Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Droga na wzgórza
AutorWiadomość
Droga na wzgórza [odnośnik]06.03.20 15:33
First topic message reminder :

Droga na wzgórza

Usytuowana na tyłach domu ścieżka prowadzi wprost na szczyt najbliższego wzniesienia. Idąc nią, można dotrzeć do polany dmuchawców, jednak po drodze znajduje się wiele rozwidleń — najczęściej wydeptanych przez okoliczne zwierzęta. Miejscami pozostaje zarośnięta, nie goszcząc przez długie lata żadnego człowieka, ale nie odbiera jej to ani trochę uroku. Tuż przy dróżce rośnie wiele dzikich gatunków ziół i roślin, które kiedyś były celem wypraw niejednego łowcy ingrediencji.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Re: Droga na wzgórza [odnośnik]05.11.20 21:26
Stojąc na wzniesieniu i patrząc na rozciągające się w niedalekiej odległości Upper Lake, Jayden na parę uderzeń serca został całkowicie sam. Nawet jeśli postać przyjaciółki czaiła się za jego plecami, on stał tam w pojedynkę na wyłączność ze swoimi myślami. Potrzebował tego krótkiego momentu, żeby znaleźć równowagę między własnymi rozdygotanymi emocjami a spokojem. Musiał to zrobić - sięgnąć po wyciszenie się, uspokojenie wewnętrznej burzy, która targała nim nawet w fizycznym aspekcie, bo przecież rozdygotane mięśnie nie były reakcją na chłód powietrza. Zapędził się i jeśli miał w ogóle jeszcze kontynuować rozmowę z Roselyn, musiał znaleźć balans. Wszak tylko on mógł zaoszczędzić zarówno jemu, jak i też jej cierpienia. Zbędnych bolączek, niepotrzebnych tematów - było za późno, by całkowicie oczyścić powietrze z negatywnej atmosfery; wszak już padło między nimi kilka słów nacechowanych złością, wątpliwościami, boleścią, gdy nie był w stanie nad sobą zapanować. Naciskała tak uporczywie, tam, gdzie był już zraniony, aż nie wytrzymał. A nie powinien był... Nie powinien był tak reagować na coś, co nawet nie było jej odpowiedzialnością. On nie był jej odpowiedzialnością... Co się z nim działo? Co się z nimi stało? Gdzie podziały się tamte dzieci, które skoczyłyby za sobą w ogień, ufając sobie bezgranicznie? Które nie przejmowały się światem zewnętrznym i stały blisko siebie, trzymając się za ręce, bo wiedziały, że wewnętrznie nic nie było w stanie ich zniszczyć. Żadne z nich nie obawiało się sądu... Nigdy nie byli tym, czym chciało widzieć ich społeczeństwo. Nie byli sztampową znajomością, która od początku miała jeden koniec. Nie byli sobie przeznaczeni, żeby po zakończeniu szkoły wziąć ślub, spłodzić dzieci i żyć wspólnie aż do późnej starości, gdzie przed domem siedzieliby w gronie pokaźnej rodziny. Wyłamywali się poza schemat, nie idąc tą ścieżką i nawet na moment nie postrzegając się w sposób inny niż jedynie przyjacielski. Po latach Jayden mógł otwarcie powiedzieć, że Roselyn stała się jego rodziną, bliską siostrą, którą wciąż trzymał za delikatną dłoń. Ona odwdzięczała mu się tym samym. Nawet wówczas gdy z pozorów dzieliło ich tak wiele. Gdy stawiała swoje pierwsze kroki jako kobieta, dając się poznać mężczyźnie, z którym chciała spędzić życie, on pozostawał w kokonie nauki i fascynacji poszerzającym się światem. Po prostu byli i to mi wystarczało. A teraz? Dlaczego teraz już to bycie nie starczało? Czasami wydawało się, że wręcz przeszkadzało...
Jak teraz. Jak teraz gdy stała obok niego i mówiła o tym, że wciąż będą między nimi tajemnice, a on nie był w stanie na nią spojrzeć. Odwrócił twarz, czując, jak z trudem przychodziło mu powstrzymywanie się od łez. A jednak nie był całkowicie się od nich odciąć, w myślach przeklinając cały ten konflikt, który właśnie miał miejsce. Ministerstwo, Zakon, Rycerzy i każdego, kto tylko próbował wkraść się między normalne ludzkie życie. Nie wierzył wszak w zapewnienia każdego kolejnego głosu próbującego przeciągnąć go na swoją stronę - nie stał po niczyjej stronie, tylko po swojej własnej. Bronił tej prawdy, która nie była skażona w żaden sposób. Nie była przekręcona, dostosowana, kolaborująca. Roselyn mówiła, Jayden natomiast nie był w stanie odnieść się do poprzednich słów, które padły między nimi, mając w myślach właśnie to przekonanie. O wojnie nie tylko tam w oddali, lecz głównie tej dziejącej się między nimi. Ktoś wszedł między nich, odebrał im możliwość porozumienia i gdy próbowali odzyskać władzę, upadali, zderzając się z murem własnych nieporozumień.
Owszem, są rzeczy, o których nie mogę z tobą rozmawiać.
Mur. Boleśnie zachłysnął się, próbując wziąć głęboki wdech, jednak nie było to takie proste, gdy całe ciało walczyło. Walczyło, żeby całkowicie się nie rozsypać pod wpływem zasłyszanych słów. Czarodziej pozwolił mimo wszystko dokończyć przyjaciółce, lecz w końcu spojrzał wprost na nią. Skierował się ku niej, by następnie spokojnie, czule ułożyć dłoń na jej twarzy. Przez dłuższą chwilę badał wzrokiem rysy kobiecej twarzy, jakby widział je po raz pierwszy i starał się spamiętać najmniejszy szczegół, by móc odtworzyć ich obraz w pamięci. Milczał jakiś czas, pozwalając, by padające z ust Wright dźwięki jeszcze między nimi krążyły. Tyle ile było potrzeba... - A więc ciebie też straciłem - powiedział cicho, przejeżdżając kciukiem po znajomym policzku i chwilę później odsunął dłoń. Uśmiechnął się, chociaż na jego twarzy panował smutek, a gardło ściskało poruszenie. Mógłby jej powiedzieć wiele rzeczy. Wiele bolesnych, szczerych rzeczy, ale przemilczał to, czując, że nigdy nie powinni byli odbywać tej rozmowy. Ta sytuacja nigdy zresztą nie powinna była się wydarzyć, a oni nigdy nie mieli być na nią gotowi. Mimo to pewna nić wiążąca go z przyjaciółką pękła bezpowrotnie, by się już nie odrodzić. - Wiesz, co przed sobą widzę? - spytał niemal szeptem, nie odrywając spojrzenia od znajomych oczu. - Jak patrzę na ciebie moimi oczami? Jak na kogoś we śnie - snującego się za mgłą. Rose, ocknij się. Mówisz, że to nie była tylko moja odpowiedzialność ani mój wybór. Nie rozumiesz, że cykl się powtarza? Nie widzisz, że to milczenie, wymaganie ode mnie w kółko, żebym zrozumiał, żebym po prostu zaufał nas niszczy? Zniszczyło moje małżeństwo, może zniszczyć i nas. Wiem, że wiele mi dajesz i jestem ci za to wdzięczny. Swoją atencję, swoje chęci do opanowania bałaganu w domu. Nazwij mnie egoistą, ale to jednak dla mnie za mało - bo co mi po tym wszystkim, jeśli patrzę na ciebie i widzę kogoś, kogo nie znam. Mówisz mi, żebym nie ukrywał się z uczuciami, ale nie czuję się dobrze, jeśli patrzę na kogoś, kto sam się ukrywa. Dlatego oszczędź mi tych słów. Gdyby pomoc była taka, jaką ją opisujesz, nie trzeba byłoby jej ukrywać przed bliskimi. Przed kimś, komu, jak twierdzisz, ufasz. Gdybyście mieli tak czyste zamiary, jak mówisz, bylibyście transparentni. Ale nie jesteście. - Urwał na chwilę, łapiąc oddech, ale nie podnosił głosu, nie było po nim widać również oznaki złości czy wcześniejszego chaosu. Była rezygnacja. - Nie, nie twierdzę, że uzdrawiając innych, popełniasz błąd. Popełniasz błąd, sądząc, że dobrymi chęciami uzdrowisz resztę. Zmuszasz innych do akceptacji czegoś, co