Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Wyjaśnij a zaświecę
AutorWiadomość
Wyjaśnij a zaświecę [odnośnik]05.03.20 16:24
Dwór w Wilton, sierpień 1953?

Cud narodzin traktuje się u nas bardzo poważnie - nic dziwnego zresztą, skoro rolę kobiet ogranicza się do sprowadzenia na świat upragnionego potomka, najlepiej płci męskiej, o słusznej wadze, donośnym krzyku i magicznych predyspozycjach. Do takiego bobasa odbywają się pielgrzymki, może nie trzech królów, ale dwóch nestorów i organizuje się wystawną fetę na te przynajmniej sto dwadzieścia osób. Przypadki porzucenia w lesie tudzież zrzucenia ze skarpy/utopienia pewnie też się zdarzają, wszak my z tych zakochanych w tradycji. Rzecz święta, jak mówi mój stary, także pozostaje mi się cieszyć, że jako wrzeszczący bachor rokowałem na tyle dobrze, że dali mi szansę. Dziś to już by nie przeszło i skończyłby z przebitymi piętami - a mogło by to być na przykład przekłute ucho! - czy podobną deformacją, bez perspektywy przyszłości. W moich stronach brak nawet jakichś dzikich zwierząt, które od biedy by się mną zajęły. Żadnych wilków, małp, ani nawet ocelotów. Zerowa szansa na przetrwanie dla wygnanego precz dziedzica.
No, ale skoro dziś świętujemy, nie ma co rysować czarnych scenariuszy dla najmłodszego z Malfoyów. Te ciemnoszare też odpadają, wszyscy piją wino, są radośni. Są radośni, bo piją wino. Tiaa, obserwacja socjologiczna wskazuje na znaczenie szersze uśmiechy u osobników, trzymających w dłoni nóżkę kryształowego kieliszka. I ja tutaj nie odstaję, jeśli chcę pozostać w dobrym humorze, sam muszę najpierw się w niego wprawić, a później o niego zadbać. Samodzielność jednocześnie uwielbiam i jej nie znoszę, przez co mogę zdawać się cały czas nieco skonfundowany. Jeśli sądzisz po inteligentnym wyrazie twarzy - sorry, to co najlepsze we mnie kryje się w środeczku.
Bujam się na krześle, dopóki matka nie zwróci mi uwagi. Przecież go nie rozwalę, no. Nie wytłumaczę jej, że to wszystko przez chorobę. Absolutnie nic do rzeczy nie ma moje zblazowanie, ani znudzenie urodzinami, które do złudzenia przypominają stypę, z wyjątkiem balonów i gości w pastelowych szatach. I ja stosuję się do tego dress codu i paraduję w jasnoniebieskiej szacie, w której wyglądam, jakby oblano mnie lukrem. Błękitna krew, błękitne żyły, błękitna koszula, idealnie podkreślona bladość cery i złote akcenty błyszczące przy nadgarstkach - nie można mnie pomylić z nikim innym.
Goście mają wiedzieć, kim jestem, bo, coś czuję, że stary wciąż intensywnie szuka mi drugiej połówki. Jaka szkoda, że mnie to wybitnie nie interesuje. Kiedy wspominałem mu o ustatkowaniu, cóż, myśleliśmy w nieco innych kategoriach.
Część ceremonialna dobiega końca, dziecko otrzymuje imię, co oznacza, że nareszcie można rozprostować kości. Umykam czym prędzej od rodziców i zgrabnie mieszam się w tłum, by bez przeszkód kontemplować nad kieliszkiem wina i talerzem z mikroskopijną tartinką. Jestem jedyną osobą przy bufecie - nie licząc blondyneczki-kuzyneczki, świeżo upieczonej cioci. Te, co mają pępek zaraz przy kręgosłupie bardzo często mają też spust spasionego mężczyzny. Cynthia wygląda na zmęczoną, choć jeszcze młodziutka, to już jakiś cień osiada na jej łukach brwiowych i przysłania spojrzenie delikatnym zmartwieniem. Powodów pewnie ma sporo, pojawienie się dziecka w najbliższej rodzinie zawsze daje do myślenia, szczególnie kobietom. I nie, to nie ten cały instynkt macierzyński, raczej gorączkowe oczekiwanie, niekoniecznie naznaczone ekscytacją i dumą.
-Kto wybierał imię? - zagaduję obojętnie, niepewnie czując się w tematach okołopieluchowych, ale też wybierając w miarę bezpieczne podłoże dla naszej dyskusji. Asekuracja to nie jest mój styl, lecz zważam na innych, wbrew pozorom i wszystkim krzywdzącym plotkom. Czarownica może się wypchać, kij, że część tych prasowych burz wywołuję sam, wtykając miotłę w mrowisko. Cynka, Cynka, zachowawcza i wyniosła, tak sobie myślę, że pewnie sporo o mnie słyszała. Mogę ją nieźle nastraszyć, tylko po co? Jesteśmy rodziną, a rodzina powinna się wspierać.


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Duch
Wyjaśnij a zaświecę 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Wyjaśnij a zaświecę [odnośnik]08.03.20 10:15
Dopiero co przygotowywała się do egzaminów końcowych, długimi godzinami zaczytując się w spisanych po francusku księgach o historii magii czy opiece nad magicznymi stworzeniami, a później – w milczeniu żegnała się z eleganckimi korytarzami Beauxbatons, z otaczającymi gmach szkoły terenami i rozciągającymi się z nich widokami na góry. Teraz zaś była tutaj, w Wilton, do którego tak długo chciała wrócić, a które okazało się całkowicie zajęte nadchodzącą wielkimi krokami uroczystością na cześć nowo narodzonej córki Davida i jego małżonki. Niedogodność tę przyjęła jednak z pokorą, nie chcąc wyłamywać się ze schematu córki idealnej, sprowadzać na siebie rozczarowanego spojrzenia ojca czy milczącej dezaprobaty matki. Wszak wiedziała, że jej chwila jeszcze nadejdzie – otrzymanie zaproszenia na kolejny Sabat było jedynie formalnością. Lecz czy naprawdę wypatrywała jej z niecierpliwością? Z jednej strony chciała, by najbliżsi – a zwłaszcza idealizowany, stawiany za wzór pan ojciec – okazali radość, którą musieli przecież odczuwać na widok dawno nie widzianej córki i siostry, obiecali, że to już koniec trzymania na nieznośny dystans, odbierania prawa do przebywania na swych włościach…  Z drugiej jednak – debiut nierozerwalnie wiązał się z poszukiwaniami kandydata do jej ręki. A czyż wydanie jej za mąż nie równałoby się kolejnemu, tym razem ostatecznemu, wygnaniu?
Lawirowała wśród licznych gości z nieodłącznym uśmiechem na ustach, ani nie chcąc grać pierwszych skrzypiec, ani zginąć w tłumie zaproszonych do rodzinnej posiadłości czarodziejów i czarownic. W końcu tego właśnie od niej oczekiwano, by z wyczuciem przypomniała o swym istnieniu, czarowała gracją i nienaganną etykietą, a przy tym nie przyćmiewała znajdującej się w centrum zainteresowania kruszyny. Po kilku niezobowiązujących wymianach zdań instynktownie podążyła w kierunku części jadalnej, gdzie, ku jej zdziwieniu, masa gości przerzedzała się, pozwalając wziąć głębszy oddech, na krótką chwilę się skupić tylko i wyłącznie na sobie. Mimo panującego wokół poruszenia, mimo szczęścia starszego brata, wciąż nie mogła zapomnieć o czającym się w piersi rozżaleniu, które skutecznie zatruwało cień ulgi odczuwanej na widok znajomych komnat, spektakularnego labiryntu czy portretów dawno zmarłych krewnych. Wiedziała, że skazana jest na rychłe zamążpójście, wiedziała też, że wraz z dorosłością nadchodzi kres dziewczęcej, podsycanej przez wybujałą wyobraźnię naiwności – choć wciąż nie mogła wyplenić resztek nadziei na znalezienie kandydata jeśli nie prawdziwie odpowiedniego, partnera nie tyrana, to przynajmniej nie napawającego ją obrzydzeniem.
Wznosiła właśnie kieliszek do ust, wolną dłonią poprawiając materiał skromnej, odpowiednio eleganckiej sukni, wciąż błądząc w meandrach własnych obaw, kiedy usłyszała pytanie. Kątem oka zauważyła, że ktoś się zbliża - jednak nie poświęciła temu większej uwagi. Przynajmniej aż do chwili, gdy zdecydował się odezwać. Wpierw odwróciła ku niemu głowę, później i całą sylwetkę, wprawiając zwiewną, zielonkawą szatę w ruch; na ustach pojawił się uprzejmy uśmiech – taki, jakim powinna witać wszystkich gości, a który nie obejmował jednak oczu. – Francisie – odezwała się miękko, z wyraźnym francuskim akcentem. Spoglądała ku górze, ku jego twarzy, prostując przy tym plecy, dumnie unosząc podbródek. – Zakładam, że rodzice, drogi kuzynie. – Odniosła się do jego niezobowiązującego pytania grzecznie, lecz z całą ostrożnością, do której skłaniała ją jego reputacja. Czy naprawdę przemierzał morza i oceany, nie mogąc znieść zamknięcia w posiadłościach Lestrange'ów? Polował na stwory morskie? Pływał z syrenami...? Nie wiedziała, nie mogła wiedzieć, co jest jedynie salonową plotką, a co elementem jego wciąż tworzonej historii. Pewność miała jedynie względem tego, że nadal nie posiadał małżonki, ba, nawet narzeczonej. – Lynette, Lynette... Czyżby ci się nie podobało? – Nieznacznie przekrzywiła głowę, dopiero teraz zanurzając usta w winie, smakując jego subtelną słodkawą nutę. Spoglądała na niego z zainteresowaniem, czy może raczej pobłażliwością? Był starszy prawie o dekadę, lecz przez sposób, w jaki się zachowywał, przez uchylanie się od wpisanych w krew obowiązków, prawie nie odczuwała tej różnicy. Jawił się jej jako niesforne dziecko, które wciąż nie chce zaakceptować panujących w ich świecie zasad. Nigdy jednak nie mieli wielu okazji do rozmowy, swe sądy opierała więc na przekazywanych z ust do ust opowieściach. – To imię, które zapisało się na kartach historii. Nie tylko jego etymologia może przykuwać uwagę, ale i sylwetki czarownic, do których się nim zwracano – dodała, próbując zaobserwować jego reakcję, wykorzystując towarzystwo kuzyna do zajęcia się czymś bliższym jej zainteresowaniom niż rozmyślanie na temat tego, kiedy i ona urodzi pierwsze dziecko, a także – komu.



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Re: Wyjaśnij a zaświecę [odnośnik]10.03.20 12:21
Mam dwadzieścia osiem lat i się czuję staro.
Młodsi ode mnie są żonaci, ich dzieci biegają po ogrodzie i potykają się o własne tłuste nóżki, a życie tam to nie ruletka, tylko rutyna. Największe szaleństwo w tym wieku to polanie sobie naleśników czekoladą, bo nie wypada przecież, żeby dorosły chłop tak jadał.
No to watch me.
Nie wpływa to jednak na przejmujące poczucie ciężkości i fakt, że świętowanie kolejnych urodzin nasuwa mi na myśl wizje niekoniecznie wesołe, kłócące się zajadle z epikurejskim wykończeniem w moim mózgu. Dziecina w kołysce z trzema włosami na krzyż ma ogromne szczęście, bezbronna, niewinna, nieprzygnieciona niczym ponad setką falbanek. To też pewien objaw starości, narzekanie i malkontenctwo, psioczenie na coś, na co wpływu żadnego nie mam. Prawda jest taka, że wcale nie chcę zatrzymać uciekających lat - zależy mi na dobrej diagnozie i zorientowaniu się, dlaczego. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi świadczą, że ze mnie pierwszorzędny młodzieniec, nawet nie mężczyzna, a moje czoło i tak przecinają zmarszczki, brwi opadają na powieki i dopadają mnie wątpliwości. Przejadam się przyjemnościami aż do bólu brzucha, bodźce zaczynają przewiercać na wylot - czy to nie to? Czy ja nie dziadzieję? To chyba mój największy lęk, poza zamienieniem się w kamień rodem z mojego ulubionego mitu o Perseuszu. Jeśli kiedyś doczekam się syna, może dam mu tak na imię. Może odziedziczy po  mnie genetyczną ułomność. I może tak jak grecki spryciarz, ją pokona. Ha! I to jest dopiero dowód na to, że świruję i tracę kontrolę. Już nie wiem, czy ciało nie nadąża za myślą (bo wciąż wyglądam świetnie), czy robię sobie wewnętrzne kuku, nakierowując się na dziwaczne jak na mnie tory rozprawek. Życie jak najbardziej sprawia mi frajdę, tylko momenty znużenia są częstsze. Muszę poszukać lekarstwa, choć mocno powątpiewam, czy znajdę je tutaj, pośród pawi-albinosów i stadka dziewcząt w długich sukniach i żebrach ściśniętych gorsetami. Gdyby miał wybrać, to ptaki są ciekawsze.
Niestety z nimi pogawędzić nie mogę. To znaczy, mogę, aczkolwiek obiecałem matce, że zachowam się jak na Lestrange'a przystoi i wiem, że plotkowania ze stadem ogrodowych pawi raczej nie uzna za coś, co licuje komuś o mojej pozycji. W telegraficznym skrócie, muszę mocno się ograniczać. Z alkoholem, jak i z ekspresją słowną. Mama poprosiła mnie ładnie, a ja nie chcę jej sprawiać przykrości, dlatego ze swego ostentacyjnego znudzenia przechodzę do fazy pośredniej, a zatem: umiarkowanego zainteresowania. Jak stary człowiek zjem coś przy stole, zapytam o uzdrowiciela ciotuni Beatrycze, zatańczę z kuzynką Theresą, a potem zezgonuję w jakimś saloniku. Mężczyźni mają takie prawo, a kobiety się martwią. Biedaczki.
A wśród nich Cynthia, urocze słoneczko Malfoyów, kuzyneczka idealna przybyła prosto z Beauxbaton. Ile mamy ze sobą wspólnego, prócz krwi? I słabości do wina?
Nawet nie, ona przecież ledwie usta moczy, pewnie to jej pierwszy i ostatni kieliszek pity dla smaku, a nie dla rozluźnienia. Moje mięśnie są sztywne, bo jestem zepsuty, a jej dla zasady. Pilna, grzeczna dziewczynka. Zupełnie jak moja siostra, chcę dla nich wszystkich czegoś więcej niż tylko dobrego męża i przykładnego prowadzenia się u jego boku. Taki ze mnie altruista, choć szepcze się, że zwodnik i obłudnik, pewnie jeszcze jakieś epitety tam dalej też krążą.
-Cynthio - witam się więc jak i ona, oficjalnie, podejmując jej dłoń i czekając, czy wyda zezwolenie do dżentelmeńskiego pocałunku. Kurtuazja jest piękna, ale tak samo piękne jest muśnięcie policzka czy uśmiech odsłaniający zęby.
-Wspólnie? - dociekam, bo właściwie to mnie to ciekawi. Jak procesy decyzyjne rozkładają się w małżeństwie, czy David już ustawił swoją lubą w miejscu, podobno właściwym, czy może faktycznie działają razem. Delektuję się tartinką, licząc, że nie będzie mieć mi tego za złe. Zgłodniałem przez tą całą oficjalność, ale przynajmniej pamiętam, by nie mówić z pełnymi ustami. Mamo, widzisz mnie, halo? Tak dobrze?
-Jest bardzo eleganckie. Dziewczynka z takim imieniem dużego wyboru nie dostanie i zostanie damą - mówię, bo brzmienie jakoś tak aż pryska salonowym blichtrem i rozkloszowanymi sukniami. Lynette będzie mieć wąskie usta, ostry podbródek i dość niski głos, tak ją sobie wyobrażam na debiucie w sukni w barwach Mafloyów. Jeśli wda się w ciotkę, wyrośnie z niej wdzięczna panna. Oby nie tylko.
-Czyli ma zapewnić jej sukces? Mnie rodzice tak nie zabezpieczyli -  śmieję się pod moim zgolonym wąsem. Pokładam sporą wiarę w astrologię, błahe znaki są dla mnie powodem, by nie wychodzić z domu, więc słucham Cynthii chętnie, nie udając zaangażowania w przemowę młodziutkiej dziewczyny - czym wsławiły się jej imienniczki? - pytam, licząc na historie pełne mięsa. Zdziwię się, jeśli Cynthia powie, że wyszły za mąż w wieku siedemnastu lat i urodziły siedmiu zdrowych synów.


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Duch
Wyjaśnij a zaświecę 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Wyjaśnij a zaświecę [odnośnik]14.03.20 15:56
Nie myślała nawet o takich bezeceństwach jak muśnięcie policzka; od dwóch dekad kładziono jej do głowy, że zachowanie odpowiedniego dystansu, przestrzeganie odwiecznych, wpisanych w ich krew zasad prowadzenia się jest kluczem do pozostawienia swej reputacji krystalicznie czystą. Teraz zaś, gdy wróciła ze szkoły, gdy – zapewne – trwały poszukiwania odpowiedniego kandydata na jej męża, musiała dbać o swój wizerunek ze zdwojoną mocą, nie tylko nie popełniać gaf, ale i czarować słowem, uśmiechem, intelektem. Choć to ostatnie mogło akurat odstraszyć niektórych szlachciców, wpierw musiała więc wybadać grunt, dopiero później pozwalać sobie na epatowanie swą wiedzą; musiała być wężem, ostrożnym i podstępnym, a przy tym pokusą, która zapada w pamięć.
Nieznacznym skinięciem głowy, a również złożeniem różowych warg w nieco wyraźniejszym uśmiechu, łaskawie zezwoliła kuzynowi na naznaczenie dłoni pocałunkiem, przywitanie się w sposób adekwatny do ich statusu i relacji. Przez tę krótką chwilę naprawdę mogła spoglądać na niego z góry – później jednak musiała już przyjąć typową dla damy pozycję, wyprostowana jak struna spozierać wyżej, ku twarzy niebywale wysokiego rozmówcy. Czy podjęli tę decyzję wspólnie…? Nie wiedziała, mogła jedynie przypuszczać, lecz niezależnie od tego, czy spędzili nad wyborem imienia długie godziny, czy David pozostawił małżonce wolną rękę, czy może raczej narzucił on jej swą wolę, nie mogła wypowiadać się na ten temat w sposób, który mógłby postawić najbliższych w złym świetle.
Możliwe. – Ponownie wzniosła kieliszek do ust, w ten sposób kupując sobie chwilę czasu. – Na pewno jednak David miał ostatnie słowo, tak jak powinno się to odbywać – dodała, nie pozwalając, by mimika twarzy zdradziła ją z jakimikolwiek emocjami; czy naprawdę tak myślała, czy jedynie mówiła to, czego od niej wymagano? Tak czy inaczej nie sposób było nie zdawać sobie sprawy z tego, jaką rolę odgrywały w ich świecie kobiety; piękne, wypachnione, idealne ozdoby dla sprawujących władzę mężczyzn. – Niewątpliwie otrzyma wszystko, by damą zostać – odpowiedziała grzecznie, na poły Francisowi, na poły sobie. Imię, choćby nie wiadomo jak piękne, nie zapewniało niczego; Cynthia nie wątpiła jednak, że ród Malfoyów zapewni jej guwernantów i guwernantki, instruktorów jazdy konnej i nauczycieli języków obcych. Wszystko po to, by pewnego dnia zajaśniała na salonach, skusiła najodpowiedniejszego z kandydatów, stała się spoiwem cennego sojuszu.
Czy jesteś pewien, kuzynie, że cię nie zabezpieczyli? Lub nie naznaczyli? Podobnież jesteś wolnym duchem – odparła miękko, przekrzywiając przy tym głowę, wpatrując się w niego badawczo, z uwagą, lecz nie nachalnie. Słyszała przecież o jego podbojach, przygodach i wybrykach, możliwe, że były to jedynie plotki, lecz w każdej plotce tkwiło przecież ziarno prawdy. Nie wpisywał się w schematy, a przynajmniej nie na tyle, by móc nazywać go przykładnym lordem. Wątpiła jednak, by była to wina wybranego przez rodziców imienia.
Zdziwiła się, że wyraził na pozór niekłamane zainteresowanie rozpoczętym przez nią tematem. Niezależnie jednak od intencji lorda Lestrange’a zamierzała kontynuować, pławiąc się w wyniesionej z namiętnie pochłanianych ksiąg wiedzy; nie bała się, że go odstraszy, bo nie wyobrażała sobie, by pan ojciec mógł rozpatrywać go w kategoriach przyszłego zięcia. – Jedna z jej imienniczek była żoną Ulfryka Zwycięzcy – nie myl go, proszę, z Emerykiem Złym czy Elfrikiem Gorliwym – który zasłużył się w trakcie wojen olbrzymów. Nie tylko finansował trwające miesiącami walki, ale i odważnie stawał przeciwko buntującym się stworzeniom, nie szczędząc przeciwko nim swej różdżki. Powiada się jednak, że gdyby nie słodka, wydana za niego Lynette, nie przeżyłby tamtych walk. Również gdyby nie ona, niepozorna czarownica o pięknych, sięgających ziemi włosach, w ogóle nie wziąłby w nich udziału, tym samym nie zapisując się na kartach historii. Nigdy nie zyskałby takiej sławy i szacunku, o jakich piszą kronikarze. – Przerwała, napawając się własnymi słowami, pozwalając, by słuchacz spróbował to sobie wyobrazić, popuścił wodze fantazji. A może i on o tym czytał? Powinien; trudno byłoby spoglądać w przyszłość bez znajomości przeszłości. – Była jego lady Makbet – dodała jeszcze, bo choć sytuacje nie były identyczne, to w jej mniemaniu podobieństw było wystarczająco wiele. – Gdyby nie ona, nawet nie pomyślałby o tym, by sięgnąć po swoje – Zakończyła, a w jej głosie wybrzmiało coś na kształt buty; następnie upiła kolejny łyk wina, przelotnie spoglądając gdzieś w bok, ku przechodzącym nieopodal gościom.



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Re: Wyjaśnij a zaświecę [odnośnik]14.03.20 18:22
Raz na takim uroczystym podwieczorku wystarczy, bym wyrobił sobie o nich zdanie.
Chadzam na nie od dziecka, początkowo usadzany w oddzielnej komnacie przy mniejszym stole, z dala od dorosłych i ich poważnych rozmów, w towarzystwie moich równolatków, którzy pomimo braku nadzoru wychowawców jedzą nożem i widelcem i nie trzymają łokci na stole. Lata lecą a ja z irytującą regularnością (urodziny-imieniny-Gwiazdka) spotykam się z nimi w identycznej konfiguracji, z tym że zajmujemy już miejsce przy pełnowymiarowym komplecie dębowych mebli, a zamiast czekoladowej fontanny na półmiskach przed nami pyszni się dziczyzna. Oni dalej używają sztućców - ja również, lecz nie kryję znużenia za zasłoną kokieteryjnych uprzejmości. Gdy ziewam, zasłaniam twarz dłonią, ale nie pędzę do toalety.
Porządek ustalił ktoś dawno temu, suto zastawione stoły, ciężkostrawne jedzenie, nieciekawe konwersacje, tańce, przegląd prezentów i porównywanie ich cen w stosunku do wartości danego delikwenta, pary lub dziecka. Bachorzątko dziewczęcia wżenionego do arystokracji raczej nie dostaje grzechotek ze szczerego złota. Zawistni darowują ewentualnie gryzaki z tego kruszcu i zamiast połamania nóg, życzą połamania zębów. Dowcipnisie.
Przygotowany psychicznie do brylowania pośród takich spędów wujów i ciotek szczypiących za policzki, za cel obieram sobie przede wszystkim znalezienia partnera w zbrodni. Niedosłownie, oczywiście, ale kogoś, kto zajmie się mną lepiej aniżeli stateczna matrona w stu procentach oddana doprowadzeniu do porządku mojej dykcji i biadolenia nad mą fatalną przecież postawą. Zacznę kurwa, z laską chodzić, to może ze mnie zejdą. Ale, ale, mój plan powodzi się znakomicie, co więcej, na haczyku nie mam żadnej płotki, a naprawdę grubą rybę. Jestem rozanielony, wręcz wniebowzięty, ściskając w dłoni delikatną rączkę kuzynki, którą z namaszczeniem podnoszę do ust i lekko trącam wargami. Uśmiecha się do mnie - nie zachęcająco co prawda, lecz na tyle przyjaźnie, że nie cykam się o swoje gnaty. Ojcu raczej nie naskarży. Lekkie spięcie, akceptowalna bliskość, po czym delikatnie opuszczam jej dłoń, broń boże nie pozwalając, by uleciała mi swobodnie, niby newtonowskie jabłko. Jakby to niby wyglądało, hę?
-Tak powinno się to odbywać? - dopytuję uprzejmie, zaintrygowany zdaniem młodziutkiej lady Malfoy. Rzecze tak z przekonania, czy może choć słowa płyną z jej gardła, wydostają się stamtąd mocą upartego podążenia według słów - ojca, nestora, i tak dalej? - ja sądzę, że małżeństwo to partnerstwo - dodaję zdawkowo, o mało co nie wzruszając przy tym ramionami. Powstrzymuję jednak ten gest, bo mi jeszcze Cynthia ucieknie, a już sama werbalizacja moich myśli nieco daje buntem. Przed sobą mam wychuchaną, dostojną młodą kobietę, zaangażowaną - to widać, w sprawy swego rodu. Chce zapewnić mu świetność, a jak inaczej, jeśli nie przez mariaż? I kim ja niby jestem, żeby to oceniać? Bez kuśki przepadłbym z kretesem i to źle świadczy o mnie.
-I dużo, dużo więcej. Pierwsze dziecko, słodka córeczka, oczko w głowie - wyliczam przywileje, które później skompresują się do potrójnego wymiaru obowiązków. Lecz póki co odbijają się tylko w kucyku, uśmiechniętych twarzach pochylonych nad kołyską i małej piąstki otaczającą kciuk jej ojca. Pociągam tęgi łyk wina, w ostatniej chwili miarkując, że nie powinienem tego czynić na hejnał Patrzę to na kieliszek, w którym ostaje się ledwie parę kropel trunku, to na Cynthię i decyduję się uśmiechnąć do niej, na poły przepraszająco, na poły zawadiacko.
-Moje imię absolutnie nic nie znaczy - zaprzeczam, jest przeciętne. W pełnej formie może i brzmi wyrafinowanie, ale kto zwraca się do mnie per Francisie. Stary, gdy coś przeskrobię, Ginnie, gdy jest wyjątkowo wkurzona i tyle. Jestem Franc. Frank. Tak może się nazywać nawet kierowca pieprzonego Błędnego Rycerza. Gdyby coś na tym etapie poszło nie tak, przynajmniej nie będę cierpiał, że jakoś strasznie odstaję od klasy średniej - ale rodzicom zawdzięczam wiele - dodaję ciepło. Zgrabnie sobie radzę z tym zagraniem, zdaje mi się, że wiem, do czego pije Cynthia, a choćbym chciał, to herbatki rozlać  nie mogę. Tak jak mówiłem, wbrew wszystkiemu rodzicom zawdzięczam dużo na przykład sprzątanie mojego życiowego bałaganu, więc należy im się jakiś mały payback z mojej strony, nawet, jeśli polega on na zachowaniu milczenia.
-Każdy potrzebuje trochę wolności. Nie możemy dać sobie uschnąć - mówię, uśmiechając się do niej lekko, szczerze - dlatego trzeba dobrze się nawadniać - rzucam wesoło, łapiąc za kolejny kieliszek i dając piękny popis godny klauna. Jeśli jest bystra, pojmie, że to tylko kamuflaż, głupkowaty, ale dokładnie taki, jakiego się po mnie oczekuje.
Z niekłamaną przyjemnością słucham opowieści Cynthii, stawiając sobie za punkt honoru, aby nie wejść jej w słowo, choć pytania same zdają mi się cisnąć na usta. Cierpliwie czekam jednak do końca tej historycznej wprawki - o wojnach olbrzymów pojęcie mam mgliste, to były te lekcje, na których zazwyczaj urządzałem sobie piknik w ostatniej ławce.
-Zatem Lynette pokierowała swym mężem, a on słuchając jej rad nie tylko odniósł błyskotliwe zwycięstwo, ale również zyskał sławę, chwałę i swoje miejsce w historii - podsumowuję, pocierając podbródek, bez najmniejszego śladu zarostu. Gładko ogolony nie czuję się komfortowo, bo wyglądam jak bobas.
-Dlaczego jej nie dostał się przydomek? Lynette Przebiegła. Albo Lynette Przewodniczka - zastanawiam się na głos, po prawdzie oburzony tym przeoczeniem - wcześniej nigdy o niej nie słyszałem - przyznaję bez krępacji, obnażanie mych słabości nie stanowi dla mnie problemu, gdyż są inne rzeczy, w których to ja jestem dobry. Z oczywistych przyczyn przed Cynthią się nimi nie pochwalę, więc niech błyszczy dziewczyna, a może i mi skapnie trochę wiedzy czy rozsądku.
-Dokonała czegoś jeszcze? Tak niezwykła czarownica z pewnością nie osiadła na laurach po jednym zwycięstwie - stwierdzam, lady Makbet co prawda oszalała w dalekim pożądaniu władzy, lecz to porównanie przecież jest poglądowe. A Lynette, równie wyjątkowa jak Cynthia. Zdawały sobie z tego sprawę?


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Duch
Wyjaśnij a zaświecę 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Wyjaśnij a zaświecę [odnośnik]16.03.20 16:20
Była jeszcze młoda, bardzo młoda, lecz z uwagi na swój status społeczny nie mogła zachowywać się jak nieopierzony, beztroski podlotek; wraz z opuszczeniem murów szkoły stała się dorosła, a przynajmniej tak lubiła o sobie myśleć, choć to dopiero nadciągający wielkimi krokami sabat miał naznaczyć ją jako tę, której czas nadszedł, jako pełnoprawną członkinię czarodziejskiej socjety. Pamiętając o powinnościach względem rodu, wpajanej od maleńkości etykiecie i stawianych przed nią wymaganiach, trzymała łopatki ściągnięte, a brodę dumnie zadartą do góry, usta zaś składała w przyjemnych dla rozmówcy uśmiechach, nawet jeśli nie miała na to najmniejszej ochoty. Piła tyle, ile wypadało młodej panience bez zwracania na siebie krytycznych spojrzeń. Okazywała zainteresowanie również i tematami, które nijak nie rozniecały w niej pasji.
Lecz lord Lestrange skutecznie przykuł jej uwagę, pozwalając sobie na ten jakże niepoprawny, niezgodny z panującymi w ich świecie zasadami komentarz. – Doprawdy? Cóż za kontrowersyjny pogląd – odpowiedziała, lecz w jej głosie na próżno było szukać nagany; skupiała spojrzenie zielonych, nieznacznie zmrużonych oczu na jego gładkiej twarzy, szukając w dopiero co wypowiedzianych słowach podstępu. Prowokował? Igrał? A może naprawdę tak uważał? Bladą twarz Cynthii wciąż ozdabiał uśmiech, lecz to wzrok, podejrzliwy, próbujący przewiercić go na wskroś, wyrażał prawdziwe emocje. Sądziła, że jest to jedynie jedna z salonowych gierek, do których powinna przywyknąć. – Słyszałam, że tak właśnie powinno się to odbywać, nie wiem jednak, jak wygląda praktyka. Czy w Wilton, czy na wyspie Wight – dodała, próbując wybrnąć z elokwencją, która pozwoliłaby jej uniknąć odpowiadania wprost, złapania w sidła i odkrywania się ze swymi poglądami. Niezależnie od tego, co podpowiadała niewieścia skłonność do fantazjowania, wybujała fantazja i miłość do dzieł literackich stawiających na piedestale nic innego jak romantyczne wzloty właśnie, musiała przecież pogodzić się ze swym losem; w małżeńskie nie czekało ją partnerstwo, tym bardziej nie czekało ją zrozumienie czy amory. - Pierwsze dziecko, oczko w głowie… Czy tak właśnie było w Twoim przypadku, Francisie? – podjęła miękko, z charakterystycznym francuskim akcentem, chowając nieco zbyt okazały uśmiech za kryształowym kieliszkiem, którego nóżkę wciąż ściskała w smukłej dłoni. Na palcu miała ten pierścień, co zwykle; wypolerowane srebro składało się w węża pożerającego własny ogon, Uroborosa, początek i koniec. Bez większych emocji obserwowała, jak towarzyszący jej arystokrata wypija swe wino nieprzyzwoicie wprost szybko; mężczyźni mogli pozwolić sobie na więcej, również w tej kwestii. Nawet jeśli kuzyn nie wpisywał się w opis arystokraty idealnego, to wciąż był pierworodnym, nadzieją na przedłużenie linii Lestrange’ów; nie mogli go skreślić.
Trochę wolności? Dać sobie uschnąć…? Przekrzywiła lekko głowę; a więc zrozumiał, zdziwiłaby się, gdyby nie zrozumiał. Nie przewidziała jednak, że swą odpowiedź połączy z odważnym sięgnięciem po kolejny kieliszek przedniego, sprowadzanego z Francji wina. – Twoje zdrowie – zaintonowała śpiewnie, lekko, obserwując przedstawienie z mieszanymi uczuciami; nie mieli do tej pory wielu okazji do rozmowy, nie potrafiła go jeszcze przejrzeć na wylot, bezbłędnie odczytywać gestów i emocji. Wierzyła jednak, że to jedynie wyuczona poza, za którą wygodnie było mu się chować. Że gdyby nie podejmował gry pozorów, już dawno zjedliby go tutaj żywcem.
Dokładnie tak – potwierdziła, gdy rozmówca w kilku słowach podsumował i tak skróconą wersję historii Lynette i jej osławionego małżonka, Ulfryka. Z jednej strony lubiła tę anegdotę, dogrzebywanie się do takich pozornie zapomnianych przez kronikarzy wydarzeń; Lynette była mądra i działała w jedyny sposób, jaki był dla niej dostępny – sycąc męża dobrymi radami, nakierowując go na właściwe tory. Z drugiej jednak, przypominała o tym, jak niewiele czarownic zostało odpowiednio docenionych. – Czy zbierasz może karty z Czekoladowych żab, kuzynie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie. – Nie każda wielka czarownica otrzymała to, na co zasłużyła. A może nawet – tylko nieliczne mogły liczyć na adekwatny do ich dokonań szacunek. – Upiła łyk wina, bezwiednie odganiając opadający na twarz, wymykający się z finezyjnego upięcia kosmyk włosów. Wiedział przecież, w jakich czasach żyli. Wiedział, że wcześniej nie było wiele lepiej, choć przecież były też i takie kobiety, którym udało się przebić, w mniej lub bardziej chwalebny sposób. – Niewiele później Ulfryk umarł z nieznanych przyczyn, a jego pogrążona w żałobie żona została… regentką, pilnując, by ich pierworodny syn wyrósł na potomka, który nie zhańbiłby rodowego nazwiska choćby najmniejszym uchybieniem – dodała, w jej oku pojawił się figlarny błysk. Czy naprawdę przyczyny te były nieznane? Cóż, może regentka nie była najlepszym możliwym określeniem, lecz dość dobrze oddawała myśl Cynthii, której wieloletnie wygnanie utrudniało niekiedy dobieranie odpowiednich słów.



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Re: Wyjaśnij a zaświecę [odnośnik]16.03.20 18:54
Jeśli zbiorę wszystkich tu obecnych do kupy i policzę średnią wieku bawiących się na przyjęciu, wyjdzie mi coś koło czterdziestki. Pełno tu ciotek i owdowiałych wujów, podstarzałych kuzynów z bąbelkami nieco tylko młodszymi ode mnie, wyposażonymi już w obrączki i dziecięce pokoje. Do kogo usta otworzyć, skoro wspólne tematy z moimi rówieśnikami kończą się na Hogwarcie, do którego zresztą zawsze brakowało mi serca? Stary byk i uroczy mały ptaszek to scenariusz normalny na Sabatach oraz uroczystościach służących awansom, rodzinne bibki skłaniają raczej do bardziej swobodnego spożywania alkoholu i właśnie względnej zabawy. A ja, cóż, piję powoli i uważam na słowa, domorosły erudyta, który swoją najważniejszą lekcję w życiu odebrał na morzu. Nieco podle robię sobie z Cynthii swoją rozrywkę, gwiazdkę z nieba na wieczór jeden, ale za to pełen ekscytacji i rumieńców nie wywołanych na policzek ani winem, ani całowaniem odkrytego dekoltu. Chcę ją poznać lepiej niż ustami, bardziej niż samym tylko dotykiem, dokładniej, aniżeli po głosie, który brzmi tak, jakby recytowała listę zakupów w aptece Mulpeppera. Ciekawi mnie, jakie rejestry osiąga tą miłą barwą, kiedy się złości. Albo smuci. Czy identycznie wyprostowana przesiaduje z książką w ulubionym fotelu. Co robi wtedy z nogami? Zwija kolana pod siebie czy wykłada je nad podnóżku? Mam do niej co najmniej setkę pytań, a póki co wesoło taplam się w brodziku, gdzie obmywa mnie przyzwoitość. Cóż pozostaje, muszę grać na czym dają.
-Kontrowersyjnie było kiedyś sądzić, że ziemia jest okrągła - odpowiadam z uprzejmym uśmiechem, więc nadal brodzimy sobie po tej nieszczęsnej płyciźnie. Dam radę wycisnąć z niej więcej, czy kulturalnie przeprosi, poleci przypudrować nosek i tyle się zobaczymy?
Jak już skończy z tym prześwietleniem, bo czuję się niemal jak poddawany medycznemu zabiegowi. Ma mnie za żart? Parszywego oszusta? Amanta, pierwszego do podeptania jej stóp i serca?
-A jak według ciebie mogłoby się to odbywać? - uparcie ciągnę tą strzępiącą się nitkę, by wydostać od Cynthii coś więcej od eleganckich uników. Retorycznie mnie miażdży, ale staram się trzymać tempo i drążyć temat - jeśli dowiem się pierwszy, o wszystkim ci opowiem, Cynthio - oferuję się szlachetnie, a i z jej strony liczę na podobną deklarację. Pewnie na wyrost, ale to ładnie odpłacać się jednym dobrym uczynkiem za drugi.
-Dokładnie. A później urodziła się Wandz... Znaczy, Evandra - poprawiam się szybko. Stosowność stylu do treści prawie poszła się kochać, ale ratuję sytuację. W dzieciństwie mam trochę uwagi, za to Evandra dostaje czułość i troskę. Drobna, śliczna, chorowita, każdy chce przychylić jej nieba. Ja zresztą też, nigdy nie byłem o nią zazdrosny i chwalę się świetną relacją z młodszą siostrzyczką. Między rodzeństwem nie zawsze jest kolorowo, szlachectwo to nieustająca rywalizacja od najmłodszych lat, także - a może szczególnie pośród najbliższych. Mnie zupełnie to nie kręci, więc odcinam się bez żalu, gotów zrzec się na rzecz Wandzi tytułu ulubionego dziecka. I tak bym nie wygrał, no błagam. Stary ma przeze mnie więcej siwych włosów niż przez zmieniające się nastroje polityczne, a sporą część z nich sprezentowałem mu chwilę przed jego czterdziestką.
-Twoje szczęście - wznoszę toast prawie pustym kieliszkiem i przełykam te ostatnie, marne krople. Mi zdrowie przyda się faktycznie, za tydzień czeka mnie kontrola w moim ulubionym gabinecie numer 21, a kto pogardzi odrobiną farta? W kartach, w miłości, niech interpretacja wypełni się niezależnie.
-Nie zbieram - przyznaję bez bicia, trzymam już sporo nikomu nie potrzebnych pierdół i bibelotów, by gromadzić jeszcze kolekcjonerskie karty - ale może zacznę, dla odświeżenia historycznej wiedzy - spekuluję, słodycze lubię, więc żaby na pewno by się nie zmarnowały.
-And here we go again - mówię posępnie, wiek XVI czy XX, a my dalej w ciemnogrodzie. Odstawiam pusty kieliszek na tacę usłużnego kelnera, który materializuje się niby na życzenie. Podoba mi się, jak Cynthia odgina dłoń, by zapleść za ucho luźny lok, który umknął przed grzebieniem wbitym w elegancki kok - czy taki gest też się ćwiczy, żeby wypadał naturalnie, a nie kokieteryjnie? W domu stanę przed lustrem i przećwiczę odgarnianie włosów opadających na me czoło, za wzór stawiając sobie młodszą kuzyneczkę. Bardzo, bardzo ładnie.
-Myślisz, że to ona go usunęła? - pytam zaciekawiony, nie pierwszy, nie ostatni raz ktoś ginie dla władzy. Kiedy umiera kobieta, postrzega się ją jako słabość i przeszkodę, gdy ofiarą pada mężczyzna, trzeba się dyplomacyjnie wysilić - Kleopatra tak zrobiła. Poślubiła swojego brata, a później kazała go zabić. I była ostatnim faraonem Egiptu - przypomina mi się fakt chlubnej, a jakże historii starożytnej. Cynthia musi mieć coś za uszami - przynajmniej zalążek samodzielnej myśli, dokładnie takiej, jaką próbują wyplenić z umysłów młodych panienek. I co z tego, że prezentuje się perfekcyjnie w zielonej sukni i z pasującymi jadeitowymi ozdobami, mało mówi niepytana; potencjał u niej większy niż u lali z okładki. Orkiestra zaczyna grać tango, a ja zgrabnie chwytam czerwoną różę z wazonika nieopodal. Myśli, że chcę jej ją podarować?
-Rosierów zjadam na śniadanie - rzucam, choć to pora podwieczorku i wkładam sobie kwiat między zęby - mogę panią prosić? - dygam, wyciągając do niej rękę. Jak da mi kosza to pójdę popłakać w kącie albo zatańczę z mamą.


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Duch
Wyjaśnij a zaświecę 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Wyjaśnij a zaświecę [odnośnik]21.03.20 13:44
Nie mogła wiedzieć, co też Francis ma w głowie, ani tym bardziej - że jest zdolny do odczuwania tego rodzaju zainteresowania, można by rzec niewinnego, wolnego od podyktowanej różnicą wieku protekcjonalności czy ślepej żądzy. Domyślała się jednak, że musi jawić mu się jako przyjemniejsze towarzystwo niż wiekowe ciotki, matka próbująca utrzymać go w ryzach, stale oceniający rówieśnicy; wszak była uprzejma, dobrze wychowana, a przy tym dopiero co wkraczała na salony. Młodziutka, niedoświadczona, kurczowo trzymająca się wpajanych latami zasad - czyż nie mogła jawić mu się jako cel idealny? Cel prowokacji właśnie, badania granic i tego, na ile wprawnie potrafi lawirować między tym, co wypada, a tym, co naprawdę chciałaby powiedzieć. Urozmaicenie nużącej uroczystości wypełnionej ochami i achami na cześć nowo narodzonej Malfoyówny, Lynette. Kto by przypuszczał, że jej imię dostarczy im takiego ciekawego tematu do dyskusji?
- Też tak słyszałam – przytaknęła lakonicznie, wciąż wyginając usta w uśmiechu, lecz już nie tak wymuszonym, bo podszytym pewną przyjemnością, która wiązała się z prowadzoną rozmową. Owszem, musiała być ostrożna, musiała uważać na dobór słów, a nawet na sposób, w jaki je wymawia, lecz ta nieoczekiwana potyczka była ciekawsza niż mimowolne zadręczanie się, kiedy przyjdzie pora i na nią, komu urodzi dziedzica. Wzrokiem ciągle poszukiwała znaków, które pomogłyby jej zrozumieć motywy kuzyna – aż nagle przestała, przelotnie spoglądając gdzieś w bok, wykorzystując tę chwilę, by zebrać myśli, posłać przechodzącym nieopodal gościom uroczy, wystudiowany uśmiech. – Inaczej – odezwała się niewiele później, kiedy już upiła kolejny łyk przyjemnie chłodnego wina, próbując przy tym podchwycić wzrok górującego nad nią wzrostem Francisa. Czego od niej oczekiwał? Że otwarcie sprzeciwi się wielowiekowym tradycjom? Że rozpocznie salonową rewolucję? Nie była lady, której myśli zaprzątały jedynie jedwabie, drogie pachnidła i gustowna biżuteria; z zainteresowaniem wysłuchiwała wywodów ojca na temat polityki, z własnej woli zaczytywała się w kolejnych kronikach i tomiszczach o historii magii, bo wierzyła, że to w przeszłości leżał klucz do przyszłości. Nie brakowało jej przy tym rozsądku – i dlatego też, choć posiadała coś na kształt własnych poglądów, nie mogła pozwolić sobie na wygłaszanie sądów, które nie spotkałyby się z powszechną aprobatą. Była jedynie najmłodszą córką, nie zaś pierworodnym synem, dziedzicem, który miał przedłużyć linię rodu. – Są rody, dla których dobór odpowiedniego imienia jest niezwykle ważną kwestią. – Jak chociażby Blackowie. – Są też takie, gdzie rodzice mają większą swobodę, mogą kierować się własnymi preferencjami, nie zaś trwającymi do wieków tradycjami... – Przechyliła głowę; zabawa pierścionkiem mogła zdradzać ją z pewną nerwowością. – Zapewne zgodzisz się z tezą, że ojcowie mają niepodważalnie większy wpływ na wychowywanie swych latorośli. A skoro tak, czyż wspólny wybór imion nie mógłby być kolejnym z prezentów ślubnych? Przejawem dobrej woli? Kompromisem? – Ostatnie słowa wypowiedziała cicho, ledwie dosłyszalnie, lecz przecież stali na tyle blisko, że nic nie powinno mu umknąć; a nawet gdyby, zawsze mógł śledzić ruch jej warg, w ten sposób dopowiedzieć sobie ginące w wypełniającym posiadłość gwarze wyrazy. Igrała z ogniem, jednak to rozsądek podpowiedział panience Malfoy, że może sobie na to pozwolić; bo chociażby Francis chciał komuś o tym opowiedzieć, pożalić się na snującą dziwne teorie młódkę, to... kto by mu uwierzył? – Och, ja tobie również, kuzynie, choć myślę, że na ślubnym kobiercu staniesz pierwszy – dodała jeszcze; próbowała mówić z lekkością i swobodą, choć był w tym pewien przytyk, drobna złośliwość. Starała się ją jednak maskować wypracowanymi latami gestami damy idealnej.
- Zatem przez jakiś czas mogłeś cieszyć się statusem jedynaka, moje gratulacje. – Sama nie wiedziała, co to znaczy; poznała jednak smak znajdowania się w centrum uwagi, tak przynajmniej myślała, choć ostatnimi czasy czuła się raczej zepchnięta na boczny tor. Zanurzyła usta w winie, by przypieczętować toast; szczęście, szczęście, lecz cóż kryło się pod tak niejednoznacznym terminem? Wystawny ślub? Przystojny mąż? Zdrowe dzieci? – Karty te nie są najlepszym źródłem wiedzy, lecz do powtórki mogą wystarczyć – odpowiedziała miękko, grzecznie, choć przecież zupełnie tego nie rozumiała; mógł wejść w posiadanie każdej księgi, jakiej tylko zapragnie, on wolał jednak zajadać się czekoladowymi żabami i zadowalać krótkimi, a przez to niedokładnymi, opisami dawnych czarownic i czarodziejów. Lecz czy była to jedynie kolejna poza? Czy naprawdę miał taki plan?
Dostrzegła, że jej niedbały gest nie umknął uwadze rozmówcy; zastanawiała się, jakie robi na nim wrażenie i czy tak naprawdę nie jest tylko obiektem jakiegoś żartu znudzonego życiem, wciąż czekającego na swoją kolej szlachcica. Później jednak zapytał ją, co myśli i to w sposób, jak gdyby naprawdę go to interesowało; czy potrafił tak dobrze grać? – Nie bez powodu mówi się, że trucizna jest bronią kobiet – odparła po chwili, a kącik jej ust drgnął nieznacznie. Sama może nie znała się na alchemii, lecz doskonale rozumiała, dlaczego niektóre czarownice preferowały takie rozwiązania niż otwartą walkę – lub zlecanie zabójstwa. – Jestem pod wrażeniem – dodała, mierząc go na poły rozbawionym, a na poły uważnym spojrzeniem. Może i nie fascynowała się tamtymi regionami, lecz trudno byłoby nie kojarzyć Kleopatry. Nie sądziła jednak, że i Francis pamiętał o takich odległych czasach, że zaprzątał tym sobie głowę.
Przez krótką chwilę rzeczywiście myślała, że mężczyzna sięgnął po różę w tym właśnie celu, by podarować ją w podzięce za jakże interesującą anegdotę – zdziwiła się więc, gdy zamiast tego ulokował ją między swymi zębami, w dość kontrowersyjny sposób wypowiedział się na temat Rosierów. Chyba to lubił, podchodzić do wszystkiego z nieprzystającym im rozbawieniem, z kpiną. – Jeszcze nie panią – odpowiedziała z subtelną naganą w głosie, lecz przy tym odstawiła kieliszek na bok i powoli podała Lestrange'owi dłoń. Trudno było nie obawiać się, co też ten uczyni, jednak przecież musiał mieć jakiś instynkt samozachowawczy; nie próbowałby jej ośmieszyć na oczach jej brata, ojca, nestora. Prawda? – Prowadź – dodała jeszcze, nim oddalili się od baru, zastanawiając się, jakie umiejętności taneczne miał zaprezentować jej daleki krewniak.



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Re: Wyjaśnij a zaświecę [odnośnik]21.03.20 22:32
Chętnie wziąłbym ją za rękę i wyprowadził z przepełnionej i nieco dusznej sali, skoczył w bok do jednej z ogrodowych alejek i przystanął przed stadem białych pawi, rzucił im okruszek zatrzymany gdzieś w zgięciu mankietu - totalnie przegrywam w starciu z kruchym jedzeniem - i wypił duszkiem nie kieliszek, a butelkę wina. Tutaj nie jesteśmy głośni, szczególni, jedyni. Kolejna parka bez znaków charakterystycznych, wymieniająca uprzejmości i dyskutująca nad szczęściem, jakie spadło na młodych rodziców. W żywopłotowym labiryncie mogłoby być inaczej.
Może dostałbym uśmiech szerszy, bardziej spontaniczny. Może uchwyciłbym błysk zębów? Na rozbawione lub zdegustowane prychnięcie nawet nie liczę, Cynthia to dama w każdym calu, lecz nawet i maniery bywają przecież elastyczne. Sam poluzowałbym muchę, rozpiął górny guziczek u sztywnego kołnierza, usiadł na kutej ławeczce wygodnie, a nie prosto. Tak lepiej, nie przepadam za swoim opakowaniem. Dobrze, że zostawiono mi wycięte otwory na przepływ tlenu, bo inaczej mieliby ze mnie nie pożytek, a zimnego trupa w bladoniebieskim smokingu.
Tam, w przestrzeni właściwie osiągalnej: swobodniejsi.
Tutaj, ostrożni. I ona, i ja. Pilnuję się, ale ty, droga kuzyneczko, też na siebie zważasz. Nie chcesz widzieć plam na zielonej sukni równie mocno, jak tych na wizerunku. A wystarczy się potknąć, niefortunnie postawić nogę, wypowiedzieć trzy słowa za dużo. Czyż to nie jest męczące, nudne i przytłaczające?
Zwierzysz mi się, choć ciągnie się za mną smród barowych przygód, woń ryb, portowych dziewek i niepranych koszul? Wedle plotek muszę przez dwa miesiące chodzić brudny i zarośnięty, całymi dniami nie robiąc nic, poza młóceniem panienek i wiązaniem węzłów. Tak, właśnie tak wygląda suite life on deck. I jeszcze alkohol się żłopie, wlewa do gardła prosto z beczki. Hop, siup, odciągnąć szpunt, podstawić gębę, właśnie tak! Mogę ci o tym opowiedzieć, tak, jak chcesz. Wolisz zobaczyć wyrostka, który w poważaniu miał obowiązki i rodzinę? A może pogubionego chłystka, któremu palił się grunt pod nogami i zdecydował się go ugasić?
Chyba, że wystarczy to, co tu i teraz, elegancik z głupawym uśmiechem, ciepłymi oczami i niewielkim alkoholowym problemem. Zaczynam trzeci kieliszek, ona ledwo kończy pierwszy. Nie musi dorównywać mi w piciu, ważne, że intelektualnie nawiązujemy nić porozumienia, a konwersacja nie ogranicza się do monosylab jednego z nas lub fraz tak topornych, że żadne podręczniki manier nie przekonają mnie, by się do nich stosować. Cynthia myśli, a ja myślę, że to miło, że jesteśmy spokrewnieni i że na następnym przyjęciu w ogrodzie - bodajże za dwa tygodnie w sobotę - usiądę niedaleko niej z przygotowaną zaczepką.
-Wybór imienia zawsze ma znaczenie. Nazywanie niesie w sobie przecież ogromny potencjał, także magiczny - wtrącam gładko, słowa budują nasz świat, to one kryją w sobie sens, konotują brzmienie z czymś więcej - tradycja też niesie możliwości. To nie same Perseusze i Diany - zauważam, ale ty przecież to doskonale wiesz. Czyż nie świętujemy właśnie nieco bardziej oryginalnych chrzcin, także zaczerpniętych z historycznych odmętów?
-Ojcowie na pewno chcą mieć większy wpływ na wychowanie swych dzieci. Kształtowanie młodego człowieka to władza - stwierdzam, również ciszej, choć daleko nam tu do bałwochwalstwa. Zresztą, to ja jestem tym, który ewentualnie przywróci porządek, potrząśnie bladymi ramionami Cynthii i wskaże jej miejsce damy, gdzieś tam obok - nie sądzę jednak, by pozbawianie głosu matki stanowiło działanie równoważne. By chłopcy nie stali się zniewieściali, a co z dziewczętami, nad którymi pieczę sprawuje ojciec? One nie zmężnieją? - to pytanie retoryczne, bo temat naszych dywagacji znacznie się komplikuje. Lepiej byłoby go prowadzić w zaciszu biblioteki z herbatą, tacą ciasteczek w zasięgu ręki i wygłuszonej przestrzeni - początkiem wspólnego życia - dopowiadam, mocząc usta w winie. Moje jest białe, dobrze schłodzone, półwytrawne, takie lubię najbardziej. To czas, aby ochłonąć, spoglądam na Cynthię i mimowolnie oddycham z ulgą - chyba bawi się dobrze. Lepiej, niż sądziła? No proszę, nawet potrafi wbić szpilę w samo moje popękane serce posklejane marnym klejem za 2 knuty.
-Według ciebie jestem już starym kawalerem? - pytam z rozbrajającym uśmiechem i rozbrajającą szczerością, w ostatniej sekundzie decydując się na zmianę wariantu pytania. W poprzedniej wersji brzmiało: czy jestem dobrą partią, ale uznaję, że Cynthia nie jest na tyle wstawiona, by to przełknąć.
-Dziękuję. Nigdy za to nie miałem przywilejów najmłodszego dziecka - odpowiadam, jakże błyskotliwie. Będąc jedynakiem byłem jednocześnie najmłodszy i najstarszy, a to chyba się nie liczy. Wandzię rozpieszczali wszyscy, zaczynając od rodziców, poprzez służbę na mnie skończywszy. Czy na Cynthię chuchano podobnie, czy to tylko obrazek mojej idealnej familii?
Który łatwo można skruszyć, obcasem i kobiecą łydką, zielonym promieniem niewybaczalnego zaklęcia, nożem prosto w plecy albo... trucizną. Proszę, proszę, Lynette z przeszłości miała charakterek. Oby to bobo go odziedziczyło, żeby nie skończyć, jako kolejny zegarek czy spinki do mankietów - wyłącznie do ozdoby. Alchemiczne zagadnienia nie są mi po drodze, nigdy nie miałem cierpliwości do mikstur, lecz trucizny to fascynująca subtelność, podstęp i tchórzostwo w jednym. Lub... oszczędność ofiar? Ciche skrytobójstwo a pojedynek, gdzie gromadzą się gapię, sekundanci, a moment po wyniku niesatysfakcjonującym, niezwykle łatwo stracić głowę.
I wywołać zamieszki, bo przecież trzeba dobić przeciwników tamtego.
-I ostateczna. Nie tak przecież zwykle rozwiązujecie konflikty, czyż nie? - tego nas uczono, chłopcy sięgają po różdżki i kamienie, a dziewczęta pojedynkują się słowem. Idąc tym tropem, czemu rozważnym odbiera się głos? Nie wszystkie panny pięknie myślą, nie wszyscy młodzieńcy są skorzy do bitek, lecz jednak większości dam narzuca się milczenie.
Zadowolony, odkładam kieliszek na najbliższy stół - nie dopijam - i prowadzę Cynthię na parkiet, wciąż z różą między zębami. Przybieram sztywną ramę: to jeszcze wychodzi mi perfekcyjnie, choroba daje radę.
-Wyobraź sobie, że jesteś panią. Poślubioną lady, na którą nikt nie spogląda kontrolnie, tylko z zachwytem. A ja jestem lordem, z którym tańczysz, bo masz na to ochotę - proponuję śmiało, nadając rytm naszym pierwszym krokom. Od razu wyczuwam, że mam do czynienia z partnerką lepszą od siebie - a moje entuzjazm też jest znacznie większy od umiejętności. Mimo to prowadzę Cynthię jak najzgrabniej, unikając wywrotowych podskoków, choć parę razy puszczam ją na odległość wyciągniętego ramienia i wracamy do siebie z obrotem. Róża w zębach zaczyna mi przeszkadzać, więc ciskam ją nam pod nogi. Na zakończenie dostanie ode mnie coś lepszego, niż zmaltretowany kwiat.


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Duch
Wyjaśnij a zaświecę 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Wyjaśnij a zaświecę [odnośnik]27.03.20 21:03
Przywykła do lawirowania między tym, czego chciała, co czuła, a tym, co wypadało młodej panience. Przecież nie znała innego świata, nigdy nie wyrwała się z okręgów śmietanki towarzyskiej, nie miała okazji, by obcować z ludźmi o nieodpowiednim statusie krwi czy o całkowicie odmiennych poglądach. A nawet jeśli napotykała takich podczas pobierania nauk w odległej Francji, to ostrożnie omijała ich szerokim łukiem, dbając w ten sposób nie tylko o swą reputację, ale i spokój ducha. Wychowano ją tak, by z wprawą oceniała swego towarzysza – lub przeciwnika – a później dobierała odpowiednie słowa, chowała prawdziwe oblicze za adekwatną do okazji maską. Choć dopiero miała wkroczyć na salony, to wiedziała, że prowadzone w trakcie spotkań na szczycie rozmowy częściej przypominały rozgrywanie partii szachów niż swobodne, podszyte ignorancją plotkowanie... A przynajmniej tak sądziła, otrzymując właśnie przedsmak podchodów, w jakich będzie brać udział przez resztę swego życia.
- To nie same Perseusze i Diany – powtórzyła po nim cicho, bez choćby cienia niezgody, niemalże szeptem dzieląc sekret nie aż tak poprawnej wymiany zdań. Wpatrywała się przy tym w twarz Francisa z zainteresowaniem, z pozornym opanowaniem oczekując jego kolejnych słów. Gdzie podziała się zapuszczona broda, czapka kapitana i rozchełstana koszula? Gdzie te portowe dziewki, o których szeptano? I gdzie syreny, których towarzystwo było mu, podobno, milsze od towarzystwa innych błękitnokrwistych? Nie spostrzegła się, gdy jej uśmiech nieco zbladł pod wpływem dalszej części wypowiedzi kuzyna. Choć i Eavan brała aktywny udział w wychowywaniu swych latorośli, to pan ojciec jawił się Cynthii jako niedościgniony wzór – szlachcic idealny, złotousty polityk o nienagannych manierach, a do tego taktyk, który zawsze był o krok dalej niż jego oponent... Miał niewątpliwy wpływ na kształtowanie jej charakteru, lecz czy przez to zmężniała? I czy więcej oddziaływała na nią bliskość Armanda, czy wprost przeciwnie, nieobecność i obserwowanie jego poczynań z boku? – Lecz samo imię niczego jeszcze nie gwarantuje. Nie predestynuje do wielkości... Ani do hańby. A gdyby tak było, w co niektórzy wierzą, tym lepiej byłoby decydować o tym wspólnie. Chociażby w ramach przejawu dobrej woli właśnie – Wciąż nie wznosiła głosu ponad szept, uparcie powtarzając sobie, że może to i romantyczne mrzonki, może zwyczajnie bredzi, lecz przecież nawet jeśli kuzyn tylko ją podpuszczał, by zdradziła się z niewieścimi porywami serca, nikt nie powinien mu w to uwierzyć. Temat ten był rzeką, nie mogli go wyczerpać ani tutaj, ani najpewniej nigdzie indziej.
Uśmiech wrócił na usta lady Malfoy, kiedy jej towarzysz zadał swe pytanie – bezpośrednie, prowokacyjne. Musiał zatem zrozumieć aluzję, ale najwidoczniej nie poczuł się nią urażony. A przynajmniej tego nie okazywał. – Na pewno nie jesteś już młodym kawalerem – odpowiedziała po chwili, kiedy przełknęła już kolejny łyk wina i podchwyciła spojrzenie górującego nad nią wzrostem czarodzieja. Nie mogła przyznać tego wprost, choć przecież oboje zdawali sobie sprawę z faktu, że dawno powinien poślubić jakąś damę, spłodzić potomka albo i dwóch. – Na swój sposób zasmakowałeś i tych przywilejów, choć rozumiem, że bycie jedynakiem niesie ze sobą ogrom wymagań – dodała, przechylając przy tym twarzyczkę, bezwiednie sięgając do zdobiącego ucho kolczyka. – Lecz bycie oczkiem w głowie pasuje raczej do córek, muszę przyznać – kontynuowała, wracając do początku myśli. Określenie to pasowało do malutkiej Lynette, bo była nie tylko jedyna, nie tylko najstarsza, ale i należała do grona płci pięknej. Słabej. Z kolei Francis jako dziedzic, przedłużenie linii Lestrange'ów, musiał być raczej poddawany restrykcyjnym treningom, angażowany w liczne zajęcia dodatkowe, mające nie tylko wyćwiczyć jego ciało, ale i charakter. Co poszło nie tak? Nie zniósł presji, stąd tendencja do uciekania...? O ile oczywiście plotki miało w sobie choć ziarno prawdy.
- Przede wszystkim, zwykle nie bierzemy udziału w konfliktach – zauważyła pozornie lekko, próbując zachować przy tym kamienną twarz. Kobiety miały przecież stać z boku, w cieniu drogich małżonków i jedynie czasem, gdy ci pytali ich o zdanie, służyć dobrą radą. – Kiedy jednak wymaga tego od nas sytuacja, powinnyśmy wojować słowem – przyznała, skinąwszy przy tym głową. Również z tego powodu szkoliła się w sztuce pięknego wysławiania się, nie zaś urokach. – Najwidoczniej jednak niektórym czarownicom brakowało do tego cierpliwości... Lub natrafiały na opornych słuchaczy, skoro historia zna więcej takich przypadków, gdzie trucizna odegrała kluczową rolę w... wygraniu dyskusji – dokończyła po przelotnym, lecz jakże wymownym zawieszeniu głosu.
Zachowywała stosowny dystans, gdy z zadowoleniem prowadził ją na parkiet. Lubiła tańczyć, trudno było usiedzieć jej w jednym miejscu, dlatego propozycję rozruszania zastałych kości przyjęła z niewysłowioną ulgą. Oczywiście, kiedy już rozważyła wszelkie za i przeciw i uznała, że Francis nie odważyłby się wystawić jej na pośmiewisko – mniejsze lub większe – w jej własnym domu. – Myślisz, że zamężne lady nie są poddawane uważnej kontroli? Co robią? Z kim rozmawiają? Z kim tańczą? – odparła, dopiero teraz obdarzając kuzyna przychylniejszym, a przy tym radośniejszym uśmiechem. Cały czas pilnowała, by nie przekroczył granicy, nie przesunął ręki tam, gdzie nie powinien i nie potraktował jej jak jednej ze swoich portowych przyjaciółek. Nie potrafiła zapomnieć o jego reputacji, wyprzedzającej go (nie)sławie, a mimo to czerpała przyjemność z tej krótkiej chwili nieoczekiwanej rozrywki. Poruszała się pewnie i z gracją, na parkiecie czując się jak ryba w wodzie.



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Re: Wyjaśnij a zaświecę [odnośnik]27.03.20 22:37
Gustuję w przednim winie i w eleganckich tańcach na wypolerowanych posadzkach wielkich sal balowych. Lubię długie suknie panien, podoba mi się, jak ich materiał muska błyszczące czubki moich butów, kocham, jak wyglądają w ruchu, gdy obserwuję je czasem z jakiegoś balkonu. Jeśli jest ich więcej i tańczą wszystkie w jednym rytmie: piękniejszy widok nie istnieje, przynajmniej przez kolejne kilkanaście godzin. Żeby znieść życie, należy się w nim po prostu zanurzyć, tak właśnie robię. Wzruszam ramionami i docieram do tego, że... odpowiada mi to, kim jestem? Gonię za kobiecą szyją, wpinam złote błyskotki w mankiety, jadam srebrnymi sztućcami, a łóżko ścieli mi służąca - czy mam prawo, by narzekać?
Gdy znuży mnie zbytek i mam dość nadskakiwania wystarczy, że wskoczę w podarte portki, poczochram włosy, zacznę mówić nieco inaczej i wyjdę na ulicę. Tam opcham się wolnością tak, że aż pasa będę musiał popuścić, wrócę na swe włości i kolejny tydzień spędzę, lecząc się z bólu brzucha po portowych specjałach i tęsknoty za błotem na czubkach pantofli, które muszę nosić wypastowane. Ten stan rzeczy, ten dysonans i zagubienie - trzyma mnie na powierzchni. Jeden krok mam do wykonania, żeby się dowiedzieć, czy będę szczęśliwy błąkając się po Londynie w przykrótkiej pelerynie za cały majątek mając garść kolorowych kamyczków z samego dna morza, czarujący uśmiech i miłe słowo na zawołanie, dla każdego. Tylko że gdzieś z tyłu głowy kołacze mi się myśl, że jednak lubię te szlachcianki, całowanie rączek, smukłe kieliszki najlepszego szampana i muzykę wygrywaną z nastrojonych skrzypiec, a nie tylko topornie wystruganej fujarki.
Żałosne, wiem o tym. Nie mogę dojść do ładu sam ze sobą i czasem się czuję, jakbym faktycznie sam sobie te nogi podkładał i wszystko utrudniał. Mało mi brakuje do osiągnięcia statusu persona non grata, ale i nic trwałego nie łączy mnie z życiem, które myślę, że dałoby mi szczęście. Spoglądam dłużej na Cynthię, cicho powtarzającą moje własne słowa. Czy ona tak naprawdę potrafi czuć się szczęśliwa? Narzuca się jej nieporównywalnie więcej, niż mi, a oto, rozmawiamy, uśmiecha się wdzięcznie i mam nadzieję, że bawi się ze mną miło. Jeśli ona może - ja też powinienem, chociaż spróbować dosięgnąć tego mistycznego zadowolenia, zapomnieć o dławiącym pragnieniu... czego? Ciężko to nazwać, ale dość, że sprawia, że wariuję, kłuty wyrzutami sumienia. Z jednej strony: rodzina, obowiązki, wygody, Evandra - bo to więcej niż rodzina, a z drugiej: egoizm i to hipotetyczne, mistyczne szczęście. Czy mi naprawdę jest tak źle?
Cynthia zaczyna szeptać, jej głos ścisza się subtelnie, lecz zauważam to od razu. To już nie posiada znamion dyskusji wywrotowej, to jest rozmowa, za którą lordowie chętnie powiesiliby mnie za kostki i ćwiczyliby na mnie zaklęcie, póki bym tam nie padł albo i dłużej.
-Nikomu nie powiem - obiecuję jej, równie cicho, przelotnie dotykając jej drobnej dłoni. To dotyczy nas, tylko nas, niezależnie, co sobie myślisz, droga kuzynko. Czy ty każdym swym słowem dzielisz się dalej? Puszczasz je w eter, ku przyjaciółkom, rodzicom, może swym zaufanym sługom? Może i gębę mam niewyparzoną, lecz właśnie dlatego - wiem, z czym afiszować się nie warto. Nasz sekret jest bezpieczny, tak długo, jak oboje będziemy spotykać się na balach.
Parskam śmiechem, wcale niewymuszonym i uśmiecham się do niej krzywo.
-Co to miało być? - pytam, drążę i dociekam - nie młody, czyli stary? Czy istnieje jeszcze jakiś stan przejściowy? Coś jak czyściec albo limbo? - droczę się, a niech mi nawrzuca, niech zdradzi, co tam za niestworzone wieści o mnie krążą. Przechyla głowę i zaczyna zabawę kolczykiem - denerwuje się? Czyżby to grząski grunt? A może zwyczajnie ją nudzę, ale znowu konwenanse i czujny wzrok ojca zamurował ją w miejscu? Uprzejmie skłaniam głowę przed lordem Malfoyem, który zdaje się nas obserwować - bardziej zważa na Cynthię, czy baczy na mnie, bym ręce trzymał przy sobie?, ale mężczyzna nie zajmuje mnie tak, jak jego córka.
-Jak już wyrosłeś z pieluch, przynajmniej masz pewność, że nie zrzucą cię z klifu. Zniknięcie kilkuletniego bobasa by nie przeszło - kpię sobie ponownie z naszych tradycji, być może ślizgając się po ostrzach cierpliwości i dobrego smaku swej kuzynki. Ale taka prawda, dorastamy, spływa na nas coraz więcej, więcej i więcej, ale ponad zawodem i jakimś dziwnym wstydem  rodziców, czym ryzykujemy? Chłodnymi relacjami, które w większości i tak ledwie sięgają tych piętnastu stopni w cieniu.
-Zwykle. Dobrze, że jest to zwykle - dodaję cicho, wciąż rozpamiętując historię Lynette. Ile jest takich kobiet jak ona? Ile takich było, lecz niefortunnie dla nich historia pozostawia po sobie jedynie imiona mężczyzn? Ile w ogóle zostaje przemilczanych, za to, że rodzą się bez ding-donga między nogami?  - a ty Cynthio? - zagaduję bardzo bezpośrednio, popijając wino. Pewnie to ono przejmuje głos - co takiego musi się stać, być straciła cierpliwość? - pytam lekkim tonem, jakbyśmy wcale nie omawiali hipotetycznych motywów zabójstwa przyszłego męża. Albo wybicia wszystkich mężczyzn w ogóle.
Napuszony jak jeden z pawi z ich ogrodu chwytam dłoń Cynthii, by poprowadzić ją do tańca. Drugą rękę kładę na jej talii, z niekłamaną przyjemnością poruszając się w rytm muzyki. Pierwsze takty są na wyczucie, kolejne - by zatrzeć wrażenie pierwszych.
-Myślę, że na ciebie będą patrzeć wszyscy. Ale nie kontrolnie, tylko z zazdrością, albo z podziwem - odpowiadam jej, tańczy jak diablica i powoli popycham w jej stronę prowadzenie naszego tango. Niech nada mu rytm, a ja dotrzymam jej kroku - myślę, że dziś masz się po prostu dobrze bawić. Nie myśleć o innych, tylko o sobie - proponuję, przechylając w dół napiętą strunę jej ciała. Wracamy do wyjściowej pozycji, orkiestra powoli ścisza nuty, a ja dziękuję jej za taniec nie inaczej, niż pocałunkiem w wierzch dłoni.
-Powinnaś odwiedzić Wyspę Wight, kuzynko. Jestem ci winien jakiś rewanż za to tango mówię, prowadząc ją do stolika. Może opowiem jej, jak myłem podłogi na statku czystokrwistego dorobkiewicza, albo pokażę, gdzie morze wyrzuca na brzeg muszelki, piękne jak szlachetne klejnoty. A może jej zaśpiewam francuską piosenkę o dziewczynce, która chciała być rycerzem.


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Duch
Wyjaśnij a zaświecę 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Wyjaśnij a zaświecę [odnośnik]10.04.20 13:51
Kiedy obiecywał milczenie, przypatrywała mu się przenikliwie, ale i z pewną dozą ostrożności. Wiele oddałaby za to, by poznać jego myśli i przekonać się, czy rzuca słowa na wiatr, czy naprawdę chciał dzielić z nią ten sekret, zachować kontrowersyjną wymianę zdań tylko między ich dwójką. Byłaby mu wdzięczna, gdyby nigdy i z nikim o tym nie rozmawiał, nawet i ze słodką Evandrą, z którą zdawało się, że łączy go dobra relacja - wciąż jednak uspokajała się myślą, że przez swe wybryki kuzyn stał się niewiarygodny, przynajmniej w oczach starszych. Zresztą... Po co miałby zawracać im głowę tematem ich rozmowy? Próbować ją pogrążyć? Z nudów? Kiedy się nudził, robił chyba zgoła inne rzeczy, chociażby upijał się w podrzędnych tawernach czy przegrywał fortunę w kasynach. Zaskoczył po raz kolejny, nie spodziewała się, że skróci dzielącą ich odległość, że dotknie jej dłoni - mimo to nie uciekła, choć było to kolejne niewinne naruszenie etykiety. Zamiast tego wygięła usta w zamyślonym, nieprzeniknionym uśmiechu. Nie wyśmiał jej słów, nie okazał pogardy, nie potraktował jej z protekcjonalną nonszalancją... I nawet gdyby chciała być teraz wężem, to nie potrafiłaby; przez krótką chwilę znów oddawała się młodzieńczym mrzonkom o byciu silną, podziwianą, szczęśliwą, nie zaś jedynie wypielęgnowanym dodatkiem u boku spijającego całą śmietankę męża. - Niech to będzie nasz sekret - odpowiedziała wciąż cicho, zgodnie, dopiero teraz upijając kolejny łyk wina.
W chwilę później posłała mu znad kieliszka spojrzenie, w którym wyraźnie przebijała się wesołość, ona jednak nie parskała śmiechem, nie rozluźniała się na tyle, doskonale wiedząc, że jest obserwowana. Że powinna zachowywać się możliwie jak najlepiej. Stale napięta jak struna, o dumnie zadartej brodzie, taktownie eksponowanych wdziękach. - Niestety, to nas chyba nie dotyczy. Jesteśmy piękni i młodzi, aż nagle, pewnego dnia, okazuje się, że to już przeszłość - odpowiedziała lekko, żartobliwie, lecz przecież nie bez podtekstu; sam się o to prosił, uparcie drążąc temat. Sama nie obawiała się staropanieństwa, jednak czyż nie tak to właśnie u nich wyglądało? Musieli zawierać starannie planowane małżeństwa możliwie jak najwcześniej, jak gdyby po osiągnięciu pewnego wieku ich krew przestawała być aż tak błękitna, a koneksje aż tak zażyłe. Dlaczego Francis dalej nie miał żony? Dlatego, że to on sam wprawnie unikał zobowiązania, czy raczej inne rody odrzucały ewentualne propozycje, by zaopiekował się ich potomkiniami? Przelotnie podchwyciła spojrzenie przechodzącego opodal ojca, wyginając przy tym usta w pięknym, wystudiowanym uśmiechu; widziała, że zerkał nie tylko ku niej, ale i ku towarzyszącemu jej Francisowi. Może to i dobrze, że nie zjawił się w komnacie wcześniej, gdy wymieniali gorączkowe szepty czy pozwolili sobie na przelotny dotyk; nie miała wątpliwości, że Armand nie potraktowałby tego lekko. - Nigdy wcześniej nie słyszałam o takich tradycjach, drogi kuzynie, lecz może po prostu zbyt rzadko pojawiam się na wyspie Wight - odpowiedziała ostrożnie, z opanowaniem, jak gdyby pojawienie się pana ojca przypomniało jej o swych powinnościach, o granicach przyzwoitości, o tym, że może się nudzić, byle robić to z dobrym smakiem. Poza tym, choć historia znała różne przypadki, nie wierzyła przecież, by i teraz, w ich rodach, dochodziło do takich sytuacji. Dlaczego ktoś miałby pozbywać się swego szlacheckiego potomka? Ci bywali chorowici, niewątpliwie, lecz lepszy i chorobliwy, otaczany troskliwą opieką uzdrowicieli niż żaden.
- Każda reguła ma swoje odstępstwa - przytaknęła. Zwykle pozostawiało wiele miejsca na przypadki takie jak Lynette. Na szczęście były i takie czarownice, które skutecznie wywalczyły sobie miejsce na kartach historii, jak chociażby potężna Morgana le Fay czy bezwzględna lady Carmilla Sanguina. - Ja? - zdziwiła się i to nie tylko przez uprzejmość, lecz prędko odzyskała opanowanie, przekrzywiła głowę i zmrużyła oczy w zamyśleniu, bawiąc się przy tym trzymanym w dłoni kieliszkiem. - Niewątpliwie nie spodobałoby mi się, gdyby ktoś przywłaszczył sobie moje osiągnięcia, podpisał się własnym imieniem pod moim dziełem... - urwała. - Nie wiem jednak, czy miałabym w sobie na tyle odwagi, by porzucić dialog na rzecz drastyczniejszych rozwiązań. Poza tym, zaniedbałam naukę alchemii, mężczyźni mogą więc czuć się w mym towarzystwie bezpiecznie - zakończyła, pozwalając sobie na okazalszy uśmiech; cała wypowiedź nosiła znamiona żartu, a przynajmniej półżartu, lecz skoro już zapędzili się w takie rewiry... Francis pił wino dużo szybciej niż ona, nie mógł być całkowicie trzeźwy, lecz przecież nie miała zamiaru na to narzekać. Nie dopóki zadawał nieoczywiste pytania i zabawiał ją lepiej niż niejeden spośród poważniejszych lordów.
Prędko zrozumiała, że to ona powinna wskazać właściwy kierunek, subtelnie, bez wchodzenia w rolę mężczyzny, poprowadzić tańcem w taki sposób, by oboje czerpali z niego przyjemność. Na szczęście kuzyn miał dobre podstawy, nie potykał się o własne nogi, ani tym bardziej - nie przydeptywał jej sukni. - Przekonamy się, Francisie - odpowiedziała lakonicznie, lecz przecież jego słowa miło łechtały jej kobiecą próżność. Chciała, by tak właśnie to wyglądało. By spoglądano ku niej z podziwem, zachwytem - i to nie z powodu urody, kroju szaty czy biżuterii, a jej dokonań. Siły charakteru. - Jeśli mam się dzisiaj dobrze bawić, będziemy musieli tu jeszcze wrócić - odparła pewnie, zaczepnie, nim pewnie przechylił ją na zakończenie tanga. W chwilę później posłała mu przychylny uśmiech, gdy grzecznie złożył pocałunek na jej smukłej, ozdobionej wężem dłoni. - Bardzo chętnie odwiedzę ziemie Lestrange'ów, już prawie zapomniałam jak piękne są wasze plaże - odezwała się znowu, kiedy powolnym krokiem ruszyli ku jednemu z wolnych stolików; nie powodowała nią jedynie kurtuazja, a prawdziwe pragnienie powrotu w tamte strony. Nie wiedziała tylko, czego powinna się spodziewać w ramach rzeczonego rewanżu.

| 2xzt



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Wyjaśnij a zaświecę
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach