Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Salon
AutorWiadomość
Salon [odnośnik]02.03.20 19:37
First topic message reminder :

salon

Na tę chwilę w największym z pokoi Kresu znajduje się tylko stolik z działającym magicznie gramofonem i stara, nieco zniszczona kanapa tuż przed okurzonym kominkiem.  


nim w popiół się zmienię, będę wielkim
płomieniem
Marcella Figg
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
porysował czas ramiona
OPCM : 36
UROKI : 26
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6925-marcella-figg#181615 https://www.morsmordre.net/t6971-arkady#183169 https://www.morsmordre.net/t6970-lelolelo-bagiety-jado#183167 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t6991-skrytka-nr-1723#183527 https://www.morsmordre.net/t6972-marcella-figg#183216

Re: Salon [odnośnik]17.05.22 7:50
- Uważam, że ja jestem, a ty pewnie podłapałeś to i owo – odparła unosząc zaczepnie brew. Impulsywność była dobra kiedy kierowało się własną intuicją. Kiedyś często tak robiła. Teraz była o wiele bardziej przezorna, nie tak narwana. I tu chyba nie chodziło o wiek, a o doświadczenie. Jeszcze nim wojna rozgościła się u nich na dobre, a Lucinda z duszą na ramieniu oddała się sprawie, jej jedynym zajęciem były wyprawy, poszukiwania i klątwy. Często działała po omacku, bo taki właśnie był ten zawód. Opierasz się na mitach, legendach i podaniach, ale nigdy nie wiesz ile w nich jest prawdy i czy miejsce, do którego się wybierasz jest właśnie takie jakie jest ci przedstawione. Zawierzyła wtedy swojej intuicji. Traktowała ją jak oddzielny, rozumny byt. Czasem nawet bardziej rozumny niż ona cała. I na Merlina to działało. Wraz z przyjściem wojny jej myślenie się zmieniło. Przeszła wystarczająco by wiedzieć, że ostrożności nigdy za wiele, a ludzie naprawdę noszą w sobie cząstkę zła.
Blondynka zmarszczyła brwi, gdy mężczyzna wspomniał o własnym nekrologu. Ich tematy dzisiejszego dnia były dosłownie powalające. Lucinda nie chciała myśleć w takich kategoriach, zadręczać się myślami. Oczywiście, że się martwiła. O niego, o innych swoich bliskich, ale i o wszystkich w tym cholernym kraju. Czasami to zamartwianie się przyjmowało patologiczny wymiar i wtedy już wiedziała, że musi na nowo się w czymś zakotwiczyć. By zwyczajnie nie zwariować. – Nie ma mowy o żadnym nekrologu – zaczęła spoglądając na niego pewnym wzrokiem. – Chciałabym cię zobaczyć w długiej białej brodzie z setką na karku – dodała chociaż w myślach formowało jej się stwierdzenie, że sama nigdy takiego wieku nie dożyje. Nie ze stylem jej życia. Nie miała jednak zamiaru mówić tego głośno. Już i tak zbyt wiele śmierci przewijało się w ich rozmowach. A może to też był jakiś sposób? Oswoić się z nią i z dużą pewnością zwyczajnie śmiać jej się w twarz.
Cieszyła się, że był w tym wszystkim choć trochę optymistą. Ona jednak nie pokładała tak wielkiej wiary w ludzi. Wiedziała co to jest instynkt przetrwania. Topielec chcąc zaczerpnąć ostatni wdech powietrza wciągnie pod wodę swojego bohatera. Tak funkcjonowali ludzie, to wiązało się z ewolucją, a nie osobowością. Przynajmniej tak jej się wydawało. Wzruszyła nieznacznie ramionami. – Wszyscy mają już dość tej wojny. Widzę, że coraz więcej ludzi przywyka do tego stanu rzeczy, a to przeczy istocie walki. – odparła, ale po chwili szybko dodała. – Ale cieszę się, że tak myślisz. Może nie wszystko jeszcze stracone. – blondynka bardzo pilnowała się by jej myśli kierowały się w tę stronę. Dopóki się walczy jest szansa na zwycięstwo i w to właśnie chciała wierzyć.