ukrywasz. Jesteś jak ona. Postawiłaś swój cel ponad rodzinę, oczekując lojalności. Jesteś hipokrytką. Mówisz o zaufaniu, nie znając znaczenia tego słowa. Jeśli są rzeczy, na które nie możesz ze mną rozmawiać, uszanuj fakt, że i ja nie będę rozmawiał z tobą na to, co chcesz ode mnie usłyszeć. - Sam nie wiedział, kiedy zapadła między nimi cisza, a on zdał sobie z tego sprawę. Czuł pustkę i smutek, ale wiedział, że to miało nigdy między nimi nie zostać naprawione. Nigdy nie mieli wrócić do tego zaufania, które znali. Załamało się, w jego oczach dość znacznie i nie mogła od niego wymagać kolejnego przytakiwania. Zaznaczył to wyraźnie w grudniu, a teraz znów to do nich wracało. Całkowite zaufanie było jak budowanie na piasku - niestabilne, sypkie i nieodpowiedzialne. Mógł kochać swoich bliskich, lecz czy mógł im zaufać? Wszystko mówiło mu z każdym kolejnym dniem, że coś takiego nie istniało. Już nie istniało. Zawsze miał pomóc Roselyn, gdy tego miała potrzebować, jednak ta relacja nie miała być po prostu szczera. - Wracaj do domu, Rose. Ja muszę się jeszcze przejść - odezwał się w końcu, czując na karku powiew chłodniejszego wiatru. Otrzeźwił go na tyle, by zrobił cokolwiek prócz zwykłego stania i czekania na rozwój wypadków. Zanim jednak zdecydował się odejść, przypomniało mu się coś, o czym mówili wcześniej, a co wymagało naprostowania. - Pytałaś mnie o to, czy uważam się za zamiennik Anthonyego. Nie. Nie uważam, że jestem twoim zamiennikiem. Nigdy nim dla ciebie nie będę, ale wiem, że jeśli znikniesz, będę nim dla Melanie. - Nie bał się spojrzeć w oczy przyjaciółce. Skoro rozmawiali w taki sposób... Niech i tak będzie. Nie mówił tego ze złością ani żeby ją poniżyć. Mówił to, co myślał w sposób całkowicie spokojny. Przesadnie wręcz opanowany jedynie z małymi śladami zaszklonych oczu mówiących o dużym poruszeniu. W pewnym momencie na ustach mężczyzny pojawił się nawet delikatny uśmiech. - Kocham ją, jakby była moim dzieckiem. Czasem zapominam, że nie jest. - I znów ta cisza, którą przerwał krok w stronę jeziora. - Jak wrócę po wakacjach, będziemy musieli omówić dalsze badania.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Droga na wzgórza [odnośnik]03.02.21 0:13
Byli. Od tak bardzo dawno. Odkąd nieszczęsny tłuczek zamiast trafić w kosz odbił się od głowy Krukona. Ten moment utkwił w pamięci. Pierwsze wyraźne wspomnienie. Wcześniej mogli się mijać na korytarzach, współegzystować w ścianach starego zamczyska. Ten obraz był wyraźny. Wracał do nich raz za razem, przybierając formę ich własnego żartu - jej zabrakło celności, a mu refleksu. Jednorazowe zderzenie dwóch małych światu zaowocowało stworzeniem tego trzeciego należącego wyłącznie do nich. Przez kolejne lata jego granice pozostały nienaruszone, wzbogacane nowymi doświadczeniami, rozszerzały się, najpierw pokonując przeszkody różnych domów, temperamentów, płci aż w końcu czasu i odległości. Więzi rozluźniły się, gdy dorośli. Rozluźniły się, ale wciąż pozostawały silne. Nawet gdy w jej świecie pojawił się mężczyzna pozornie ważniejszy. Nawet gdy na świecie pojawiło się istnienie, które zdefiniowało cały jego bieg. Jej mur powstał, gdy w ciszy ciasnego mieszkania na Pokątnej w dłoniach miażdżąc niewysłany list i własne serce, wybrała milczenie. Ból i strach obcowały jedynie odbijając się szaleńczą myślą po ścianach umysłu. Tam zamknęła swój żal, stracone nadzieje i samotność, nie dając mu do niego dostępu. Tam powstały granicę jej prywatności. Słowa, do których tylko ona chciała mieć dostęp. Wtedy zdawało jej się, że nie zniszczy to niczego między nimi. Przecież byli silni. Nie byli tylko produktem kilku wielkich chwil. Miała prawo mieć swój świat, tak samo jak mu należał się ten własny.
Dziś po drugiej stronie dostrzegła pęknięcia. Bycie bierną dręczyło ją. Nagabywało do porzucenia delikatności, zburzenia rodzących się między nimi ścian. Lecz nie tylko oni je zbudowali. Do ich świata wkradła się burza, która rozpętała się nad Wielką Brytanią; terror, niepokój i niewiedza. Rozpędzona machina, która nie znała granic. Przebijała się przez codzienność, burząca wszystko na swojej drodze.
Słowa uderzyły w nią boleśnie. Przeszywające spojrzenie jasnych oczu, nie zwiastowało słów jakie miały paść z ust astronoma. Zabolały, tak jakby ból miał fizyczny wymiar. Cios zadany w brzuch, zapierający dech w piersiach, oszałamiający. Wytrącił z równowagi, a zanim nadchodziły kolejne zdania - precyzyjny osąd, zarzut. Słowa, które sprawiły że pożałowała, że oboje opuścili dzisiaj jego dom. Nie mogli jednak przed nimi uciec. W końcu musiały paść. W ten sposób, inny. Różnica poglądów, zdań musiała ich dosięgnąć. Zaufanie nadszarpnięte miesiące temu, gdy zamiast się nawzajem słuchać, wybrali milczenie. Dzisiaj też się już nie słuchali. Dziś nie było pytań, wymiany zdań, dyskusji. Wargi drżały w niewypowiedzianej złości. Nie. Nie była Pomoną. Nie uciekłaby bez słowa. Nie obiecałaby mu, że staną się jednością, by w efekcie podejmować decyzję zgodnie z tylko własną wolą. Nie była jak ona.
Płomień gniewu zgasł, opadając popiołem, osadzając się na zakamarkach umysłu. Sprzeciw nie miał znaczenia. Nie ufał jej.  Jakie znaczenie miałyby jej słowa? Nie było sensu dywagować nad kolejnymi zarzutami, zanim wypowiedź padła z ust, padł osąd. Utwardzając mur.  Kolejny raz, gdy była gotowa otworzyć się przed nim, spotkała się z oporem.
Milczenie przesiąkło rezygnacją. Nie miała siły się z nim kłócić, bo on już zdecydował. Kim jest, w co wierzy, jak bardzo się okłamuje. Ona nie miała tu zbyt wiele do powiedzenia. Była tylko cieniem. Kłamstwem. Czy w takim wypadku miała prawo mieć jakieś zdanie? Hipokryci kłamali. Mgła była tylko mgłą. Dość już miała walki o bycie zrozumianą. By ktoś dostrzegł człowieka, który również ma emocje, który również cierpi, który również czuje. Myśli.
Była kim była. Nie pozwalała słowom uciekać, potrzebowała bliskości i zaufania, by pozwolić komuś mieć wgląd w jej wnętrze. Chciała czuć się bezpieczna. Teraz nie czuła się bezpieczna. Winna przewinienia Pomony, winna przewinienia Zakonu, winna każdemu z jego zarzutów. Nie taka jaką chciałby, żeby była. Hipokrytka, błąkająca się we mgle.
- Nie zapytałeś “dlaczego”, ani razu. Nie zapytałeś o motyw, nie zapytałeś o moje zdanie. Ty zdecydowałeś, nie biorąc mnie pod uwagę. Wiedziałeś wszystko zanim mnie wysłuchałeś. - powiedziała, odwracając wzrok. Upper Lake było niewzruszone, spokojne. Łatwiej było badać ciąg spokojnych fal, niż spojrzeć w oczy przyjaciela. Kogoś kto nigdy miał nie zranić. Kogoś kto nigdy miał się nie odwrócić. - Przyszłam tu, bo się o ciebie troszczę. Bo wiem, że ciężko jest powiedzieć pewne rzeczy na głos. Nie byłam wyrozumiała. Nacisnęłam za mocno. Nie powinnam. I przepraszam cię za to - słowa były szczere, chociaż spojrzenie wciąż nie chciało spotkać się z tym jego. - Przygotuję się do badań, porozmawiamy o tym po twoim powrocie - odpowiedziała mu, ruszając w przeciwną stronę.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Droga na wzgórza [odnośnik]05.02.21 8:42
Czasy niewinności dawno mieli za sobą. Przekroczyli granicę, za którą była dorosłość i odpowiedzialność. Musieli zobaczyć, dowiedzieć się jak wyglądała opieka nad innymi, nad własnymi dziećmi, próba utrzymania przy sobie ukochanych osób. Oboje jednak zawiedli. Nie zdołali spełnić ostatniego warunku, pozwalając na rozpad czegoś, w co starali się wierzyć. W co wierzyli. Jayden kochał Pomonę i wiedział, że Roselyn Anthonyego również. Kiedyś na pewno go kochała. Musiała, bo przecież nie zrobiłaby tego wszystkiego, co zrobiła. Czy i on miał przestać kochać swoją żonę? Chciał ufać, że w jego przypadku nie miało to nastąpić. Bez względu na to, co miało się wydarzyć. Tęsknił jak nienormalny, ale nie chciał przestać kochać. Obdarzać uczuciem kogoś, komu dobrowolnie oddał nie tylko serce, ale całego siebie. Czyj dotyk doprowadzał go na skraj poczytalności, czyje słowa wywoływały ciepłe mrowienie pod skórą, czyj zapach przyjemnie otumaniał. Czyja obecność odbierała zmysły i władzę nad sobą. W ten dobry, właściwy, jedynie inspirujący sposób. To samo czuła i Roselyn w przypadku Anthonyego? Kiedyś? Szalała za nim, całkowicie ślepnąc w jego towarzystwie? Chciałby o tym porozmawiać. Chciałby porozmawiać z nią bez żadnych granic, ale nie był w stanie zaakceptować jej ścian na warunkach bezdziałowych u siebie. Odpowiednie przewinienie winno nieść za sobą wymierną karę? - Pamiętasz, jak do ciebie przyszedłem? Widziałem, że coś jest nie tak. Nie chciałaś mi powiedzieć. W szpitalu było to samo. Pytałem dlaczego. Nie słyszałaś? - Nie słyszałaś tego również i dzisiaj? Mogła to powiedzieć. Mogła powiedzieć wszystko, gdyby tylko chciała, ale tego nie zrobiła. Wolała trzymać w sobie. Może nie potrafił zrozumieć. Może faktycznie widział jedynie swoją część prawdy, ale po prostu... - Jestem zmęczony. - Zmęczony wszystkim, a potrzebuję siły. Musiał znaleźć coś, co mu ją dodawało. Chwilowo nie był w stanie sobie poradzić ze słabościami inaczej, niż po prostu niosąc je na swoich barkach. Dając przyciskać się do gruntu. Nie zbijał ich, nie niszczył - niósł, utrudniając sobie przy okazji każdy kolejny krok. Nie był jednak w pełni uzbrojony, by je łapać i likwidować. Jeszcze nie. Może nigdy nie... Dlatego kolejne utrudniały mu niesienie już tych wcześniejszych, a nie mógł sobie pozwolić na przejmowanie się nimi w ten sam sposób, co poprzednimi. Nie posiadał tego luksusu możliwości przejmowania się wszystkimi troskami świata. Musiał postawić wyraźną granicę i nieważne jak bardzo bolało go to wewnętrznie. Nie mógł. Nie mógł, jeśli chciał całkowicie oddać się swoim synom. Dla nich musiało mu starczyć siły, choćby świat miał się ku końcowi. Sądził, że Roselyn nie będzie kolejnym zmartwieniem, ale się pomylił. Powinien był przestać być tak cholernie naiwny. Który to już raz?
Przyszłam tu, bo się o ciebie troszczę.
- A ja chyba nie zawsze wiedziałem, jak troszczyć się o ciebie. - Blady, smutny uśmiech wykwitł na moment na męskiej twarzy, nadając mu właściwego, przepraszającego wyrazu. Mógłby przepraszać ją za wszystko - szczególnie za to, że aktualnie tak bardzo się rozmijali i ranili. Że on ranił ją, ale chwilowo nie mógł już tego unieść. Nie był w stanie. Dlatego zrobił to, co zrobił - uciekł. Oddalił się zbyt słaby, czując, że jeszcze chwila i upadłby, by nigdy nie powstać.

|zt


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Strona 5 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5

Droga na wzgórza
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach