Przychodziło jej naturalnie opowiadanie o kimś, kim nie była, ale wbrew pozorom, nie chciała towarzyszce mieszać w głowie. Być może jeszcze miały się spotkać.
Przejęła wodę z niemym skinieniem, rzeczywiście mocząc wargi i wlewając na język płyn, który był w stanie wypłukać chociaż część metalicznego posmaku krwi i mdłego zapachu... czegoś zupełnie innego. Podniosła wzrok na czarownicę, gdy padło proste pytanie - Nikt by nie uwierzył, że przyszłam na herbatkę - zaśmiała się, tym razem dając swej towarzyszce  - Szukałam informacji - i w tym wypadku, nie skłamała. To, że informator ją wystawił, było zupełnie inna kwestią. Niedokończoną, którą zająć się miała w niedługim czasie. Na dziś, miała już zupełnie inne plany.

| zt


As a child you would wait
And watch from far away
But you always knew that you'd be the one
That work while they all play

Veronica Findlay
Zawód : Szuka informacji
Wiek : 38
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Potrzeba wielkiego talentu i umiejętności, by ukryć swój talent i umiejętności
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11/65
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8274-veronica-findlay#240381 https://www.morsmordre.net/t8327-verito#240939 https://www.morsmordre.net/t8325-wiedzmie-sprawy#240935 https://www.morsmordre.net/f161-dolina-godryka-17 https://www.morsmordre.net/t8330-skrytka-bankowa-1990#241107 https://www.morsmordre.net/t8326-veronica-findlay#240930
Re: Toalety [odnośnik]06.12.20 17:40
|wieczór, 15 sierpnia '57|

Zdecydowanie nie był to dzień fortunny, a przynajmniej na takowy się nie zapowiadał. Jeden z umówionych dostawców nie pojawił się na czas, a znaczne świsty różdżek za rogiem podsuwały jasne obrazy biegu najczarniejszych z możliwych wydarzeń. Przegoniony myślą spotkania niepożądanych czarodziejów zniknął, zanim ktoś wycharczał w bólu jego imię.
Nogi same kierowały go przed siebie, starając się uniknąć choćby najmniejszego kontaktu z kimkolwiek. Ponury wzrok jego przyciemnionych przez otoczenie oczu nie zachęcał do rozmowy, wręcz przeciwnie. Dawno już Weasley nie był tak mocno świadom własnej samotności i zwyczajnej pustki, którą tak usilnie starał się zasłonić dobrym jedzeniem przeplatanym przez krwawe jatki. Chciał w końcu spotkać się z rodziną, tylko przez cały ten czas pozostawało jedno z najważniejszych pytań...gdzie, jak i kiedy?
Zanim zdążył się zorientować, już otwierał drzwi do Parszywego Pasażera, bezpośrednio kierując się w stronę toalety. Wiedział, że prawdopodobieństwo spotkania się ze znajomą facjatą było wysokie, jednak mimo wszystko musiał na chwilę odetchnąć od nadmiaru stresu całego dnia. Nie była to wina jedynie fiaska spotkania dostawcy, było to ogólne poczucie samotności, które doskwierało mu już od dosyć dawna, nie dając spokojnie spać po nocy. Po raz kolejny przywołał listy gończe z najbardziej pożądanymi personami.
Z wąskich ust wydobył się głośny świst wydychanego powietrza.
Dwóch bliskich mu Anthonych i każdy równie mocno szkalowany. Regi zwyczajnie bał się, co stało się z jego siostrą i kiedy kumulacja wszystkich odczuć z tym związana zaczęła powoli dawać ujście w jego mocno zaciśniętej pięści, usłyszał skrzypnięcie drzwi toaletowych. Nie opanowując swojej złości, rzucił ostrym spojrzeniem na mało urodziwą damę, która otworzyła ziejące nieświeżością pomieszczenie toaletowe. Mimo odruchu wymiotnego było to miejsce, którego Weasley najbardziej potrzebował.
Nieco zbyt rozemocjonowany wszedł do śmierdzącej jamy, zamykając za sobą drzwi.
Wystarczyło mu jedno spojrzenie w lustro, żeby ponownie wrócić do swojego rudego wąsa i burzy nieskoordynowanych loków. Patrząc w swoje odbicie, starał się uspokoić gonitwę czarnych myśli związanych z ewentualnymi przykrościami, które mogły stać się jego siostrze. Przez cały ten czas obecności w Londynie zarzucał sobie brak prób odnalezienia jej, co teraz zdawało się jego jedyną obsesją, a nawet sposobem na przeżycie. Cóż było lepszym powodem na przetrwanie kolejnego dnia, jeśli nie uporczywa potrzeba spotkania tych, których się kocha?
Zimny chlust wody na twarz przywrócił rudzielca do śmierdzącego wychodka. Nie było to miejsce, a tym bardziej czas na rozczulające myśli. Musiał działać, a skoro ten dzień jeszcze nie był skończony, być może należało dowiedzieć się, co zatrzymało szanownego dostawcę i jego Złotą Rybkę.
Wcielanie się w znajomą twarz, której historia była ściśle powiązana z Londyńskimi dokami zazwyczaj było dosyć prostym wyzwaniem. Z czasem Weasley zaczynał łapać się na swojej dwubiegunowości myśli, które pierwotnie krzyczały z oburzenia, żeby potem przemienić się w niemą irytację. Dobrze wiedział, że chcąc przetrwać, musiał robić rzeczy, na które wcale nie miał ochoty. Dilerka była jedną z nich.
Bez zbędnego przedłużania swojego pobytu w coraz to bardziej dającym o sobie znać smrodzie z ubikacji, przymknął oczy, ponownie przywołując obraz nieco bardziej barczystego i wyższego mężczyzny, który był nieodłącznym towarzyszem płaszcza, w którym rudowłosy Weasley wyglądał co najmniej niczym młodszy, wysuszony, zatapiający się w barkach brat.

|Rzut na przemianę w postać Jeremiego - pozytywna przemiana = przedział kostek 61-70
+30 genetyka
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 25
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Toalety [odnośnik]06.12.20 17:40
The member 'Regi Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 2
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Toalety - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Toalety [odnośnik]06.12.20 18:24
Z lekkim szokiem otworzył oczy, żeby przyjrzeć się swojej rudowłosej facjacie. Broda, wąsy, brwi, rzęsy, a nawet same włosy nie przemieniły choćby swojej barwy, a co dopiero kształtu. Chyba nieco zbyt roztrzęsiony ciągłymi wspomnieniami bliskich sobie osób z przeszłości, nie potrafił skupić się na tyle, żeby zmusić własne ciało do deformacji...ale czy aby na pewno?
- Regi, ogarnij się chłopie. - mruknął do własnego odbicia, łapiąc za boki umywalki. Brud nie był mu obcy, a tym bardziej obrzydliwy, kiedy zdarzało mu się wpadać do kanałów w celu wymknięcia się poza granice Londynu. Parszywy Pasażer czasem był naprawdę małym zawodnikiem w stosunku do innych, nieco mniej codziennych lokacji. Bez wzdrygnięcia się przybliżył twarz do lekko pękniętego szkła, ponownie skupiając się na bardziej kanciastej gębie z czarnymi włosami i zdecydowanie zbyt licho bogatym uzębieniem. Przecież nie mógł tak po prostu się poddać przy pierwszym podejściu!
W pełni świadom swojego położenia zmarszczył brwi w niemałym poczuciu trwogi. - Dasz radę gościu, dasz radę. - zapewnił sam siebie, starając się wdychać możliwie jak najmniej z produkującej się fauny, a może i nawet flory toaletowej.

| To samo co w pierwszym poście.
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 25
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Toalety [odnośnik]06.12.20 18:24
The member 'Regi Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 32
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Toalety - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Toalety [odnośnik]06.12.20 18:46
Powoli szczęka zaczęła się poszerzać, a rysy nieco bardziej zaznaczać ostre kąty szczęki i kości paliczkowych. Włosy momentalnie skróciły się, powoli tworząc dwa głębokie zakola ciągnące się od stosunkowo wysokiego czoła, na które nieco oklapło kilka rzadkich, skręconych, przydługawych kruczoczarnych włosów ze środka głowy. Uszy lekko jakby nastroszyły się, uwolnione od ciężaru rudych włosów, po których zniknął choćby najmniejszy ślad.
Zarówno szyja, jak i cała sylwetka nabrała nieco więcej masywności, która z wydatnych boczków, przeniosła się w ramiona i klatkę piersiową, w pełni wypełniając dobrze dopasowany strój. Długi płaszcz pomimo znikomej różnicy wzrostu pomiędzy dwoma sylwetkami zdawał się nieco urosnąć w bardziej postawnej budowie ciemnowłosego jegomościa.
Obserwując zachodzące zmiany przed lustrem, potrzebował jednej, nieodłącznej części całego swojego pseudo wizerunku, a był to oczywiście kilkudniowy, niby nieschludny, choć systematycznie przycinany, zarost. Bez zbędnych aplauzów zaszczycił swoje odbicie parszywym uśmiechem, w którym brakowało niejednego zęba, a kilka pozostałych wręcz biło po oczach czernią zepsucia. Wraz z nową twarzą wyrzucił wszystkie myśli i wspomnienia związane z Weasley'owskimi troskami. Nie było to miejsce, a tym bardziej czas na takie wspominki, wieczór był jeszcze młody!
Gotów dowiedzieć się, co tym razem stało się na ulicach Londyńskich doków, wyszedł z toalety, niby to przypadkiem pociągając barkiem przy przejściu jakieś męskie chuchro. W końcu jakoś musiał utrzymywać reputację gbura.

