Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Cieplarnie
AutorWiadomość
Cieplarnie [odnośnik]13.01.20 20:03

Cieplarnie

Chociaż część ingrediencji, z których korzystają pracujący w Peak District alchemicy, musi być dla nich specjalnie sprowadzania, to rezerwat w dużej mierze jest w tej kwestii samowystarczalny: we wschodniej części rozciągają się oddzielone od reszty terenów szklarnie, w których spotkać można co najmniej kilkanaście gatunków magicznych roślin, hodowanych i pielęgnowanych przez zielarzy. Ze względów bezpieczeństwa do przeszklonych zabudowań nie wpuszcza się odwiedzających rezerwat gości, ale pracownikom zdarza się nimi przechadzać, bo z nasłonecznionych korytarzy rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na wzgórza rezerwatu, wraz z przelatującymi nad nimi trójogonami. Labiryntem ścieżek można też dotrzeć wprost do pracowni alchemicznej wraz z przylegającym do niej magazynem i punktem medycznym.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Cieplarnie Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Cieplarnie [odnośnik]07.04.21 22:40
28 XI 1957

Potrzebował odrobiny normalności, choć już właściwie zdążył zapomnieć, czym takowa była i jak się niegdyś objawiała w jego życiu przepełnionym świętymi powinnościami. Wspomnienia leniwych poranków stały się zbyt odległe, dziecięce śmiechy ucichły całkowicie, pozostając niemą symfonią dla przeszłości mglistej, mdłej. Już przestał mamić się złudzeniem, że ze zwyczajnością codziennego życia będzie mu do twarzy dopiero na starość, choć wątpliwym było, czy takowej dożyje. Obrał dla siebie trudną ścieżkę; z racji aurorskiej kariery zawsze borykał się z ryzkiem utraty życia, jednak ostatnie wydarzenia dobitnie udowodniły mu, jak ciężko przyjdzie poczciwym ludziom walczyć o lepszy świat. Jego poczciwość utarła przez lata zatarciu, poczucie moralności odrobinę upłynniło, jednak ktoś musiał babrać się w krwi zwyrodnialców w imię prawdziwych wartości. Czasem jednak musiał obmyć ręce z brudu, przypomnieć sobie jak to jest czuć coś bardziej błahego od żądzy wymierzenia sprawiedliwości czarnoksiężnikom.
Chciał zaznać cudzej obecności, której nie musiałby uzasadniać koniecznością ciągłej walki, wobec której nie czułby się niczym skrępowany. Być może zdusiłby w sobie takową zachciankę – jakże dziecinną w obliczu toczącej się na angielskich ziemiach wojny – lecz długi czas izolacji na wyspie sprawił, że do dziś nie czuł się komfortowo sam ze sobą. Potrzebował rozmowy, dla spokoju jego ducha pozbawionej idealistycznych tez, głębokich rozważań o mrokach czających się w człowieczych umysłach i duszach. Nie chciał przepracowywać rzekomej traumy, opowiadać o tym, jak wiele okrucieństw zdołał ujrzeć w ciągu całego swojego życia i jak bardzo wpłynęło to na jego psychikę. Jeden z przebłysków świadomości podpowiedział mu, aby zwrócił się do niej. Do niewielu osób mógłby przyjść z czystej potrzeby wymiany kilku zdań, bo przed znakomitą większością stawał jako zatwardziały auror – to go definiowało, tego też po nim oczekiwano. Ronja Fancourt należała do tych wyjątków. Doceniał to, że niegdyś na własne oczy ujrzała w aurorach ludzi. Nie każdy z początku chciał się przed nią otworzyć, ciężko było zaufać osobie zawodowo zajmującej się odkrywaniem cudzych słabości, nawet jeśli w celu ich naprawy. Gdy jednak zaczęła dzielić wraz z nimi niektóre niedole, zaufanie przyszło naturalnie. Z podobną naturalnością przyszło więc Kieranowi udać się do Rezerwatu Trójogonów Edalskich dzień po wysłaniu listu zawiadamiającego o wizycie, każde wejście do tak kluczowego miejsca na terenie hrabstwa Derbyshire należało monitorować.
Podczas kilku swoich wizyt zdołał zapoznać się z częścią administracyjną rezerwatu i dobrze znał już drogę do punktu medycznego. Zapowiedź o jego nadejściu musiała dotrzeć na czas, czarownicę odnalazł na początku labiryntu złożonego z cieplarnianych korytarzy. Świadom był tego, że musiał uważać, aby ramionami nie trącać hodowanych roślin. Ostrożnie wszedł do wąskiej przestrzeni i na chwilę zamarł, chłonąc ogromne dobro, jakim było to, że pomimo listopadowych opadów mógł cieszyć się przyjemnym ciepłem otulającym zmarznięte ciało.
Udawajmy, że wyglądam dobrze – śmiało pominął zbędne powitania, unosząc kąciki ust w bladym uśmiechu. Za jego mizernym wyglądem kryły się opowieści, a niespecjalnie dążył do dzielenia się właśnie nimi. Dobrze było ją widzieć, choć właściwie po osamotnieniu na wyspie ulgę przynosiło mu ujrzenie kogokolwiek. Na pierwszy rzut oka pozostawała w dobrym zdrowiu, ale jakoś nigdy wcześniej nie spytał, jak się miewa. Bez wahania dzielił się z nią historiami z pracy czy młodości, pozwalał sobie wypowiadać różne żarty, ale czy ich relacja była przyjaźnią? Jakoś nigdy nie próbował tej znajomości zdefiniować, póki obie strony zdawały się być zadowolone. On mógł się wygadać, a panna Fancourt musiała także czerpać dla siebie jakieś korzyści, skoro nigdy go od siebie nie odegnała. Podejrzewał, że mógł być dla niej ciekawym przypadkiem, choć nigdy nie dała mu odczuć, że prowadzi na nim jakiekolwiek analizy.
Wyciągnął z kieszeni płaszcza zawiniątko, zaraz z materiału lnianej chusty uwalniając dwie dorodne gruszki, jedną z nich gestem proponując Ronnie. – Grzechu warte – dodał od siebie werbalną zachętę. Mimowolnie przypomniał sobie jedną ze wspólnych chwil w przeszłości, gdy ugrzęźnięci w rumuńskim błocie aurorzy dzielili się w podobny sposób suchym chlebem, czyniąc to w pośpiechu przed wielką niewiadomą skąd i kiedy nastąpi atak wroga.



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 47
UROKI : 28
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Cieplarnie [odnośnik]08.04.21 18:03
Ktoś kiedyś powiedział, że najbardziej człowiek boi się nieznanego. Nie uważała to twierdzenie za prawdziwe. Nieznane można studiować, badać i poznawać lepiej. Udawać kogoś, kim się nie jest i skrywać swoje słabości, pod najkorzystniej wyglądającą maską. Największym strachem napawa nas to, jak dobrze ktoś może nas rozumieć, jak bezbronni jesteśmy wobec czyjegoś spojrzenia. Przed tym nie da się uciec.
Pod nosem nuciła chińską pieśń ludową, podwinąwszy rękawy do łokci, a ręce brudząc ziemią z masywnych donic. Nie była co prawda alchemikiem, ale dość wcześnie udowodniła swoją dobrą znajomość ziół i ich odpowiedniego użytkowania w celach leczniczych. Zwykle tradycyjne metody dalekowschodnie trzymała w nie tyle tajemnicy, ile odpowiedzi dla faktycznie zainteresowanych, wiedząc, że nie wszyscy akceptowali specyficzność niektórych znanych czarnowłosej metod. Na swoją prośbę, mogła jednak bez przeszkód wysadzić kilka z prywatnych ziół w obszernych szklarniach sąsiadujących z punktem medycznym i olśniewającym widokiem na wzgórza rezerwatu. Uwielbiała to miejsce, jego ciszę i bezpieczeństwo, gdy kluczyła pośród wąskich korytarzy zieleniny, oszołomiona wręcz przez natłok zapachów.
Spodziewała się, kogo zastanie na swojej drodze tego dnia, zatem kiedy stanowcze, pewne kroki, przebiły się przez oazę spokoju szklarni, ledwo podniosła wzrok na ich wykonawcę, kręcąc tylko głową zmartwiona. Przeszłość nawet i tutaj zdołała ją odnaleźć, wyglądając gorzej niż kiedykolwiek.
Właściwie nie potrafiła określić ich pierwszego spotkania, zniknęło ono pośród stresu pierwszych dni pracy w Ministerstwie, a może celowo zostawiła za sobą te wrażenia, w których ukazywał się słaby obraz Fancourt. Zdenerwowana, niepewna, onieśmielona towarzystwem ludzi odpowiedzialnych za wiele dobrego w całym ich otoczeniu owszem, ale też ludzi zdolnych do niebywałych czynności, o umiejętnościach magicznych, które nigdy się nawet Ronji nie śniły. Niebezpieczne indywidua, rozpoznawalni w całym departamencie, oraz ona jedna na krześle obok, z papierem zatwierdzającym zdatność ich psychiki do pracy. Jeden podpis dzielący życie od śmierci, bo przecież w większości przypadków, praca była jedynym co znali i rozumieli.
- Doceniam, że dbasz o moje umiejętności aktorskie. - Odparła z nikłym uśmiechem na twarzy, otrzepując korzenie imbiru i układając je równo na drewnianym blacie. Właściwie nie pamiętała już, które blizny miał od zawsze, a które pojawiły się niedawno, niemi świadkowie tego na jak wielkie niebezpieczeństwa się narażał. Od razu przyuważyła znaczną utratę wagi, całkowicie niepasującej teraz do mocno zbudowanej sylwetki i szerokich barków. Gdzieś ty był, cisnęłoby się na usta każdemu o zdrowych zmysłach. Czcze życzenia, doskonale wiedziała, że nie przyszedł tu po to. Cóż zresztą miała mu więcej powiedzieć, czego nie mówiłaby znajoma twarz patrząca na Fancourt z listów gończych. Pięć tysięcy galeonów za znajomość z dawnych lat. Nie oddawało to w pełni tego, co mu zawdzięczała, a przecież mógł być tacy jak inni. Skąpić słów, traktować z wyższością, nie włączać do rozmów - tak wyglądały początki Ronji jako uzdrowiciela z "ideałami", o wysuszonych ustach i sińcach pod oczami kiedy kolejny dzień czekali w Rumunii na efekty ich polowej zasadzki. Nie musieli nawet specjalnie się starać, żeby udowodnić jej, jak bardzo tam nie pasowała. Ona sama wiedziała. Aż w końcu pewnego wieczoru, w ciszy przed burzą roztaczającej się na rumuńskich bagnach, bez słowa wręczył jej kawałek swojego chleba, tak jak dzielił się nim z każdym innym członkiem drużyny.
- Mam nadzieję, że ta gruszka to nie jest twój jedyny posiłek spożyty w tym półroczu. Jako uzdrowiciel zmuszona jestem powiedzieć, że to byłaby nierozsądna dieta. - Mimo tego podjęła owoc z jego dłoni i chwilę oglądając zielonkawą skórkę, zbliżyła ją do swoich ust. - Ale jako człowiek… - Soczysty miąższ smakował wyśmienicie kiedy z apetytem spożyła pierwszy kęs. - Powiem, że to naprawdę grzechu warta gruszka. - Wciąż jeszcze przeżuwając, obróciła się wreszcie do niego i kiwnięciem głowy wskazała swój niewielki, dumnie rozrastający się ogródek. - Co sądzisz o moim nowym miejscu pracy? Przy takich widokach, zapominam o ministerialnych przygodach. - Na wspomnienie potężnego gmachu, przeszywa ją ledwie odczuwalny dreszcz. Miała nawet swoje puste biurko w dziale delegatów z Munga. Nigdy nie znalazła czasu na odpowiednie urządzenie go, toteż pusta przestrzeń jedynie okazjonalnie zapełniała się dokumentami z wypraw i badań.
W Peak District było inaczej, nie czuła się tutaj jak intruz, toteż wbrew własnym przyzwyczajeniom, zdołała opuścić gardę i zostawić po sobie ślad. Nie bała się wreszcie wypuścić korzeni tak, jak zrobił to wylegający się w słońcu imbir.


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Cieplarnie [odnośnik]24.04.21 14:31
Będąc jeszcze w drodze do rezerwatu miał szansę zastanowić się nad tym, jak uzdrowicielka zareaguje na jego widok. Właściwie to była jedna z tych myśli, które pojawiły się w głowie błyskawicznie, ale na dobrą sprawę nie zrodziły bardziej szczegółowych wyobrażeń. Przypomniał sobie o tym drobnym dylemacie dopiero wtedy, gdy ich spojrzenia skrzyżowały się po raz pierwszy. Zdołała przyjrzeć mu się uważnie, wydając fachowy werdykt o jego stanie, bez wypowiadania go głośno, prawdopodobnie zdając sobie sprawę z bezcelowości takiego objawu uzdrowicielskiej troski. Ale pokręciła głową, taki komentarz wystarczał mu w pełni, a brak pytań był miły. W jego mniemaniu swoją prośbą nie zmusił jej do milczenia, po prostu zasygnalizował, że pewnych tematów poruszać nie chce. Mimo to dostrzegł błysk ciekawości wybijający z dna ciemnych tęczówek, nawet jeśli ostatecznie z kobiecych ust nie wypadło żadne pytanie. Instynktownie spojrzał na wybrudzone ziemią jasne dłonie, powoli wędrując spojrzeniem do zawiniętych aż do łokci rękawów, uznając ten widok za kojący, bo w pewien sposób znajomy, pojawiający się jeszcze w dawnym życiu, w innej osobie i przy innej scenerii. Zmrużył oczy, dyskretnie zaciągnął się krążącą w powietrzu mieszanką ziół, a potem odetchnął. Jeśli wcześniej wahał się, czy powinien był się tutaj fatygować, to w tej jednej chwili opuściły go wątpliwości. Rozluźnił ramiona po raz pierwszy od długiego czasu, nawet nie marszcząc czoła na wzmiankę o diecie zredukowanej do samych gruszek.
W moim jadłospisie zagościło na dłużej ptactwo i focze mięso, więc naprawdę nie wybrzydzam – odparł śmiało, poniekąd zaskakując samego siebie, że mógł z poczuciem humoru spojrzeć na stosunkowo niedawną przygodę, jaka mu się przydarzyła, choć ta należała do bardzo nieprzyjemnych. Wolał jednak nie kontynuować tematu, pospiesznie schował chustę do kieszeni płaszcza, w tej samej chwili wgryzając się w soczystą gruszkę trzymaną w drugiej dłoni. Od zawsze preferował jabłka, ale po jego powrocie każda zjadliwa rzecz stała się najprawdziwszym rarytasem. Dobrze było zobaczyć jak druga osoba smakuje przyniesiony przez niego owoc z przyjemnością.
Przyjrzał się wskazanemu fragmentowi zielonych zasobów rezerwatu, może nie do końca rozumiejąc dumę właścicielki, ale w jakimś minimalnym stopniu także ją odczuwając. W nim nie było żadnego entuzjazmu, ideały prawie wywietrzały, pozostały tylko realne cele, na barkach spoczywał obowiązek. Ministerialne przygody wyryły się w jego duszy, co ściśle wiązało się z tym, jak wiele pamiątek pozostawiły na ciele. – Czasem też o nich zapominam – odparł po krótkim namyśle, na całe szczęście stosunkowo szybko wygrzebując się z ponurych rozmyślań. W chwili obecnej było mu ciepło, ubrania miał suche, żołądek nie domagał się posiłku, nie dokuczała mu żadna otwarta rana. Na próżno szukać niebezpieczeństw w dokładnie zabezpieczonej przestrzeni. – Ewidentnie dobrze ci tutaj, to przecież najważniejsze. No i smoki to raczej nie dziurawią i nie przypiekają kogoś codziennie – a przynajmniej miał taką nadzieję, zajmowanie się dotkliwie rannymi czarodziejami było wycieńczające także dla magomedyka, w przeszłości wiele o tym słyszał od żony. Kiedy to było. – Te trójogony edalskie to w ogóle zioną ogniem? – spytał z lekkim zaciekawieniem, bo niewiele wiedział o smokach, ta wiedza nigdy zresztą nie była mu potrzebna. Ile jednak prawdziwe stwory miały wspólnego z bajkowymi opisami?
Ponownie wgryzł się w gruszkę, z której słodki sok pociekł mu już po dłoni. Ociągał się z właściwą rozmową, nie bardzo wiedząc od czego zacząć i w jaki sposób. Szukał normalnej rozmowy, a jednak trudność sprawiało mu powiedzenie czegoś sensownego.



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 47
UROKI : 28
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Cieplarnie [odnośnik]29.04.21 22:55
Czasami zazdrościła innym tej prostolinijności. Odcięcia się od tego co niepotrzebne, przyjęcia wydarzeń takimi, jakimi są. Wspomnienia zawsze wyglądały na piękniejsze kiedy obserwowało się je z daleka. Fancourt nie zawsze lubiła do nich wracać, ale musiała. Niewidzialna siła wyćwiczyła w niej niezmienny nawyk analizy, doszukiwania się szczegółów pominiętych, sekretów pominiętych milczeniem. Zwłaszcza w milczeniu. Było ono złotem w najczystszej postaci, przykrytym obronnymi gestami, które jednak wprawiona osoba potrafiła znaleźć pośród natłoku niepotrzebnych słów. Ironia kryła się za każdym rogiem takie postępowania, zdawała sobie z tego sprawę. Ocenianie cudzych decyzji, krytykowanie czynów, których samych by się nie podjęła, a nawet dywagacje nad sensem czy wagą czyichś emocji. Pełniona przez Fancourt rola nieustannie stawiała kobietę w świetle samokrytycznej kontroli nad wysuwanymi wnioskami. Tak łatwo jest się w nich zagubić.
Kieran przeżył więcej od niej. Z całą pewnością nie mogła sobie nawet wyobrazić wszystkich tych historii, którymi nie podzielił się pod postacią ocieplonych anegdot z życia doświadczonego aurora. Na pewno niektóre z opowiadań nie nadawały się do uszu słuchaczy już podczas procesu tworzenia, nie wspominając o tragedii tych, którzy brali w nich udział. Chwyciła za nożyce ogrodowe i płynnymi ruchami poczęła oddzielać łodygi zebranej wcześnie lawendy od drobnych korzeni. - Czasami łatwiej zapomnieć. Nie ma w tym nic złego, o ile wybór dokonany jest świadomie. Wypychanie minionych czasów, albo zaprzeczanie ich istnieniu na siłę, zwykle nie prowadzi do niczego dobrego. - Stwierdziła na zakończenie tematu, nie czując szczególnej potrzeby większego psychoanalizowania każdego z wypowiedzianych przez nich słów. Rozmowa również była sztuką samą w sobie, a im dłużej zastanawiałeś się nad odpowiedzią, tym bardziej wątpliwe jest, czy naprawdę chcesz ją wypowiedzieć na głos. - Okazjonalnie się im zdarza podziurawić, ale po to mamy punkt medyczny. - Przytaknęła z półuśmiechem. Wypadki przy pracy smokologów zdarzały się regularnie, na szczęście większość pracowników podchodziła z typowym dla ukochanej profesji dystansem, toteż zasady bezpieczeństwa i wyrozumiałość dla wielkich podopiecznych umożliwiała relatywnie spokojne funkcjonowanie rezerwatu. Naturalnie, zdarzały się przypadki kryzysowe, wypady, które nie poszły po myśli planującego, na samo wspomnienie dawnej wyprawy Percy’ego, przez plecy Ronji przebiegł lekki dreszcz, ale większość pomyłek i błędów dawała się w pełni odratować. - Nie znam się na nich dobrze. - Przyznała w odpowiedzi na pytanie mężczyzny, przerywając na chwilę pracę w pół ruchu. - Obserwuję je za to dosyć często, ale moja wiedza wciąż pozostawia wiele do życzenia. Na pewno są majestatyczne. Z daleka wyglądają na groźne, niedorzecznie niebezpieczne istoty, do których nikt o zdrowych zmysłach nie powinien się zbliżać. Ale kiedy podejdziesz bliżej, kiedy jednak się odważysz… Ten pancerz zbrojnych łusek okazuje się mieć swoje wyrwy, pamiątki po wykluciu z jaja, nieuważnej nauce latania, młodocianych potyczkach. Im lepiej się czemuś przyglądamy, tym łatwiej zauważyć, że to, co wydaje się z pozoru niedostępne, jest takim tylko pod pewnym kątem patrzenia. Zmiana perspektywy pozwala zrozumieć wiele nowego. - Obróciła głowę w stronę Rinehearta, umysłem na chwilę powracając do wydarzeń z londyńskiego parku. Od zajścia w Hyde minął ponad miesiąc, zapewne pojmany czarodziej opuścił już mury Tower. Taką przynajmniej miała nadzieję. Brutalnie zatrzymany przez policjantów, potraktowany agresywnym zaklęciem bez szansy na sensowne wytłumaczenie. Nie zrobiły nic, by mu pomóc wtedy. Jaką decyzję podjęłaby dzisiaj? Zachowałaby się inaczej, gdyby zagrożona była bliższa jej osoba? - A jak ty się miewasz, Kieranie? Czy może to zbyt ogólne pytanie, wobec tego wszystkie co dzieje się teraz na świecie? - Odłożona na bok drewnianej półki gruszka, lekko już nadgryziona tworzyła dziwnie pasujący krajobraz do reszty zielonej układanki cieplarni. Z jednej strony miała kształt odrobinę egzotyczny, zupełnie inny od brudnozielonych ziół i ziemistych korzeni o mało imponujących skórkach. Z drugiej, Fancourt doskonale wiedziała, że gruszę zasadzić można właściwie w każdym przydomowym ogródku. Jeśli tylko miało się wystarczająco samozaparcia, by o nią dbać.


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Cieplarnie [odnośnik]13.07.21 23:04
Podobało mu się to, jak za jego jednym stwierdzeniem wypłynęła wręcz filozoficzna wypowiedź. Rzadko kiedy bywał prowodyrem dla zagorzałych dyskusji, a niewiele osób skłonnych było rozplątać mu język. Jakoś z wiekiem zaprzestał tak gorliwie rzucać górnolotnymi hasłami. Gdyby rozchodziło się o tajemnice, nie zdradziłby żadnej, jednak w towarzystwie miłym i wyrozumiałym nie czuł się skrępowany mówić o niczym. Fancourt należała jednak do tych osób, co nawet w jednej sylabie odnajdą miliony znaczeń i nawet lubił przyglądać się w jakim skupieniu pozostaje, gdy czasem pobieżnie, a innym razem dogłębnie, analizuje wszystkie znaki. To było bardzo podobne do tego, co doskonale znał – obserwacja, rozeznanie, planowanie dalszych kroków, pilnowanie swoich ruchów.
Całkowite zapomnienie nigdy nie jest bezpieczną opcją, kiedy przeszłość może przypomnieć o sobie w najmniej spodziewanym momencie – przyznał jej rację, choć wyraziła ją zupełnie innymi słowami, znacznie bardziej wyszukanymi. To nie stanowiło żadnej przeszkody w zrozumieniu przekazywanej mądrości, nawet jeśli Kieran nie potrafiłby wysłowić się w podobny sposób. Czarownica mogłaby mu tym aksamitnym głosem i łagodnym tonem przekazać najbardziej okrutne prawdy tego świata, a on i tak czułby na dnie duszy ukojenie. Swego czasu zdążył przyzwyczaić się do tego, że uzdrowicielka samą obecnością starała się zapewniać innym spokój. Nawet na błotnistych terenach, wśród wysokich traw, pod rozgwieżdżonym niebem i przy oślepiającym słońcu. Leczyła rany, składała w jedno strzępki umysłu. – Raczej wolę mieć wspomnienia jakby posegregowane na te mniej i bardziej użyteczne, odnajdywać te konkretne w razie konieczności, bo nawet z tych niewygodnych płynęła jakaś nauka.
O tak, porządkować odpowiednie zbiory wspomnień do szufladek, a potem otwierać właściwe w tej odpowiedniej chwili. Rzecz jasna tak nie potrafił, choć w taki sposób wizualizowałby umysł, gdyby przyszło mu zostać oklumentą. Wielowymiarowe archiwum, do którego prowadzą ciemne korytarze naszpikowane pułapkami, potworami i przejściami z różnych miejsc marmurowego labiryntu. I miałby tak wiele wspomnień do skatalogowania – ciężkie, metalowe regały wypluwałyby z siebie szuflady jako ta ostateczna pułapka dla zbyt ciekawskiego jegomościa, co dotarłby do nich. Chyba właśnie taka śmierć byłaby dla niego najbardziej hańbiąca, koniec pod stertami papierów, co są dowodem przede wszystkim biurokracji.
W rezerwacie też zdarzały się wypadki, o takie nie trudno, gdy na co dzień obcuje się z wielkim stworzeniami. Milcząco słuchał o smokach, o przyjmowaniu odpowiedniej postawy wobec ich majestatu. Jednym mogły wydawać się straszne, dla innych stanowić obiekt bezbrzeżnej fascynacji. Rineheart zaś rozważał kwestię ich słabych punktów. Pamiątki po wykluciu z jaja. Instynktownie potarł dłonią policzek, na którym zagościła blizna.
W ostatnim czasie nawet wolę takie ogólne pytania – oznajmił spokojnie, zawieszając spojrzenie na odłożonej gruszce. Także swoją położył obok jednej z brązowych donic. – Żyję, jestem sprawny, to mi wystarcza – udzielił właściwej odpowiedzi bez mrugnięcia okiem, chyba próbując przekonać samego siebie, że to minimum w pełni mu wystarcza. Nie odczuwa samotności, potrzeby bliskości, rosnącej w sercu goryczy na ewidentną niesprawiedliwość, jaką się napotyka na każdym kroku podczas tej wojny. Dla niego nie było głodu, chłodu, płaczu, nic złego się go nie imało. Zawsze nieustraszony, gotowy do walki, pełen silnej woli.
George Rowston się żeni w połowie stycznia – poinformował ją bez wielkich emocji, ciekaw jej opinii odnośnie takiego wydarzenia w czasach tak straszliwej wojny. Prawdą jest, że życie toczy się dalej, a wojna nie zdołała zniszczyć wszystkich więzi międzyludzkich, jednak myśl o tworzeniu rodziny jawiła się jako abstrakcja. A wspomniał o nim tylko dlatego, że także był na akcji w Bułgarii, na dodatek to Ronja uratowała mu życie, przywracając przytomność umysłu. Ciekawa więc, jak teraz oceniałaby jego stan psychiczny. – To będzie mała uroczystość, nic wielkiego, ale gdybyś chciała się na nią ze mną wybrać, mogłabyś spotkać paru naburmuszonych aurorów. I przypomnieć kto trzymał porządek w ich głowach.



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 47
UROKI : 28
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Cieplarnie [odnośnik]01.08.21 13:20
Wprawiało ją w zdziwienie, na jak wiele sposobów mogła prezentować się siła. Nie ulegało wątpliwości przecież, że jest nią Kieran. Surowy w swoich twardych krawędziach, o świdrującym spojrzeniu, które widziało zbyt wiele krzywd. Mógł jej powiedzieć, że nic nie wiedziała o życiu i może w niektórych kategoria byłaby to prawda, ale nigdy tego nie zrobił. Wyrozumiały, ale czy dla siebie samego?
Wspomnienia to nie skarpety, które rozkładasz po szufladach, Kieran. — Usta rozciągnęły się w małym uśmiechu, chociaż rozumiała, do czego mężczyzna zmierzał. Logiczne umysły lubowały się w tego rodzaju kategoryzacji, przyczepianiu do wszystkiego oznaczeń, w nadziei, iż to rozjaśni niedopowiedzenia i nada sens wnioskowaniu. Ronja sama wciąż jeszcze łapała się na myśleniu w ten sposób, krukońskie przyzwyczajenia kochały szukać dowodów, zadawać pytania i usatysfakcjonowane, skreślać je z listy niewiadomych. Dopiero spontaniczność marzycielki, o którą troszczyła się w sobie, przekonywała do bardziej ogólnego patrzenia na niektóre pojęcia, a przez to rozumienia ich jako całość. Chłonęła świat takim, jaki był, podziwiała jego surowe piękno, nawet w brutalności tego co niosły ze sobą kolejne wydarzenia. Tragedia, płacz i wszechogarniający smutek, nawet te emocje dało się chwycić w dłonie, obejrzeć ze wszystkich stron. Problem polegał na tym, że ostatecznie niewiele można było pomóc. Ludzki umysł wciąż stanowił dla wielu, a szczególnie dla Ronji, największą zagadkę. Co czyniło jednych dobrymi, a drugich złymi i czy w ogóle ludzie tak skłonni do błędów i pomyłek jak oni, mieli prawo do mówienia, czym jest dobro, a czym zło? Bursztynowe oczy Fancourt nie patrzyły na świat w czarnobiałych barwach, ale też nie widziały palety odcieni szarości. Wzrok Azjatki dostrzegał ferie barw każdego szczegółu, od słonecznie złotej radości podczas święta wiosny, do zgrzytania zębami w żałości nad zmarłym członkiem rodziny.
Wysłuchała w milczeniu odpowiedzi Rinehearta, po czym metodycznym ruchami pochwyciła kilka chwastów, czających się za rządkiem zieleni. — Wiem, że tyle ci wystarcza. — Odparła po chwili zastanowienia. — Ale na ile więcej zasługujesz? — Rzucone pytanie uniosło się między nimi bardziej w formie stwierdzenia, niż oczekiwania na prawdziwą odpowiedź. Może i była słaba za całe to swoje odczuwanie. Na pewno fizycznie brakowało jej wiele, chociaż cały czas dążyła do lepszej wersji siebie, to jednocześnie akceptowała fakt, że nigdy idealną nie będzie. Wątpiła, pytała i popełniała błędy. Bała się, wątpiła i poddawała w dyskusje, mimo opinii wygłaszanych przez wielu. Wojna to nie czas na zastanawianie się. Sądziła inaczej. Wojna to szczególny czas na zastanawianie się. Wiele tej czynności poświęciła, zagłębiając się w szczegółowe analizy minionych konfliktów czarodziejów z najbliższej przyszłości, ale też i historycznie znane potyczki zbrojne. Wciąż jeszcze nie odpowiedziała na wiele ze swoich przemyśleń, ostrożnie balansując na linii własnych opinii.
No proszę. — Do pamięci powraca duszny zapach lasu, suchość w gardle i wilgotne wnętrze wysokich za kostkę butów. — Wspaniała wiadomość, dziękuję, że o tym wspomniałeś i z miłą chęcią się wybiorę. — Może gdy nastanie wreszcie czas pokoju, będzie mogła zjednoczyć się po raz kolejny z dawnymi współpracownikami i ponownie wrócić do pracy dla Ministerstwa? Nie mówi już o normalności. Do tego co było przedtem, nie wrócą już w niezmienionej formie. Tego była pewna.
Z jednym właśnie rozmawiam i idzie całkiem przyjemnie, zatem pozostanę w dobrej myśli. — Odpowiedziała, wyraźnie ożywiona na wieść o nowinie. George przechodził naprawdę ciężkie momenty. Fakt, że był w stanie przejść ponad nimi i znaleźć miłość, upewniał Ronję w tym, że nawet słabości mają swoje cele i kres. Miłość oraz wojna bowiem, zawsze zdają się kroczyć ramię w ramię. Dwa szczyty wyżyn ludzkich emocji. Dobro i zło. Piękno i brzydota.


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Cieplarnie [odnośnik]01.08.21 16:43
Oczywiście, że miała rację. Wspomnień nie upycha się do szuflad jak skarpet. Bliskich nie rozstawia się po kątach jak mebli. Stanowczo przemawiała za nią logika, a Kieran niby świadomy tych prostych prawd od zawsze, na dobrą sprawę uzmysławiał je sobie dopiero teraz, po kilku dekadach odczuwając swoje błędy dotkliwie. Czasem przeszłość otaczała jego umysł, słowa wypowiedziane niegdyś w gniewie syczały do ucha. Trudno było przyznać się do słabości, ale przede wszystkim pogodzić z tym, że w ostatecznym rozrachunku miał tylko siebie i wojnę. Na polu walki mógł coś jeszcze zdziałać, miał nawet znaczyć wiele, ale poza nim pozostawał nikim. Przecież był aurorem – nie mężem, nie ojcem, żadnym przyjacielem, kolegą, znajomym. Garstka relacji tylko pozostała, taki los.
Wciąż miał z kim rozmawiać, dziwne. Kobiecy głos nie atakował, obrana intonacja nie niosła ze sobą znamion wszechwiedzy, co najwyżej przemycane były nuty zachęcające do analizy bez nadmiernego uzewnętrzniania się. Na coś jeszcze w ogóle zasługiwał? Podobna zachłanność była prawem młodych, ale już nie jego, kiedy przez większość swojego życia naoglądał się najbardziej odrażających okrucieństw, co przede wszystkim uderzały w człowieczą godność. Właściwie nie przejął się, wręcz przeciwnie, na jego twarzy zagościło coś na kształt niby niezręcznego uśmiechu, a jednak jakoś tak zadowolonego. Chyba rozumiał z jakich to powodów zachęcała go do przemyślenia tego, czego jeszcze może chcieć od życia. O tak, zaczął się łudzić, że z racji wrodzonej łagodności i pewnego sentymentu życzyła mu czegoś odrobinę lepszego od wegetacji, może nawet pełnoprawnego życia, w jakim zazna jeszcze szczęścia.
Skoro jego udział w walce mógł coś zmienić, wcale nie chciał umierać, lecz świadom był tego, że kres może nadejść w każdej chwili. Od zawsze pakował się w kłopoty, nawet jeśli w imię wartości, jakie uznawał za nienaruszalne. Toczył ciągłą walkę i ani razu nie uznał jej za bezsensowną. Jakoś miło było myśleć, że dzięki stoczonym bojom ktoś inny mógł wykrzesać z siebie więcej wiary w to, że będzie dobrze, być może normalnie, choć zajmie to tygodnie, miesiące, lata. Ślub aurora na samym początku przyszłego rok niektórym podniósł morale. Wzroku nie odrywał od Ronji. Był ciekaw jej reakcji na wieść o tym, że ci aurorzy, którym pomogła w chwilach największych kryzysów, dalej żyją i mają w sobie jeszcze tyle nadziei na lepsze jutro, aby tworzyć własne rodziny bez oporów. Może to była siła miłości, nie każdy godził się na zaspokajanie minimalnych potrzeb, mało kto chciał wieść samotny żywot.
Duże wrażenie wywołało na nim jej ożywienie, w ciemnych oczach dostrzegł ewidentny entuzjazm, jakby i w niej zbudziła się jakaś nowa energia. Miała swój udział w tym życiowym sukcesie Rowstona. – Napotkasz na nieco rozmowniejszych i weselszych aurorów, zapewniam. Któregoś uda się też wyciągnąć do tańca, nawet w tej sprawie mogę zainterweniować jako przełożony – rzekł żywo, prawie radośnie, ponieważ inni potrafili układać sobie życia, jakoś sięgać po własne szczęście. Czyli po wojnie wciąż czeka ich jakaś przyszłość. Ta myśl bardzo koiła zszargane nerwy. – Korci mnie niekiedy, żeby spytać George’a czy jest pewny swojej decyzji. To szczęście może być bardzo kruche. Z drugiej strony to szczęście jest tym, co daje siłę do walki.
Właściwie podał powód, co w ostateczności powstrzymywało go od zadania niezręcznego pytania. Nie miał prawa bronić innym kolejnych prób odnalezienia szczęścia, nawet jeśli czuł, że takie się aurorom nie przydarza bez wielkich wyrzeczeń. Coś za coś, odwieczna zasada bojowników.
Gdzieniegdzie jest bezpiecznie.
Jeszcze.



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 47
UROKI : 28
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Cieplarnie [odnośnik]01.08.21 23:31
Jak każdemu, również i jej przychodziły chwile zwątpienia. We własne umiejętności, w głoszone prawdy, w które tak mocno wierzyła. Nie było dnia, w którym coś Fancourt nie zaskakiwało i szło odrobinę inaczej, niż miała to ułożone w swoich myślach. Role, jakie przybierała płynne, wciąż zmieniające się w zależności od sytuacji, w której miała się znaleźć. A przecież jeszcze do wszystkiego tego co sama sobie narzucała, dochodziła przecież, ocena otaczającego jej osoby, przez otaczającą kobietę świat. Dla jednych córka imigrantki bezprawnie zagnieżdżająca się w ojczyźnie prawdziwych czarodziejów, dla reszty za mało chińska, by móc się Chinką nazywać. Uzdrowicielka i owszem, leczyła jednak prócz ciał również umysły, a to z kolei spotykało się już z drwiną oraz wątpliwościami. Ludzie bali się tego co nienamacalne, wyśmiewali i krzywdzili obce, bo o ileż łatwiej trzymać się tego co znają, niż skoczyć na głęboką wodę. Nie była jednym i tym samym. Córka, kobieta, magomedyk, naukowiec, Chinka, Angielka. Wszystko to łączyło się w niepowtarzalną kombinację Ronji.
Różnili się od siebie wielce i może na tej zasadzie większość wspólnych rozmów przebiegała gładko. Przedstawiali swoje zdania, wyrzucali wątpliwości, a na koniec dyskusji, w większości przypadków rozchodzili się we własne, jakże odrębne strony, za to z luksusem spotkania się na rozdrożach. Gdzieś zawsze czaił się punkt wspólny, wzajemne zrozumienie danego problemu, chociaż obarczone zgoła całkowicie różnymi perspektywami jego postrzegania. Cieszyła się na ślub dawnego znajomego, mocniej jednak niż okazję do podniesienia morale wspólnoty, dostrzegając w wydarzeniu uniwersalny sukces jednostki człowieka, która odniosła zwycięstwo nad własnymi problemami i zmorami zdrowia, czy to fizycznego, czy psychicznego.
Zakończywszy pielęgnowanie grządki, zebrała swoje przyrządy i naręcze ściętych ziół, a następnie gestem dłoni zachęciła Kierana do towarzyszenia jej w drodze powrotnej przez korytarz szklarni. Nadzieja umierała ostatnia, a już szczególnie Ronja potrafiła dobrze docenić jej niebywałą siłę przekonywania, toteż zadowolenia z wiadomości przekazanej przez Rinehearta nie zamierzała przed nikim ukrywać. — Zainterweniować? Masz mnie za tak złą tancerkę, że zakładasz brak chętnych? — Zażartowała, krótki śmiech odbił się echem od oszklonych ścian, na które wspólnie rzucali swoje cienie. — Nie musisz się pytać, skoro znasz odpowiedź. — Odparła, obracając twarz w stronę mężczyzny.  — Takie jest nasze ludzkie życie, szalenie kruche. Dlatego każdego dnia powinniśmy kochać bliskich z całych sił, jakby nie było jutra. Najmocniej jak potrafimy. — I chociaż odnosiła się bezpośrednio do sprawy George’a, nie miała na myśli jedynie uczucia romantycznego. Na myśl przytoczyła swoją rodzinę, rodziców jeszcze bezpiecznych w Londynie i najmłodszą siostrę, nie wspominając już o nieobecnym bracie. Nie wyobrażała sobie nie kochać ich ani przez sekundę, nawet jeśli kochanie to stanowiło niekiedy wyzwanie, to ostatecznie gra zawsze była warta świeczki, a na jej końcu czekała satysfakcja z wyrażonej troski. Tak bardzo kruchej, ale ostatecznie, ludzkiej.
zt.
[bylobrzydkobedzieladnie]


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn


Ostatnio zmieniony przez Ronja Fancourt dnia 06.10.21 16:14, w całości zmieniany 1 raz
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Cieplarnie [odnośnik]07.08.21 23:44
Jakoś tak w jego głowie zakwitła myśl, że brudzenie rąk ziemią podczas przesadzania ziół ma dużo wspólnego babraniu się we krwi. W obu przypadkach potrzeba wysiłku i mądrej kalkulacji, czasem trzeba działać powoli, niekiedy pospiesznie. Dziwna refleksja, mało śmieszna, ale nie należało po starym aurorze oczekiwać więcej, skoro zbyt wiele okrucieństw się naoglądał w swoim życiu. Właśnie tym mógł usprawiedliwiać się nieustannie, że trudnym człowiekiem stał się przez pracę, która wymaga wyrzeczeń. Ale z drugiej strony początek niezbyt estetycznej myśli dały zgrabne ruchy kobiecych dłoni, tak wprawnie operujące przy ziołach, o których Kieran wiedział jeszcze, że są w stanie także zadbać również o rany różnego rodzaju. Jakże wielka siła tkwiła w kobietach parających się leczniczą magią, choć może to przez sentyment odnosił takie wrażenie. Łączenie wiedzy teoretycznej, praktyki i empatii po prostu musiało imponować.
Posłusznie ruszył za nią, prawie gotów wyciągnąć rękę po zgarnięte przez nią narzędzia, aby przyjąć ich ciężar na siebie, jednak ostatecznie nie zaproponował żadnej pomocy. Wiele słyszał o szacunku względem kobiet od ojca i dziadka, jednak kurtuazja nie była czymś mocno zakorzenionym w jego umyśle. Z racji charakteru był beznadziejnym przypadkiem, więcej miał z troglodyty niż salonowego lwa. Już dawno zapomniało mu się co to znaczy być dżentelmenem. A jeśli już sobie przypominał, to wychodziło niezręcznie. – Właściwie to uważam, że możesz okazać się bardzo dobrą tancerką, choć nigdy nie było okazji, aby w tańcu się spotkać – odpowiedział na jej słowa, ale przede wszystkim na śmiech, jaki wywołał znikomym przejawem opiekuńczości. – Rzecz jasna nie chodzi o to, aby razem przyszło nam tańczyć, bo ja to dopiero nie mam do tego talentu. O ile przy pojedynkach wykrzesać z siebie potrafię trochę zwinności, to na parkiecie brak mi jakiejkolwiek koordynacji. Ale dużym plusem jest to, że partnerki nie podeptam, bo stanę jak kloc i po prostu chwieję się na boki. Prawie jakby wicher chciał powalić wielki dąb.
Dostrzegł, że się zapętlił, właściwie bez dobrego powodu, prawdopodobnie to kobiecy śmiech go tak zgubił. Kontynuowanie tematu istoty miłości także nie było mu na rękę, a sam go wywołał. Rzecz jasna musiał pomyśleć o własnej rodzinie, której ochronić nie mógł. Normalnie nigdy nie wszedłby na żaden parkiet, ale kiedyś robił to dla żony, dla niej stawał się tym wielkim dębem. Jego dzieci niezbyt chciały go znosić. Więc niby jak każdy dzień miał wypełnić miłością? Mógł zazdrościć innym, że jakoś potrafią zaznawać szczęścia.
A propos miłości, gdyby kolejka spragnionych tańca panów była za długa i zbyt natarczywa, to też mogę zainterweniować.
Uśmiechnął się znacznie wyraźniej niż zwykle, chyba wiedząc, na co stać młodych bojowników o sprawiedliwość, gdy górę nad rozumem weźmie uczucie, a ciałem pokierują hormony. Przecież sam był kiedyś młody.
Przekroczyli próg szklarni, kilkanaście kroków później stanęli u progu punktu medycznego. Kieran prawdopodobnie chciał powiedzieć coś jeszcze, wreszcie wykrztusić z siebie swoje obawy, ale znów wycofał się w ostatniej chwili, nie przyznając się głośno do żadnej słabości. Właściwie to rozmowa nie była długa i znacząca, ale i tak podniosła go na duchu. Pewnie tuż po opuszczeniu rezerwatu entuzjazm czarodzieja opadnie, jednak i tak warto było przyjść, poczuć obecność drugiej osoby.
Jeszcze listownie dam znać gdzie i kiedy ślub się odbędzie – oznajmił spokojnie, obiecując sobie, że zaraz po powrocie znajdzie brązową kopertę z zaproszeniem. – Nie będę ci dłużej zawracał głowy. Do zobaczenia.
Ruszył w drogę powrotną, znów przez szklarnię, mnie zwracając uwagę na swój cień, gdy sunął już po płaskiej powierzchni w pojedynkę. Jakoś mimowolnie pomyślał jeszcze o smaku gruszek, a potem o świeżej kurze, którą powinien oporządzić. Panna Pomfrey kiedyś podczas leczenia wspominała o tym, że najpierw trzeba ją zalać wrzątkiem i wyskubać pióra. Jak on to niby zrobi?

| z tematu



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 47
UROKI : 28
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Cieplarnie [odnośnik]03.02.22 19:56
1 marca
- Zgadza się, potrzebujemy więcej eliksirów odżywczych, mam nadzieję, że naszych zapasów jest wystarczająco, prawda? - wyczytał Elroy starszemu mężczyźnie, który pracował w tym miejscu przez prawie całe życie - nie było osoby, która lepiej znałaby się na tych roślinach, a tym bardziej która lepiej znałaby każdy zakamarek ich cieplarni.
Lord Greengrass był wręcz pewny, że ten mężczyzna od dłuższego czasu niedowidział, przynajmniej od kilku lat - wzrok tego człowieka był zamglony, jakby nieobecny. A jednak spisywał się przy pracy jak nikt inny - jego dłonie pewnie sięgały do różnorodnych roślin, do ich liści i kwiatów, urywając fragment i zaraz poddając odpowiedniej obróbce, na wyczucie już wyczuwając każdy pojemnik - a każdy ze składników rozpoznając po zapachu, po kształcie, po pamięci, która od kilkudziesięciu lat pozwoliła mu na nawyki.
- Mamy, mamy, nie ma co się martwić. Wszystkiego mamy, a jak nam brakuje to wysyłam do budynku administracyjnego i jest - zarzucił człowiek, nie martwiąc się tytułami Elroya. Był pewny, że gdyby Mare to usłyszała, zaraz by się oburzyła i pouczyła go, jednak nigdy nie zmuszał pracowników rezerwatu do zwracania się do niego per lord - nigdy również by nie wymagał tego od osób, które w Peak District spędziły więcej lat niż on chodził po świecie. Czasem warto było schować swoje tytuły i dumę do kieszeni, aby móc się uczyć od innych.
Choć zielarstwo nie było tą dziedziną, z którą radził sobie świetnie.
- Części jeszcze tutaj nie ma, ale są już gotowe, czekają tylko na kogoś do przyniesienia tych maści... - rzucił również mężczyzna.
- Zajmę się tym, dziękuję, Jonathanie - odpowiedział pewnie i już miał ruszyć po potrzebne do pracy smokologów zaopatrzenie, kiedy dostrzegł niepewny ruch drzwi, a po tym dojrzał rudowłosą piękność, na której widok mocniej zabiło mu serce, a on uśmiechnął się mimochodem. Zaraz znalazł się przy ukochanej, ujmując jej dłoń i czule całując jej wierzch.
- Mare... - zwrócił się do niej uradowany niczym małe dziecko. Lady Greengrass, jego żona tutaj? W rezerwacie? Nie było to częstym widokiem, a już kilka lat temu porzucił próby namówienia jej do odwiedzenia Peak Distrcit - nie napierał jednak nigdy. Ciężko było mu zrozumieć jej niechęć do stworzeń, którym poświęcał się całym sercem i duszą, które regularnie zajmowały jego myśli...
- Och, pozwól najdroższa, że cię oprowadzę... - poprosił, zaraz podając jej ramię i kierując się w odpowiednią stronę, aby ruszyć w głąb cieplarni. Przede wszystkim nie mógł zapomnieć o swoich dzisiejszym celu w tym miejscu - nawet jeśli jego uśmiech nie potrafił zniknąć na widok kobiety, którą kochał w miejscu, o którym zawsze śnił, że będą mogli spędzać w nim wspólnie czas. Cieszył się jak dziecko, może jak głupiec - tak niewiele mu wystarczyło.
Choć przez moment do jego myśli zakradł się cień zwolnienia. Czy powinien się cieszyć, że Mare tak nagle i w tak nietypowy dla siebie sposób pojawiła się w rezerwacie? Może to wszystko sugerowało złe wieści?
Przystanął zaraz, obracając się do niej z niepokojem w oczach. Czy coś stało się w Derby? Przyjrzał się jej zaraz, szukając jakby znaków, że coś było nie tak, że ktoś ją zaatakował lub musiała opuszczać rezydencję nagle.
Niczego takiego jednak nie dostrzegał. Mare wydawała się promienieć jeszcze bardziej niż zawsze. A mimo to niepokój nim zachwiał.
- Coś się stało? - zapytał, próbując wyciągnąć skrawki informacji. - Najdroższa... Proszę... Nie mów mi, że coś się stało w Derby? Że początek stycznia się powtarza?




Hope's not gone
Elroy Greengrass
Zawód : Smokolog w Peak District
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
I won't talk myself up, I don't need to pretend
You won't see me coming 'til it's too late again
OPCM : 15
UROKI : 20
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10916-elroy-greengrass#332716 https://www.morsmordre.net/t10962-obsydian#334127 https://www.morsmordre.net/t10970-elroy-greengrass#334429 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10963-skrytka-bankowa-2372 https://www.morsmordre.net/t10961-elroy-greengrass#334126
Re: Cieplarnie [odnośnik]08.02.22 14:17
1 marca 1958
po wizycie w Lancaster Castle


Przedpołudniowa wizyta w Lancaster Castle nie miała na celu wyłącznie upewnienia się o trwałości stosunków łączących Greengrassów z Ollivanderami. Owszem, Mare spędziła część czasu przeznaczonego na wizytę na zabawie z pociechami sir Havelocka i lady Lynette, lecz to porady tej ostatniej poszukiwała najgoręcej — wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że początek roku w Derby przeplótł ze sobą destrukcję i stworzenie, w pewnej przewrotnej metafory życia. Już z końcem stycznia Mare poczynała być drażliwa, jadała mniej niż zazwyczaj w obawie przed rozstrojami żołądka, które zaczęły jej dolegać, jakby znikąd. Pierwsze pominięcie dni kobiecych zbyła jednak lekką ręką, kierując się za trzeźwym spostrzeżeniem brata, że przeżywszy miesiąc w ścisłym stresie, nie mogła oczekiwać od swego organizmu normalnej reakcji. Takie rzeczy się zdarzają, powtarzała więc sobie, lecz poprzysięgła sobie słuchać swego ciała, reagować na jego potrzeby i dowiedzieć się, cóż właściwie mogło jej dolegać. Zawsze była przecież okazem zdrowia — to jej brat obłożony był dziedziczną chorobą, jeszcze inna przeszła na jego jedyną córkę, ale póki co zarówno Mare, jak i jej mąż cieszyli się dobrym zdrowiem, podobnie Saoirse.
Z końcem lutego przyszła jednak realizacja. Już tak się czuła. Trzy lata wcześniej, gdy pierwsze oznaki odmiennego stanu zauważyła najpierw teściowa, starsza już lady Greengrass z domu Ollivander właśnie. Teraz również spoglądała na nią z uwagą błyskającą w jasnych oczach, lecz Mare — nie mając przy sobie przyjaciółek w jej wieku, które mogłyby podzielić się z nią historiami o macierzyństwie — poszukiwała pomocy w żonie kuzyna swego męża. Lady Lynette wydała na świat piątkę dzieci, nie tak dawno jak matka Mare czy Elroya, mogła posłużyć radą i...
Właśnie to zrobiła.
Rozwiane wątpliwości przywiały ją więc w miejsce, do którego nie zapuszczała się z własnej woli. Nie, gdy nie było do tego potrzeby. Dziś jednak pragnęła przekazać wieści mężowi, osobiście. Wiedział już jej kochany brat, Archibald, któremu po prostu obiecała, że przekaże przyczyny swego dziwnego samopoczucia w chwili, gdy będzie miała więcej wiedzy na ich temat. Elroy nie znał się na medycynie, nie musiał — w opiece nad smokami, nad magicznymi zwierzętami znalazł swoje powołanie, kwestie brzemienności z tegoż powodu musiał pozostawić swojej żonie, przynajmniej do czasu, aż poweźmie informację, że... znów będzie ojcem.
Gdy zjawiła się w budynku administracyjnym, jej nagła wizyta wywołała usprawiedliwiony popłoch. Pracownicy rezerwatu, w szczególności ci długoletni, wiedzieli bowiem o niechęci lady Mare do smoków, najstarsi z nich pamiętali doniesienia z ataku na plażę w Dorset. Jeden ze starszych smokologów wystąpił jej naprzeciw, skłonił się głęboko, a dowiedziawszy się, że dama potrzebuje prędko dotrzeć do swego męża, obiecał swą asystę. Do cieplarni nie mieli wstępu goście, lecz sytuacja była wyjątkowa, a rudowłosa dama nosiła nazwisko Greengrass. Nie mogła być gościem, we... własnym domu.
Po podziękowaniach za asystę, stary smokolog skłonił się jej raz jeszcze i dopytawszy o swą dalszą dyspozycję, został odprawiony do dalszej pracy. Mare zapamiętała jego twarz i imię, nazywał się Robert i z pewnością zostanie odpowiednio przez nią doceniony. Ale to za chwilę, teraz...
Teraz ostrożnie otwierała drzwi cieplarni, pragnąc przekonać się, czy to właśnie tam skrywał się jej mąż. Na widok małżonka uśmiechnęła się szeroko i ciepło, w zielonych oczach pojawiły się kryształki wzruszenia. Wizyta kosztowała ją bardzo dużo, dłoń zaciśnięta na klamce drżała wyraźnie, ale... w tym miejscu nie mogła skrywać się żadna bestia, czyż nie? Nie, na pewno nie mogła...
— Dzień dobry panu — zwróciła się najpierw do starszego mężczyzny, uprzejmie kłaniając się na powitanie. Dopiero po tym przeniosła spojrzenie na Elroya, który znalazł się obok niej w mgnieniu oka, chwytał dłoń, składał na niej pocałunek... Sama jego obecność sprawiła, że rozluźniła nieco napięte mięśnie, poczuła się zdecydowanie bardziej bezpieczna.
I choć nie odpowiedziała na propozycję oprowadzenia słowami, skinęła głową na zgodę. Pozwoliła poprowadzić się pod ramię, z zainteresowaniem przyglądając się wszystkiemu, co znajdowało się pod tym dachem. Zielarstwo nigdy nie było jej mocną stroną, ale pamiętała szklarnie i cieplarnie w Weymouth, pamiętała Archibalda przesiadującego nad roślinami, których nazw nie potrafiła nawet wskazać i coś w tym obrazku, tak spokojnym i nieprzystającym do wyobrażeń o Rezerwacie sprawiło, że zrobiło się jej na sercu jeszcze cieplej. Wzniosła nawet spojrzenie na męża, gotowa podzielić się z nim tą myślą, może w ramach poszukiwania dobrej drogi do przekazania mu wieści właściwych, ale...
— Nie, nie, mój miły... — w niecodzienny dla niej sposób postanowiła wejść mu w słowo, zatrzymać pęd czarnych myśli. Zazwyczaj pozwalali sobie na dokończenie zdania, hołdując rodzinnej tradycji dyskusji, lecz teraz... Teraz nie mogła pozwolić, by spirala strachu wymsknęła się spod ich kontroli.
Zatrzymali się wreszcie, a raczej Mare dała sygnał do zakończenia wędrówki wśród roślin. Wysunąwszy rękę spod jego ramienia, odnalazła obie dłonie męża, za które chwyciła — ufnie, kciuki gładziły ciepły wierzch, a ona, jeszcze w milczeniu, prosiła męża o to, by nie spuszczał z niej wzroku. By na moment, wśród niezliczonej ilości obowiązków, skupił się tylko na niej i na tym, co miała mu do przekazania.
— W Derby wszystko w porządku, właśnie wróciłam z Lancaster, najmilszy — poczęła mówić, zupełnie spokojnie, jakby cały strach uleciał z niej wraz z przekroczeniem progu. Czy przy boku męża miała się czego bać? Oczywiście, że nie. Był jej siłą i oparciem, kochała go ponad własne życie. — Przyszłam tu, ponieważ wieści, które dla ciebie mam nie mogą czekać. Ani dnia, ani sekundy dłużej — powoli przesunęła dłonie do swego brzucha — jego wzrost jeszcze nie był wyczuwalny, dlatego kwestia ta umykała małżonkom, jednak kwestią najbliższych tygodni było wypatrywanie zmian. — Elroy, ja... — głos zadrżał, lecz jedno spojrzenie na twarz kobiety starczyło, by wiedzieć, że cokolwiek miała za chwilę przekazać, musiała być to dobra wiadomość. — Ja jestem przy nadziei...


But I got my fingers laced together
and I made a little prison
And I'm locking up everyone
who ever laid a finger on me
Mare Greengrass
Zawód : Arystokratka, mecenas nauki
Wiek : 26/27 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
it takes grace
to remain kind
in cruel situations
OPCM : 8
UROKI : 7
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarownica
 Ab imo pectore
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10169-mare-catherine-greengrass#308845 https://www.morsmordre.net/t10364-unda#313340 https://www.morsmordre.net/t10371-przyplywy-i-odplywy#313497 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10850-szuflada-m-greengrass#330582 https://www.morsmordre.net/t10365-m-greengrass#313341
Re: Cieplarnie [odnośnik]10.02.22 19:40
Nie był w stanie tak do końca pojąć jej lęku w związku ze smokami - bo on sam wychował się wśród nich i pracował z nimi. Przez całe jego życie smoki były elementem żywo obecnym w jego życiu i myślach, już za młodzika pomagał przy rezerwacie, a na pewno uwielbiał przebywać w tym miejscu i słuchać różnych opowieści doświadczonych opiekunów smoków. O wyprawach, o tym co działo się w Peak District - to miejsce zawsze kojarzyło mu się ciepło ze spokojem i może dlatego, kiedy Mare była z dala od Derby, większość czasu spędzał właśnie tutaj?
Mógł się skupić na swojej pracy i obowiązkach, nad tym aby rezerwat funkcjonował - a w przerwach mógł podejmować kolejne kroki na mapie, rozważać ich strategie i planować kolejne niezbędne kroki, aby zbliżyli się bardziej do końca wojny - do końca i bezpieczeństwa, do stanu rzeczy sprzed tego absurdalnego stanu, gdy musieli zacząć obawiać się o własne życie we własnym domu. Musieli o wszystko zadbać osobiście; on musiał o to dbać. O bezpieczeństwo ludzi, którzy spoglądali w jego stronę.
Od zawsze wiedział, że tytuł, który nosił nigdy nie był jedynie przywilejem, ale i obowiązkami, które zaniedbał w godzinie próby.
Nie zrobi tego nigdy więcej. Nie porzuci tych ludzi, czarodziejów i niemagicznych, zadba o każdego z nich, aby nie zaznali więcej krzywdy. Ta wojna coraz bardziej była dla niego osobistą obrazą - kiedy ktoś wkroczył do jego domu bez jego zgody, kiedy zagrał Greensleeves wtórujące rozlewowi krwi.
Spojrzał nieco zaskoczony na ukochaną, kiedy ta mu przerwała - w końcu nie było to często spotykane ani w Derby na Grove Street 12, ani w ich rozmowach. Rzadko przerywali sobie wypowiedzi, zazwyczaj pozwalając mówić drugiej osobie.
- Na pewno, najdroższa? - znów się upewnił, spoglądając w jej stronę. Delikatnie uśmiechnął się do niej zaraz, nie będąc do końca pewnym czy wszystko było jak powinno. Niepokoiło go to nagłe pojawienie się żony w Peak District, choć może w bardziej spokojnych czasach byłby nim zachwycony? Gdyby jeszcze tylko zabrać tu Saoirse, gdyby tylko mogli udać się na taras widokowy... Choć był niemalże pewny, że jego żona zjawiła się tutaj w cieplarniach do niego tylko i wyłącznie przez wzgląd na brak jego podopiecznych w okolicy.
W końcu w tym miejscu rosło mnóstwo magicznych i tych pospolitych roślin, które były wymagane do przygotowywania specyfików. On sam nie był częstym gościem cieplarni, woląc poświęcić czas swoim podopiecznym - obserwować ich zachowania, zwyczaje i inne oznaki, że coś złego mogło się dziać. Ponad wszystko jednak wydawały się być jedynymi istotami, na które wojna wokół nie wpływała.
- Rozumiem... Wszystko w porządku u naszych kuzynów? Wiesz czy garborogi wciąż sprawiają klopoty? Ah, powinienem do nich napisać list w związku z tym, może zabiorę Percivala do sprawdzenia tych terenów... - przyznał, zastanawiając się na głos, bo w końcu wziął odpowiedzialność nie tylko za kobietę, którą odnaleźli w jednej z jaskiń, ale również i za problem na ziemiach Ollivanderów.
Zaraz jednak jakby się zorientował, że to nie o tym jego ukochana chciała rozmawiać. Miała wieści? Nie do końca zrozumiał w pierwszej chwili, co miała na myśli - tym bardziej oznajmiając pierw, że wieści na pewno nie były złe.
Uważnie obserwował jej ruch dłoni, jej mimikę, jej ruch warg, kiedy wypowiadała te słowa z zawahaniem. Przez chwilę jakby to wszystko jeszcze do niego nie dotarło.
Jestem przy nadziei...
Zaniemówił, a na jego ustach powoli wypełzał uśmiech, kiedy ta informacja do niego docierała. Będzie ojcem ponownie, znów.
Powoli odwrócił się przodem do żony, wyciągając dłonie i układając jedną na jej boku, a drugą na jej dłoni, którą trzymała na własnym brzuchu. Przygarnął ją do siebie, wciąż milcząc - zawsze mając niemały problem z okazywaniem troski w słowach, stanowczo częściej robiąc to w czynach i przypomnieniach.
- Jak się czujesz? Powinnaś po mnie posłać przy wejściu... Wybacz, wiem, że nie lubisz tego miejsca... Jak długo wiesz? Rozmawiałaś o tym z Archibaldem? - zapytał od razu, będąc pewnym, że jego żona skontaktowała się już z bratem, który przecież również był uzdrowicielem i posiadał ogromną wiedzę na podobne tematy. Nie przypuszczałby, żeby Mare zwlekała z listem do Weymouth z takimi wieściami.
Musieli zawalczyć w tej wojnie, on musiał zadbać o to, aby ich dzieci nie przygniótł świat, w którym miały się urodzić i wychować. Ani Saoirse, ani ich przyszłych...
Uśmiech nie schodził mu z ust, kiedy delikatnie ujął dłoń Mare.
- Będą wspólnie w Hogwarcie, Saoirse... z siostrą lub bratem. Na pewno będzie doskonałą siostrą, tak jak Lisette była dla nas...




Hope's not gone
Elroy Greengrass
Zawód : Smokolog w Peak District
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
I won't talk myself up, I don't need to pretend
You won't see me coming 'til it's too late again
OPCM : 15
UROKI : 20
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10916-elroy-greengrass#332716 https://www.morsmordre.net/t10962-obsydian#334127 https://www.morsmordre.net/t10970-elroy-greengrass#334429 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10963-skrytka-bankowa-2372 https://www.morsmordre.net/t10961-elroy-greengrass#334126
Re: Cieplarnie [odnośnik]20.02.22 18:27
Zakodowana w krwi i pamięci zbiorowej trauma nie była niczym miłym ani łatwym do pojęcia; Mare oczywiście bardzo dobrze wiedziała, skąd wziął się u niej strach przed smokami. Elroy mógł pamiętać doniesienia o ataku smoków Rosierów na mugoli i plażę w Dorset, miał wtedy już całe jedenaście lat. A może zepchnął doniesienia gdzieś na skraj pamięci, zdecydowanie bardziej zajęty stawianiem pierwszych kroków w świecie magii. Czy mogła go za to winić? Oczywiście, że nie. Nie mógł przykładać do tego wydarzenia wielkiej wagi, nie wiedząc jeszcze, że jego przyszła żona straciła w tamtym dniu najstarszego brata. Brata, którego nigdy nie będzie pamiętać, bo sama była wtedy ledwo rocznym dzieckiem.
Z drugiej strony Mare szanowała tradycje i dziedzictwo rodu Greengrass — rodu, który stał się również jej, w dniu złożenia małżeńskiej przysięgi. I wiedziała, że łatwiej będzie zawrócić nurt rzeki, zmienić jej bieg i koryto, niż wymusić na mężu zajęcie niezwiązane ze smokami. Elroy kochał te gady czy jej się to podobało, czy nie. To część jego, a ona kochała go całego, bez wykrawania nawet najmniejszej części jego jestestwa. Oboje byli obowiązkowi w sposób, jaki od ich oczekiwano, ale przez swe towarzystwo popychali się do dalszego działania, do wychodzenia poza bezpieczeństwo znanych okoliczności. I to chyba lubiła w ich relacji najbardziej — obopólną niezgodę na pozostanie w status quo, ciągłą pracę nad lepszą przyszłością, dla ludu, rodziny i siebie. W tej kolejności.
Nie mogła zignorować wyrazu zaskoczenia na twarzy Elroya. Momentalnie zachciała wytłumaczyć mu wszystko jak najprędzej, jednakże wiedziała, że wtedy narobi większego bałaganu, utoną w chaosie, a wydostanie się z takiego, było zdecydowanie trudniejsze niż utrzymanie jeszcze chwili milczenia, nabranie głębokiego oddechu, przymknięcie powiek i...
— Na pewno. To nie okazja do strachu, najdroższy, tylko do świętowania... — mówiła miękko, nie odrywając od niego wzroku. Miała nadzieję, że po usłyszeniu wieści mąż podzieli jej pogląd. Saoirse rosła zdrowa, nie dawniej niż miesiąc wcześniej objawiła swe pierwsze zdolności magiczne, prędko idąc w ślady ojca o prawdziwie ognistym temperamencie. A jednak teściowa Elroya, pani Prewett twierdziła, że Saoirse była całą Mare — kiedyś opowie mężowi o powodzie, dla którego całe jej rodzeństwo nosi imiona związane z wodą. Tymczasem wiedziała, jak bardzo zależało mu na ponownym zostaniu ojcem. Jako jego żona miała obowiązek dać mu zdrowego, silnego dziedzica, a najlepiej kilku synów, którzy mogliby kontynuować jego linię. Miała szczerą nadzieję, że tym razem im się uda — że za niecałe pół roku Derby poszerzy się o jeszcze jednego lorda Greengrass, może o rudych włosach matki i przenikliwym, zielonym spojrzeniu ojca?
— Tak, wszystko u nich w porządku. Havelock jest jak zawsze zajęty swymi różdżkami i drzewami, zdrowie Lynette odrobinę się poprawiło, ale dalej nie jest zupełnie zdrowa... Dzieci ich chowają się dobrze, dokazują, o garborogach nie słyszałam niestety ni słowa, ale wiesz, jacy są twoi kuzyni. Gdyby mieli dalsze problemy, Howl napisałby pewnie do mnie, tak jak ostatnio — właściwie uważała to za odrobinę urocze, że bliski kuzyn męża napisał w sprawie stworzeń akurat do niej, ale nie zamierzała narzekać. Zwłaszcza że dzięki tej krótkiej korespondencji nie czuła, by wpraszała się do Lancaster Castle. W swym streszczeniu celowo pominęła Ulyssesa, swego byłego już szwagra i lorda nestora, ale wierzyła, że mąż jej wykaże się wystarczającą delikatnością, by nie poruszać tego tematu. — Prawda jest taka, że nie udałam się tam pytać o garborogi, mój miły. Potrzebowałam porady, którą matka może uzyskać tylko od innej matki.
Pozwoli mu przecież jechać do Lancaster, nawet z Percivalem, niech jadą we dwójkę, ale niech on zezwoli jej na przejście do sedna! Może to jej wina, że miast postawić sprawę jasno, postanowiła wyłożyć mu wszystkie powody i drogi, które przyprowadziły ich dziś do cieplarni? Och, musiał jej wybaczyć, emocje rosły w niej niezwykle prędko, była na nie jeszcze wrażliwsza niż normalnie.
Aż wreszcie wyznanie wybrzmiało między nimi, a jej serce wypełniało się radością, z każdą sekundą mocniej. Elroyowi — jej Elroyowi, któremu rzadko można było wytrącić słowny oręż — właśnie brakło słów, ale był szczęśliwy! Widziała to w jego oczach, uśmiechu rozciągającym się na wargach. Czuła jego szczęście, gdy obracał się do niej, jedną dłoń układał na jej boku, drugą zaś na jej własnej, pod sercem, tam, gdzie rósł kolejny Greengrass, niezależnie od płci.
— Czuję się dobrze, już dobrzeodpowiedziała od razu, powracając myślami do zmęczenia z okolic Dnia Zakochanych. Dalej jadła niewiele, w obawie przed nawracającymi nudnościami, ale ostatnie kilka dni było dla niej wyjątkowo łaskawe. — Dlatego postanowiłam przyjść tu osobiście, wiem ile... — dłoń zsunęła się na moment z brzucha, Mare splotła palce swej dłoni z palcami męża, spoglądając mu długo i głęboko w oczy. — Ile to miejsce dla ciebie znaczy. I ile będzie znaczyć dla naszego dziecka, to twoja krew, i choć jeszcze za wcześnie by o tym przesądzać, czuję, że też twój dziedzic... — gdyby nie ostrzeżenie, że to wciąż zbyt prędko by precyzować płeć dziecka, sama pewność i przekonanie, z którymi mówiła Mare, mogłaby wystarczyć za ostateczny dowód. Oboje pragnęli syna, ale nie wiedzieli jeszcze, los postanowił nagrodzić ich cierpliwość nie jednym, a dwójką chłopców. — Domyślałam się już... Jakiś czas, pamiętasz, jak mówiłam, że jestem zmęczona? Na początku nie połączyłam kropek, Archibald to jednak toksykolog, nie zajmuje się ciężarnymi. Ale rozmawiałam z Lorraine, z mamami, teraz jeszcze z Lynette i... Już nie mam wątpliwości. To... to tak samo jak na początku z Saoirse, ale jednak inaczej, nie mam aż tak wielu mdłości, twoja mama mówi, że gdy była w ciąży z Twoimi braćmi było podobnie, ale Lisette i Delilah okropnie ją wymęczyły — krótki chichot wydostał się spomiędzy jej warg, pomimo usilnych starań na utrzymanie spokoju. Ogromnie cieszyła się z tego daru od losu, z ponownej okazji do zostania matką. — Archibald wie, przekazał wieści w Weymouth, jestem przekonana, że niedługo zaleją nas sowy z gratulacjami.
To przecież piękna okazja. Pomimo szalejącej wokół wojny życie trwało dalej. Starcy umierali, niemowlęta rodziły się, po deszczu przychodziło słońce, a po zimie — wiosna. Po porażce był czas na zwycięstwa.
W zielonych oczach Mare wreszcie stanęły łzy. Była na wskroś wzruszona postawą swego męża. Czy mogła trafić lepiej? Nie, na pewno nie. Ledwo usłyszawszy dobre wieści już wybiegał do czasów gdy ich dzieci trafią do szkoły, w nowych, lepszych czasach.
— Cztery lata różnicy to nie jest tak dużo... — szepnęła, a chcąc zapobiec delikatnej konfuzji męża, dodała prędko — Wszystko wskazuje na to, że będę rodzić jesienią. Saoirse urodziła się wiosną, więc... — westchnęła krótko, kiwając kilkukrotnie głową, a za chwilę na jej usta wyszedł szeroki uśmiech, gdy raz jeszcze zawiesiła spojrzenie na twarzy męża. — Na pewno odnajdzie się w roli starszej siostry. Pamiętam jak urodził się Roratio, nie odstępowałam go na krok...


But I got my fingers laced together
and I made a little prison
And I'm locking up everyone
who ever laid a finger on me
Mare Greengrass
Zawód : Arystokratka, mecenas nauki
Wiek : 26/27 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
it takes grace
to remain kind
in cruel situations
OPCM : 8
UROKI : 7
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarownica
 Ab imo pectore
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10169-mare-catherine-greengrass#308845 https://www.morsmordre.net/t10364-unda#313340 https://www.morsmordre.net/t10371-przyplywy-i-odplywy#313497 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10850-szuflada-m-greengrass#330582 https://www.morsmordre.net/t10365-m-greengrass#313341
Re: Cieplarnie [odnośnik]19.03.22 21:25
Wciąż nie był pewny w sytuacji, w jakiej się znalazł - bo była ona nietypowa. W końcu Mare nie była osobą, która zjawiała się tutaj regularnie. Bała się smoków, a jej zjawienie się w rezerwacie... nie był pewny czy spotkał się z czymś podobnym przez całe siedem lat ich małżeństwa, choć skrycie marzył że taki dzień kiedyś nadejdzie. Znał powody, dla których jego najdroższa nie zjawiała się w Peak District - i to właśnie dlatego czuł niepokój, który starał się hamować w sobie. A mimo to, potrzebował wyjaśnień. Jego myśli podążały ścieżkami, na których nie chciał aby się zatrzymywały - ich ziemie i ich dom w ostatnich miesiącach spotkało tak wiele nieszczęść, że dzisiejszego dnia tym bardziej nie chciał, aby wieści jego małżonki okazały się złe. Zapewniała go, widział po niej, że nie kłamała w tej kwestii, ale niezrozumienie i lęk, że znów mógł zawieść ludzi, którzy na nim polegali, były niesamowicie uciążliwe w swoich nawrotach.
Chociaż informacje, że życie jego bliskich kuzynów toczyło się spokojnie przynosiła minimalną ulgę. Cieszył się tym, że wszystko na ziemiach Ollivanderów zdawało się płynąć powolnie i niezmiennie, nawet mimo niektórych przykrych informacji. Zdawało mu się czasem, że dla Havelocka to było odpowiednie tempo - że tego potrzebował, brak większych zmian i posiadanie wszystkiego pod kontrolą, i choć sam Elroy cieszył się, kiedy wszystkie wydarzenia dookoła niego nie wykraczały poza jego własne przewidywania i plany, tak zdawało mu się momentami, że skupiony na drzewach kuzyn jest w pewnego rodzaju stagnacji. Ale czy mógł czegokolwiek innego spodziewać się po rodzie skupionym wokół drzew? Nie był to zbyt interesujący temat, więc musiał w jakiś sposób wpływać i na ludzi, którzy chowali się w tamtym miejscu.
Chociaż ostatnie słowa znów sprawiły, że zmartwił się w jednej chwili. Czy coś było nie tak z Saoirse? Czy coś złego miało miejsce? Po cóż innego chciałaby rozmawiać z Lynette, gdyby nie w kwestii ich córki? Jaki inny powód miałby jej przyświecać, kiedy chciała porozmawiać z drugą kobietą jak matka z matką. Jednak nie pytał, nie podejmował tej próby, bo choć wyraźnie zmartwiony, wiedział że szybciej się dowie, kiedy jego ukochana po prostu mu to zdradzi w swoim tempie.
Chociaż ten lęk szybko znikał, szybko zastępowała go radość. Jak mógłby się nie cieszyć, słysząc podobne słowa?! O tym, że znów będzie mógł zostać ojcem! To wszystko dawało mu jasne sygnały, że tym bardziej powinien walczyć na wojnie, która pochłaniała Anglię - musiał to zrobić dla własnych dzieci, które w przyszłości będą spoglądać na ten świat z ciekawością. Dla nich, właśnie dla Saoirse i dla każdego kolejnego potomka Greengrassów musieli zadbać o to, aby naprawić krzywą mentalność morderców i czarnoksiężników plamiących krwią i cierpieniem niewinnych brytyjską ziemię. Musiał zadbać o to nie tylko dla swoich dzieci, ale również i dla dzieci swojej rodziny, czy dzieci przyjaciół. Dla mieszkańców Staffordshire oraz Derbyshire, ale również i każdego innego hrabstwa. Musieli zadbać i przygotować świat dla nich.
Nie był pewny czy mógł się bardziej ucieszyć, kiedy Mare zdradziła mu swoje przeczucie - nie wiedział czy w jego głowie istniało coś takiego jak to, że bardziej pokochałby syna niż kolejną córkę, bo nie mógł sobie wyobrazić sytuacji, w której byłby zawiedziony narodzinami własnego dziecka. Nawet jeśli tym razem nie narodziłby się dziedzic, mogli spróbować kolejny i kolejny raz - a nawet jeśli się pojawi, wcale nie oznaczyło to, że powinni przestać starać się o dzieci. Jeszcze zanim Saoirse przyszła na świat, posiadał te obawy, ale jej pierwszy uśmiech w pełni pokazał, że zupełnie zbędne. Cieszył się na jej widok, na to kiedy mógł ją objąć. Kochał córkę, którą dała mu kobieta, bez której nie wyobrażał sobie życia - i wiedział, że pokocha każde kolejne dziecko.
- Nie mogę się doczekać najdroższa, niezależnie czy będzie to kolejna córka, czy tym razem przyjdzie czas na syna, nie mogę się doczekać tych narodzin - zapewnił ją, spoglądając w jej oczy z miłością i radością, ciesząc się w pełni z wieści, które przyniosła mu dzisiaj do rezerwatu. Cieszyłby się, gdyby mógł obserwować jak jego dzieci uczy się powoli od niego fachu smokologa, etykiety i tego jak ma się zachowywać, ale również cieszyłby się widząc jak kolejna córka wraz z Saoirse uczy się pierwszych kroków tańców balowych czy grania na harfie. - Cieszę się, że dzisiaj tutaj przyszłaś... Odprowadzę cię do Derby, nie musisz się bać tutaj niczego. Znam drogi i ścieżki, wiem kiedy nasi podopieczni znajdują się w których rejonach... - zapewnił swoją ukochaną, chcąc dbać o jej komfort tak, aby nawet przypadkiem nie natknęli się na smoka podczas ich podróży powrotnej do budynku administracyjnego, jak i później podczas powrotnej drogi do rezydencji. Nie musiał rozumieć jej lęku i strachu, aby akceptować, że były rzeczy, których się bała - i przed którymi powinien ją bronić, szczególnie teraz, kiedy była w błogosławionym stanie.
- Wciąż go nie odstępujesz. Chociaż jestem pewny, że to rola starszej siostry. Mam wrażenie, że Lisette nigdy nie przestała traktować mnie jak młodszego brata, mimo upływających lat po zakończeniu mojej szkoły - przyznał czule, spokojnie. - Cztery lata... Mimo wszystko będą widzieć się w Hogwarcie. Saoirse powinna już wtedy być skupiona na egzaminach, ale jestem pewny, że znajdzie odrobinę czasu dla rodzeństwa. Pamiętam jak przyglądałem się moim braciom podczas przydziału domów i czekałem czy usiądą obok mnie. Jest coś pięknego w obserwowaniu młodszego rodzeństwa, nie uważasz? Zawsze się patrzy na nich jak na małe dzieci, mimo że dorastają...




Hope's not gone
Elroy Greengrass
Zawód : Smokolog w Peak District
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
I won't talk myself up, I don't need to pretend
You won't see me coming 'til it's too late again
OPCM : 15
UROKI : 20
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10916-elroy-greengrass#332716 https://www.morsmordre.net/t10962-obsydian#334127 https://www.morsmordre.net/t10970-elroy-greengrass#334429 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10963-skrytka-bankowa-2372 https://www.morsmordre.net/t10961-elroy-greengrass#334126

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Cieplarnie
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach