Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Salon

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Frances Burroughs
Frances Burroughs

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f132-doki-flat-street-6-4 https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Zawód : Alchemiczka w Św. Mungu, przyjmuje prywatne zlecenia
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Such a waste of time
You don't ever have to walk alone, you see
Come on take my hand
Baby won't you walk with me?
OPCM : 5
UROKI : 2
ELIKSIRY : 28
LECZENIE : 3
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 3
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Salon - Page 2 Empty
PisanieTemat: Salon   Salon - Page 2 I_icon_minitime20.01.20 11:24

First topic message reminder :

Salon

Serce niewielkiej kawalerki, wynajmowanej przez Frances. Pomieszczenie jest pełne doniczek z roślinami - od tych, używanych do eliksirów przez zioła aż po najróżniejsze kwiaty we wszystkich odcieniach niebieskiego. Pomarańczowa kanapa jest rozkładana i służy właścicielce za łóżko. Obok niej stoi stary fotel w renesansowym stylu w kolorze zgniłej zieleni. Naprzeciwko kanapy znajduje się stary, wielki regał, pełen najróżniejszego rodzaju ksiąg... Które można znaleźć też w innych miejscach kawalerki. Stoi tu również całkiem spora szafa, mieszcząca stroje panienki Burroughs. W całym mieszkaniu unosi się zapach ziół i kwiatów.


[bylobrzydkobedzieladnie]




Our life dictates a certain  .
kind of wardrobe.



Ostatnio zmieniony przez Frances Burroughs dnia 27.01.20 19:42, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Steffen Cattermole
Steffen Cattermole

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen
Zawód : młodszy specjalista w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I like to go to places uninvited
OPCM : 19
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/36
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Salon - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Salon   Salon - Page 2 I_icon_minitime01.02.20 22:40

Steffen był prostolinijny i łasy na komplementy. Niestety (a może stety?) równie szczera Francis nie szastała pochwałami jak z rękawa, lecz używała ich tylko wtedy, kiedy okazja naprawdę na to pozwalała. Ale może to dobrze, Steffen na pewno zapamięta porównanie do morskiej bryzy na długo i bardziej trwale, niż jakby przy każdej okazji porównywano go do różnych zjawisk natury.
Z uznaniem spojrzał na delikatny rumieniec delikatnej Frances. Jeszcze chętniej porównałby ją do róży, jaskółki, albo motylka, ale trochę się wstydził. Był w końcu skutecznie sfriendzonowany, a przełamanie takiej bariery wymagało nie lada odwagi.
-To szczera prawda, moja droga. - a czasami nawet „najdroższa”, ale Steffen co tydzień zakochiwał się w nowej dziewczynie, więc hierarchia zmieniała się bardzo dynamicznie. Frances była najbardziej stałą w równaniu jego miłostek, ale pojawienie się Isabelli zmieniło nieco jego nawyki, bo przecież już dawno powinien zapomnieć o zaręczonej szlachciance, a jakoś nie mógł.
-Oww, Frances… - natychmiast uwierzył w jej zgorszenie i spojrzał na nią trochę błagalnie, spodziewając się nagany lub kary i próbując samym spojrzeniem przekonać Frances do złagodzenia jej nastawienia. O dziwo, udało się - po pełnych pasji wyrzutach na temat bezpieczeństwa, blondynka ucichła, tak jak zawsze, gdy się nad czymś intensywnie namyślała, gdy rozważała różne opcje i osądzała swoje emocje… Steffen wstrzymał oddech, mając nadzieję, że werdykt wypadnie na jego korzyść. Jakże brakowało mu beztroskiej adrenaliny, radosnego rozbawiania! Spełniał się w pracy do Zakonu, ale stawka w tych misjach była zbyt wysoka, by mógł do nich podejść z niefrasobliwą wesołością - ostatniej omal nie przypłacił życiem!
Zaklaskał i uśmiechnął się szeroko, gdy wyrok zapadł na jego korzyść. W jego oczach błysnęły rozbawione i nieco złośliwe iskierki i natychmiast zaczął rytmicznie przytakiwać planowi, zasugerowanemu przez Frances.
-Och, Frances, wiadomo, że jak się nie zamknie drzwi to myszy… albo szczury harcują. Właściiwe, każdy wtedy może wejść do środka i Ci zagrozić, więc to bardzo wpaniałomyślne jeśli kolega z pracy sprawdzi bezpieczeństwo Twoich fiolek i weźmie niebezpieczeństwo na siebie!- zachichotał i puścił Frani perskie oko.
-Pójdę już, ale do zobaczenia na obiedzie… i kto wie, może w Mungu, jeśli nie będziesz tępić gryzoni! - obiecał i wyszedł, wesoło pogwizdując na myśl o ich wspaniałym psikusie.

/zt x2 :pwease:




intellectual, journalist
little spy

Powrót do góry Go down
Keat Burroughs
Keat Burroughs

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189
Zawód : łowię smocze cienie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I never had a chance to be soft.
I was always bloody knuckles and shards of glass.
I wanted people to be afraid of hurting me.
OPCM : 15
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do

Salon - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Salon   Salon - Page 2 I_icon_minitime16.02.20 3:16


1 kwietnia '57


Nie pamięta ostatnich godzin. Tylko amok. Ulice w kurzu zaklęć, ruiny poczucia bezpieczeństwa, na których wzniesiono mur odgradzający ich wszystkich od tego, co było jeszcze wczoraj. Wczoraj umarło w krwi niewinnych, szkielet dzisiaj zbudowano na ciałach. Nie wszyscy wrócili do domu. Nie wszyscy ten dom jeszcze mieli. Nie wszyscy w nim znaleźć mogli swych bliskich.
Niebo miało kolor czerni, całe skryte całunem dementorów, które wirowały w tańcu sączącego się mroku. Zesztywniał zimnem, chłodem skostniały też jego myśli - nie było już w nich miejsca na płomień radości.
Szaleństwo zastało go z dala od portu - w Oazie, gdzie czyjś patronus zaalarmował jednego z przebywających tam Zakonników. Gdy dotarł do Londynu, nie było już czasu na nic innego, wpakował się w sam środek walki. Księżyc zgasł.
Ale nawet noc nie była w stanie przerwać walk, miast rozbłysło smugami wszystkich kolorów zaklęć, wykrzykiwanych to gniewnie, to rozpaczliwie, to z mściwą satysfakcją, jakby czyjś sen właśnie się spełniał.
Nie został bohaterem.
Lamino, szczęśliwie rzucone niecelnie, minęło go o kilka cali. Jeden tylko nóż drasnął go w przedramię, pozostawiając po sobie linię pulsującą szkarłatem krwi, która ostatecznie zaschła, gdy trafiło go drugiego zaklęcie, a Keat runął spetryfikowany na ulicę.
Walczył - sam ze sobą, próbując przełamać zaklęcie, ale mógł tylko tkwić w tym surrealnym stanie, w poczuciu bezradności, gdy każda kolejna próba kończyła się fiaskiem. Poddał się w pewnym momencie. Tak zwyczajnie, po ludzku, nie miał już sił.
W końcu myśli popłynęły swoim torem, oczy przestały widzieć, odciął się od wszystkiego, co miało miejsce, a kiedy znajoma twarz jednego z dokowiczów pochyliła się nad nim, dostrzegł w końcu, że świt przedziera się przez szarość.
Koniec świata nadszedł, a po nim jak gdyby nigdy nic po prostu przyszedł nowy dzień.
Bał się tego, że w kamienicy ich nie będzie. Że gdy wbiegając po schodach minie wszystkie nabazgrane własną ręką napisy i dotrze do mieszań bliskich, na pukanie do drzwi odpowie mu tylko cisza.
Dłoń sama zacisnęła się w pięść, gdy zaczął dobijać się do siostry, w myślach niecierpliwie licząc sekundy - po dwóch minut wejdzie do środka w mniej subtelny sposób.
Nie musiał.
Drzwi skrzypią cicho, niemal nieśmiało - a ona przecież już wie, kto to, widzi jego twarz. Keat popycha drzwi, by jak najszybciej dostać się do środka, cierpliwość nigdy nie była jego mocną stroną. A potem...
Nie pamięta, kiedy ostatni raz zdobył się wobec niej na taki gest, ale teraz...
Nie ma znaczenia nic innego - tylko to, że jest cała.
Obejmuje ją nieporadnie w niezgrabnym uścisku, starając się tak wykręcić lewą rękę, żeby rękaw kurtki nasączonej krwią nie pobrudził ubrania Frances.
Nie potrafi wydusić z siebie ani jednego słowa.
Nic jej nie jest.





we are tragedies of firelight and flesh, unholy
sacraments of blood and broken bodies.
what use have we for feeble hymns of wasted
faith; for sordid songs of glory?


Powrót do góry Go down
Frances Burroughs
Frances Burroughs

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f132-doki-flat-street-6-4 https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Zawód : Alchemiczka w Św. Mungu, przyjmuje prywatne zlecenia
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Such a waste of time
You don't ever have to walk alone, you see
Come on take my hand
Baby won't you walk with me?
OPCM : 5
UROKI : 2
ELIKSIRY : 28
LECZENIE : 3
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 3
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Salon - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Salon   Salon - Page 2 I_icon_minitime16.02.20 6:49

Od dawna miała poczucie, że nie pasuje do swojego otoczenia. Eteryczna blondynka zdawała się być niepasującym elementem brutalnej, portowej układanki. Lękała się tych, których szło tu spotkać, bardziej niż podejrzanymi interesami interesowała się poszerzaniem swojej wiedzy a elegancja sprawiała, że wyróżniała się na tle brudnych i zaniedbanych uliczek… Tamtego wieczora, miała wrażenie, że nie pasuje również do świata, w którym przyszło jej żyć.
Frances nigdy nie wyrażała jakiegokolwiek zainteresowania sytuacją polityczną, mającą miejsce w magicznym świecie. Uparcie starała się być po za nim, trwać w swojej bańce ignorancji i udawać, że nic się nie dzieje. W końcu tak było nie tylko prościej, ale i bezpiecznej dla wrażliwej dziewczyny.
Dziwna była ta noc, gdy ulice Londynu spłynęły krwią.
Wszystko rozpoczęło się od niezapowiedzianej wizyty wuja, tak rzadko zaglądającego do jej kawalerki. Nie wiedziała o co chodzi, gdy jednak Boyle kazał jej zgasić światła i pod żadnym pozorem nie opuszczać mieszkania, wiedziała, że chodzi o coś poważnego. I nie miała najmniejszego zamiaru, aby zignorować polecenie. Nigdy nie należała do odważnych czy chociażby śmiałych. Jej serce pełne było trwogi oraz niepewności sprawiając, że preferowała bezpieczne otoczenia. Zamknęła wszystkie zamki, zgasiła światła i zasłoniła okna, pozostawiając jedynie delikatną przerwę w zasłonach kuchennego okna, by tylko raz zerknąć na ulicę, pełną rzucanych zaklęć i spłoszonych ludzi dochodząc do wniosku, że to nie są rzeczy, które chciałaby oglądać.
Trwała. W kolejnym zawieszeniu, w półśnie oddającym jej świadomość, gdy tylko słychać było głośniejszy dźwięk. Wuj Boyle powrócił jeszcze przed świtem, czując się w obowiązku uspokoić młodą alchemiczkę, zapewnić o bezpieczeństwie, poprosić o pozorne nieopuszczanie dziś mieszkania ale i kilka leczniczych maści dla jego “przyjaciół”.
Gwałtowne dobijanie się do drzwi wybiło ją z codziennych rytuałów, pozwalających wrócić jej do rzeczywistości po abstrakcji ostatniej nocy. Pewna, że w wypadku kłopotów wuj z pewnością nie pukałby do jej drzwi, uniosła w zaciekawieniu brew nie spodziewała się żadnych odwiedzin. Ostrożnie uchyliła delikatnie drzwi, niepewna intencji tego, kto mógłby stać po ich drugiej stronie, by ledwie chwilę później znaleźć się w jego ramionach.
Panna Burroughs zesztywniała, zaskoczona braterskim gestem. Ile to już lat minęło od ostatniego razu, gdy okazał jej jakąkolwiek czułość? Nie była w stanie sobie przypomnieć. To wszystko zdawało się być nierealne; oderwane od rzeczywistości do tego stopnia, że dziewczyna nie była przekonana, że to faktycznie miało miejsce. Ostrożnie odsunęła od siebie jego ramiona. Musiała to sprawdzić; musiała mieć pewność, że to faktycznie miało miejsce, a on na pewno jest nim.
Dziewczęce palce nieśmiało przejechały po szorstkich policzkach. Ostrożnie, powoli badając fakturę jego skóry. Zaszklone, podszyte strachem spojrzenie uważnie wyłapywało każdy detal znajomej buzi. Doskonale znała te szarozielone oczy, mimo iż nie raz unikały jej spojrzenia; znała blizny znaczące jego ciało, nadal mając w pamięci obraz świeżych rozcięć na płótnie jego skóry... Rozpoznawała zgrubienie nosa po którymś ze złamań, które już dawno przestała liczyć.
Wiedziona impulsem i wzruszeniem, jakie wywołał w niej ten niewielki gest, Frances przyciągnęła go do siebie. Ufnie, jak nigdy do tej pory wtuliła się w braterskie ramię, owijając wątłe ramiona wokół jego ciała z całą siłą, jaką posiadała. Niesnaski, nieporozumienia i żale w tej jednej, szczególnej chwili przestały mieć większe znaczenie, przyćmione wzruszeniem i zwykłą tęsknotą. W tej jednej chwili potrzebowała go bardziej, niż mogła sądzić. Potrzebowała tego dziwnego, niezrozumiałego dla niej poczucia bezpieczeństwa, związanego z obecnością starszego brata. Dziewczyna pociągnęła nosem, z całych sił próbując się nie rozkleić; nie pozwolić tej najwrażliwszej, skrzętnie ukrywanej przed światem części jej osobowości wyjść na światło dzienne nawet przy nim. Tym przy którym powinna czuć się swobodnie ze swoimi prawdziwymi uczuciami... Nie, nie mogła się teraz rozkleić. Nawet jeśli ostatnie dwadzieścia cztery godziny przypominały dziwną, książkową abstrakcję zamiast rzeczywistość.
Nie odzywała się. Nie chciała psuć, bądź choćby zakłócić tej, jakże rzadkiej chwili nikłego porozumienia. Czuła, że nie potrzebuje słów, aby przekazać mu to, co siedziało w jej głowie niemal pewna, że ten jeden, zapewne jedyny raz Keat doskonale ją zrozumie.




Our life dictates a certain  .
kind of wardrobe.

Powrót do góry Go down
Keat Burroughs
Keat Burroughs

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189
Zawód : łowię smocze cienie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I never had a chance to be soft.
I was always bloody knuckles and shards of glass.
I wanted people to be afraid of hurting me.
OPCM : 15
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do

Salon - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Salon   Salon - Page 2 I_icon_minitime26.02.20 23:53

Kiedy doki były całe we mgle, wtedy ona przypominała słoneczny promień, z początku nieśmiało, a z czasem coraz odważniej przebijający się przez szarości. On stapiał się z tłem, niknął w tłumie, szybko podłapał portową mowę (odzywki rodem z rynsztoka przyozdabiały jego jeszcze dziecięco pyzatą twarz), minęło kilka miesięcy - nikt nie powiedziałby już, że nie jest stąd, jednym z umorusanej bandy obdartusów, która przesiąknęła dokami na wskroś. Nie rozumiał, jak ona mogła pozostać wciąż taka, jaką pamiętał ją z salonu jeszcze przepełnionego głosami ich całej rodziny, nienadkruszonej przez wojnę. Jakby port nie był w stanie naruszyć jej struktury - i nawet jeśli była to tylko poza, jeśli wewnątrz zachodził nieodwracalny proces zmian, to Frances wciąż wyglądała jak panna z dobrego domu, całkowicie odstając od tego, co ją otaczało. Im starszy się stawał, tym większy wywoływało to w nim dyskomfort, choć sam nie wiedział, czemu tak właściwie mu to przeszkadza - może upatrywał się w jej niezmienności dowodu na to, jak łatwo okoliczności modelują jego charakter. Może to wtedy po raz pierwszy dostrzegł, że jest od niego silniejsza, w ten sposób, który nie ma nic wspólnego z odznaczającą się na koszuli muskulaturą, lecz charakterem zahartowanym trudnościami życia jak stal. Była najszlachetniejszą stalą.
Wiedział, że jest w stanie poradzić sobie z tym, co los ciągle zsyła na ich rodzinę - że jej dłonie z taką samą czułością, z jaką pielęgnują rośliny, które Fran wykorzystuje do warzenia eliksirów, dbają o rachityczne ciało starszej już matki, którą on widział może trzy tygodnie temu, przelotem, wymieniając z nią kilka uprzejmości jak z przypadkowo spotkaną osobą, nic nieznaczącą. I dziś pojawił się u matki tylko na chwilę, ciężkim spojrzeniem przygniótł ją do kanapy, zadając pospiesznie serię pytań, wydając kilka rozkazów, nie próśb, ton jego nie miał w sobie nic z delikatności; chciał, żeby została w mieszkaniu, dopóki sytuacja się nie wyklaruje - z wujem już wszystko dogadał, miał zadbać o to, żeby zarówno matka, jak i siostra dostały żywność, gdyby w ogarniętym wojną Londynie zapasy i racje szybko się skończyły. Kamienica na szczęście nie ucierpiała niemal w żaden sposób, kilka zaklęć poharatało tynk, ale równie dobrze ktoś mógł rzucić bombardę, a wtedy zniszczenia nie byłyby już subtelne. Mieli szczęście.
To do niej dotarł na samym końcu - z premedytacją zostawiając sobie to mieszkanie już na moment, w którym będzie po maratonie rozmów; gdy tu zmierzał, pewien był, że ich spotkanie skończy się kolejnym starciem, któremu będzie musiał stawić czoła - w walce nierównej, bo protego nie ochroni go w żaden sposób przed odsłoniętymi emocjami.
Ale zamiast tego tulił ją do siebie jak wtedy, gdy małą dziewczynkę kołysał szeptem, obiecując jej, że tata będzie nad nimi czuwał i że nie cierpiał ani trochę, kiedy oczy zamknął po raz ostatni. Przez chwilę w jego głowie zalęgła się ta jedna myśl - czy gdyby dziś zginął, przejęłaby się tak, jak tamtego dnia? Nie potrafił przegnać tego pytania, powracającego raz za razem, kiedy silne dłonie z zaskakującą łagodnością muskały siostrzane plecy. - Nie płacz, jeszcze wszystko będzie - dobrze? - jak kiedyś - cicho sączył kojącą biel kłamstwa w dobrej wierze, chciał, by te słowa zabrzmiały wiarygodnie, by była skłonna wyobrazić sobie swoją przyszłość pozbawioną wojennych akcentów. - To przeminie, jak wtedy - żadna wojna nie trwa wiecznie, to już kłamstwem nie było, może przypomnieniem (nie wiedziała jeszcze, nigdy pewnie się nie dowie, że i jego różdżka miała znaczenie, że i on rzucił się w wir walki pod sztandarem jutra wolnego od tych tłamszących innych swymi krwawymi roszczeniami), może obietnicą. Jedna z dłoni zawędrowała do jej włosów, czułym gestem odgarnął z jej twarzy odstający nieco kosmyk, jakby to właśnie mogło być największym zmartwieniem Fran. Chciałby, żeby tak było.
Zrobi wszystko, żeby nic im się nie stało. Jego czterem kobietom - czterem, nie trzem, Moss była dla niego jak siostra. - Młody bezpieczniejszy niż w Hogwarcie nie będzie - pewnie też o tym myślała, pewnie doszła do tego wniosku szybciej niż on, ale wypowiedział te słowa na głos, bo może wtedy mają większą moc? Ktoś mu to kiedyś powiedział. - Musimy zabezpieczyć całą kamienicę, każde okno, piwnicę, najmniejszą szparę - jeszcze stał tu, z nią, w miejscu, ale myśli biegły już do przodu; do działania. Teraz bardziej niż kiedykolwiek nie mieli czasu do stracenia.





we are tragedies of firelight and flesh, unholy
sacraments of blood and broken bodies.
what use have we for feeble hymns of wasted
faith; for sordid songs of glory?


Powrót do góry Go down
Frances Burroughs
Frances Burroughs

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f132-doki-flat-street-6-4 https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Zawód : Alchemiczka w Św. Mungu, przyjmuje prywatne zlecenia
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Such a waste of time
You don't ever have to walk alone, you see
Come on take my hand
Baby won't you walk with me?
OPCM : 5
UROKI : 2
ELIKSIRY : 28
LECZENIE : 3
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 3
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Salon - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Salon   Salon - Page 2 I_icon_minitime27.02.20 22:58

Nie czuła, aby była silna. Od zawsze żyła w przekonaniu, że jest zbyt nieśmiała, krucha, delikatna, wrażliwa i strachliwa, aby być zaliczaną do grona silnych kobiet. Daleko było jej do heroicznych kobiet rewolucji, zmieniających bieg historii, dokonujących wielkich, ponadczasowych odkryć czy znolnych unieść na swoich barkach ciężary, których nawet nie potrafiła sobie wyobrazić. Bała się o wiele częściej niż przeciętni czarodzieje, mimo iż jej życie, zdawać by się mogło aż nazbyt spokojne. Znosiła to, co było rzucane jej pod nogi, nie widząc innego wyjścia. Czasem radziła sobie z tym lepiej, czasem gorzej, będąc wtedy na skraju wytrzymałości, uginając się pod ciężarem na jej barkach i przeklinając swoje istnienie. Nie, nigdy nie nazwałaby się silną.
Nawet teraz, gdy nic złego się nie wydarzyło (w końcu panna Burroughs nie miała najmniejszego pojęcia o konfliktach, jakie miały miejsce w czarodziejskim świecie ani o tym, co dokładnie działo się w nocy) stała wystraszona czymś, nie do końca jednak pewna czym, rozklejając się w bezpiecznych ramionach brata. Martwiła się. Nigdy tego nie okazywała, zawsze jednak gdzieś, z tyłu głowy martwiła się o brata. Doskonale wiedziała, że nie byli do siebie podobni. W czasie gdy Frances zastanawiała się nad każdym kolejnym krokiem, on leciał na złamanie karku, popędzany do działania przez nieznane jej siły. Nie raz również była świadkiem skutków tych działań, co nie uspokaja jej niewinnego serca.
Ciche westchnienie wyrwało się z jej ust. Z całych sił próbowała powstrzymać łzy, napływające do jej oczu. Nie powinna rozklejać się w towarzystwie brata, zwłaszcza po tylu długich latach zimnej obojętności, jaką odczuwała z jego strony. Nie udało jej się jednak powstrzymać łez, znaczących teraz skrawek jego koszuli.
- Ja po prostu… - Zacięła się, by nie odklejając się od Keat’a unieść dłoń do policzka i zetrzeć z niego mokre ślady słonych łez. Nie spojrzała jednak na niego, bojąc się tego, co mogłaby zobaczyć w jego oczach. W końcu nie powinna tak otwarcie okazywać jakiejkolwiek słabości, zwłaszcza po tylu długich latach mieszkania w podłych, portowych dokach. Zamiast więc unieść głowę, ponowiła silny uścisk, wciskając twarz gdzieś między jego ramię a szyję, tym samym kryjąc twarz przed jego spojrzeniem. - Cieszę się, że jednak nie trafił Cię szlag. - Mruknęła cicho, na granicy słyszalności, jakby wstydziła się uczuć jakimi nadal, gdzieś głęboko w środku darzyła brata. Było w pannie Burroughs sporo żalu, rzeczy które najzwyczajniej w świecie chciała wykrzyczeć mu w twarz; wyrzucić z siebie i skonfrontować go z bólem, jaki nieraz jej zaserwował. Och, nie raz sama miała ochotę zaserwować mu najpodlejszą ze znanych trucizn! Pod tym wszystkim jednak, nadal był jej bratem, mającym miejsce w jej sercu i za nic nie chciała, aby kategorycznie i nieodwołalnie zniknął z tego świata.
Uspokajała się.
Powoli i stopniowo, zaczynając od oddechu oraz zablokowania emocji, napływających do jej niewielkiego ciałka. Robiła to, co zawsze w podobnych sytuacjach - brała się w garść. Chowała za maską perfekcji i odgrywanych od dawna pozorów idealnego, poukładanego życia.
- Wiem. Wysłałam mu już nawet sowę, wieści szybko się rozchodzą a nie chcę, aby się martwił. - W stosunku do młodszego brata, panna Burroughs żywiła iście matczyne uczucia, nie raz przejmując tę rolę, gdy ich matka nie domagała. Nawet nie wiedząc co dokładnie się dzieje, chciała zadbać, aby najmłodszy z rodzeństwa nie zatruwał sobie myśli czarnymi myślami.
Kolejne, ciężkie westchnienie wyrwało się z jej ust, gdy trochę niechętnie odsunęła się od brata. Magiczna chwila pojednania zdawała się powoli rozpływać; uciekać, rozsiewana przez palce czasu. Przezornie dziewczyna zacisnęła palce na jego koszuli, by nie uciekł jej, nim uzyska odpowiedzi na pytania, kłębiące się w jej głowie.
- Najpierw powiedz mi, czy ucierpiałeś? - Ta kwestia, zdawała się mieć dla niej największe znaczenie, zwłaszcza, że znała magiczne zdolności Keatona do pakowania się w kłopoty. A kto jak kto, Frances posiadała całkiem interesującą kolekcję eliksirów w swojej domowej, niewielkiej pracowni. - I czy chcę wiedzieć, co się dzieje? - Dodała jeszcze, skupiając spojrzenie szaroniebieskich oczu na twarzy brata. Nie było tajemnicą, że panna Burroughs nie miała najmniejszego pojęcia o tym, co działo się w magicznym świecie, uznając ignorancję za bezpieczny wybór.




Our life dictates a certain  .
kind of wardrobe.

Powrót do góry Go down
Keat Burroughs
Keat Burroughs

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189
Zawód : łowię smocze cienie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I never had a chance to be soft.
I was always bloody knuckles and shards of glass.
I wanted people to be afraid of hurting me.
OPCM : 15
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do

Salon - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Salon   Salon - Page 2 I_icon_minitime19.03.20 17:56

Ale on taką ją widział - silną pomimo albo na przekór wszystkiemu; nie nazwałby jej heroiczną bohaterką, która tworzy z siebie pomnik za życia (nie ze spiżu, a z popiołów Feniksa, spalając się w walce i odradzając skoro świt) - była raczej bohaterką codzienności, subtelnie wytrwałą, twardo osadzoną w realiach codzienności - nie odrywała się myślami ku przestworzom zagarniętym przez smocze skrzydła, dbała o przestrzeń sobie najbliższą, o matczyne zmartwienia, o pokonanie portowych niedogodności. Trzcina, smagana wiatrem, w centrum wojennej wichury - uginać się miała w każdą ze stron, lecz trwać wytrwale w porcie; zdawało mu się, że nic nie było w stanie jej nadkruszyć. Gdzieś dalej dęby łamały się w pół, jak najcieńsze gałęzie, trzcina wciąż tylko tańczyła na wietrze, nawet wtedy, gdy był to taniec śmierci.
I nawet jeśli bała się, i nawet kiedy drżała w braterskich ramionach - wciąż pozostawała w jego oczach silna. Nieustraszoność to oznaka szaleństwa, niczego więcej, strach był racjonalną reakcją, powinni się lękać tego, co nieść miało jutro - ale nigdy, nigdy nie wolno im było całkiem mu się poddać, strach mógł napędzać do działania, motywować do przekraczania własnych możliwości, sprawiać, że adrenalina zacznie znowu przyspieszać oddech, porwie do biegu, pomoże pokonać przeszkody - niech jednak nie obezwładnia, niech nie odbiera zdolności do racjonalnego myślenia.
On też go czuł. Zbyt często, może dlatego zdawać by się mogło, że już go oswoił. Że niewiele sprawić może, iż poczuje jak ciało sparaliżowane przestaje należeć do niego. Dziś niemal tak było. Kiedy kreślił pospiesznie kolejne listy - tuż po tym, jak Tonks dała mu znać, co się dzieje. Kiedy przed poinformowaniem tych, od których powinien był zacząć, napisał do ciotki, pewien, że zaalarmuje wuja, że przekaże tę wiadomość matce, że od nich dowiedzą się również siostry. Zmienił kolejność, priorytet nadał egoistycznie, wiedząc, iż nie wybaczyłby sobie nigdy, gdyby wojna odebrała mu kogoś jeszcze, kogoś więcej. Ledwie pozbierali się po wyrwie, którą w klatce piersiowej zostawiła śmierć ojca - a może tak naprawdę nie udało im się jej nigdy wypełnić; pustymi spojrzeniami i skąpymi słowami trudno było to zrobić, oddalali się od siebie, albo on oddalił się od nich lub oni od niego, nie chciał szukać winnych, najpewniej dlatego, że brakiem zaangażowania wykazywał się on sam.
Wstyd palił go tak jak ją - ona nie potrafiła ukazać przed nim twarzy, którą naznaczały łzy emocji, widział, jak pospiesznie odwraca wzrok, jak szybko opuszkami palców ściera dowody zbrodni z policzków, jak chowa się przed nim - on czuł się po prostu źle, kiedy zrozumiał, że najpewniej w obecności młodszej siostry albo brata nie krępowałaby się z tym, by w dniu takim jak ten po prostu pozwolić na to, żeby w ramionach bliskiej osoby całkiem się rozpaść. I w nim też coś pękło. A oczy zalśniły od kilku kropel emocji, gdy przywarł do niej mocniej, jakby obejmując ją tylko mógł ochronić ją przed wszystkim, co złe.
Cieszę się, że jednak nie trafił Cię szlag.
Parsknął nerwowym śmiechem, znajdując w nim ujście tych wszystkich emocji.
- Ani nawet żadna avada, chyba jeszcze będziesz musiała się trochę ze mną pomęczyć - ile razy w złości powiedział jej zbyt wiele, na co ona odpowiedziała spojrzeniem, które jasno oznajmiało, że ma go już serdecznie dość - tak całkiem, tak ostatecznie i definitywnie, wiele wody upływało w Tamizie, ale krew zawsze okazywała się od niej silniejsza. Mimo wszystko - byli rodziną.
Nasłuchiwał jej emocji, błąkając się dłonią po plecach siostry, które zaczęły poruszać się już w rytmie naturalnego oddechu, ten zdawał się regulować, ona cała nie drżała już pod jego palcami, odczuł tę wyraźną zmianę. Zaskoczyło go to, jak szybko potrafiła przeskoczyć ze stanu wzburzenia do tego, w którym - gdyby nie widział jej chwilę wcześniej - powiedziałby, że ledwie tylko zdaje się być rozstrojona.
- On... nie wiem, czy powinien wracać do Londynu, porozmawiasz z nim? Mnie nie posłucha, a to szaleństwo nie skończy się szybko, boję się, że coś strzeli mu do głowy i zacznie się angażować w bojówkę Longbottoma albo... nie wiem, cokolwiek nie zamierza, powinien przeczekać przynajmniej ten najgorszy okres jak najdalej od Londynu - nie dodał, że widział chłopców w wieku brata, maszerujących razem z nim, na ulicach, które gęste były od krwi jeszcze zanim zaczęło się to wszystko - teraz nikt już nie dbał o pozory, nie było przed kim udawać, że magia nie istnieje, otwarta walka pochłaniała tych krzyczących, umierali z rewolucyjnymi hasłami na ustach, za nic. Płacili życiem za bunt, który nie niósł za sobą nic więcej. Nie chciał, by najmłodszy z ich rodziny trafił w to środowisko - nie chciał go widzieć także w Zakonie, ścierającego się z największymi fanatykami czarnej magii. - Co z matką? Zostanie? - nie zapytał co z Tobą, nie chcąc, by myślała, że rozporządza i jej życiem, choć najchętniej zasugerowałby im wszystkim, żeby po prostu zniknęli z doków, na jakiś czas przynajmniej, zanim to wszystko się nie unormuje - zanim walka nie będzie już na pierwszym planie, lecz gdzieś w tle, bo nie będzie już wystarczająco dużo osób dzierżących różdżki w dłoni. - Nie wiem tylko, jak daleko musiałby uciec, żeby nie dosięgnęło go echo wojny, boję się, że na Londynie się nie skończy, że to dopiero początek - przedmurze tego, co wybudować chcą w całej Wielkiej Brytanii.
Pozwolił jej na to, by odsunęła się od niego, wciąż jednak opierała na nim swoje dłonie, a on w końcu po prostu położył swoją rękę na jej ramieniu, prowadząc ich ku salonowi - opadł na sofę, wciskając się w róg tak, by mogła usiąść tuż obok niego.
- Oberwałem petryfikusem, kiedy byłem już cholernie zmęczony, to było jak walka z olbrzymami, próbowałem jakoś przełamać to zaklęcie, ale nie miałem po prostu już żadnych sił, chyba się poddałem, ktoś, z kim poszedłem walczyć, znalazł mnie jakiś czas później, kiedy wszystko zaczęło już cichnąć, przynajmniej w tym miejscu, bo... to się rozprzestrzenia, w całym Londynie było mnóstwo ognisk, punktów, od których to wszystko się zaczęło, potem ogień walki niósł się dalej, przeszedł z jednego brzegu Tamizy na drugi, część mugoli spała nieświadoma, gdy za ich oknami, za jednym mostem, wszystko już płonęło, słyszałem szczątkowe relacje, to wszystko... to nie jest moja krew - dodał jeszcze, bo zdał sobie sprawę, pytała przecież o niego, a miał wciąż krew na tym cholernym rękawie, upadł wprost na kałużę szkarłatu, która wylewała się z jakiegoś ciała, pozbawionego nogi, kobieta bez różdżki, najpewniej mugolka, umarła szybko, miał wrażenie, że wylało się z niej morze krwi, w nim tez tonął może godzinę, a może całą wieczność - w każdym razie... oni, Ministerstwo, chcą stworzyć z Londynu jakąś zamkniętą strefę, wygnać stąd wszystkich mugoli i mugolaków, za wszelką cenę, tyle wiem, nie mam pojęcia, jak to wszystko ma funkcjonować, co jeszcze wymyślą - bo to, że wymyślą, jest pewne, nie zostawią tak tego, oni... będziesz musiała postępować według ich wytycznych, jeśli nie chcesz, żeby dotknęły cię jakieś represje - nie mówił tego z przyganą, tak właściwie wolałby, żeby pozostała w bezpieczniej przestrzeni swojego mieszkania. Żeby zamiast w wojennym kotle, mieszała eliksiry, za które ktoś zapłaci jej może nieco mniej niż wcześniej, bo sytuacja ekonomiczna bez wątpienia diametralnie się zmieni, ale wciąż wystarczająco dużo, by mogła godnie żyć. - Jesteśmy półkrwi, nie oberwie nam się aż tak bardzo, gdyby chcieli nam coś zrobić, musieliby się pozbyć ponad połowy magicznej społeczności, nawet oni nie wpadną na coś takiego...





we are tragedies of firelight and flesh, unholy
sacraments of blood and broken bodies.
what use have we for feeble hymns of wasted
faith; for sordid songs of glory?


Powrót do góry Go down
Frances Burroughs
Frances Burroughs

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f132-doki-flat-street-6-4 https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Zawód : Alchemiczka w Św. Mungu, przyjmuje prywatne zlecenia
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Such a waste of time
You don't ever have to walk alone, you see
Come on take my hand
Baby won't you walk with me?
OPCM : 5
UROKI : 2
ELIKSIRY : 28
LECZENIE : 3
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 3
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Salon - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Salon   Salon - Page 2 I_icon_minitime21.03.20 0:14

To co działo się teraz w jej mieszkaniu było dziwne. W pewien sposób nawet abstrakcyjne dla panny Burroughs. Przez te wszystkie lata milczenia i zaniedbywania relacji między rodzeństwem powstał dziwny mur sprawiając, że Frances nie czuła się pewnie ze swoimi emocjami i uczuciami w towarzystwie starszego brata. Była pewna, że nie rozumiał jej; nie wiedział co nią kierowało ani jakie rzeczy skrzętnie ukrywała przed światem mając nadzieję, że nigdy się z niej nie wyleją. Mimo to, stali tak teraz, naginając ten dziwny mur jaki wybudowali a panna Burroughs nie potrafiła zrozumieć tych wszystkich uczuć, jakie przewinęły się przez jej umysł. Zrobiła więc to, co wychodziło jej najlepiej - odsunęła je od siebie, odkładając ich analizę na później. Gdy już ochłonie i będzie w stanie myśleć w pełni logicznie.
Skłamałaby jednak gdyby stwierdziła, że to nie jest przyjemnie. Gdzieś w środku, w niewinnym dziewczęcym serduszku czuła ciepło na myśl, że brat w końcu okazał jej chociaż odrobinę zainteresowania i miłości, której tak cholernie potrzebowała przez te wszystkie, długie lata. Ostrożnie, nie chcąc go spłoszyć, wypuściła powietrze z piersi, ciesząc się tą, jakże rzadko spotykaną chwilą. Jego śmiech, nawet jeśli podszyty był nerwami sprawiał, że mięśnie dziewczęcia rozluźniły się nieco.
- Jak przedwcześnie przez Ciebie osiwieję, do końca życia będziesz kupował mi ingrediencje na eliksiry upiększające. - Mruknęła z ledwie wyczuwalnym rozbawieniem w głosie. Cisnęło się jej na usta, że wolała się z nim męczyć niż go grzebać, powstrzymała się jednak przed wypowiedzeniem tych słów. Jeszcze nie, nie teraz gdy oboje byli pod wpływem emocji z wiszącym nad nimi widmem obowiązków.
Ukrywanie się pod maskami obojętności było czymś, w czym panna Burroughs miała niesłychanie wielką wprawę. W końcu, robiła to od lat. Udawała, że wszystko jest w porządku; że pewne sytuacje w ogóle jej nie ruszają nawet jeśli sprawiały, że dziewczyna rozpadała się w środku; ukrywała to, co mogło najbardziej jej zaszkodzić. Tak też czyniła w tej chwili.
Eteryczna blondynka uważnie słuchała doskonale znanego jej głosu, nie odrywając szaroniebieskiego spojrzenia od twarzy brata. - Po kimś to ma i z pewnością nie jestem to ja. - W jej oczach podobieństwo między braćmi było spore, nawet jeśli ten młodszy przed nią nie uciekał. - Porozmawiam z nim. Do końca czerwca pozostanie w Hogwarcie, a później… Cóż, zobaczymy. Jeśli będzie możliwość, aby został tam również przez wakacje to z niej skorzystamy. Jeśli nie, zobaczymy jak rozwinie się sytuacja i coś wymyślimy. - Na myśl przyszło jej jedno miejsce. Położone gdzieś, nie wiedziała nawet gdzie. Miejsce które niegdyś pokazała jej babka i gdzie uciekła na kilka tygodni przed ostatnim rokiem nauki w Hogwarcie. Tak, tam byłby bezpieczny. Frances miała jednak nadzieję, że nie będą musieli z niego korzystać. Wspomnienie matki sprawiło, że z piersi dziewczyny wyrwało się ciężkie westchnienie. Czy naprawdę musiał się ją o to pytać? Była przekonana, że powinien znać odpowiedź. - Nie wiem, nie widziałam się jeszcze z nią. Nie wydaje mi się jednak, aby chciała wyjechać. Ja… Ja mam wrażenie, że jej coraz mniej zależy. - Wyznała, delikatnie wzruszając ramionami. Nie wiedziała co działo się z matką. Widywała zmęczenie oraz rezygnację na jej twarzy, gdy problemy ze zdrowiem nasilały się bądź powracały. Nie dziwiła się z resztą, zwłaszcza gdy miała okazję obserwować, jak męczące dla matki potrafi to wszystko być.
Frances pozwoliła się poprowadzić do niewielkiego saloniku zastawionego doniczkami z najróżniejszymi roślinami, cały czas trzymając się blisko brata. Na wszelki wypadek, gdyby chciał jej zwiać zanim odpowie na jej pytania.  
W miarę jak jego opowieść postępowała, z twarzy Frances coraz ciężej było cokolwiek wyczytać. Przybrała znaną maskę obojętności by ukryć narastający gniew. Chcąc czy też nie, Keat zdradził jej o wiele więcej niż powinien, jeśli chciał w jakikolwiek sposób ją uspokoić. Nie podobały jej się pewne wyrywki jego opowieści, podsuwające do jej głowy nieprzyjemne scenariusze. Zaczęła jednak od lżejszej, w tym momencie z pewnością mniej istotnej kwestii.
- Znam jednego czarodzieja, pracującego w Ministerstwie. - Cień uśmiechu zagościł na wargach panny Burroughs. Była pewna, że Keat nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że pod niewielkim przymusem zatroskanej matki zaczęła stawiać pierwsze, bardzo nieśmiałe kroki w świecie relacji damsko - męskich o których do tej pory, nie miała najmniejszego pojęcia. - To inteligentny i oczytany czarodziej, mam z nim w miarę regularny kontakt. Jestem pewna, że poinformuje mnie, gdyby miały nastąpić zmiany, które mogłyby mi zagrażać, bądź jakieś nowe przepisy weszłyby w życie. - Miała wrażenie, że mężczyzna ten polubił ją tak samo, jak ona polubiła jego. Wierzyła również w jego dobre serce oraz ciepło, jakie potrafił przejawiać. Nie wątpiła, że dostałaby od niego informację, gdyby cokolwiek mogło jej zagrażać. Nie wątpiła również w znajomości, jakie posiadał jej wuj oraz w moc szpitalnych plotek powtarzanych podczas przerwy na lunch w kafeterii. Musiała sobie jakoś poradzić z balastem w postaci matki oraz rodzeństwa. Jak zawsze, nie posiadając innego wyjścia. Gdzieś w środku czuła, że i tym razem nie będzie mogła liczyć na pomoc starszego brata.
- Wyjaśnij mi proszę, co poszedłeś robić? - Spytała na pozór spokojnie, unosząc z zaciekawieniem brew. - Keatonie Hobarcie Burroughs czy gdzieś po drodze, gdy szlajałeś się niewiadomo gdzie, zamieniłeś się na rozumy z górskim trollem? - Proste, nieskomplikowane pytanie zdawało się wyrażać więcej niż tysiąc najróżniejszych słów. W tej jednej, konkretnej chwili wysnuła nawet podejrzenie, że ich matka, za pomocą jakiegoś dziwnego zaklęcia, wdawała się w romans z trollem będącym biologicznym ojcem Keatona. Szybko jednak uznała, że byłaby to zbyt wielka obraza dla ich matki… oraz samych trolli, oczywiście. Nawet one zdawały się być bystrzejsze do jej, pożal się Merlinie, starszego brata. - Wiem, że mało obchodzi Cię to, co się z nami dzieje, ale czy mógłbyś chociaż raz zastanowić się zanim pójdziesz pchać się w kłopoty? - Och, była pewna, że w coś się wpakował. Kłopoty zdawały się działać na Keata niczym złoto na niuchacze. Frances była pewna, że na ich widmo oczy Keata rozszerzały się, a ten leciał w ich objęcia, jakby nic innego w tym świecie nie istniało. - Choć raz, jeden jedyny raz, mógłbyś przyjąć do wiadomości, że Cię potrzebujemy… - Że ja Cię potrzebuję. Tak cholernie bardzo Cię potrzebuję, od tylu długich lat… - ... i pomyśleć, zamiast pchać się pod różdżki bądź pięści? - Nie sądziła, aby jej słowa cokolwiek dały. Powoli jednak czara nagromadzonej w niej goryczy i żalu żywionego do brata zaczynała się przelewać. Coraz ciężej było jej powstrzymywać gorzkie słowa, jakie cisnęły się jej na język. - Chciałabym choć raz w życiu móc na Ciebie liczyć… A nawet jeśli mam się z Tobą męczyć wolę to, niż organizowanie Twojego pogrzebu. - Dodała jeszcze, nieco ciszej, odwracając spojrzenie szaroniebieskich tęczówek w obawie przed emocjami, jakie mogły się w nich pojawić. I tak miała wrażenie, że powiedziała o tych parę słów za dużo. Słów, które z pewnością nie powinny paść z jej ust. Ale czy ktokolwiek mógł ją o to winić? Od wielu, nawet bardzo wielu długich lat żal do starszego brata narastał w raz z goryczą, jaką wywoływało obserwowanie go w jego środowisku. Z ludźmi, którzy znaczyli dla niego o wiele więcej niż ona; którzy mogli na niego liczyć w momencie, gdy przy niej go nie było. Było jej przykro, że Keat okazywał się być na tyle wielkim egoistom by nie myśleć o rodzinie i rodzeństwie, które go potrzebowało. Zwłaszcza teraz, gdy historia zdawała się w pewien sposób powtarzać.




Our life dictates a certain  .
kind of wardrobe.

Powrót do góry Go down
 

Salon

Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Dalsze dzielnice :: Doki, Flat Street 6/4-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20