Wbrew pozorom była zadowolona z jego obecności. Samotna krucjata była czymś narzuconym jej z góry. Chociaż może ona sama sobie ją narzucała każdego dnia. Chociaż nie chciała ściągać na niego niebezpieczeństwa to jednak upominała się w myślach, że Ellie i tak zrobi to na co ma tylko ochotę i ona nie będzie miała na niego żadnego wpływu. Mogła udawać, że jej nie zależy na tym by przy niej był, mogła uśmiechać się i pokazywać jak świetnie sobie radzi, ale oboje wiedzieli, że to pozory, za którymi kryje się trud. Miała dość odsuwania od siebie ludzi, bo całe życie ich potrzebowała. Stanowili dla niej najważniejszą jednostkę, robiła i robi wszystko w ich imieniu. Odkąd ponownie spotkali się w Niebieskim Lesie starała się odsunąć go od siebie chociaż nie zawsze jej to wychodziło. Teraz zrozumiała, że to i tak nie ma sensu, bo on podejmuje własne decyzje, a ona zwyczajnie siebie rani nie pozwalając mu się do siebie zbliżyć. Przykre, ale jak najbardziej prawdziwe.
Blondynka machnęła ręką na jego kolejne pytanie. – Daj spokój, jest wiele gorszych miejsc… - zaczęła, a na jej twarzy wymalowała się konsternacja. – Pamiętasz Cuthberta Binnsa? Nauczyciela ducha od Historii Magii? Wszyscy na jego lekcjach spali, bo mówił jedno słowo na pięć minut. Obok niego nie chciałabym zostać pochowana. Umierałabym za każdym razem, gdy otwierałby buzię. – dodała przewracając oczami.
Na wspomnienie Marcelli oblało ją ciepło. Przyjaciółka była dla niej dobra, wiedziała jak ważny jest dla niej indywidualizm i nawet gdy mieszkały razem Lucinda nigdy nie odczuła, że jest tutaj jedynie gościem. Teraz Figg wyjechała chcąc uchronić siostrę przed strasznym losem i blondynka całkowicie to rozumiała. Rozumiała, ale to nie znaczyło, że nie tęskniła. –Marcella Figg, pamiętasz ją? – zapytała chociaż Ellie był od nich starszy, a Lucinda otaczała się w szkole wieloma osobami. – Była z mojego domu. Mała, wyszczekana blondyneczka. – dodała jeszcze i machnęła dłonią, gdy na jego twarzy pojawiła się niepewność. – Właściwie to nieważne. Teraz wyjechała, a jej nazwisko też pojawiło się w gazecie. Nie jest możliwe by coś mogło się jej stać, ale… w tym świecie wszystko jest możliwe.- dodała i zakończyła temat, bo nie chciała ponownie wracać na ponure kwestie.
Kiedy złączył ich dłonie uśmiechnęła się. Był to przyjacielski gest chociaż Lucindzie na chwile zrobiło się gorąco. Nie zastanawiała się nad tym czy ich relacja może nabrać innego znaczenia. Ostatnim razem, gdy zaczęła się nad takimi kwestiami zastanawiać to skończyła z dziurą wielkości dłoni w miejscu, gdzie powinno być serce. Jednak Ellie nie był Drew i choć bardzo pragnęła wrzucić wszystkich do jednego worka, to z nim było to niemożliwe. Ufała mu chociaż obiecała sobie, że więcej nie popełni tego błędu. – Zimne? – zapytała gdy mężczyzna zaczął rozcierać w dłoniach jej dłonie. – Mi zawsze jest zimno – dodała.
Pufki skutecznie przywróciły ich na bezpieczny grunt. – Oczywiście, że nie wpuszczam ich do sypialni – odparła takim tonem jakby zapytał ją czy wiedziała, że Dumbledore tańczył nocami w Pubie pod trzema miotłami. – Karmię je, ale nie są to nazbyt wdzięczne stworzenia jak widać. – dodała, gdy udało im się uprzątnąć bałagan. Nigdzie nie mogła też znaleźć winowajców całego zamieszania dlatego odpuściła. – Pojawią się kiedy stąd wyjdziemy. Wbrew pozorom są bardzo inteligentne i wiedzą jak doprowadzić mnie do szału – dodała wzdychając głośno, nawet teatralnie.
Kiedy mężczyzna wspomniał o niejakiej Marlenie, blondynka uniosła pytająco brew. Nie wiedziała jak zrozumieć jego słowa i nie chciała być wścibska, ale jednak ciekawość zwyciężyła. – Panie Lovegood czy naprawdę mieszka Pan z kobietą i przybiega do mnie na złamanie karku sprawdzić czy nic mi nie jest? Mogę walczyć z Ministerstwem, z Rycerzami Walpurgii, a nawet z Sam Wiesz Kim, chociaż to byłaby krótka walka, ale nie mogę walczyć z hordą zazdrosnych kobiet. Nie umiem ciągnąć za włosy, jakieś to dla mnie niehumanitarne. – dodała i choć w jej głosie pobrzmiewał sarkazm, to jednak bardzo chciała poznać wyjaśnienie.


Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 40
UROKI : 27
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 3 Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
Re: Salon [odnośnik]18.05.22 21:18
Nie uważał Lucy za impulsywną, przynajmniej już nie - choć tak charakterystyczna dla niej zadziorność i odwaga nie osłabły ani o jotę, nie była już równie prędka w podejmowaniu wiążących decyzji, nie dawała łatwo ponieść się chwili. Choć kto wie, może po prostu jeszcze jej na tym nie złapał, ostatecznie nie spędzili ze sobą nadal tyle czasu jako trzydziestolatkowie co wtedy, w innej rzeczywistości. Jak na razie jednak wydawała się wyjątkowo ostrożna, za co nie mógł jej obwiniać ani się specjalnie nie dziwił. Gdyby nawet nie zmusił do tego wiek, bo to przecież tylko liczba, z pewnością narzucała im to wojna. A już zwłaszcza aktywnej członkini ruchu oporu.
Czy decyzja o dołączeniu do tego ruchu mogła być impulsywna? Nie jemu było decydować, bo przecież nie było go wtedy przy niej. A tak cholernie żałował, nawet jeżeli wątpił, by był w stanie ją od tego pomysłu odwieść. Miał nadzieję, że przynajmniej rzuciła się w ten niebezpieczny świat z zaufanymi ludźmi u boku.
- Myślisz, że byłoby mi do twarzy w długiej brodzie? - zapytał, z zastanowieniem drapiąc się po swoim dwutygodniowym (a może dawniejszym?) zaroście. Starał się golić w miarę regularnie a choć bardzo rzadko pozbywał się tych włosów całkiem, zależało mu by wyglądać chociaż porządnie. - Bylebym za szybko nie osiwiał - Wzruszył ramieniem, uśmiechając się z ulgą, że nie nadwyrężył jej dobrego nastroju swoimi nieprzemyślanymi słowami.
Temat wojny powracał jednak jak ta ostatnia bahanka, która ciągle czai się Merlin jeden wie gdzie i wyskakuje na parapet wtedy, gdy jesteś już przekonany, że pozbyłeś się szkodników na stałe. Jedyne co mógł z tym zrobić to zachować szczerość. Nie wstydził się tego co sądzi, nie widział też powodu, by przy Lucindzie kłamać.
- Bardzo wiele rodzin chciałoby po prostu żyć w spokoju. Nie wszyscy są stworzeni do walki, zwłaszcza, gdy starają się za wszelką cenę chronić bliskich - ściszył głos, żeby podkreślić łagodność. W żadnym razie nie chciał zaprzeczać jej poświęceniu. - Dlatego wojna potrzebuje też swoich bohaterów. Niech będzie, że naszymi jest Zakon Feniksa i Harold Longbottom. I ty. - Wyciągnął dłoń, ale zaraz zatrzymał ją i niezręcznie oparł na poduszkach kanapy, przyłapując się na tym, że chciał założyć jej kosmyk blond włosów za ucho. - Nie wiem jeszcze kim jestem ja. Nie założyłem rodziny, a to stawia mnie w niejakim obowiązku - westchnął, pochmurniejąc.
Skoro już nawet jemu zaczął psuć się humor, to najwyższy pora, by porzucić te czarne myśli.
- Chyba czas dowiedzieć się, gdzie jest pochowany stary Binns - rzucił więc ze śmiechem, rozluźniając nieco ramiona, i odrzucając głowę, by przypomnieć sobie te pełne swobody szkolne czasy. - Chociaż nie, nie jestem aż tak okrutny, nie zrobiłbym ci tego. - Na wspomnienie Marcelli, która miała być Lucindy koleżanką z roku, zaczął się zastanawiać, próbując przywołać w pamięci twarz, którą mogła opisywać. - Ta piegowata? Bo miała piegi, prawda? Możliwe, że ją kojarzę. - Korciło spytać, czy naprawdę walczyła w ruchu oporu razem z nią, czy zaciągnęły się razem, ale ugryzł się w język, bo sam sobie przecież obiecał.
Nie zauważył, by Lucy spąsowiała, gdy chwycił ją za dłonie, ale mógł być, cholera, za bardzo zaaferowany własnymi emocjami, czułością, która ogarnęła go nagle, gdy się tak trzymali, gdy czuł jej miękką skórę, patrzył w oczy, wciąż tak samo jasne i pełne życia mimo przerażających trudów.
- Dlaczego? - zadał pytanie, trochę głupie. Dlaczego jest ci zimno? Może powstrzymał się w ten sposób od zadania innych pytań, mniej przewidywalnych.
Zaraz też miał na szczęście okazję do ukrycia nerwowości pod szczerym rozbawieniem z batalii przyjaciółki z jej adoptowanymi pufkami.
- No to zagadka rozwiązana. Musisz im pozwolić bardziej się ze sobą związać. - Rozłożył teatralnie ramiona, nie karcąc kobiety, a jedynie oferując bezinteresowną radę magizoologa. - Masz jednak rację, pufki są inteligentne i często niedoceniane - Usiadł z powrotem na czystej kanapie i wyciągnął się, może tylko odrobinę stykając łokciem z ręką Lucy. Zaraz ją jednak zabrał, oszołomiony zadanym pytaniem oraz tym złowieszczym tonem. - Z kobietą? Znaczy... co? O co chodzi? - Zmarszczył brwi, przez krótką chwilę wyglądając na autentycznie przestraszonego. Kiedy dotarło do niego, co Lucy musi mieć na myśli, pokładł się jednak ze śmiechu. Długo nie mógł dojść do słowa, tak mocno chichotał w zaciśniętą pięść. Spojrzał na nią, z trudem próbując odzyskać powagę. - Nie, kompletnie źle mnie zrozumiałaś, Lucy. Marlena to jest lelek wróżebnik! Moja towarzyszka niedoli, zawsze wyjąca, gdy nadchodzi deszcz, co ostatnio doprowadza do szału - Przygryzł wargę, czując jednak coś na kształt przyjemności. Nie powinien się cieszyć, że mogła być odrobinę zazdrosna, prawda? Nie, zdecydowanie nie. - Poza tym daj spokój... hordą? Wiesz dobrze, że jesteś jedyna - wypalił, a potem zaśmiał się znów, choć ciszej i jakoś tak smutno. Przez krótką chwilę unikał jej spojrzenia, spięty i zirytowany, a potem przetarł powieki kciukiem. - Ech, szlag... romantyzm to nie dla mnie, co? Merlinie, przepraszam, Lucy, nie chciałem cię... po prostu nie chciałem, zapomnij o tym.



I'm here
I whisper
You can talk to me
or not talk to me
But i'm here
Elric Lovegood
Zawód : Smokolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
A potem świat
znowu zaczął istnieć
ale istniał zupełnie inaczej
OPCM : 15
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Jasnowidz
my kind belongs nowhere
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9649-elric-lovegood https://www.morsmordre.net/t9725-vincent#295249 https://www.morsmordre.net/t9722-droga-niewybrana#295200 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9724-skrytka-bankowa-nr-2210#295204 https://www.morsmordre.net/t9723-elric-lovegood#295203
Re: Salon [odnośnik]23.05.22 9:38
Lucinda zauważyła, że rzadko prowadzona przez nią rozmowa skupia się na jednym, konkretnym temacie. Miała talent do przechodzenia z jednej tematyki na inną z prędkością światła. Nigdy jej to jakoś nie przeszkadzało, może nawet urozmaicało prowadzoną konwersację. Zawsze jednak po takich spotkaniach była zwyczajnie wyczerpana. Każda zmiana tematu wiązała się z wejściem w inny stan emocjonalny, wiązała się też z masą myśli, których nie potrafiła objąć od razu rozumem. Raczej była z tych osób, które nie boją się mówić to co myślą, ale nie było to spowodowane roztargnieniem, nie rzucała słów na wiatr, nie paplała od rzeczy. Nawet jeśli dzieliła się swoimi przemyśleniami to były one zwarte i według niej miały jakiś logiczny sens. A jednak gdyby ktoś tak posłuchał prowadzonej przez nich rozmowy zastanowiłby się czy trafił na debatę szaleńców czy też rozmowę dawnych kochanków. Rozmawiali o wszystkim i o niczym zarazem.
Blondynka odchyliła się na kanapie by spojrzeć na mężczyznę z większej odległości. Zastanowiła się szczerze nad zadanym jej pytaniem i po chwili wzruszyła ramionami. – Nie mogłaby ci nie pasować – zaczęła unosząc kącik ust w leniwym uśmiechu. – W ogóle ciężko mi już wyobrazić sobie ciebie bez brody – zarost dodawał mu powagi i pewności, a gdy uśmiechał się delikatnie jego twarz łagodniała. Mogła swobodnie wyobrazić sobie, że znów są młodszymi wersjami samych siebie. Chyba nigdy tak naprawdę nie zakończyła tamtego rozdziału swojego życia. Z jednej strony nie świadczyło to dobrze o niej samej, bo łączyło ich zbyt wiele by na niezakończonych uczuciach budować przyjaźń, ale z drugiej strony odbierała to jako szansę na naprawę tej relacji. Teraz była o wiele bardziej świadoma samej siebie niżeli jeszcze kilka lat wcześniej. Może i widział w niej tą samą dziewczynę, ale ona czuła, że się zmieniła. Na lepsze.
Czarownica nie chciała mu mówić co ma robić. Znał jej zdanie na ten temat. Lucinda wcale nie chciałaby widzieć go w szeregach Zakonu Feniksa i oczywiście nie chodziło o to, że nie chciała walczyć obok niego o lepszą przyszłość. Chciała by mógł prowadzić normalne życie na tyle na ile jest to w ogóle możliwe, a Zakon mu to uniemożliwi. Zejście z tej ścieżki nie jest łatwe, czasem nawet niemożliwe. Skinęła głową gdy wspomniał o potrzebnych społeczeństwu bohaterach. Ona też tak uważała. Ludzie przede wszystkim pragną być wolni. Kiedy jednak wspomniał o obowiązku pokręciła głową tak szybko, że niemal poczuła jak sztywnieje jej kark. – Rozmawialiśmy już na ten temat – zaczęła dotykając delikatnie jego dłoni wierzchem swojej. – Nie jesteś do niczego zobligowany. W tym wszystkim chodzi właśnie o wybór. Jeżeli będziesz coś robił z poczucia obowiązku, bo powinieneś, a nie dlatego, że chcesz, to będziesz tego żałował. Uwierz mi, że jest to znacząca różnica, mi pojęcie tego zajęło naprawdę sporo czasu. – dodała i uśmiechnęła się do niego szeroko. Nie myślała o wojnie, ale o całym jej szlacheckim pochodzeniu. Ciągle wmawiała sobie, że musi. Musi chodzić na sabaty, musi zachowywać się nienagannie, musi robić to czego od niej wymagają. Odkąd uświadomiła sobie, że nic nie musi żyje jej się łatwiej. Bezpieczniej.
Lucinda pokiwała głową, gdy zapytał o Marcellę. – Tak, nawet mocno piegowata – dodała i wzruszyła ramionami. Mógł jej nie kojarzyć chociaż blondynka nie miała zbyt wiele osób w szkole, którymi tak mocno by się otaczała.
Kiedy dotykał jej dłoni czuła, że to jest w porządku. Nie miała żadnych oporów, nie czuła żeby to było nie na miejscu. Pewnie gdyby chodziło o kogoś innego to każdy dotyk, każde spojrzenie rozpatrywałaby w kategoriach powinności, ale nie z nim. Doskonale znała te dłonie, pewność w oczach i troskę jaką ją otaczał. Nie było w tym nic dziwnego i nowego. Zawsze był dla niej dobry. Blondynka utkwiła wzrok w ich złączonych dłoniach i wzruszyła delikatnie ramionami. – Pewnie przez śmiertelną bladość – odparła. Nigdy mówienie o chorobie nie było dla niej łatwe. Ta stanowiła słabość, do której nie chciała się przed nikim przyznawać. Była kobietą chcącą żyć życiem niejednego mężczyzny. Nie mogła mieć słabości.
Czarownica machnęła ręką kiedy wspomniał o pufkach i bliskości. Wiedziała, że ma racje. Wiedziała, że musi je do siebie dopuścić, żeby w ogóle zaczęły jej słuchać. Tak naprawdę sama nie do końca rozumiała swój upór. Przecież lubiła wszystkie magiczne stworzenia. Może nie chodziło o pufki same w sobie, a o obowiązek i opiekuńczość. Lucinda czasem nie potrafiła zająć się samą sobą, a co dopiero kimś innym.
Widząc zdezorientowanie na jego twarzy trochę zwątpiła w to jak zrozumiała jego słowa. Sama była zaskoczona własną reakcją. Czy by jej to przeszkadzało, gdyby kogoś miał? Z kimś żył? Przecież nie miała żadnego prawa mówić mu co powinien, a czego nie powinien robić. Była uczulona na manipulacje i kłamstwa i nie chciała żeby jakakolwiek kobieta musiała przechodzić przez to co ona kiedyś. Ellie był dobrym człowiekiem, miał wielkie serce i nie potrzebowała ku temu żadnych argumentów, po prostu to wiedziała. Mężczyzna wybuchł śmiechem, a teraz ona spojrzała na niego zdezorientowana. Wszelkie niepewności rozpłynęły się, gdy wyjaśnił jej kim tak naprawdę jest Marlena. Lucinda zachichotała i pokręciła głową nie wierząc we własną szaloną dedukcję. – Byłabym złym detektywem – skomentowała własne zachowanie.- Nie gniewaj się… - zaczęła wpatrując się w jego twarz. Nie zareagowała kiedy powiedział, że jest jedyna. Odebrała to jako żart, coś co niejednokrotnie słyszała od swoich najbliższych przyjaciół, ale nigdy nie odbierała tego w żaden romantyczny sposób. Bliscy sobie ludzie w taki sposób ze sobą rozmawiają, prawda? Widząc jednak jak ucieka od niej wzrokiem i nerwowo przeciera kciukiem powieki uniosła brew w pytającym geście. – Mam zapomnieć o czym? – zapytała nie wiedząc do końca czy chce znać odpowiedź na to pytanie. – Powiedz mi o co chodzi – dodała ściszając głos. Miała wrażenie, że nagle atmosfera się zmieniła. Nie chciała żeby między nimi zawisły niewypowiedziane pytania i niewyjaśnione słowa. To mogło przydarzyć się każdemu, ale nie im.


Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 40
UROKI : 27
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 3 Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
Re: Salon [odnośnik]16.06.22 13:10
Nie zwrócił uwagi na chaotyczność rozmowy, gdyż w jego mniemaniu miała ona swój własny sens, nawet jeśli nie każdy byłby go w stanie dojrzeć. Taki już był po prostu, że gdy czuł się komfortowo w czyimś towarzystwie, skakanie po tematach wydawało się naturalne i przychodziło samo. Naturę miał raczej ekstrawertyczną, lubił rozmawiać, lubił wymieniać się opiniami, a chociaż szybkie lawirowanie od wojny i poświęcenia do żartów o śmierci i dobrych wspomnień nie było, cóż, stosowne, to czym mieliby się przejmować? Byli sami, nie mieli niczego do ukrycia - niczego do udowadniania. I dopóki jakaś sprawa, nieopatrznie rzucone słowo, nie wpływało na samopoczucie Lucy albo Elrica, powinni cieszyć się tym rzadkim momentem swobody.
- To chyba dobrze. Rzadko mi się zdarza pozbywać brody, wyglądam wtedy na dziesięć lat młodszego, ale nie w tym dobrym sensie - zaśmiał się pogodnie, przypominając sobie reakcje współpracowników i szefa gdy w lecie zgolił się na urodziny dziecka starszej siostry. Nieliczni byli dość bezpośredni, by mu wypomnieć, że nie wygląda dobrze. - Jestem starszym smokologiem, muszę trzymać fason, bo inaczej ktoś pomyśli, że jestem za młody na to stanowisko. Chociaż... pomylić można się i teraz. - Wzruszył ramieniem z żartobliwą pewnością siebie. Nie zamierzał udawać, że nie jest zadowolony z siebie, ale nie był też przesadnie próżny. Nie miał dla kogo, rzadko chodził na randki, głównie skupiał się na pracy i wypadach w teren; patrzył jednak uważnie na Lucy, bo chociaż spodziewał się sarkastycznej odpowiedzi, był ciekawy wyrazu oczu, którego mogłaby nie zdążyć ukryć. Co tak naprawdę o nim myślała? I czy miało to znaczenie?
Spoważniał, wspominając o poczuciu obowiązku. Choć od początku wojny nie splamił się żadnym czynem, który w jego mniemaniu wsparłby zbrodnie obecnego rządu i tego całego Lorda Voldemorta, taki był, że zdawało mu się, że robi zbyt mało. Zwłaszcza teraz, gdy spotkał się znów z Lucindą i zrozumiał ogrom jej odwagi i ofiarności. Uśmiechnął się nieco niechętnie, gdy oparła dłoń na jego dłoni, niemniej jednak nie mógł nie zgodzić się z nią w sprawie wyboru.
- I w tym jest sedno. Gdybym był pewny tego, że moje miejsce jest w ruchu oporu, pewnie już bym tam był. Nie nawykłem długo się wahać, gdy czuję, że coś jest właściwe. - Westchnął. - Zwyczajnie nie wiem czy to właściwe dla mnie. Czy moje miejsce nie jest na drugim planie. Wiesz, tam gdzie ludzie też potrzebują pomocy. Odkąd zaczął się ten cały kociokwik każdy wolny dzień i urlop od pracy w Peak District spędzam podróżując po hrabstwach za zleceniami i pogłoskami o tym, że potrzebna jest pomoc w okiełznaniu czarodziejskich stworzeń, które wymknęły się spod kontroli. - Spojrzał na Lucy poważnie; w ciepłych oczach na sekundę pojawił się ślad czegoś ciemnego, oschłego. - Samotne smoczęta, zagłodzone akromantule z deformacjami żywiące się ludźmi; i dlaczego? Może przez czyjeś eksperymenty, może przez przypadkowe wybuchy magii. To zdarza się coraz częściej i stworzenia cierpią na tym, że próbuje się je wykorzystywać do swoich celów, a potem porzuca, gdy przestają być użyteczne. A potem, zdesperowane, atakują ludzi, którzy nie mogą już liczyć na pomoc departamentu, bo departament pomaga tylko tam i tylko tym, którzy w mniemaniu Ministerstwa na tę pomoc zasłużyli. W wojnie wszystko jest poza kontrolą. Staram się przywracać tę równowagę chociaż minimalnie tam, gdzie nie przerasta to moich kompetencji. - Poruszył ramionami by nieco rozluźnić je po tej dłuższej i trudnej mowie. Nie chciał zabrzmieć tak jakby chwalił się tym, że mimo wszystko coś robi; ale od początku zabierał się za to, na czym się zna i z czym czuje się pewnie, bo to wydawało się najwłaściwsze. Gdzież tam miałoby być dla niego miejsce na froncie? Nigdy nie skrzywdził żadnego człowieka.
Był ciekaw, czy Lucinda została do tego zmuszona, ale nie zapytał, nie chciał w ten sposób wywoływać jej do zwierzeń. Nie zdziwiłby się, gdyby nie chciała o tym rozmawiać, nie mógłby jej za to winić.
Przez te wszystkie lata prawie zdążył zapomnieć o ciężkiej chorobie, która wciąż trawiła ciało przyjaciółki. Wydawała się tak silna, tak pełna życia, nawet teraz, jak słońce; niełatwo było przypomnieć sobie, że tak naprawdę pod tym całym ciepłem kryje się genetyczne piętno przekazane przez pokolenia zimnokrwistych salamander.
- No tak. Na pierwszy rzut oka można tego nie zobaczyć. Złapałaś trochę słońca od ostatniego czasu, co? Do twarzy ci z tym - powiedział szczerze, bo pamiętał ją dużo wątlejszą, jeszcze nie tak hardą i ukształtowaną przez ciężką pracę i wyzwania. Śmiech, jaki nadszedł po nieporozumieniu, zrzucił ogrom ciężaru z ich ramion i Elric dawno nie czuł się tak szczęśliwy. Nie potrafił jeszcze w pełni ubrać tego uczucia w słowa, ale świadomość kiełkowała w nim, bliska eksplozji. - Oczywiście, że się nie gniewam. Marlena to nie najlepsze imię dla lelka, ale Magdalene ma tak na drugie, a to ona kupiła mi to ptaszysko, więc chciałem ją w ten sposób uhonorować... albo się zemścić, bo chociaż uwielbiam lelki, potrafią być nad ranem skuteczniejsze niż kogut. - Wspominając siostrę uśmiechnął się z lekką nostalgią, która zaraz ustąpiła miejsca zażenowaniu. Ty i ta twoja niewyparzona gęba, Lovegood. Nie mógł patrzeć na to jak Lucinda się dystansuje, ścisza głos, ucieka. Zadawała mu pytania, a on po raz pierwszy nie mógł odgadnąć po jej twarzy czy są retoryczne, czy nie. Ale jak mogłaby nie znać na nie odpowiedzi? Chyba tylko wtedy, gdyby była tak samo rozdarta jak on. Musiał wziąć się w garść, nie zamierzał zostawiać jej z wątpliwościami, które weszłyby między nich jak drzazga. - Zaraz ci powiem. Tylko poczekaj jeszcze chwilę... - ściszył głos tak jak ona, chwytając ją palcami pod brodą i unosząc ją lekko, by musiała spojrzeć mu w oczy.
Wydawało się, że oboje w tej chwili wstrzymali oddechy: on na pewno, zdenerwowany, ale i coraz bardziej pewny, gdy tak przyglądał się jej zielonym tęczówkom, szukając i pytając bez słów. W końcu zbliżył się powoli, dając jej czas na reakcję, aby na krótką i boleśnie niewinną chwilę złączyć ich wargi. Pocałunek był subtelny, ale pełen uczucia, które ciężko było mu wyrazić na głos.
- Co myślisz? - szepnął zaraz, nie odsuwając się, ale gładząc szorstkimi palcami jej ciepłe policzki. Choć brzmiał spokojnie, jego serce pędziło w klatce piersiowej jakby miało zerwać się do biegu.



I'm here
I whisper
You can talk to me
or not talk to me
But i'm here
Elric Lovegood
Zawód : Smokolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
A potem świat
znowu zaczął istnieć
ale istniał zupełnie inaczej
OPCM : 15
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Jasnowidz
my kind belongs nowhere
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9649-elric-lovegood https://www.morsmordre.net/t9725-vincent#295249 https://www.morsmordre.net/t9722-droga-niewybrana#295200 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9724-skrytka-bankowa-nr-2210#295204 https://www.morsmordre.net/t9723-elric-lovegood#295203

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Salon
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach