Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Pomost widokowy
AutorWiadomość
Pomost widokowy [odnośnik]13.01.20 20:05
First topic message reminder :

Pomost widokowy

Jeden z głównych punktów widokowych w Peak District usytuowany jest na kamiennym pomoście, łączącym dwa sąsiednie wzgórza i przecinającym w poprzek szeroką, rzeczną dolinę. Dzięki swojemu położeniu, jest to najwygodniejszy sposób przedostania się z zabudowań administracyjnych do starej oranżerii, a nałożone na niego zaklęcia ochronne sprawiają, że jest w pełni bezpieczny dla odwiedzających rezerwat gości: rozciągnięte dookoła bariery czynią czarodziejów przebywających na pomoście niewidocznymi dla smoków, które w tej okolicy pojawiają się wyjątkowo często.

Po wejściu na pomost można wykonać rzut kością k6, a następnie zinterpretować wynik rzutu zgodnie z poniższą rozpiską:

1 - nic się nie dzieje; w okolicy nie widać żadnego smoka;
2 - słyszysz głośny łopot skrzydeł: para trójogonów edalskich przelatuje tuż nad pomostem, po czym znika w oddali;
3 - zarośla na brzegu zaczynają szeleścić i się poruszać; jeżeli chwilę zaczekasz, dostrzeżesz dorosłego trójogona, który wyjdzie spomiędzy drzew, kierując się do wodopoju;
4 - tuż pod pomostem pojawiają się dwa młode trójogony, które zaczynają bawić się w płytkiej wodzie przy brzegu;
5  - ciszę przerywa donośny, smoczy ryk - nie dostrzegasz jednak żadnego smoka;
6 - w okolicy pojawia się trójogon edalski i przysiada na krawędzi kamiennego pomostu, kilka metrów przed tobą; nie widzi cię ani nie słyszy, możesz przejść obok niego bez obaw - lub zaczekać, aż odleci.

Lokacja zawiera kości.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pomost widokowy - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Pomost widokowy [odnośnik]16.06.21 4:51
___Odetchnęła.
___Pozwoliła płucom zakosztować chłodnego, rześkiego powietrza przesiąkniętego wonią niedawnej ulewy wdzierającej się między labirynty rezerwatu, którego ścieżkami kroczyła coraz pewniej, coraz śmielej pozwalając krokom wybrzmiewać donośnie w otaczającej przestrzeni, gdzie wszystkie dźwięki sięgały wielobarwnych koron liściastych drzew porastających połacie Peak District. Ciągnące się po horyzont i jeszcze dalej krajobrazy smoczej ostoi napełniały jej serce radością, pozostawiając na krańcu języka słodkawy posmak efemerycznej ułudy, która pozwalała naiwnie wierzyć, że wszystko było we właściwym miejscu — nie było. Nigdy wcześniej ani nigdy później. Tak jak i ludzie, których spotykała zawsze o nieodpowiedniej porze, w nieprzyjemnie gorzkich czasach, na skrajnie odległych płaszczyznach gnającego przed siebie życia, zrywającego wściekle każde cugle lichej, człowieczej kontroli i wówczas poczuła gwałtowne uderzenie własnych myśli, wdzierających się nieśmiało pod sklepienie czaski. Szepczących cicho, jakoby nie powinna tutaj być.
___Wspinała się wyżej, pozornie tylko podziwiając piękno pejzaży. Wiodąca na wzgórze droga wydawała się bowiem rozciągać do nieskończoności, w której niespokojnie splatały się uczucia falujące złowrogo pod powłokami serca drżącego, niepewnego, okaleczonego. Wygrywającego zbyt gwałtowny, wręcz burzliwy rytm. Zmuszającego do zmierzenia się ze słodko-gorzką prawdą.
___Bała się.
___Tego spotkania.
___Tego spojrzenia.
___Tego mężczyzny, jakiego mogła w Nim nie rozpoznać.
___Ze wszystkich osób, które porzuciła za plecami przed dwoma laty — świadomie i z rozmysłem, może nawet nieco nad wyrost, zamierzając chronić zarówno ich, jak i samą siebie przed pożogą ogarniającą coraz żarłoczniej kraj — tej straty nigdy nie przebolała. Wciąż chowała pod kurtyną snów boleśnie wyraźne wspomnienia jego furii wymalowanej pod taflą pociemniałego gniewem spojrzenia, któremu towarzyszyło echo wyrzucanych we wściekłości słów, jakie brutalnie przecięły przestrzeń między nimi ostrzem iluzorycznej gilotyny; wszystko tak boleśnie wyraźne. Obrysowane czarnym, grubaśnym konturem niczym szkic nieuniknionej katastrofy pochwyconej między smukłość palców, którymi wymierzyła wówczas siarczysty policzek, nie odnajdując jakiejkolwiek odpowiedzi. Bo cóż takiego mogłaby powiedzieć?
___Co wyrzec?
___Co wykrzyczeć?
___Wiedział wszystko.
___Niczego więcej nie mogła mu dać.
___Zbudowała swoiste schronienie pośród surowych, norweskich pustkowi, dokąd wyjechała pospiesznie, byle nie cofnąć się o krok i nie upaść w mroczną, bezdenną pustkę nierealności, której oddech wyczuwała na karku, i nie odwróciła się przez ramię, chociaż pragnęła tego niezliczoną ilość razy. Niemal każdej nocy obejmowała tęsknotą śnieżnobiałe kartki wraz z flakonem czarnego atramentu i zapisywała dziesiątki stronic własnymi myślami w akompaniamencie skomlącego serca, by po wszystkim nie zaadresować żadnego listu, ciskając wściekle każde słowo wygłodniałym ogniom łypiącym na nią z kominka. Skandynawska destynacja tląca się chłodem, hardością charakterów, wreszcie nieprzewidywalnością kolczastych smoków prędzej czy później zaczęła być bardziej domem, niżeli tylko przystankiem, jednak nie zdołała wypełnić ponurej próżni zalegającej gdzieś w samej Constantii.
___Wystarczyła drobna iskra, dźwięk imienia czy wspomnienie głosu, by traciła grunt.
___Wdrapawszy się wreszcie na szczyt kamiennego pomostu wsunęła jasne kosmyki włosów za uszy, nim wciągnęła powietrze gwałtowniej w płuca wraz z chwilą, której nie mogła uciec i obrysowała wzrokiem boleśnie bliską sylwetkę. Chłonęła jadeitem niewzruszenie silnych ramion, przypominała sobie każde załamanie uśmiechu, niemalże czuła dziwnie znajomą, siarczaną woń wtłoczoną między ciemne włosy, nie mogąc uwierzyć. Nie chcąc. Może nawet nie potrafiąc.
___Nim wypowiedziała choćby słowo, wdzierając się do jego okaleczonej rzeczywistości, powietrze zadygotało niebezpiecznie, sięgając jej ciała charakterystycznym świstem smoczych skrzydeł, za którym podążyła spragniona widoku trójogona i subtelność uśmiechu machinalnie zamalowała strach spojrzenia. Frywolność młodych smoków o łuskach lśniących w jaskrawych refleksach dnia wciągnęła kobietę do odległego świata, na długie sekundy zasnuwając czujność, która wychynęła na powierzchnię bezmiernej codzienności zbyt późno. Zbyt ostro wgryzając się pod powierzchnię wykutą wśród niepewności, sięgając jej głosem Percivala.
___Świat drastycznie zwolnił, niemalże się zatrzymał.
___Chwila skurczona do dzielącej ich odległości zadygotała wszystkim, co było znane i pozostawione gdzieś za plecami, jednak wspomnienia były zdradliwym tworem — poczuła bolesny wręcz ucisk ze strony przeszłości usiłującej sforsować barykady, jakie rozmyślnie rozstawiła, nie chcąc więcej sięgać ku minionemu, a słowa zatrzymały się gdzieś w gardzieli; nie potrafiła zmusić strun do drgnięcia, pochwycona jego intensywnym spojrzeniem przedzierającym się przez każdą bliznę, wygojoną ranę, nawet zatarte przez upływ czasu słowa. Była paradoksalnie zbyt słaba, aby wygrać tę walkę, chociaż dwa lata wcześniej zwyciężyła. Na przekór poniesionym stratom.
___Co tu robisz?, wybrzmiało w eterze.
___(zaskoczyło)
___Jedno pytanie — tysiące odpowiedzi.
___Niezliczone interpretacje.
___Nieskończone możliwości konstruowania ze sobą słów.
___Wieloznaczeniowość zamigotała pod taflą jej spojrzenia obejmującym poniekąd znajomą, w rzeczywistości drastycznie obcą sylwetkę. Może tylko tak powtarzała własnym myślom, pragnąc odzyskać kontrolę nad samą sobą i kolekcjonując kolejne zdania, których nie wypowiedziała. Co właściwie tutaj robiła — poszukiwała odpowiedzi? parzyła dłonie grzebiąc w zgliszczach spopielonej przeszłości? pragnęła pomóc? zaklinała rzeczywistość, okłamywała czas? rozdrapywała niewygojone, wciąż toczone krwistą posoką rany?
___Mogła odpowiedzieć mu wszystkim, nawet największym banałem.
___co tu robisz, Constantio?
___— Stoję naprzeciw człowieka… — za którego głowę wyznaczono nagrodę, którego kiedyś znałam, którego słowa wciąż zalegają pośród wspomnień. — który podobno potrzebuje pomocy magizoologa. — Nie drgnęła. Nie potrafiła się poruszyć. Słowa oswobodzone ustom niemalże wyszeptała. Gdzieś kilkanaście metrów pod stopami powietrze przeszyło smocze nawoływanie, które poniosło się echem i zawzięcie przedzierało do kobiecej podświadomości.
___Poczuła dziwną pustkę i zarazem pełnię wszystkiego.
___Mogliby udawać, jednak Sallow nigdy nie należała do dobrych kłamców — nie potrafiłaby zresztą sięgnąć jakiegokolwiek łgarstwa, by rzucić nim prosto w twarz Percivala, obydwoje wystarczająco wycierpieli. Nie musiała wiedzieć, co takiego targało jego egzystencją, by dostrzec ślady nierównej walki między światem a mężczyzną, którego niegdyś może nawet kochała; dzisiaj wszystko było zbyt splątane, odkształcone, naznaczone cierpieniem, zbyt trudne, by potrafiła jeszcze nazywać własne uczucia. Wiele pragnęła mu powiedzieć, jeszcze więcej przemilczeć i wiedziona (wcale niedziwnym) sentymentem uniosła delikatnie dłoń, chcąc sięgnąć jego ramienia, dłoni, policzka. Czegokolwiek, byle móc go dotknąć. Poczuć pod opuszkami palców znajome ciepło, skrawek ubrania, napięte w oczekiwaniu mięśnie. Ciało gotowe odeprzeć każdy atak, kiedy trwali w zakrzywionym świetle, spowici milczeniem, otuleni tajemnicami, napełnieni bezsilnością; niemający bladego pojęcia gdzie ani jak zacząć.
___Dłoń opuściła gwałtownie wraz ze wzrokiem, który utracił wszelaką pewność siebie.
___— Ronja powiedziała, że poszukujesz świeżego spojrzenia, co do smocząt — zaczęła cicho, ważąc każde słowo. Niepewna, dokąd wszystko zmierza ani jak się zakończy, jeśli w ogóle. Nieśmiało podniosła spojrzenie, zatrzymana między wspomnieniem ostatniej rozmowy a szczerą, ludzką tęsknotą i upadła. Gwałtownie, z łoskotem, rozbijając się na kilka kawałków. Utonęła pod ciężarem, którego dłużej nie potrafiła dźwigać. — Percy… — wyszeptała jego imię pierwszy raz od dawna. Niemalże zapominając, jak idealnie wyważone było, jak lekko układało się na języku, zatrzymując w czasie. — Tęskniłam. — Za Nim. Za nimi. Za wszystkim, czego już nie ma.
___Bo nie ma, prawda?
___Pozostały jedynie reminiscencje wyryte pod sklepieniem myśli, na firmamencie wspólnych wspomnień zaciekłej przyjaźni, której echo zawyło w metrowym dystansie pomiędzy ich ciałami, chociaż w rzeczywistości oddzielało ich znacznie więcej — wszystkie zdarzenia, jakie wywróciły życie, sponiewierały godnością, wypaliły bolesne znamiona.
Oparła się o pomost plecami, nie wiedząc jak powinna zacząć, czy istniały jakiekolwiek słowa potrafiące przynajmniej częściowo załagodzić, może nieznacznie ułatwić ucieczkę z więziennego impasu. Błędnego koła, po którym się poruszali.
___— Dobrze widzieć cię żywego, nawet nie wiesz jak bardzo. Bałam się, że nie będę miała do czego wracać — do kogo; powiedziała przy lekkim drżeniu głosu. Zatęskniła za swobodą, swoistą beznamiętnością, jaką emanowała ledwo dzień wcześniej, rozmawiając z Ronją i przełknęła głośno ślinę, sięgając resztek pewności siebie, ochłapów, jakie jeszcze się ostały. — Ale wystarczy jedno twoje słowo, bym zniknęła. Wciąż nazywam się Sallow — wymówiła to niemalże ze złością, jednak zmęczenie przedzierające się między błędnymi myślami, ukróciło furię skrzącą opiłkami pod jadeitem tęczówek. — Nie wiem, czy w ogóle chcesz tego słuchać, wraz z początkiem kwietnia wróciłam do Anglii. Musiałam to zrobić, jednak potrzebowałam czasu na dojście do siebie, więc nie szukałam nikogo ze swojej przeszłości; zresztą, to byłoby zbyt niebezpieczne dla innych. Wszystko się zmieniło, świat czarodziejów przestał być mi znanym miejscem. — Zagryzła wargę, czując wreszcie metaliczny posmak w ustach.
___Milknąc i nie wiedząc, co dalej.



— fire walk with me —

• These violent delights have violent ends •
Constantia Sallow
Zawód : ambitna magizoolog kolekcjonująca słowa w książkach oraz naukowych artykułach.
Wiek : lat 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We build castles with our fears and sleep in them like kings and queens.
OPCM : 16
UROKI : 18
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9976-constantia-sallow#301547 https://www.morsmordre.net/t10013-morgause#302619 https://www.morsmordre.net/t10012-constantia-sallow#302616 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10014-skryta-bankowa-nr-2182#302620 https://www.morsmordre.net/t10015-constantia-sallow#302622
Re: Pomost widokowy [odnośnik]19.06.21 17:25
Potrzebował chwili, żeby zorientować się, jak bardzo niedorzeczne było jego pytanie.
Oczywiście, że była tu ze względu na smoki; kiwnął krótko głową, wypuszczając z płuc wstrzymywane do tej pory powietrze, po czym odwrócił się w stronę kamiennej barierki, pozornie tylko pociągnięty w tamtym kierunku przeciągłym skrzekiem młodego trójogona, którego pojawienie się dopiero teraz zarejestrował; w rzeczywistości – starając się ukryć własne zaskoczenie, schować egocentryzm pod niewzruszeniem, nie dać po sobie poznać, jak bardzo wstrząsnęła nim obecność Constantii w rezerwacie. Tuż obok, zaledwie dwa kroki od niego; żywej, oddychającej, prawdziwej – spoglądającej na niego z mieszaniną emocji, których nie potrafił rozszyfrować; kobiety z krwi i kości, a nie utkanego z blaknących wspomnień konstruktu, egzystującego gdzieś na krawędzi świadomości, w kraju na tyle odległym, że równie dobrze mógłby stanowić jedynie mgliste wyobrażenie – tym bardziej, że nigdy nie otrzymał od niej żadnego potwierdzenia, że tam właśnie się znajdowała (nie licząc, być może, jej imienia i nazwiska pojawiającego się czasami w zagranicznej, naukowej prasie; nie przyznawał się sam przed sobą do tego, że zachowywał te wycinki – z jednej strony starając się wyczytać z nich więcej, niż tak naprawdę mówiły, z drugiej – nie potrafiąc pozbyć się wrażenia, że ciąg liter składających się na znajomo brzmiące wyrazy mógł równie dobrze być przypisany do kogokolwiek innego).
No tak – odezwał się w końcu, czując, ze powinien coś powiedzieć; starając się za wszelką cenę nie dopuścić, by tlący się za mostkiem zawód wlał się pomiędzy sylaby. Nie powinien go odczuwać, nie miał do niego prawa – zrezygnował z niego lata temu, przepełnionym wściekłością głosem wykrzykując do Constantii, żeby nie wracała – ale nic nie mógł poradzić na pojawienie się absurdalnej, zduszonej w ułamku sekundy myśli, że mogłaby w Peak District szukać właśnie jego. Zepchnął ją gdzieś w tył czaszki, schował za grubym, odpornym na niechciane emocje murem; chociaż kłamcą nie był najlepszym, to odkąd opanował oklumencję, przynajmniej to przychodziło mu łatwiej. – Oczywiście – dodał po chwili, już spokojniej, prawie pogodnie, mimo że gdy się odwrócił, by ponownie odszukać ją wzrokiem i dostrzegł wyciągniętą w jego kierunku, opadającą szybko rękę, coś ścisnęło go boleśnie za mostkiem. Przez moment miał ochotę ją uchwycić, złapać szczupłe palce i ścisnąć je pokrzepiająco, utwierdzając się jednocześnie w przekonaniu, ze Constantia rzeczywiście tu była – ale jego dłoń ostatecznie nie drgnęła, zatrzymana przez tysiące piętrzących się pomiędzy nimi powodów. Czy wciąż miała mu za złe tamtą kłótnię?
Zawiesił spojrzenie na jej twarzy, pozornie doskonale znajomej, ale jednocześnie jakby zmienionej – naznaczonej czymś, czego nie potrafił uchwycić, może odrobinę drobniejszej, starszej, z oczami spoglądającymi z dojrzałością i ostrożnością, których u niej nie pamiętał. W przeciwieństwie do głosu, który wypowiedział jego imię, w jednej sekundzie ściągając go z powrotem na ziemię – i sprawiając, że przez moment czuł się tak, jak gdyby kompletnie nic się nie zmieniło. Uśmiechnął się, przełamując przywołaną chwilę temu obojętność, nie potrafiąc – a może nie chcąc – już dłużej udawać, że nie cieszył się na jej widok. Kiwnął głową, przyjmując jej słowa. – Brakowało cię tutaj – przyznał, bez wstydu i skrępowania, nie widząc powodu do udawania, że było inaczej. Po kotłującej się w nim dwa lata temu złości nie było już śladu, zresztą – nawet wtedy kierował ją nie tam, gdzie powinien, choć potrzebował długich miesięcy, żeby zrozumieć, że to nie na nią był wściekły tamtego dnia. Później przyszedł żal – za utraconą przyjaźnią i spalonymi mostami, i za wszystkim tym, co powinien był jej powiedzieć, a co zrobił tylko we własnej głowie, w nieskończoność odtwarzając tę samą rozmowę, ale wkładając ją w ramy różnych scenariuszy. Dzisiaj, kiedy wreszcie stała naprzeciw niego, nie był w stanie przypomnieć sobie żadnego z nich – z trudem składając jedno słowo z drugim, i nie mając pojęcia, co właściwie czuł.
Zmarszczył brwi, zastanawiając się nad jej słowami; obracając je w myślach, szukając ukrytego sensu; bała się, że nie będzie miała do czego wracać? – Dlaczego wróciłaś, Connie? – zapytał, nim zdążyłaby powiedzieć coś więcej. Wiedział przecież, że nie dla niego – i chociaż przyglądał jej się uważnie, szukając odpowiedzi w jej spojrzeniu, nie potrafił domyślić się, co takiego mogło ściągnąć ją z powrotem do ogarniętej wojną Anglii. Wydawało mu się, że zostawiła za sobą wszystko; przecięła sznurki łączące ją z wyspami, zniknęła, ani razu nie odwracając się za siebie. Co mu umykało?
Zrobił krok do przodu, opierając się rękami o poręcz barierki, przełamując część dzielącego ich dystansu – choć tylko tego fizycznego. Pokręcił głową. – Wiesz, że nie ma to dla mnie znaczenia. – Jej nazwisko, ani zapisana w nim rodzinna historia; mogli nie widzieć się od lat, mógł nie wiedzieć nic na temat wydarzeń, w których utonęła po przekroczeniu progu jego mieszkania po raz ostatni, ale przecież ją znał; była jedną z niewielu osób, które rozumiały go tak naprawdę, wtedy – gdy jeszcze szamotał się chaotycznie pomiędzy tym, kim był, a tym, czego od niego oczekiwano. – Poza tym – podjął po paru sekundach milczenia, odnajdując w chropowatej fakturze barierki i widoku bawiących się zaledwie kilkadziesiąt metrów niżej trójogonów jakiś spokój, poczucie stabilności; odetchnął spokojniej – to nie mnie może zaszkodzić twoja obecność w Peak District. – Powrócił do niej spojrzeniem, prześlizgując nim po jej rysach, parze jasnych tęczówek; starając się odgadnąć, czy to, co mówił, stanowiło dla niej jakąś nowość – czy wiedziała już o tym wszystkim, kiedy przestępowała bramę rezerwatu. – Wiesz, że mnie szukają – dodał, z pytaniem tańczącym na ostatnich głoskach. Wątpił, by umknęły jej listy gończe drukowane przez Walczącego Maga. Jej nazwisko ją chroniło, ale tylko do czasu.
Nie odrywał od niej wzroku, kiedy zaczęła mówić o swoim powrocie; oczywiście, że chciał słuchać, skinął więc jej głową, żeby kontynuowała. – Na dojście do siebie? – powtórzył za nią, wyłapując spomiędzy wierszy przynajmniej częściową odpowiedź na zadane wcześniej pytanie. Ściągnął brwi z troską wymalowaną w pionowej zmarszczce pomiędzy nimi; troską, z której obecności nie zdawał sobie sprawy, dopóki nie zakradła się do niego po cichu, jednocześnie dziwnie znajoma, jak i jakby kanciasta, niepasująca. – Chodzi o twoją rodzinę? – spróbował zgadnąć, pamiętając, jak chłodno wybrzmiało z jej ust jej własne nazwisko; czy to było możliwe, by surowa ręka ojca dosięgła jej nawet daleko poza granicami Wielkiej Brytanii? Posłał jej pytające spojrzenie, w gestach wyczuwając niepewność; dyskomfort, który mógł być związany z jego towarzystwem, ale coś mu podpowiadało, że wcale nie chodziło o to. Albo może nie tylko o to.
Odepchnął się dłońmi od barierki, prostując się i krótko spoglądając w stronę, z której przyszedł; na kraniec mostu niknący wśród drzew. – Wiesz, Ronja nie kłamała, kiedy mówiła o tych smoczętach – podjął, znów odnajdując spojrzeniem twarz Constantii. Nie tyle próbując zmienić temat, co starając się przynajmniej częściowo ściągnąć jej myśli w miejsce, które dla nich obojga wciąż było znajome; wspólny grunt, na którym odnaleźli się wiele lat wcześniej. Może od tego musieli zacząć? Poza tym – czuł, że powinni zejść z widoku. – Trzymamy je w smoczym zagajniku. Chciałabyś rzucić okiem? To krótki spacer – wyjaśnił, wskazując w stronę ledwie widocznej stąd ścieżki.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : 33
UROKI : 42
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Pomost widokowy [odnośnik]20.06.21 5:38
___Zapragnęła, by ją przytulił.
___Bez zastanowienia, bez pytania o zgodę, bez jakiegokolwiek lęku, iż mogłaby się rozlecieć niczym karciany domek wybudowany pośród sztormów czy roztłuc jak porcelanowa laleczka ściśnięta za mocno potężnymi, męskimi ramionami, których siłę pamiętała, wielokrotnie podtrzymana nimi przed bolesnym upadkiem i chociaż była to gwałtownie wyśniona myśl przepychająca się łokciami przed szereg, Constantia nie potrafiła zepchnąć jej na bok. Nie bez żalu rozlewającego się gdzieś pod powierzchnią spalonych wnet nadziei. Pożartych ogniem, kiedy tylko odwrócił wzrok mknący podświadomie gdzieś ku młodym, rozochoconym smokom, na których pozornie skupiał nieodgadnione spojrzenie. Może dawniej potrafiłaby odczytać emocje szamoczące wściekle pod maską, jaką każdego dnia przywdziewał; może zdołałaby spopielić drewniane barykady zastawione świadomie przed ludźmi; może przedarłaby się własnymi myślami przez zasieki, kalecząc całym jestestwem dla pochwycenia tego, czym teraz nie zamierzał się podzielić; może stojąc tak blisko, jak stała teraz, miałaby większą odwagę na pokonanie iluzorycznej bariery odgradzającej ich ciała, serca oraz bestialsko okaleczone dusze, tlące delikatnym tylko płomieniem.
___Niegdyś na załamaniu rzęs dostrzegała wspomnienie gorzkich treści, na samym początku czuła ich niesłabnący ciężar, jednak upływający czas zabierał coraz więcej, pozostawiając wreszcie tylko echo przemilczanych słów, które nosiła przez wszystkie te lata i ze zdziwieniem ujrzała, jak wyraźne pozostały ich kontury, jak niezatarte tkwiły gdzieś pod schronieniem zbudowanym uczuciami. Jednak czas właściwy na ich wypowiedzenie przeminął dawno, jak uparcie powtarzała, może nawet nie zdążyła zatrzymać owego momentu.
___Przyłapywała się niekiedy na swobodnych myślach i poczuła piekące pytanie, gdzie byliby teraz, jeśli nie pozwoliłby odejść, jeśli zatrzymałby we własnym świecie, jeśli okazałaby się słabsza oraz bardziej podatna niejakiej hipokryzji napędzającej obydwoje na pewnym etapie życia, kiedy bardziej siebie ranili niżeli ratowali, jednak nic w życiu nie było ani łatwe, ani prostolinijne. Szczególnie w świecie kanciastych konwenansów, do jakich wówczas Percival należał i którym się poddawał wbrew sobie, dopóki nieprzewidywalność rządząca ludzką egzystencją nie zadecydowała inaczej, jednak nie wiedziała wszystkiego — listy gończe, które widziała niemal od dnia powrotu, skrywały fałszywą rzeczywistość oraz zakłamaną prawdę, której ona nie potrafiła wierzyć. Ani nie zamierzała. Byli drastycznie przemianowani w wytwory własnych decyzji i ciągnących za nimi konsekwencji, jednak pod drżącymi opuszkami palców mrowiła, może nawet i naiwna, nieludzko głupia nadzieja, że pewne elementy scalającego wszechświata pozostawały we właściwym miejscu; tam, gdzie wszystko znieruchomiało jeszcze przed burzliwym rozstaniem, pozwalając powracać myślami w najokrutniejsze dni.
___— Spodziewałeś się kogoś innego — stwierdziła lekko ochrypłym głosem, wcale nie będąc zdziwioną. Każda cząstka zdrowego racjonalizmu podpowiadała, iż to spotkanie było odrealnione na każdej płaszczyźnie, jednak pozwalała mu obrysowywać własną twarz intensywną głębią ciemnych, choć wciąż kojących zwierciadeł, w których mogłaby utonąć; paradoksalnie sama tkwiła dziwnie niewzruszona. Pozornie, bowiem Percival znał ją zbyt dobrze, by nabrać się na tę beznamiętność, której kurtyna opadła gwałtownie wraz z jego bladym uśmiechem. — Brakowało? Nie mogłeś sobie poradzić ze smokami beze mnie? — wypowiedziała z ostrożną dozą zaczepności. Nawet nie oczekując odpowiedzi.
___Pozwoliła za to przyjemnemu ciepło rozlać się gdzieś w okolicach serca, które odzyskało na krótko rytmiczny wydźwięk. Przestrzeń zadygotała gwałtownie pytaniem, jakiego obawiała się najbardziej — nie wiedząc, co powinna powiedzieć, czy istniała jakakolwiek jedna prawda, której mogła się uchwycić i wyrzec na płytkim oddechu. Podniosła spojrzenie dokładnie w chwili, w której stopił o połowę dzielący ciała dystans, może nawet usłyszał jak gwałtowniej zabiło kobiece serce, kiedy usta wyswobadzały pierwsze słowa. — A jakiego powodu oczekujesz, Percy? Co pragniesz ode mnie usłyszeć? — wyszeptała cicho. Jeszcze nie będąc gotową, by wciągnąć mężczyznę do własnego świata, do wypełnionego mrokiem odłamanego skrawka rzeczywistości, której drzazgi tkwiły głęboko pod skórą. Skinęła poniekąd z wdzięcznością, ciesząc się mimowolnie, iż wciąż nie oceniał jej przez pryzmat nazwiska, chociaż wielu musiało tak czynić.
___Przywykła, częściowo.
___Oswoiła się ze swoistym przekleństwem, jakie dźwigała od dziecka.
___Powróciła ku wypowiadanym słowom z zadziwiającą lekkością, jednak delikatny grymas ozdobił twarz przy dźwięku karykaturalnej wręcz prawdy, której jeszcze przed kilkoma miesiącami nie potrafiła wierzyć, a która okazała się namacalna. — Wiem — jedno słowo tnące zapadłe pomiędzy nimi milczenie. — I wiem, jak wiele ryzykuję, ale wciąż niewystarczająco, by porównać to do tego, co robisz ty i pozostali. — Bo przecież listów gończych było wiele więcej, a Constantia rozpoznawała ich nazwiska, czasem nawet twarze, drżąc mimowolnie z obawy o cudze życie. Dla przełamania jego troski chciała rzucić banalnie brzmiącym sloganem, jakoby była dużą dziewczyną potrafiącą sobie radzić w świecie, umiejącą przezwyciężyć wszystko, jednak rzeczywistość zapiekła boleśnie pod językiem i sięgnęła pospiesznie krótkiego wyjaśnienia. — Przez cały ten czas utrzymywałam listowny kontakt z Ronją, by chociaż tak cokolwiek wiedzieć. — By (nie) usłyszeć wieści, których się bała.
___Wyczuwała na sobie jego spojrzenie, kiedy naprędce zaczęła wyrzucać skrócone dramatycznie treści, może dlatego obawiała się podniesienia własnego wzroku i z niejaką ulgą przyjęła propozycję obejrzenia smocząt, o których pierwszy raz usłyszała dzień wcześniej, i pozwoliła mężczyźnie, by poprowadził ją we właściwym kierunku. Każdy krok jednocześnie przybliżał, co oddalał, jednak nagromadzone gdzieś pod niewzruszoną, cielesną powłoką emocje potrzebowały ujścia, dlatego zaczęła mówić.
___Pękając od środka. Rozpadając się przed nim. Przytłoczona prawdą, która wymagała głośnego przełknięcia śliny przed wprowadzeniem między zimne, opustoszałe korytarze wykute pośród wspomnień, gdzie wciąż żerowały jej wygłodniałe demony. — Norwegia jednocześnie dała, co odebrała mi wszystko i były takie dni, kiedy żałowałam tego przeklętego wyjazdu — słowa zrosiła lekka chropowatość nagłego załamania. Zamrugała gwałtownie, chcąc odegnać nieprzyjemną lepkość zdradliwych łez, które jeszcze powstrzymywała, obawiając się płaczu przy nim. Bała się tej okrutnej słabości bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, uparcie dusząc wszystko we własnym wnętrzu. — Możesz tego nie pamiętać, ale wyjechałam przy namowach młodego smokologa. Tego, wraz z którym na początku badałam norweskie smoki kolczaste w rezerwatach i myślałam, że naprawdę spełniam marzenie, że moje zdanie ma dla kogoś znaczenie, jednak rzeczywistość okazała się inna, a człowiek… — któremu zaufałam; którego pokochałam; któremu wierzyłam; którego nienawidzę; którego pozostawiłam pośród płonących ścian; którego może zabiłam; którego pragnęłam więcej nie zobaczyć. — … którego poznałam, zniszczył wszystko. W tym mnie. Jak na ironię uciekłam przed okrutnym mężczyzną, jakim był mój ojciec, po czym wpadłam w pułapkę kogoś, kto go przypominał. Jakby życie chciało mnie ukarać za to, że goniłam własne marzenia, że odważyłam się jakiekolwiek posiadać. On… — urwała gwałtownie.
___Potrzebowała rozproszenia, przynajmniej na ułamki rozwarstwiających się sekund i machinalnie powędrowała wzrokiem w niedającą się objąć przestrzeń, byle uniknąć spojrzenia Percivala. Chyba paraliżujący od środka strach, może nawet irracjonalny wstyd sprawił, iż bała się tego, co mogłaby zobaczyć bądź — co bardziej prawdopodobne — obawiała się wszystkiego, co on wówczas dostrzegłby w niej.
___Przyspieszone oddechy pognały za przyspieszonym biciem serca, nerwowym oraz nierównomiernym, boleśnie tłukącym pod schronieniem skonstruowanym żebrami; kiedy ponownie pozwoliła strunom głosowym drgnąć, słowa otulała charakterystyczna, zdławiona chrypa. — Pod koniec kwietnia poroniłam — ostre wyznanie wżarło się wściekle pod skórę. Rozorało wciąż niewygojone, krwawiące rany. Smutek spleciony ze słonym posmakiem łzy, jaka zahaczyła o wargę. — Byłam wtedy w szóstym miesiącu ciąży, nawet tego nie planowałam i przerażała mnie ta myśl, że mogłabym zostać matką, jednak cieszyłam się, wiesz? Jakaś cząstka we mnie mówiła, że będzie dobrze, że sobie poradzę, że po wszystkim czego doświadczyłam… — przetrwamy? — Przetrwam.
___Przystanęła gdzieś na początku ścieżki, chwytając drżącymi opuszkami palców za barierkę i nie chroniła się przed upadkiem, po prostu potrzebowała czegoś we własnym posiadaniu, lichego podparcia przed przytłaczającym pogorzeliskiem, jakim była jej egzystencja rozciągnięta właśnie od tego wyznania do miejsca na mapie pośród norweskich lasów. Przynajmniej przez ulotność jednego oddechu. Na płaskie sekundy przymknęła powieki, by odegnać wyraźnie okrutne kontury wspomnień, czując siarczane powietrze wtłaczane w płuca.
___Krajobraz rezerwatu trwał, kiedy Constantia czuła bolesną anihilację.
___— Dlatego wróciłam, Percy. — Odszukała go zamglonym, zaszklonym spojrzeniem, układając wargi w smutnym grymasie i niczego nie udając, bo przy nim nie musiała, bo i tak zdołałby ją przejrzeć, prędzej czy później. Obracając ku niemu ciało, wciąż czuła drżenie własnego głosu, jednak słowa napłynęły same. Nawet nie spróbowała ich kontrolować, wypowiadając w eter. — Chociaż, bogowie mi świadkiem, wolałabym każdy inny powód, przyjęłabym od życia wszystko, czym chciałoby mnie złamać czy sponiewierać; każdy siarczysty policzek. Wróciłabym dla przeklętego ojca bądź dla brata. Wróciłabym, by walczyć w tej cholernej wojnie. Wróciłabym dla ciebie, nawet gdybyś mnie nie chciał, Percy — jego imię wyrzucone na granicy słyszalności. Uformowane miękkością języka w sposób, który uważała za wymarły; naznaczone tym subtelnym brzmieniem intymności, jakiego nawet nie usłyszała. Zatopiona w słowach. — Wszystko, byle świat nie odebrał mi córki.
___Dziewczynki, której nawet nie zdążyła nadać imienia.



— fire walk with me —

• These violent delights have violent ends •
Constantia Sallow
Zawód : ambitna magizoolog kolekcjonująca słowa w książkach oraz naukowych artykułach.
Wiek : lat 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We build castles with our fears and sleep in them like kings and queens.
OPCM : 16
UROKI : 18
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9976-constantia-sallow#301547 https://www.morsmordre.net/t10013-morgause#302619 https://www.morsmordre.net/t10012-constantia-sallow#302616 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10014-skryta-bankowa-nr-2182#302620 https://www.morsmordre.net/t10015-constantia-sallow#302622
Re: Pomost widokowy [odnośnik]29.06.21 15:35
tylko sobie skończę

Nie miał w zamiarze zdenerwować Jaydena i liczył na to, że przyjaciel zdaje sobie z tego sprawę. Ich poglądy na wojnę, na toczące się bitwy, na mordy na ulicach i wypędzanie ludzi tylko przez fakt na ich pochodzenie lub rodzinę, były niezwykle podobne. Obydwoje nie opowiadali się bezpośrednio za żadną stroną, ale mieli silne poczucie etyki, które podpowiadało im, co jest słuszne, a co jest jest zwyczajnym skurwysyństwem. Elric chciałby, żeby nowe pokolenie czarodziejów mogło wychowywać się w takim świecie, w jakim przyszło wychowywać się im - bo choć nie była to rzeczywistość idealna, i wtedy wszakże istniały dyskryminacja, niesprawiedliwość, czy brutalność - podstawowe prawa nie były ludziom odbierane, dało się przeżyć bez opuszczania domów, a prawo do edukacji miał każdy, nawet jeżeli w szkole zdarzali się nauczyciele bądź uczniowie, którzy robili wszystko, aby niektórym tę edukację obrzydzić.
- To dobrze. Nie wiem w sumie, czego się spodziewałem. Prawdy? W gazetach? Wybacz, że pytam, byłem ciekawy. Wiem, że ze wszystkich ludzi, których znam, a którzy mają ze szkołą coś wspólnego, tobie mogę ufać. Jesteś uczciwym człowiekiem, Jay, a takich dzisiaj mało. - Skinął głową, odgarniając z czoła kilka niesfornych kosmyków ciemnych włosów. Nie odniósł się do dzieciaków, którym odebrano najwspanialsze lata młodości, nie istniały słowa, których dałoby się użyć, a które właściwie opisywałyby jego uczucia. Czy miał prawo się cieszyć, że w jego rodzinie każdy Lovegood mógł jeszcze spędzać rok we w miarę bezpiecznym zamku? Pewnie nie miał. Ale i tak się cieszył.
Dużo naturalniej przychodziło Elricowi i Jaydenowi pochylenie się nad mapami nieba i dyskutowanie o hipotetycznych prawach rzeczywistości; w takich chwilach mogli prawie udawać, że znowu są młodzi, a świat nie upada. Każdy potrzebował czasem złapać oddech, inaczej by zsiniał.
- Jeszcze nie upadła, powiadasz? - skontrował przewrotnie, uśmiechając się kątem ust, tak, jakby uznał to za wyzwanie. Za sekundę jednak wybuchnął śmiechem. - Daj spokój, jedynie się droczę. Po części przynajmniej, bo wiesz, jak lubię poddawać w wątpliwość każdą twoją teorię. Tak samo jak ty moje. Ale w ten sposób musimy udowadniać ich słuszność i ciągle przemy do przodu. Nie ma nic bardziej odżywczego dla umysłu niż porządna polemika. - Kiedy Jayden zaczął tłumaczyć, Ellie odpuścił sobie żarty i skupił się na tym, o czym mowa. Wynik ich pracy był ważny dla rezerwatu, musieli do tego dojść możliwie szybko, aby udało się zaplanować wszystko przed kolejnym sezonem. Wiedział o wyjątkowej cesze Wenus, nie miał tylko pewności, jakie dokładnie niosło to dla nich konsekwencje; to Jay był ekspertem w temacie astronomii, więc był przekonany, że może mu to zadanie powierzyć i że pomysły profesora są efektem lat badań i ciężkiej pracy. - Dokładnie o ten - potwierdził, kiedy pochylili się nad mapą, a potem uśmiechnął się z ulgą, gdy okazało się, że pracy będzie względnie mniej. Nawet, jeśli z pewnością będzie ona nieoceniona. - Nie zwróciłbym się do ciebie bez uprzednich tygodni zbierania knuta do knuta, żeby oszczędzić tyle, by dało się za tą bezcenną pomoc zapłacić - odparował, z równie lekkim uśmiechem. Na dobrą sprawę nie żartował.

/zt



I'm here
I whisper
You can talk to me
or not talk to me
But i'm here
Elric Lovegood
Zawód : Smokolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
A potem świat
znowu zaczął istnieć
ale istniał zupełnie inaczej
OPCM : 15
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Jasnowidz
my kind belongs nowhere
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9649-elric-lovegood https://www.morsmordre.net/t9725-vincent#295249 https://www.morsmordre.net/t9722-droga-niewybrana#295200 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9724-skrytka-bankowa-nr-2210#295204 https://www.morsmordre.net/t9723-elric-lovegood#295203
Re: Pomost widokowy [odnośnik]27.07.21 18:35
| przybywamy stąd, wylosowałam 6

Pełen zadowolenia uśmiech rozkwitł na wargach dziewczątka na dźwięk mądrości płynącej współmiernie ze słów smokologa. Cieszyło ją to, że w miejscu, nad którym pieczę sprawowali lordowie i lady Greengrass, z takim szacunkiem odnoszono się do majestatycznych, enigmatycznych stworzeń, których nie miała jeszcze, co prawda, szansy, ujrzeć na własne oczy. Ale to nic, wierzyła bowiem szczerze, że ścieżki wybierane przez pana Moore'a - choć trudne, zawiłe i męczące - doprowadzą ich w końcu do punktu, w którym nacieszyć będzie mogła swój wzrok widokiem smoków obdarzonych kontrolowaną wolnością.
- Bliźniaczo ma się sprawa ze znikaczami w naszym rezerwacie. Odbudowujemy ich populację, ale to nie znaczy, że pragniemy je udomowić; po tylu latach okrutnego wykorzystywania w grach miotlarskich chciałabym po prostu zobaczyć, że pewnego dnia znów powrócą do świata jako gatunek niezagrożony - stwierdziła z cichym, pełnym nadziei westchnieniem. Choć Livia nie miała w sobie nienawiści do ludzi, tak win Macmillanom wybaczyć nie mogła. Od czasu ich brutalnych praktyk może i minęły lata, koło fortuny zatoczyło się nowymi pokoleniami, jednak grzech pozostawał grzechem, wiecznie plamiącym dobre imię tej szlachetnej rodziny w jej prywatnym odczuciu.
- Niesamowite - przyznała z zachwytem, na co podążająca za nimi Poppy mruknęła pod nosem coś niezrozumiałego, pełnego dezaprobaty; starsza kobieta wiedziała, że słowa Volansa były ledwie kpiną, lecz jej czujność uszła uwadze lady, która, istotnie, o wiele bardziej wolała zawierzyć fałszywym opowiastkom; wyobrażała sobie jak samodzielnie dosiada grzbietu w miejscu pozbawionym kolców, jak wzbija się w powietrze i dotyka obłoków miękkich jak pierze. Łapiąc oddech przytaknęła na wypowiedź magizoologa, w pamięci notując wszelkie szczegóły, którymi obdarzał ją podczas wędrówki; budowa smoczego jaja nie była jej znana od wewnątrz, ale coś nakazywało podejrzewać, że wcale nie była tak inna od pokrytej skorupką kołyski magicznego ptactwa; o tym Abbottówna wiedziała już o wiele więcej.
- Och, oczywiście! By je zobaczyć wespnę się na każde wzgórze, nieistotne, jak będzie ono wysokie - zapewniła pogodnie - i Merlin raczył wysłuchać jej obietnicy, bowiem droga na pomost widokowy rzeczywiście nie należała do najprostszych, nie w przywdzianych tego dnia trzewikach. Niemniej ostatecznie udało im się dotrzeć na miejsce; z kamiennego wzniesienia widać było większą część rezerwatu i Livia już otwierała usta, by podzielić się z czarodziejem jedną ze swych obserwacji, kiedy ziemia zadrżała nagle, a na pomoście usiadł imponujący trójogon edalski, prostując skrzydła po długim locie. Tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, jeśli podeszłaby doń o kilka kroków... Serce w piersi dziewczątka rwało się cwałem pośród krat stworzonych z żeber, podczas gdy spojrzenie szeroko otwartych szmaragdowych oczu utkwione było w ogromnym stworzeniu, jakie zdawało się nie spozierać na nich z agresją. Czy w ogóle ich zauważyło? - Merlinie... - szepnęła przytłoczona jego majestatem nastolatka, ścisnąwszy swoje dłonie, które przycisnęła rychło do piersi. - Jakież to wspaniałe stworzenie, jakie wielkie i piękne. W najśmielszych snach nie pomyślałabym, że mogę... Że będzie ono tak blisko - mówiła z przejęciem, nieśmiało poruszając się kilka kroków do przodu. Smok nie wydawał się zainteresowany ludzką obecnością. Pozwolił im przejść obok siebie, a później wzbił się w powietrze, nurkując w dół, w kierunku znajomego padoku, który był chyba jego domostwem na tych ziemiach. Jej wnętrze nigdy dotąd nie trzepotało tak mocno, wirując w rozgorączkowaniu; czy uwierzy jej pan ojciec, kiedy opowie mu o tym, co widziała? - Tak bardzo panu dziękuję, panie Moore, za to doświadczenie. Aż brakuje mi słów, a wzruszenie ściska gardło, och, było to bajeczne - szeptała w drodze do bram wejściowych rezerwatu, dygając potem elegancko przed mężczyzną, którego raz jeszcze zaprosiła do rezerwatu znikaczy, a potem wraz z Poppy oddaliła się z Peak District, w ekscytacji rozprawiając na temat tego dnia ze służką.

