Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Wild Horses - Beauxbatons, 1952 rok
AutorWiadomość
Wild Horses - Beauxbatons, 1952 rok [odnośnik]15.02.20 23:34

koniec września 1952 roku, Beauxbatons

Przemierzała szkolne korytarze szybkim, lecz nie nerwowym krokiem, w akompaniamencie miarowego stukotu obcasików; wytrwale kierowała się ku przylegającym do wschodniego skrzydła stajniom, nie schodząc przy tym nikomu z drogi, choć na korytarzach roiło się już od roześmianych, świętujących nadejście piątkowego popołudnia uczniów. Tylko nieliczni obrali sobie za cel zamkową bibliotekę, większość tłumnie wylewała się na błonia z zamiarem skorzystania z ostatnich cieplejszych dni września – ona jednak nie chciała rozsiadać się na jednej z ławeczek o fantazyjnych okuciach i celowo opalać przy tym swą porcelanową, bladą skórę. Od samego ranka z utęsknieniem wyczekiwała przejażdżki konnej, którą miały odbyć z drogą Cressidą, a którą zaplanowały już kilka dni temu. Co prawda końcowe egzaminy nadchodziły wielkimi krokami, za niecały rok miała przecież opuścić mury Beauxbatons i powrócić do ojczystego kraju, tym razem na stałe, do tego pełnienie funkcji prefekta wiązało się z dodatkowymi obowiązkami, mimo to nie mogłaby odmówić sobie tej przyjemności, jaką niewątpliwie było spędzanie czasu na grzbiecie wierzchowca – co więcej, w towarzystwie miłej sercu ptaszyny. Odkąd tylko poznała ją lepiej, była przekonana, że lady Flint jest nie tylko prawdziwie delikatna i wrażliwa, tak inna od większości zarówno angielskich, jak i francuskich panienek, ale i posiada – może właśnie dzięki temu – niebywałą rękę do zwierząt. To sprawiało, że potrafiła się przy niej zdobyć się na zdradzenie swych prawdziwych myśli, niegroźnych przekonań, nie tylko na dumne prezentowanie wypracowywanej wciąż maski idealnej córki, wzorowej uczennicy, nieskazitelnej panny na wydaniu. Naturalnie, wciąż zachowywała się przy tym tak, by nie narazić honoru rodu Malfoyów na uszczerbek, wszak obie były dobrze wychowanymi damami, lecz niewątpliwie w kontaktach z Cressidą pozwalała sobie na więcej szczerości, bo nie obawiała się, by ta mogła chociażby plotkować za jej plecami – nie mówiąc o żadnym poważniejszym przewinieniu – a tym samym nadszarpnąć budowane od lat zaufanie.
Niewiele później była już przy stajniach; nierozerwalnie wiążący się z nimi zapach nie robił już na Cynthii większego wrażenia, choć niewątpliwie nie cieszył wrażliwego, przyzwyczajonego do pięknych woni nosa. Powoli pokonywała ostatnią prostą, ostrożnie stawiając kroki na kamiennej, nie tak prostej ścieżce. Cieszyła się przy tym, że po skończeniu ostatnich tego dnia zajęć zmieniła nie tylko suknię, ale i pantofelki, na wciąż eleganckie, lecz nieco bardziej nadające się do jazdy konnej. – Cressido – odezwała się miękko, z wyczuwalną sympatią, gdy tylko odnalazła ją przy jednym z boksów zarezerwowanych dla abraksanów. Skrzydlatych, lecz przy tym większych, potężniejszych wierzchowców; czyżby jej towarzyszka miała ochotę nie tylko pojeździć, ale i polatać? – Cieszę się, że cię widzę – dodała po angielsku, powoli wyciągając skrytą w atłasowej rękawiczce dłoń do pyska konia, poklepując go poufale i pewnie. Tęskniła za swym Learem, którego musiała zostawić w Wiltshire, lecz w Beauxbatons mogła obcować z takimi, dostojnymi i skrzydlatymi, okazami, toteż starała się tym nie smucić. – Och, i jakże cieszę się z tego, że możemy w końcu odpocząć. Czekałam na tę chwilę od samego ranka – przyznała bez skrępowania, korzystając z tego, że były same, że nie ograniczały ich ciekawskie spojrzenia innych uczniów. Przyjęła na usta niewielki uśmiech, odgarnęła niesforny, opadający na czoło kosmyk i westchnęła cicho, mimowolnie. Łaskawie pozwoliła sobie na tę chwilę słabości, powoli zbierając myśli, zastanawiając się, czy wolała powiedzieć jej o otrzymanym liście, czy może jak najszybciej wyruszyć w drogę, poczuć wiatr we włosach. – Otrzymałam odpowiedź od Davida – powiedziała w końcu, niby to swobodnie, choć przecież ten temat nie był lekki i przyjemny. Chciała, by opowiedział jej, co dzieje się w domu, jak radzi sobie Estelle, starsza siostra, która nie tak dawno temu wyszła za mąż, stając się spoiwem między dwoma rodami o wspaniałej historii. – Którego wybierasz? – dodała, robiąc kilka kroków do przodu, wodząc wzrokiem od jednego rumaka do drugiego. Walczyła ze sobą, wciąż nie będąc pewną, czy chciała się wyżalać, czy raczej zapomnieć się w przyjemności z przejażdżki.



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Re: Wild Horses - Beauxbatons, 1952 rok [odnośnik]16.02.20 13:41
Niedawno zaczął się jej przedostatni rok nauki. I choć miała jeszcze trochę czasu do ukończenia szkoły, to też powoli zaczynała rozmyślać o tym, co będzie, gdy ją skończy i wróci na łono rodziny już nie jako podlotek, uczennica, a jako dama, panienka na wydaniu. Czy pan ojciec już próbuje szukać mężczyzny, który przyjąłby tak niedoskonałą kandydatkę na żonę? Czy może przyjdzie jej zostać starą panną, bo nikt nie zechce zahukanej, rudej i piegowatej Flintówny odstającej wyglądem od reszty swojej szlachetnej rodziny i w dodatku rozmawiającej z ptakami?
Cressida, latami deprecjonowana przez wymagającego pana ojca i dorastająca w cieniu lepszego, doskonalszego rodzeństwa, miała niezdrowo niską samoocenę. To sprawiało, że odstawała od innych młodych lady, w większości pewnych siebie i swojej wartości. Była bardzo nieśmiała i niepewna siebie, przekonana o tym, że nikt jej nie zechce i zostanie starą panną, chyba że panu ojcu uda się znaleźć kogoś, kto ją przyjmie. Może jakiegoś podstarzałego, dwu- lub nawet trzykrotnie starszego od niej wdowca, któremu potrzeba odpowiednio młodej i uległej nowej żony? Odstawała od innych dam także wyglądem. Miała ciemnorude włosy, a jej blada, delikatna buzia naznaczona była konstelacjami złocistych piegów, które latem intensywnie nakrapiały jej skórę nawet gdy unikała wystawiania się na bezpośrednie słońce. Nie była podobna do reszty swojej rodziny; wygląd ten odziedziczyła bowiem po babce ze strony matki.
Cieszyła ją myśl o spotkaniu z Cynthią i wspólnej konnej przejażdżce. Nadal była pod wrażeniem, że śliczna lady Malfoy o nienagannie porcelanowej skórze chciała przyjaźnić się właśnie z nią. Ich rody żyły w neutralnych relacjach, ale i tak Cressie zawsze myślała, że dama taka jak Cynthia na pewno mogła mieć lepsze przyjaciółki niż ona. Cressida żyła na uboczu szkolnej społeczności, nigdy w centrum uwagi, a zawsze w cieniu innych dam z brytyjskich rodów, które wysłano tu na nauki. Trzymała się swoich i przestrzegała ojcowskich zasad nawet na obczyźnie, pamiętając, że surowy Leander Flint nie pozwoliłby jej przyjaźnić się z czarownicami nieczystej krwi. Może nie uczono jej nienawiści, ale nie pozwalano zapomnieć o społecznej hierarchii, dlatego też, mając to wszystko na uwadze, wolała przebywać przy innych lady, ewentualnie dopuszczając do siebie też dziewczęta z francuskich rodzin czystej krwi.
Ale i tak najbardziej cieszyło ją obcowanie z innymi angielskimi dziewczętami, bo mogła mówić w ojczystym języku. Inna lady mogła też najlepiej zrozumieć jej bolączki związane z presją dorastania w takim środowisku i świadomością tego, co czeka ją po szkole.
Dla rok starszej Cynthii była to bliższa perspektywa. Cressie już było smutno, że swój ostatni rok spędzi nie tylko bez siostry, ale i bez przyjaciółki, i będzie się czuć samotna.
I ona od rana czekała na popołudnie i wspólną przejażdżkę, pozwalającą spędzić czas z jedną z bliższych jej dziewcząt w tych murach. Jak na Flintównę przystało uwielbiała jazdę konną, o wiele bardziej stosowną dla damy niż plebejskie miotły. Lubiła też mieć do czynienia ze zwierzętami, w końcu wychowała się w lesie, w poszanowaniu do natury.
Po lekcjach i ona ubrała się swobodniej, zakładając niekrępującą ruchów suknię, w której zwykle jeździła konno. Od kilku lat należała do szkolnego kółka jeździeckiego, co pomagało jej nie zapomnieć nabytych w rodzinnym domu umiejętności, a także pozwalało poczuć się prawie jak w domu. Gdy zbliżała się do szkolnej stajni, na jej nakrapianej buzi już pojawił się uśmiech; cieszyła się, że będzie mogła oddać się ulubionej aktywności fizycznej i to z przyjaciółką, która podzielała jej pasję. Cressie o wiele lepiej i pewniej czuła się na końskim grzbiecie niż na parkiecie. Była dzieckiem lasu. Nic dziwnego, że czasem śmiano się z niej, że wychowały ją centaury.
Na widok Cynthii wyraźnie się ucieszyła. Zapach siana i koni przypominał zaś stajnie należące do Flintów.
- Ja też się cieszę, czekałam na nasze spotkanie z niecierpliwością. Miło jest po lekcjach wybrać się na przejażdżkę – powiedziała z charakterystyczną dla siebie prostolinijnością. W przypadku Cressidy nie trzeba było obawiać się fałszu czy obmawiania za plecami, podobne zachowania nie leżały w jej łagodnej, miłej naturze. Nie potrafiła kłamać ani manipulować. To też było coś, co różniło ją od większości dam. – Możliwość konnych przejażdżek przypomina mi o domu i o tym, jak przemykam wśród lasów Charnwood na jednym z koni lub ateonanów należących do mojej rodziny. – A Cressida, jak każdy Flint, była przywiązana do lasu, który otaczał ich posiadłość. I choć nie znosiła polowań (ale ojciec już jej nie męczył udziałami w nich), to uwielbiała jeździć konno. – Tęsknię za nimi i smutno mi, że ujrzę rodziców i brata, a także dom dopiero w grudniu.
Niestety na czas nauki musiała znosić rozłąkę, choć teraz przychodziło jej to łatwiej niż na pierwszym roku. Początki były najtrudniejsze, bo to było pierwsze oderwanie Cressidy od rodowych włości na tak długo. A dziewczątku wychowanemu w izolacji leśnego dworu trudno było się przyzwyczaić do nowej rzeczywistości pełnej innych dzieci, skoro wcześniej miała do czynienia jedynie z krewnymi oraz przyjaciółmi rodu.
Słysząc wzmiankę o Davidzie przyjrzała się Cynthii uważniej.
- I co słychać w rodzinnym domu? Mam nadzieję, że twoi bliscy czują się dobrze – spytała z ciekawością. Słyszała, że starsza siostra Cynthii niedawno wyszła już za mąż. – Twoja siostra jest szczęśliwa jako żona? Och, jestem pewna, że ty po szkole też szybko dostąpisz szczęścia zaręczyn i małżeństwa, jesteś taka śliczna. Podczas debiutu na pewno nie będziesz narzekać na brak chętnych do tańca.
Westchnęła, zdając sobie sprawę, jak niewielkie były jej szanse na to, że zechce ją ktoś nie będący wiekowym starcem. Co prawda Flintówny z reguły wychodziły za mąż młodo i uchodziły za dobre kandydatki na żony, bo były wychowywane w duchu tradycji i łatwo wpasowywały się w patriarchalny system, ale niska samoocena Cressie sprawiała, że czuła się gorsza od siostry i kuzynek. Niemniej jednak pragnęła stać się kiedyś dobrą żoną i matką.
W zamyśleniu przeszła wzdłuż boksów z wierzchowcami pozostającymi do użytku uczniów, w końcu wybierając najmniejszą i najbardziej smukłą klacz, na którą miała szansę wsiąść bez zawiłych akrobacji grożących niestosownym zadarciem sukni.
- Już wybrałam – powiedziała, przygotowując wybranego wierzchowca do przejażdżki. Wiedziała, co robić, w końcu pan ojciec od dziecka uczył ją, jak postępować z końmi. Nieważne, czy skrzydlatymi czy nie. Pogładziła też klacz po szyi, mówiąc do niej cicho. Zwierzę już ją znało, ponieważ Cressida często wybierała do jazdy właśnie ją. Po upewnieniu się, czy siodło dobrze leży, dziewczątko podstawiło sobie stołek i zwinnie wskoczyło na koński grzbiet. Przy jej niskim wzroście potrzebowała podsadzenia lub stołka nawet przy wsiadaniu na stosunkowo niedużego konia, bo inaczej musiałaby pokracznie podskakiwać, ryzykując że suknia odsłoni łydki.


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Re: Wild Horses - Beauxbatons, 1952 rok [odnośnik]04.03.20 6:32
Słuchała niższej, filigranowej lady z mimowolnym, a przy tym uprzejmym uśmiechem na ustach. Przyjemne ciepło rozlewało się po jej klatce piersiowej, gdy docierały do niej kolejne słowa, wypowiadane przyjemnym dla ucha głosem. Lecz ich słodycz nie wynikała jedynie z tonu panny Flint, ze sposobu, w jaki wymawiała zgłoski, ale też – ze szczerości, którą były przesiąknięte. Po całym dniu wytrwałego prezentowania się jako córka idealna, pilna uczennica i prefekt, z wdzięcznością przyjmowała odpoczynek w towarzystwie swej niewinnej, delikatnej ptaszyny. – Nie smuć się, Cressido – odezwała się szybko i pewnie, gdy przyjaciółka zdradziła się z tęsknotą za domem. – Czas ten minie nam szybciej niż się tego spodziewasz, nim się obejrzysz śnieg pokryje nie tylko wysokie górskie szczyty, ale i zamkowe błonia. Wtedy też nadejdzie pora na nasz powrót w rodzinne strony. – Starała się podnieść ją na duchu, samej spychając swe zmienne, zależne od dnia i godziny odczucia gdzieś na bok. I ona wolałaby znajdować się teraz w Wiltshire, nawet mimo odczuwanego względem najbliższych żalu. Uparcie trzymała się dziecięcej urazy, która pojawiła się na wieść o rozpoczęciu nauki w Beauxbatons, a która, logicznie rozumując, nie miała prawa bytu. Nawet gdyby posłano ją do Hogwartu, większość czasu i tak spędzałaby w Szkocji, z daleka od swych komnat, księgozbiorów i przechadzających się po ogrodach pawi - lecz może gdyby przybyła do wspomnianego zamczyska niewiele po Estelle, ich kontakt nie byłby aż tak sporadyczny, chłodny i nieporadny. Z tego też powodu czasem zazdrościła Cressidzie, że uczyła się w tej samej szkole, co jej siostra; zdawały się być ze sobą zżyte, a przynajmniej tak to widziała. Możliwe jednak, że to jej bujna wyobraźnia dawała o sobie znać, podsuwając barwniejsze i bardziej wyraziste obrazy niż te zapewniane przez niejednoznaczną codzienność.
Przeniosła wzrok ze znajomej twarzyczki lady Flint na pozamykane w boksach wierzchowce, szukając wśród nich tego, na którym jeździła ostatnio, dostojnego rumaka maści palomino o zadbanej, przyciętej krótko grzywie. Zmarszczyła brwi, gdy zauważyła, że jego zagroda jest pusta. – Och. – Z jej piersi wyrwało się mimowolne westchnienie pełne zawodu. Któż mógł ją ubiec? Czyżby inni członkowie klubu jeździeckiego również wpadli na podobny pomysł, co i one? Odwróciła się na pięcie, spoglądając ku przeciwnej stronie stajni, szukając wśród końskich pysków takiego, który przykułby uwagę na dłużej, zachęcił do podjęcia ostatecznej decyzji. – Dziękuję, Cressido, to naprawdę miłe z Twojej strony, moja droga – odezwała się, gdy rozmówczyni wyraziła zainteresowanie rozpoczętym tematem; i choć usta wyginała w uprzejmym uśmiechu, to nie obejmował on zielonych, zmrużonych bezwiednie oczu. – David nie był szczególnie wylewny, lecz nie wspominał, jakoby ktoś niedomagał – dodała, próbując być odpowiednio uprzejmą, miłą w obyciu, nawet jeśli list ten nie przyniósł jej oczekiwanej ulgi. – Podobno promienieje, małżonek obsypuje ją prezentami i zabiera tam, gdzie tylko jej się zamarzy – przyznała cicho, bez szczególnej radości, nie będąc do końca pewną, na ile ten opis zgadza się ze stanem faktycznym, a na ile był bajką, w którą chcieli, by uwierzyła. – Podobno jest już w ciąży. – Nie śmiała jednak napisać do Estelle; czuła przed tym niemalże fizyczny opór. Lecz czy naprawdę miała na tyle szczęścia, by odnaleźć spełnienie w ramionach wybranego jej przez nestora kandydata? Czy była to jedynie wyrafinowana gra, pokaz mający zmylić wszystkich postronnych obserwatorów? Żałowała, że najprawdopodobniej nigdy się tego nie dowie.
Niespodziewanie humor poprawiły Cynthii kolejne słowa ptaszyny; nie powstrzymywała perlistego śmiechu, gdy ta wróżyła jej świetlaną przyszłość, prędkie zaręczyny i multum kawalerów do tańca. Pławiła się w komplementach, pozwalając, by kobieca próżność została miło połechtana. Czy naprawdę była śliczna? Nie negowała tego, choć przecież każdy preferował inne atuty. Jeden mógł uznać ją za piękność, inny za przeciętną, ginącą w tłumie – no, może gdyby nie ten wzrost – młódkę. Choć lady Flint nie wpisywała się w kanony szlacheckiej urody, to dla Cynthii było w niej coś interesującego, coś, co czyniłoby ją idealną heroiną wprost z kart czytanych po kryjomu powieści – lecz nigdy jeszcze nie powiedziała tego na głos, będąc na to zbyt ostrożną, zachowawczą. – Nie jestem tylko pewna tego szczęścia, ale obyś miała rację – Przechyliła głowę, spoglądając ku przyjaciółce z iskierkami w oczach, już na powrót poważniej, spokojniej; wybuch radości minął tak szybko, jak szybko się pojawił. O ile nadciągający wielkimi krokami debiut kusił swym przepychem, dopracowanymi strojem i fryzurą, uwagą kawalerów, to wizja rychłych zaręczyn, a później zamążpójścia, wcale nie napawała jej optymizmem. Trudno było jej wierzyć, że zawarte w ramach umowy małżeństwo może okazać się szczęśliwe, że uda jej się uniknąć losu większości panien. Lecz przecież dlaczego w ogóle o tym myślała? Czyżby czytała zbyt wiele sztuk o tragicznych, lecz jakże romantycznych bohaterach? – Pamiętaj, że będę tam, podczas twojego debiutu – dodała miękko, pokrzepiająco. Miała tam również być siostra Cressidy, naturalnie, lecz zignorowała ten fakt, skupiając się na ich dwójce, na pocieszeniu ewidentnie zmartwionej kruszyny. – I będę patrzeć, jak przyćmiewasz wszystkie inne lady. – Wiedziała, że Flintowie zrobią wszystko, by wyglądała możliwie jak najlepiej. Zadbają o jej nakrapianą piegami skórę, o charakterystycznie rudawe włosy, podkreślą atuty, zamaskują ubytki. Lecz czy to wystarczy, by ten – jeden z najważniejszych w życiu każdej młodej panienki – wieczór zaliczyła do grona udanych?
Widząc, że towarzyszka już wybrała konia, ruszyła jej śladem; nie mogła być wybredna, jeśli nie chciała opóźniać rozpoczęcia ich przejażdżki. W końcu zdecydowała się również na klacz, o srebrzystej maści i starannie zaplecionej grzywie, przypominając sobie, że słyszała o niej wiele dobrego. Niewiele później siedziała już w siodle, poprawiając materiał sukni, odrzucając włosy na plecy. – Gotowa? – zapytała jeszcze, po czym pogładziła wierzchowca po smukłej szyi i poprowadziła go ku wyjściu.



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Re: Wild Horses - Beauxbatons, 1952 rok [odnośnik]11.03.20 19:58
Cieszyła się z towarzystwa Cynthii, zwłaszcza że miały spędzać czas w sposób, który obie bardzo lubiły. Jej przyjaźń naprawdę wiele dla niej znaczyła. Cieszyła się, że nie jest na obczyźnie sama, że są tu i inne młode lady, choć nie z wszystkimi dogadywała się tak jak z Cynthią. Przy lady Malfoy mogła czuć się sobą. Udawanie kogoś innego bardzo ją męczyło i nigdy jej nie wychodziło przekonująco, dlatego była cicha i nieśmiała, woląc mówić mniej niż narazić się na śmieszność. Z natury była osóbką szczerą i prostolinijną, wolną od fałszu, choć chcąc w przyszłości odnaleźć się na salonach, musiała jak najszybciej przyswoić i te umiejętności. Sama umiejętność sztuki, tańca i zachowania się na salonach to nie wszystko, choć akurat Flintowie nie należeli do tych typowo salonowych ani upolitycznionych rodów. Byli bliscy naturze, pochłonięci własnymi sprawami, trzymający się z boku.
- Będę czekać na ten dzień, ale póki co to początek roku szkolnego, może niedługo przywyknę na nowo do bycia tu zamiast w domu – przytaknęła, rozglądając się po stajni i wsłuchując się w parsknięcia koni pozamykanych w boksach. Najgorsze były początki roku, a zwłaszcza pierwszego. Z biegiem czasu się przyzwyczajała, choć i tak zawsze czekała na powroty do Charnwood. I w przeciwieństwie do Cynthii ona była ze swoją siostrą dość blisko, ale zbliżyły się dopiero w szkole, bo tutaj, we Francji, miały tylko siebie. – To dobrze, że u twoich bliskich wszystko w porządku. I... och, to wspaniała wiadomość! – ucieszyła się na wzmiankę o ciąży siostry Cynthii. Cressie, choć tak młoda, marzyła o tym, by też zostać w przyszłości mamą. Pragnęła mieć dobrego męża i móc z dumą rodzić mu dzieci, ale na ten moment nie była pewna, czy ktokolwiek zechce się jej oświadczyć i pojąć ją za żonę, skoro na pewno były lepsze kandydatki. – Chciałabym kiedyś móc ci się pochwalić tym samym. Kiedyś, za kilka lat, kiedy obie, miejmy nadzieję, będziemy już szczęśliwymi żonami. Byłoby miło, gdybym też miała tak wspaniałego męża, ale obawiam się, że czeka mnie raczej jakiś podstarzały wdowiec, który nie będzie zwracać na mnie uwagi, a któremu pan ojciec odda moją rękę dla umocnienia jakiegoś sojuszu – westchnęła smętnie, właśnie tak nisko oceniając swoje szanse. Nie spodziewałaby się, że będzie mieć szczęście i nie tylko ktoś ją zechce, ale na dodatek będzie to ktoś bardzo przystojny i cieszący się zainteresowaniem dam. Co prawda dla Cressidy wygląd nie był najważniejszy i mogłaby mieć nawet brzydkiego męża, byle tylko był dla niej dobry i się nią opiekował, ale wiedziała, że wiele dziewcząt mierzyło czyjąś wartość miarą wyglądu. Wiele mężczyzn też tak patrzyło na kobiety, więc Cressie, będąc rudą i piegowatą, czuła że ma mniejsze szanse niż te o nieskazitelnej skórze i puklach wolnych od refleksów rudości. Niemniej jednak pragnęła stać się żoną, a potem matką. Wierzyła, że tak powinno być, że każda wartościowa kobieta musiała wieść taki żywot i jeśli któraś została wydana za mąż zbyt późno lub wcale, to coś z nią było nie tak. Nie chciała, by i ją spotkała hańba staropanieństwa, skazująca ją zarazem na bezdzietność. Bała się samotności i braku dzieci, tym bardziej, że wtedy przyniosłaby ogromny wstyd umiłowanemu panu ojcu, i nic nie zmazałoby takiej hańby. – Ale ty na pewno będziesz mieć wspaniałego męża i piękne dzieci.
Nie wiedziała, że ich przyjaźń pewnego dnia dobiegnie końca, że Cynthia odrzuci ją właśnie przez wzgląd na nazwisko męża. W tej chwili nawet nie śniła o tym, że przyjaciółka tak boleśnie złamie jej serduszko z powodu czegoś, co nie było jej winą, a cieszyła się spędzonymi z nią chwilami, przekonana, że jak wyjdą za mąż, to nadal będą sie odwiedzać, a ich dzieci będą bawić się razem. Chciała, by ich przyjaźń trwała także po zakończeniu szkoły i nie wyobrażała sobie w tym momencie, że kiedyś Cynthii zabraknie w jej życiu.
Przez chwilę skupiła się na przygotowywaniu wybranego konia do przejażdżki.
- Czułabym się raźniej podczas debiutu, wiedząc, że jesteś gdzieś tam wśród innych dam – powiedziała; zawsze raźniej było mieć przyjazną duszę i nie wchodzić w dorosłość samotnie. – Trochę się boję, że trudno będzie mi się odnaleźć w towarzystwie, skoro większość naszych rówieśnic pobierała nauki w Hogwarcie i już się doskonale znają, a ja... no cóż, nie znam ich, z wyjątkiem tych, które są ze mną spokrewnione lub należą do zaprzyjaźnionych rodów.
Tego się też obawiała – że nie znajdzie przyjaciółek, że zderzy się ze ścianą długoletnich przyjaźni z Hogwartu, z dziewczętami które miały już swoje wianuszki koleżanek, a ona będzie samotna, zdana jedynie na rodzinę i te nieliczne lady z Beauxbatons. Była zbyt niepewna siebie i pozbawiona siły przebicia, by konkurować z latami hogwarckich przyjaźni.
- Ale nie sądzę, bym kogokolwiek przyćmiła. Myślę że nikt mnie nawet nie zauważy, chyba że w taki negatywny sposób, jeśli akurat potknę się w tańcu – zarumieniła się, kiedy Cynthia tak wysoko ją oceniła, co było przyjemne, ale obawiała się, że na pewno tak się nie stanie. A przyjaciółka powiedziała jej to pewnie tylko po to, by poprawić jej humor i ją pocieszyć. Na ten moment Cressie była pewna, że na swoim sabacie będzie podpierać ścianę i nie będzie wielu chętnych do tańca z nią, a jak już się ktoś pojawi, to z onieśmielenia pomyli kroki, podepta mu stopy albo się wywróci. W głębi duszy, podobnie jak większość dziewcząt, marzyła jednak o pięknej sukni i wyglądzie. Chciała, by ten dzień, napawający ją takim stresem odnośnie tego, czy dobrze wypadnie, okazał się wyjątkowy. Ale do niego pozostało jeszcze trochę czasu, prawie dwa lata. Może do tego czasu przestanie wyglądać jak dziecko, a zacznie przypominać dorosłą lady?
Zwinnie dosiadła wybranej klaczy, sadowiąc się w siodle we właściwy sposób, tak jak uczyli ją ojciec i brat.
- Tak – powiedziała, także prowadząc wierzchowca ku wyjściu. I dopiero gdy wydostały się na zewnątrz i ujrzały przed sobą połać ziemi, której uczniowie używali do przejażdżek, dała klaczy sygnał do zwiększenia tempa. – Może... Pościgamy się? – zaproponowała nagle, mając ochotę na to, by dać upust tym wszystkim emocjom, odreagować i przez pewien czas rozkoszować się tylko uczuciem przejażdżki i wiatrem we włosach.


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Re: Wild Horses - Beauxbatons, 1952 rok [odnośnik]18.03.20 7:24
- Na pewno tak będzie – odpowiedziała gładko; sama przez to przechodziła każdego kolejnego roku, wiedziała więc, że z upływem czasu tęsknota słabła, a bogate korytarze Beauxbatons i otaczające szkołę tereny koiły ból związany z rozłąką. Ciągle wyginała usta w niezbyt szerokim uśmiechu, przecież powinna cieszyć się na wieść o ciąży siostry, mimo to to Cressida wyglądała na bardziej zadowoloną, podekscytowaną pojawieniem się na świecie nowego potomka dwóch potężnych szlacheckich rodów. Nie powinna okazywać choćby najmniejszej oznaki zawahania czy smutku; Estelle wywiązywała się ze swych obowiązków względem rodu jak na przykładną arystokratkę przystało. Żałowała jedynie, że nie mogą o tym szczerze porozmawiać, że dzieli je przepaść różnic i niedopowiedzeń. Czy mogła ufać spisywanym ręką brata listom? Nie sądziła, by kłamał, przynajmniej nie celowo – przecież i on mógł nie znać prawdy, poprzestać na obrazie sielanki skrupulatnie kreowanym przez samą Estelle, nie dociekać. – Och, nawet tak nie mów! – obruszyła się na słowa panny Flint, mierząc ją na poły rozbawionym, a na poły surowym wzrokiem. – Wszyscy wdowcy, podstarzali czy nie, znajdą sobie nowe żony do czasu naszego pojawienia się na salonach – zawyrokowała z pełną stanowczością, nawet nie chcą dopuszczać do siebie takiej myśli. Rozumiała obawy Cressidy, znała ją nie od dziś i wiedziała, że ta cierpi na chorobliwie niską samoocenę, tym bardziej starała się z tym walczyć. – Za kilka lat obie będziemy już szczęśliwie zamężne.Albo przynajmniej zamężne, czy tego chcemy, czy nie.Zapamiętaj moje słowa, Cressido – dodała tym samym tonem, chcąc wlać w serce niepewnej przyjaciółki chociaż odrobinę otuchy. Nie odniosła się do słów o wspaniałym mężu, pięknych dzieciach. Bo choć lady Flint zwykła stawiać ją na piedestale, to i ona nie była wolna od obaw o przyszłość. Nie wiedziała, jaki los zgotuje jej pan ojciec, jakiego kandydata zaakceptuje nestor, do jakiego sojuszu będą jej potrzebować. Z Yaxleyami? A może Traversami? Takiego to przynajmniej nie byłoby w rodowej posiadłości przez większość czasu, a przy odrobinie szczęścia roztrzaskałby się na mieliźnie w trakcie jednego z dalekomorskich rejsów. Lecz przecież zostanie młodziutką wdową również nie stanowiło spełnienia jej nastoletnich marzeń. Z jakiegoś powodu nie obawiała się staropanieństwa, jeszcze nie, dużo silniej przeżywając dysonans między zdroworozsądkowym pogodzeniem się ze swym losem, a gnieżdżącym się w piersi pragnieniem romantycznych uniesień.
Zwlekała z wyborem konia, przez pewien czas przyglądając się przygotowaniom przyjaciółki; starała się nie wybiegać myślami w przyszłość, przynajmniej nie zbyt daleko, lecz z tematem zamążpójścia nierozerwalnie wiązało się zagadnienie, do jakich rodów zostaną w ten sposób wcielone. I jakie będą panować między nimi stosunki. Nie chciała jednak roztrząsać tego problemu, nie teraz, bo i tak nie miała żadnych podstaw do wyciągania wniosków; mogłaby jedynie snuć plany, z których nikt nic by sobie nie zrobił, które nie miałyby żadnego wpływu na ich dalsze losy.
- Może i większość pobierała nauki w Hogwarcie, lecz to jeszcze nic nie znaczy – zaczęła powoli, myśląc nad odpowiednim doborem słów; między jej brwiami pojawiła się niewielka zmarszczka. – Zawsze mogły stronić od swego towarzystwa, unikać się ze względu na rodowe animozje lub po prostu nie odnajdować wspólnego języka… – Nie sądziła, by wspólne pobieranie nauk gwarantowało cokolwiek. Owszem, dawało okazję do nawiązania relacji, mniej lub bardziej zażyłej, lecz nie stanowiło jeszcze o sukcesie. – Wiele panien, i to panien z dobrych rodzin, uczęszcza tutaj. – Zrobiła krok bliżej, spoglądając to ku zasmuconej towarzyszce, to ku wybranej przez nią klaczy. – Te zaś, które tego nie robią, na pewno chętnie posłuchają, jak wyglądało życie w osławionym Beauxbatons – dodała, a choć naprawdę myślała, że to dobry argument, to wypowiedziała te słowa nieco żartobliwie. Chciała, żeby panna Flint się trochę rozchmurzyła, nie zakładała od razu najgorszego, choć niewątpliwie miała do tego tendencję. – Na pewno nie z takim podejściem – zrugała ją, jednak nie było w tym surowości, raczej cień troski; taka postawa nie tylko utrudniała prowadzenie rozmowy, ale i martwiła. Cynthia znała ją na tyle dobrze, by rozumieć, skąd pochodzą te lęki, że są prawdziwe, nie zaś podyktowane przez chęć zwrócenia na siebie uwagi, kokieterię. – Tego się obawiasz? Przecież widziałam cię w tańcu, poruszałaś się z gracją – podchwyciła, ciesząc się, że Cressida wymieniła konkretną obawę; nad konkretami mogły pracować. Mimowolnie wodziła wzrokiem po oblekających się rumieńcem licach drobnej towarzyszki; czasem zastanawiała się, w jaki sposób panienka Flint mogłaby się prezentować, gdyby nie dawała słabościom wygrać. – Dobrze skrojona suknia i praktyka stanowią klucz do sukcesu. Jeśli chcesz, możemy poćwiczyć – zaoferowała się; nie potrafiła usiedzieć w miejscu, lubiła jeździć konno, spacerować czy wirować w tańcu właśnie. – Lub znaleźć ci jakiegoś miłego partnera… – urwała, a uśmiech znów zatańczył na jej wargach. Wiedziała jednak, że na to ptaszyna nie wyrazi zgody.
Niewiele później znalazły się już poza stajniami, a Cynthia powiodła dookoła wzrokiem, sycąc się rozciągającymi się na prawo i lewo widokami, masywami górskimi, połaciami zieleni, lasami. Przez chwilę milczała, napawając się znajomym uczuciem kołysania, ogrzewającym skórę słońcem; z zamyślenia wyrwały ją słowa Cressidy. – Chcesz się ścigać? – powtórzyła po niej; twarz panienki Malfoy rozświetliła się zadowoleniem, nie stroniła od rywalizacji. – Dokąd? Do rzeki? – dodała, poprawiając chwyt na lejcach, bezwiednie prostując się w siodle. Oczywiście, że chciała wygrać, choć przecież znała możliwości towarzyszki, obie należały do klubu jeździeckiego i obie wiedziały, na co się piszą. Nie wiedziała tylko, na ile może ufać wybranemu wierzchowcowi, lecz tego miała dowiedzieć się w najbliższej przyszłości. A kiedy ustaliły już detale, obie były gotowe do rozpoczęcia wyścigu, dała swej klaczy znak, by przyśpieszyła. W końcu mogła poczuć wiatr we włosach, namiastkę prawdziwej wolności.



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Re: Wild Horses - Beauxbatons, 1952 rok [odnośnik]25.03.20 2:01
Cressida była tradycjonalistką, zgodnie z tym, co wpoił jej pan ojciec. Uważała, że małżeństwo i macierzyństwo to jedyna słuszna ścieżka, jaką może podążyć szlachetnie urodzona kobieta, że tylko wtedy może się stać jednostką pełnowartościową i spełnioną. Do tego, jako kobiety, były przeznaczone, a bale, suknie i sztuka były dodatkiem, uzupełnieniem ich najważniejszych życiowych ról. Tak też postrzegał ją pan ojciec – jako kogoś, kto nie poniesie nazwiska dalej, ale spełni swoją rolę jako żona mężczyzny z innego rodu. O ile znajdzie się chętny kandydat do jej ręki. Bała się tego, że nikt taki się nie znajdzie, i że pan ojciec, chcąc uchronić się przed hańbą posiadania córki starej panny, będzie musiał poszukać sam i rozejrzeć się za wdowcem, któremu nie będą przeszkadzać niedoskonałości Cressidy, takie jak jej rude włosy, nieśmiałość, słabość charakteru czy umiejętność rozmawiania z ptactwem. Nie byłby to dla Leandera Flinta najlepszy interes, ale na pewno lepszy niż dopuszczenie do staropanieństwa którejś z córek, a oczywistym było, że to Cressida jest nim bardziej zagrożona. Przynajmniej tak to wyglądało w jej głowie. Panicznie bała się tego, że nie spełni ojcowskich oczekiwań, że stanie się hańbą swego rodu, a przecież tak pragnęła, by Flintowie, a zwłaszcza ojciec, byli z niej dumni.
- Pragnę być szczęśliwa, droga Cynthio. Chcę mieć dobrego męża i móc mu urodzić dużo dzieci – powiedziała cicho, a w jej głos wkradło się rozmarzenie. W jej przypadku nie było to jeszcze pewne, ale nawet mąż, który nie byłby dla niej dobry, byłby lepszy niż żaden. Liczyła się z tym, że mąż może ją źle traktować, ale nawet to lepsze było niż samotność i bezdzietność. Pragnęła dzieci.
Ale to było miłe, że Cynthia okazywała jej taką wiarę i wsparcie. Na jej piegowatej buzi pojawił się więc lekki uśmiech; przez moment, patrząc na twarz przyjaciółki, mogła nawet uwierzyć, że tak się stanie. Że obie, a nie tylko Cynthia, za kilka lat będą już żonami i matkami. Ale może lady Malfoy mówiła tak tylko po to, by ją pocieszyć? Niepewność siebie i swojej wartości znowu wkradła się w jej myśli.
- Ciekawe, do jakiego rodu będę musiała dołączyć – zastanowiła się cicho. Możliwości było dużo, zależy od tego, jaki mężczyzna zgodzi się przyjąć ją na swoją żonę, zapewne (jak myślała) bardziej dla układu z Flintami niż dla niej samej. Bo nawet jeśli była wybrakowana, to nadal pozostawała lady Flint. Może panu ojcu uda się znaleźć kogoś, kto ją zechce? Och, gdyby tylko wiedziała, że w momencie ślubu przyjaciółka się jej wyrzeknie, że ją straci i ich znajomość przestanie istnieć, stanie się jedynie wspomnieniem. W obecnie trwającym momencie była pewna, że ich przyjaźń przetrwa wszystko, bez względu na to, za kogo zostaną wydane. Nie wiedziała, że w dorosłym życiu czeka ją osamotnienie i utrata szkolnych więzi.
- Mam nadzieję, że zaprosisz mnie pewnego dnia na swój ślub? – poprosiła. – Jestem pewna, że twój nadejdzie szybciej. – W końcu w przypadku Cynthii jej ojciec nie będzie musiał się trudzić z poszukiwaniem kandydata, a kawalerowie sami ustawią się w kolejce do jej ręki. Poczuła w serduszku lekkie ukłucie zazdrości. Podczas gdy ona mogła się bać staropanieństwa, wydawało jej się, że Cynthii nie może to grozić. – Bez względu na to, kogo poślubisz, zawsze będziesz moją przyjaciółką – dodała, jakże naiwnie, ale nie mogła przewidzieć przyszłych wydarzeń. Poza tym dla niej naprawdę nie miałoby to znaczenia, chyba że Cynthia wyszłaby za Weasleya lub mężczyznę krwi nieszlachetnej, ale to na pewno jej nie groziło, więc nie musiała obawiać się ewentualności, w której pan ojciec nakazałby jej zerwanie tej znajomości. Malfoyowie na pewno nie oddadzą Cynthii byle komu.
Cressidzie najbardziej zależało na tym, by przynieść zaszczyt panu ojcu, więc zamierzała wyjść za tego, kogo ojciec zaaprobuje. Absolutnie nie uchodziło jakiekolwiek buntowanie się jego woli czy coś tak postępowego, jak samodzielne rozglądanie się za wybrankiem. To mężczyzna miał prosić o rękę kobiety, a ona miała biernie czekać. W takim przekonaniu ją wychowano. Będzie więc czekać tak długo, jak okaże się to konieczne.
Ale teraz, mimo tych wszystkich obaw odnośnie przyszłości, mogła jeszcze cieszyć się beztroską młodości i nauki.
- Właściwie to... nie wiem, czy chcę nowe przyjaciółki – wyznała nagle. Dziewczęta z Hogwartu bardzo długo pozostaną jej obce, a biorąc pod uwagę, jak powoli otwierała się na nowe znajomości, musiałoby minąć przynajmniej tyle samo lat, by uznała je za równie bliskie jak przyjaciółki z Beauxbatons. Dlatego miała nadzieję, że jej znajomości ze szlachciankami wysłanymi do Francji przetrwają. – Nie sądzę, by udało mi się odnaleźć bratnie dusze wśród absolwentek Hogwartu, w każdym razie nie tak szybko. Wiesz... Nie umiem zawierać przyjaźni z taką łatwością, jak niektórzy. – Podczas gdy niektórzy z łatwością brylowali w towarzystwie i szybko otwierali się na nowych ludzi, ona wolała trzymać się tego, co znajome i wobec obcych była zdystansowana i pełna rezerwy, co stanowiło pewien paradoks, biorąc pod uwagę jej naiwność. Ale choć z jednej strony bała się samotności, w drugiej bała się obcych dziewcząt z Hogwartu, wśród których, tego była pewna, się nie odnajdzie. – Nie z taką, jak ty i inne dziewczęta – westchnęła odnośnie swojego tańca; w jej mniemaniu wiele mu brakowało do doskonałości, ale zawsze była wobec siebie krytyczna, bo taki był wobec nie pan ojciec. Krytykował ją i deprecjonował o wiele częściej niż chwalił. Gdy zrobiła coś dobrze, to zazwyczaj nic nie mówił. Poza tym Cynthia rzeczywiście tańczyła lepiej. – Słyszałaś, jak mnie czasem nazywają gdy myślą, że nie słyszę? Dzika Flintówna z lasu!
Może rzeczywiście taka była. Zdziczała, zbyt zahukana, by dobrze zaprezentować się podczas debiutu? Może miała przynieść panu ojcu wstyd zamiast dumy? Gdy Cynthia zaproponowała znalezienie je partnera, zarumieniła się i pokręciła głową. A po chwili opuściły stajnie już na końskich grzbietach, i Cressie poprawił się humor. Jazda konna kojarzyła jej się z domem, nawet jeśli sceneria tak bardzo odbiegała od krajobrazów Charnwood.
W nagłym przebłysku chwilowego ośmielenia spowodowanego perspektywą oddawania się zajęciu, do którego pasję odkryła w rodzinnym domu, zaproponowała ściganie się, a Cynthia się zgodziła.
- Do rzeki – potwierdziła.
I ponagliła klacz do szybszego biegu, pęd powietrza uderzył w jej piegowatą twarz, tym samym wyganiając z umysłu troski, które zaprzątały go podczas przygotowań w stajni. Na chwilę przestała myśleć o dorosłości, o swoich obawach odnośnie debiutu, odnalezienia w gronie obcych sobie dziewcząt, czy zamążpójścia. Liczyło się tylko to cudowne uczucie galopowania na końskim grzbiecie, chwila niczym nie zmąconej wolności. Gdyby zamknęła oczy, mogłaby sobie wyobrazić, że jest w Charnwood i jeździ po rodowych lasach. Ale nie zamykała, w końcu zależało jej na tym, by nie zostać w tyle za Cynthią. Wiedziała że przyjaciółka, choć nie wywodziła się z leśnego, a salonowego rodu, również była bardzo dobra i ich wyścig był wyrównany.


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Re: Wild Horses - Beauxbatons, 1952 rok [odnośnik]03.04.20 13:37
- Też jestem tego ciekawa – odpowiedziała niby to spokojnie, bez większych emocji, choć temat ten niekiedy spędzał jej sen z powiek. – Może Lestrange? Wyspa Wight jest wspaniała, te plaże, syreny… Albo Parkinson? Miałabyś najpiękniejsze suknie w całej Anglii. – Do jakich rodów trafią, gdzie będą mieszkać i za jakich czarodziejów zostaną wydane. Czy polityka nie stanie na drodze przyjaźni? A może wprost przeciwnie, tylko ją wzmocni, łącząc ich nowe rodziny trwałym sojuszem…? Niestety, było zbyt wcześnie, by miały jakiekolwiek przesłanki do tworzenia realistycznych, mających oparcie w rozmowach czy gestach scenariuszy, mogły jedynie snuć marzenia i cierpliwie czekać na swoją kolej. Dopóki pobierały nauki, nie były pełnoprawnymi członkiniami czarodziejskiej socjety, nie stanowiły łakomego kąska dla ewentualnych kandydatów na męża. A nawet gdyby ich ojcowie prowadzili już jakieś rozmowy dotyczące ewentualnych swatów, trudno byłoby im się tego dowiedzieć. – Oczywiście, że będziesz zaproszona, Cressie – odpowiedziała miękko, przelotnie podchwytując przy tym spojrzenie przyjaciółki. Jej nienachalna bliskość koiła lęki i odsuwała obawy na dalszy plan. Chciała wierzyć, że przyszłość nie przyniesie im rozłąki, że nie zostaną zmuszone do zerwania nawiązanej w czasach szkolnych więzi, lecz jednocześnie zdawała sobie sprawę z władzy, jaką miał nad nią ojciec. Tak jak lady Flint nie potrafiłaby zawieść swego, tak i Cynthia nie zniosłaby, gdyby Armand odwrócił się od niej, rozczarował sposobem prowadzenia się czy podejmowanymi decyzjami. W pierwszej kolejności była Malfoyem, wężem, dopiero później młodziutką panienką o własnych pragnieniach, potrzebach. – Szybciej? Nie jestem tego taka pewna, choć pan ojciec z pewnością dołoży wszelkich starań, by znaleźć potencjalnego kandydata możliwie jak najszybciej… Wiesz jednak, że to jeszcze niczego nie gwarantuje. W końcu zaręczyny zawsze mogą zostać zerwane. – Wzruszyła ramionami, próbując tłumić ekscytację czy strach, kurczowo trzymać się zdrowego rozsądku. Dopóki nie staną na ślubnych kobiercach, czy raczej nie powiją pierwszego dziecka, niczego nie mogą być pewne. – Och, Cressie – odezwała się po chwili, w odpowiedzi na czułe wyznanie ptaszyny. Serce zabiło jej szybciej, jak gdyby w przestrachu, gdy temat, który wolałaby zepchnąć poza granice świadomości – zwłaszcza teraz, gdy miały odpoczywać, miło spędzać czas w swym towarzystwie – został poruszony. Spojrzała ku twarzy towarzyszki z nostalgią, była zbyt miła i zbyt dobra, salonowe gierki wystawią jej charakter na próbę, po czym wygięła usta w zamyślonym uśmiechu. – Ty moją też, zawsze będę o tobie pamiętać. – Nie kłamała. Naprawdę chciała w to wierzyć, że kłębiące się w piersi obawy są bezpodstawne. A jeśli nie, jeśli wpisane w krew obowiązki sprawią, że będą musiały unikać swego towarzystwa, to wiedziała, że wspomnienia będą wiecznie żywe. Bolesne, brutalnie przypominające o tym, że były jedynie pionkami w rozgrywce mężczyzn, lecz… żywe.
- Nie wiesz? – zdziwiła się ostrożnie, zachowawczo, lecz po chwili zrozumiała, w czym leży problem. Niezależnie od tego, czy nawiążą z nimi dobre relacje, czy jedynie powierzchowne, oparte na wzajemnej podejrzliwości i wymuszonej kurtuazji, musiały dbać o kontakty z innymi szlachciankami, również tymi z Hogwartu czy pobierającymi nauki w domach. – Rozumiem, że to nie jest dla ciebie łatwe. I dlatego nie szukaj w nich bratnich dusz, przynajmniej nie od razu. Bądź ostrożna. W końcu musimy je poznawać, czy tego chcemy, czy nie… Nawet jeśli któraś wyda ci się wystarczająco interesująca, nie musi to oznaczać, że jest również godna zaufania. – Nie chciała jej straszyć, zniechęcać, lecz jednocześnie wolałaby uniknąć sytuacji, w której przyjaciółka zbyt szybko otwiera się przed nowopoznanymi lady. Z drugiej strony, wiedziała przecież, że słowa te są zbędne; Cressida i bez jej rad trzymała się raczej na dystans, powoli przekonując się do obcych. Przemawiała przez nią swego rodzaju troska, która umykała ramom rozsądku. – Nadal myślę, że to kwestia praktyki i nabrania pewności siebie. Może powinnaś pomyśleć nad dołączeniem do naszej grupy tanecznej? – zaproponowała, samej woląc poświęcać czas wolny na obserwowanie prób szkolnej trupy teatralnej, lecz „Étoile” brzmiało jak doskonała okazja do wyćwiczenia odpowiednich ruchów i figur, również tych bardziej skomplikowanych. Westchnęła cicho i spojrzała ku twarzy towarzyszki ze zmęczeniem, ale i zmartwieniem. – Wiesz, że nie powinnaś zwracać uwagi na takie docinki, niezależnie od tego, kto się do nich zniża. Jesteś potomkinią rodu Flintów. Flintów, nie Weasleyów. Nie masz się czego wstydzić. Może i wychowałaś się w lesie, jednak do bycia dzikuską jest ci niezwykle daleko – zakończyła stanowczo, zirytowana zachowaniem niektórych uczniów; o każdym coś mówiono, szeptano za plecami, jednak Cressida wydawała się podatnym gruntem, a to tylko napędzało takich prostaków do dalszych nieprzyjemności.
Kiedy ruszyły na przejażdżkę, wszystkie poruszane w stajniach tematy przestały być aż tak ważne, aż tak przytłaczające. Na grzbiecie wierzchowca czuła się tak samo, jak i na parkiecie – niczym ryba w wodzie. Dlatego też bez zawahania, a nawet z przyjemnością, przystała na propozycję przyjaciółki, odtwarzając w głowie drogę do wspomnianej rzeki, przypominając sobie o pagórkach, kamieniach czy zwodniczych piaskach, których powinna uniknąć, jeśli nie chciała stracić cennych sekund. Pogoniła klacz, z uśmiechem na ustach spoglądając ku znajdującej się tuż obok panience. – Pokaż mi, jak to robicie w Charnwood! – odezwała się głośno, próbując przekrzyczeć pęd wiatru, niedbale odganiając opadające na twarz włosy. Chciała ją sprowokować, bo choć obecnie prowadziła, to ledwie o włos – zaś do celu było jeszcze daleko. Nic tak nie poprawiało humoru jak zacięta rywalizacja.



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Re: Wild Horses - Beauxbatons, 1952 rok [odnośnik]07.04.20 0:56
Oba te rody brzmiały dobrze, pomijając fakt, że Flintowie i Parkinsonowie nie darzyli się sympatią, ich podejścia zbyt mocno się różniły, i dopiero za parę lat mieli zażegnać konflikt. Zresztą czy jakikolwiek mężczyzna z tego rodu zechciałby taką szarą myszkę jak ona? Parkinsonowie byli znani z zamiłowania do piękna, byli próżni, odlegli od wartości wyznawanych przez przyziemnych, żyjących w lesie Flintów.
Nie chciała tracić szkolnych przyjaźni. Była pewna, że żadne nowo poznane dziewczęta nie zastąpią jej Cynthii i tych paru innych dam, z którymi uczyła się tutaj. Dlatego, gdy wyobrażała sobie przyszłość, jak najbardziej widziała w swoich wyobrażeniach Cynthię jako przyjaciółkę. Widziała je obie będące na swoich ślubach i spotykające się już jako mężatki, patrzące jak na drogocennych dywanach bawią się wspólnie ich dzieci, kontynuujące przyjaźń swych matek. Wydawało jej się, że przecież prawdziwa przyjaźń powinna przetrwać ślub, bez względu na nazwiska noszone przez mężów. W każdym razie ona w to wierzyła, bo jedyny ród, który darzyła niechęcią i niezrozumieniem, to byli Weasleyowie i cała reszta mogła być akceptowalna; nauka w Beauxbatons nauczyła ją, że nie można być wybrednym, kiedy wokół tak mało szlachetnych dam, i już lepsza jest znajomość z panną z rodu wrogiego, niż z taką o mieszanej lub wręcz szlamowatej krwi. Poza tym wrogość nie leżała w jej naturze i Cressie nie potrafiła żywić do nikogo tak negatywnych uczuć, chyba że ktoś by ją skrzywdził. Była osóbką, która wolała się ze wszystkimi lubić lub przynajmniej pozostawać w relacji neutralnej, obojętnej. Unikała wszelkich konfliktów i osobom, które były dla niej niemiłe, schodziła z drogi i unikała ich. Nawet wobec szlam nigdy nie pozwalała sobie na żadne złe zachowania, bo po prostu nie potrafiła być niemiła. Dla nikogo, nawet dla tych, którymi uczono ją gardzić od dziecka. Wolała unikać ludzi, z którymi nie wypadało jej się zadawać.
– Twój ślub na pewno będzie piękny – zapewniła ją. – Mój pan ojciec z pewnością najpierw wyda za mąż moją lepszą starszą siostrę. – westchnęła. Nigdy by nie przypuszczała, że to ona wyjdzie za mąż szybciej niż starsza Flintówna.
Nie mogła też wiedzieć, że ich przyjaźń zmierzała ku końcowi, ale teraz mogły się cieszyć swoją obecnością.
- Po prostu.... pragnę zachować stare przyjaźnie. Trochę... onieśmiela mnie wizja przechodzenia przez długotrwały proces poszukiwania nowych, choć zarazem pragnę, by mój debiut przebiegł pomyślnie i nie przyniósł memu rodowi ujmy – powiedziała. Wiedziała, że będzie musiała zawierać znajomości z dziewczętami z Hogwartu, ale większość z nich zapewne nie wykroczy poza poziom kojarzenia się z salonów i uprzejmych rozmów na sabatach czy innych wydarzeniach. W każdym razie nie w ciągu pierwszych miesięcy po debiucie. W przypadku Cressidy przyjaźń była czymś, co rodziło się przez lata stałego kontaktu. W Beauxbatons też przecież długo trwało, zanim otworzyła się choćby na Cynthię, nie od razu obdarzyła ją zaufaniem i przyjaźnią. – Na pewno w Hogwarcie też znajdują się interesujące i miłe lady, ale... nie znam większości z nich. One mają już zresztą swoje przyjaciółki, z którymi łączy je więcej, niż mogłoby połączyć ze mną.
Dla Cressidy miało to znaczenie – posiadać wspólne doświadczenia, znać się od dziecka. Bała się sytuacji, w której dotychczasowe przyjaźnie ulegną rozluźnieniu lub wręcz zerwaniu, i zostanie zupełnie sama, otoczona na salonach zamkniętymi grupkami dziewcząt, a ona pozostanie w oderwaniu, nie posiadając dość siły przebicia, by zawalczyć o znalezienie sobie miejsca w którejś z nich. Cressida nie umiała walczyć o swoje, tak bardzo była niepewna siebie i swojej wartości. No i rzeczywiście nie wszystkie damy mogły być godne zaufania. Tu, w Beauxbatons zdążyła poznać inne dziewczęta na tyle, że wiedziała już, z którymi mogła być szczera, a których lepiej było unikać. W przypadku nowych znajomości konieczne będzie rozeznanie, a zanim je zdobędzie, na pewno wiele razy się sparzy i zawiedzie.
- Na tym etapie to już chyba za późno, większość dziewcząt dołącza tam w początkowych latach nauki. – A Cressie w szkole dołączyła tylko do kółka jeździeckiego; jako osoba całkowicie pozbawiona umiejętności aktorskich nie miała co próbować sił w trupie teatralnej, taniec ją onieśmielał, quidditch był zbyt plebejski i niegodny damy, a kółko jeździeckie brzmiało jak idealny wybór dla bliskiej naturze Flintówny. Choć może gdyby dołączyła do grupy tanecznej na początku szkoły, to dziś umiałaby tańczyć równie ładnie jak lady z salonowych rodów?
- Jestem dumna ze swojego pochodzenia – zapewniła, a w jej głosie tym razem zabrzmiała większa pewność. Kochała swój ród, głęboko szanowała jego tradycje, nawet jeśli nigdy nie rozumiała idei polowania na zwierzęta, a zwłaszcza na ptaki i nie chciała tego robić. Bez względu na to, jakie nazwisko miała przybrać w przyszłości, w duchu zawsze pozostanie Flintem i z poglądami rodu pochodzenia będzie się identyfikować. Pan ojciec dobrze ją wychował, bo nawet jeśli czuła, że kochał ją mniej niż jego rodzeństwo, ze wszystkich sił pragnęła go zadowolić i spełnić jego oczekiwania.
Niemniej jednak rzeczywiście w jej przypadku wszelkie docinki, obojętnie czego dotyczyły, padały na podatny grunt i raniły ją, bo była niezwykle wrażliwa i sprawiało jej przykrość słuchanie przytyków.
Ale robienie czegoś, co tak bardzo kojarzyło się z domem, poprawiło jej humor. Uwielbiała jeździć konno i lubiła się ścigać. W lecie często ścigała się z rodzeństwem i kuzynostwem po lasach Charnwood; była to jedna z nielicznych rzeczy, obok malarstwa, z którymi radziła sobie lepiej niż jej siostra.
Teraz mogła ścigać się ze swoją drogą przyjaciółką Cynthią. Pamiętała drogę do rzeki, choć ostatni raz była przy niej pod koniec poprzedniego roku szkolnego, krótko przed wyjazdem na wakacje. Teraz wszystko sobie przypominała; Cynthia prowadziła, ale Cressie nie zamierzała się poddawać, nie chciała być gorsza. Ponagliła swoją klacz do szybszego biegu, choć uczyniła to łagodnie, nie chcąc wymuszać posłuszeństwa na zwierzęciu w taki sposób, jak czynili to niektórzy mężczyźni. Ale Cressie zawsze dobrze traktowała wszelkie stworzenia, nie tylko ptaki.
Naprawdę było jej przyjemnie, tak gnać przez lasek otaczający tereny szkolne, ciesząc się wciąż jeszcze ciepłym jesiennym powietrzem uderzającym ją w twarz i psującym staranne uczesanie. Z każdą kolejną chwilą trwania wyścigu rude włosy dziewczątka były coraz bardziej rozwiane, a buzia coraz bardziej zarumieniona, ale tym razem nie ze wstydu, a z radości i ekscytacji. Gdyby zamknęła oczy, mogłaby wyobrazić sobie, że jest w Charnwood.


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Re: Wild Horses - Beauxbatons, 1952 rok [odnośnik]18.04.20 15:57
- To bardzo możliwe, że Twoja siostra wyjdzie za mąż pierwsza, lecz tylko i wyłącznie z powodu swego wieku – odpowiedziała miękko, nie chcąc teraz poruszać tematu tego, która z panien Flint była lepsza. Bo i cóż miało się kryć pod tym określeniem? Ładniejsza, mądrzejsza, składająca piękniejsze ukłony…? Zdawała sobie sprawę z kompleksów Cressidy, próbowała z nimi walczyć, jednak obawiała się, że dopiero przyszłość mogła skutecznie zweryfikować samoocenę przyjaciółki – odsunąć dotychczasowe obawy na bok lub tylko je pogłębić, jeśli debiut nie pójdzie zgodnie z jej myślą lub jeśli nie trafi na odpowiedniego kandydata na męża. – Na pewno uda się podtrzymać stare przyjaźnie, o ile tylko wyrazisz taką ochotę – dodała, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że stąpała po cienkim lodzie, że ptaszyna nie dość, że wyjdzie za mąż pierwsza, to jeszcze jej nowe nazwisko stanie się kością niezgody, początkiem końca. Wolała uparcie, a przy tym naiwnie, wierzyć w spełnienie swych wszystkich marzeń. W narzeczonego, który byłby podobny do jej ojca, elokwentnego polityka, w relacje, które przetrwają wszelkie przeciwności losu, a także spełnienie, które z czasem miała osiągnąć… Nie myślała teraz o swym ślubie, do którego prędzej czy później dojść musiało. Wpierw czekały ją egzaminy, następnie – powrót w rodzinne strony i debiut na salonach. – Teraz pozostaje nam jedynie czekać i starać się przygotować do tej nowej sytuacji możliwie jak najlepiej, Cressie, nie pozwól tylko, by obawy odebrały Ci radość z przejażdżki czy reszty czasu, jaki możesz spędzić we Francji. – Bo choć tęskniły za Anglią, to przecież pobieranie nauk tutaj, w Beauxbatons, miało swe zalety. Cynthia szczerze wątpiła, by szkocki Hogwart spodobał się jej bardziej; żałowała jedynie, że Estelle i David pobierali nauki w innej placówce niż ona, że ich opowieści o wykładowcach, obyczajach i uczniach brzmiały obco. Tutaj miały do dyspozycji stajnie z najróżniejszymi końmi, również tymi skrzydlatymi, do tego kładziono większy nacisk na rozwój artystyczny, co dla obu panien było niezwykle ważne – jak ona ukochała sobie słowo, tak Cressida farby i pędzle. – Może za późno, byś została najjaśniejszą z gwiazd, lecz nie na to, by poćwiczyć odpowiednie kroki czy ruchy – odezwała się po chwili, przelotnie spoglądając ku twarzy przyjaciółki. Nie chodziło przecież o poświęcenie całego swego czasu wolnego na taniec, zarzucenie jazdy konnej czy malowania, a wykorzystanie okazji. – Wierzę, że gdyby tylko lady Flint wyraziła ochotę dołączenia do grupy, z pewnością przyjęto by ją z otwartymi ramionami – powiedziała konspiracyjnym szeptem, z uśmiechem wyginającym usta, jeszcze przygotowując wierzchowca do przejażdżki. – I to jest najważniejsze – dodała na koniec, gdy przyjaciółka stanowczo, z dumą, wypowiedziała się o swych korzeniach. Powinna o nich pamiętać następnym razem, gdy ktoś spróbuje choćby spojrzeć ku niej w nieodpowiedni sposób, nie mówiąc już o takich dziecinnych przytykach jak ten, do którego odwołała się Cressida. Młodzi, dorastający dopiero czarodzieje bywali bezlitośni, a takie wrażliwe jednostki jak ptaszyna były podatne na ich nieprzystojne wybryki. Lecz przecież nie miała ona najmniejszych powodów do wstydu, zaś na salonach mogło dochodzić do równie nieprzyjemnych, jeśli nie gorszych incydentów, Cynthia łudziła się więc, że z czasem nabierze większego dystansu, uodporni się na takie zagrywki, by jakoś ochronić się przed atakami znudzonego towarzystwa.
Im dłużej siedziała w siodle, tym weselsza się stawała; zapominała o zajęciach, obowiązkach prefekta czy ciąży Estelle, zamiast tego skupiając się na podporządkowaniu sobie klaczy, na wietrze bawiącym się puklami włosów i miękkim materiałem sukni. Może i jej ród nie słynął z rozmiłowania w polowaniach czy hodowli aetonanów, daleko im było do Carrowów, wciąż jednak od dziecka ćwiczyła się w kontaktach z tymi stworzeniami, zyskując niezbędne wyczucie i umiejętności, by móc podjąć wyzwanie przyjaciółki. Nachyliła się do łba klaczy w celu popędzenia jej nie tylko ruchem, ale i słowem; co chwila spoglądała w kierunku wyraźnie rozpromienionej, będącej w swym żywiole Cressidy, by skontrolować jej poczynania – nie mogła pozwolić, by ta za bardzo się oddaliła. Adrenalina przyśpieszała bieg serca, skutecznie odciągała myśli od tego, co czekało na nie po powrocie do dormitoriów; teraz liczył się tylko i wyłącznie wyścig. Tętent końskich kopyt, odnalezienie właściwej drogi, jak najlepsze pokonanie ewentualnych przeszkód.
Po chwili drzewa zaczęły się przerzedzać, panny dojeżdżały do końca lasku, tym samym skracając odległość od celu swego wyścigu. A im bliżej się znajdowały, tym mniej czasu było na zdobycie przewagi. Dlatego też Cynthia raz jeszcze popędziła konia, a uśmiech, w którym wyginała do tej pory usta, zastąpił wyraz całkowitego skupienia.



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Re: Wild Horses - Beauxbatons, 1952 rok [odnośnik]29.04.20 13:28
Pokiwała głową. Tak powinno być, że to starsza wyjdzie za mąż jako pierwsza, było to całkowicie naturalne. Ale bała się tego, że jej siostra będzie mieć mnóstwo adoratorów i kiedy będzie się znajdowała w pobliżu, żaden mężczyzna nie spojrzy na nią – Cressidę. Tą mniej doskonałą z sióstr. Czy na debiucie znajdzie się choć jeden kawaler chętny z nią zatańczyć, ratując ją tym samym od podpierania ścian? I czy któryś zechce później poprosić ją o rękę z powodu innego niż rodowy obowiązek? Czy ktoś zechce ją dla niej samej, a nie dla nazwiska, które nosiła?
- Tak bardzo bym tego chciała – powiedziała cicho. Bo choć miała naturę introwertyka i trzymała się z boku, chciałaby nie być zupełnie samotna na salonach. Potrzebowała przyjaźni. – Może masz rację, że nie powinnam się tyle zamartwiać z wyprzedzeniem? Przecież debiut nadejdzie za dopiero prawie dwa lata. – Miała do skończenia cały obecny rok szkolny i kolejny. A jednak już teraz martwiła się przyszłością, debiutem i zamążpójściem. Tak bardzo zależało jej na spełnieniu oczekiwań pana ojca, że zatruwało to jej myśli na długo przed nadejściem owego kluczowego w życiu damy czasu.
Cressie nie wiedziała, czy odnalazłaby się w Hogwarcie. Byłaby bliżej rodziny, ale co, jeśli Tiara przydzieliłaby ją nieodpowiednio i byłoby to dla jej ojca jeszcze większą hańbą? Mogła sobie wyobrazić, jak bardzo byłby rozczarowany i zły, gdyby trafiła do Hufflepuffu, uważanego przez ojca za dom miernot i miłośników brudnej krwi. Czasem w przeszłości miewała sny o tym, że trafiała do Hogwartu i zwykle w nich przynosiła panu ojcu wstyd, stając się Puchonką – a to pewnie właśnie tam by trafiła, będąc zbyt słabą i miękką na szlachetny Slytherin. Był jeszcze Ravenclaw, trafienie tam nie byłoby wstydem, ale nie wiadomo jakie zapatrywania miałaby Tiara. Więc pozostawało jej dziękować matce za Beauxbatons, nawet jeśli miało jej to utrudnić nawiązywanie przyjaźni i osamotnić ją na salonach w pierwszych latach po debiucie. Ale gdyby tu nie trafiła, to czy nauczyłaby się tak dobrze malować? Czy mogłaby rozwijać tę pasję do pędzli i farb? Pewnie nie; z opowieści brata wynikało, że Hogwart skupiał się tylko na nauce magii, nie oferował zajęć artystycznych. A przecież jako lady i tak nie potrzebowała pewnych umiejętności, bo nie miała nigdy pracować tak jak nieszlachetni czarodzieje. Skupiała się na przedmiotach, które ją interesowały, czyli na sztuce, zielarstwie i opiece nad magicznymi stworzeniami. Transmutacja też przypadła jej do gustu, z obroną jakoś sobie radziła, za urokami nie przepadała i umiała z nich tylko tyle, ile było wymagane do zdania egzaminów, ale nie wyobrażała sobie, by miała kiedykolwiek splamić się czymś tak nieszlachetnym i niekobiecym jak pojedynek. Dziewczęta zbyt mocno aspirujące do męskich ról zawsze ją odrzucały, nie rozumiała żywionego przez niektóre pragnienia niezależności, za którym często szło pragnienie zgłębiania nieodpowiednich dla dam dziedzin.
Jako lady Flint mogła zajmować się tym, co dla Flintówny odpowiednie, co zaaprobowałby jej pan ojciec. A po ślubie to, co będzie mogła robić i czym wypełni wolny czas, będzie zależeć od rodu męża. Miała nadzieję, że nie zabroni jej on ani malowania, ani jazdy konnej. Wychowano ją jednak w duchu uległości wobec patriarchalnego systemu.
Była osóbką wrażliwą, może nawet zbyt wrażliwą. Miała artystyczną duszę, dlatego gorzej znosiła wszelkie docinki, mocniej brała do siebie to, co mówili inni – zwłaszcza rodzina. Ale zaczepki rówieśników też bolały i przejmowała się tym, jak ją postrzegano, choć z pochodzenia była bardzo dumna. Ród był dla niej wszystkim, największą świętością.
Flintowie nie byli może Carrowami, ale jazda konna również była dla nich ważna. Od wielu pokoleń kultywowali tradycję polowań, nawet jeśli Cressida się wyłamywała i unikała tego jak ognia – ale jako kobiecie zostało jej to wybaczone, w końcu była to tradycja przede wszystkim męska, nawet jeśli jej ojciec pokazał ją i córkom, by mimo tradycyjnego, konserwatywnego chowu nie były słabymi mimozami. Cressida tym jednak się okazała – słabą mimozą rozpaczającą nad każdym ptakiem zabitym przez członków rodziny. Wolała cieszyć się możliwością przejażdżki bez tego typu atrakcji, w pełnej zgodzie i pokoju z innymi leśnymi istotami. Gnając na końskim grzbiecie u boku Cynthii słyszała nakładające się na siebie ptasie głosy, ale nie wsłuchiwała się w nie, bo stale przemieszczały się do przodu. Dziewczątko radziło sobie dobrze, w końcu uczyła się od dziecka jak radzić sobie z końmi. Nie mogłaby też dziś znaleźć skuteczniejszego lekarstwa na swoje lęki, obawy i troski. Cynthia mogła zobaczyć ją teraz wesołą  i szczęśliwą, nie przygniataną ciężarem kompleksów, które pewnie wrócą znowu po rozstaniu z przyjaciółką i powrocie do kwater mieszkalnych Harpii. I będą narastać z każdym miesiącem zbliżającym ją do debiutu, na który czekała i bała się go jednocześnie.
Były już blisko rzeki. Cressie, nie chcąc zostać w tyle, ponagliła klacz do szybszego biegu. Ziemia pryskała spod jej kopyt, ale dziewczątko mocno trzymało się w siodle. Pokonywały ostatnie metry, aż w końcu zatrzymały się nad wodą niemal w tym samym momencie. Cressida jeszcze przez chwilę pozostała w siodle, uspokajając oddech i szybko bijące serduszko, po czym zwinnie zeskoczyła na trawę. Zbliżyła się do wody, pozwoliła też klaczy podejść do rzeczki i ukoić w niej swoje pragnienie.
- Odpocznijmy tu trochę nim ruszymy w drogę powrotną – zaproponowała. Odczepiła od siodła przytroczony do niego pled, na którym mogłyby usiąść i popatrzeć na płynący wartko czysty strumień zapewne wypływający z pobliskich gór. I im, i koniom należała się chwila oddechu i nacieszenia oczu malowniczą scenerią, która działała pozytywnie na jej zmysły artystki. Może na dniach zacznie nowy obraz? Okręciła się lekko w miejscu, ciesząc swoje oczy. Okolice Beauxbatons były naprawdę wspaniałe.
- Czy na ostatnim roku dużo od was wymagają? – zapytała, poruszając temat już nie związany z salonami, rodziną czy debiutem, a ze szkołą. Cynthia była w ostatniej klasie, a Cressidę czekało to za rok i była ciekawa, czego się spodziewać. Ale cieszyło ją to, że nie musiała już chodzić na najmniej lubiane przedmioty i na ostatnich dwóch latach chodziła już tylko na to, co najbardziej jej odpowiadało i miała jeszcze więcej czasu na malowanie i inne przyjemności. Uroki, eliksiry i kilka innych przedmiotów było już przeszłością.


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Re: Wild Horses - Beauxbatons, 1952 rok [odnośnik]07.06.20 13:08
Robiła wszystko, co mogła, by wygrać – lecz przecież przeciwniczka była równie biegła w jeździe konnej, wiedziała o tym. Na nic więc zdawało się popędzanie wierzchowca, czy to słowem, czy gestem; na metę wjechały niemalże równocześnie. Ściągnęła wodze, by zatrzymać konia, bez problemu utrzymując się przy tym w siodle. Przez krótką chwilę, gdy serce waliło jeszcze jak młot, a ulotne poczucie niezaspokojonej ambicji zatruwało radość z wyścigu, nie zdobywała się na uśmiech; zamiast tego wodziła dookoła rozkojarzonym wzrokiem, spoglądając to ku szumiącej ożywczo rzece, to ku niemalże bezchmurnemu niebu. Przy odrobinie szczęścia nie spotkają tutaj nikogo innego; większość uczniów zdawała się trzymać w pobliżu budynku szkoły, nie zaś wybierać na dalekie spacery. I dobrze – należała im się odrobina samotności, spokoju od nieustającego gwaru, tłoku. Zsunęła się z grzbietu klaczy, śladem Cressidy podchodząc bliżej wody, pozwalając zmęczonemu stworzeniu zaspokoić wywołane biegiem pragnienie. – Chętnie – zgodziła się krótko, w końcu podchwytując spojrzenie przyjaciółki, wciąż uspokajając oddech. Poklepała swego wierzchowca po szyi, po czym zbliżyła się do rozłożonego pledu, ostrożnie zajęła na nim miejsce – tak, by uchronić materiał ubranej na tę okazję sukni przed piachem czy trawą. Odetchnęła głęboko, wypuściła powietrze z cichym świstem; miała nadzieję, że jej policzki nie oblekły się rumieńcem, a nawet jeśli, to że zdążył on już zblednąć. Niewiele później rozprostowała nogi, przeczesując rozwiane włosy dłonią, czując się odrobinę swobodniej. Cichy trel ptaków, szum rzeki i zapach rozgrzanej od słońca ziemi przynosiły ukojenie. Nie myślała już o debiucie, zamążpójściu czy innych troskach, które wiązały się z wkroczeniem w dorosłość. Wtedy jednak panienka Flint zapytała o naukę, co skłoniło ją do skupienia się na tym, co najbliższe – akademii, zajęciach, obowiązkach. – Trudno powiedzieć. – Zmarszczyła brwi, spoglądając ku rozmówczyni w zamyśleniu. – Jeszcze nie, nie więcej niż zwykle, ale przecież rok dopiero się zaczyna. Wszyscy wykładowcy podkreślają, żeby nie bagatelizować egzaminów, żeby zacząć przygotowywać się do nich jak najwcześniej... Ale odkąd możemy uczęszczać tylko na te przedmioty, na które chcemy, nie jest to wcale takie uciążliwe jak mogłoby brzmieć. – Jako szlachetnie urodzone damy nie musiały troskać się, która dziedzina magii mogła przydać im się w przyszłości, pozwolić dostać na upatrzony kurs czy staż; mogły oddać się swym pasjom, bez zaprzątania sobie głowy czymś tak przyziemnym i prozaicznym jak praca zarobkowa. To na pewno pomagało podchodzić do edukacji bez przesadnych nerwów. – Podejrzewam jednak, że esejów, prac i ćwiczeń będzie przybywać z kolejnymi miesiącami – dodała. Miała tylko nadzieję, że przez to – albo też przez obowiązki prefekta – nie braknie jej czasu na jazdę konną, śledzenie występów szkolnej trupy teatralnej czy taniec. – Dlatego cieszę się, że udało nam się wybrać na tę przejażdżkę. – Złożyła usta w miękkim, wdzięcznym uśmiechu; musiały korzystać nie tylko z pogody, ale i z faktu, że początek roku akademickiego był leniwy, względnie spokojny. Powoli położyła się na rozłożonym przez Cressidę pledzie, obserwując niebo, nieśpiesznie sunące po nim strzępy chmur. – Chodź – zachęciła przyjaciółkę, wskazując jej miejsce obok siebie. Miały przecież odpocząć, równie dobrze mogły zbierać siły na leżąco. – Co teraz malujesz, Cressie? – zagadnęła, spoglądając ku jej buzi kątem oka. Sama szukała inspiracji do kolejnych tekstów, krótszych lub dłuższych, z chęcią wysłuchałaby więc rekomendacji przyjaciółki, wyobraziła sobie jej najnowsze dzieło nim jeszcze je zobaczy.
Nie była pewna, ile czasu minęło, nim okolica skąpała się w promieniach zachodzącego słońca, dając im tym samym znak do wyruszenia w drogę. I choć najchętniej panienka Malfoy opóźniłaby powrót do akademii, a tym samym do obowiązków, to rozsądek podpowiadał, że nie powinny dłużej zwlekać. Chwilę zajęło im zgarnięcie koca, a także sprawdzenie, czy klacze ugasiły swe pragnienie i są gotowe do nieśpiesznej drogi powrotnej. Kiedy jednak zyskały już pewność, zajęły miejsca w siodłach i skierowały konie w stronę, gdzie powinien znajdować się gmach szkoły.

| 2xzt



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Wild Horses - Beauxbatons, 1952 rok
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach