Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Pracownia

Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pracownia Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Pracownia Empty
PisanieTemat: Pracownia   Pracownia I_icon_minitime25.09.19 20:47

Pracownia

Mieści się za główną częścią sklepu, na zapleczu i obejmuje niewielkie, wiecznie wypełnione po brzegi trocinami pomieszczenie, w którym stare miotły zyskują drugie życie, a nowe powstają w wielogodzinnych procesach. Drewniane ściany zdobią wszelkiego rodzaju narzędzia; na półkach zalegają księgi, substancje, ryciny, w metalowych kubełkach można odnaleźć od drucików wiązałkowych po klamerki stalowe, miedziane, cynowe, stopki, podkładki antypoślizgowe i ozdoby.


Powrót do góry Go down
Michael Tonks
Michael Tonks

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Zawód : wygnany auror
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcąc zmienić świat, zacznij od siebie.
OPCM : 30
UROKI : 18
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/8
SPRAWNOŚĆ : 11/13
Genetyka : Wilkołak
Pracownia 1yGOSmf

Pracownia Empty
PisanieTemat: Re: Pracownia   Pracownia I_icon_minitime19.03.20 23:43

11.04

Od jedenastu dni nie był w Londynie, od jedenastu dni oswajał się ze świadomością, że mugoli i mugolaków (przynajmniej tych pechowych) wyrżnięto, bezlitośnie, systematycznie i metodycznie. Interwencja aurorów na ulicach miasta jedynie opóźniła apokalipsę. Wiedział, że uratował parę istnień, ale bardziej ciążyła mu świadomość, że wielu nie zdołali pomóc. Winne było Ministerstwo, Minister, skala działań tych psychopatów, nie mogli przecież tego powstrzymać (powtarzał sobie), ale przed oczyma wciąż stawały mu pojedyncze ofiary, dla których przecież była nadzieja. Ojciec rodziny, który zginął na oczach swojej żony i samego Michaela. Staruszka o pustych oczach, leżąca na klatce schodowej. Osoby, które żyłyby, gdyby Tonks nadleciał na miejsce kilka sekund wcześniej lub sprawniej uporał się z unieszkodliwianiem przeciwników. Dramat początku kwietnia splatał się w jego jaźni z tym wcześniejszym - z misją, która ścięła go z nóg zanim zdążył dotrzeć do rodziny potencjalnego sojusznika Zakonu. O ile czystka Ministerstwa była szokiem, o tyle do uratowania Fideliusa Tonks przygotował się ze Skamandrem starannie - i na nic, wszystko na nic, a najbardziej ciążyło mu chyba to, jak szybko zostali pokonani. Choć od tamtej potyczki minęły prawie dwa tygodnie, to nadal odczuwał skutki uboczne czarnej magii, posiłkując się codziennie eliksirem antydepresyjnym i mocną kawą. We śnie codziennie nawiedzały go koszmary, więc nie chciał zbyt szybko zasypiać, woląc bezsennie wpatrywać się w sufit.
Od jedenastu dni Hannah uparcie siedziała w swoim sklepie, nieświadoma (i dobrze), że jej zakrwawione zwłoki i twarz o wyłupanych oczach regularnie pojawia się w złych snach Michaela. Tak, jakby była nieświadoma (jak mogła tak to lekceważyć?!), że każda sekunda w tym miejscu to igranie z losem, że ktoś w każdej chwili może podłożyć tutaj ogień, bo przypomni sobie, że panna Wright obsługiwała kiedyś mugolaków. Może i na razie Ministerstwo było zajęte wyłapywaniem resztek mugoli, ale Tonks nie wątpił, że rząd niedługo zwróci się ku czarodziejom półkrwi o nieodpowiednich poglądach, a biznesy na Pokątnej pójdą na pierwszy ogień. Jego dyplomatyczne napomnienia w słanych tutaj listach nie przynosiły skutku, więc w końcu chwycił za świstoklik i osobiście pojawił się w sklepie Hannah. To ostatni moment - na to, by uciekła i na to, by Mike porozmawiał z nią spokojnie, nie będąc jeszcze ofiarą agresji, którą wypełniał się przed pełnią. Do pełni jeszcze pięć dni, więc wcale nie był zirytowany uporem Hani i wcale nie wydawało mu się, że dziewczyna lekceważy zagrożenie z powodu statusu własnej krwi.
Usiłował nie myśleć o tym (i broń Merlinie, nie powiedzieć tego na głos), że Hannah nie musiała od dziecka znosić zaczepek z powodu pochodzenia swoich rodziców, że jeszcze w czasach pokoju nie musiała wahać się przy podawaniu nieznajomym o nieznanych poglądach swojego nazwiska, że stała w hierarchii czystokrwistych psychopatów o krok wyżej niż wymordowani w kwietniu ludzie. Wiedział, że jej serce stało po stronie Zakonu i mugolaków... ale sama nie była przecież jednym z nich, sama nie miała mugola za ojca i charłaczki za siostrę. Czy to dlatego, przekonana o własnej niezniszczalności, nadal tu była? Najpierw łudził się, że chciała pomagać tym, którzy nie mogli wydostać się z Londynu, ale przecież minęło dziesięć dni.
-Hannah, to ja, Mike. - zapowiedział się listownie, ale zawołał na powitanie, gdy tylko świstoklik wyrzucił go pośrodku pracowni. Rozejrzał się, z dezaprobatą zauważając, że nic nie jest tu spakowane. Wziął głęboki wdech i przywołał na twarz sztuczny uśmiech, czekając aż dziewczyna przyjdzie tutaj z głównej części sklepu.
Zamrugał szybko, gdy tylko pojawiła się w progu pracowni. Zapuściła grzywkę i wyglądała ślicznie, jak zawsze, ale umysł wciąż podsuwał mu obraz jej trupiobladej twarzy, strużki krwi na zastygłym uśmiechu i pustego oczodołu. Takich samych wyobrażeń doświadczał z początku przy Gabrielu i Just, ale widywał ich teraz codziennie, więc wzmocnił dawkę swojego eliksiru i już się przyzwyczaił.
Proszę, nie teraz - spróbował przekonać swoje koszmary do swoich racji i przywołać wspomnienie wspólnej herbaty na tym zapleczu. Hannah uśmiechała się wtedy promiennie, a jej usta były słodkie, ale...
...ale wspomnienie tamtej beztroski było tylko pustą wydmuszką i wcale nie poprawiało mu humoru. Zabębnił nerwowo palcami w blat, wiedząc już, że nic nie zagłuszy jego niepokoju.
-Potrzebujesz pomocy w pakowaniu się?
Proszę, powiedz, że tak, że zmądrzałaś.




You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I've seen the blood
I've seen the broken
The lost and the sights unseen
I want a flood
I want an ocean
To wash my confusion clean
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Pracownia Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400

Pracownia Empty
PisanieTemat: Re: Pracownia   Pracownia I_icon_minitime22.03.20 1:12

Nic nie mogło zagłuszyć krzyków w jej głowie, które choć żyjące jedynie we wspomnieniach, zdawały się być całkiem realne od wielu dni; nekały ją na jawie, nękały w snach, okropnych koszmarach, z których budziła się mokra i zdyszana, przerażona widokiem ginących na ulicach ludzi, paniki, która wydawała się równie niebezpieczna. Tamta noc nie dawała jej spokoju. Nie raz widziała, do czego zdolni są poplecznicy Lorda Voldemorta, ale rzeź, jakiej się dopuścili przekroczyła wszelakie wyobrażenia. Londyn spłynął krwią niewinnych ludzi, ciała zbierano z ulic jeszcze przez nastęny dzień. Przez witrynę sklepu patrzyła niechętnie na tych, których nie dało się uratować, na tych, których ona sama nie zdołała ukryć — ani na zapleczu, ani w Oazie. Nie chciała na to patrzeć, a jednak nie mogła oderwać wzroku od tragedii, która się rozegrała, katując się za nieszczęścia, którym nie zdołali wszyscy zapobiec.
Wiedziała, że niebezpieczeństwo było bardziej realne niż wcześniej, że mogło otoczyć ją, a lepkie łapska pochwycić wtedy, gdy nie będzie dostatecznie czujna. Kontrole na ulicach, bezpodstawne aresztowania i nagłe, nieuzasadnione ataki wydawały się być codziennością, a mimo to, ruszyła zdecydowana do Ministerstwa Magii, by przekazac im wszystkie dane na swój temat. Ale nie naraziła się tym bardziej, niż robiła to wcześniej. O tym, że prowadziła dziadkowy sklep wiedzieli wszyscy na Pokątnej. Jej korzenie łatwo było sprawdzić, a w mieszkaniu nie mogła się czuć tak bezpiecznie jak kiedyś. Mogli zapukać do niej w każdej chwili i bez rejestracji różdżki. Na co więc liczyła? Na bezmyślność ludzi, którzy siali terror. Oddelegowani do kontroli czarodzieje nie musieli widzieć w niej kogoś, kogo już dziś należało wyeliminować. Była przecież zwykłą rzemieślniczką, nieszkodliwą czarownicą, która od kilku lat zajmowała jeden z lokali w czarodziejskiej strefie handlu. Gdyby ostrzyli na nią zęby — co zdumiałoby ją potwornie — zawitaliby do niej o wiele wcześniej. Potrzebowała czasu, by poukładać wszystkie sprawy, uporządkować swoje działania, a najważniejsze — zgromadzić ostatnie środki na spłatę długu. Była przekonana, że zdąży, większość bezpiecznie spoczywała w piwnicach Gringotta. Niewiele jej brakowało. O to była spokojna — potrzebowała tylko czasu, by dopiąć wszystko i spokojnie móc opuścić to miejsce. Pewna, że będzie miała do czego wracać; pewna, że nikt się tu nie zakradnie i nie zrówna sklepu z ziemią.
Michael za punkt honoru uznał wysiedlenie ją z tego miejsca, ale nie winiła go za to. Był opiekuńczy i troszczył się o wszystkich, mogła podejrzewać, że to się tak skończy. Kiedy usłyszała jego głos, westchnęła nerwowo. Wytarła ręce z pasty, którą polerowała jedną z ostatnich mioteł. Witryny sklepu były przysłonięte, choć sam był otwarty — ta jedna miała jednak być wysłana. Czarodziej, który ją zamówił raczej tu po nią nie wróci. Ruszyła prostu do pracowni, wycierając jeszcze dłonie o spódnicę na biodrach. Ulżyło jej, kiedy go ujrzała. Wydawał się być cały, cały i zdrowy, choć już na pierwszy rzut oka dostrzegła na jego twarzy jakieś zmiany. Był zdenerwowany? Przygnębiony? Odczuwał ból?
— Mike — mruknęła, podchodząc do niego i bez wahania objęła go mocno, upewniając się, że to był rzeczywiście on i wcale jej się nie zdawało. Zignorowała pytani o pakowanie, choć rozejrzała się po pracowni. Miał słuszność, nawet nie zaczęła się pakować. I nie zamierzała. — Zdajesz sobie sprawę, jakie to niebezpieczne?— Spojrzała mu w oczy; musiał wiedzieć dobrze o czym mówiła. Nie pozostawiając nic domysłom dodała zaraz: — Twoja obecność tutaj... Cieszę się, że cię widzę, naprawdę, uwierz mi, ale nie powinieneś się tak narażać. — Jej mina zdradzała zatroskanie, ale i też frustrację. Nie powinien był przychodzić — nie po to, by przekonywać ją do wyjazdu, to było zupełnie bezcelowe. — Na Pokątnej co chwilę są jakieś patrole, jak ktoś cię tu zauważy będziesz miał potworne kłopoty.





If you could flick the switch and open your third eye
*
You'd see that we should never be afraid to die
Powrót do góry Go down
Michael Tonks
Michael Tonks

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Zawód : wygnany auror
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcąc zmienić świat, zacznij od siebie.
OPCM : 30
UROKI : 18
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/8
SPRAWNOŚĆ : 11/13
Genetyka : Wilkołak
Pracownia 1yGOSmf

Pracownia Empty
PisanieTemat: Re: Pracownia   Pracownia I_icon_minitime25.03.20 21:55

Nie wiedział, że nie on jeden zmaga się tutaj z koszmarami - starał się nie myśleć o przestraszonej Hannah w pościeli. W jego marzeniach z uśmiechem zajadała się ciastem na zapleczu sklepu, a w jego koszmarach leżała na bruku trupioblada i nie śniła już o niczym.
Nie mieli okazji na spokojnie porozmawiać o przyszłości Hannah w Londynie, a Tonks nie znał się na ekonomii ani na prowadzeniu biznesu. Pomagał tutaj Hani, ale tylko tam, gdzie potrzeba było męskiej ręki, a pakowanie i rozładowywanie towaru wydawało mu się męczące, ale proste. Nie wiedział, ile spraw musi dopiąć panna Wright aby opuścić sklep z czystym sumieniem, nie wiedział nawet ile brakuje jej do spłaty długu. Nie zwierzyła mu się, zresztą nie było nawet kiedy poruszyć tego tematu, bo przecież nie na spotkaniu Zakonu ani przez sowę. Bez wahania wydrenowałby swoje oszczędności, gdyby miało to zapewnić bezpieczeństwo najbliższych przyjaciół.
Znał się za to na niebezpieczeństwach, a praca zawodowa nauczyła go szybkich reakcji i bezkompromisowych działań. Był czas planowania i czas działania. O ile w śledztwach mógł sobie pozwolić na namysł i długofalowe akcje, o tyle w terenie każda sekunda zwłoki mogła kosztować kogoś życie albo dożywocie z klątwą likantropii. Mike uważał, że Hannah zwlekała już jedenaście dni, o dziesięć za dużo. W głębi duszy nie był pewny, czy to osobiste koszmary czy obiektywne fakty napawały go ciągłym poczuciem niebezpieczeństwa, ale wolał być nadopiekuńczy niż ryzykować. Może i Hannah była na pozór skromną rzemieślniczką, może oficjalnie nie zdążyła nikomu podpaść, ale przecież Rycerze zaatakowali już Floreana (o niej samej może nie wiedzieli, ale co jeśli zdążyli się dowiedzieć?), przecież nie wahali się zaatakować jego i Skamandra zanim w ogóle dojrzeli ich twarze. Przecież sama Hania walczyła już w terenie dla Zakonu, co jeśli wrogowie ją wtedy rozpoznali?
Chociaż na spotkaniu Zakonu przekonał się, że jest cała i zdrowa, to lęk nie odpuszczał. Po tym, co zobaczył pierwszego kwietnia na ulicach Londynu, każda noc wydawała się mu śmiertelnym niebezpieczeństwem, każda sekunda w mieście była niepotrzebnym ryzykiem. Objął Hannah mocno, odruchowo wtulając twarz w jej ramię. Na kilka sekund pozwolił sobie na cichy zachwyt faktem, że jest żywa i ciepła, a potem odsunął głowę i napotkał jej zatroskane spojrzenie.
-Dlatego użyłem świstoklika, nie postawię nogi poza sklep. - uśmiechnął się blado. -Nikt nie powinien mnie tu widzieć. - dodał, poważniejąc. Zdawał sobie sprawę, że sam - jako mugolak i zbiegły auror - jest dla Hani ryzykiem. Nie powinien być widziany przy wejściu do sklepu, to tylko, o ironio, zmniejszyłoby jej bezpieczeństwo.
-Przepraszam. - dodał łagodniej, choć chyba nigdy jeszcze nie przeprosił pięknej kobiety w pierwszej minucie rozmowy. Bił swoje rekordy. -Po prostu... trudno cokolwiek przekazać przez sowę, chciałem sprawdzić czy mogę w czymś pomóc. - słowa trochę uwięzły mu w gardle, bo przecież oboje byli inteligentnymi i upartymi ludźmi, oboje wiedzieli po co tu przyszedł, oboje wiedzieli, że "pomoc" to pretekst do artykułowania swoich racji.
Może lepiej od razu przejść do sedna?
-Wiem... - nie, nie wiedział. -Domyślam się - poprawił się szybko -ile znaczy dla ciebie sklep, ale sama widzisz patrole. Już przy mojej chatce w lesie nikt się nie kręci, o dalszych częściach Anglii czy Oazie nie wspominając. - wiedział, że retoryka ratowania damy w opałach nie zadziała w przypadku Hani, więc wziął wdech i postanowił odwołać się do czegoś innego. Już w domu układał tekst i przywoływał różne argumenty, ale jak tchnąć w słowa ducha? Jak zobrazować nadzieję, jak znaleźć w sobie zapał, gdy w środku jest tylko ciemność i pustka?
-Tam będziesz bardziej potrzebna, i ty i miotły. Cały czas pracujemy nad ewakuacją ludzi z miasta, to osobom poza stolicą będzie potrzebny transport, z wdzięcznością przyjmą sklep i warsztat, choćby zlokalizowany w Oazie. Przecież twój biznes... - rozejrzał się, usiłując przywołać wspomnienia ze stycznia, jeszcze raz poczuć ciepłą atmosferę, która niegdyś towarzyszyła mu po przekroczeniu progu. -...to ty, a nie te mury. Sam budynek zabezpieczymy, nauczyłem się nakładać pułapki, miotły mogłabyś przenieść świstoklikiem do mnie, a potem zorganizuje się coś stałego... - może powinien przełknąć dumę i poprosić Bena o pomoc w negocjacjach? Uśmiechnął się blado, desperacko pragnąc by Hannah podzieliła jego wizję biznesu dla ludzi poza Londynem, przecież ci którym chciała pomagać nie znajdą jej tutaj. Sam chciał uwierzyć, że kieruje nim właśnie altruistyczna nadzieja na lepszą przyszłość, a nie przenikliwy i obsesyjny wręcz lęk. Nie o ludzi, nie o siebie, nie o sklep, a o tą dziewczynę o czekoladowych oczach, zbyt młodą i idealistyczną by tracić zdrowie i życie w zrujnowanej stolicy.

A Sylwester i pewne styczniowe popołudnie, zbyt idealne by wydawać się realne, wcale nie miały tu nic do rzeczy. A może po prostu był tchórzem, nie tłumiąc tamte uczucia w obliczu wojny, choć to właśnie uczucia przywiodły go dzisiaj do sklepu Hani.




You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I've seen the blood
I've seen the broken
The lost and the sights unseen
I want a flood
I want an ocean
To wash my confusion clean
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Pracownia Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400

Pracownia Empty
PisanieTemat: Re: Pracownia   Pracownia I_icon_minitime26.03.20 22:05

Przykra myśl, że mogłoby przydarzyć mu się coś złego zaczęła ją nawiedzać wraz z końcem marca, pomimo tego, czym się trudnił i kim raz w miesiącu był — dopiero teraz. Strach spojrzał jej w oczy, widziała przecież, co działo się z ludźmi, którzy byli mniej uważni, odważni i uzdolnieni od niego. Był bratem jej przyjaciółki, ale to stopniowo traciło na znaczeniu. Nigdy nie było nic złego w tym, że chciała, dla niego jak najlepiej, tak samo jak dla wszystkich Tonksów; teraz, kiedy odwiedzał jej sklep, szukając w jego zakamarkach spokoju, ciepła i choćby pozornego poczucia bezpieczeństwa nie powinno być tym bardziej. Nie zawsze wszystko było tak oczywiste i proste, czasem ludzie nie chcieli widzieć prawdy, bali się jej i tego, co może sobą przynieść.
Do trzech razy sztuka?
Jego obecność w sklepie przyjęła z ulgą, ale nie zamierzała kryć troski o jego dobro i kwitować jego przybycie wesołym uśmiechem. Narażał się i to z jej powodu, zupełnie niepotrzebnie. Jak miała mu to wszystko powiedzieć, by go nie urazić; by nie odepchnąć — tego przecież nie chciała; by zrozumiał i zaakceptował jej decyzje? Zawsze, kiedy się już odzywała mówiła, co ślina jej na język przyniosła; a ponieważ nie umiała tego zmienić, czasem nie mówiła nic. Dziś nie mogła jednak milczeć, a składanie obietnic, których nie mogła spełnić nie leżało w jej naturze. Ta krótka chwila w jego objęciach dała jej pewność, że to ona powinna go chronić. Przed nią samą. I tym, co sobą niosła. Jakby wiedziała, że go zrani. Prędzej, czy później.
— Nie przepraszaj — powiedziała cicho, spoglądając na niego i próbując ściągnąć na siebie spojrzenie jego szarobłękitnych oczu. — Nie, Mike. Nie potrzebuję pomocy. — Nie była jednak pewna, czy radziła sobie ze wszystkim, czy miała to pod kontrolą, a jeśli tak — czy utrzyma ją na tyle długo, by zrealizować swój plan skutecznie. — Ale dziękuję że zawsze o mnie pamiętasz. Nie odjęła od niego oczu, jakby sądziła, że w ten sposób bez słów przekaże mu, że podjęła już decyzję i nic tego nie zmieni.
Ale kiedy zaczął temat, a raczej podjął to, z czym właściwie przyszedł, wypuściła powietrze z płuc i opuściła głowę.
— Wiesz, a jednak prosisz mnie, żebym go porzuciła — weszła mu w słowo z nuta pretensji w głosie, ale przecież... choć sądził inaczej, nie miał zielonego pojęcia, czym był dla niej sklep. W przeciwieństwie do niego nie ułożyła w myślach niczego, nie przygotowała żadnych argumentów, którymi miałaby go przekonać do tego, by odpuścił. Był uparty, zawzięty, a przede wszystkim dbał o tych, na których mu zależało. I wcale się z tym nie krył. Nie obawiał się mówić, ani działać, choć wiele przy tym ryzykował. Szacunek, jaki względem niego czuła nieustannie rósł. Był wzorem, mężczyzną prawie idealnym, niezależnie od tego, jak wiele skaz w sobie widział. Nie chciała podcinać jego skrzydeł, sprowadzać jego słów do nic niewartej paplaniny, ale wiedziała jak zakończy się ta rozmowa nim jeszcze się rozpoczęła.
To, co mówił trafiało do niej. Tym gorzej to zniosła, czując, jak ciężar na jej barkach powiększa się z każdą sekundą. Mogłaby robić to samo wszędzie, wiedziała to. Mogła w tej chwili zabrać wszystko, mogła nawet wyjechać nim ktokolwiek postanowi windykować należności. Ale nigdy nie była tą, która ucieka od odpowiedzialności, boi się konsekwencji i wyzwań. Nigdy nie chciała być tą, na której można się zawieść, która naruszy cudze zaufanie. Ktoś kiedyś za nią poręczył i nie mogła tego tak zakończyć; zostawić go z pustą obietnicą.
— Pamiętasz jak szukaliśmy knuta w cieście? — spytała, ale nie musiała czekać na odpowiedź, wiedziała, że pamiętał doskonale. — To takie chwile sprawiały, że nie było tak źle, jak by się mogło wydawać. Nie całkiem takie, ale...— poprawiła się po chwili, nie chcąc by zrozumiał ją źle. Była sentymentalna, czasem aż za bardzo. Zbierała listy, drobne pamiątki, przywiązywała się do ludzi i miejsc. To wszystko miało dla niej znaczenie. Tu, w tym małym, przytulnym sklepie znała każdy gwóźdź i sęk. Każda deska pachniała przeszłością, od której nie chciała się odwracać. — Po prostu chwile. Ludzie, którzy tu bywali. Każdy z nich zostawiał tu coś swojego — czasem był to uśmiech z powodu nowej miotły, czasem kilka ciepłych słów, a czasem festiwal rozmaitych emocji, które żyły tu, pomiędzy starymi, spróchniałymi deskami. — Mój dziadek tworzył ten sklep. To tu przekazał mi całą wiedzę. To tu spędziłam całe swoje dorosłe życie. Tu mierzyłam się z największymi wyzwaniami. To w związku z tym miejscem przeżywałam największe upokorzenia i... największe szczęście. To nie są tylko wspomnienia, Mike. To mój dom — i dom całej rodziny, wszystkich Wrightów. Nie mogła po prostu z niego zbiec, zamknąć go i otworzyć gdzie indziej. Westchnęła głośno, rozglądając się po pracowni.— Nie chodzi tylko o pieniądze, to coś więcej. I nie stworzę tego nigdzie indziej. Musiałabym pożegnać się z tym wszystkim, co się tu działo, a nie chcę. Nie jestem na to gotowa. To nie są tylko mury. — To było coś, czego nie umiała wyjaśnić, jakby część jej miała tu pozostać na zawsze. — Zrobię wszystko, żeby ten sklep się utrzymał.
Stanęła przy nim, dotykając stołu, na którym wciąż walały się trociny. Złapała je między palce i przyłożyła do nosa, zaciągając się specyficznym zapachem. Milczała przez chwilę — zbierając myśli, a może pozwalając mu przetrawić to wszystko. Obróciła się, przysiadając na jego krańcu, wzrokiem przemierzając całe pomieszczenie przed sobą.
— Zrozum. To wszystko, co mam.





If you could flick the switch and open your third eye
*
You'd see that we should never be afraid to die
Powrót do góry Go down
Michael Tonks
Michael Tonks

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Zawód : wygnany auror
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcąc zmienić świat, zacznij od siebie.
OPCM : 30
UROKI : 18
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/8
SPRAWNOŚĆ : 11/13
Genetyka : Wilkołak
Pracownia 1yGOSmf

Pracownia Empty
PisanieTemat: Re: Pracownia   Pracownia I_icon_minitimeYesterday at 20:54

Nie opuszczała go myśl, że stracił w życiu tak wiele czasu. Przedkładając karierę i desperacką chęć przynależności do czarodziejskiego świata ponad mugolskie korzenie (choć czy ten podział w ogóle miał sens? Hania miała mugolkę za mamę, a on mugola za ojca; to korzenie tego drugiego rodzica - czarodzieja - determinowały ich status krwi, sztuczny konstrukt skazujący go na trzymanie się z dala od Londynu i umożliwiający jej kurczowe trzymanie się tego sklepu) stracił czas, który mógłby przeznaczyć na budowę własnej rodziny i oddalił się nawet nieco od tej, którą już miał. Brawurowy i odważny, nie doceniał nawet własnego zdrowia, dopóki bezpowrotnie nie stracił normalności. A teraz żałował jeszcze, że wziął względne bezpieczeństwo w stolicy za pewnik, że nie opracował awaryjnych planów na spędzanie pełni, że nie zorganizował zawczasu w pełni bezpiecznego miejsca zamieszkania dla rodziny, i wreszcie - że nie porozmawiał z Hanią o bezpieczeństwie jej i jej sklepu na spokojnie, gdy nie prześladowała jej myśl, że może wszystko stracić, zanim zamknęła się w swojej upartej skorupce.
Gdzieś w sercu kołatał też irracjonalny (?) wyrzut sumienia, że tej zimy był tylko przyjacielem, jak gentlemanowi i starszemu bratu jej przyjaciółki wypadało, że tylko raz zaskoczył Hanię ciastem i pocałunkiem, choć w sklepie bywał przecież regularnie. Wiedział, że danie czasu jej i sobie było pewnie mądre i rozsądne i właściwe - zwłaszcza w obliczu wojny, likantropii, bliskich więzów Wrightów i Tonksów, a nawet różnicy wieku, która wydawała się teraz najmniej istotna.
Tyle, że mogli beztrosko zajadać się słodyczami w styczniu, w lutym, w marcu, a teraz zdawało się, że chyba nigdy nie zaznają podobnej chwili bezpieczeństwa i spokoju. Wtedy bał się, że nadmierna odwaga lub determinacja tylko zranią lub spłoszą Hanię, ale teraz lękał się czy kiedykolwiek ujrzy ją żywą i wyrzucał sobie, że mógł być lepszym mężczyzną. Albo lepszym przyjacielem. Albo chociaż sumienniejszym dostawcą ciasteczek, jeśli to przyniosłoby jej więcej uśmiechów tej zimy.
Spojrzał jej w oczy, nie przepraszając już więcej, ale i tak widziała w jego tęczówkach poczucie winy i bezsilności. Wiedział, że to nie stricte jego wina, że zadręcza się teraz kwestiami, których nie może zmienić, ale ciążyła mu świadomość, że inna wersja Tonksa, albo raczej inny mężczyzna, mógłby być przy niej zawsze, bez narzucania niechcianej pomocy i bez namawiania do porzucenia sklepu. Ktoś, kto nie nosił na sobie piętna mugolskiej krwi i dezercji z Biura Aurorów, mógłby po prostu zostać w mieście, wynająć pokój na Pokątnej, nocami mieć oko na sklep i wypatrywać płomieni. A nawet gdyby sam Mike wtopił się w tłum i sfałszował rejestrację różdżki, co nie było niemożliwe, to comiesięczna przypadłość uniemożliwiała mu stałą egzystencję w stolicy. Konieczność wymykania się z miasta w tą i z powrotem byłaby zbyt ryzykowna i dla niego i innych.
Przepraszam, że chcę być teraz przy tobie, ale nie mogę, nie wystarczam? - ugryzł się w język, zachowując przemyślenia dla siebie. Tylko by ją zraniły, miała zbyt dobre serce. Odruchowo podniósł dłoń do jej policzka, ale opuścił rękę i umknął wzrokiem, gdy wypomniała mu prośbę porzucenie sklepu - subtelnym ukłuciem przypominając mu, że jego namowy do ucieczki nie są tak altruistyczne, jak chciał myśleć. W obecnej sytuacji wyjazd Hani wydawał się jedynym sposobem zapewnienia jej bezpieczeństwa, ale przecież prawdziwy bohater zapewniłby jej już tutaj, teraz, a nie przychodził i marudził.
-Pamiętam. - zapewnił miękko, gdy i ona pomyślała o sklepie, łagodząc wydźwięk swoich słów. Wziął głębszy wdech, nie chcąc się nadmiernie wzruszyć. Przybył tutaj aby skonfrontować się z nią i jej mrzonkami o bezpieczeństwie w mieście, ale Hania nieświadomie zmusiła go do konfrontacji z samym sobą. Wysłuchał jej spokojnie, a potem wziął ją za rękę, nie spuszczając wzroku z jej czekoladowych tęczówek.
-Nie rozumiem. - skwitował tą poruszającą przemowę, a potem uśmiechnął się blado, zanim Hania zdążyła zareagować rozczarowaniem. -Nie rozumiem, bo nigdy nie miałem takiego domu. Nie odkąd opuściłem dom rodzinny i mury Hogwartu, każde miejsce było odtąd właściwie tylko noclegownią, a praca popychała mnie do częstych podróży w teren. - świadomie pominął temat chaty w Mickleham, od początku kwietnia wypełnionej co prawda głosami rodzeństwa, ale kojarzącej się głównie z księżycem w pełni i samotnością.
-Ale zawsze lubiłem tu przychodzić… - jako klient, pomocnik, właściwie kto? -…bo to ty tworzysz tu dom, dla klientów, dla… przyjaciół, dla wszystkich. - ścisnął mocniej jej dłonie. -Nie masz tylko murów, Hania, masz zdrowie i życie. - dary, które lekceważyło tyle osób, dopóki nie ugryzł ich wilkołak albo nie ugodziła Avada. Co zostanie z tych murów, z tej atmosfery, z pamięci jej dziadka, jeśli jej coś się stanie?
-A ja… może nie umiem i nigdy nie będę umiał martwić się o ten sklep tak jak ty, ale codziennie martwię się o ciebie.




You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Powrót do góry Go down
 

Pracownia

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Pokątna :: Sklepy, restauracje i lokale :: Sklep z miotłami i sprzętem do quidditcha-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20