Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Leśna lecznica
AutorWiadomość
Leśna lecznica [odnośnik]23.02.20 23:04
First topic message reminder :

Leśna lecznica

Lecznica została otwarta pod koniec kwietnia 1957 roku przez parę młodych uzdrowicieli, którzy po brutalnym ataku Ministerstwa Magii na mugoli zdecydowali się odejść ze szpitala świętego Munga i nieść pomoc potrzebującym, bez względu na status krwi czy zdolności magiczne. Niepozorna chatka ukryta jest na obrzeżach Doliny Godryka, lecz wieść o niej prędko poniosła się wśród tych, którzy potrzebowali pomocy uzdrowicielskiej.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 19:40, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Leśna lecznica - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Leśna lecznica [odnośnik]07.06.21 21:58
Frustracja narastała. Zbierała się pod skórą, wibrowała w żyłach. Gdzieś głębiej, pod warstwami tkanek gotował się gniew. Z rodzaju tych milczących, sączących umysł jadem. Taki, który potrafiła ukryć pod maską cierpliwego spojrzenia, łagodnego uśmiechu. Zduszony w samym środku, jak wstydliwa tajemnica, której nie chciała z nikim dzielić. Gniew przesycony lękiem, budzący nienawiść, podsycający ponure myśli. Taki, który wypaczał światopogląd, podrażniał dotąd ustalony porządek świata. Zrodzony w strachu, poczuciu niesprawiedliwości, wzburzony każdym kolejnym dniem, gdy nasłuchiwała wojennych historii, gdy patrzyła na chaos, który pozostawiała po sobie wojna. Nadzieja i złość balansowały między ścianami umysłu, wirując w szaleńczym tańcu. Nie miała jednak pozwolenia na bycie szaloną czy wściekłą. Miękki dotyk dziecięcej skóry łagodził wzniecone w sercu burze, odpowiedzialność - czasami tak ciężka, że uginały się pod nią barki - nie pozwalała na stracenie głowy. Cztery ściany dziecięcego pokoju tworzyły jej muzeum strachu. Przed wszystkim co jest jeszcze do stracenia, przed cierpieniem jedynego dziecka, aż w końcu tego przed samą sobą i tego co zrobi z nią ta wojna. Jak bardzo karykaturalne stanie się jej odbicie w lustrze, co pozostanie w niej z niej.
Każdego dnia mijała znane jej twarze, oblicza bliższych jej osób i tych mniej, obserwowała jak podła doczesność maluje na ich licach zmarszczki, grymasy zniechęcenia, gniewu, smutku. Gubili cząstki siebie, zastępując je nowymi, obcymi elementami. Z odrobiną sentymentalizmu wracała do ciepłych, miłych wspomnień tego co znała, tego czym byli kiedyś. Nienachalne spojrzenie badało rysy twarzy kilka młodszej Krukonki, ocieplając chłodne ściany gabinetu wspomnieniem młodości - gorącym słońcem balansującym na skórze, tańczącym we włosach powiewem wiatru tchniętym gałęziami drzew obrastających szkolne błonia. Słowa ciężko było spamiętać, wyraźnie jednak pamiętała barwę dziewczęcego śmiechu, kilka amatorskich szkiców i szarobure cienie malujące się na końcach palców. Wtedy też świat nie był miękkim, przytulnym miejscem, tylko na znacznie mniej skomplikowanym obserwowanym przez pryzmat nastoletnich umysłów. Dziś mało było z nich tamtych dziewczyn, a szarobure cienie malowały się jedynie pod ciemną kreską rzęs. Starym wspomnieniom ustępowały te nowe; ich poważne spojrzenia, wpatrujące się w twarz Jaydena, gdy mówił o przyszłości jego synów, zmęczone, uprzejme uśmiechy wymieniane przy stole Vane’ów gdy dawno temu obie odnalazły tam bezpieczną przystań, aż w końcu ciche brzmienie tajemnic niosących się wśród szpitalnych prycz w Oazie. Ani Rose, nie Maeve nie przypominały już noszonych w pamięciach wspomnień.
Bolesny dźwięk, który umknął spomiędzy warg wiedźmiej strażniczki przeciął ciszę, która na chwilę zapanowała między nimi. - To wymaga cierpliwości i systematycznej pracy - powtórzyła - Ale jeśli będziesz o nią dbała, ręka powinna wrócić do dawnej sprawności - spojrzała na nią, wyginając usta w łagodnych, pocieszający uśmiech. - Zaklęcia zazwyczaj łagodzą ból, naprawiają skutki urazów, ale te zwykle muszą zagoić się w swoim czasie. Trzeba po prostu o siebie dbać i ułatwić ciału ten proces. Wiem, że to brzmi trywialnie. Ciężko o siebie zadbać w tym wszystkim, ale powoli będziesz odczuwała różnicę. Najważniejsze żebyś nie nadwyrężać tych mięśni, nie wydłużać tego procesu, dodatkowe ćwiczenia powinny wspomóc to, a i ty będziesz czuła się silniejsza - stwierdziła.
- Nie - pokręciła głową - Jeśli chodzi o podstawowe eliksiry nie powinno ci to sprawiać problemów. Jeśli chodzi o ich przyjmowanie to też nie numerologia, rozpiszę ci wszystkie zasady i pokaże jak je przyjmować - pokiwała energicznie głową - Najważniejszym jest żeby rozpoznać eliksir i to z której grupy pochodzi. Jak na przykład eliksiry bojowe, trucizny czy środki lecznicze. Te oczywiście dzielą się na kolejne podkategorię względem pola działania. Mamy eliksiry o działaniu ogólnym, łagodzące urazy, wpływające na stan umysłu. Każde z nich posiada pewne cechy wspólne, dzięki którym łatwiej zorientować się w jaki sposób działają i jak uniknąć przykrych skutków ubocznych. Zresztą… Jeden z uzdrowicieli jest toksykologiem i mam tu całkiem ciekawą pozycję dla ciebie -  energicznie odwróciła się na chwilę od Maeve - Daj mi chwilkę - kilkoma susami pokonała odległość dzielącą gabinet o ich pracowniczej kanciapy gdzie znajdowała się skromna biblioteczka, w której znajdowała się interesująca ją pozycja. Po chwili wróciła, w pośpiechu kartkując księgę - Tu, popatrz - wskazała palcem na schemat, znajdujący się na jednej z pierwszych stron. - Ten schemat objaśnia działanie danych eliksirów - szybkim ruchem przekartkowała książkę - A ten dotyczy już konkretnie eliksirów leczniczych, tu na przykład masz Wywar Żywej Śmierci i eliksir uspokajający - oba wpływające na układ nerwowy czyli centralny układ nerwowy jak mózg, rdzeń kręgowy czy układ obwodowy czyli nerwów, które upraszczając, przekazują informację między centralnym układem a całym ciałem. Sztuka alchemii i magimedycyna spotykają się tutaj - wpływ poszczególnych ingrediencji, w odpowiedni sposób połączonych i dawkowanych wpływają na działanie poszczególnych organów dzięki czemu uzdrawiamy. Przeciwnością tego oczywiście jest alchemia trucizn czyli powodowanie negatywnych skutków - słowa szybko uciekały spomiędzy warg, jedynie potrzeba złapania oddechu na chwilę zatrzymała słowotok. Spojrzenie na krótko spotkało się z tym Maeve. Będąc w swoim żywiole niemal się zapomniała. Głębszy wydech opanował pęd słów - Niemniej jednak w wypadku większości eliksirów przyjmowanych w celach leczniczych wiedza anatomiczna i alchemiczna są niezbędne. Zbyt mała ilość nie zadziała, zbyt duża może wywołać niepożądane skutki. Dlatego też ważnym jest aby być zaznajomionym z działaniem eliksiru, tego jak wpływa na ciało - tu potrzebna jest pewna świadomość dotycząca działania ludzkiego organizmu oraz tego jak wpływają na niego poszczególne składniki oraz ich kategoria - środki lecznice składają się z trzech ingrediencji roślinnych i dwóch zwierzęcych, serca zazwyczaj są szlachetne lub neutralne.To również jest ważne, bo tyczy się tego jakie ilości należy przyjmować. Według tradycyjnego ujęcia dawkowania eliksirów zazwyczaj nie powinno przyjmować się więcej niż dwa pinty. Pokażę ci wszystko na podstawie eliksirów, które powinnaś przyjmować - pokiwała energicznie głową. Zdawała sobie sprawę z tego, że sama teoria brzmi dość nieprzystępnie i niewiele tłumaczy, poparta konkretnymi przykładami zaczynała jednak nabierać kształtów.
Wybuch Maeve na chwilę przerwał jej mały wykład, spojrzenie ostrożnie badało twarz wiedźmiej strażniczki. W jej oczach odbijał się wstyd, szczupłe palce miękko opadły na dłoń Krukonki - Jestem pewna, że zrobiłaś wszystko co mogłaś - powiedziała, starając się aby jej głos zabrzmiał pewnie. Nie istniał lek na poczucie winy, ani na wyrzuty sumienia. Nie z  rodzaju tych, które przynosiły by dobre skutki. Nie istniał też sposób by wyzbyć się tego uczucia gdy istniała pewność własnych umiejętności, a te zawodziły. Gdy była świadomość, że całe życie kształcą się i zdobywają swoją wiedzę, aby móc przeciwdziałać, a czasami ta wiedza i umiejętności były niewystarczające. Nie była biegła w słowach, nigdy nie wiedziała jak powiedzieć to co powinno być odpowiednie, coś co mogło złagodzić tego rodzaju ból. Od tego miała swoją wiedzę, wyuczone zaklęcia. - Momentami czuję, chciałabym, zrobić wszystko co mogłoby to co zatrzymać i czuje się winna, że nie potrafię, bo umiem, wiem za mało. Ale wiem, że czasami stoi za tym okrucieństwo innych i jeśli mamy za to kogoś winić, to nie tych, którzy starają się temu zapobiec - spojrzenie uciekło, a kawałek cierpliwej maski odchylił się, aby ukazać ten kawałek siebie, który pełen był żalu i gniewu, pragnienia pokrętnej sprawiedliwości. Ludzie umierali, cierpieli z powodu prześladowań, żyli w opłakanych warunkach i być może nie wszyscy dobrzy zawsze tacy byli i być może nie wszyscy ci, których nazwali wrogami nie zawsze byli źli do szpiku kości - wszystko jednak sprowadzało się do tego jak wiele zła mogli wyrządzić, jak bardzo okaleczyć świat w jakim żyli. Dlaczego więc mieli się winić za walkę, by to zatrzymać?



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Leśna lecznica [odnośnik]20.06.21 11:05
Nie było jej łatwo zmusić się do cierpliwości, utrzymywać nerwy w ryzach. Zwłaszcza ostatnimi czasy, gdy neurotyzm brał górę nad zdrowym rozsądkiem, a wyrzuty sumienia wypaczały otaczającą ją rzeczywistość. Wierzyła jednak Roselyn na słowo, tylko systematyczną pracą mogła przywrócić rękę do stanu pełnej sprawności – dlatego z uwagą zapamiętywała wszystkie, choćby najbardziej oczywiste, rady. Do tej pory myślała, że unikanie ruchu będzie rozsądniejsze, że w ten sposób oszczędzi sobie bólu, nie rozciągała więc kończyny, która ucierpiała w wyniku przygniecenia murami walącego się Tower. Dopiero dzięki konsultacji z biegłą w dziedzinie magomedycyny czarownicą zrozumiała, że musi zmienić dotychczasowe nawyki, znaleźć czas, by zadbać nie tylko o rozchwianą psychikę, ale też – o swe wymęczone trudami ostatnich miesięcy ciało. – Rozumiem. Spróbuję o tym pamiętać. Nie chciałabym pogorszyć jej stanu, ale też nie chciałabym, żeby sztywnienie i ból pozostały ze mną na dłużej – odpowiedziała cicho, osowiale, bezwiednie garbiąc przy tym ramiona. Jeszcze jedna sprawa, którą musiała się zająć, a na którą brakowało jej sił. – Dziękuję, byłabym ci za to bardzo wdzięczna. Obawiam się, że takich wypadków będzie coraz więcej, chciałabym nauczyć się czegoś i o dawkowaniu eliksirów, i o samej budowie ciała... Żeby móc ocenić, jak bardzo jest źle, kiedy znów mi się coś przytrafi. – Może brzmiało to pesymistycznie, z drugiej jednak strony, za oknem trwała wojna. Ludzie ginęli, a jeśli nie ginęli, to zostawali kalekami. Ona zaś wolała szykować się na najgorsze niż karmić złudną nadzieją, że wyprawa do więzienia była ostatnią sytuacją, w której stanęła oko w oko z samą śmiercią.
Kiedy Wright zaczęła wykładać jej teorię stosowania medykamentów, spijała z ust czarownicy każde kolejne słowo. Pamiętała z czasów Hogwartu podział eliksirów na eliksiry bojowe, lecznicze, trucizny, kojarzyła też takie, które nie wliczały się w żadną z wymienionych kategorii – jak na przykład mieszającą w głowie amortencję. W tej chwili najbardziej interesowały ją jednak wywary, którymi mogłaby załagodzić objawy utrzymujących się od niemalże miesiąca dolegliwości. Odprowadziła Roselyn wzrokiem, gdy ta ruszyła w kierunku wyjścia, by niewiele później powrócić z odpowiednią księgą, w której znalazła schemat systematyzujący zagadnienie podawania różnych dekoktów. Spoglądała to na rozpiskę, to na twarz towarzyszki, z uwagą chłonąc objaśnienia uzdrowicielki; w jej energicznych ruchach, roziskrzonym spojrzeniu, dostrzegała prawdziwą pasję. Nie łudziła się, że nagle stanie się znawcą magomedycznych praktyk, nie miała do tego głowy, nie miała na to czasu – zależało jej jednak na opanowaniu podstaw, dzięki którym nie musiałaby się obawiać sięgania po tworzone przez zakonnych alchemików specyfiki. – Rose, myślisz, że mogłabym skopiować ten schemat? Mam przy sobie notatnik, to nie powinno zająć długo. – Wzniosła na nią pytający wzrok; nie wiedziała, ile jeszcze czasu Wright zamierzała spędzić w leśnej lecznicy, czy nie będzie jej przeszkadzać, jeśli zostanie z nią trochę dłużej. Jednocześnie zdawała sobie sprawę z faktu, że zdobycie takiej księgi na własność nie będzie łatwe, zaś posiadanie choćby szkicowej wersji schematu i podziałów mogło pomóc przyswoić sobie tę nową wiedzę.
Kiwała głową, kojarzyła serca szlachetne i neutralne, kojarzyła teorię równowagi proporcji, nigdy jednak nie była orłem z praktykowanego jedynie w trakcie pierwszych lat nauki w Hogwarcie eliksirowarstwa; radziła sobie z przygotowaniem najprostszych eliksirów, była w stanie zrozumieć książkowe polecenia i wytyczne, lecz to tyle. – Dziękuję, to na pewno pomoże mi ułożyć sobie to wszystko w głowie. Jesteś wspaniała, Rose – odpowiedziała, wyginając przy tym usta w bladym uśmiechu, gdy poświęcająca jej czas czarownica zaproponowała pokazanie dawkowania leków w praktyce. Nigdy nie podejrzewała, że skończą w ten sposób, jako uzdrowiciel i pacjent, jako sojuszniczki w walce z zataczającą coraz szersze kręgi niesprawiedliwością.
Nigdy nie podejrzewała również, że wybuchnie przy niej w ten sposób – myląc wytwór umysłu z namacalną, wyrazistą rzeczywistością. Dla niej jednak już nic nie było aż tak ostre, jaskrawe, jednoznaczne. Spoglądała na wszystko i wszystkich przez mgłę przygnębienia, mącącego w głowie lęku. Nie potrafiła jej odpowiedzieć; skinęła tylko niemrawo, nieznacznie głową. Czy naprawdę zrobiła wszystko, co mogła? Czy nie kierował nią wtedy zwierzęcy, tchórzliwy strach? Przelotnie ścisnęła palce kobiety, drgnął jej przy tym kącik ust; wstyd wciąż palił trzewia, miał z nią pozostać jeszcze na długo. Wtedy jednak uzdrowicielka znów przemówiła, a Maeve momentalnie odnalazła jej spojrzenie wzrokiem; słyszała gorycz i żal, widziała rysę, która szpeciła jej łagodne lico. Nie tylko ci, którzy walczyli na pierwszej linii, musieli mierzyć się z okropnościami wojny. Iloma ofiarami bestialskich samosądów musiała się zajmować? I ile z nich przeżyło? Choć było to oczywiste, że i na Roselyn walki odciskały piętno, dopiero teraz zaczęła zastanawiać się, czy ta wciąż utrzymywała się na powierzchni, czy powoli tonęła w odmętach otaczającej ich wszystkich beznadziei. – Nie chcę kłamać. Czasem brakuje mi już słów, by wyrazić jak bardzo tego nie rozumiem. Tego niepotrzebnego okrucieństwa. A czasem nie dopuszczam do siebie myśli, ile ponieśliśmy już ofiar i ile jeszcze przed nami. Ale wiem, że byłoby jeszcze gorzej, dużo gorzej, gdyby nie ty. I gdyby nie inni uzdrowiciele, alchemicy, zielarze, rybacy i łowcy... – Próbowała posłać jej coś na kształt pokrzepiającego uśmiechu, choć bliżej temu było do krzywego grymasu. – Robisz wszystko, co możesz. I będzie jeszcze wiele trudnych chwil, w których zwątpisz. Ale pamiętaj, że robisz wszystko, co możesz. – Bo dużo łatwiej było pocieszać innych niż stosować się do własnych rad.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Leśna lecznica [odnośnik]22.06.21 1:48
Nie dziwiła jej się. Ciało było jej narzędziem. Ból, ograniczenia, brak pełnej sprawności utrudniał jej pracę i realizację powziętych na barki działań. Rozumiała frustrację, gdy fizyczność ograniczała to czego domagał się umysł. Nie dało się jednak pozbyć barier zaledwie siłą woli czy tą pacjenta, czy też tą uzdrowiciela. Ich ciała były silne, tworzył je genialny układ zależności, który jednak nie był idealny - należało o niego dbać, jak i traktować go z szacunkiem. Ciężko było jednak odwiesić płaszcz, odłożyć na bok różdżkę, pozwolić sobie na regeneracje i odpocząć; pomyśleć tylko i wyłącznie o sobie. Nie, gdy za oknem szalała burza, gdy brakło rąk do przygotowywania się na nadejście żywiołu, gdy głęboko w umyśle tkwiła potrzeba zrobienia czegokolwiek, by wyrwać się z okowów biernego strachu, zależności od przeciwności losu i impaktu jakie miały na niego decyzję podejmowane przez innych. Często zupełnie obcych, tych, których decyzje odbijały się na losach całego społeczeństwa. - Myślę, że na tym etapie ostrożne ćwiczenia mogłyby przynieść dużo dobrego. Mięśnie nie lubią bierności, a dzięki temu łatwiej będzie ci powrócić do przywrócenia pełnego zakresu ruchu, z czasem bez bólu. Mocne mięśnie wspierają szkielet, czasami również chronią przed obrażeniami. Warto zwrócić na to uwagę, szczególnie przy ciągłym wystawieniu na urazy - poklepała ją przelotnie po ramieniu, widząc jak jej ramiona opadaje, a mina rzednie- Lepiej przeciwdziałać niż leczyć.
- Tak, myślę że każdy kto naraża swoje życie, powinien wiedzieć coś o pierwszej pomocy. Jak działać, gdy nie ma blisko kogoś kto szybko może udzielić odpowiedniej pomocy medycznej - pokiwała głową, spoglądając w zamyśleniu na wiedźmą strażniczkę - Jeśli będziesz miała czas, możemy pochylić się pewnego dnia nad tymi kwestiami. Oprócz licznych zaklęć leczniczych, które nie zawsze wymagają zaawansowanej wiedzy, jest też wiele innych sposobów - popatrz na mugoli. Ich ciała są słabsze niż nasze, a jednak od setek tysięcy lat ich świat prze naprzód, rozwijają się. Leczą się bez użycia magii, bazując jedynie na swojej wiedzy i pomysłowości. To z pewnością umiejętności, które są w zasięgu ręki osoby, która nie ma wykształcenia magomedycznego. - Maeve nie brzmiała pesymistycznie. Brzmiała rozsądnie. Ryzykowała swoje życie, a na szali było ich znacznie więcej. To była kwestia bycia odpowiedzialnym za siebie i za innych - Lepiej bym się do tego przygotowała, to kwestie wymagające szerszego wyjaśnienia i przede wszystkim przećwiczenia - zaproponowała.
Wchłonięta przez lata nauk wiedza, doświadczenie zdobywane w murach Świętego Munga czy też w Leśnej Lecznicy były czymś czym gotowa była się dzielić. To nie powinny być umiejętności zarezerwowane jedynie dla tych, którzy odbyli kurs czy zadedykowali swoje życie uzdrowicielstwu. Poprzez zawiłości działań ludzkiego organizmu, mnogość arkan zaklęć leczniczych, profesja magomedyków zdawała się być czasami zbyt trudna do pojęcia, znacznie wybiegająca poza podstawowe wykształcenie każdego czarodzieja. Były to jednak kwestie praktyczne, nierozerwalne elementy życia codziennego. Coś co było mimo wszystko na wyciągnięcie ręki, a odpowiednia wiedza w tej materii ratowała życie.
Starała się poskromić chęć rozbijania poszczególnych pojęć na te znacznie bardziej szczegółowe. Umysł sprawnie lawirował między znanymi twierdzeniami, pragnęła zamknąć gamę wiedzy w jak najmniejszej ilości słów. Mówiła, ale nie była pewna czy jest rozumiana. Czy za bardzo nie komplikuje, czy może kilka kwestii powinna wyjaśnić lepiej? - Mam nadzieję, że nie spowodowałam tym większego chaosu w twojej głowie - uśmiechnęła się miękko. - Myślę, że jak pokażę ci jak to działa w praktyce, jak użyć tej wiedzy, wszystko będzie wydawało się znacznie bardziej logiczne. Teraz to tylko zbiór suchych faktów - zapewniła ją.
- Ale najpierw uporaj się ze schematem, potem zabiorę cię do pracowni alchemicznej.
Blady uśmiech zatańczył na jej wargach w odpowiedzi na ledwie wyczuwalne zaciśnięcie palców Maeve; krótki pobrzask rodzącego się między nimi zrozumienia. Ten świat przytłaczał, był jak krzywe odbicie tego co do tej pory znali. Jakże łatwo było być kruchym, wrażliwym - słabym. To było tak bardzo ludzkie. Maeve jednak nie była słaba. To co składało się na ich słabości, tworzyło również ich siłę. Jakże wiele wymagało składanie do kupy rozkruszonego serca, trzymanie w ryzach obolałego umysłu. Działania gdy cały wszechświat nawoływał do poddania się i akceptacji. - Dążę do tego, że każde z nas stara się robić to co może, co jest w zasięgu jego dłoni. Ja tutaj, ty tam. Odczuwamy to, gubimy się, chcemy móc więcej, ale wciąż pozostajemy tylko ludźmi. Na tak wiele nie mamy wpływu, nie możemy winić się za każde zło tego świata i to, że nie możemy temu zapobiec - chrząknęła, czując suchość w ustach, a krzywy grymas zniekształcił łagodne rysy - Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Łatwiej mówić o tym niż faktycznie to pojąć. Sama mogłabym sobie dawać rady, do których nie potrafię się zastosować. To brzmi tak prosto, ale nic już takie nie jest - westchnęła ciężko, odrywając się od wypowiedzianych na głos przemyśleń. Słów, które od dawna kumulowały się pod czaszką, którymi wcale nie chciała się dzielić. Z nikim. Jednak czuła, że to Maeve jest w stanie to zrozumieć. Może głęboko pod skórą kryła się potrzeba podzielenia się tym z kimś. Chociaż namiastką. - Musimy przestać, jak tak dalej pójdzie obie popadniemy w kompletną rozpacz - uniosła się energicznie, jakby odrzucając od siebie ten krótki moment, gdy przestała udawać, że twardo stąpa po ziemi, że jest odporna na szaleństwo toczące ich umysły jak wyniszczająca choroba - Zajmij się schematem i przejdziemy do kwestii ważenia wywarów i dawkowania.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Leśna lecznica [odnośnik]12.07.21 12:50
Wierzyła jej, chciała wierzyć. Wszak łatwiej było poddać się uważnej obserwacji uzdrowicielki z wieloletnim doświadczeniem niż szukać lekarstwa na własną rękę, dalej błądzić we mgle, irytować się swą niewiedzą. Dlatego diagnozę Roselyn przyjęła z niewysłowioną wdzięcznością, tak samo łagodny ton głosu czarownicy, mające pokrzepić gesty. Wizyty u magomedyków zawsze niosły ze sobą stres, strach o kondycję wystawianego na kolejne próby ciała. Kiedy w końcu dowie się, że wieloletnie zaniedbania doprowadziły do nieodwracalnych uszkodzeń? Że już nigdy nie będzie tak sprawna jak kiedyś...? Cieszyła się więc, że ze swym problemem mogła udać się do niej – kogoś, kto nie był jedynie odzianym w kitel specjalistą, ale też znajomą twarzą, z którą łączyły ją wciąż wyraźne, pachnące beztroską wspomnienia. A także te cięższe, świeższe, nakazujące garbić ramiona. – To byłoby niezwykle cenne. Wtedy w Tower, bałam się... – urwała w pół zdania, poruszając bezgłośnie ustami. Bała się o siebie, o poturbowanego Foxa, o Skamandera, którego szata z każdą chwilą coraz mocniej nasiąkała krwią. Nie chciała jednak o tym mówić, nie powinna. Niezależnie od tego, w jakich stosunkach pozostawali Roselyn i Anthony, snucie wizji śmierci ojca jej dziecka nie mogło w niczym pomóc. Wszyscy stamtąd uciekli, jakoś. I to było w tej chwili najważniejsze. – Po prostu byłoby mi lżej, gdybym wiedziała cokolwiek. Na pewno jeszcze nie raz i nie dwa zostaniemy ranni, oberwiemy zbłąkanym zaklęciem. Chciałabym tylko poczuć, że mam jakikolwiek wpływ na to, czy ja, albo moi towarzysze, dożyją momentu trafienia w ręce kogoś bardziej doświadczonego – wyjaśniła powoli, wkładając wiele wysiłku w to, by panować nad głosem, odsunąć wspomnienia więzienia na bok. – I oczywiście. Dostosuję się do ciebie, Rose. Domyślam się, że nie masz teraz wiele czasu wolnego. Więc jeśli tylko znajdziesz chwilę, będziesz mogła mi o tym więcej opowiedzieć, przybędę. Twoja sowa powinna odnaleźć właściwą drogę. – Kąciki ust drgnęły w czymś, co powinno przypominać uśmiech. Krążyła, powtarzała się, lecz nie odnajdowała w sobie siły, by wnieść do rozmowy więcej. A może nie o siłę chodziło, a o temat, który był jej obcy. Albo też – ten wstydliwy incydent, do którego dopiero co doszło. Co jeśli to nie obolała ręka była jej największym problemem...? Może nie powinna pytać o dawkowanie leków, a raczej o godnego zaufania magipsychiatrę.
Nie, nie, wszystko w porządku. Na pewno potrzebuję chwili, żeby ułożyć sobie wszystko w głowie, ale brzmi to logicznie – odezwała się cicho, odpowiadając uśmiechem na uśmiech. – Na pewno jednak praktyka pomoże z ugruntowaniem tej wiedzy – dodała. Zawsze tak było, przynajmniej dla niej. Teorii dało się nauczyć, powtarzać tak długo i tak uparcie, aż wyryje się w pamięci, lecz jeśli tylko była możliwość, by przećwiczyć coś, zaangażować w działanie nie tylko umysł, ale i niespokojne dłonie, zawsze przynosiło to lepszy skutek. Zaś temat korzystania z eliksirów leczniczych, anatomii, był takim, którym niewątpliwie dało się przekroczyć granicę między suchą, ubraną jedynie w słowa filozofią a czymś, co pojmowało się na wielu różnych płaszczyznach. Wchodziło w krew.
Nie była pewna, jak towarzyszka zareaguje na ten wywód, czy zamknie się w sobie, czy uzna wypowiedź za banalną, płytką, lecz zamiast odrzucenia i muru napotkała zrozumienie. Ostrożnie stawiała kolejne kroki, nie chcąc wprawić Roselyn w zakłopotanie, ani też sprawić, że ta poczuje się trzymana na dystans. Poruszanie tak delikatnych kwestii było trudne, bolesne, do tego łatwo było popełnić fałszywy ruch, powiedzieć o jedno słowo za dużo lub skryć za maską sztucznej obojętności. – Wiem, że tak jest. Że nie powinniśmy obwiniać się za to wszystko. Że to nie przez nas giną kolejni niewinni ludzie... Przynajmniej w teorii. – Zmarszczyła brwi, wtórując uzdrowicielce wygięciem ust w brzydkim grymasie niezadowolenia, złości, smutku. – Ale też wiem, że nie znajdziemy bardziej zdradliwego, nieustępliwego wroga niż własny umysł. – Zawdzięczała mu przecież nie tylko koszmary, ale i stale powracające wyrzuty sumienia, przytłaczające poczucie odpowiedzialności za to, co się dzieje, co się stało. Za martwią więźniarkę, zostawionych w Tower skazańców, za każdego mugola, który zginął z rąk fanatyków. Czy nie po to wstępowała do wiedźmiej straży? By zapobiegać kolejnym tragediom...?
Ja... Dobrze, to nie powinno zająć mi długo – zakończyła koślawo; miała rację, nie mogły poddać się rozpaczy, poświęcić następnej godziny na pogłębianie przygnębienia. To nie doprowadziłoby ich do niczego dobrego. Powoli sięgnęła do postawionej na łóżku torby, wyciągając z niej szkicownik, w którym następnie zaczęła odwzorowywać podejrzany w książce schemat. Starała się być szybka, a przy tym dokładna. Nie chciała zajmować Roselyn zbyt dużo czasu; lecznica była pusta, a na korytarzu nie czekał żaden inny pacjent, jednak sytuacja ta mogła się zmienić w każdej chwili. – Gotowe. Teraz do pracowni alchemicznej? – Uniosła wyżej brwi, powoli wstając, nieco nerwowo poprawiając materiał ubranej na tę okazję spódnicy. Poczekała na odpowiedź czarownicy, a później poddała się jej uzdrowicielki, posłusznie ruszając z nią w dalszą drogę, gotując na przyswojenie kolejnej dawki nowej wiedzy.

| 2xzt


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Leśna lecznica [odnośnik]14.07.21 22:37
27 listopada,  inicjatywa dotycząca tego posta

Ciężar nocy stłumił ostatnie promienie słońca. Dzisiejszego popołudnia odwiedziło ich nad wyraz wielu pacjentów. Ludziom doskwierał głód i nędza, a wraz z nimi pojawiały się choroby. Osłabiony układ odpornościowy dopuszczał przeróżnego rodzaju zakażenia, zapalenia. Ręce uzdrowicieli pełne były pracy, szczególnie w czasach, gdy pomoc ta nie była dostępna dla każdego. Mierził ją ten fakt. Dogłębnie frustrowało to co stało się ze szpitalem, któremu poświęciła tak wiele lat swojej pracy.
Zamiast tego pozostały jedynie rzadko rozsiane po Wielkiej Brytanii lecznice, prywatni uzdrowiciele, którzy jak wierzyć słowom pacjentów, pobierali coraz większe opłaty. Nie dziwiło jej, że coraz więcej zbierało się wokół Doliny Godryka.
Gdy ostatni pacjent opuścił próg leśnej lecznicy, musiała zadbać o przygotowanie jej na następny dzień. Posprzątała gabinet, upewniła się, że pościel trafi do prania. Dopiero znacznie później pochyliła się nad dziennikiem Alexandra. Od jakiegoś czasu starała się odciążyć go w codziennych obowiązkach, wszakże nie musiał stawiać im czoła sam, a Roselyn wiedziała jak funkcjonuje oddział szpitalny, znała ich potrzeby, podliczała wydatki i fundusze.
Spokój tej nocy przerwało pojawienie się Maeve. Wysłuchała jej, zebrała najważniejsze informacje, aby przygotować się na pacjentów. Przed wyjściem zabrała jedynie płaszcz, a na miejscu okazało się, że stan pacjentów pozwalał na przeniesienie ich do lecznicy gdzie mogła się nimi zająć.
Wszyscy byli wyziębieni i osłabieni. Dzieci milczały, matka zaś desperacko trzymała młodszego z nich przy piersi.
Serce zamierało w piersiach, gardło zaciskało się w mieszaninie żalu i frustracji. Jak można było wyrządzić coś takiego dziecku? Bezbronnej kobiecie? Innemu człowiekowi? Głos nabrał jednak łagodnej nuty, rozbrzmiał uprzejmością, ciepłem. Emocje musiały skryć się pod cienką skórą. Nie było na nie tutaj miejsca. Przede wszystkim liczyło się to, aby uspokoić rozdygotane nerwy jej pacjentów - Proszę się nie martwić, pomożemy znaleźć wam schronienie. Ale najpierw musimy się wami zająć. Już jesteście bezpieczni.
Najmłodszym chłopcem zajęła się najpierw. Po krótkim badaniu wykryła, że oprócz widocznych siniaków miał również pęknięte żebra. - Fractura Texta - wyszeptała słowa inktantacji - Fractura Texta - powtórzyła, gdy promień zaklęcia okazał się być za słaby. Dopiero drugie zaklęć sprawiło, że pęknięta kość się zrosła. Jego starszy był jedynie osłabiony, widocznie oszczędzono mu tego co dotknęło jego matkę oraz brata. Dała im ciepłe koce i herbatę, by się trochę ogrzali. Wcześniej wysłała również sowę do Kurnika, by zapytać czy będą w stanie zaopiekować się nimi w nocy. Przynajmniej dopóki nie skontaktuje się z Maeve w sprawie znalezienia im schronienia.
Episkey wchłonęło stłuczenia na ciele kobiety. Nie okazywała bólu, chociaż widocznie cierpiała.
Cała trójka była wyczerpana, przemarznięta. Ciepły napój, koc i odrobina fasoli z kaszą, to jedyne co mogła im w tym momencie zaproponować. Gdy w końcu udało im się dojść do siebie, odbyła krótką rozmowę z kobietą, zapewniając że jest wśród ludzi, którzy pomogą im stanąć na nogi. Przynajmniej teraz.
Gdy w końcu pozostała sama, napisała list do Maeve, by wspólnie odnalazły im schronienie na nadchodzące tygodnie.
|zt



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Leśna lecznica [odnośnik]25.07.21 23:35
Wraz z nadciągnięciem nad Anglię fali mrozów i opadów śniegu, leśna lecznica zaczęła mieć problem z zapewnieniem pomocy wszystkim przybywającym pod jej drzwi potrzebującym: chorzy mugole i czarodzieje pojawiali się o każdej porze dnia i nocy, pozbawieni dostępu do podstawowych eliksirów leczniczych, w wielu przypadkach zmagający się z konsekwencjami wychłodzenia i niedożywienia. Wśród niemagicznych, którzy nie posiadali odporności czarodziejów, powszechne stało się zapalenie płuc; pozbawieni magicznych środków transportu, nie wszyscy byli też w stanie dotrzeć do ukrytej w lesie chaty o własnych siłach – w progu pojawiali się więc członkowie ich rodzin, prosząc zabieganych uzdrowicieli o wizyty domowe, a ci musieli wybierać te, które wydawały się bardziej pilne od innych.

Na przełomie stycznia i lutego, gdy temperatury zaczęły zbliżać się do dwudziestu stopni na minusie, a przebywanie na zewnątrz – choćby krótkie – stawało się nie do zniesienia, w lecznicy pojawił się mężczyzna noszący na ciele wyraźne skutki odmrożeń; wstrząsający kim krwawy kaszel utrudniał mu mówienie, nie prosił jednak o pomoc dla siebie, a o rozmowę z jednym z pracujących w lecznicy uzdrowicieli. Jeśli znaleźliście dla niego czas, opowiedział wam o grupie mugoli, którzy po ucieczce z terenów Wiltshire, ukryli się w porastających Wzgórza Quantock lasach, zakładając tam coś na kształt prowizorycznej wioski. Zdając sobie sprawę z tego, że wojna może potrwać kilka długich miesięcy, rozpoczęli nawet budowę drewnianych schronień, ale przeszkodziła im zima: intensywne opady śniegu odcięły obozowisko od doliny, przez co samo przedarcie się przez zaspy stało się wyzwaniem, a z czasem próbującym przetrwać ludziom zaczęło brakować wszystkiego: ubrań, pożywienia, lekarstw. Pod namioty coraz częściej podchodziły wygłodniałe dzikie zwierzęta, stanowiąc zagrożenie dla wartowników i śpiących mugoli, najgorszej przetrząsnęła ich jednak choroba, która od jakiegoś czasu zbierała wśród nich śmiertelne żniwo. Z niemal setki ludzi pozostała zaledwie połowa, spośród których większość potrzebowała natychmiastowej pomocy medycznej.

Jeśli zdecydowaliście się na odwiedzenie obozowiska, to to, co tam zastaliście, przerosło nawet najgorsze z waszych wyobrażeń: mugole, bezskutecznie starający się ogrzać wewnątrz namiotów, mieli policzki zapadnięte od głodu i posiniałe z zimna; poruszali się powoli, słaniając na nogach, raz po raz wstrząsani atakami okrutnego kaszlu. Ci, którzy umarli, leżeli ułożeni jeden na drugim tuż za ogrodzeniem otaczającym wioskę – odkąd w zmrożonej ziemi nie dało się wykopać grobów, przykrywano ich jedynie cienkimi płachtami. Stan niektórych z ciał, połączony z zapachem unoszącym się znad kilku bulgoczących na ogniskach kotłów, podsuwał wam na myśl scenariusz, którego prawdziwości nie mieliście ochoty sprawdzać ani przyjąć do wiadomości.

Jedno było dla was jasne – pozostawieni sami sobie, mugole wkrótce umrą: i nie będzie to śmierć ani łagodna, ani nawet ludzka.

| Do sytuacji może odnieść się dowolna postać lub postacie, które na co dzień mieszkają bądź też przebywają w leśnej lecznicy, każda z nich może też zaangażować w pomoc inne, wybrane przez siebie osoby. Sytuacja ma miejsce na przełomie stycznia i lutego, konkretną datę wybiera pierwsza postać, która podejmie temat.

Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki, ale jeśli w jej ramach zostanie rozpoczęty jakikolwiek wątek, proszę o informacyjne przesłanie linku do odpowiedniego tematu drogą prywatnej wiadomości do Williama.

W razie pytań również zapraszam.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Leśna lecznica - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 4 z 4 Previous  1, 2, 3, 4

Leśna lecznica
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach