Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Gwendolyn Grey

Go down 
AutorWiadomość
Gwendolyn Grey
Gwendolyn Grey

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5715-gwendolyn-grey-budowa https://www.morsmordre.net/t5762-varda https://www.morsmordre.net/t5761-gwen-grey#135984 https://www.morsmordre.net/f232-aldermanbury-5-15 https://www.morsmordre.net/t5764-skrytka-bankowa-nr-1412#135988 https://www.morsmordre.net/t5763-gwen-grey#135987
Zawód : malarka, ilustratorka "Czarownicy"
Wiek : 21
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
I can feel the flames on my skin
OPCM : 10
UROKI : 20
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 3
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
They say I did something bad then why is it feel so good?

Gwendolyn Grey Empty
PisanieTemat: Gwendolyn Grey   Gwendolyn Grey I_icon_minitime06.02.20 23:24

Talia Gwendolyn Grey




They got their
pitchforks and proof
Their receipts and reasons
They're burning
all the witches,
even if you aren't one
So light me up
Powrót do góry Go down
Gwendolyn Grey
Gwendolyn Grey

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5715-gwendolyn-grey-budowa https://www.morsmordre.net/t5762-varda https://www.morsmordre.net/t5761-gwen-grey#135984 https://www.morsmordre.net/f232-aldermanbury-5-15 https://www.morsmordre.net/t5764-skrytka-bankowa-nr-1412#135988 https://www.morsmordre.net/t5763-gwen-grey#135987
Zawód : malarka, ilustratorka "Czarownicy"
Wiek : 21
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
I can feel the flames on my skin
OPCM : 10
UROKI : 20
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 3
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
They say I did something bad then why is it feel so good?

Gwendolyn Grey Empty
PisanieTemat: Re: Gwendolyn Grey   Gwendolyn Grey I_icon_minitime09.02.20 23:32

✬ ✬ ✬ Głupiec ✬ ✬ ✬

wieś w hrabstwie Nottinghamshire5 września 1941

Największe chwile grozy, które spadły na Anglię już przeminęły. Wojna wciąż trwała i Gwen, wraz z matką, cały czas nie planowały powrotu do rodzinnego Londynu. Regularny kontakt telefoniczny z ojcem i mężem działał jednak na obydwie kojąco, a nieco ponad pięcioletnia dziewczynka powoli zapominała o grozie z czasu Bitwy o Anglię. To przecież było tak dawno! Jakąś jedną piątą życia temu. Kto by się tym przejmował, skoro początek września był tak pięknie słoneczny, drzewa wspaniale zielone, a wolna przestrzeń wokół tylko zachęcała do biegania, śmiechów i żartów z innymi dziećmi?
Szczególnie, że właśnie dobiegł koniec lekcji. Była dopiero, nie! JUŻ! W pierwszej klasie. Czuła się dorosła i pewna siebie jak nigdy wcześniej. Przecież małe dzieci nie chodzą do szkoły. Tam trafiają tylko te duże! Była już duża, oj tak. Nawet jeśli dalej musiała stawać na palcach, aby do czegokolwiek sięgnąć.
Wiejska szkoła znajdowała się dwa kilometry od domu, w którym pomieszkiwały z matką. Wynajmowały pokój w dużym gospodarstwie, w którym niczego im nie brakowało, ale przypłacały to właśnie brakiem placówek oświaty w zupełnie najbliższej okolicy. Gwen wracała więc pieszo, razem z grupą innych dzieci, pilnowana przez matkę jednego z chłopców. W końcu po co każdy rodzic miałby przychodzić osobno, skoro można przyprowadzić maluchy grupą? Z resztą, nie każde z dzieci miało rodziców w tej okolicy. Większość, jak młoda panienka Grey, trafiły w tę okolicę właśnie z powodu wojny i spora część z nich była pod opieką albo dalekich krewnych, albo zupełnie obcych ludzi. Nie każdy rodzic był w stanie spędzić czas wojny ze swoim potomkiem. Matka Gwen miała to szczęście tylko dlatego, że nigdy nie pracowała i nie miała szczególnego wykształcenia, zaś jej ojciec, mimo trwającej wojny, zarabiał na tyle, by móc samodzielnie utrzymywać rodzinę. Nie było to krocie, ale na ich skromne potrzeby wystarczało.
Szła, trzymając za rękę koleżankę. Obydwie miały warkocze. Annie ciemne i grube. Gwen puszyste i rude, tak rude, jak żadnego innego dziecka z ich grupy. Dziewczynki zazdrościły jej urody. Była ruda, owszem, ale nie miała tylu tych okropnych piegów, które zwykle szpeciły twarze osób o tym kolorze włosów. To idealnie blade lico było przecież w cenie. Gwen przyjmowała komplementy z uśmiechem, chwaląc włosy innych koleżanek, chociaż musiała przed sobą przyznać, że jej rudość była wyjątkowa. Nie to, co tego starszego chłopca, który był z nimi w klasie, bo nie zdał jakiegoś przedmiotu! On był cały w kropki!
Chociaż… te kropki właściwie całkiem podobały się Gwen. Ale wolała tego nie mówić przed koleżankami. Blade lico, tylko to się liczyło! Nawet jeśli właściwie żadna z nich nie mogłaby się nazwać „bladą” po właśnie powoli mijającym lecie.
– Patrz! Koza! – krzyknęła Gwen, wskazując wolną ręką zwierzątko. – Na drzewie!
Faktycznie, pod okoliczną jabłonią pasło się kilka kóz, zaś na najniższej gałęzi, jak gdyby nigdy nic, stała łaciata koza. Machała ogonem, odstraszając owady, bez cienia lęku o to, że spadnie, wcinając właśnie jabłko. Nawet z tej odległości dziewczynki mogły zobaczyć, że zwierzę ogołociło już drzewko ze wszystkich okolicznych liści i owy owoc był prawdopodobnie ostatnią rzeczą, którą kózka dosięgnie z tej pozycji. Jej szyja i tak była już nienaturalnie wygięta.
Annie zaśmiała się serdecznie.
– Gwen! Ta mała tam! Ona też próbuje wejść!
Dziewczynki zatrzymały się, aby obserwować kombinujące kozy. Widocznie trawa już im się znudziła. Gwen nie dziwiła się zwierzątkom. Ile można jeść to samo? Jednocześnie poczuła podziw. Chciałaby kiedyś być tak kreatywna jak ta łaciata koza!
Nie dane było im jednak długo obserwować poczynań zwierząt, po już po chwili do ich uszu dotarło wołanie:
– Gwen! Annie! Pośpieszcie się! Nie będziemy na was czekać! – zawołała pani Adley.
– JUŻ IDZIEMY! – krzyknęła na cały głos Annie. Gwen aż drgnęła. Ciemnowłosa dziewczynka miała najbardziej donośny głos z nich wszystkich.
Pani Adley odwróciła się, pewna, że dziewczynki zaraz dogonią grupę, a wtedy koleżanka Gwen nachyliła się do jej ucha.
– Kto ostatni ten ślimak! – szepnęła i wyrwała się w przód.
Gwen wydała z siebie ciche „ej!” (nigdy nie była najszybsza, więc nie lubiła się ścigać), po czym ruszyła za Annie, wiedząc, że w tych zabawach po prostu trzeba było brać udział. Tak by nie wyjść na głupa. Albo nudziarza. Gwen bardzo, ale to bardzo nie chciała być ani nudziarzem, ani głupem!
Dane było jej jednak zrobić tylko kilka kroków. Spoglądała przed siebie, martwiąc się tylko tym, jak daleko uciekła już Annie, dlatego nie zauważyła kamienia, który wyrósł na jej drodze. To jednak nie było najgorsze. Potknęła się i już łapała równowagę, gdy druga noga przeszkodziła pierwszej. Dziewczynka przechyliła się pod dziwnym kątem, zahaczając nogą o leżącą na ziemi butelkę, rozcinając sobie pończoszkę i skórę. Gwen miała wrażenie, że czas zwolnił. Nigdy jeszcze nie czuła takiego bólu.
Upadła na ziemię – bo i cóż innego miała zrobić? – a w jej oczach natychmiast pojawiły się łzy. Spoglądała na kostkę, czując jedynie ból i przerażenie. Ta krew! Ile krwi!
Pani Adley, zaalarmowana nieco innym dźwiękiem, zareagowała jako pierwsza. Zalana łzami Gwen nie była jednak w stanie tego zobaczyć. Dopiero, gdy poczuła na swoich barkach cudze ręce, uniosła wzrok, widząc kręcącą głową kobietę. Ta westchnęła nerwowo, pochylając się nad dziewczynką.
– I to ja teraz powiem twojej matce? – mruknęła. – Musiałaś sobie zrobić krzywdę? Ech, nic ci nie będzie, do wesela się zagoi – powiedziała ze stoickim spokojem. – Trzymaj tutaj, ściągnę ci drugą pończochę – oznajmiła tylko.
Gwen, zamykając oczy i trzęsąc się z przerażenia, wykonała polecenie kobiety, która zrobiła to, co zapowiedziała. Już po chwili ranna noga Gwen owinięta była drugą pończochą, po chwili tak czerwoną jak sama okolica rany. Nie bolało ani trochę mniej. Przeciwnie wręcz. A spojrzenia otaczających ją dzieci tylko potęgowały negatywne emocje. Ale pani Adley mówiła, bezustannie powtarzała, że wszystko będzie dobrze. To przecież nic takiego, do wesela się zagoi! Głupie dziecko, bardzo głupie. Nie biega się, patrzy się pod nogi! Kazała im przecież tylko przyjść, a nie biec. Annie, to twój pomysł? Wstydź się, teraz, przez ciebie, twoja koleżanka płacze!
Choć Gwen już swoje ważyła, jasnym było, że rozpłakana i roztrzęsiona, nie dojdzie do wsi o własnych siłach. Kobieta wzięła ją więc na ręce, pozwalając rudowłosej dziewczynce płakać opierając głowę o ramię. Regularnie kazała jej się uspokoić, być kobietą, nie dzieckiem, obiecując, że wezwą lekarza, jak tylko dotrą do domu. Ból był jednak zbyt mocny, aby to wystarczyło. Objęcia niemal obcej kobiety nie były wystarczająco kojące.

✬ ✬ ✬

Kolejne dni mijały Gwen w malignie. Rana, choć pozornie niezbyt groźna, okazała się głębsza, niż wydawało się to pani Adley. Szkło też nie było szczególnie czyste: do nogi dziewczynki wdało się zakażenie. Choć lekarz je opanował, był pewny co do jednego: blizna pozostanie na nodze Gwen na zawsze. Dziewczynka jednak jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy.
Tego dnia obudziła się wyjątkowo trzeźwa. Poprzedni dzień spędziła w całości w łóżku, ledwo będąc w stanie wstać. Teraz nie miała z tym problemu. W spojrzeniu dziecka pojawił się ponownie radosny błysk, a jego oczy wędrowały za chadzającymi za oknem indykami i kaczkami. Czuła się na tyle dobrze, że nawet przeszło jej przez myśl, że mogłaby z nimi pobiegać. Gdyby tylko nie noga… Cały czas ją pobolewała i Gwen nie sądziła, że będzie w stanie prędko stanąć na nogi. Może nawet w ogóle? Kto wie, to potworne szkło było naprawdę przeokropne. I straszne. Dziewczynka obiecała sobie, że nigdy nie zostawi szklanej butelki na ulicy. Jeszcze komuś stanie się krzywda! Jak jej!
Drzwi do izby otwarły się, a we framudze stanęła jej matka. Zatroskana i skromnie ubrana, o jasnych oczach i słomianych włosach. Gwen odziedziczyła rudość po swojej babce, nie matce.
– Lepiej ci, gołąbeczko? – spytała matka, podchodząc do córki i przykładając jej dłoń do czoła. W ciągu ostatnich dni to zawsze była pierwsza czynność, którą wykonywała, gdy przychodziła do córki.
Gwen kiwnęła głową, gdy matka usiadła obok jej niewielkiego łóżka.
– Byłam w mieście. Tata dzwonił… Mówiłam, że z tobą trochę lepiej.
– Tata! – wyparowała od razu dziewczynka. – Powiedziałaś mu, że pan Lizus przyniósł mi mysz?
Kobieta zaśmiała się, kiwając głową. Oczywiście! Dla dziecięcego umysłu to była najważniejsza informacja, którą należało przekazywać w pierwszej kolejności.
– Tak, powiedziałam. I wiesz, nie tylko tobie przyniósł. Dziś rano też do mnie przyszedł z jedną.
Zamilkła na chwilę, aby dopiero po kilku sekundach znów zabrać głos. Gwen w międzyczasie ponownie zapatrzyła się na chodzący za oknem drób.
– Gwen?
– Hm? – Spojrzała na rodzicielkę tylko kątem oka. Indyk ganiający największą z kaczek był o wiele ciekawszy od patrzenia się na matkę.
– Nie rób mi tego więcej, dobrze?
– Ale czego? – spytała, w tym momencie kompletnie nie pamiętając o wypadku sprzed tygodnia. Kaczka właśnie zaczęła się odgryzać, rozprostowując skrzydła i atakując indyka dziobem.
Pani Grey pokręciła głowa.
– Ech, dziecko, ty jak zawsze w swoim świecie. Po prostu się nie potykaj więcej. Albo się potykaj… ale nie ląduj na szkle. Patrz pod nogi, dobrze? Słyszysz ty mnie w ogóle?
Kobieta westchnęła przeciągle. Gwen… Chyba się jeszcze nie nauczyła. Doskonale wiedziała, na co spogląda córka i wiedziała, że teraz do niej nie dotrze. Chyba, że zabrałaby się za czytanie po raz kolejny tej samej książki o zwierzątkach, którą ojciec dał jej na poprzednie urodziny. Nie było sensu teraz tłumaczyć jej, czemu powinna być ostrożna i co właściwie miało miejsce przez kilka ostatnich dni. Przez chwilę myślała nawet, że ciało córki nie poradzi sobie z gorączką i wtedy… wtedy…
Wolała o tym nie myśleć. Usiadła na niewielkim, starym fotelu, chwytając w dłoń robótkę i zabierając się za robienie kolejnej serwetki. To przynajmniej pozwalało jej zabić pozostały do końca wojny czas.




They got their
pitchforks and proof
Their receipts and reasons
They're burning
all the witches,
even if you aren't one
So light me up


Ostatnio zmieniony przez Gwendolyn Grey dnia 14.02.20 15:56, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Gwendolyn Grey
Gwendolyn Grey

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5715-gwendolyn-grey-budowa https://www.morsmordre.net/t5762-varda https://www.morsmordre.net/t5761-gwen-grey#135984 https://www.morsmordre.net/f232-aldermanbury-5-15 https://www.morsmordre.net/t5764-skrytka-bankowa-nr-1412#135988 https://www.morsmordre.net/t5763-gwen-grey#135987
Zawód : malarka, ilustratorka "Czarownicy"
Wiek : 21
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
I can feel the flames on my skin
OPCM : 10
UROKI : 20
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 3
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
They say I did something bad then why is it feel so good?

Gwendolyn Grey Empty
PisanieTemat: Re: Gwendolyn Grey   Gwendolyn Grey I_icon_minitime13.02.20 14:46

✬ ✬ ✬ Mag ✬ ✬ ✬

ParyżKwiecień 1955 roku

Josephine Grey mieszkała z córką w Paryżu już od niecałego roku. Życie zaś powoli zdawało się wracać do codzienności. Język przestawał być tak wielką barierą, jak na samym początku, w końcu i ona, i Gwen powoli się go uczyły. Sąsiedzi stawali się coraz bliżsi, nie patrząc już krzywo na „przybyszki z wyspy”. Paryż stawał się znajomy: wiedziały, gdzie skręcić, aby uniknąć tłumów i gdzie kupić najlepsze bagietki. Josephine znalazła miejsce, w którym kupowała najpiękniejsze ozdoby do ich nowego domu, a Gwen odkryła sklepik z tanimi akcesoriami plastycznymi, dzięki czemu mogła cały czas parać się sztuką, bez nadmiernego wykorzystywania matczynego portfela.
Josephine wydawało się też, że Gwen zaczyna godzić się ze stratą ojca i tym, jak potoczyło się jej życie. Nawyk sięgania po różdżkę zaczął się z niej powoli wypleniać. Przestała też używać na co dzień tych dziwnych i niezrozumiałych słów. Nie wspominała już przy niej o żabich oczach, które można byłoby dodać do syropu na kaszel. Nie tłumaczyła, że jednorożce to tak naprawdę jeden z kilku gatunków magicznych koni. Josephine nie musiała się więc martwić, że córka palnie coś głupiego w towarzystwie jej nowych koleżanek, narażając ją na wstyd i tłumaczenia.
Co najważniejsze, początkowe kłótnie, które toczyły ze sobą niemal każdego dnia zaczęły ucichać. Spięcia się zdarzały, owszem, ale to przecież normalne w każdej rodzinie! Widziała, że dziewczyna wciąż ma jej za złe sprawę z ojcem, ale wydawało się, że nowe wspomnienia i nowe życie przysłaniają gorycz wynikający z odkrycia, że jej ukochany tatuś niekoniecznie był szczęśliwy z ukochaną mamusią. Josephine odzyskiwała więc spokój ducha, wierząc, że w końcu stworzą normalną rodzinę. Normalna, z ambitnym zięciem, córką zajmującą się domostwem i nie sięgającej raczej po tę magiczną różdżkę. Pani Grey zawsze starała się wspierać swoje rudowłose dziecko, ale koniec końców, odnosiła wrażenie, że szkoła magii przyniosła w życiu Gwen więcej szkody niż pożytku. Dziewczyna powinna uczęszczać do normalnej, dobrej placówki, po której miałaby konkretny zawód i adekwatną wiedzę. Hogwart wydawał się zaś kobiecie kompletnie oderwany od rzeczywistości, a sama magia dość przerażającą mocą, której przecież nikt nie powinien próbować używać.
Jakoś pod wpływem zmarłego już męża łatwiej je było akceptować całą tę sytuację z córką-czarownicą. Bez niego, pod spojrzeniami nowego ukochanego, coraz krzywiej spoglądała na ukrytą w pokoju magiczną miotłę Gwen, czy na te dziwne książki o astronomii, które przemyciła jakimś cudem do Paryża. Nie miała pojęcia, w jaki sposób: przecież przetrzepała całe torby córki i niczego takiego w nich nie znalazła!
Spojrzenie Gwen na całą sytuację, było – łagodnie rzecz ujmując – inne od matki. Wolała się z nią jednak tym nie dzielić, uśmiechając się i tłumiąc w sobie negatywne emocje. To przecież nie miało sensu! Gdzie miałaby się podziać? Nawet tu, w Paryżu, ledwo była w stanie sprzedać swoją co dziesiątą pracę. Była uzależniona od matki, która wybrała dla nich takie, a nie inne życie. Zaczęła więc uczyć się panowania nad swoimi emocjami i unikania jej, gdy tylko to było możliwe. Siedem lat nauki w Hogwarcie skutecznie je od siebie oddzieliło i sprawiło, że nie znały się na wylot, jak wcześniej, jeszcze przed szkołą. Dlatego pannie Grey było po prostu łatwiej zatajać niektóre elementy życia przed matką, nawet jeśli nigdy nie była dobra w kłamstwie i snuciu intryg. To po prostu nie leżało w jej naturze.
Ojciec odszedł, a na jego miejsce próbował wskoczyć on. Phoneix Mallrone, w połowie Brytyjczyk, w połowie Francuz. Biznesmen. Człowiek wysoki, o pięknym uśmiechu i ciemnych, głębokich oczach. Czarujący, cichy i tajemniczy. Gwen nie dziwiła się, że matka coś do niego poczuła. Ten mężczyzna naprawdę miał w sobie magnetyzm, który nie pozwalał się oprzeć innym. Przynajmniej z daleka.
Bo z bliska był po prostu arogantem. Typem, któremu brakowało ciepła, który nie rozumiał sztuki, który nie miał prawa wiedzieć o magii. Jeśli nie wydałby swojej pasierbicy kościołowi to pewnie próbowałby wykorzystać zdolności Gwen do własnych celów, a ona nie miała zamiaru być przez nikogo wykorzystywana. Nie miała więc zamiaru łamać zakazu matki o unikaniu magii, choć jej powody takiej decyzji były zdecydowanie różne od tych matczynych.
Do niedawna miała to szczęście, że Phoneixa mogła po prostu unikać. Często nie było go w domu, a cotygodniowe niedzielne obiady znosiła odważnie, z podniesionym czołem. W końcu w poniedziałki i tak znikał, wracając przez cały tydzień późnymi wieczorami. To dało się znieść. Jakoś. Ledwo. Bo wciąż w głowie, widząc go i Josephine razem, miała jedną myśl: zdradziłaś tatę, mamo. Na szczęście w nieszczęściu, Phoneix nie wciskał się w jej życie, po prostu akceptując ją jako część wyposażenia domu, która przybyła doń razem z Josephine. A przynajmniej tak wydawało się Gwen, bo TAMTEGO dnia okazało się, że jest jednak trochę inaczej.
To był późny wieczór. Gwen, odziana w koszulę nocną, cicho przemykała do kuchni, aby zabrać stamtąd małą kanapkę. Nie zjadła nic w ciągu dnia, skupiona na tworzeniu nowego obrazu na płótnie (o dziwo, już miała na niego kupca!), więc żołądek odezwał się akurat w tamtym momencie, domagając się czegoś w trybie natychmiastowym.
Gdy przechodziła obok salonu, zza uchylonych drzwi usłyszała nerwową rozmowę. Nerwową i nienaturalną. Phoneix przy Gwen nigdy nie podnosił głosu na Josephine, zawsze był miły i czarujący, choć przy tym bił z niego pewien nienaturalny chłód. Teraz jednak… zachowywał się inaczej. Rudowłosa, czując nagły lęk o rodzicielkę, stanęła pod drzwiami. I zaczęła słuchać.
– Jo, tak nie może być. Ta dziewczyna tylko je, tworzy i śpi. Opłacam jej wszystko. Sukienki, farby, płótna. To kosztuje, nie widzisz? Do pracy się nie nadaje, bo ta jej szkoła, o której mówiłaś… Mniejsza o nią!
– Ona ma dziewiętnaście lat! Dopiero dziewiętnaście! Phoneix, to jeszcze… – Gwen odniosła wrażenie, że Josephine była bliska płaczu.
– …dziecko? Nie, moja droga, to nie jest już dziecko! Jutro na obiad przychodzi mój wspólnik z synem. Chłopak jest dwa lata starzy. Niech się poznają. Ich… ich małżeństwo byłoby dobre dla moich interesów, rozumiesz? Wyjaśnij jej… wyjaśnij jej, że ma być względem niego miła.
– Ale…
– Bez „ale”, Joephine! Jeśli ona ma zostać pod moim dachem, niech się do czegoś w końcu przyda! Poza tym… w tym wieku… nie sądzisz, że to dziwne, że trzyma się z dala od rówieśników?
– To nowy kraj, nowy język, ona straciła ojca! Daj jej czas, proszę…
– Miała blisko rok. Powiedziałem… swoje.
Wtedy Gwen usłyszała, jak ktoś – pewnie Phoneix – gwałtownie się podnosi. Dziewczyna cofnęła się w stronę schodów, chowając się za nimi i licząc, że mężczyzna jej nie zauważy. Gdy wyszedł, otwierając niemal z hukiem drzwi, kucała, błagając samą siebie, aby nie wydać żadnego podejrzanego dźwięku.
Słyszała, jak Phoneix się zatrzymuje. Chyba się rozglądał. Westchnął. I ruszył do kuchni.
Gwen po kilku chwilach, z łzami w oczach, ruszyła ku swojemu pokoju. Jakoś… odechciało jej się jeść.

✬ ✬ ✬

Nie mogła spać. Nie mogła tworzyć. Szlochała, próbując się uspokoić, ale nic z tego nie wychodziło. Myślała, że… nie. Była przekonana, że relacja jej matki z tym mężczyzną dotyczy jej tylko drugorzędnie, ale jednak nie. Phoneix chciał przejąć jej życie. Przywłaszczyć je, wydać ją za mąż, sprzedać jak kobyłę na targu. A to… to było wbrew wszystkiemu, o czym Gwen marzyła. Ślub bez miłości? Traktowanie jak przedmiot? Pewnie nawet nie mogłaby tworzyć! Już znała tych jego wspólników w biznesie! Wszyscy, co do jednego, byli tylko zimnymi draniami, którzy nie rozumieli sztuki i piękna. Liczyły się dla nich tylko pieniądze.
Jeszcze przed świtem ubrała się w brązowo-szary, nierzucający się w oczy strój. Nie wróci do domu. Na pewno nie przed obiadem! Matka… matka nie zdąży jej złapać. Nie rozkaże być w miejscu, w którym Phoneix chciał, by była. Wzięła szkicownik, trochę drobnych na ewentualny posiłek i cicho wymknęła się z domu. Wszyscy jeszcze spali, więc… to wcale nie było takie trudne.
Matka nie miała prawa wiedzieć, że jej córka podsłuchała rozmowę. Jej kochanek też z resztą nie. A zdarzało jej się zaszywać gdzieś na całe dnie… Nie powinna być więc wcale zdziwiona. Co prawda Gwen zwykle informowała, gdzie i po co wychodzi, ale tym razem mogła po prostu powiedzieć, że zapomniała, prawda? Wszyscy mieli ją za chaotyczną i raczej nie zdziwiliby się na takie tłumaczenie.
Zaszyła się na strychu jednego z w połowie opuszczonych budynków mieszkalnych. To miejsce pokazał jej jakiś czas temu uliczny grajek, który trzymał w pomieszczeniu swoje stare, zniszczone instrumenty. Sam mieszkał na parterze budynku i łaskawie pozwolił Gwen czasem w tym miejscu szkicować. Z okiennic był widok na piękną architekturę, ze wspaniałą grą światła o zmierzchu. Zdarzało się więc, że tu wracała. Szczególnie, że matka nie miała pojęcia o tym, gdzie jej rudowłose dziecko czasem się zaszywa. Nie byłaby w stanie jej tu znaleźć, choć znajdowała się ledwie dwie przecznice od ich wspólnego domu.
Nawet go widziała. Tamtego chłopka, który miał przyjść na obiad. Taksówka wysadziła ich niedaleko budynku, w którym przebywała. Byli wyraźnie nieco zagubieni – do kamienicy, w której Phoneix miał mieszkanie czasem naprawdę było ciężko trafić. Nie był szczególnie brzydki, co to, to nie. Prosta sylwetka i jasne, zaczesane do tyłu włosy sugerowały eleganckiego i dość bogatego młodzieńca. Ale ruchy… Ruchy miał jak swój ojciec. Niski i gruby, flegmatyczny i nieziemsko nudny. Gwen rozpoznała współpracownika Phoneixa: tuż po przybyciu do Francji była na obiedzie razem z nimi i matką. To był obleśny, niedelikatny typ, z którego spojrzenia bezustannie buchała arogancja i pogarda dla osób nieco niższego rzędu. Brr. Obrzydliwe.
A Phoneix chciał próbować zaaranżować małżeństwo. Między nią, a synem tego paskudnego człowieka. Wzięła głęboki oddech, a z jej oczu popłynęły łzy. Nie, nie mogła na to pozwolić. To przecież były nowe czasy! Czasy miłości i wolności, a nie aranżowanych związków. Tylko co mogła zrobić, aby od tego wszystkiego uciec?
Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, musiała poczekać jeszcze co najmniej kilka następnych tygodni.




They got their
pitchforks and proof
Their receipts and reasons
They're burning
all the witches,
even if you aren't one
So light me up
Powrót do góry Go down
Gwendolyn Grey
Gwendolyn Grey

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5715-gwendolyn-grey-budowa https://www.morsmordre.net/t5762-varda https://www.morsmordre.net/t5761-gwen-grey#135984 https://www.morsmordre.net/f232-aldermanbury-5-15 https://www.morsmordre.net/t5764-skrytka-bankowa-nr-1412#135988 https://www.morsmordre.net/t5763-gwen-grey#135987
Zawód : malarka, ilustratorka "Czarownicy"
Wiek : 21
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
I can feel the flames on my skin
OPCM : 10
UROKI : 20
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 3
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
They say I did something bad then why is it feel so good?

Gwendolyn Grey Empty
PisanieTemat: Re: Gwendolyn Grey   Gwendolyn Grey I_icon_minitime14.02.20 13:18

✬ ✬ ✬ Kapłanka ✬ ✬ ✬

LondynCzerwiec 1946 roku


To dziś. To był ten dzień.
Poprzednia nauczycielka malarstwa Gwen, miła i urocza panna Alison, zrezygnowała. Przekazała dziesięciolatce, że więcej jej już nie nauczy. Że przekazała jej całą swoją wiedzę i teraz po prostu nadszedł czas na kogoś lepszego. Bardziej utalentowanego, kto wyniesie rudowłose, posiadające dar do łączenia barw dziecko na sam szczyt.
Rodzicom dziewczynki, przed swoim odejściem, ogłosiła zaś, że nie chce jej nigdy więcej na oczy widzieć. To dziecko przynosiło tylko pecha i nagłe, niekoniecznie miłe zdarzenia. Kto to widział, aby drogie pędzle nagle znajdowały się w rękach dziesięciolatki, skoro chwilę wcześniej znajdowały się na najwyższej, zamkniętej na klucz, półce? Albo by kartka nagle zaczynała lewitować, akurat chwilę po tym, jak uczennica narzekała na niewygodną pozycję rysowania? Gwen była miła i zdolna, ale młoda nauczycielka bała się o swoje zdrowie psychiczne i fizyczne, dlatego złożyła rezygnacje jak najprędzej.
Rudowłosej najpierw było smutno z tego powodu. Panna Alison była jej ulubioną nauczycielką, jaką miała do tej pory i naprawdę nie chciała, aby młoda, śliczna kobieta zostawiała ją na pastwę losu jakiejś innej nieznajomej. Rodzice Gwen borykali się zaś z innym problemem. Młoda nauczycielka była naprawdę tania w porównaniu do innych osób zajmujących się rysunkiem i obawiali się, że będą musieli co najmniej zmniejszyć częstotliwość zajęć dziewczynki. A choć zdawali sobie sprawę z tego, że ich dziecko było inne niż pozostałe to jednocześnie doskonale widzieli, ile radości sprawia mu rysowanie.
W każdym razie, dziś był ten dzień. Dzień, w którym Gwen miała poznać nową nauczycielkę. Tę lepszą, która ma rozwinąć jej zdolności. Naprawdę cieszyła się z tego komplementu pani Alison, choć nie zgadzała się z twierdzeniem, że nie nauczyłaby jej czegoś nowego. Młoda artystka naprawdę potrafiła ładnie rysować! O wiele lepiej od niej samej.
Zajęcia miały odbyć się tuż po szkole, w rodzinnym salonie. Rodzice zwykle przesiadywali wtedy w kuchni, o ile w ogóle byli w domu. Tym razem tata miał być nieobecny, a mama czekała razem z nią na nową nauczycielkę. Gwen nie wiedziała kogo się spodziewać, ale miała naprawdę wielką nadzieję, że znów trafi pod protekcję miłej i radosnej artyski. Lubiła takich ludzi.
– Tylko nie ekscytuj się za mocno – upomniała ją matka, widząc jak rudowłosa dziewczynka nie potrafi usiedzieć na kanapie. – Wiesz, co się wtedy dzieje? Prawda? Skup się na rysowaniu. I bądź miła dla pani Smith!
Gwen kiwnęła głową.
– Nic się teraz nie stanie, mamo! – zapewniła, podskakując na sofie. W dokładnie tej chwili zdjęcia znajdujące się w ramkach na komodzie pomknęły w stronę dziewczynki, lądując u jej stóp. – Od teraz! – obiecała.
Josephine pokręciła głową.
– Posprzątaj to, Gwen.
Dziewczynka, doskonale wiedząc, że to jej wina (czuła przecież, jak coś w jej żołądku się przewraca, gdy zaczynała działać jej MOC), zabrała się za zbieranie ramek, a następnie ruszyła do komody, aby ustawić je na miejsce. Na takie rzeczy nie można było narzekać, prawda? A może jednak… Brak panowania nad niezrozumiałymi mocami czasami bywał przerażający, choć z drugiej strony dziesięciolatka potrafiła coraz skuteczniej je wykorzystywać dla własnej korzyści. Skoro nie mogła tego zmienić, mogła z tym chociaż próbować żyć! Poza tym ktoś już jej mówił, że dzięki temu uda jej się dostać do prawdziwie specjalnej szkoły. Takiej elitarnej i wyjątkowej. Nie mogła się tego doczekać. Ciekawe, czy skoro to tak dobra placówka, to czy nauczą ją tam jak naprawdę dobrze rysować? Chciałaby, naprawdę tego by chciała!
Akurat odkładała ostatnią ramkę, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Natychmiast pomknęła na przedpokój, zatrzymując się metr przed drzwiami. Joephine akurat je otwierała.
Gwen zamarła z przerażenia, gdy do pomieszczenia weszła ONA.
Pani Smith była wyjątkowo wysoka. Miała długi, szpiczasty nos i staromodny płaszcz, a surowy wyraz jej twarzy wcale nie wydawał się Gwen zachęcający. Oczy dziewczynki otwarły się ze zdziwienia, gdy Josephine witała młodą nauczycielkę. Rudowłosa tak zdziwiła się aparycją nowej nauczycielki, że zapomniała o grzeczności. Już po chwili matka rzuciła jej więc karcące spojrzenie.
– Gwen! – zwróciła jej uwagę.
Dziewczynka wciągnęła gwałtownie powietrze do płuc.
– Dz… dzień dobry, pani Smith!
Kobieta uniosła brew.
– No, Alison mówiła mi, że jesteś dobrze wychowanym dzieckiem, Gwen – stwierdziła. Jej głos był skrzeczący i nieprzyjemny. – Czy aby na pewno? Ja nie uczę niegrzecznych dzieci.
– Ja… ja jestem grzeczna, pani Smith! Naprawdę! Prze… przepraszam! – wydukała dziewczynka.
– No cóż, dobrze… zobaczmy, co potrafisz – stwierdziła, zerkając na matkę Gwen.
– Tak, tak, oczywiście, zapraszam do salonu – powiedziała Josephine, prowadząc kobietę przez korytarz. Gwen szła tuż za nią.

✬ ✬ ✬

Zajęcia były doprawdy okropne. Pani Smith nie robiła nic poza krytykowaniem Gwen (a przynajmniej ona miała takie wrażenie), bezustannie każąc jej rysować nudne kółka i kreski, zamiast pozwolić jej na stworzenie swoich artystycznych wizji. Pod koniec dziewczynka była tak wymęczona, że nawet poduszki za nią zaczęły delikatnie drgać, jakby zapraszając ją do spania. Nie mogła jednak sobie na to pozwolić, bo nauczycielka bezustannie wymagała więcej i więcej, a przed wyjściem kazała dziewczynce narysować coś na kolejne spotkanie.
Gwen, po zajęciach, była rozbita do tego stopnia, że nie potrafiła powstrzymać płaczu po wyjściu pani Smith. Matka musiała spędzić kilka godzin, aby namówić swoją córkę, aby dała kobiecie szanse. Może dużo wymagała… ale czy to nie powinno jej czegoś nauczyć? Przecież to nie przez pochwały człowiek zdobywa wiedzę, prawa?
Zawsze skora na perswazję rodziców dziewczynka, uległa matce. Trzy lekcje! I ani jednej więcej. Po trzech lekcjach na pewno zrezygnuje. Pani Smith nie będzie jej mówić, jak ma tworzyć swoją sztukę! Jak ma rysować! Przecież ona już wiedziała, pani Alison jej to powiedziała! A Gwen ufała bardziej młodej i uroczej nauczycielce, niż wrednej i wymagającej kobiecie, która prawie w ogóle się nie uśmiechała.

✬ ✬ ✬

Minęły lata. Gwen wróciła do Londynu z Francji, zaczynając pracę w Muzeum Brytyjskim. Niemal zapomniała już, jak źle się czuła na pierwszych zajęciach z panią Smith. Koniec końców, okazało się, że kobieta o skrzeczącym głosie nauczyła ją wszystkich podstaw, dzięki którym powoli mogła zaczynać zarabiać na sztuce. Gdyby nie ona… kto wie, kim Gwen teraz by była?
Nie myślała jednak o niej za często. Anomalie i sprawa związana z matką skutecznie zapełniały jej umysł, podobnie jak szkolenie, które miało pozwolić jej swobodnie oprowadzać gości po budynku. Rozpoczynała nowe, samotne życie i zastanawianie się nad czasem przeszłym niekoniecznie jej sprzyjało.
I pewnie nie pomyślałaby o pani Smith ani razu, gdyby któregoś dnia nie przeszła przed katedrą i nie rzuciłaby spojrzenia na nekrologi. Elaine Smith zmarła dwa dni temu, wskutek nagłego wybuchu. Nienaturalnego… niecodziennego. Niewyjaśnionego. Dziewczynę zmroziło. Przez niemal godzinę stała przed tablicą, zastanawiając się, jak mogło do tego dojść? I czy to na pewno była TA pani Smith?
Gdy obok tablicy przechodził ksiądz, spytała się o kobietę. Potwierdził, że zmarła była wysoka, dość poważna. Coraz bardziej wiekowa, ale trzymała się naprawdę dobrze. I często bywała w Kościele. Chyba nawet codziennie. A w niedzielę uczyła dzieci w świetlicy podstaw rysunku, za darmo. Ksiądz uznał, że musiało jej się nudzić. Nie miała bliskiej rodziny, bo jedyny syn zmarł w trakcie wojny, więc szukała kontaktu z ludźmi w jakikolwiek inny sposób.
Gwen podziękowała duchownemu, przełykając głośno ślinę i próbując nie płakać. Zapisała sobie datę pogrzebu w kalendarzu i obiecała sobie, że odwiedzi grób kobiety.

✬ ✬ ✬

Tak też zrobiła. Odziana w ciemną sukienkę, kupiła najpiękniejszy bukiet kwiatów, jaki znalazła w lokalnej kwiaciarni. Lilie pachniały przepięknie, zawracając Gwen w głowie, ale przecież nie mogła ich sobie zostawić. Były… były dla zmarłej.
Na ceremonii było może piętnaście osób. O pani Smith niewielu pamiętało. Była samotną, starzejącą się i niezbyt miłą kobietą, chociaż… chociaż przecież tyle osób na pewno zawdzięczało jej pracę nad swoim talentem. Gwen na pewno! A doskonale wiedziała, że nie była jedyną uczennicą kobiety w tamtym czasie.
Przykrość Gwen potęgował fakt, że otaczający ją mugole co chwilę doprowadzali anomalie do szaleństwa. Ksiądz miał świński nos, jedna z kobiet zaczęła unosić się z piskiem w trakcie mszy, a gdy trumna spoczęła w ziemi, jeden z panów podpalił okoliczne drzewo. Wydarzeniu brakowało więc odpowiedniej powagi, za to wokół panował przestrach i chaos.
Gwen westchnęła, nie mogąc wiele zrobić. Jej talenty magiczne były mocno ograniczone, a przy takiej ilości mugoli wolała nie ryzykować i nie rzucać czarów, zwłaszcza, że sama mogła tylko wywołać gorszą anomalię. Niech to! Co działo się z tą magią?
Opuściła cmentarz jako ostatnia, klękając przed nowo usypaną mogiłą i ostrożnie kładąc bukiet na kopcu. Brakowało na nim kwiatów, nie był obsypany jak wszystkie inne, nowe mogiły, które widziała tego dnia. Najchętniej wykupiłaby cały sklep, aby tylko pani Smith mogła mieć taki pogrzeb, na jaki zasługiwała, ale ograniczone fundusze po prostu jej na to nie pozwalały.
Wzdychając, ruszyła do domu, zerkając przez ramią na mogiłę. To przez anomalie. Te straszne anomalie wywołane nieobliczalną magią. Przez chwilę zwątpiła w sens swojej magicznej edukacji. Po co w ogóle uczęszczała tyle lat do Hogwartu, skoro nie była w stanie tego powstrzymać? Skoro magia i tak robiła swoje? Gdyby tylko wiedziała, jak mogłaby pomóc! Ten gest, przybycie na pogrzeb niemal zapomnianej przez świat nauczycielki rysunku, było na ten moment wszystkim, na co mogła się w ogóle zdobyć. Oby spalone Ministerstwo zostało szybko odbudowane, a magia ponownie opanowana. Inaczej nie było przecież powodu, aby absolwenci szkoły magii nazywali się czarodziejami, prawda?
Gdy wróciła do pustego mieszkania, zaszyła się w swojej sypialni, ponownie szkicując kreski i koła – takie same, jakie pani Smith kazała szkicować jej na pierwszych zajęciach.




They got their
pitchforks and proof
Their receipts and reasons
They're burning
all the witches,
even if you aren't one
So light me up
Powrót do góry Go down
 

Gwendolyn Grey

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie :: Talia kart Tarota-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20