zt :pwease:


slipping out of notice,
the beats of the heart chime, they are unmistakeably a sign of life. painted as far as the heavens reach, the sky is tinted in a shade of blue. endlessly it repeats itself, almost as if it were atop a boxed garden.
Livia Abbott
Zawód : działaczka na rzecz rezerwatu znikaczy, młoda dama
Wiek : 16
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
So I won't testify the crimes you're keeping score of. Why don't you throw me to the wolves? I thought you were one.
OPCM : 10
UROKI : 2
ALCHEMIA : 12
UZDRAWIANIE : 3
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9963-livia-abbott#301228 https://www.morsmordre.net/t9971-wenus#301492 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9973-skrytka-nr-2260#301500 https://www.morsmordre.net/t9972-livia-abbott#301494
Re: Pomost widokowy [odnośnik]31.07.21 1:28
Lady Abbott mówiła bardzo mądrze i temu nie sposób zaprzeczyć. Jednak zauważał dzielącą ich przepaść, wynikającą z różnego statusu i pogłębianą przez sunącą im za plecami niczym zmora służącą. W głębi duszy nie mógł odmówić sobie pewnej drobiazgowości. Nie sądził, by ta dziewczyna pracowała w owym rezerwacie w ten czy inny sposób. Przez wzgląd na urodzenie nie musiała. Praca w każdym rezerwacie to ciężkie i odpowiedzialne zadanie, praca na pełen etat. Zebrawszy w całość wszystkie fakty i mity na temat arystokratów pozostawał sceptyczny w tym aspekcie. Nie pomagał też fakt, że arystokracja była w większości nastawiona negatywnie lub wrogo  nastawiona do mugoli i mugolaków.
Magiczne stworzenia nie powinny być wykorzystywane w tak okrutny sposób i służyć rozrywce. Byłoby wspaniale gdyby udało się odbudować populację tych ptaszków — Nawet, jeśli był fanem gier miotlarskich to wykorzystywanie znikaczy jako prekursorów złotego znicza postrzegał za prymitywną praktykę i ciemną kartę w historii czarodziejskich gier i sportów. Wynalezienie złotego znicza było strzałem w dziesiątkę, jednak to nie wymaże niechlubnej historii.
Prawa natury były w tym względzie bardzo uniwersalne, chociaż w przypadku smoków był to temat na osobny wykład dla najwytrwalszych. To miała być wycieczka pełna przystępnych informacji. Być może ta dziewczyna kiedyś przyjdzie na naukowy wykład.
Proszę za mną. Pomost widokowy to drugi punkt obserwacyjny w naszym rezerwacie. Pod naszymi stopami rozciąga rzeczna dolina. Nie musi się lady obawiać, pomost jest całkowicie bezpieczny dla odwiedzających — Poinformował towarzyszącą mu młodą damę. Na pewno mogą liczyć na przelatujące smoki, ale przy odrobinie szczęścia zobaczą znacznie więcej niż latające w oddali smoki.
Pojawienie się trójogona edalskiego, który postanowił przysiąc na krawędzi pomostu. Nigdy mu się to nie znudzi. Tak blisko niebezpiecznego gada, który pozostaje nieświadomy jego obecności. Było to wspaniałe. O ile dla niego była to codzienność, tak dla panny Abbott być byłoby to niezapomniane przeżycie, idealnie wieńczące tę wycieczkę. I pod tym względem nie pomylił się. Świadczyła o tym reakcja Livii.
Było nad wyraz łaskawe racząc nas możliwością obserwowania siebie z tak bliska. Zaryzykuję stwierdzenie, że to samica. Samice wielu gatunków są większe i masywniejsze od samców — Rzekł. Nie był to jednoznaczny osąd, gdyż nie dostrzegał skąd obrączek na łapie smoka, ale było to całkiem prawdopodobne. Westchnął cicho, spoglądając za nurkującym w dół smokiem.
Ja również dziękuję, panno Abbott. Jeśli mógłbym mieć prośbę to chciałbym pannę prosić, by praktyki latania na smokach pozostały między nami. To wielka tajemnica — Zwrócił się do dziewczyny, uśmiechając się i puszczając do niej oko. Pożegnał ją również, obiecując, że zajrzy do rezerwatu znikaczy.

zt
Volans Moore
Zawód : Smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Oh I still can remember a time when it wasn't like this
Before the world became enslaved
Can we all go back to the time when we were not like this
Can we even be saved?
OPCM : 21
UROKI : 17
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Pomost widokowy - Page 2 Tumblr_myrxsem7AC1s8tqb9o1_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9775-volans-moore-w-budowie#296523 https://www.morsmordre.net/t9914-sol#299801 https://www.morsmordre.net/t9919-ksiega-smokow#299856 https://www.morsmordre.net/f371-derbyshire-borrowash-pollards-oaks-11-8 https://www.morsmordre.net/t9921-szuflada-volansa#299859 https://www.morsmordre.net/t9913-volans-moore#299792
Re: Pomost widokowy [odnośnik]07.08.21 12:57
- 3 I 1958 -
Ronja&Isaiah

Po zabawie noworocznej, chociaż spodziewała się wyjątkowego zmęczenia, Fancourt wciąż jeszcze pędziła na tamtej motywacji, zdeterminowana w realizacji swoich planów na kolejne miesiące. Chwilowa okazja do ucieczki przed zmartwieniami na Wrzosowisku, w otoczeniu przyjaciół, chociaż wspaniała uległa już wspomnieniom, a Ronji pozostało skupić się na obecnych dziejach. Pod wysokimi butami skrzypiał miękko wyłożony dywan śniegu, a ciasno zapięty, gruby płaszcz stanowił skuteczną barierę przed liżącym policzki mrozem. Wokoło szyi zawinięty miała gruby czerwony szalik, który w zabawny sposób tworzył kolorystyczną całość z zaróżowionymi policzkami i czubkiem nosa zazwyczaj mlecznobiałej skóry. Wyjątkowa karnacja mogła przywołać, zwłaszcza w zimowych warunkach, gdy promienie słoneczne oddawały prym zimie, skojarzenia z chorobą, ale wobec zmagających się z głodem ludzi, Fancourt radziła sobie stosunkowo dobrze, ale zapasy wyraźnie zubożały w porównaniu do zeszłomiesięcznego wypełnienia rodzinnej spiżarni. Z samego rana wypełniła żołądek ugotowaną kaszą gryczaną i wodnistą herbatą, a następnie udała się na spotkanie z… Jak mogła określić Isaiah jednym słowem? Chyba najbardziej pasował tu “przypadek”, bo przecież nie mogła przewidzieć podczas pierwszego spotkania Isoldy, że zostanie ona za jakiś czas jego żoną. Lady Slughorn była, jak kazał sądzić rozsądek i wnioskowanie jej pochodzenia, piękną, dystyngowaną damą, niewiele młodszą od Ronji i ambitną w swoich postanowieniach zostania magipsychiatrą. Przez twarz kobiety przemyka cień na myśl o jej tragicznej śmierci w pożarze Ministerstwa. Jak wielu tamtej nocy straciło cząstkę siebie, tak ciężko było porównywać to ze stratą miłości swojego życia. Czarodziej zazwyczaj pewny, czarujący uśmiech w ułamku sekundy mógł schować się w sobie niczym wrażliwy pąk kwiatów ziół, które tak bardzo kochał. Pamięta pogrzeb przyjaciółki, jego nieobecne spojrzenie w tłumie żałobników gdy kładła pod bogato upamiętnionym kopcem swoją wiązkę ziół.
Nie planowała nigdy ich wspólnych rozmów, ani terapii, w którą się przekształciły. Chociaż bliżej było Ronji zawsze do Isoldy, to nie miała zamiaru odmówić komuś w potrzebie, nawet jeśli nie mógł wypowiedzieć jej na głos. Zresztą nie musiał, wystarczyło Ronji spojrzeć mu w oczy, kiedy mijali się podczas pracy w szklarni. Nieobecny, nieokiełznany w swoim żalu, wciąż jeszcze nie potrafił pogodzić swojego życia ze śmiercią tej, która miała mu towarzyszyć do ostatniego tchu.
Przestąpiła z nogę na nogę, wreszcie zauważając znajomą sylwetkę w połowie drogi przez pomost. To miała być rozmowa zawodowa, skupiona na planach zimowego rozwoju hodowli ingrediencji, oraz omówieniu dotychczasowych postępów w rozwoju roślin. Halbert pozostawił Ronję z wartościowymi botanicznymi wskazówkami i oczywistym krokiem w opiece była konsultacja z tak doświadczonym alchemikiem. Mogli w spokoju przejść drogę do oranżerii, nie marnując dodatkowego czasu na pogadanki, ale jednocześnie zapewnić sobie pewien stopień dyskrecji. Rozglądnęła się łagodnie na boki, chłonąc zimowy krajobraz Peak District. Smoki tolerowały zimno, ale nie stanowiło ono ich ulubionego środowiska, toteż rzadko kiedy objawiały się ze swoich kryjówek w największe mrozy.
Lordzie Greengrass, Isaiah, szczęśliwego nowego roku. — Przywitała się, lekko unosząc kąciki ust w uśmiechu, co z kolei spowodowało zmrużenie bursztynowych oczu. — Mam nadzieję, że nie przeszkadzam ci w niczym, chciałam porozmawiać o naszych wcześniejszych ustaleniach odnośnie zapasów w szklarni. — Zaczęła, równając swój krok z jego własnym. — I zapytać jak się miewasz przy okazji. — Dodała, pocierając ubrane w długie rękawiczki dłonie o siebie.
| kasza gryczana, czarna herbata
[bylobrzydkobedzieladnie]


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Pomost widokowy [odnośnik]11.08.21 22:03
Nowy rok.
Czas płynął niczym niewzruszoną falą, nieczułą na porywiste wiatry epoki, w której przyszło im żyć, na codzienne morskie pływy rozbijające się o szorstkie, nieregularne brzegi, dopasowując się do regularnych rytmów przypływów i odpływów. Na przestrzeni ostatnich miesięcy Isaiah miewał jednak coraz częściej wrażenie, że zalewające ich z wszystkich stron niespokojne wody wciąż nabierającego mocy konfliktu, z każdym dniem podnosiły się coraz i wyżej, grożąc im swym chłodem, budząc obawę, że niedługo zostaną pozbawieni oddechu. Było to te same wody, które wyrwały go niedawno z wszechobecnego, pełnego rozpaczy marazmu, w którym zatopił się tuż po śmierci żony. Konieczność opowiedzenia się po którejś ze stron zdołała przebić się przez tę niemal nierozerwalną warstwę letargu, wybudzić go z niemej śpiączki i wyzwolić z bezruchu.
Ostatnimi czasy uśmiechał się coraz częściej, uśmiechem pełnym, choć podszytym nieuchwytnym smutkiem, nie pozbawionym zmarszczek wyrastających w kącikach oczu. Rutyna codzienności pozwalała mu przy tym zakotwiczyć się w tym nowym świecie, w którym zdecydował się na obronę od lat pielęgnowanych ideałów. Odkąd nie pracował już w Mungu, dzień rozpoczynał, bez względu na panujące na zewnątrz warunki atmosferyczne, od krótkiego spaceru po rezerwacie, zahaczając o szklarnie i obserwując z daleka widoczne nad wzgórzami sylwetki smoków, choć w dzisiejszym, przeszywającym ciało mrozie, nie dostrzegł w pobliżu żadnego z nich. Popołudniami zaszywał się w domowej pracowni i poświęcał czas na przygotowywanie kolejnych eliksirów, przynoszących ukojenie maści, z okna wieży obserwując nocne niebo.
Wypatrzył ją z daleka, jej drobną sylwetkę i twarz, obecnie w dużej mierze ukrytą w zagłębieniu czerwonego szalika, zawsze wyraźnie egzotyczną na tle angielskich krajobrazów. Od początku nieco intrygowała go jej azjatycka uroda, będąca dla niego w dużej mierze synonimem różnorodności, którą nauczył się doceniać na przestrzeni przeżytych lat. Ciekawiły go jej nietuzinkowe stroje, ich oryginalne wzory, z uniesioną w zaskoczeniu brwią nierzadko obserwował z okna posiadłości jak jej ciało wygina się w kolejnych figurach sztuki wuhu. Długo jednak był jedynie niemym obserwatorem, wymieniającym z Panną Fancourt pełne sympatii acz nieco zdystansowane uprzejmości, równocześnie doskonale zdając sobie sprawę z zażyłej relacji między kobietą a Isoldą. Czasem zadawał sobie pytanie, czy gdyby nie sławetny pożar, ich znajomość kiedykolwiek zmieniłaby swój charakter, wkraczając tym samym na zupełnie inny poziom. Nie potrafił powiedzieć, kiedy dokładnie Ronja stała się powierniczką jego pełnych apatii i odrętwienia myśli, co sprawiło, że to właśnie przed nią udało mu się otworzyć, pozwolić na to, aby krok po kroku podjąć próbę okiełznania rozrywającego jego serca żalu.
- Miło cię widzieć, Ronjo. Dziękuję. I nawzajem, wszystkiego najlepszego w nowym roku, żeby przyniósł upragnione owoce - odpowiedział szczerze, kłaniając się lekko i przyglądając jej się z uśmiechem. Uściskał by ją mimowolnie, surowe wychowanie trzymało go jednak w miejscu. Takie poufałości nie przystawały lordow Greengrass. Zawsze przez kilka pierwszych sekund spędzanych w jej towarzystwie czuł się nieco zmieszany, jakby fakt, że przez ostatnie miesiące odsłonił przed nią fragment zranionej duszy, czynił go w jej oczach słabszym, bardziej podatnym na ból. Pierwiastek męskości, ugruntowany zresztą na arystokratycznym gruncie, podpowiadał mu, że z założenia powinien jawić się jej jak niewzruszona skała, niepodatna na podmywające je wody i wiatry. A potem myślał o Isoldzie, o tym jak wiele razy powtarzała, że każdy miał prawo do słabości, także tej psychicznej. Zwłaszcza w okresie niczym niezapowiadanej żałoby. - Właśnie liczyłem na to, że się dzisiaj spotkamy. Musimy nieco zmienić strategię i inaczej zaplanować podział przewidzianych, cieplarnianych plonów i przydatnych do warzenia ziół. Najprawdopodobniej będziemy musieli podjąć zdecydowane kroki, aby wspomóc mieszkańców naszych terenów w tym trudnym okresie - odparł po krótkiej chwili zastanowienia. Niestabilna sytuacja panująca na angielskich ziemiach, a od niedawna także w greengrassowych hrabstwach, zmuszała ich do nieustannego przewartościowywania i dostosowywania czynionych przez siebie planów. Równocześnie Isaiah coraz odważniej snuł refleksję na temat tego, w jaki sposób mógłby dołożyć rzeczywistą cegiełkę do działań podejmowanych przez Zakon, którego sojusznikiem stał się otwarcie przed paroma miesiącami. - Powiedzmy, że nie najgorzej. Ten okres przejściowy, między starym rokiem a nowym, jest ciężki odkąd... Nie ma ze mną Isoldy. Czuję się jakby pomiędzy, jakbym tkwił w zawieszeniu. Wystarczy jeden krok w tył i uda mi się wrócić do przeszłości… To jednak zupełnie efemeryczne, przeraźliwie złudne uczucie. Oś życia, jakże to odkrywcze, jest prosta. Chociaż wciąż pragnąłbym zawrócić. - W jego głosie pobrzmiewało wahanie podszyte lekkim zażenowaniem. Jeszcze bardziej zaróżowiły jego zmarznięte od chłodu policzki. Postawił kołnierz płaszcza, skrywając za nim twarz. - A ty, dobrze spędziłaś Sylwestra?
Isaiah Greengrass
Zawód : alchemik, lord, twórca malarskich barwników
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Znam nuty przekleństw, na wylot prawdę
aż urwie świt nas, każda z gwiazd zgaśnie.
W dłoniach rwę świat nasz tak bez pamięci
za wszystko co ból wziął na zawsze.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 21
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10152-isaiah-greengrass https://www.morsmordre.net/t10368-kaszmir https://www.morsmordre.net/t10369-isaiah https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10463-skrytka-nr-2204 https://www.morsmordre.net/t10370-i-greengrass
Re: Pomost widokowy [odnośnik]20.08.21 18:58
W rutynie odnajdywała swoje największe wyzwania. Zwyczajność świata przygód stała się dla niej zbyt oczywista wobec doświadczeń i niebezpieczeństwa, które nosiła jak na otwartej dłoni. To w tych szarych krajobrazach żmudnej pracy miała swoje schronienie, fascynację drobnymi szczegółami tego, co ani pierwszy, ani drugi rzut oka nie dostrzegał. Jego widziała od zawsze. Chociaż momentami zdawał się tak doskonale wpasowywać w krajobraz, że praktycznie stawał się jego częścią. Żywy, pewny swojego, idealne przeciwieństwo najdroższej Isoldy, a zarazem jej doskonałe dopasowanie. Byli piękną parą miłości, której Ronji dotąd niedane było znaleźć. Dowodem na te marzenia, które schodzą z nieboskłonu myśli i spełniają się przed ich oczami, a potem upadają. Od zawsze bliżej jej było do małżonki lorda Greengrassa niż samego Isaiah. Nie potrafiła określić dlaczego, ale może to ich wyraźne podobieństwa sprawiały, że ostatecznie nie pogłębiali relacji za czasów beztroski. Nieszczęście wiąże ludzi w najmniej spodziewany sposób, podobnie stało się i z mężczyzną dotkniętym stratą ukochanej i azjatyckiej uzdrowicielce, która jako jedna z nielicznych mogła nie tylko zrozumieć ten ból, ale również pomóc w jego ukojeniu. Dojście do porozumienia ze swoją żałobą, gdy umiera cząstka ciebie w postaci współmałżonka, należała do największych kar, jakie mogła przeżywać dusza.
Ich znajomość podróżowała równie płynnym nurtem co rzeka pod pomostem, wijąc się i przekształcając w meandry wzajemnego zaufania, powiernictwa problemów czasami wstydliwych, wiele razy ciężkich, a przede wszystkim sekretnych. Atmosfera straty bliskiej osoby, ciągnęła między nimi korowód Pani Śmierci i być może nigdy już nie będą mieć okazji do spojrzenia na swoją przyjaźń z radośniejszej strony.
Ronja przyjmowała taką ewentualność, przyzwyczajona do ciężaru cudzych problemów, ale po stokroć bardziej wrażliwe na te, które dotykały jej przyjaciół.
- Tak… Owoce… Ostatnio nie jest z nimi najlepiej, słyszałam wieści, że tegoroczną zimę badacze przewidują na najbardziej surową od dekad. - Wzdrygnęła się, unosząc na samą myśl ramiona do nieco wyżej i obejmując się rękami. Ruszyła przed siebie spokojnymi krokami, pozwalając by w momentach niewymuszonej ciszy, chłodne powietrze wypełniał tylko szum wody i szelest gałęzi okolicznych drzew ruszanych mocnymi powiewami wiatru. Zerknęła na profil mężczyzny, zaróżowione od zimna policzki i łagodny wyraz twarzy wraz z okalającymi go czarnymi włosami. Dopiero kiedy zmrużyła oczy, dostrzegła srebrne nici siwizny, zapewne te same, która prządka starości umieszczała i na jej własnej głowie. - Byłam niedawno w Borrowash, pomagałam starej zielarce w sprawach medycznych i sytuacja mieszkańców nie miewa się najlepiej. Zapewne lord otrzymał również informację na ten temat, ale na początku listopada zeszłego roku przy pobliskim jeziorze natknęłam się na dementora i grupę szmalcowników. - Szczęka stężała, ledwo zauważalnie na wspomnienie cudem wyrzuconego z różdżki patronusa i podejrzanego ratunku Michaela. Nie musiała wysilać zdolności dedukcji, by domyślić się, że szmalcowników nie spotkał osąd, ale ostateczny koniec. - Oczywiście, udało się pozbyć zagrożenia, ale nieprzygotowani i osłabieni mieszkańcy mogą nie mieć takiego szczęścia jak ja. - Kontynuowała, odrobinę ciszej, pogrążona w swoich wspomnieniach. Uśmiechnęła się smutno na słowa Isaiaha, kiwając wolno głową, bo doskonale rozumiała, co pragnął przekazać w skomplikowanych dla wielu słowach.
- Brak jej obecności nie zniknie, jeśli nie nigdy, to na pewno przez długi czas, ale w końcu nauczysz się z tym godzić. Nie chodzi o to, by zapomnieć, ale by zaakceptować. Czasami musimy wykonać jeden krok w tył, a następnie zrobić dwa do przodu. - Nie spotkali się tutaj na pouczenia, nigdy też nie miała w zwyczaju dawać ich komukolwiek, zamiast tego oferując luźne przemyślenia rzucone na wiatr konwersacji. Martwiła się ciężarem odpowiedzialności na ramieniach Greengrassa, już i tak ledwo zauważalnie skulonych w sobie z tęsknoty za żoną. Mogła tylko w wyobraźni zastanawiać się, jak wiele dodatkowych zmartwień dostarczała mu pozycja społeczna i potrzeba pomocy innym wynikająca z dobra ducha. - Tak, pośród bliskich znajomych. - Mimowolnie uśmiechnęła się na wspomnienie całonocnej zabawy i obrazu twarzy wszystkich jej przyjaciół. - Wiem, że to nie jest odpowiednio dystyngowane miejsce dla kogoś tak dobrze wychowanego jak ty, ale jeśli będzie kiedyś w święto doskierać ci samotność, z miłą chęcią zaoferuję swoje i ich towarzystwo. - Zaproponowała, spoglądając na niego przez chwilę, w nadziei na przekazanie wraz z wypowiadaną, bezterminową ofertą innej wiadomości. Możesz mi zaufać. Nie bój się osi życia, wszyscy jesteśmy na niej razem.
- Zatem masz lordzie konkretne plany na myśli? Coś, w czym mogłabym okazać się pomocna? Oczywiście w alchemii i zielarstwie nie masz sobie równych, ale ostatnio staram się poszerzać swoje kompetencje. - Wyprostowała się z zadowoleniem na wspomnienie regularnych nauk eliksirów, oraz ogrodowych wyzwań pod czujnym okiem Halberta.


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Pomost widokowy [odnośnik]12.10.21 21:21
Kiedyś nie wyobrażał sobie życia w zamkniętych ścianach przewidywalności, powtarzalność ograniczając jedynie do myśli, że słońce zawsze powita go na wschodzie, a pożegna na zachodzie. Przez lata pielęgnował w sobie wewnętrznego lekkoducha, jakby na przekór ojcu, który pragnął dla niego przede wszystkim stabilizacji i zdefiniowanego celu dalszej egzystencji. Z trudem przychodziło mu dopasowanie się, podążanie z góry wyznaczoną ścieżką, wolał marzyć, chociaż dorosłość definiowana powrotem do ojczyzny z dalekich podróży, natychmiast wtłoczyła go ponownie w ramy szlacheckiej rzeczywistości. Dojrzał, samodzielnie narzucając sobie pewne ograniczenia, znajdując własny rytm, który dopasował się w końcu do taktów Isoldy, jakby ich pulsy znalazły wspólną częstotliwość. Ich serca biły razem. Umierały razem. I chociaż na wiele miesięcy stracił wcześniejszy rytm, zatapiając się coraz bardziej i bardziej w otchłani spazmatycznego lamentu, w końcu nabrał sił, aby odbić się od dna. Może właśnie dzięki tej rutynie. Nie pamiętał już, czy to właśnie Ronja, czy może Mare, podsunęła mu ten pomysł: ponownego ułożenia życia w równe takty, wyznaczenia powtarzalnych punktów, schematów tygodnia, nakładających się na siebie miesięcy i dni.
I znowu był w stanie żyć. Z dnia na dzień, nie rozpościerając dla siebie wielkich perspektyw. Trwał dalej, nawet nie zauważając, gdy ta wyćwiczona rutyna stała się na powrót nie pozbawionym barw życiem. To raczej na przeszłość spoglądał teraz nadając jej odcienie czarni i bieli, jakby spuścił na nią żałobną zasłonę, zamykając za sobą pewien rozdział.
Przez kilka ostatnich miesięcy nauczył się doceniać towarzystwo Panny Fancourt, dostrzegł w niej to, co być może od dawna widziała w nim jego żona. Czasem myślał, że może podświadomie spoglądał na nią właśnie isoldowymi oczami. Zdawał sobie sprawę jak wielki ciężar Ronja dźwigała na swoich ramionach, jak wiele zagubionych dusz powierzało jej swoje sekrety, nie znajdował jednak w sobie siły, aby i swoje najskrytsze myśli tak po prostu jej oszczędzić.
- Zima stulecia. - Ostatnio często słyszał te dwa słowa, powtarzane na salonach, docierające do jego uszu niemal na każdym spotkaniu. Już styczeń roztaczał zimną aurę, chłód wnikał pod ubrania, a zgrabiałe palce nie były w stanie ogrzać się nawet w zagłębieniu grubych, skórzanych rękawiczek. A luty miał okazać się podobno jeszcze bardziej mroźny. - Słyszałem. To niestety nie był odosobniony przypadek. Coraz częściej docierają do nas takie wieści - odparł nieco pochmurnie, w jego głosie odbijała się wyraźnie gorycz i niepokój. Z coraz większa obawą spoglądał na sytuację na przynależnych do rezerwatu terenach. Wiedział jak wielka ciążyła na nich odpowiedzialność, nie tylko za członków rodziny, ale i wszystkich mieszkańców, którzy byli w końcu nie tylko nieodłącznym elementem wspólnego życia, ale trybikiem ogromnego mechanizmu zapewniającym przetrwanie. Byli dla siebie wzajemnie niczym zespół naczyń połączonych. Isaiah miał świadomość, że gdyby nie ich zaangażowanie, dobroć i oddanie hrabstwom, jako rodzina niewiele zdołaliby samodzielnie zrobić. Szkoda, że ludzie, którzy tak beznamiętnie i bez zastanowienia siali zamęt na pozostałych ziemiach, nie brali tego pod uwagę, czyniąc z mieszkańców, często przecież niemagicznego pochodzenia, czynnik pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia. Liczył na to, że już niedługo odbije się im to wszystko czkawką.
- Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie to zaakceptować. - Wiedział, że miała rację. Zgoda na uznanie niezaprzeczalnych faktów wcale nie niosła za sobą zapomnienia, ale miał wrażenie, że w ten sposób w pewnym sensie dałby zbrodniarzom swoje przyzwolenie, pozbawiał znaczenia pożar, w którym życie straciło przecież tak wiele innych ofiar. Akceptacja była dla niego równoznaczna z rozgrzeszeniem winowajców. - Chciałbym sprawiedliwości. - Dotąd nie przypuszczał, że był w stanie tak bardzo nienawidzić, pragnął poznać nazwiska osób odpowiedzialnych za zamach na Ministerstwo Magii, nawet jeśli w jego myślach nie jawił się jeszcze sprecyzowany obraz tego, co by w takiej sytuacji zrobił. Starał się jednak rozchmurzyć i nie zaprzątać tym ani sobie, ani Ronji, głowy. Początek roku powinien w końcu być okresem pełnym radości, niosącym zmiany i nadzieję na lepsze jutro. Rozpoczynał się kolejny cykl. - Byłoby mi bardzo miło - odparł szczerze, posyłając jej uśmiech, równocześnie dając do zrozumienia, że wyłapał aluzję. Wiedział, że może na nią liczyć, że jego słowa, pełne szczerości i często podszyte bólem, nie trafiały w próżnię i były u niej bezpieczne, że jeśli potrzebował wsparcia, mógł otworzyć się właśnie przed nią. Nie chodziło jedynie o zawód, który wykonywała, miał wrażenie, że przez ostatni okres nawiązali na tyle silną nić porozumienia, że mógł obdarzyć ją zaufaniem. - To raczej ja mógłbym zepsuć atmosferę. Jednak naprawdę myślę, że byłoby miło spędzić ten czas w takim zaszczytnym gronie, ponad wszelkimi podziałami. - Miał tu przede wszystkim na myśli kwestie związane z pochodzeniem. - Zwłaszcza dzisiaj widać, że do niczego one nie służą. Wręcz przeciwnie.
Zamyślił się na moment, podążając za nią wolnym krokiem, zakładając ręce za plecy, stawiając kolejne kroki raczej instynktownie, wzrok kierując przede wszystkim ku jej twarzy.
- Tak jak wcześniej wspomniałaś, zapowiada się wyjątkowo mroźna zima. Trochę nad tym myślałem, wydaje mi się, że powinniśmy tak zagospodarować nasze szklarnie, aby stworzyć nieco więcej miejsca, powinniśmy zwiększyć zapasy, żeby w razie czego zasilić także rezerwy mieszkańców, którzy znajdą się w potrzebie. - Losy osób zamieszkujących tereny Derbyshire i Staffordshire naprawdę bardzo leżały mu na sercu. - Biorę jeszcze pod uwagę, że niedługo i na naszych ziemiach zrobi się… gorąco. Jeśli nieprzyjaciele postanowią wkroczyć na nasze tereny z pewnością, co mówię z ciężkim sercem, będziemy musieli nieść pomoc, także tę leczniczą. Myślałem, żeby zwiększyć ilość grządek ze składnikami przeznaczonymi na eliksiry. Może mogłabyś mi podpowiedzieć, co prawda pracowałem w Mungu, ale które mikstury mogą okazać się najbardziej przydatne? Większa ilość ingrediencji, to automatycznie większa ilość przygotowanych porcji. Chciałbym wziąć to pod uwagę.
Isaiah Greengrass
Zawód : alchemik, lord, twórca malarskich barwników
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
Znam nuty przekleństw, na wylot prawdę
aż urwie świt nas, każda z gwiazd zgaśnie.
W dłoniach rwę świat nasz tak bez pamięci
za wszystko co ból wziął na zawsze.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 21
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10152-isaiah-greengrass https://www.morsmordre.net/t10368-kaszmir https://www.morsmordre.net/t10369-isaiah https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10463-skrytka-nr-2204 https://www.morsmordre.net/t10370-i-greengrass
Re: Pomost widokowy [odnośnik]08.01.22 4:46
08.02.1958
Kolejny dzień pracy Volans rozpoczął od wyłączenia dzwoniącego budzika. Jego wskazówki bezlitośnie odmierzały biegnący nieubłaganie czas. Niechętnie podniósł się do siadu, przysiadając na skraju łóżka. Wystawił bose stopy poza jego obręb, ostatecznie stawiając je na podłodze. Przeciągnął się szeroko, nie powstrzymując donośnego ziewnięcia. Następnie sięgnął dłonią ku śpiącej w nogach Runie, by lekko podrapać ją za uchem. Z sennym uśmiechem obserwował psidwaka, który nieznacznie wyrwany ze snu zaskomlał cicho i rozkosznie ziewnął.
Tobie to dobrze — Wymruczał. On mógł pospać dłużej wyłącznie w dni wolne od pracy. Po chwili podniósł się z posłania, zmierzając do kuchni. Po drodze do tego pomieszczenia uchylił okno w sypialni, wpuszczając do wnętrza odrobinę mroźnego powietrza. Tam przygotował dla siebie śniadanie oraz kubek zimnej, uprzednio przegotowanej wody. W ostatnich dniach nie udało nabyć kawy czy herbaty. Po skończonym posiłku napełnił miskę Runy, wymieniając również wodę. Po odświeżeniu się i umyciu zębów, dalej przygotowywał się do wyjścia z mieszkania.
Przed jego opuszczeniem, nie tylko zamknął w pokoju okno, ale też upewnił się co do, czy suczka zjadła wszystko z miski. Odnalazł jej smycz, przypinając ją do obroży. Mieli przed sobą pierwszy poranny spacer oraz długą trasę do pokonania. Często zabierał Runę do rezerwatu, nie mając z kim jej zostawić ani kogoś, kto by do niej zaglądał w ciągu dnia po to, by wyprowadzić ją na spacer albo nakarmić. Pilnował, by nie miała styczności ze smokami. Nie ze względu na smoki, ale ze względu na nią.
Po dotarciu do rezerwatu, a konkretnie do Siedziby Administracji zwanej także Gniazdem, zdjął zimowy płaszcz i pozostałe elementy ubioru chroniącego przed zimnem oraz sprawdził co ma dzisiaj w grafiku. Poza pracą administracyjną, miał niebawem pełnić rolę przewodnika. Po lunchu miał być jednym ze smokologów przydzielonych do karmienia smoków na wybiegach. Zapowiadał się pracowity dzień.
Volans Moore
Zawód : Smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Oh I still can remember a time when it wasn't like this
Before the world became enslaved
Can we all go back to the time when we were not like this
Can we even be saved?
OPCM : 21
UROKI : 17
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Pomost widokowy - Page 2 Tumblr_myrxsem7AC1s8tqb9o1_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9775-volans-moore-w-budowie#296523 https://www.morsmordre.net/t9914-sol#299801 https://www.morsmordre.net/t9919-ksiega-smokow#299856 https://www.morsmordre.net/f371-derbyshire-borrowash-pollards-oaks-11-8 https://www.morsmordre.net/t9921-szuflada-volansa#299859 https://www.morsmordre.net/t9913-volans-moore#299792
Re: Pomost widokowy [odnośnik]17.01.22 1:32
Nie do końca wiedziała na co, tak właściwie się pisze. Tak wiele się zmieniło, od kiedy rozmawiali o tych smokach, że Aurora miała w zasadzie wrażenie, że zaproszenie otrzymała jeszcze w poprzednim życiu. Jeśli miała być zupełnie szczera, to gdy przyszło co do omówienia daty, to chciała odmówić. Z drugiej jednak strony miała w sobie to cholerne poczucie obowiązku, że nie może tego zrobić komuś, kto był jej przyjacielem. Nie była w najlepszym stanie psychicznym i fizycznym, ale moralny kompas nie pozwolił jej ani na chwilę zboczyć z wyznaczonej ścieżki. Obiecała i niezależnie od okoliczności zamierzała dotrzymać obietnicy.
Tego dnia, jak w kilka poprzednich, zwlekła się z łóżka, zajrzała do chorego, który obecnie zajmował jej sypialnię gościnną i zaczęła szykować się do drogi. Nie teleportowała się w ostatnim czasie nigdzie. Wiedziała, że jest za słaba, żeby utrzymać skupienie na tyle długo, żeby przypadkiem się nie rozszczepić. Na szczęście Volans zawarł wszystkie niezbędne informacje odnośnie do pobliskich świstoklików, żeby Aurora mogła bezpiecznie dotrzeć na miejsce spotkania.
Co prawda po przedostaniu się w okolice rezerwatu, myślała, że Volans po nią wyjdzie, ale nic takiego nie miała miejsca. Ruszyła powoli z miejsca — nigdy nie była tak blisko smoków. Słyszała o nich wiele opowieści, z czego zapewne połowa jedynie była prawdą, ale ostrożności nigdy za wiele. Z drugiej jednak strony, czy takim złym wyjściem byłoby zostanie pożartą przez smoka? Ale znów... pewnie wiązałoby się to z dodatkową papirologią dla Volansa, a czego, jak czego, ale nie chciała komukolwiek sprawiać kłopotów. Wciąż miała w pamięci ich ostatnie spotkanie we dwoje i to, jak przedziwnie się wtedy poczuła, ale wiedziała też, że spotkanie z Hannibalem odbiło się na niej na tyle poważnie, że zapewne nikt nie zainteresowałby się taką Aurorą. Tak wiecznie milczącą i przygnębioną. Volans widział ją już po ataku, gdy razem z Billym odwiedzili Wrzosowisko. Czy zwrócił wtedy uwagę na zmianę w jej zachowaniu? Czy widział, jak niepokojącym blaskiem zioną jej oczy? Jakby ledwo się tliła w nich wola walki, ale jednocześnie, coś próbowało się przedrzeć na wierzch.
Jej buty zastukały o kamienny chodnik prowadzący do wejścia do rezerwatu, gdy Aurora ruszyła ku pomieszczeniom, gdzie spodziewała się, że albo spotka Volansa, albo ktoś ją do niego pokieruje.
- Dzień dobry? - Bardziej pytanie niż stwierdzenie, jakby nie byla pewna, czy rzeczywiście jest dobry. - Byłam umówiona z panem Moore. - Słyszała, że ktoś jest w pomieszczeniu, ale akurat przesłoniła go wysoka szafka, najpewniej na dokumenty.
Poprawiła wełnianą czapkę, którą mocniej naciągnęła na uszy i przestąpiła z nogi na nogę. Zawsze kochała zimę, ale ostatnie czego sobie życzyła to zachorować na jakąkolwiek odmianę kataru; czy to mugolską, czy czarodziejską. W obu wersjach był męczący, a ona teraz stanowiła o całej rodzinie. Castor przepadł gdzieś w wojennej zawierusze, a ona sama ledwo dawała radę pomagać poszkodowanym w wyniku wojennych zmagań i jednocześnie pomagać przy chorej mamie. Sama potrzebowała pomocy, ale nie miała się do kogo zwrócić. Dlatego robiła to, co mogła. Przynajmniej próbowała nie pogorszyć swojego stanu i stać się jeszcze większym utrapieniem, za jakie sama siebie miała.


Suddenly,
I'm not half the man I used to be.There's a shadow hangin' over me — Oh, yesterday came suddenly


Ostatnio zmieniony przez Aurora Sprout dnia 17.01.22 13:23, w całości zmieniany 1 raz
Aurora Sprout
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
nie prze­czu­łam w głę­bi snu,
że je­że­li gdzieś jest pie­kło,

to tu
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Pomost widokowy - Page 2 D836eb438dea1946dc5bb9dd21fef622
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9381-aurora-sprout?nid=102#284845 https://www.morsmordre.net/t9435-duke-owlington#286919 https://www.morsmordre.net/t9436-i-walked-with-you-once-upon-a-dream#286936 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t10010-skrytka-bankowa-2171#302538 https://www.morsmordre.net/t9438-a-sprout#328488
Re: Pomost widokowy [odnośnik]17.01.22 1:32
The member 'Aurora Sprout' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 2
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pomost widokowy - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Pomost widokowy [odnośnik]18.02.22 23:21
Wydawać by się mogło, że minęły wieki odkąd zaproponował Aurorze wycieczkę po rezerwacie i po prawdzie przez cały ten czas doszedł do wniosku, że albo nie miała czasu albo chęci. Zmieniła się, co też go martwiło i nie mógł oczekiwać wiele od swojej przyjaciółki. W międzyczasie sporo pozmieniało się w rezerwacie, który stawał się coraz bardziej niedostępny dla odwiedzających. Nie pochwalał tego. Powinni dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem z innymi. W Derbyshire było jak było. Nie było ani dobrze ani bezpiecznie, jednak placówki naukowe miały swoją misję, niezależnie od wszystkich przeciwności losu.
Aurora była czystej krwi i na chwilę obecną nie była tak bardzo w grupie ryzyka. Jej bezpieczeństwo było dla niego bardzo istotne. Jak również samopoczucie. Wizyta w rezerwacie mogła okazać się dla niej korzystna. On przy smokach potrafił zapomnieć o wszystkich problemach. Patrzenie na nie pozwalało mu oczyścić umysł z natrętnych myśli. Zupełnie jakby one ulatywały na ich skrzydłach. Praca z tymi gadami wymuszała bycie tu i teraz. Zwłaszcza, jeśli ceniło się swoje życie. Smokolog mylił się tylko raz.
Gdy przekroczyła próg części administracyjnej, w której obecnie przebywał skryty za uchylonymi drzwiami otwartej na oścież szafy, akurat układał na nowo naręcze zwojów z raportami. Za sprawą znajomego głosu, wynurzył się zza drzwi szafy. Uśmiechnął się na widok Aurory, choć nie bez wyraźnej troski i czujności. Runa, dotychczas leżąca na swoim zastępczym legowisku w postaci starej poduszki w kącie, podniosła łepek i ostatecznie zerwała się z miejsca. Radośnie szczekając i merdając radośnie ogonem podbiegła do Aurory, domagając się jej uwagi. Było to do przewidzenia.
Dzień dobry, Auroro. Czyli ze mną. Poczekasz chwilę? Porządkuję raporty. Nie wszystko mogę zrzucić na stażystów, których i tak trzeba nadzorować... przez większość czasu — Zwrócił się do kobiety, po czym zniknął za uchylonymi drzwiami. Wynurzył się zza szafy, gdy skończył układać raporty. Zamknął szafę, a następnie skierował swoje kroki ku biurku, na którym spoczywał rejestr osób odwiedzających rezerwat. W ostatnim czasie ta lista wydawała mu się naprawdę mała. Upewnił się jeszcze, że ma swoją przepustkę. Ostatecznie podążył ku wieszakowi na ubrania, na którym spoczywał jego płaszcz. Zdjął z haka swoje okrycie, niezwłocznie je narzucając na siebie. Naciągnął na głowę czapkę.
Teraz możemy ruszać — stwierdził. Zagwizdał krótko, przywołując do siebie Runę. Zachęcił Aurorę do tego, by podążała za nim. Albo obok niego. Jak jej wygodnie. Tak czy inaczej, razem opuścili budynki administracji. Przed nimi w końcu zamajaczył pomost widokowy, którym można było dotrzeć do starej oranżerii. Na szczęście magia ukrywała ich przed wzrokiem olbrzymich gadów.
Tędy możemy dojść do starej oranżerii, jednak proponowałbym zatrzymanie się tutaj na chwilę i obserwowanie tej doliny. Przy odrobinie szczęścia zobaczymy smoki przelatujące nad pomostem. Często tu się pojawiają. To jedno z moich ulubionych miejsc, zwłaszcza, jeśli potrzebuję oczyścić umysł — Opowiadał po drodze, aż w końcu przystanął przy krawędzi pomostu, dostrzegając w oddali zbliżające się ku nim lawirujące w powietrzu uskrzydlone sylwetki trójogonów edalskich. Ostatecznie te gady przeleciały nad pomostem, ponad ich głowami zanim znikały w oddali. Szczęście im dopisało.
Volans Moore
Zawód : Smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Oh I still can remember a time when it wasn't like this
Before the world became enslaved
Can we all go back to the time when we were not like this
Can we even be saved?
OPCM : 21
UROKI : 17
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Pomost widokowy - Page 2 Tumblr_myrxsem7AC1s8tqb9o1_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9775-volans-moore-w-budowie#296523 https://www.morsmordre.net/t9914-sol#299801 https://www.morsmordre.net/t9919-ksiega-smokow#299856 https://www.morsmordre.net/f371-derbyshire-borrowash-pollards-oaks-11-8 https://www.morsmordre.net/t9921-szuflada-volansa#299859 https://www.morsmordre.net/t9913-volans-moore#299792
Re: Pomost widokowy [odnośnik]06.03.22 23:04
Czas dla Aurory obecnie był pojęciem względnym. Nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, jak szybko płynął, ale też zdawał się przeraźliwie wolny. Od nieszczęśliwego wypadku nie radziła sobie najlepiej, a co za tym idzie, nie myślała o wszystkim, co wcześniej wydawało jej się czymś zupełnie normalnym, jak chociażby spotkanie z przyjacielem. Ale obietnica zapisana gdzieś na kartkach jej własnego pamiętnika przypomniała jej o tym, że dała słowo. Dobrze więc, że udało jej się wszystko zorganizować na miarę swoich marnych możliwości. Dobrze, że i Volansowi pasował ten termin i dziś mogli spędzić czas na czymś, o czym Aurora nie miała niemal pojęcia. Na spacerze po rezerwacie. Chyba jednak była w tym odrobina prawdy, że w takim miejscu można było zapomnieć o większości trosk. Oczywiście, nie chodziło o to, że o nich zapominała — zwyczajnie mogła mieć zupełną pustkę w głowię i jedynie obserwować. Co w jej stanie było niezwykłą ulgą.
Wchodząc do Volansa, musiała rzecz jasna przywitać się z Runą. Mężczyzna zdawał się wyjątkowo mocno przywiązany do psa, co tylko dobrze o nim świadczyło. Kiedyś, jakaś kobieta będzie miała wielkie szczęście, nazywając Volansa swoim mężem. Wydawał się poukładany i wierny nie tylko ludziom, ale i swoim ideom. To dobrze. Takich ludzi w czasie wojny brakowało.
Schyliła się, by pogłaskać Runę, podczas gdy rzecz jasna zgodziła się zaczekać, aż Volans skończy swoje obowiązki.
- Wydaje się dziś tu być bardzo spokojnie. - Powiedziała, chociaż nie wiedziała, czy powinna, bo pewnie musiał skupić się na obowiązkach. Dlatego też nie chciała mu przeszkadzać. Zaraz jednak już szli, a ona mocno ściskała w dłoni swoją przepustkę. Szła obok niego, chociaż kroki stawiała ostrożnie, bo już kilka razy ostatnio straciła równowagę. Jeszcze teraz tylko brakowało tego, żeby stała się pożywką dla smoków.
Gdy przystanęli we wskazanym przez Volansa miejscu, kobieta rozejrzała się, ale w pierwszej chwili nie dostrzegła nic. Dopiero szum skrzydeł zdradził latające kolosy. Aurorze zaparło dech w piersiach. W niemym zachwycie obserwowała, jak krążą nad nimi, aż nie zniknęły jej z oczu.
- I ty się nimi zajmujesz? - Spojrzała na Volansa jakby nareszcie odrobinę ożywiona i wybudzona z lekkiego transu. - Co to były za smoki? Opowiesz mi o nich? - Oparła się dłońmi o poręcz pomostu i spróbowała wychylić się, by móc dojrzeć je ponownie.


Suddenly,
I'm not half the man I used to be.There's a shadow hangin' over me — Oh, yesterday came suddenly
Aurora Sprout
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
nie prze­czu­łam w głę­bi snu,
że je­że­li gdzieś jest pie­kło,

to tu
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Pomost widokowy - Page 2 D836eb438dea1946dc5bb9dd21fef622
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9381-aurora-sprout?nid=102#284845 https://www.morsmordre.net/t9435-duke-owlington#286919 https://www.morsmordre.net/t9436-i-walked-with-you-once-upon-a-dream#286936 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t10010-skrytka-bankowa-2171#302538 https://www.morsmordre.net/t9438-a-sprout#328488

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Pomost widokowy
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach