Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Gabinet
AutorWiadomość
Gabinet [odnośnik]23.02.20 23:05
First topic message reminder :

Gabinet

Wnętrze gabinetu jest jasne i zdecydowanie przywodzi na myśl szpital, choć taki odrobinę bardziej przytulny. Na jednej ze ścian znajduje się szeroki, metalowy zlew, a kilka półek zastawionych jest najczęściej używanymi eliksirami i paroma interesującymi mugolskimi przyrządami medycznymi. Gdzie nie gdzie powieszonych jest parę większych rycin anatomicznych. Jako szafki służą tu stare i odrestaurowane meble, a dwie kozetki oddzielone od siebie ciemnozielonym parawanem zdecydowanie wiodą tu swoje drugie, jak nie trzecie życie. Całość jest jednak zadbana, a choć skromna to właściciele dokładają starań, aby wnętrze pomimo dominującej w nim bieli pozostało tak przyjazne, jak tylko mogłoby być.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 19:39, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Gabinet - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Gabinet [odnośnik]26.07.21 21:21
Lecznica musi istnieć. Musi. A oni, uzdrowiciele, nie mogą zejść z posterunku tak samo jak wojownicy. Muszą trwać, muszą służyć, muszą leczyć. Krew, która już dziś ściekała na podłogę skromnych gabinetów i korytarzy leśnej przychodni, stanowiła ledwie prolog. Wstęp do masakry, z którą być może przyjdzie im się w niedługim czasie zmierzyć. Słowa panny Wright były bolesne, ale wystarczająco dobrze przemówiły do wyobraźni. Podbiły mocniejszą barwą to, co i tak już rysowało się w świadomości byłej szlachcianki. Kraj zalewał się wolną, która nie dotyczyła już tylko wybranych. Obejmowała ich wszystkich. Bella znała swą stronę, choć do niedawna nie po takiej spodziewała się znaleźć. A inni? Zagubieni? Mugole, których było wielokrotnie więcej niż czarodziejów? Anglia nie była jedynie domem tych zaopatrzonych w różdżki. Świat nie istniał jedynie dla czarodziejów, choć ta, spod ramienia której się wymknęła, powtarzała to jak świętą prawdę. Zaciśnięte usta medyczki stały się zwieńczeniem proroctwa. Zapach niepokoju wdarł się do nozdrzy. Nie powinien jednak jej paraliżować. Nie teraz, kiedy przyszedł czas na naukę. Być może Roselyn nie była tego świadoma, lecz… ofiarowała Isabelli za każdym razem coś więcej niż tylko opiekę doświadczonego mentora i mistrza dziedziny. W tym nastroju nie mogło jednak wydarzyć się jeszcze nic więcej poza mdłymi uśmiechami. Smutek chciała więc wypędzić, ale niósł ciszę, którą mogła wykorzystać do skupienia się na kwestiach anatomicznych. W końcu jej ambicje sięgały znacznie więcej. Daleko poza prostą pomoc medyczną. Chciała wykonywać skomplikowane zabiegi, a nie jedynie łatać rany i łagodzić udręczenie. Chciała więcej. Miała głód hodowany przez wiele lat życia pod złotym kloszem. Uwalniał się teraz, gdy mogła już nie tylko marzyć, ale i działać. Wreszcie. – Masz rację. Teraz nauka… to się wydaje takie dziwne, nietypowe, tak szybko postępująca. Zepchnięta i zmanipulowana. Jest bardziej akcją niż nauką. Przynajmniej tu. Tym bardziej doceniam każdy moment na głębsze debaty i oceny. Dzieją się rzeczy, których nie można zatrzymać, do których nie można dotrzeć powoli. Znikąd zjawiają się ludzie na granicy życia i śmierci. Wymagający działania tu i teraz, podjęcia natychmiastowej decyzji, bez czasu na dokładne analizy i skrupulatne diagnozy czy obserwacje. Bycie tutaj jest tak cenną lekcją. Doświadczenia spływają jak obfite deszcze w burzy – Westchnęła, nieco inaczej odnosząc się do wątków, o których rozprawiała starsza uzdrowicielka. – Inna jest nauka, inne mamy czasy. Jest… prędko, bardzo! Tak łatwo można się w tym zagubić. Co cię prowadzi? Co podpowiada? Wzrok? Intuicja? Doświadczenie? Przeczucie?
Czemu ufasz najgłębiej? Czemu ufać powinnam ja w skrajnej chwili?
- Nie ma już takich badań, ale my... Wciąż się uczymy. Wciąż wychodzimy naprzeciw, prawda? Nie możemy nikogo zostawić – zadumała się głośno i szerokimi oczami łowiła w spojrzeniu Roselyn własne pragnienie. Wysłuchała obfitego wyjaśnienia. Skupiła się na wątkach, zaklęciu i przywołanej pacjentce, która wkrótce miała pomóc Belli w stawianiu trudniejszych diagnoz. Której pomóc miała Bella, to było najważniejsze. Niemniej przyjrzenie się wyrażonym przez zaklęcie nieprawidłowościom w organach wewnętrznych stanowiło podstawę. Anatomia miała nieskończoną ilość sekretów, ale każdy kolejny oswojony pomagał w pogłębieniu wiedzy i rozwoju leczniczych zdolności. – Pani Giddery – skinęła uprzejmie na powitanie, kiedy tylko kobieta pojawiła się w progu i popatrzyła na dwie medyczki z niepewnością. – Och, bardzo proszę – dodała z uśmiechem, na zachętę. Nietypowy wygląd kobiety już od wejścia wzbudził czujność Isabelli. Kobieta przysiadła na kozetce i ostrożnie podwinęła rękawy. Ich oczom ukazały się ręce porośnięte bujnie niebieskim lokiem. Gdzieniegdzie widoczne były łyse kawałki skóry, a kiedy lekko potrząsnęła łokciem dość sporo włosów opadło. W niektórych miejsca widoczne były również inne kolory owłosienia. – Kiedy zauważyła pani ten odmienny stan? – zapytała Isabella, podchodząc bliżej. – Kiedy zaczęły wypadać włosy na rękach? Czy przyjmowała pani jakieś eliksiry ostatnio? Obejrzę pani głowę – wymówiła ciepło i spokojnie. Wyczuła zawstydzenie i strach w oczach pacjentki. Lekko dygotała. Przyłożone do głowy palce uzdrowicielki wyczuły dodatkowe ciepło. Bella zmrużyła oczy. Gorączka. – Zbadam panią, wymówię zaklęcie. Ależ nie ma powodów do obaw, obiecuję, że nie zaboli – wymówiła płynnie, choć w środku zadrżała. Nigdy nie udało jej się dotąd wykorzystać wspomnianego czaru do tak dokładnej, zaawansowanej diagnozy. Objawy podpowiadały metamofomagiczną gorączkę, ale milczała, by póki co nie straszyć kobiety. To mogło być równie dobrze coś innego. Klątwa albo nieudane zaklęcie. - Diagno haemo! wypowiedziała, zdając sobie sprawę, że skoro pojawiło się już wypadanie anormalnego owłosienia, to mogło dojść do nieprawidłowości o wiele głębiej. Znała teorię, znała inkantację, ale czy umiała właściwie odnaleźć się w zawiłych informacjach, jakie przekazywał jej czar w magicznym połączeniu? Wejrzenie głębiej. Organy. Struktura wątroby, krawędzie nerki, kształt żołądka… Czego powinna szukać? Gdzie znajdowały się nieprawidłowości? Czar alarmował. Kobieta przyznała dziwny dyskomfort, wymioty. Coś działo się w środku. Obrazy, przekazy, podpowiedzi płynące z magii… - Mało widzę – wyraziła spokojnie, nie chcąc obnażyć niepewności przed i tak roztrzęsioną pacjentką. – Roselyn – wymówiła prędko, nie przerywając zaklęcia, nie odrywając oczu od chorej. Choroba była bardzo zaawansowana. Wewnątrz znajdowały się długie, bardzo niebezpieczne włosy. Widok był trudny, nie mogła nawet dobrze zdiagnozować organów. Czy było aż tak źle? Nie miała pewności. Kobieta zbladła, a Bella ostrożnie otworzyła usta. – Większe zmiany, uszkodzenia. Nie widzę dokładnie. Popatrz – poprosiła, bo potrzebowała pomocy. Wiedziała, że coś się działo, ale dokładna ocena wciąż była zbyt trudna. Pacjentka słabła.
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Gabinet - Page 6 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn
Re: Gabinet [odnośnik]26.07.21 23:28
Nie potrafiła wykrzesać z siebie więcej żaru, więcej ognia, więcej nadziei. Emocje chociaż wzburzone pod powłoką cienkiej skóry, rzadko kiedy znajdowały ujście. Jej burza wciąż trwała spętana w klatce umysłu. Pieczołowicie skrywana pod łagodnym, spokojnym rysem twarzy, spojrzeniem cierpliwych, ciepłych oczu. Jak wielu przybierała maski, a ta jej przedstawiała osobę racjonalną, kontrolującą własny strach, drżące pod naporem wojny uczucia. Nie była jaskrawym, silnym płomieniem, który trawił wszystko co spotykał na swojej drodze. Była jak wytrwałe światło latarni, rozpraszające ciemność, jednak nie dominujące nad krajobrazem nocy. Rose potrzebowała racjonalizować, nadawać porządek myślom, znaleźć coś czego twardo mogła się trzymać i temu służyć. Musiała więc w coś wierzyć, a to dawało jej nadzieje, to dawało jej siły. Musiała więc wierzyć w samą siebie i w to, że lecznica napędzana była siłami dobrych, oddanych swojej pracy ludzi. Że warto było dedykować się tej misji. Nie mogła obojętnie mijać wymęczonych cierpieniem twarzy, wiedząc, że posiadała siłę i zdolności, by ściągnąć odrobinę cierpienia z przygniecionych bólem barków. Wiedziała, że nie tak powinno wyglądać ich społeczeństwo - obojętne, dbające jedynie o własny dobrobyt, własne dobro. Kimże wtedy by się stali? Kimże byliby w świetle wciąż trwającej wojny? Wierzyła w to, że należy sobie pomagać, dawać coś od siebie. Dopiero wtedy można było oczekiwać tego od innych. To, że była tu zawdzięczała również innym. Zaoferowano jej bezpieczną przystań, gdy musiała wylizać rany. Dostała pracę, gdy drżała o to czym nakarmi własną córkę. Mogła liczyć na wielu ludzi i chciała, by oni mogli liczyć na nią. W tym tkwiła ich siła. W niekończącej się sieci zależności, które teoretycznie osłabiały. Wszakże mieli tak wiele do stracenia. Rose jednak widziała w tym właśnie nadzieje. W ludziach. Chociaż tak łatwo było przestać w nich wierzyć.
Dlatego też tutaj widziała swojego rodzaju ostoję. Garstkę uzdrowicieli, mugolską pielęgniarkę, którzy mimo przeciwności wciąż pełnili swoje funkcję. Była gotowa starać się ile miała sił, by móc być częścią siły napędzającą to miejsce. Dlatego uczyła się pilnie, realizowała, szlifowała umiejętności i gotowa była dzielić się nimi z innymi, którzy gotowi byli sięgnąć po arkana wymagającej sztuki uzdrowicielskiej. Isabella uczyła się pilnie i dostrzegała w niej ten cień dawnej ekscytacji, fascynacji, który niegdyś nosiła w sobie sama.
- Właściwie tak jest cały czas. Nigdy nie pozbywasz się tego uczucia - uśmiechnęła się lekko. Jakąś częścią siebie cieszyła się tym, że mogła dzielić te myśli z kimś innym, kimś kto znał ich codzienność, a jednocześnie obserwować przez pryzmat osoby, która dopiero rozpoczynała swoją drogę - Najpierw zatapiasz się w ten statyczny świat ksiąg, wywodów naukowych, wymagający by wszystko poznać, nauczyć się na pamięć, a gdy przychodzi chwila gdy musisz wykorzystać swoje umiejętności, po prostu musisz działać. Kontrolować swoją wiedzę, myśleć trzeźwo i rozsądnie. Działać. Na analizę czasami masz tylko sekundy, tylko chwilę na to, aby wykorzystać to wszystko co kosztowało setki godzin cichej pracy. Trzeba działać schematycznie, działać według z góry narzuconych reguł, a czasami trzeba poza nie wyjść, otworzyć umysł. W medycynie nie ma nic statycznego i ta zdolność do szybkiego dopasowywania się do sytuacji cechuje wprawionego uzdrowiciela. I dlatego też warto rozmawiać, dzielić się własnymi doświadczeniami, wzbogacać się o wiedzę innych. Tu nie ma żadnych granic. Szczególnie tu w lecznicy, gdzie spotkasz i ofiarę zatrucia i kogoś komu zadano rany podczas walki.
Co cię prowadzi? Co podpowiada? Wzrok? Intuicja? Doświadczenie? Przeczucie?
- Wszystko. To co widzę, to z czym miałam już do czynienia, a czasami po prostu wiem co mam robić. To jak mechanizm napędzany zdobytą wiedzą i doświadczeniem, które miałam szansę zdobyć. Czasami po prostu działam, bo wiem co mam zrobić. Nie potrafię inaczej tego wyjaśnić - wzruszyła lekko ramionami. Nie potrafiła zdradzić tego sekretu, bo chyba każdy musiał mieć ten swój. Stworzyć porządek wśród miliona rozbieganych cytatów, definicji, wspomnień. To wszystko tworzyło jej klarowny obraz, im więcej wiedziała, im więcej spotykała na swojej drodze. Tym bardziej działała instynktownie. Nie był to jednak instynkt zbudowany na bazie emocji, odrealnionych przeczuć. Czerpała to na bazie własnego umysłu i mu musiała ufać.
Przez chwilę milczała, obserwując Isabelle podczas wywiadu. Pytania dotyczące czasu trwania niepokojących dolegliwości były ważne. Wskazywały na to w jak zaawansowanym stadium była choroba. - Pani Giddery, najpierw zauważyła zmianę koloru włosów, znikły szare pasma, te nabrały koloru, później zauważyła utratę włosów, ale to również jeszcze jej nie zaalarmowało. Uznała, że to kwestia wieku. Dopiero późniejsze symptomy sprawiły, że postanowiła się z nami skontaktować - wyjaśniła po cichu Isabelli, gdy na chwilę odsunęły się od pacjentki. Chciała, aby miała pełny wgląd w to co już ustaliły wcześniej.
Czujnie przyglądała się dziewczynie, gdy diagnozowała pacjentkę. - Skup się na tym jakie powinny być. Jak powinnaś je wyczuwać, jeśli są zdrowe - szeptała - Co je charakteryzuje? Jakie procesy w nich zachodzą i jaki jest ich efekt. Dlaczego wyczuwasz nieprawidłowość? Co sprawia, że czujesz tą nieprawidłowość? - kontynuowała, zbliżając różdżkę do skóry pacjentki. - Spokojnie, pani Giddery - powiedziała tylko, łagodnie muskając jej skórę dłoni. Wiedziała, że penetrowanie jej organizmu za pomocą magii, chociaż nie było bolesne, to nie należało do najprzyjemniejszych.
- Jaka jest rola wątroby, Isabello? Jak powinna pracować zdrowy organ? Jaką powinien mieć wielkość? Jakie substancję wydzielać? - zapytała po raz kolejny, licząc że ciągłe pytania naprowadzą Isabellę na odpowiedzi.
- Dość - zawyrokowała, spoglądając w oczy uzdrowicielki. Bez cienia niezadowolenia czy złości. Nie oczekiwała od Isabelli, by od razu zrozumiała i pojęła. Chciała jej jedynie pokazać, by mogła to przeanalizować i przemyśleć.
Sama zaś skupiła się na zaklęciu, zatapiając się w jego magię. Czuła niewydolny, obrzmiały organ, pokryty nienaturalną sierścią, która ograniczała jego działanie i sprawiała, że nie rozkłada toksyn, półstała tkanka stwardniała, choroba postępowała a słabość pacjentka była coraz bardziej wyczuwalna.
Wzięła głęboki oddech - Isabello, pomóż mi proszę zorganizować gabinet, proszę tu na chwilę poczekać, pani Giddery, zaraz wszystko pani objaśnię.
Na chwile obie uzdrowicielki opuściły pomieszczenie - Wątroba jest cała porośnięta sierścią, musimy jak najszybciej ją usunąć. W takich wypadkach czas jest bardzo ważny. Im dłużej organ nie działa tak jak powinien, tym bardziej słabnie jej organizm i zatruwa się.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Gabinet [odnośnik]27.07.21 19:07
- Działać – powtórzyła za nią, jakby potwierdzała, jakby do niewidzialnych pergaminów, spisanych porozumień przykładała pieczęć. O tym, że to jest właściwa pora, że tu i teraz należy powstać i wyruszyć, aby walczyć o swą przyszłość, wiedziała nie od dziś. W maju wyruszyła w drogę, która odmienić miała jej całe życie. Tak też się stało, a proces ten postępował. Nie mogła się zaspokoić tym, co miała teraz. Potrzebowała jeszcze więcej. Wiele lat zatapiania nosa w książkach i wysłuchiwania nudnawych niekiedy opowieści nauczyciela magii leczniczej (a nuda ta wynikała z powtarzających się formuł i definicji, które nie miały prawa objawić jej się w rzeczywistości) opłaciło się. Nie wchodziła jako zupełnie świeża osoba, która znała ledwie podstawy pierwszej pomocy. To nie tak. Na pamięć uczyła się kolejnych kroków w skomplikowanych zabiegach. Sięgała po treści, które teoretycznie przenigdy nie miały jej się przydać, po zawiłe procedury szpitalne. Teraz mogła to wszystko wykorzystać, a mimo to wciąż była nienasycona. Roselyn, kochana Roselyn, wychodziła jej naprzeciw.
– Mój umysł jest otwarty, głodny, natchniony. Gotowy uwolnić się i poczynić kroki, kiedy dookoła wszyscy wpadają w panikę, kiedy ustają życiowe funkcje, kiedy na twarz człowieka wstępuje śmiercionośna bladość, a kończyny łamią się. Różnorodność przypadków w naszej lecznicy jest jak... jak ten kurs, którego nigdy nie miałam. Każdy przychodzi z czymś innym. Mogę poznać wszystko, udręczone dusze i groszczopryszczkę, pokąsane uda, magiczny katar i przedawkowanie sennych eliksirów. Kto wie? Może to nawet jeszcze lepsze od kursów? Och, nie ujmując oczywiście twemu wykształceniu, droga Roselyn –
wymówiła z uczuciem i popatrzyła na nią z szeroko otwartymi oczami.
Bella nie potrzebowała więcej. Nie łaknęła jeszcze szerszej odpowiedzi. Wszystko. Wszystko stanowiło najlepszą jej formę, prawdziwą, szczerą i szeroką tak, jak szeroka była sama medyczna nauka, jak tajemnicze było ciało i jak bezduszne były walki, które przyganiały pod próg przychodni najwięcej pacjentów. Wiedza i intuicja. Magia i doświadczenia. To wszystko miało sens, miało przekaz. Musiała iść dalej, rozwijać się tak dumnie i prężnie, z ochotą i nieskończenie wielką potrzebą. Jak teraz. Na swej drodze zaś spotykała przewodników. Umysł był potężnym narzędziem. Tak jak czary. – Nieprawidłowości postępują, dolegliwości są zatem jeszcze bardziej dokuczliwe. Początkowo lekkie, a później bardziej nieznośne. Wkrótce mogą być dla pani niebezpieczne – przyznała, reagując na pokaźną dawkę informacji usłyszanych od tej drugiej uzdrowicielki. To, co zaatakowało pacjentkę, zaczynało się rozszerzać i docierało coraz głębiej. Nie było ledwie przelotną niewygodą. Gorączka ewoluowała. Nieleczona przecież mogła wpędzić pacjentkę do grobu! Dlatego należało wejść głębiej, przyjrzeć się, co jeszcze działo się w ciele. Przyjrzeć temu, co budziło wątpliwość, co alarmowało, a nie było dostrzegalne bez magii.
Wright nadchodziła z pomocą. Jej głos był cierpliwy i dodawał Belli dodatkowej energii. Czuła większy spokój, wiedząc, że pracuje pod okiem doświadczonego uzdrowiciela. Zapewne wszystkie te obrazy dla niej byłyby już teraz jasne, ale Presley potrzebowała wskazówek i więcej czasu. Miała propozycje, diagnozy, wnioski, ale nie była ich na tyle pewna, a jako medyk... jako medyk musiała wiedzieć, bo jej wątpliwość mogła poprowadzić do czyjejś śmierci. Zła diagnoza bywała przecież gorsza od jej braku.
Prowadziła różdżkę, analizowała podpowiedzi, podążała ich śladem. Roselyn niewidzialnie popychała ją dalej, głębiej, odważniej. – Coś jest wokół. Wypełnia obraz, zamazuje go, coś, czego nie powinno być – mówiła ostrożnie, unikając szczegółów, które mogłyby dosadnie przerazić pacjentkę. – Organy są uciskane. Otoczone. Bronią się – spróbowała postawić diagnozę, ocenić dokładniej, co takiego działo się tam w środku. – Obraz nie jest tak przejrzysty, jest osłonięty, ale czuję, że za zasłoną też występują nieprawidłowości. Organy zdają się… praocwać ciężko. Sprawdziłabym jeszcze zaraz pracę serca – kontynuowała nieśpiesznie, z troską i zaangażowaniem. Wkrótce, gdy było już jasne, że anomalie ogniskują się wokół wątroby, padły dodatkowe pytania, na które Bella znała odpowiedzi. – Nie powinna mieć więcej niż 12 centymetrów, produkuje żółć, niszczy alkohole, wspiera procesy hormonalne, neutralizuje toksyny, przekształca amoniak, wytwarza białka, przekształca węglowodany… – wymieniła najważniejsze funkcje detoksykacyjne i magazynujące. Jej funkcji było jednak znacznie więcej, mogłaby wymieniać długo. Wiedziała, po co Roselyn pyta o to właśnie teraz. Chciała ją naprowadzić, pomóc dostrzec te nieprawidłowości. Ten… - Ucisk wymówiła szeptem, do siebie. Organ był ściśnięty, porośnięty. To te włosy. Włosy wewnątrz dewastowały świętość organizmu. Popatrzyła na Wright, która w tej samej chwili przerwała diagnozowanie. Różdżka Belli powoli opadła. Kobieta traciła odporność, zniewolona wątroba zaburzała mnóstwo czołowych procesów w organizmie. Jeszcze chwile i wnieśliby ją na noszach do lecznicy. To właściwie był ostatni moment. Intruz opanowywał tak istotny narząd. Trzeba było działać już. Zerknęła na Rose. Chyba wyczuły to samo. Pokiwała głową, kiedy padły kolejne instrukcje. Za drzwiami gabinetu potwierdziło się to, co wyczuła Bella. – Tak... tak też myślałam. Włosy powodują uszkodzenia i zaburzają pracę organu. To może mieć okrutne konsekwencję. Już teraz zniszczenia w wątrobie mogą być znaczące. Och, Roselyn, trzeba jej pomóc. Biedna kobieta. Chcesz… chcesz usunąć wszystkie włosy ze środka i wyleczyć anomalie na wątrobie? – upewniła się jeszcze, a potem popędziła do gabinetu zabiegowego, by właściwie przygotować salę. Odkażoną, czystą i zaopatrzoną w najważniejsze narzędzia i eliksiry. Naprawdę to zrobią, a Bella będzie asystowała! Ekscytacja splotła się z lekiem i jednoczesnym poczuciem misji. Przecież właśnie to pragnęła czynić.
Gdy wszystko było gotowe, pacjentka została poinformowana o konieczności zabiegu, a wkrótce później zaprowadzona do właściwej salki i ułożona na stole. Panna Wright powinna jednak wiedzieć, że Presley nie potrafiła wprowadzać pacjenta w stan śpiączki właściwej dla takiego zabiegu. Obserwowała niedawno, jak Archiblad usypiał Tonks do przeszczepu języka, ale sama… samej jej nie wychodziło wciąż to zaklęcie. Mogła jednak odkazić skórę na brzuchu. Mogła również uspokoić przestraszoną pacjentkę. - Ignominia! Purus! - wyraziła, kiedy różdżka znajdowała się już blisko odsłoniętego ciała kobiety. Potem zwróciła ją w stronę serca. - Diagno coro!
Serce pracowało prawidłowo, choć przez wzgląd na stres biło szybciej. Uspokajające zaklęcie jednak zaczynało powoli działać. Czekała na dalsze instrukcje.
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Gabinet - Page 6 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn
Re: Gabinet [odnośnik]27.07.21 23:43
Rozbawiony uśmiech rozjaśnił rys poważnego lica uzdrowicielki, formując nieznaczny dołeczek na lewym policzku - Niczego mi nie ujmujesz - odpowiedziała jej krótko, pozwalając by kącik ust uniósł się odrobinę wyżej. Zdążyła ją poznać. Nie w taki sposób jak przez długie lata hartowało się przyjaźń. Isabella jawiła się zbiorem obserwacji nabytych podczas wspólnej pracy, mieszaniną świeżych wspomnień i jeszcze ulotnych wrażeń. Zdarzało jej się mówić dużo, kwieścicie, nadawać słowom pasji w sposób w jaki Roselyn nie potrafiła. Kontrastowała z sylwetką barwnej minionej lady Selwyn, w porównaniu z nią była niemalże ascetyczna - ważyła słowa, gesty, rzadko kiedy zdradzała o czym myśli, a emocje skrywała pod grubym płaszczem wypracowanego spokoju. Ekspresywność Isabelli powinna wchodzić w burzliwą reakcję z wyważonym usposobieniem Wright. Jednak nie tak to funkcjonowało. Roselyn wyciszała, nadawała struktur przekazywanej wiedzy, porządkowała chaos, Isabella zaś zabarwiała ich nauki pasją - przypominała o czasach, gdy Rose była w podobnym miejscu co Bella, wypełniała przestrzeń tchnieniem życia. Chociaż obowiązków miała aż zanadto nigdy nie żałowała czasu poświęconego pannie Presley. Była bardzo wdzięczną uczennicą. Zafascynowaną, zdolną. Kilkumiesięczne efekty ich prac były dostrzegalne, a Isabella rozwijała się na jej oczach. Było w tym coś satysfakcjonującego - to, że w jakiś sposób przyczyniła się do tego, by młoda uzdrowicielka była w stanie rozwijać pełnię swojego potencjału, bo praca którą wkładała w rozwój była sukcesem należącym jedynie do niej.
Dlatego też pozwoliła, aby Isabella przejęła kontrolę. Tym razem nie zaprosiła jej do współpracy, aby obserwowała to co robi Roselyn, a samodzielnie zdiagnozowała przypadek i była w stanie zrozumieć ciężar decyzji jakie podejmowali. Żeby rzeczywiście z nią współptacowała. Potrafiła jej zaufać. Sama wszakże obserwowała jej postępy, zdawała sobie sprawę z zakresu wiedzy jaką posiadała i tak jak obiecała jej zanim jeszcze pani Giddery weszła do pomieszczenia.
Nie zostawiłaby jej z wyzwaniem, z którym nie była pewna, że sobie poradzi.
Gdy we wrześniu wszyscy uzdrowiciele przenieśli się do Oazy, aby uleczyć tych, którzy zbiegli z Tower również stanęła na wysokości zadania. Robiła to każdego dnia. Zasłużyła na zaufanie.
Kolejna słowa nie były efektem jego braku. Wiedziała, że przyszedł moment gdzie należało wspomóc ją swoim doświadczeniem, stanąć u jej boku i pokierować różdżką, aby mogła wykonać kolejny krok w zrozumieniu złożoności zaklęcia Diagno Haemo, a także w ten specyficzny sposób zaobserwować działanie tego organu, a raczej to jak wyglądało gdy nie spełniał swojej roli.
- Tak - zawtórowała jej - Wszystkie te funkcje są niezbędne, aby utrzymać prawidłowe działanie organizmu. Czujesz to? - spojrzenie skupiło się na Isabelli. Na słowach, których nie chciała wypowiadać głośno przy pacjentce. Czy czuła jak brak prawidłowo działającego organu dewastująco wpływał na działanie całego systemu?
- Obawiam się, że nie możemy z tym czekać. Należy jak najszybciej doprowadzić do zaleczenia organu, by powoli wrócił do pełnienia dawnych funkcji. Organizm nie jest jeszcze na tyle osłabiony, by tego nie przetrwać, ale to ostatni dzwonek. Nie ma na co czekać. Zrobimy to dzisiaj - zawyrokowała.
Gdy Isabella zajęła się przygotowaniem gabinetu Roselyn podążyła w stronę pacjentki. Musiała przygotować ją psychicznie na to co miało nadejść. Ciężko było mówić o rokowaniach, szansach. Wielu czarodziejów z czasem wychodziło ze szpitala w pełni sił, wracając do dawnego trybu życia. Pani Giddery była jednak osobą starszą, nie mogła jej obiecać tego czego sama nie była pewna. Znienawidziłaby się za składanie takich obietnic. Mogła jedynie zapewnić, że bez tego nie przetrwałaby kolejnych kilku dni.
Gdy wszystko było już gotowe wprowadziła panią Giddery w stan śpiączki. Zaklęcie sprawiło, że powoli osunęła się w niebyt, a gdy mglista smuga znikła wchłonięta przez umysł pacjentki, Roselyn dała znak na to, że są już gotowe.
W chwilach takie jak te odczuwała diametralną różnicę między szpitalem, a ich małą lecznicą. Brakło im bogatego wyboru narzędzi, przestrzeni, środków. Musiały jednak działać w oparciu o to co miały pod ręką. Działała nieśpiesznie, pozwalając Isabelli na ciągłe kontrolowanie stanu pacjentki.
- Widzisz? - przerwała ciszę, na krótki moment skupiając spojrzenie na pannie Presley - Zaobserwuj to - wskazała jej miejsce. Inne organy również były podrażnione - Usuniemy owłosienie, jednak na tym nie skończy się nasze postępowanie. Co jeszcze byś uczyniła? Jak dalej będzie wyglądało leczenie?
Niezdrowy spokój wypełniał cztery ściany gabinetu. Ciężar życia pani Giddery leżał teraz w ich rękach, dłoń jednak nie drżała w trwodze. Nadgarstek podążał śladem wyuczonych zaklęć, wykonywał wypracowane ruchy. Serce biło głośno i donośnie, nie na tyle jednak aby szum krwi rozproszył skupienie umysłu. Głos nawigował Isabelle - mówiła o tym co robi i tłumaczyła dlaczego tak postępuję. Mogła teraz zaobserwować co kryje się pod skórą, po przecięciu tkanek, jakie sekrety nosiło w sobie ludzkie ciało.
W końcu udało jej się usunąć obce narośle na wątrobie pani Giddery. - Chodź pomóż mi - zachęciła ją, gdy nadszedł czas aby rzucić zaklęcia gojące, które miały zasklepić zabiegową ranę. Sama zajęła się zasklepieniem tych najważniejszych, aby najgłębsze powłoki zrosły się dobrze. Resztę pozostawiła umiejętnościom młodej uzdrowicielki.
W końcu serce przestało obijać się boleśnie o żebra. Nadszedł spokój. - Wybudzimy ją, ale pozwolimy po wszystkim odpocząć. Myślę, że powinna tutaj zostać jeszcze przez kilka dni. Musimy pomóc jej dojść do siebie. Powiadomisz Alexa? Musimy zorganizować dla niej trochę miejsca.
Minęło sporo czasu, zanim opuścily gabinet zabiegowy. - Czwarty i piąty rozdział - uśmiechnęła się krótko, poklepując ją po ramieniu, a roziskrzone spojrzenie zdradzało pozostałości po wzburzonych ostatnimi godzinami emocjach.
Musiały wrócić do swojej codzienności.

|zt <3



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Gabinet [odnośnik]02.08.21 14:29
Zrobimy to dzisiaj.
Bez dokładnych, czasochłonnych badań, bez dziesiątek konsultacji i długiego czasu oswajania się z decyzjami.
Zrobimy to dzisiaj.
Patrzyła na nią, mówiła o tym tak po prostu, tak pewnie i z nadzieją, że jest to niezbędne, konieczne, że jest to właściwa decyzja i nie trzeba już dłużej nad tym rozprawiać. Chociaż Belli podekscytowanie nagle wzrosło i wybiło gdzieś ponad poziom, przytupała je pantofelkiem tak prędko, jak tylko potrafiła. Nadmiar emocji mógł wprawić dłonie w drżenie, pozbawić umysłu potrzebnego skupienia. Nauka sztuki medycznej wiązała się nie tylko ze znajomością magii leczenia i map ciała, ale przede wszystkim z pracą nad sobą. To było jedno z wyzwań. Gdy wojna otaczała ich zewsząd, uzdrowiciele niemniej od bojowników zmagali się z ciężarem emocji. Podekscytowanie młodej adeptki co rusz splatało się z przerażeniem czy poczuciem niemocy, ale… ale coraz łatwiej jej było nad tym zapanować. Tylko w takim nastroju mogła przywołać na tyle harmonijny nastrój, by podjąć właściwe decyzje, by otworzyć właściwe szufladki wiedzy. Tak. Była gotowa. Pomoże pani Giddery. Pod czujnym okiem Roselyn wiele skomplikowanych zabiegów wydawało się prostsze. Czuwała nad nią i chociaż ta świadomość potrafiła peszyć, to jednak wciąż w przeważającej części koiła i pchała do przodu.
Stan starszej kobiety pogarszał się. Choć Bella nie miała jeszcze wprawy w tak zaawansowanym diagnozowaniu i interpretacji głębiej czaru, zachodzących w ciele zmian pod wpływem gorączki, to jednak potwierdzenie doświadczonej uzdrowicielki było wszystkim, czego potrzebowała. Nie było czasu na wątpliwość. Organizm był coraz słabszy. – Nie czekajmy zatem, zróbmy to. Pani Giddery bardzo nas potrzebuje, a szybkie działanie da jej więcej szans, zmniejszy szansę na większy porost włosów i uszkodzenia organów wewnętrznych – wymówiła głośno pewne rzeczy, by dodać sobie nieco pewności i uporządkować fakty. Umiejętność diagnozowania opierała się przecież na dobrej obserwacji i wyciąganiu wniosków w oparciu o wiedzę. A wiedzę miała, bystre oczy również. Wystarczyła tylko odrobina wiary. Gdyby zrobiły to za dzień, dwa lub kilka, zmiany mogłyby być już naprawdę ciężkie i nieodwracalne. Ogołocona z opieki uzdrowiciela osoba chorująca na tę przypadłość była w zastraszającym tempie wyniszczana. Nie tylko od zewnątrz, ale przede wszystkim od środka. Starsza pani potrzebowała stanowczej, dobrej decyzji. Zabieg był konieczny.
Gdy oddech się unormował, kiedy powieki opadły, przeszły do właściwej procedury. W tamtym momencie nie myślała o tym, że lecznicza nie dawała im tak wielkich możliwości jak szpital, że brakowało sprzętu. Działały w oparciu o to, co posiadały, a najważniejszych rzeczy nie brakowało. No i były tam, wiedziały, co należy czynić. Śpiąca magicznie pacjentka nie odczuwała bólu. Była teraz taka spokojna. Ostatni raz popatrzyła na nią, a potem już w całości skupiła się na zabiegu. Pomagała Roselyn, czuwała, gdyby tylko uzdrowicielka poleciła jej dodatkowe zadania. Asystowała i dokładnie obserwowała poczynania. Podczas usuwania owłosienia starała się także kontrolować bliskie otoczenie i pracę pozostałych organów. Drobne drgnięcie, uszkodzenie, jakikolwiek błąd mógłby doprowadzić do krwotoku. Niesamowite były to, że działały w ciele, wewnątrz. Wymagało to najwyższego skupienia. – Tak, widzę. Później należy upewnić się, że zostało usunięte wszystko, sprawdzić pracę narządów i zbadać, czy nie doszło do innych uszkodzeń – wyjawiła nieco mechanicznie. Dolna warga lekko jej zadrżała w ekscytacji. – Trzeba przyjrzeć się zmianom i podrażnieniom, zminimalizować je, a po zabiegu upewnić się, że narządy pracują prawidłowo i wszystko się dobrze goi. Kontrole i eliksiry. Miejmy nadzieję, że po wybudzeniu pani Giddery po zabiegu powróci do sił dość szybko – mówiła głośno, nie odchodząc od stołu ani o krok. –Najgorzej wygląda wciąż wątroba, ale uszkodzenie ciągnie się tylko na dość płytkiej warstwie ścian. Powinna odżyć, kiedy tylko usuniemy te wstrętne włosy i nieco ją wzmocnimy – odpowiedziała, zerkając głęboko w oczy panny Wright.
Niedługo później mistrzyni wezwała ją do realnej asysty, dając naprawdę ważne zadanie. Różdżka Belli pracowała przy otwartym ciele, zasklepiała rany i minimalizowała uszkodzenia. Praca bezpośrednio przy organach była niezwykle cennym doświadczeniem. Wewnątrz wszystko było niesamowite. Obserwacja zmian i ulga napływająca powoli do organizmu. Dopiero usuwały pasożytujące na wątrobie włosy, dopiero łagodziły podrażnienia i pomagały narządowi powrócić do pełnej sprawności, a już czuła, jakby czyniła cuda. Nie był to pierwszy raz, kiedy znajdowała się tak głęboko, tak w środku ciała, ale za każdym razem czuła niezwykłość i jednoczesną powagę dla tego, co udało jej się uczynić. Zabiegowa rana zamknęła się pod mocą różdżki Belli. Zakończyły zabieg, choć organizm na pewno będzie potrzebował jeszcze wielu dni odpoczynku po tej ingerencji. Wzmocniona eliksirami i magią leczniczą pacjentka na pewno łatwiej dojdzie do siebie. O ile będzie przestrzegała zaleceń. – To był poważny zabieg. Powinna pozostać pod naszą obserwacją. Powiadomię. Zajmę się znalezieniem dla niej spokojnego miejsca. Będę obserwować. Spróbuję… spróbuję też diagnozować pracę organu tak, jak pokazałaś mi dzisiaj, dostrzec, miejmy nadzieję, poprawę. Och, Roselyn, tak mi jest miło na myśl, że mogłyśmy ją uratować. Operowanie różdżką… przy organach. To takie niezwykłe, poważne. Udało się – Westchnęła, kiedy emocje po maksymalnej koncentracji i wyciszeniu znów zaczęły powracać. Energia kumulowała się, budziła ruch, który potrzebował się z niej wydostać. Może powinna się przewietrzyć. – Tak jest! Czwarty i piąty rozdział. Będę czytała!
Ale najpierw chwila oddechu. Chwila mroźnego powietrza, które zatrzyma na moment rozpędzone serce uzdrowicielki. Potem zajrzyj jeszcze z pewnością do pani Giddery.


zt x2
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Gabinet - Page 6 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn
Re: Gabinet [odnośnik]13.08.21 20:27
| przychodzę stąd

Niespełna piętnaście minut później lord uderzył w drzwi leśnej lecznicy, wreszcie wchodząc do środka z rannym lotnikiem przy ramieniu. – Panno Wright! – wyrzekł natychmiast, gdy oczy spoczęły na drobnej sylwetce uzdrowicielki. To jej ufał najbardziej, miała fach w ręku godny jego szwagra Archibalda – nie przeczył talentom innych pracujących tu osób, jednak był już za stary, aby nie polegać na zaufanej osobie. Żałował, że nie mógł rozwiązać tego prędzej, żałował, że wcześniej nie pomyślał o tak prostym sposobie komunikacji, lecz teraz był gotów zaoferować lusterko dwukierunkowe uzdrowicielce. Pora jednakże była zła, tragiczna wręcz gdy kolejne krople krwi rozpływały się na kafelkach wraz z naniesionymi drobinami śniegu. – Przyleciał do Dunster Castle chwilę temu, nie badałem go, natychmiast zabrałem tutaj – zaczął, pozwalając sobie postąpić kilka kolejnych kroków, tym razem do gabinetu, który znał nie od dziś. Zaciskając zęby, ułożył mężczyznę na kozetce, pozwalając sobie z delikatnością położyć jego głowę w odpowiednim miejscu. Nie pozwoliłby kobiecie dźwigać ciężaru rannego nieznajomego. Nie zrobił wstępnych oględzin, uważał, że nie było na to czasu. A dlaczego nie wezwał uzdrowicieli do posiadłości? Tam nie było odpowiedniej przestrzeni do zadbania o tego człowieka, paradoksalnie, pomimo wielu pomieszczeń. Wiedział, jak wymagającym mogło być leczenie, a niepotrzebne angażowanie zbyt sporej liczby osób w tym czasie, mogłoby okazać się bezsensowne. Na cóż marnować czyjś czas, gdy przecież mógł temu podołać? Wreszcie odsunął się od lotnika i spojrzał na pannę Wright, nie wiedział, czy ktokolwiek był w tej chwili razem z nią czy był ktoś do pomocy. Raptownie zdjął z siebie płaszcz i szalik, zarzucając na krzesło zaraz z marynarką, ostatecznie podwijając rękawy koszuli. Był gotów pomóc kobiecie, a tym samym wierzył, że w tym ferworze znajdzie ukojnie dla własnych myśli, które wciąż plotły plan działania. Niemagiczni uwięzieni na terenach wroga tuż przy Elkstone – czy posiadali tam jeszcze kogokolwiek, kto mógłby tam pomóc? Ofiary po stronie mugoli, jasno świadczył, że więcej osób potrzebowało tam pomocy; wystraszeni, wygłodniali, wycieńczeni. Wiedział, że będzie prosił o pomoc. Potrzebował tam uzdrowicielki, gdy tylko uporają się ze szmalcownikami. Nie śmiał jednak wysuwać propozycji od razu, podobnie, jak nie podawał jeszcze lusterka, teraz najważniejszym było ocalić lotnika. – Proszę, niech panna mówi co mam robić – zwrócił się do Rose gotów działać. Ponownie zdawał sobie sprawę, że drobnej kobiecie mogło być ciężko z dźwiganiem drugiego mężczyzny i najpewniej dziwiłaby wielu jego pomoc, gdyby był to pierwszy raz, gdzie posuwa się do brania udziału w takiej sytuacji. Nie był specem, lecz chciał się uczyć. Ofiary wojny wymagały tego, by przyswoić więcej podstaw, stać się bardziej użytecznym dla sprawy. Już wtedy, gdy ratował dzieci wraz z panną Clearwater, wiedział, że będzie tego od siebie wymagał, nie mogło być inaczej.


Kto zatem czyni postępy?
Ten z was, kto machnąwszy z pogardą ręką na rzeczy zewnętrze, wszelkim staraniem otacza swą wolną wolę, tak ją zaprawia, tak ją hartuje i w rezultacie doprowadza ją do stanu takiej doskonałości, iż jest ona zgodna z naturą, prawdziwie wzniosła, wolna, niezależna od wszelkich trudności i przeszkód, wierna i skromna.


Romulus Abbott
Zawód : Radca prawny
Wiek : 39
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć
OPCM : 26
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9935-romulus-abbott#300392 https://www.morsmordre.net/t9965-minerva#301345 https://www.morsmordre.net/t9966-quo-vadis#301348 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9968-skrytka-bankowa-nr-2258#301376 https://www.morsmordre.net/t9969-romulus-abbott#301428
Re: Gabinet [odnośnik]16.08.21 0:09
Dni stały się krótkie i niespokojne. W końcu nastała zima, otulając Dolinę Godryka mlecznobiałym płaszczem, a wraz z nią przyszły mrozy i śnieżne zamiecie. Zimno przeszywało do kości, nawet ogrzewając się przy wciąż niegasnącym ogniu paleniska czuła na skórze jego dotyk - dreszcz, który wprawiał ciało w niespokojne wibracje. Chłód przenikał tkanki, sięgając jej serca. Te biło rytmem nerwowych godzin spędzonych na dyżurach. Cztery ściany przedsionka czasami pękały w szwach, coraz więcej ludzi zbierało się by otrzymać pomoc uzdrowiciela. Coraz więcej chorych, coraz więcej ofiar wypadków, ataków szmalcowników. Przynosili ze sobą swąd wojny i opowieści o straszliwych losach, o tych którym zabrakło czasu na przygotowania się do zimy, tych, którzy cierpieli w wyniku represji wojennych. Głosy rozbrzmiewające ich historiami odbijały się od ścian umysły, pozostawiając po sobie ślady, piętna. Wracały do niej ilekroć tylko zamykała oczy, ilekroć tylko pozwalała sobie na chwilę odpoczynku. Ciężar odpowiedzialności przygniatał barki. Długie lata spędzone nad studiowaniem leczniczych zaklęć i tajemnic anatomii, kilka kolejnych poświęconych praktyce zaowocowały szeroką wiedzą i rozległym wachlarzem umiejętności. Ostatnimi czasy czuła jednak jakby to było za mało. Dłonie nie nadążały za szaleńczym biegiem kolejnych dni, nie mieli środków by mogli pomóc wszystkim, nie dla wszystkich pisany był ratunek. Zatrudniając się w Leśnej Lecznicy, oferując swoje umiejętności uzdrowicielskie zakonnikom, obiecała sobie że zrobi wszystko co w jej mocy, aby pomóc zatrzymać terror, który opętał Anglię. Działała w ramach własnej dyscypliny - łatała rannych, pomagała tym, którzy nie mieli się gdzie podziać. To było jednak niewystarczające.
Było jeszcze wcześnie. Drzwi lecznicy oczekiwały na nadejście pierwszych pacjentów. Głęboki granat nocy z wolna przechodził w szarość pochmurnego poranka. Jego marazm odbijał się w powolnych ruchach uzdrowicielki. Różdżka rysowała w powietrzu ślady zaklęć - świeżo uprane prześcieradła składały się w równą kostkę, wciąż osadzający się na meblach kurz znikał starty materiałem wilgotnej szmatki. Ogień rozgrzewał pomieszczenie. Cisza przerywana rytmicznym szeptem czarownicy roznosiła się po wnętrzu lecznicy. Zakłóciły ją brutalny dźwięk pośpiesznych uderzeń do drzwi. Fartuch czekający na wieszaku pofrunął za nią do przedsionka, a palce zacisnęły się na magnoliowym drewnie.
- Lordzie Abbott - powiedziała, otwierając szerzej drzwi - Proszę go zabrać do gabinetu - rozkazała pośpiesznie, wychodząc im naprzeciw. Nie było czasu na zbędną kurtuazję, ani grzeczności. Sama zbliżyła się do nich, wsuwając się pod ramię rannego mężczyzny, aby pomóc im jak najszybciej pokonać odległość dzielącą ich od łóżka polowego. Nie było ważne, że była kobietą - fizycznie słabszą, zwyczajowo mogącą uciekać od wysiłku, pozwalając by wyręczać mogli ją w tym mężczyźni. Tu przede wszystkim była uzdrowicielem.
- Tutaj - powiedziała zduszonym głosem, gdy ciężar lotnika zaczął ciążyć na jej barkach.
Spojrzenie zaledwie na chwilę spotkało się z tym lorda Abbotta, zaskoczenie jedynie na chwilę rozbłysło w czarnych oczach w odpowiedzi na jego propozycję pomocy. Pokiwała pospiesznie głową na znak akceptacji. - Proszę mi pomóc go ułożyć, nogi muszą być trochę wyżej - zbliżyła się do rannego mężczyzny, próbując dotrzeć do źródła krwawienia. Nie pomagały jej przemoknięte poły ciężkiego płaszcza, wezwane zaklęciem nożyce rozdzierały materiał, by w końcu ich oczom ukazała się duża, głęboka rana prowadząca od połowy jego prawego biodra po klatkę piersiową. Materiał przesiąkł krwią, tak jak i prześcieradło. Stracił dużo krwi, a podróż musiała wycieńczyć go do granic możliwości.
- Fosilio - wyszeptała, kierując koniec różdżki w wciąż obficie krwawiącą ranę. Moc zaklęcia rozpłynęła się po brzegach rany, sprawiając że krew zaczęła krzepnąć. Dopiero wtedy udało jej się złapać pierwszy głęboki oddech, odkąd przekroczyli próg lecznicy - Będziemy potrzebowali koców, jest przemarznięty, podniosę temperaturę jego ciała, ale będziemy musieli ją utrzymać. Są tam - powiedziała, jedynie na chwilę odwracając wzrok od pacjenta.
Dokładnie oczyściła ranę zaklęciem Purus, a następnie zacisnęła palce na dłoniach skupiając się na inkantacji wymagającego zaklęcia - Curatio Vulnera Horribilis - powiedziała pewnie, wykonując wypracowany ruch nadgarstka. Mleczna mgiełka wydostała się z czubka różdżki, cienką smugą łącząc przerwaną tkankę, pobudzając ją do regeneracji, aż w końcu zespalając. Przez dłuższą chwilę prowadziła ruch ulotnej nici po skórze lotnika, skupiając się na starannym wykończeniu zaklęcia.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że serce boleśnie uderzało o ściany klatki piersiowej, a krew wściekle szumiała w żyłach. Spojrzenie po raz kolejny powędrowało w stronę lorda Abbotta. - Musimy go ostrożnie rozebrać. Te ubrania są przemoczone i brudne - powiedziała znacznie ciszej niż mówiła dotychczas. - Wiadomo co mu się przytrafiło? - zapytała.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Gabinet [odnośnik]19.08.21 4:14
Ciepłe powitania musiały zaczekać, gdy na szali leżało ludzkie życie. Nie czekał ni chwili, ruszając w wyznaczone miejsce, brodząc pamięcią i słuchem za wskazaniami. – Oczywiście, panno Wright – kiwnął głową, a następnie chwycił drewnianą skrzynkę, w której na szczęście nie znajdowało się nic cennego, by potem zawinąć jeden z ręczników, układając go razem ze skrzynką pod nogami lotnika. Nie protestował, nie narzekał, właściwie nic nie mówił, zaś kamienna mina powstrzymywała emocje od zatańczenia na licu. Robił co miał do zrobienia i próbował planować. Starał się w tym wszystkim być wyjątkowo ostrożny, a nim stopy rannego wylądowały na prowizorycznej podpórce, lord całkowicie odcinając się od jakichkolwiek uprzedzeń, rozwiązał najpierw jeden, a potem drugi trzewik, ściągając przemoczone obuwie, nim jeszcze panna Wright zwróciła uwagę na ubrania. Musieli działać, jak najprędzej, dlatego cieszył się, że czarownica rzeczowo przydzielała zadania i informowała o całym przebiegu sytuacji, równocześnie zaznaczając, co będzie najważniejsze i jakie kolejne kroki winien podjąć szlachcic. Wysłuchawszy rady o kocach, ponownie przytaknął, skierował się do jednej z szafek, lecz znalazł zaledwie medykamenty i ręcznik, toteż prędkim krokiem wybył poza gabinet, odnajdując konkretne miejsce, gdzie znajdowały się potrzebne przedmioty. Paradoksalnie nigdy zbytnio sam nie potrzebował przejmować się takimi drobnostkami, jak grubość koca czy rodzaj materiału, toteż kierując się zaledwie intuicją wybrał najgrubsze materiały. W Dunster Castle tym zajmował się skrzat oraz reszta służby, aby najlepszy materiał znalazł się w pobliżu lordowskiego ciała.
Wrócił dokładnie w momencie, w którym uzdrowicielka kończyła zasklepiać ranę. Mimowolnie próbował złapać bystrym spojrzeniem gest wieńczący zaklęcie i założył, że najprawdopodobniej musiała być to jedna z silniejszych wersji curatio vulnera. Ułożył koce na drugiej kozetce, zaraz podchodząc do uzdrowicielki i jej pacjenta. – Rozumiem, zacząć od płaszcza? – zapytał dosyć retorycznie, albowiem już chwilę później stał blisko głowy lotnika, delikatnie unosząc go za ramiona, następnie po prostu przytrzymując ciężar nieprzytomnego jedną z dłoni, drugą spróbował zsunąć przemoczony i zmarznięty płaszcz. – Niestety, nie wiem, co konkretnie spotkało tego biedaka – przyznał, łapiąc łapczywie powietrze, gdy zmienił stronę, zsuwając ostrożnie drugi rękaw z ramienia lotnika. – Pojawił się niespodziewanie, padł na progu jednego z salonów, prosząc o pomoc, a w dłoni miał list – wyjaśniał, nieprzerwanie starając się możliwie, jak najdelikatniej rozebrać mężczyznę. Pod opuszkami palców czuł chłód bijący od przemoczonych ubrań i ciała, jednak wierzył, że zaraz wszystko będzie w jak najlepszym porządku. Uporawszy się z materiałem płaszcza, zerknął kontrolnie na sweter, rozważając przecięcie materiału zaklęciem, co było o wiele prostsze, niżeli próby manewrowania ciałem i rękawami. Złapał dosyć prędko za różdżkę, podejmując sprawnie decyzję. – Diffindo – wypowiedziana inkantacja, wiedziona odpowiednim gestem przemknęła po splotach swetra, jak i przemoczonej podkoszulki. Cięcie rysowane, tak aby rozerwać również rękawy, przedzieliło wszystko lepiej od nożyczek. Materiał nie śmiał stawiać oporu, opadając na boki ciała i wskazując posiniaczoną klatkę piersiową oraz brzuch, równie przyozdobione kolejnymi ranami. Wsadziwszy różdżkę od kieszeni spodni, natychmiast zaczął wyciągać mokre i zimne ubrania spod pacjenta, starając się wciąż być przy tym ostrożnym oraz delikatnym. – Nadleciał z okolic Elkstone, przysłany przez niejakiego Cyrusa Feathera. Zna panna może tego czarodzieja? – zapytał na wszelki wypadek. – W każdym razie… zaatakowali go najpewniej szmalcownicy, którzy stworzyli blokadę między Somerset, a Gloucestershire, tym samym niwecząc możliwość przedostania się na nasze ziemie grupie potrzebujących mugoli – objaśnił w miarę zwięźle, wrzucając przemoczone resztki ciuchów do pobliskiej miski. Był w stanie zapewnić lotnikowi nowe odzienie, co zdążył odnotować w myślach – musiał tylko powiadomić skrzata o dostarczeniu do leśnej lecznicy ciepłych ubrań. Co chwilę zerkał na pannę Wright, kontrolnie, aby upewnić się, że postępował zgodnie z jej zaleceniami. Wreszcie skierował się do spodni, które zsunął z łatwością, chociaż nie odstępując uwagi, szczególnie przy stopach, jakie wciąż miały pozostać na prowizorycznej podpórce. – Zostawić bieliznę? – dopytał, składając spodnie do tej samej misy, w której spoczywały poćwiartowane kawałki swetra. 


Kto zatem czyni postępy?
Ten z was, kto machnąwszy z pogardą ręką na rzeczy zewnętrze, wszelkim staraniem otacza swą wolną wolę, tak ją zaprawia, tak ją hartuje i w rezultacie doprowadza ją do stanu takiej doskonałości, iż jest ona zgodna z naturą, prawdziwie wzniosła, wolna, niezależna od wszelkich trudności i przeszkód, wierna i skromna.


Romulus Abbott
Zawód : Radca prawny
Wiek : 39
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć
OPCM : 26
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9935-romulus-abbott#300392 https://www.morsmordre.net/t9965-minerva#301345 https://www.morsmordre.net/t9966-quo-vadis#301348 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9968-skrytka-bankowa-nr-2258#301376 https://www.morsmordre.net/t9969-romulus-abbott#301428
Re: Gabinet [odnośnik]23.08.21 23:09
Umysł poddał się wiedziony szlakiem wypracowanych ruchów, czynności wykonywanych każdego dnia od wielu, wielu lat. Rozważała każdy krok, jednocześnie myśląc tak bardzo niewiele. Kierując się instynktem - nie sentymentalnym, uczuciowym, irracjonalnym. Tym nabytym, który wypracowała poświęcając młodość na zgłębianie tajników magii leczniczej. Rys łagodnego lica nie zdradzał zbyt wiele. W spojrzeniu nie krył się ani strach, ani smutek. Jedynie skupienie osiadło na dnie ciemnych tęczówek, pełne poświęcenie wykonywanych działań. Nie potrafiła kontrolować świata, w którym żyła, ani serii zdarzeń doprowadzających do pogłębiających się wojny. Nie miała wpływu już na nic, uginała się pod opresyjnym powiewem szalonego wiatru. Tu wśród lichych drewnianych ścian, w chaosie malowanym szkarłatną czerwienią i siną bladością skóry miała zalążek kontroli. Władzę nad własną różdżka i jej działaniem. Szeptając inkantacje zatrzymała krwotok, pobudziła tkanki do regeneracji by zagoiły się, rysując ślad jasnej blizny na ciele lotnika. Serce przez kilka krótkich chwil biło pewnym, spokojnym rytmem, by po chwili zacząć walić o ściany klatki piersiowej.
Nie była obojętna. Emocje poddawały się kontroli wytresowanego umysłu. Boleśnie jednak obijały się o czaszkę, snując historię jakie mogły przydarzyć się mężczyźnie. Świadoma bólu jaki musiał nim targać i woli przetrwania jaka musiała nim rządzić, aby miał siły aby dotrzeć aż tutaj. Ledwo żywy, na skraju życia i śmierci. Niosąc wiadomość, która warta była tego ryzyka. Gdzieś znacznie głębiej na dnie serca gotowała się złość, na tych którzy deprawowali ich świat do tego stopnia.
Cisza, która zapadła między trójką czarodziejów przerywana była jedynie krótkimi wymianami zdań i płytkim oddechem mężczyzny. Jeszcze nie skończyła swojej pracy. Najgorsze zdawało się być jednak za nimi.
Uwaga na chwilę skupiła się na sylwetce lorda Abbotta. Bez cienia oporu wykonywał jej dyspozycje, bez zawahania chwytał za brudne buciory człowieka znikąd. Różnice ich dzielące były zbyt wyraźne, aby przejść obok nich obojętnie, by nie dyktowały wzajemnych zachowań. Te jednak na tą chwilę przestały wieść prym. Poczuła coś na kształt szacunku. Nie wdrożonej przez społeczeństwo maniery, która nakazywała, aby w starciu z takimi jak on okazywać pokorę i respekt. Te było dość obce dla kobiety wychowanej wśród prostych ludzi, dla których wartością była ich ciężka praca, nie nadane przed wiekami tytuły. Nie buntowała się przeciwko porządkowi jaki kochali Anglicy. Znała swoje miejsce, okazywała wymaganą grzeczność. Szacunek rodził się jednak powoli, narastający wraz z obserwacją szlachetnych czynów.
Cicho przytaknęła, pomagając pozbywać mu się kolejnych ubrań - Ostrożnie - wymknęło się jedynie, gdy wiązka przecinającego zaklęcia rozszarpała koszulę. Nie chciała, aby moc inkantacji sięgnęła skóry mężczyzny. Gdy ściągali kolejne warstwy ubrań jej oczom ukazywały się kolejne obrażania. Nie tak niebezpieczne jak te już wyleczone jednak wciąż wymagające opieki. Dłoń powędrowała do czoła mężczyzny, próbując wyczuć temperaturę jego ciała. W nieznacznym refleksie współczucia, którego nie przystoiło okazywać poważnemu uzdrowicielowi. - Znam Elkstone, obawiam się jednak, że nigdy nie poznałam pana Feathera - odparła, nieznacznie spoglądając w stronę lorda Abbotta. Na dźwięk jego kolejnych słów wypuściła gniewnie powietrze. - Nie dość, że wyrzucają ich z własnych domów, to nie pozwalają im uciec tam gdzie mogą przetrwać - wyrzuciła z siebie słowa, wyginając usta w nieznacznym grymasie obrzydzenia. - Tak, jest przemoczona - odparła ciszej, odwracając wzrok, a gdy tylko nadarzyła się okazja szybko okryła mężczyznę kocem. - [url=morsmordre.net/t10206p690-rzuty-koscia-iv]Figidu Maxima[/url] - wyszeptała, skupiając się odmrożeniach, świadoma że moc zaklęcia ociepli organizm. - Myślę, że potrzebujemy jeszcze jednego koca albo dwóch. Musimy utrzymać temperaturę ciała - powiedziała do Romulusa, spoglądając na niego przelotnie. - Zajmę się tymi stłuczeniami - dodała, na nowo kierując różdżkę w stronę klatki piersiowej mężczyzny - Episkey Maxima.
Udane zaklęcie ponownie wydostało się z czubka różdżki, by wchłonąć sine plamy wymalowane na teksturze skóry lotnika. - Będę przy nim czuwać. Czy mam powiadomić, jeśli wybudzi? - zapytała, pierwszy raz dzisiaj poświęcaj pełnię uwagi lordowi Abbottowi.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Gabinet [odnośnik]28.08.21 0:54
Ostrożnie.  
Mechanicznie odpowiedział delikatnym skinięciem, dając tym samym znak, że przyjął do wiadomości wskazówkę. Nie chciał zrobić nikomu krzywdy, a tym bardziej człowiekowi, jaki dość już tego dnia przeszedł. Dnia? Może więcej? Nie miał pojęcia, z czym lotnikowi przyszło się mierzyć, właściwie nie znał tego człowieka. Nie wiedział, jak miał na imię, skąd pochodził i co kierowało jego czynami, nie powstrzymało go to jednak przed niesieniem pomocy. Ostrożnie, tak jak rzekła uzdrowicielka, starał się przeciągnąć promieniem zaklęcia po nitkach.
Być może ktoś inny znał pana Cyrusa? To jednak najwyraźniej musiało zaczekać, nie miał czasu, aby chodzić od drzwi do drzwi, wypytując o tego człowieka. Plan w głowie stawał się coraz jaśniejszy, a słowa, które przyjdzie mu spisać w listach po powrocie do Dunster Castle zamykał w skrzyni pamięci. Idea dojrzewała powoli, wieńcząc kwiatami osoby, które uznał za odpowiednie do wzięcia udziału w przedsięwzięciu uratowania mugoli. Tylko co potem? Jak o nich zadbać oraz gdzie umieścić? Podniósł wzrok na czarownicę, rozważając, ile mogła przyjąć cierpiących osób do lecznicy, gdyby przybyło wśród pokrzywdzonych rannych. Polowy szpital w ruderze powoli poczynał być przepełniony – być może jedynym rozwiązaniem okazałyby się punkty, o których jakiś czas temu rozmawiali na spotkaniu zorganizowanym przez pana Farleya? Z potoku myśli wyciągnęły go słowa, których nie mógł zignorować. Gorycz poranka zbyt mocno zrosiła kubki smakowe. – Dla nich nie mają przetrwać – zauważył z lekka zrezygnowanym tonem. Nie potrafił do końca odnaleźć motywacji kierującej Cronusem Malfoyem czy innymi marionetkami Voldemorta, skądś musiała brać się ta nienawiść oraz chęć mordu. Odpowiedź jednak wydawała się leżeć na dnie jakiegoś zbiornika wypełnionego błotem lub smołą; zagmatwana, niejednoznaczna i z pewnością podszyta dość spaczonym spojrzeniem na rzeczywistość. – Oni chcą ich zabić. Wybić – podkreślił w minimalnym rozgoryczeniu, wkradającym się w głoski. W historii istniało wiele przypadków, poświadczających o bezduszności niektórych czarodziejów. Jednak zawsze tego typu ruchy, były wystosowywane w kierunku istot – goblinów, olbrzymów, centaurów. Tym, których nazywano wynaturzeniem, chociaż byli równie zrodzeni z magii – lecz gorsi, bo nie tacy, jakich chciały ich widzieć wybredne zmysły kpiących możnych, uzurpujących sobie prawo do rządzenia żywotem. Brzydzili go brakiem poszanowania dla ustanowionych praw, brzydzili go bestialstwem oraz łaknieniem krwi, brzydzili kłamstwem, obłudą oraz spaczoną ideologią, o której zdążył się wypowiedzieć, przygotowując audycję dla Ptasiego Radia. – Nas zresztą też – dodał ponuro i zaraz pokręcił głową. – Panna wybaczy – poprawił się, kurtuazyjnie przepraszając za swój ton. Nie był to czas, ani miejsce na uzewnętrznianie swych boleści.
Twierdząca odpowiedź na jego pytanie pokierowała dłonie do przemoczonego materiału, który czarodziej w ostrożny sposób zaczął zdejmować, przeciągając przez nogi w miarę sprawnie. Gdy tylko czarownica okryła nieznajomego kocem, lord odrzucił mokry materiał do misy z całą resztką poprzednio zdjętych ciuchów. Obserwował, jak kolejne zaklęcie opuściło usta kobiety, równie bacznie zapisując w myślach notatki pod względem ruchów różdżką. – Oczywiście, panno Wright – ujął krótko, słysząc kolejną prośbę o koce. Znów ta sama droga, ta sama półka, kolejna sterta ciepłych materiałów, które przez krótką chwilę ogrzały zziębnięte i przemoczone chłodem dłonie. Trzy kroki, dziesięć, a może więcej i znalazł się ponownie w gabinecie, okrywając kolejną warstwą ciepłego materiału ciało nieprzytomnego lotnika. Wreszcie gdy sytuacja wydała się stabilna, podniósł spojrzenie, słuchając czarownicy. – Prosiłbym o niezwłoczną informację – poważny ton, którym zaczął, zmienił się jednak po chwili. – Panno Wright, miałbym również do panny jeszcze jedną prośbę – wystosował, kierując się do płaszcza, gdzie spoczywało lusterko dwukierunkowe. Westchnął ciężko, przeszukując kieszenie, aż wreszcie natrafił na odpowiedni kształt. – Jest panna niezwykle zdolną uzdrowicielką, taką, której powierzyłbym własne życie i mojej rodziny – co zresztą, już robiłem – uśmiechnął się blado, na myśl dnia, w którym Cassius zawitał na świat. Odchrząknął, wyciągając w jej kierunku lusterko, dosyć proste pozbawione nadmiernych ozdób. – Jest dwukierunkowe, połączone z moim. Przez ostatnie tygodnie zetknąłem się ze zbyt wieloma sytuacjami, które wymagały natychmiastowej współpracy z uzdrowicielem. Jak chociażby ta w wąwozie – przypomniał. – Chciałbym mieć z panną stały kontakt, właśnie w przypadku takich zdarzeń. Takich i… wiążących się z pracą w Dunster Castle. Potrzebujemy uzdrowiciela, a panny umiejętności są na wagę złota. Byłbym wysoce zobowiązany, jeśli zgodziłaby się panna przyjąć moją prośbę.  

| Przekazuję pannie Wright lusterko dwukierunkowe do pary ze mną.


Kto zatem czyni postępy?
Ten z was, kto machnąwszy z pogardą ręką na rzeczy zewnętrze, wszelkim staraniem otacza swą wolną wolę, tak ją zaprawia, tak ją hartuje i w rezultacie doprowadza ją do stanu takiej doskonałości, iż jest ona zgodna z naturą, prawdziwie wzniosła, wolna, niezależna od wszelkich trudności i przeszkód, wierna i skromna.


Romulus Abbott
Zawód : Radca prawny
Wiek : 39
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć
OPCM : 26
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9935-romulus-abbott#300392 https://www.morsmordre.net/t9965-minerva#301345 https://www.morsmordre.net/t9966-quo-vadis#301348 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9968-skrytka-bankowa-nr-2258#301376 https://www.morsmordre.net/t9969-romulus-abbott#301428
Re: Gabinet [odnośnik]28.08.21 22:59
Ich sytuacja z miesiąca na miesiąc była coraz trudniejsza. Lecznica była jednym z niewielu, jeśli nie jedynym ośrodkiem tego rodzaju. Sześciu uzdrowicieli, pielęgniarka i dwóch alchemików - było ich zbyt niewielu aby sprostać wymaganiom jakie stawiała przed nimi wojenna rzeczywistość. Chociaż pracowali ciężko, ogrom obowiązków był przytłaczający. Ileż to razy zamykała za sobą drzwi lecznicy, opuszczała Dolinę Godryka ze świadomością, że chociaż poświęciła temu całą siebie - kręgosłup boleśnie przypominał o ograniczeniach ciała, a umysł domagał się odpoczynku - to było po prostu niewystarczające.
Brakło dłoni do pracy, materiałów, eliksirów, ziół, miejsca… To była zaledwie małomiasteczkowa lecznica. Nie mieli zasobów, aby stworzyć miejsce, które mogłoby zapewnić opiekę każdemu kto potrzebował pomocy. Dlatego realizacja projektu Alexandra dawała nadzieję na polepszenie ich sytuacji. Nie była idealistką. Już nie. Wiedziała, że wiązało się z czasochłonnymi przygotowaniami, a za nim krwiobieg miał zacząć funkcjonować, napędzając sprawnie bijące serce miało minąć jeszcze wiele czasu. Wielu go nie miało.
Tak też wiedziała, że nie mogła pozwolić sobie na to, aby się zatrzymać. Być dać pokonać się ograniczeniom. Załamać ręce, przyznać się do tego, że na barkach ciążyło zbyt wiele. Każdy walczył z własnymi demonami, każdy nosił własny bagaż, każdy odczuwał podłość wojny. Każdy prowadził tą swoją. Jedni z różdżką w dłoni, walcząc o granice hrabstw, które nie poddały się jeszcze dominacji Ministerstwa Magii. Inni nosząc własne jarzma, nie poddając się, wykorzystując swoją wartość tak aby przysłużyła się społeczeństwu. Jej obowiązkiem było leczyć. Bez ograniczeń jakie nakładały zasady, które zapanowały w szpitalu Świętego Munga. Ratować tych, którzy przestali być wygodni dla nowego systemu. Tych, których należało się pozbyć.
Dla nich nie mają przetrwać.
Wiedziała to. Zdawała sobie sprawę z tego do czego dążą Rycerze Walpurgii i rząd Cronosa Malfoya. Te słowa wypowiadane na głos za każdym razem jednak mroziły krew w żyłach, sprawiały że wściekłość skryta na dnie umysłu poszukiwała ujścia.
Wybić.
Wytępić całe to bydło.
Ty właśnie dla nich byli.
Wargi wygięły się w grymasie rozgroczynia. Imitacje uśmiechu dziś wychodziły z trudem. - Nie ma za co przepraszać - odpowiedziała, siląc się na łagodny, nie brzmiący gniewem ton. - Zdaje sobie z tego sprawę. Wciąż jednak ciężko jest mi uwierzyć jak mało może być w człowieku człowieczeństwa - stwierdziła, spojrzeniem badając rysy twarzy jej pacjenta. Gdzie była granica tego do czego byli w stanie się podsunąć. Zdawała sobie sprawę, że równie dobrze na tym łóżku mógł leżeć jej brat, ojciec czy ona sama. Każdego dnia konsekwencję podjętych przez nią decyzji przerażały do kości. Wiem co może mnie czekać zamarło na krańcu języka. Niewypowiedziane. Wszakże to jej było doszukiwać się pokrzepienia. Ten strach był tylko jej. Dziś jej umysł miał poświęcić się utrzymaniu przy życiu lotnika.
- Oczywiście. Wyślę Furię tak szybko jak tylko będę wiedzieć więcej - przytaknęła rzeczowo. Jego kolejne słowa przyniosły zaskoczenie. Dłoń sięgnęła po lusterko, bez wahania zacisnęła palce na jego powierzchni. - Wiem jak ciężki zaufać jest obcym. Szczególnie teraz. Szczególnie w sprawach rodzinnych.  Zrobię to co w mojej mocy, aby nie zawieść pańskich oczekiwań, sir, ani nie zmienić pańskiej opinii o mnie - odpowiedziała pewnie, skupiając spojrzenie na twarzy lorda Abbotta.
- Jeśli mogę zapytać. Co będzie z mugolami, którym udaremniono przejścia na ziemię Somerset? - zerknęła na mężczyznę. Mogli wciąż tam być, jeśli szmalcownikom nie udało się ich ująć. Wierzyła, że Romulus świadom ich losu, nie pozostawi ich na pastwę losu. Mimo wszystko jednak zdawała sobie sprawę, że wiązało się to z wielkim zagrożeniem. Wszakże szamalcownicy z pewnością wciąż liczyli na swój łup, jeśli tylko nie udało im się ich dopaść do tej pory.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Gabinet [odnośnik]15.11.21 12:04
Cecily była zaledwie dziewczynką, gdy Wielka Wojna dotarła do Anglii. Od tamtego czasu minęło długich trzynaście lat, a panna Lockhart nie miała czasu, aby cieszyć się dzieciństwem. Pomimo dobrze sytuowanej rodziny nie czuła się bezpiecznie i wiedziała, że jej rodzice również walczą z przyznaniem się do niepokoju. Dostrzegała malujące się na ich twarzach oznaki niepokoju, później lęku, a na koniec żywego strachu przed nieuchronnym. Wyprowadzili się z Londynu jeszcze zanim nastał w stolicy chaos i zamieszkali w Dolinie Godryka u dziadków. Wtedy wszystko zdawało się być jeszcze takie odległe — palące się domy, odgłosy rzucanych zaklęć, barwne łuny na nocnym niebie. Nie trwało to jednak długo nim przyszła dorosłość. Nim zakończył się Hogwart, a Cecily była zmuszona do zajęcia się nie tylko pracą, ale także domem. Dziadkowie umarli, podobnie jak rodzice, a ona została sama ze swoimi młodszymi braćmi. Całe szczęście jeszcze mogli uczyć się w Szkole Magii i Czarodziejstwa, gdzie nikt nie miał większego problemu z ich rodowodem. Lockhart rozmawiała z nimi także o tym, by nie unosili głów ani nie robili za bohaterów — potrzebowała ich żywych, tak jak oni potrzebowali jej. Mamy już tylko siebie, mówiła, gdy żegnała ich na początku roku i wsadzała do ekspresu. Panująca wojna nie była miłosierna, a pamiętając słowa jednego z profesorów, Cecily powtarzała sobie oraz braciom jedno — nikt nie szanował niewinności. Dbała więc o nich. Dwójkę urwisów. Sama czy z kimś — obojętnie. Wiedziała, że miała zbyt wiele do stracenia, aby się poddać. Na co dzień pracowała jako pokojówka u Abbottów, a wieczorami, gdy nikt nie patrzył, uczyła się na pielęgniarkę. Uzdrowicielstwo ją fascynowało, ale wiedziała, że musiało minąć jeszcze dużo czasu, zanim mogła przystąpić do egzaminu państwowego.
Tym razem dostała polecenie zjawienia się w lecznicy, a po odebraniu krótkiej wiadomości porzuciła to, co robiła i pobiegła ku znajomemu miejscu. Była tam dopiero trzeci raz, jednak wiedziała, iż znajdowali się tam sami dobrzy ludzie. Między innymi ciemnowłosa czarownica, która zdecydowała się ją przyjąć na jakiś czas. W wejściu do salki minęła wysokiego mężczyznę, w którym rozpoznawała lorda Abbotta, lecz nie marnowała czasu na zaczepianie pracodawcy. - Panno Sorensen - przywitała się, szybko dokańczając wiązanie pielęgniarskiego czepka. Zaraz też poprawiła także fartuszek, którym przepasała się w pasie — nie chciała brudzić sobie spódnicy. Jedynej zresztą, jaka nadawała się jeszcze do pracy. Inne czekały na pranie oraz porządne szycie. Wpierw jednak musiała zarobić na materiały... Nie myślała o tym jednak w tym momencie. - Jak mam pomóc? - Nie próbowała udawać, że wiedziała, co miała robić. Dopiero się uczyła, a krzątanie się bez potrzeby utrudniało pracę uzdrowicielom.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Gabinet - Page 6 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Gabinet [odnośnik]29.11.21 21:37
Później już nie rozmawiali wiele. Ona miała przemyśleć propozycję, lord Abbott miał zastanowić się nad tym jakie warunki współpracy miał jej zaproponować. Nie była pewna jeszcze tak jak zdoła połączyć dwa tak bardzo angażujące zajęcia. W Lecznicy brakło już rąk do pracy, lordowie Somerset zaś z pewnością oczekiwali od niej tego, aby była w stanie poświęcić im sporą dozę czasu. Wiedziała, że propozycja Romulusa nie skupiała się jedynie na obowiązkach rodzinnego uzdrowiciela, co z kolei miało wiązać się z tym, że musiała zacząć wiązać z tym większe plany. Nie potrafiła jeszcze doprecyzować swojej odpowiedzi. Potrzebowała czasu na przemyślenia i ten też dostała.
Byli w trakcie pożegnań, gdy próg pomieszczenia przekroczyła młoda dziewczyna. Cecily. Tak, z pewnością to musiało być jej imię. Zapamiętała ją. - Nie było takiej potrzeby - powiedziała do lorda Abbotta, gdy ten sięgał po płaszcz. Jedynie potrząsnął dłonią na znak, że udzielenie pomocy, nie wiązało się dla niego z żadnymi komplikacjami.
- Cecily, prawda? - spojrzała na dziewczynę. Gdy widziała ją tu pierwszy raz, zapamiętała jedynie twarz, powiązanie. Gdy pojawiła się po raz drugi, odnotowała w pamięci to z jakim zaangażowaniem zadawała jej pytania dotyczące gorączki matamorfomagicznej.
Drzwi trzasnęły, informując że jej pracodawca opuścił budynek lecznicy. Mężczyzna, którego ze sobą sprowadził leżał na pryczy, szczelnie otulony kocami.
Dłonią zaprosiła ją, by weszła w głąb gabinetu. - Byłaś tam, gdy przybył do Abbottów? - zapytała, ją zbliżając się do łóżka chorego. Dłoń sięgnęła do jego czoła, a spojrzenie ciemnych oczu skupiło się nad nim. - Stracił dużo krwi. Będzie trzeba podać mu eliksir wzmacniający krew. teraz musi odpocząć, musiał wiele przeżyć - powiedziała, zerkając na dziewczynę. - Będziesz przy nim? - zapytała z grzeczności, świadoma że właśnie po to przecież została tu ściągnięta.
Wyglądała tak bardzo poważnie w pielęgniarskim kitlu, a dziewczęca, niewinna, niemal dziecięca twarzyczka kontrastowała z jej powagą. - Interesujesz się uzdrowicielstwem? - zapytała, nie będąc pewną czy jej założenie miało cokolwiek wspólnego z rzeczywistym stanem rzeczy. Być może była po prostu oddaną pracownicą. Coś w jej spojrzeniu. W przygotowaniu do pomocy magimedyczce podpowiadało, że mogła mieć rację.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Gabinet [odnośnik]13.12.21 23:17
Czujne oko śledziło wprawne ruchy oraz wzmożona czujność pomagała wychwycić najistotniejsze komunikaty. Przyszła tu pomagać, nie zaś się popisywać rezolutnością — to praktyka miała stać na pierwszym miejscu i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Chociaż młoda, można było powiedzieć, że życie zaprawiło ją odpowiednio, aby wyróżniała się na tle rówieśników dojrzałością. Czy w jakikolwiek sposób jej to pomagało w kontaktach z innymi? Niekoniecznie, ale nie miała wyjścia. Z dobrem własnych braci wciąż z tyłu głowy, przekraczała własne granice nie tylko fizyczne, lecz także i mentalne. Wychodziła poza strefę komfortu i zmęczenia, dlatego pojawiła się w Dolinie Godryka przywołana przez nagłą wiadomość. Ostatnia ze wstążek zawiązywała się magicznie na jej rękawie, gdy przekraczała próg lecznicy. Na szczęście była na czas, a wyjście lorda Abbotta świadczyło o możliwości zajęcia się pacjentem u boku panny Sorensen.
- Tak jest - potwierdziła spytana o imię. Weszła do gabinetu, z dłońmi splecionymi z przodu gotowa do działania. Nie chciała też się szarogęsić bez powodu. Jej spojrzenie natrafiło na mężczyznę i chociaż twarz miał całkiem przystojną, nie rozpoznawała jego rysów. Poczuła, jak delikatnie zaczerwieniły się jej policzki, jednak tylko na ułamek sekundy, bo szybko się wyprostowała.
Byłaś tam, gdy przybył do Abbottów?
- Nie - odpowiedziała zgodnie z prawdą, by po chwili wahania dodać jeszcze kilka słów. - Musiał pojawić się po zakończeniu mojej zmiany. - Czy uzdrowicielka potrzebowała tego komunikatu? Cecily z chęcią ugryzłaby się w język, ale postanowiła, że następnym razem będzie odpowiadać jedynie tyle, ile trzeba. Wciąż uczyła się zachowywać powściągliwość, chociaż nie było to takie proste. Ludzie nie lubili gadulstwa... Zaraz jednak dostała polecenie oraz pytania, więc wróciła na ziemię. - Oczywiście. - I bez czekania skierowała się ku szafce, gdzie znajdowało się kilkanaście fiolek z różnymi specyfikami. Bandaże również tam były, podobnie jak zioła oraz inne komponenty. Przeglądając je, szukała odpowiedniej barwy. - Tak, ale wiem, że bardziej się przydam w roli pielęgniarki. Żadna ze mnie uzdrowicielka. - Mimo że bardzo by chciała stanąć na wysokości zadania, wiedziała, że nie była w stanie tego osiągnąć z zasobami, jakie aktualnie posiadała. Czas, pieniądze... To wszystko utrudniało. Przecież który medyk miał zdobyć swoje wykształcenie, zmieniając opatrunki po godzinach dłońmi drżącymi od przepracowania w pałacu? Szybko jej palce znalazły odpowiedni flakon i wróciła do uzdrowicielki, by ta odmierzyła odpowiednią dla pacjenta dawkę. Sama się jeszcze na tym nie znała. Pozwoliła sobie jednak na chwilę rozmarzenia. - Może kiedyś. Gdy wojna się skończy - powiedziała cicho, przywołując zaklęciem czysty ręcznik i ciepłą wodę. Musiała obmyć ten brud, jaki znajdował się na ciele mężczyzny. Nie robiła tego pierwszy raz, a wiedziała, jak paskudne mogły okazać się zakażenia w ranach.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Gabinet - Page 6 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Gabinet [odnośnik]22.12.21 23:43
Usta przybrały formę uprzejmego uśmiechu, chociaż nawet ten przychodził jej dziś z trudem. Rozmowa z lordem Abbottem wciąż wybrzmiewała w umyśle, a wezwanie Cyrusa Feathera wprawiało w niepokój. Tragiczne historie pogromów na mugolach docierały nawet tu, na pozornie bezpieczne tereny Półwyspu Kornwalijskiego, pacjenci przynosili historię, które nie raz mroziły krew w żyłach.
Jak zdesperowany musiał być ten mężczyzna, aby dotrzeć do Dunster Castle w takim stanie? Bezsilność drżała w zmęczonych mięśniach. Nie, to nie jej życie było na szali. Nie kogoś kogo kochała, nie kogoś na kim jej zależało. Nie sprawiało to jednak, że czuła się obojętna. Nie była. Nie potrafiła odciąć się emocjonalnie od wydarzeń rozgrywających się na terenach Anglii. Nie potrafiła wyrwać z siebie przerażania, pożerającej kość obawy przed tym co będzie dalej. Co przyniesie kolejny tydzień, dzień. Miesiąc. Gdzie spędzi ją wojna? Co z nimi zrobi? Nowy rok zebrał pierwsze wojenne żniwa. Wylewając siódme poty w lecznicy, czuła się jak Syzyf raz po raz toczący swój kamień. Jedno uratowane życie, aby dowiedzieć się końcu innego. Śmierć była nieodłączną częścią jej pracy. Musiała pogodzić się z tym, że nie każdego można było uratować. Musiała pojąć, że lata spędzone na studiowanie anatomicznych tomiszczy, chłonięcia geniuszu uzdrowicieli, którzy rozwinęli kunszt magimedycyny do poziomu, na którym teraz, nie czyniły jej istotą wszechwiedzącą, wszechmocną. Zdawało jej się, że to zrozumiała. Przegryzła się przez ból uzdrowicielskiej bezsilności. To co się działo, to wszystko, należało do innej gamy porażki. Przyczyną wszakże nie była choroba, którą mogła uleczyć. To co się działo z nimi. To do czego byli zdolni.
- Każdy od czegoś musiał zacząć - niemal pogodna myśl na chwilę oderwała ją od burzących skupienie rozważań. Nie było pewności czy dla nich jeszcze istniało kiedyś, w przyszłości. Nawet jeśli, to jak będzie wyglądało? Szczerze współczuła tym, którzy teraz dojrzewali na wojennych pogorzeliskach. Pozbawieni szansy na to, aby móc zdecydować o swojej przyszłości. Wybrać kierunek, którym mogli podążać. Kursy uzdrowicielskie i alchemiczne wszakże musiały nadal funkcjonować. Nie wszyscy jednak mogli po nie sięgać. Nawet Hogwart fundament ich edukacji nie oparł się wpływom. Dziesiątki młodych ludzi bez perspektyw. Jedynie z tym co im zgotowano. Uwięzieni w błędnym kole reakcji.
Starannie odmierzyła dawki powierzonych jej przez dziewczynę specyfików. Pozwoliła dziewczynie zająć się oczyszczeniem ciała mężczyzny. - Kontroluj jego temperaturę, jeśli będzie się coś działo przywołaj mnie od razu. Ja muszę zająć się innymi sprawunkami. Zawołaj mnie jak tylko się obudzi - poinstruowała ją, spoglądając na młodziutką twarz dziewczęcia. Sama ostatni raz musnęła jego czoło, niemal nieświadomie. Upewniając się czy może zostawić ich samych. - Jeśli interesuje cię magia lecznicza, nie krępuj się pytać - bąknęła, zatrzymując się w drzwiach - wojna może nie skończyć się tak szybko, musimy się rozwijać mimo to - dodała. Nie miała zamiaru jej matkować. Z pewnością wykonując swoją pracę, musiała mieć ręce pełne roboty. Kto by myślał w takiej sytuacji o naukach? Wierzyła jednak, że jeśli ma chęci, mogła sięgać po więcej niż było w jej zasięgu.

|zt



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Strona 6 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Gabinet
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach