Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Gwiezdny las

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
Autor toWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Gwiezdny las - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Gwiezdny las - Page 3 Empty
PisanieTemat: Gwiezdny las [odnośnikGwiezdny las - Page 3 I_icon_minitime13.02.20 18:58

First topic message reminder :

Gwiezdny las

Część Oazy porośnięta jest przez las, który przez wyrośnięcie na przesączonej białą magią ziemi przejawia niespotykane właściwości. Powietrze gęste jest od wilgoci i okruchów magii, które lecą od koron ku ziemi, w jasnych smugach przypominając spadające gwiazdy. Ich delikatne, mleczne światło sprawia, że w leśnych ostępach nigdy nie jest całkowicie ciemno, a przemierzających las czarodziejów ogarnia otucha i spokój.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Marcelius Sallow
Marcelius Sallow

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f296-arena-carringtonow https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Zawód : Akrobata
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

I walk the line

OPCM : 5
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Gwiezdny las - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Gwiezdny las [odnośnikGwiezdny las - Page 3 I_icon_minitime28.11.20 21:44

Czy szalała w nim wojna? Czy potrafił zapanować nad emocjami, nad bezsilnością, skrajnie tętniącą w żyłach, nad gniewem obezwładniającym całe jego ciało, nad myślami, które uparcie krążyły w głowie, nie pozwalając się od nich uwolnić. Zacisnął pięści mocniej, czując, że najchętniej roztrzaskałby pięści o ten pieniek - lub chociaż włożył w ogień, tylko po to, by poczuć życie, które nie zdołało z niego ulecieć przed paroma dniami. Nie chciał tej wojny, nie rozumiał, co do niej doprowadziło - jak można było mieć w sobie tak wiele nienawiści - nie rozumiał, dlaczego ludzie musieli ginąć w imię zachcianek kilku uprzywilejowanych czarodziejów. Nie rozumiał, dlaczego musiała zginąć jego mama - ani czemu ten psychol musiał potraktować ją tak brutalnie. Nie rozumiał, jak to możliwe, że nikt wcześniej nie wypowiedział głośno stanowczego nie, powstrzymując ich przed... przed tym, co działo się dzisiaj.
- Wcale nie - zaprzeczył gniewnie, choć nawet on słyszał, że nie było w tych słowach przekonania; wojna w jego sercu nie była większa ani straszniejsza od tej, którą ujrzał. Słowa dziewczyny były rozsądne i wyważone, sprawiły, że zamilkł - na chwilę, może dwie, doceniając jej szczerość i zamyśliwszy się nad tym, co powiedziała. Uparty, być może. Mama tez mu to zawsze mówiła. Zaślepiony, czy był? Może. Sądził, że miał do tego prawo. - Jak możesz być tak spokojna? Jak możesz się z tym tak po prostu godzić? Czy jeśli będziemy udawać, że wcale nie jest źle, czy wtedy coś się naprawi? - Potrzeba było działania. Skoordynowanego, zdecydowanego i ostatecznego. Nie miał już nic do stracenia, powinien zacząć działać. Z nimi? - Tak wam powiedzieli? - zapytał ze zwątpieniem, nie był pewien, czy w to wierzyć i gdyby był rozsądny, zachowałby pewnie te wątpliwości dla siebie, ale nie był. Nad niebem zawsze dało się przelecieć, a wodę zawsze dało się przemierzyć. Można było tylko udawać, że jest inaczej. - Niebezpieczne - powtórzył za nią, zastanawiając się nad znaczeniem tego słowa. Nie sądził wcześniej, by cokolwiek było rzeczywiście na tyle niebezpieczne, żeby go powstrzymać: to, co robił na co dzień, wymykało się z ram normalności, nie miało w sobie nic z ostrożności. Nowi po prostu się zjawiali, jak on. Sam nie wiedział kiedy, jak, był nieprzytomny. - Tak jakby teraz cokolwiek było bezpieczne. -  A teraz - był po prostu zagubiony, wyzłośliwiając się na przypadkowej dziewczynie, nie powinien był tego robić. Pokręcił głową, przecząco, już na nią nie patrząc. Jego mama już nie piekła orzechowych ciastek już ich nigdy nie upiecze. Słowa wydawały mu się zbędne, nie tylko dlatego, że na to wspomnienie głos ugrzązł mu w gardle, kontekst rozmowy wydawał mu się wystarczająco znaczący. Rozmawiali o wojnie, o śmierci.
- Była mugolką, mieszkała w Londynie - wyrzucił z siebie w końcu, drżącym głosem. I chyba, chyba chciał powiedzieć więcej. Opowiedzieć to wszystko fragment po fragmencie, już rozchylał usta, łapiąc głoski, jej podwieszone ciało, cieknąca krew, oskórowana twarz, wyprute flaki obwiązane wokół szyi, z której nie uleciało jeszcze życie, jej wzrok, przepełniony błaganiem, wcale nie o śmierć, o litość dla jedynego syna, tego jednego mógł być pewien. Zapach: śmierci, obrzydliwy, dławiący, mięsny. Krwawy. Zapach, który doprowadził go do wymiotów na widok jego własnej matki, która zawsze starała się wyglądać elegancko. Litości nie było, śmierć w końcu też przyszła. Wiedział, że nigdy nie odzyska jej ciała, minie trochę czasu, nim zdoła tam wrócić. Nie będzie mógł jej pogrzebać.
I chyba wiedział też, że nie każdy zasłużył, by stać się tego mimowolnym świadkiem. Skrzyżował na krótko swoje spojrzenie z jej, ucinając temat. Nie powinna o tym słuchać. Nikt nie powinien. Takie rzeczy nie powinny się w ogóle dziać. Ale słowa, które wtrąciła w jego, całkiem wytrąciły go z tego zamyślenia. Ściągnął brew, unosząc ku jej twarzy spojrzenie raz jeszcze, badając jej rysy uważnie, przez Arenę przewijało się czarodziejów, większości nie kojarzył. Czy mogła ich kiedyś odwiedzić? - Słoń... też je lubił - przyznał, jak w malignie, nie do końca rozumiejąc sens tego porozumienia. - Poznaliśmy się wcześniej? - zapytał w końcu wprost, nie wiedząc jeszcze, że nie mówiła wcale o Olliem. Mieszkała w zoo, zabawne, z jednej menażerii w drugą, znów pokręcił głową z niedowierzaniem, tym razem abstrakcja chwili wywołała u niego uśmiech - mdły, nie sięgający oczu i wciąż rozpaczliwy, ale uśmiech. Uśmiech, który zbladł, kiedy docierały do niego jej dalsze słowa - zbyt okrutne, by je słyszeć i zbyt okrutne, by je wypowiadać. - Robiliście to? - zapytał, choć pewnie nie powinien. Nie w tej chwili. - Ukrywaliście mugoli? - W innej sytuacji by tego nie zrobił, ale Billy przekonywał go, że tutaj wszyscy potrzebowali pomocy. Że tutaj wszyscy stali po tej samej stronie. W cyrku też ich szukali, ale pan Carrington nie pomógł nikomu, tylko jemu - przekonując go zresztą, że powinien trzymać się od tego z daleka. - Ja...  - Znów to poczuł, strach, którego nie znał, zimny, paraliżujący ciało, patrzył na nią przez płomienie ognia, widząc w tych płomieniach Olliego, Skoczka, czupakabry i zouwu zbyt młodego, by rozumiał, co działo się wokół niego. Kochał te zwierzęta równie mocno, co kochał cyrk. Potrafił zrozumieć, co czuła - widząc, że nie mniej kochała je ona. Błysk łez w jej oczach i żal w głosie. Wojna niosła tragedię za tragedią. Jak można było spalić takie miejsce... po co? Dla zasady? Ku przestrodze? Oni oszaleli.  - To... to nie są ludzie - zaprzeczył, bo przecież nie wszyscy tacy byli. - Ludźmi są ci, których widzisz tutaj, ci, których twarze rozwiesili na plakatach w miastach - jako poszukiwanych przestępców. Ale oni, ci, którzy to robią... oni już dawno stracili w sobie wszystko, co ludzkie. - Nie chciał przywoływać przed oczy obrazu gęby tamtego Niemca. Jego głos wciąż drżał, ale nabrał pewności. - Nie są też jak zwierzęta, zwierzęta potrafią czuć i rozumieć więcej. Są jak... jak szkielety bez serc, tępo zapatrzone w ideę chorego czarnoksiężnika. Może on ich wszystkich zaczarował, zaklął, przecież to niemożliwe... - Że zła było na świecie aż tak dużo. Gdzie chowało się wcześniej, zanim się to wszystko zaczęło? Ogrom zniszczenia go przerastał, złość szukała ujścia, nie potrafiła go znaleźć. Czuł, że powinien powiedzieć coś więcej, coś, co będzie coś znaczyć, ale na czyn tak straszliwy nie miał odpowiedzi. Na słowa chyba zresztą było już za późno. - Zapłacą za to - odparł w końcu, jego głos przebrzmiewał skrajnymi emocjami, gniewem, lękiem i rozpaczą; znów podniósł ton głosu, nie potrafiąc poradzić sobie z własną wojną. - Za każdą śmierć, każdy czyn, za wszystko, co zrobili. Słyszysz mnie? Za wszystko - Z każdym kolejnym słowem mówił głośniej, choć nie krzyczał, gama emocji zalśniła w jego oczach, błyszcząc gniewną iskrą i rozpaczliwą łzą. Za każde zwierzę, które cierpiało tamtego dnia katusze, za każdego człowieka, który umarł śmiercią pozbawioną sensu. Zapłacą. Na nadzieję przyjdzie czas po zemście, to oni pierwsi porzucili półśrodki. Smutek, który ją ogarniał, jak chorym trzeba było być, żeby do tego doprowadzić? - To oni wypowiedzieli tę chorą wojnę. Chcieli jej, więc jej dostaną. - Dopiero co umknął śmierci, ale zwierzę zapędzone w kozi róg - atakuje, nie bacząc na swoje szanse. Wtedy, kiedy nie ma już nic do stracenia. Na chwilę umilkł, odwracając wzrok gdzieś w bok, zbierając myśli i uspokajając oddech; przyśpieszony znów podrażnił ranę, krótki grymas przeszedł przez jego twarz. - Dwa lata temu - podjął, nieco ciszej. W skupieniu. Nie był pewien, czy dobrze pamiętał nazwę, nigdy tam nie był. - Wzięliście starego lwa. Pocyrkowego. Od nas, z Areny Carringtonów - mówił powoli, chciał tylko namierzyć stworzenie. Wiedział, że miłośnicy  zwierząt mieli podzielona zdania na temat cyrku. Zwierzęta tam pracowały, nie mocniej, niż pracowali ludzie. Czasem bolało, tak jego, jak je. Czasem pojawiała się krew, u niego, u nich. Nie miał na to wpływu. Nie zajmował się tym. Lubił je i nie chciał ich cierpienia. - Czy on..? - Został zamordowany? Był stary, może zasnął wcześniej. A może od dawna był już gdzie indziej. Ale czuł, że szuka tylko usprawiedliwień, że odpowiedź mogła być tylko jedna, znacznie okrutniejsza.




jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Powrót do góry Go down
Josephine Chalmers
Josephine Chalmers

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8946-josephine-chalmers https://www.morsmordre.net/t8958-fitzmaurice https://www.morsmordre.net/t8957-i-am-a-rabbit-hearted-girl https://www.morsmordre.net/
Zawód : a girl from the zoo
Wiek : 18
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
coś się tu nie zaczyna
o swojej zwykłej porze
coś się tu nie odbywa
jak powinno
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Gwiezdny las - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Gwiezdny las [odnośnikGwiezdny las - Page 3 I_icon_minitime05.12.20 6:15

Wtedy nie była spokojna. Wtedy wyrywała się do zwierząt, do otwarcia klatek i wybiegów, ale ojciec trzymał ją zbyt mocno, by cokolwiek mogła z nim ugrać. Wtedy złość i żal splatały się w śmiercionośny eliksir, który zatruwał krew i nie pozwalał trzeźwo myśleć, nie pozwalał chłodno kalkulować i analizować dalszego przebiegu sytuacji, w której się znaleźli. Musieli uciekać – tylko tyle jej wtedy przekazali. Musimy uciekać, Josie, już nic nie poradzimy, musimy ratować siebie. Nie zwierzęta. Teraz ta złość opadła twardo, ułożyła się warstwami jak stare ubrania na dnie szafy. Nie zapomniała o niej, ale nie chciała jeszcze raz przez to przechodzić.
Widzisz? Sam w to nie wierzysz. – zarzucał jej bierność, może i było w tym ziarno prawdy, ale co miała robić? Zostawić rodzinę i iść machać różdżką przed czarnoksiężnikami? Udzieliła jej się ta złość, jego złość, wznieciła podmuch w jej skrywanych dotąd myślach, w tych, które uważała za zepchnięte w ciemną przepaść. – Nie, oczywiście, że nie! Ale co w takim razie mamy robić? Chcesz rzucić się w walkę i głupio zginąć? – zabrzmiała w tym jakaś troska – nie rozumiała jej, a jednak tam była, desperacko szukając ujścia w tym chaosie. Ledwo go znała i to nawet nie z imienia.
To dziwne, jak szybko to zdenerwowanie, ta kiełkująca w młodych umysłach wściekłość, łagodniała pod naporem dzielonych doświadczeń – oboje, choć dopiero odkrywali przed sobą karty, ostrożnie i nieufnie, zdawali się przeżyć coś łudząco podobnego. Stratę – niepowetowaną i jątrzącą się jak stara, szarpana wciąż i wciąż rana. Bo te wszystkie określenia przeszłości – one znaczyły, że coś stracił. Wiele. Zbyt wiele, by spokj mógł utrzymać to w ryzach, demony co rusz wyrywały się w łańcuchów, pragnąć zemsty. Łączyła fakty, starała się, ale umysł, nauczony przez dziadka, wypierał to, czego nie potrafił przetrawić. Ale może nie powinna, może ona miał rację i to wcale nie było dobre – rzeczywistość, nawet zaklęta, pod złudnym ukryciem, pozostawała brutalna i nie przebaczała pomyłek. Poczuła jakiś dysonans. Coś zazgrzytało nieprzyjemnie.
Opowiesz o niej… trochę więcej? – widziała, jak otwierał usta, żeby powiedzieć coś jeszcze, ale w końcu zrezygnował. Pomyślała, że może wtedy będzie mu lżej, kiedy jednak to z siebie wyrzuci. Nie będzie jednak nalegać, decyzję pozostawiała jemu. Uniosła brwi, gdy odpowiedział na to, na co wcale nie oczekiwała odpowiedzi. Mówili o tym samym słoniu? O Kwalim? Ale… jak to możliwe? Znała wszystkich opiekunów w zoo, każdemu codziennie mówiła „dzień dobry” będąc jeszcze dzieckiem. A później był Hogwart, szkoła zupełnie oddzieliła ją od życia wśród zwierząt. Może jednak zdobył pracę na wybiegu ze słoniami. – Nie… chyba nie. Znasz Kwaliego? Byłeś kiedyś w Whipsnade? – niewielu było ludzi, którzy zdolni byli powiedzieć, co słonie lubiły widzieć w swoim menu, ba, jeszcze mniej potrafiło im owe smakołyki podać, żeby na własne oczy zobaczyć, jak potrafią być wdzięczne nawet za kilka orzeszków ziemnych. Uśmiechnęła się do niego. Tym krótkim zdaniem podszytym niepewnością wyciągnął z jej pamięci kilka dobrych wspomnień, parę odczuć zakotwiczonych w głowie zbyt płytko, by mogły przywracać ciepło za każdym razem – dziś jednak to się udało.
Wspomnienie prędko prysło. Pamiętała jeszcze słowa matki, wetknięte między myśli jeszcze mocniej, niż jakiekolwiek zaklęcie, których tak wytrwale uczyła się w Hogwarcie – nie mów nikomu, nawet tym, którym ufasz, rodzinie, krewnym, przyjaciołom, nikomu. Ale czy te słowa miały jakąkolwiek wartość teraz, kiedy już niczego nie było?
Kilku. Pomagaliśmy im przejechać przez granicę Londynu, a potem dostać się do statków, które przewoziły zwierzęta do francuskiego zoo. Ale… nie mów nikomu, jasne? – spojrzała na niego z determinacją malującą się w szklących od ognia tęczówkach, w zwężonych od światła źrenicach.
Jego dalsze słowa dały jej dowód na to, że dotrzyma tej obietnicy – choć była pusta, teraz nic nieznacząca – dotrzyma jej. Uniosła subtelnie brwi w zadziwieniu, obserwując go, kiedy mówił, lub raczej – w jaki sposób mówił. W jego głosie, choć wciąż słabym, pełnym żalu i niesprawiedliwości tego świata, czaiła się jakaś moc. Jak lwiątko uczące się polować, patrzące, jak robi to matka – jak zanurza pazury w świeżym mięsie, jak czai się wśród wysokich traw na swoją ofiarę, jak rozrywa długimi kłami drgającą spazmatycznie szyję, by raz na zawsze uciąć nić życia.
Nie zgadzam się – zacisnęła wargi i wstała nagle zaciskając dłonie w pięści. – Tak nie może być! Jesteś młody, nie możesz iść tam i… i zabijać jak oni! Co cię będzie różniło od nich? Nic!
Przestraszyło ją to, bo na jej oczach lwiątko miało dorosnąć? Nie wiedziała, czy właśnie to miał na myśli, ale w jaki inny sposób mogli zapłacić, jeśli nie życiem za życie? Rozpatrywała tylko czarny scenariusz, ten najgorszy, w którym stawał się tym, czemu sam odmawiał człowieczeństwa. Mówił wtedy o nich, nie chciała, by wkrótce zaczął mówić w ten sposób o sobie.
Westchnęła cicho i usiadła z powrotem, owijając się mocniej swetrem, kiedy na ramionach poczuła dreszcze wywołane łaskotaniem wiatru. Te sprzeciw ją rozgrzał, podobnie jak jego – przyspieszył oddech, jakby dostała zadyszki. Uniosła jeszcze raz na niego wzrok, ale tym razem widać w oczach było rosnącą bardzo powoli pretensję, wyrzut.
Od nas? – mieli tylko jedno takie zwierzę w ostatnim czasie. Te przychodziły rzadko, bo w większości przypadków umierały pod ciężarem batoga – tylko nieliczne przypadki zdolne były do wywalczenia śmierci na swoich warunkach, w spokoju i przy dostatku jedzenia. – Benny umarł rok temu ze słabości, ale wiesz, co ci powiem? – jeszcze raz wstała, ale tym razem ze znacznie większą werwą, i niemal do niego podbiegła, ciężkimi krokami przebywając maleńki fragment piaskowego dywanu. Nachyliła się, żeby spojrzeć mu w oczy. Długie włosy opadły z pleców na jej prawie ramię, musiały dotknąć jego szyi, może twarzy. – Umarł ogrzewany promieniami wiosennego słońca, najedzony i napojony, nie bojąc się, że za chwilę ktoś podniesie na niego ciężką rękę i każe mu skakać przez płonące koło. Zaopiekowaliśmy się nim, bo na to zasługiwał. Jak każde zwierzę, którym wy nie potraficie się zajmować!
Urażona, jak mało kto, obróciła się na pięcie i ruszyła prędkim krokiem w stronę wioski, nie chcąc nawet słyszeć jakichkolwiek tłumaczeń z jego strony. Jeśli miała bronić czegokolwiek, to zwierząt – one zasługiwały na to w pełni.


Powrót do góry Go down
Marcelius Sallow
Marcelius Sallow

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f296-arena-carringtonow https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Zawód : Akrobata
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

I walk the line

OPCM : 5
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Gwiezdny las - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Gwiezdny las [odnośnikGwiezdny las - Page 3 I_icon_minitime08.12.20 19:45

Nie odpowiedział, choć jej słowa wybrzmiały w jego głowie głuchym echem. Czy tego właśnie chciał, rzucić się w walkę i głupio zginąć? Nie, tamto zdarzenie i kilka ostatnich dni wystarczyło, by mu uświadomić, że wcale nie chciał umierać. Ale nie chciał też siedzieć z założonymi rękami - jak mógł spojrzeć sobie w oczy w lustrze, kiedy nie robił nic, a inni, a Bertie, a jego mama, poświęcali się - żeby umrzeć? Ich walka też nie miała sensu. Nie byli silni. Nie mieli żadnych szans zwyciężyć z żywiołem, któremu się sprzeciwiali. Ale to zrobili - bo byli przyzwoici, bo nie chcieli stać bezczynnie. Czy matka byłaby z niego dumna, wiedząc, że tchórzliwie chował pod siebie ogon i nawet nie próbował zrobić niczego? Mówią, że lepiej jest umrzeć stojąc, niż ginąć na kolanach: nie godził się na to, co robili. Nie godził się na śmierć, ni swoją, ni innych. Ale jeśli wszyscy będą negować tę wojnę z oddali, nic się nie zmieni. Wszystkich ich przecież nie zabiją. Czyżby? Wpatrywał się w tańczący ogień, choć utkwione w iskrach źrenice - podrażnione - zaczynały się przesuszać. Chyba tego potrzebował, żeby ktoś o to zapytał. Po to, żeby zrozumiał, że nie było już innego wyjścia. To oni zaczęli tę wojnę, a jeśli ich grzecznie poproszą o jej zakończenie, raczej nie będą słuchać. Świat należał do nich. Do młodych. Starzy odchodzili w cień, w proch, w pył. Nie będą dyktować im zasad jakimi rozegrają ten świat. Nie mieli przecież do tego prawa. Rósł w nim gniew, im więcej słów wypowiadał, im dłużej z nią rozmawiał, tym pewniej odnajdywał się we własnych myślach.
- Ja... - zaczął bez przekonania, zamknął oczy, tylko na chwilę, przypomniał sobie tamten zapach, widok, smak, dźwięk flaków wyciąganych z jej brzucha, wrzask, krzyk bólu, wreszcie spojrzenie - spokojne, potem już martwe. Pokręcił głową, sądząc, że zrozumie. Nie chciał o niej rozmawiać, jeszcze nie teraz - nie był na to gotowy. Nie był pewien, czy kiedykolwiek będzie. Może mówienie o tym - czy nie urągało jej pamięci? Nie chciałaby zostać zapamiętana w taki sposób, nikt by nie chciał. Czuł, że rozumiała, że wcale nie chciała naciskać, zapytała, ale ni gestem ni słowem nie próbowała napierać. Marcel zamilkł - wciąż wpatrując się w pnące ku nocnemu niebu płomienie, coraz wyżej nad dopalającym się drewnem. Pokręcił głową, przenosząc ku niej spojrzenie dopiero, gdy wymieniła imię. Kwali, Whipsnade, musiało jej chodzić o zwierzę stamtąd - nie wiedział wiele o ogrodach zoologicznych Wielkiej Brytanii, ale potrafił wymienić nazwy tych, do których trafili ich podopieczni - odpocząć, spędzić starość. Naprawdę przedziwny zbieg okoliczności.
I ona - przynajmniej nie była bezczynna. Przyglądał się jej z uwagą, kiedy opowiada o działaniach, którymi pomagali uciekającym, on, on tylko słyszał krzyki, widział krew barwiącą rzekę - i nie zrobił nic. Nie czuł się z tym dobrze, z bezczynnością, czym różniła się od obojętności? A przecież obojętnym nie był - czuł podziw dla każdego, kto nie stał z założonymi rękoma jak on.
- Nikomu nic nie powiem - odpowiedział zaraz, szczerze, tonem obietnicy, sekrety takie jak te nie powinny stawać się powszechne. Zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, gdyby jego mama trafiła na takich ludzi - nie na niego - może wciąż by żyła. Musiała być odważna, odważniejsza, niż na to wyglądała. I dzielna, choć to poświęcenie kosztowało ją, ich, bardzo wiele. Choć tę cenę zapłaciły bezbronne zwierzęta. W czasach takich jak te żadna decyzja nie była prosta, jedni przyjmowali ich ciężar wcześniej, inni później. Patrzył na nią dalej, kiedy się uniosła, wyprostował się, rozchylił usta, chcąc coś powiedzieć, ale nie wtrącił jej się w słowo. Nie chciał zabijać, okrutnie to brzmiało. Nawet nie potrafił.
- Lepiej nie robić nic? Pozwolić im zabijać innych? Czym różnimy się od nich teraz - przyglądając się okrucieństwu i bestialstwu, do którego doprowadzili? - zapytał, wpatrując się w jej źrenice tak intensywnie, jakby naprawdę spodziewał się odczytać w nich odpowiedzi. - Pozwalamy na to! - Choć przecież wiedział - że dzisiaj nikt ich nie znał. Widział u niej gniew, gniew iskrzył też w jego oczach. Płonął - upiorną pożogą, która strawiła już przeszłość. Nic już nigdy nie będzie takie jak było. I patrzył na nią wciąż, kiedy mówiła o Bennym, już martwym Bennym. Tak dobrze, że nie doczekał tego dnia, że nie musiał na to patrzeć, czuć strachu, cierpieć pod okrucieństwem zaklęć - jakkolwiek zabijali te biedne zwierzęta. Podążył wzrokiem za jej ruchem, nie do końca pojmując jej zamiary, odruchowo wyprostował się mocniej i uniósł podbródek ku stojącej nad nim dziewczynie; czuł na sobie miękkie kosmyki jej włosów, poczuł ich zapach, pachnący wyspiarską bryzą. Początkowo nie rozumiał złości w jej głosie, kiedy mówiła, jak umierał lew - czyż nie dobrze dla niego, że usnął szczęśliwy?
- Ja nie... - Dopiero dalsze słowa - pozwalały zrozumieć jej emocje, choć Marcel był w stanie tylko poruszyć ustami, nie znajdując odpowiednich słów. Nie był opiekunem zwierząt, nie zajmował się ich tresurą. A treserzy byli różni. On sam - kochał te zwierzęta, choć czasem cierpiały nie mniej od niego. W cyrku każdy płacił swoją cenę. Cieszyło go, że stary lew trafił w dobre ręce, ale oceniała go niesprawiedliwie.
- Czekaj - zawołał na nią, kiedy odwróciła się na pięcie; chciał wstać, ale ledwie napiął mięśnie nóg, a blizny przeszyły jego ciało piorunującym bólem, usadzającym go z powrotem na miejscu. Wygiął się w przód, z bólu. - Czekaj! - zawołał głośniej, ale była już daleko - i nie pozwoliła mu wypowiedzieć ni słowa na swoją obronę. Obserwował jej niknącą w ciemnościach bezimienną sylwetkę, ze złością odrzucając leżący nieopodal kawał drewna w ogień, wybudzając z paleniska wachlarz pomarańczowych iskier. Przeklął pod nosem, przecierając dłońmi skronie, wplatając je we włosy, zaciskając oczy, zęby, pięści.
I znów został sam.

/ zt x2 chlip




jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Gwiezdny las - Page 3 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46

Gwiezdny las - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Gwiezdny las [odnośnikGwiezdny las - Page 3 I_icon_minitime17.12.20 9:40

koniec sierpnia/wrzesień?

Powietrze wciąż pozostawało gęste i lepkie od ciepła, które jeszcze przez chwilę po zachodzie słońca wyczuwalne było w powietrzu. Lato dopisało w tym roku, zaskakując harmonią, spokojem tak długo wyczekiwanym po anomaliach. Zawsze zdawało jej się, że tutaj pogoda była nieco inna, ale nie była pewna, czy to za sprawką magii drzemiącej w ziemi i otaczającej ich ze wszystkich stron czy może morza, od którego z daleka przyznawały jakieś dziwne prądy. A jednak Oaza nie była taka sama po egzekucji. Nie dla niej, życie tu przecież toczyło się dalej, ludzie nie mieli pojęcia o tym, co wydarzyło się w Londynie — jak bestialsko potraktowano więźniów, jak podle i okrutnie. Nie mieli pojęcia, że jedna z nich została pojmana. Była z nią myślami każdego dnia. Przyłapywała się na tym, że w samotności powtarzała na głos rzeczy, które zamierzała jej opowiedzieć, gdy wróci, starając się zapamiętać wszystko dokładnie, ze szczegółami. jak choćby to, że stary John zabrał się za dekorację prostych chat, chcąc nadać im jakiegoś wyjątkowego charakteru, albo Jude zabrała się za tworzenie małego ogródka przed swoją chatą, wierząc, że nasiona się przyjmą i jeszcze przed zimą zdążą wypuścić jakieś owoce. Bo bywała tu. Kroczyła tymi ścieżkami, zaglądając do ocalonych, sprawdzając czy wszystko w porządku — czy nie należy w czymś pomóc, coś zrobić, gdzieś się do czegoś przydać. Ciągle w ruchu, ciągle działając. Nawet jeśli dla innych nic nie uległo zmianie, ona dostrzegała ten brak. I nie potrafiła o tym zapomnieć.
Ostatnio dużo czasu w oazie poświęcała na szyciu, starając się latać dziury, przeszywać guziki w ubraniach, które wymagały odświeżenia, które będą potrzebne kolejnym ludziom sprowadzanym do przepełnionej już oazy. Nie chciała wykorzystywać do tego magii, wolała zrobić to własnymi rekami, nauczyć się tego do porządku, korzystając z nauk mamy, robić to, co do niej należało, czasem zapominając, że pokłute od igły dłonie jeszcze kilka miesięcy temu zajmowały się wyłącznie dotykaniem twardego, suchego drewna, poszukiwaniem po rączkach nierówności, drzazg, składaniem witek i pętaniem ich w stalowe obręcze. Skupiając się na przeciąganiu igły przez dwa kawałki materiału i wbijaniem jej tuż obok, pilnując by nić nie zaplątała się w supeł gdzieś po drodze czasem myślała o tym, jak było. I co było. Może niepotrzebnie czepiając się przeszłości tak kurczowo.
Mignął jej przed oczami. Dostrzegła go kątem oka, kiedy rozmawiał z kimś, ale nie próbowała się przysłuchiwać. Wręcz przeciwnie. Starała się ignorować jego obecność, zajmując przetykaniem igły i doszywaniem kraciastej łaty na kolanach dziecięcych spodenek. Ale nie mogła wyzbyć się tego poczucia winy, które przypominało jej niesprawiedliwość z jaką go potraktowała po powrocie. Nie zasłużył na to. Na gniew, na złość, na frustrację, do których zaledwie dołożył jeden kamień — nie był ich całkowitą przyczyną. I nie mogła pozbyć się tej świadomości, a zamiecenie tego wszystkiego pod dywan niczego nie zmieni. On się nie zmieni, ona także. A to przecież on był częściowo powodem jej obecności tutaj. To on otoczył ją swoją cierpliwością i obdarzył zaufaniem, wierząc, że na coś może się przydać. Biła się z myślami, kiedy ruszył przed siebie w nieznane, odwlekając moment konfrontacji z jakiegoś prozaicznego strachu. Miała wrażenie, że ostatnio tylko psuła; nie udało jej się nic innego.
Instynktownie wstała, a kiedy już to zrobiła wiedziała, że głupio byłoby już usiąść z powrotem i powrócić do cerowania kolejnej pary spodni. Odłożyła wszystko na bok i ruszyła w ślad za nim, wygładzając materiał spódnicy. Musiała przyspieszyć kroku, by go nie stracić z oczu. Gdzieś na granicy lasu w końcu zbliżyła się na tyle, by móc go zawołać.
— Tyle czasu spędziłeś z dala od domu i już szukasz samotności? — Chciała, żeby jej głos wydał się beztroski, ale zatańczyła w nim jakaś niepewność. — Nie będę ci przeszkadzać. Też się wybrałam na samotny spacer. Jak będę szła kilka jardów za tobą, to dalej będzie samotny, nie przejmuj się. W ogóle nie musisz zwracać na mnie uwagi. Delektuj się ciszą i spokojem. Drzewa pięknie szumią, prawda? To możesz, no wiesz, rozglądać się wkoło i napawać samotnością. Czy tym, co się robi podczas takich spacerów.— Przechyliła głowę w bok, ale to nie pozwoliło jej dostrzec nawet fragmentu jego twarzy., Irytował się już? Potknęła się o jakąś wystającą gałąź, ale zachowała równowagę. — Ale szumi! — krzyknęła mimochodem. — Nawet stąd słychać morze.— Nie, tak naprawdę nic nie słyszała.





storm in the sky
fire in the street
if there's nothing but pain
put in on me


Powrót do góry Go down
Frederick Fox
Frederick Fox

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t3769-skrytka-bankowa-nr-605#69393 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
Zawód : rebeliant, wolny strzelec, ex auror
Wiek : 33 (36)
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
fire is catching
and if we burn
you burn with us
OPCM : 46
UROKI : 30
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Metamorfomag
Gwiezdny las - Page 3 Giphy

Gwiezdny las - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Gwiezdny las [odnośnikGwiezdny las - Page 3 I_icon_minitime20.12.20 10:31

1 września

Musiałem przegrać jakiś zakład z Losem, pod zastaw nieopatrznie dając swój czas dzielony z rodziną - pewien, że w życiu był już dla mnie zbyteczny. Niedoszacowałem obecności Oscara, gnałem więc jak mogłem, by teraz nadrobić stracone chwile. Miesiąc. Tylko tyle dla siebie mieliśmy - i był to miesiąc trudny, dzielony między obowiązki, pracę, wolontariat i syna. Jeszcze wczoraj trenowaliśmy manewry na miotłach - ale pierwszy września wyznaczał kres wszystkiego, co mogłem mu zaoferować. Nie chciałem być niedzielnym ojcem. Żadnym ojcem. Swoim ojcem. Tymczasem rezygnowałem z umacniania tej więzi w imię wyższych wartości, w imię lepszej przyszłości - lub po prostu jakiejkolwiek przyszłości. I choć Oscar był pojętnym chłopakiem, mimo wszystko nie wiedziałem, czy rozumie. Czy wie, że trzymam jego stronę. Że jest moją ulubioną osobą - nawet jeśli czasem zderzał się z moją dezaprobatą.
To nie tak, że swoją wyprawę za ocean uważałem za całkowicie bezcelową. Z każdym dniem spędzonym w Oazie przekonywałem się, że limit miejsc dla uchodźców został już przekroczony, a ziarna kryzysu z dnia na dzień mogły wykiełkować. Sytuacja w Londynie nie polepszała morali, poplecznicy Voldemorta w swoich poczynaniach stali się rozpustni jak dziadowski bicz. Czy gdybym został, losy potoczyłyby się inaczej? Czy gdybym został, nie doszłoby do publicznych egzekucji? Kto był pomysłodawcą tego średniowiecznego zwyczaju? Voldemort? Jego sługusy? A może mój ojciec, który dowiódł w przeszłości, że hołubi tego rodzaju rozrywkom? Myśl o nim przepełniała mnie odrazą i agresją - czymś, co było we mnie od zawsze, ale było zupełnie nowe, przez lata trzymane w ryzach, pod kopułą spokoju i wyważenia.
Nie chciałem być już ani spokojny, ani wyważony.
Ci, których poznawałem w Oazie, nie mogli tego wiedzieć. Dałem się zapamiętać raczej jako pomocny nauczyciel, z dobrym słowem na ustach, ale nie wymuszonym, nie puszczanym na wiatr. Czasami wszystko, czego trzeba było drugiemu człowiekowi, to chwila poświęcona na jego wysłuchanie - i autentyczne usłyszenie. Byłem więc takimi uszami, pamiętając o zdobyciu nasion, o które prosiła młoda zielarka, i o talii kart dla starszego czarodzieja. Drobny gest, który zatrzymywał bezwładne ciała tuż nad otchłanią.
Miałem już wracać do Kurnika, ale zboczyłem ze znanej ścieżki między drzewa, a później głębiej i głębiej, dalej w las. Chciałem pobyć sam - poukładać myśli, posiedzieć w ciszy, zamknąć oczy, odłączyć zmysły. Zauważyłem ją chwilę po tym, jak znalazłem się poza szlakiem. Była tak głośna, że zastanawiałem się, czy w ogóle próbuje ukryć swoją obecność. Specjalnie obrałem nieprzetartą drogę, chcąc sprawdzić, czy pójdzie w moje ślady. Przekonać się jak mocno zależy jej na konfrontacji. Pomimo jej solennych zapewnień w liście, wiedziałem, że prędzej czy później będziemy musieli stanąć ze sobą twarzą w twarz.
I że to nie ja będę tym, który będzie odwracać wzrok.
Czekałem. Przez cały ten czas. Dałem jej dokładnie to, o co prosiła - czy może raczej nie dałem. Nie czułem się dobrze ani ze wspomnieniem z zeszłego festiwalu lata, ani z treścią listów, które przychodziły raz za razem, kiedy tylko postawiłem suchą stopę na ziemi angielskiej. Nie czułem w jej tonie znajomej, przyjacielskiej zadziorności, a jedynie kolejne wyrzuty, zrzucające na moje barki winę za wszelkie jej nieszczęścia. Nie chciałem tego. Nie rozumiałem też do końca - i byłem absolutnie zagubiony. Bo kiedy tylko spomiędzy drzew dobiegł mnie jej głos znowu brzmiała jak typowy Wright, słonica w składzie porcelany i mistrzyni dwutaktu. Czułem jej wahanie, niepewność w jej głosie - znałem ich podłoże. Z drugiej strony - nie dałem się temu ponieść.
- Dowiedziałabyś się więcej, gdybyś pytała, zamiast stwierdzać. - Zasugerowałem neutralnie, bez wyrzutu. Zatrzymałem się, odwracając twarz w kierunku, z którego szła. Zawsze, kiedy się stresowała, mówiła dużo. Znałem ją wystarczająco dobrze. - Nie wiem, Hannah, czy próbujesz oszukać siebie, czy może jednak mnie. Daleko z tym nie zabrniemy. - Podsumowałem krótko, a w moim głosie dało wyczuć się rezygnację. Czekałem, aż zmniejszy dzielący nas dystans. Nie tylko ten fizyczny. - Co chcesz? Pogadać? Bo przecież nie spacerować w samotności. Gdyby tak było, poszłabyś w inną stronę. - Nie trzeba było geniuszu, by przejrzeć ten plan. Za to niewątpliwie trzeba go było, by skłonić Hanię do mówienia wprost.




Kundle, odmieńcy, śmieci, wariaci,
obywatele degeneraci,
ej, duszy podpalacze,
Róbmy dym
Powrót do góry Go down
 

Gwiezdny las

Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Mniejsze wyspy :: Oaza Harolda-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-21