| kosteczka 32 + genetyka 30 = 62 ✓
zt.


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 25
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Toalety [odnośnik]09.01.21 16:58
21 lipca 1957 r.
Pierwszy dzień roboty w Parszywym to nawet ciekawy był. Najpierw Hagrid wstał lewą nogą, a potem obił się łbem o sufit, bo ten to za niski był. We własne szczęście to nie mógł uwierzyć. Nie dość, że w Londynie był i na wojenkę mógł iść, to jeszcze sobie roboty w takim ładnym lokalu jak Parszywy dorwał. Oczywiście gdyby nie Frances to by nic z tego nie było. Ledwo by tam wlazł i by pewnie pod most poszedł spać, po targach jabłka kradł i tyle. Los się uśmiechnął nawet i teraz mógł się w ładnym, choć trochę przymałym, łóżeczku wyspać. W Parszywym nie działo się za wiele, tak na pierwszy rzut oka, ale pojawienie się tam półolbrzyma, schodzącego z góry prosto na salę, wywołało te wszystkie ochy i ojeje. Paru czarodziejów skuliło łeb, jeden odwrócił szybko wzrok, a reszta patrzyła nie wiedząc czy zareagować różdżkami czy nie. Hagrid kiwnął im wszystkim głową, do ochrony miał być, a nie do straszenia klientów. Pewnie trochę minie zanim się do tego widoku przyzwyczają, ale Pani Boyle wydawała się bardzo zadowolona jak go wczoraj zatrudniała. Jednym ruchem tamtych dwóch, co się tłukli na środku lokalu, oddzielił i uspokoił. Trudne to nie było, posturę Hagrid miał taką, że czasem wystarczyło by głośniej z nogi na nogę przestąpił, i już po sprawie.
W barze działo się tak jak to w barze. Pijani kolesie przysypiali na stołach, panie ubrane w jakieś bardzo krótkie spódniczki się do nich migdaliły, ledwo popołudnie było, ale Ci marynarze co ze statków zeszli to nie zwracali uwagi czy słoneczko świeciło czy nie. Pili jak równy z równym dopóki oczywiście któryś nie postanowił rozruszać towarzystwa i akurat nie rzucił kuflem przez pół sali. Teraz wydawało się jednak być nawet spokojnie. Śmiechy i śpiewy trwały w najlepsze, a Rubeus patrzył na to wszystko z boku zadowolony jak miło czas leciał.
- Weź Hagrid idź sprawdź do toalety czy tam wszystko ok - powiedziała jedna z barmanek, na co Hagrid natychmiast odsunął się od ściany i schylił. - Zajmują kibel, zaraz będą nam pijacy szczać po kątach.
- Ale jak że tak mam komuś wleźć jak tam zamknięte pewno? - dopytał jeszcze, ale kobieta wzruszyła ramionami.
Kompletnie niegotowy na to co mógłby tam w środku zobaczyć, Rubeus podszedł do drzwi i zapukał.
- Halo, jest tam kto? - powiedział do framugi nieco ściszając głos aby nie przestraszyć gościa kibelka.
Odpowiedziała głucha cisza, co wcale nie pocieszyło półolbrzyma. Zastukał jeszcze parę razy, ale dalej nic. No co było robić. Hagrid wziął głęboki oddech, na wypadek jakby w środku tak śmierdziało, że by się wytrzymać nie dało. Otworzył drzwi i aż się cofnąć chciał, ale pewnie by się o stół przewrócił, więc stał tak po prostu i gapił się na ten widok. Prędzej by się odchodów na ścianie spodziewał, kałuży na podłodze i rzygowin na desce, ale to co się tam stało było o wiele gorsze. Z pożółkłej muszli klozetowej wystawa kobieca ręka. Cała, od pachy do palców, nawet bez krwi prawie, sztywna jak cholera i nie ruszająca się. Różne myśli przeszły przez głowę Rubeusa. Czy ktoś tam utopił? Może to jakaś bardzo malutka pani z bardzo dużą ręką dalej tam tkwiła i nie potrafiła się wydostać. Hagrid szybko zrobił krok do przodu co by pomóc i niemal się poślizgnął na tej podłodze, a czort jeden wiedział czy to piwo rozlane czy ktoś naszczał. Pociągnął szybko za rękę, ale na jej końcu nie było małej pańci co utknęła w odpływie. Nie było właściwie nic, oprócz kawałka wystającego mięsa. Nawet krew nie ciekła. Okropny to był widok i potrzebował chwili co by wpatrywać się w znalezisko. Niewiele jednak minęło czasu, no góra trzy sekundy, gdy z głównej sali podniósł się krzyk, a Hagrid wyskoczył z kibelka jak poparzony, dalej trzymając rękę kobiety. Dwóch facetów na samym środku, przy jednym z większych stolików, oblewało się piwem i pluło na siebie, krzycząc w niebogłosy jak to bardzo się nienawidzą i jak to jeden drugiemu matkę kochał, ale w jakiś inny sposób. Kochanie matki na pewno nie było niczym złym, nawet jak to nie jego była, ale ten drugi rozjuszył się przeraźliwie i aż mu piana z pyska pociekła, a gluty nosem poszły. Wściekły rzucił się na drugiego pijaka, wbijając mu pięść prosto w długi nos. No i się zaczęło. Okładali się tak pięściami aż zęby poleciały.
No i właśnie dla takich momentów Pani Boyle chciała by Hagrid w Parszywym siedział i pilnował. To był jego moment, a w pierwszym dniu pracy trzeba było się z dobrej strony pokazać. Nie można było tak po prostu patrzeć jak krew ląduje na stołach. Zapomniał niemal o całym świecie, łącznie z ręką, którą dalej trzymał, i ruszył w kierunku bójki.
- Spokój ma być - ryknął, a obok aż zamilkło. - W Parszywym Pasażerze ładny lokal jest i się bić ni można, spokój - wymachiwał łapą, grożąc im.
Wzrok marynarzy i meneli nie spoczywał jednak na jego ustach, a na dłoni w której trzymał kawałek znalezionego ciała. Półolbrzym z oderwaną kobiecą ręką nie mógł wyglądać za dobrze, właściwie to większość z nich dopiła do końca resztki piwa i w popłochu uciekała z tawerny, jakby ducha zobaczyli. Rubeusa aż wmurowało. Że potrafił mugoli przestraszyć to wiedział, widział parę razy na własne oczy jak się za nimi kurzyło gdy tak spieprzali gdzie pieprz rośnie tylko dlatego, że swoją nogę w jakieś przydrożnej knajpie postawił. Z czarodziejami inaczej to powinno wyglądać, swojego już się zresztą nasłuchał. Tymczasem Ci wybałuszyli gały i wyglądali jakby ducha zobaczyli. Dopiero po tej chwili gdy już część z nich wyszła, Hagrid zorientował się co właściwie w łapsku trzyma.
- A nie - zaśmiał się machając ręką trzymającą rękę. - To nie tak! To nie wyrwał żem nikomu nie nie, tylko z kibla żem wyciągnął właśnie... - pijacy zamarli i słowem się nie odezwali. - Kto to tam wcisnął? - spojrzał morderczym wzrokiem po tych stojących najbliżej niego. - No pytam przecie! - ale nikt się nie odezwał słowem.
Dziwnie to musiało wyglądać, półolbrzym z kobiecym ramieniem w dłoni w środku Londynu. Gdzieś tam kiedyś legendy słyszał, że tacy jak on to pewnie ludzi pożerają, że tacy jak on to odrywają kończyny i robią sobie z nich wisiorki. Gorsze i tak podobno były ogry. Ogry robią sobie rękawiczki z ludzkiej skóry i breloczki z wątroby, wyciskają ofierze białko z oczu. Najlepiej smakuje na tostach. Półolbrzymy to nie, a na pewno nie taki Hagrid.
- Dobra, już - odkrzyknął jeszcze jak się żaden nie odezwał. - Ma być spokój albo - zamachał jeszcze raz ramieniem kobiety, tuż przed oczami meneli - albo tak samo skończycie, o! - i faktycznie jak odszedł to już spokój był.
Przechodząc przez korytarz przez chwilę nawet zawahał się czy do kuchni nie wejść i nie pogadać co ta ręka tam robiła tak właściwie, ale takie rzeczy to być może lepiej było poza garami załatwiać. Wyszedł więc na rzygownik, co by świeżego powietrza zaczerpnąć. Śmierdziało zgnilizną. Rubeus zaczął przyglądać się tej dłoni, ot taka normalna kobieca ręka, ani biżuterii nie miała ani jakiś znaków szczególnych. Smutno się na sercu zrobiło, bo co to było robić więcej, skoro ani sprawcy ani nawet ofiary nie było widać. Być może będzie musiał dobrze poszukać co by się na resztę zwłok w Parszywym natknąć, ale pewnie najpierw odcięli rękę, a potem pierścionki pozdejmowali co by okraść. Bandyci pieprzeni.
Hagrid odłożył ją na bok, daleko od śmietnika, ale przykrył jakimś kawałkiem starego płaszcza, by się w oczy nie rzucała. Psy bezdomne co biegają to pewnie wezmą i tak to znajdą i zjedzą niedługo.
- |Hagrid, chodź, rozróba jest! - krzyknęła barmanka wychylając się przez drzwi do rzygownika.
Wrażeń co nie miara, taki ten port ciekawy. Ale to może i lepiej, im więcej roboty tym mniej czasu na myślenie było, a im mniej czasu na myślenie tym mniej się mógł w tych swoich myślach o wojence pogrążać. Jeszcze przyjdzie czas partyzanta, póki co trzeba było zapieprzać by się utrzymać jakoś w tym Londynie.

zt 1229 słów



No i idę z tym brzemieniem ku Golgocie
Co ja pieprzę idę przecież w
jasną dal
Rubeus Hagrid
Zawód : robol w porcie
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I should NOT have said that...
OPCM : 1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 41
Genetyka : Półolbrzym

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t8954-rubeus-hagrid https://www.morsmordre.net/t8983-gog https://www.morsmordre.net/t8964-chlop-jak-dab#267986 https://www.morsmordre.net/t8982-skrytka-bankowa-nr-2106 https://www.morsmordre.net/t8963-rubeus-hagrid
Re: Toalety [odnośnik]08.03.21 14:47
4 listopada 1957

Starał się oddychać spokojnie, ale już nie potrafił. Starał się, żeby go nie bolało tam w środku, ale cholernie bolało. Wciąż wymiotował, chociaż obolałe żebra i zapach juchy, który wciąż czuł na sobie, obrzydzał zwykłe patrzenie na siebie. Mógł zareagować bardziej, mógł zrobić cokolwiek więcej... Mógł. Może jakby siekierą lepiej machał, może jakby inaczej jakoś wziął i to zrobił, to by te dzieci ocalił. Hagrid to tam pół biedy, już samego siebie w głębokim poważaniu miał. 
Życie przejechało po nim, tak jakby motor go przejechał. Miał prawo jazdy, wiedział jak kierować tą maszyną. Gdyby tak mógł wsiąść i pojechać gdziekolwiek, uciec z tego pieprzonego miasta i być wolnym. Nie miał szans. Wesoły duch i niewinny uśmiech już dawno przepadł. Hagrid wyrzygał się po raz kolejny i wrócił do pokoju, który udostępniła mu Pani Boyle. Taka dobra osoba... Teraz czuł się jak wrak, nie mógł jej bardziej pomóc teraz, ale na wieczór będzie sprawny. Musiał tylko poleżeć, tylko odpocząć, oby tylko Pan Goyle dzisiaj nie pisał i nie kazał przyjść, bo przecież nie dałby rady. Znaczy... Dałby... Jakby musiał to by dał.
Hagrid był już kompletnie przerażony światem dookoła. To co zobaczył zabiło coś w środku, chciał się tylko nawalić, usnąć pod stołem i zapomnieć. Żeby go koszmary nie dręczyły... Na pewno będą dręczyć, na pewno się nie uda uznać. Usiadł na swoim łóżku, które skrzypnęło lekko, a twarz schował w dłoniach. Płakał, po prostu płakał. Łzy leciały ciurkiem, tak jak gdyby się wodą polewał. Skapywały na  buty, na podłogę, ale teraz się tym nie przejmował. Siedział tak sam, nie rozumiejąc świata. Czy to jakiś plan był?
Pociągnął nosem i rękawem przetarł to co z niego pociekło, wziął jeszcze głęboki oddech, ale ból nie ustawał. 
Poradzisz sobie Hagrid, poradzisz sobie. Jesteś silny, znajdziesz go, zabijesz go.
Postanowił i tego miał zamiar dokonać. 
Obiecał Pani Boyle, że jej pomoże, ale chyba już nie mógł, chyba musiał stąd wyjść, po to by Parszywy pozostał bezpieczny. To on miał ich ochraniać, a teraz tylko niebezpieczeństwo na nich sprowadzi, bo przewrotny los i tak na niego nieszczęście sprowadzi. 
- Ta? - zapytał cicho, gdy ktoś zapukał, starając się szybko otrzeć łzy.



No i idę z tym brzemieniem ku Golgocie
Co ja pieprzę idę przecież w
jasną dal
Rubeus Hagrid
Zawód : robol w porcie
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I should NOT have said that...
OPCM : 1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 41
Genetyka : Półolbrzym

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t8954-rubeus-hagrid https://www.morsmordre.net/t8983-gog https://www.morsmordre.net/t8964-chlop-jak-dab#267986 https://www.morsmordre.net/t8982-skrytka-bankowa-nr-2106 https://www.morsmordre.net/t8963-rubeus-hagrid
Re: Toalety [odnośnik]08.03.21 16:07
Kiedy Cristana zaczyna gotować zupę z pokrzyw, to znak, że w porcie naprawdę dzieje się źle. Zjadła ją i dzisiaj, choć wolała już w kółko zapchany szprotami talerz od kilku wątłych listków wyrastających między kamieniami, sto razy zasikanych przez Nochala. Albo wolałaby nie jeść wcale. Wciskała jednak w siebie w ostatnich dniach tego okonia z kapustą i ryżem, zapijała mętną wodą, połykała razem z brakiem apetytu. Musiała mieć siłę. Wieści rozchodziły się szybko. To, co stało się z Hagridek, wcale nie dowodziło, jak popieprzony był świat – bo to chyba nikogo z okolicznych obdartusów nie dziwiło. Niewinny chłopak zaklęty w wielkim cielsku, mimo dźwiganych brudów i nieszczęśliwości, wciąż nie był gotowy, wciąż nie zachłysnął się trucizną. Pogruchotane kości dla niego mogły nie mieć żadnego znaczenia, wiedziała, że raz dwa się pozbiera. Kiedy przelewała wodnisty wywar do miski, myślała tylko o tym, jak bardzo go to zniszczyło, jak bardzo poprzestawiali mu we łbie. Ktokolwiek, cokolwiek mu uczynił. Wiedziała bowiem, że tym razem sprawa wyglądała naprawdę tragicznie i wcale nie chodziło o kilka ruchliwych pięści. Musiała sprawdzić, jak się czuł i dokąd go te krzywdy doprowadziły. Najpierw jednak powinien dobrze zjeść – o ile w ogóle mógł. Podwinęła rękawy, a potem przełożyła talerz na tacę. Dorzuciła kilka kromek i kubek z herbatą, wciąż bez odrobiny cukru. Mając to wszystko, przeszła przez bar i zaczęła wspinać się po schodach. Mocno ściskała tacę. Doszła już do perfekcji, szkło przestało drżeć, napoje wcale się nie przelewały, gdy wykonała ten mniej pewny krok. Mogłaby ją lewitować, ale tak było jej chyba wygodniej, szybciej. Tak pilnowała, by przygotowany dla Rubeusa posiłek nie poleciał nie wiadomo w którą parszywą stronę, magia bywała zdradliwa. Gdy Phillipa wdarła się na górę, pod cienkimi podeszwami pantofli zaskrzypiały drewniane deseczki. Na końcu korytarza zaczarowana miotełka wybierała kurze z tanich zdobień. Przekrzywiony obraz morskiego potwora trzymał się na ostatniej wygiętej śrubie. Zadrapana rama krzyczała o troskę. Dziesiątki mijających ją oczu zwykle jednak wolało zaczepić się gdzieś indziej. Nim Moss weszła do pokoju Hagrida, domknęła jeszcze otwarte drzwi od składzika, o których ktoś chyba zapomniał.
Do pokoju Hagrida weszła tak po prostu, choć najpierw zapukała ostrożnie, bez jednak większego rabanu. Wolała go nie straszyć, nie była pewna, jak czuł się z niedawnym koszmarem, choć bez wątpienia przeżycie to pozostawało raczej dość… Podłe. Poznała go na tyle, by odkryć, że pewnymi historiami potrafił się mocno przejąć, wielu z nich nie odgonił mimo upływu lat.
– Rubeusie? – podpytała, rzucając przelotne spojrzenie na siedzącą drętwo postać. Odłożyła tackę na stolik. Zapach zupy chętnie rozpłynął się po izbie. Nie przyszła jednak po to, by go karmić. Powinien jeść, odzyskiwać siły. Niemniej nie chciała go do niczego zmuszać. Usiadła przy nim i ułożyła dłonie na kolanach. Chciała rozwalić wszystkich, którzy wznieśli na niego rękę. Nie musiała się bacznie przyglądać, by dostrzec, jak biednie wyglądał. – Posiedzę z tobą – zakomunikowała cieplej. – Opowiesz mi o tym? Jak się czujesz? – zapytała w końcu, unosząc wyżej dłoń, by zmyć łzę błąkającą się po jego twarzy. Powolny palec potwierdził tym dotykiem obecność, w którą nie do końca mógł uwierzyć. Nic już mu nie groziło. Nie pozwoliłaby na to.

[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Philippa Moss dnia 08.08.21 17:03, w całości zmieniany 3 razy
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Toalety [odnośnik]08.03.21 17:28
Przerażenie mieszało się z takim dziwnym jakimś stanem, jakby to nazwać nawet może i goryczy? Ale gorycz to zwykle rano była w gębie, albo jak się coś nieprzyjemnego zjadło. Niektóre likiery też gorzkie bardziej były, ale w takich to Hagrid nie gustował. Teraz by się takiego bimbru napił mocnego, żeby sponiewierał i obrazy ze łba zabrał na dobre. Ale nie wszystkie! Oj, nie. Tego szmalcownika sobie zapamięta. Oj, zapamięta....
Gdy Philippa wlazła do pokoju, siedział na skraju łóżka. Obok miał cały swój dobytek, siekierę, parę kryształów. Na pewno nie odpoczywał. Egzystował po prostu tak sobie, jeden dzień do przodu. Zapach zupy roznosił się po izbie, ładnie pachniało, ale żołądek miał zbyt ściśnięty, wymiotując co chwilę. Nie mógłby nic zjeść, nie po tym...
- Ta, Philippa - wydusił z siebie cicho, ocierając jeszcze łzy. Miał być przecież silnym, a nie jakimś chucherkiem co beczy. Weź się w garść. - Ta, no jak wolisz, ale to nie trza ten - odchrząknął, ale głos miał już złamany. Ze starego Rubeusa zostało tyle co kot napłakał. Znaczy się nie za wiele.  - Czuje no, eee... Jakoś tak ten... - zawahał się, wpatrując ciemnymi oczami w przyjaciółkę. Kto by mógł pomyśleć, że tak łatwo przyszło im się dogadać? Tower wzmacnia sojusze widać. Spędzili tam razem kilka godzin, Hagrid siedział tydzień, ją wypuścili. Ale co się natyrała w przetwórni ryb - to jej było. Rubeus zresztą źle nie trafił. Pan Goyle okazał się być człowiekiem dość w porządku, chociaż różne rzeczy o nim gadali, Tonks zresztą też ostrzegał, jak się jeszcze widzieli. Kiedy to było? Lata temu się zdawało, chociaż minęły 2 miesiące jakoś. Wiele się zmieniło, ot co.
- Nie wim, Philippa, czy to gadać jest co - poruszył delikatnie szczęką na boki, coś strzeliło, ale już nie bolało, nie tak jak wczoraj. - Ja to dobrze mam, że ja ciebie mam, ale ja to ni wiem, czy to wszystko takie z sensem. Głupie koszmary dręczą mnie... - gdy przetarła palcem jego łzę, która czort jeden wiedział, że tylko kolejną była, na chwilę przysunął twarz bliżej jej dłoni. Zamknął nawet oczy i po prostu wziął oddech. Głaskała go po głowie gdy leżał pocięty w Tower, zawsze opiekę dawała, zawsze dobra była. Jak siostra starsza, przyjaciółka najdroższa. Czym sobie podolbrzym na takiego kogoś we własnym życiu zasłużył? Promyk słoneczka w brudnym Londynie.
- Siedziałem se po robocie dla Goyla w dokach, co by se pomyśleć - zaczął wypuszczając powietrze i otwierając oczy. No komu jak komu, ale jej mógł przecież powiedzieć. - Wtedy go usłyszałem... Cały na czarno z takimi jasnymi włosami. Miał gwoździe w ręce, psa, a obok dwójka dzieci stała. Jeden nie stał, bo ten chłopiec to... - zawahał się, ale najgorsza część historii dopiero miała się nadarzyć. - Temu chłopcu to gwoździa w głowę wbił - wydusił w końcu z siebie, a pięści zacisnęły się na wspomnienie o tamtej chwili. - Rozumisz, Philippa? Chłopcu, to przecie może 10 lat miało ledwo... Gwoździa... - skulił głowę w dłoniach, cała ta historia krew w żyłach mogła mrozić, nie był nawet pewien czy Philippa chce tego słuchać, ale jej oparcie i to ciepło które dawała. Szczęściarzem był, ot co. - Kazał mnie zrobić to samo, bo powiedział, że mnie do Tower weźmie. Że jak się nie pobawię z nim, to mnie do pierdla... Że ja miałbym te gwoździe... Wywaliłem mu siekierą, bo miałem, zawsze teraz noszę... Ale obronił się. Pamiętasz tamtych z patrolu? - wpatrywał się w nią przekrwionymi i opuchniętymi oczami. - To gorszy był. Z takim akcentem gadał, co się go Keswick bali, jak żem tam przyjechał. Bo to zaraz po wojnie było. Ja się na historii nie znam, ale mówili, że te Niemce to źli ludzie są... Jego psiak się na mnie rzucił, trochę mnie skórę rozerwał, ale to tylko zwierzę, tylko pies... Ja te dzieci, rozumiesz Philippa? Te dzieci trzeba było ratować... - zawahał się i wstał z łóżka, cudem unikając belki nad głową, w którą już nie raz przywalił. Musiał to rozchodzić, nie mógł siedzieć bezczynnie, a jednak... Wpatrywał się w przyjaciółkę, tak jakby w niej ostatnią deskę ratunku widział. - Wtedy jeszcze raz go strzeliłem, ale obronił się i to tak, że we mnie poszło, w szczene, a potem kolejnymi czarami, jak tą różdżką machał, to mnie związał i na glebę żem padł jak truchło - mówił na jednym tchu, ale teraz już nie mógł powstrzymać łez, kapały po nosie, prosto na brodę. Nie powstrzymał... - Zabił tego chłopca. Skoczył mu na głowę, a ta krew... To wszystko we mnie, gdy on... On rozpruł i tam... - Hagrid oparł się plecami o ścianę, wpatrując w punkt gdzieś na suficie, i powoli zjechał po niej plecami, siadając w końcu po przeciwnej stronie pokoju, na podłodze. - Wyciągnął flaki z tego chłopca... Jedenaście lat może miał, może dziesięć. Zawiązął mnie je na szyje, o tu - wskazał miejsce, gdzie jeszcze wczoraj były jelita chłopaka. - Kazał zamknąć się... Mówił, że on z Ministerstwa, że szmalcownik, że Rycerz Walpurgii on jest. Że jak się odezwę to dziewczynkę też będzie boleć, że mocniej zaboli. Ja myślałem Philippa, że on mnie tam zabije, ale on zabił tylko ją, a mnie kazał patrzeć - schował twarz w dłoniach, ryczał jak dziecko, jak małe dziecko, które ktoś zostawił samo w środku wielkiej dżungli. Nie miał już serca do tego wszystkiego, chciał tylko umrzeć, chciał tylko je ochronić. - Zdarł z niej skórę i siekierą odrąbał głowę. Blondyneczka taka... Jak Kerry, taka jaśniutka, młoda... Mógł mnie zabić tam, Philippa, ale powiedział, że zabije wszystko co kocham...
Musiał uciec, nie mógł tu zostać, nie mógł nikogo narażać.



No i idę z tym brzemieniem ku Golgocie
Co ja pieprzę idę przecież w
jasną dal
Rubeus Hagrid
Zawód : robol w porcie
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I should NOT have said that...
OPCM : 1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 41
Genetyka : Półolbrzym

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t8954-rubeus-hagrid https://www.morsmordre.net/t8983-gog https://www.morsmordre.net/t8964-chlop-jak-dab#267986 https://www.morsmordre.net/t8982-skrytka-bankowa-nr-2106 https://www.morsmordre.net/t8963-rubeus-hagrid

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Toalety
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach